Takie będą Rzeczpospolite…

Kształcenie młodzieży studenckiej jest u nas tradycyjnie na niskim poziomie. Za kilka lat przekonamy się, czy wprowadzane właśnie zmiany cokolwiek poprawią.

 

W związku z niedawnym rozpoczęciem roku akademickiego, warto przypomnieć sobie, jaką rangę i pozycję w świecie mają polskie wyższe uczelnie.
Otóż, aż pięć polskich szkół wyższych uplasowało się powyżej siedemsetnego miejsca w ubiegłorocznym rankingu najlepszych szkół wyższych (tzw. ranking szanghajski).
Spośród nich najwyżej sytuuje się Uniwersytet Warszawski – pomiędzy miejscami 301 a 400 i to nawet bliżej górnej granicy.
Drugie miejsce zajmuje Uniwersytet Jagielloński, choć ten już bliżej granicy dolnej.
Dalej jest Akademia Górniczo-Hutnicza, nieco powyżej 600 pozycji, oraz Uniwersytety Wrocławski i Mickiewicza (Poznań), trochę ponad siedemsetnym miejscem. Jak widać, wszystkie to uczelnie państwowe.

 

Daleko nam do czołówki

Ranking szanghajski (tworzony przez specjalistów z uniwersytetu Jiao Tong w tymże mieście), jak wszystkie podobne rankingi nie jest wolny od wad.
Zarzuca mu się, że preferuje dziedziny w których otrzymuje się nagrody Nobla a zwłaszcza nauki przyrodnicze, kosztem technicznych i humanistycznych, i że zbyt dużą wagę przywiązuje do liczby publikacji pracowników uczelni cytowanych w czasopismach naukowych – co niekoniecznie przekłada się na jakość kształcenia studentów. Na na razie nie ma jednak innego równie powszechnego i miarodajnego porównania szkół wyższych.
Nie da się ukryć, że miejsca, zajmowane przez nasze najlepsze uczelnie w rankingu szanghajskim, nie są na miarę ambicji dumnego polskiego narodu. Pokazują jednak jaka jest jakość pracy naszych naukowców. Naukowcy są zaś generalnie tacy, jak cały naród, z którego się wywodzą.
Istnieją na świecie narody mądrzejsze i głupsze – i musimy sobie szczerze powiedzieć, że jeśli chodzi o uzdolnienia intelektualne i umiejętność twórczej pracy, to Polacy raczej nie należą do światowej czołówki.
Na świecie prowadzi amerykański Harvard – choć nie wiadomo, czy dlatego, że rzeczywiście procesy edukacyjne są tam na najwyższym poziomie, czy też dlatego, że przychodzą tam najlepsi kandydaci, znęceni sławą tego uniwersytetu.

 

Ilość nie przechodzi w jakość

Nasze szkolnictwo wyższe może nie poszło w jakość, ale w ilość to już na pewno.
Nie do końca wiadomo, ile wyższych uczelni funkcjonuje w Polsce, bo Najwyższa Izba Kontroli podaje że na koniec roku 2016 (nowszych danych nie ma) działało ich 432 (131 państwowych i 301 niepublicznych), a inne źródła, że tylko 415. W każdym razie jest to liczba pokaźna, choć powolutku się zmniejsza (na koniec 2105 r. były w Polsce 434 uczelnie.
Spada też stopniowo liczba studentów, co ma związek ze starzeniem się naszego społeczeństwa. Jest ich ok. 1,3 mln, podczas gdy dziesięć lat temu było prawie 2 mln.
Choć prywatnych uczelni jest więcej, to z racji tego, że są to na ogół niewielkie placówki, studiuje w nich niespełna 315 tys młodych ludzi. Reszta chodzi do państwowych szkół wyższych.
W Polsce funkcjonuje wiele kierunków, które boją się utraty dofinansowania związanego z liczbą studentów – i przyjmują aż do wyczerpania limitu miejsc, co nie sprzyja konkurencyjności i powoduje obniżenie ogólnego poziomu nauczania, bo następuje równanie w dół.

 

Tanim kosztem

Charakterystycznym zjawiskiem jest bardzo duża różnica w kosztach wykształcenia jednego studenta. W uczelniach państwowych jest to 21 tys zł na osobę, zaś w niepublicznych, tylko 8 tys zł.
Za wyższą kwotę oczywiście łatwiej osiągnąć i wyższy poziom szkolenia, choć chodzi także o inny profil obu typów uczelni. Dziś w Polsce, w przeciwieństwie do okresu II Rzeczpospolitej, raczej nie ma prywatnych szkół technicznych, wymagających kosztownego wyposażenia.
Co zrobić, żeby poprawić poziom nauczania w polskich szkołach wyższych? Poziomu intelektualnego i zdolności naukowych polskiego społeczeństwa nie da się szybko podnieść. Można natomiast udoskonalać procedury, żeby stopniowo usuwać zauważone nieprawidłowości.
Rzetelną i całościową wiedzę o tym, jak przebiega proces dydaktyczny w uczelniach, powinien, co oczywiste, otrzymywać Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego (obecnie Jarosław Gowin). Na tej podstawie mógłby on próbować wdrażać mechanizmy doskonalące.
„Wiedzy tej pozyskać jednak nie może, ponieważ instytucja odpowiedzialna za wydawanie ocen jakości kształcenia na kierunkach studiów nie prowadzi spójnych i kompleksowych badań w tym zakresie. Tym samym Minister nie mógł analizować jakości kształcenia w szkołach wyższych” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.

 

Po owocach poznamy

Wspomnianą instytucją, odpowiedzialną za ocenianie jakości kształcenia na polskich uczelniach, jest u nas Polska Komisja Akredytacyjna.
NIK wskazuje, że: „choć PKA w ostatnich latach wydawała rocznie po kilkaset ocen jakości kształcenia, to jednak miały one jednostkowy charakter, co nie pozwalało Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego na doskonalenie systemu jakości kształcenia”.
Dosyć dziwny to zarzut, bo w przypadku wydawania kilkuset ocen jakości rocznie, trudno mówić, że są one wyłącznie jednostkowe.
Inna sprawa, że o tym, jaki jest rzeczywiście poziom nauczania na wyższych uczelniach w Polsce doskonale mówią przecież wyniki rankingu szanghajskiego. Nic dodać, nic ująć.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego i bez ocen PKA powinien więc podejmować działania doskonalące jakość kształcenia w naszych szkołach wyższych.
Zresztą, takie działania zostały już podjęte – choć tzw. reforma Gowina, która zaczęła obowiązywać od początku obecnego roku akademickiego wywołuje tyleż głosów krytycznych co aprobujących. Jak zawsze jednak, po owocach poznamy jej sens.

Ile kosztuje bezpłatne studiowanie Wydatki związane z edukacją

W tym roku akademickim studia rozpoczęło nieco ponad 400 tys. osób. Będą one musiały zmierzyć się nie tylko z trudami nauki, ale także z dużymi wydatkami.

 

Choć studia na państwowych uczelniach są bezpłatne, to nie oznacza to, że nie wiążą się z nimi żadne koszty. Studenckie fundusze pochłania przede wszystkim wynajęcie lokum i inne wydatki związane z samodzielnym utrzymaniem się z dala od rodzinnego domu. Takie rachunki mogą sięgnąć nawet kilkunastu tysięcy złotych rocznie.
Najtaniej zdobyć akademik, jednak nie wszyscy chętni studenci mają szansę. O przyznaniu pokoju w domu studenckim nie decyduje bowiem kolejność zgłoszeń, ale kryteria, które ustala dana uczelnia. Teoretycznie, zwykle pierwszeństwo mają studenci w trudnej sytuacji materialnej lub tacy, których dom rodzinny leży daleko od uczelni.
Ci, którym uda się zakwaterować w akademiku, muszą liczyć się z kosztami na poziomie od kilkuset do 1000 zł za pokój. Przykładowo, za miesięczny pobyt w domu studenckim Uniwersytetu Warszawskiego student zapłaci od 315 zł do 780 zł, a na Uniwersytecie Jagiellońskim 1000 zł, jeśli zdobędzie pokój 1-osobowy.
Studenci mogą także korzystać z prywatnych akademików, które często oferują wysoki standard zakwaterowania i dodatkowe atrakcje, np. w postaci siłowni na terenie budynku. W przypadku prywatnego domu studenckiego w Łodzi, za najem całego apartamentu studenckiego trzeba zapłacić od 1150 zł miesięcznie, ale koszt można dzielić ze współlokatorem.
Niewiele więcej pochłonie wynajęcie mieszkania. Ceny ofertowe za najem małego lokalu, o powierzchni do 38 m. kw. w największych miastach Polski zaczynają się od 1223 zł w Katowicach i sięgają nawet 2084 zł w Warszawie. Koszty te można jednak znacznie obniżyć, wynajmując lokal w kilka osób.
Koszt najmu mieszkania czy miejsca w akademiku, nie wyczerpuje oczywiście wszystkich wydatków studenta. Dochodzą wydatki związane z wyżywieniem, opłaceniem rachunków za telefon czy Internet, kupieniem biletu komunikacji miejskiej, książek i skryptów. W sumie, wszystkie te wydatki mogą wynieść około 1600 zł miesięcznie – tyle przeciętnie wydają na utrzymanie studenci zbadani przez Związek Banków Polskich.
Gdy nie można liczyć na pomoc rodziny, warto poszukać dodatkowych źródeł finansowania. Na niektórych uczelniach już na etapie rekrutacji, można ubiegać się o stypendium socjalne, jeżeli student jest w trudnej sytuacji materialnej.
Studenci, którzy potrzebują dodatkowego wsparcia finansowego, mogą starać się o preferencyjny kredyt studencki.
– Jego niewątpliwą zaletą jest to, że jest on niemal darmowy. Przez cały okres studiów i jeszcze przez 2 lata po ich zakończeniu wszystkie odsetki od takiego długu spłaca państwo. Jest on nietypowy także dlatego, że nie jest wypłacany jednorazowo, jak w przypadku „normalnego” kredytu, lecz w comiesięcznych transzach. Student sam wybiera, czy chce dostawać 400 zł, 600 zł, 800 zł czy 1000 zł miesięcznie – mówi Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF.
Niestety, nie jest to produkt finansowy dostępny dla każdego. Mogą go uzyskać tylko ci studenci, których dochód na osobę w rodzinie nie przekracza 2500 zł netto.

LOT za friko

PLL LOT, który chwali się swoją dobrą kondycją finansową, proponuje darmowe praktyki dla studentów. Oczekuje od studentów dyspozycyjności, skrupulatności, znajomości angielskiego oraz pracy w wymiarze co najmniej 24 godzin tygodniowo.

 

Tylko w ubiegłym roku zarząd firmy otrzymał 2,5 mln zł premii, a mimo to oferuje pracę za darmo. Czy kolejną decyzją prezesa będzie 24 godziny tygodniowo bez wynagrodzenia dla stewardess i pilotów? Już teraz władze PLL LOT na masową skalę łamią prawo, zastępując umowy o pracę samozatrudnieniem, a na dodatek czynią to poprzez niezarejestrowaną agencję zatrudnienia.
OPZZ Mazowsze niezmiennie domaga się dymisji prezesa PLL LOT, Rafała Milczarskiego, wskazując, że nie ma on elementarnych kompetencji do prowadzenia firmy. Mimo to oferujemy całemu zarządowi PLL LOT bezpłatne szkolenia z prawa pracy. Znajomość angielskiego nie jest wymagana, a czasowo dostosujemy się do oczekiwań władz firmy.

 

***

Ogłoszenie pojawiło się na portalu pracuj.pl. LOT poszukuje potencjalnych praktykantów do sześciu różnych działów, od zarządzania obsługą techniczną po finanse i rachunkowość, a także do kancelarii. Oczekuje dobrej znajomości języka angielskiego oraz pakietu Office, skrupulatności i samodzielności, dyspozycyjności przynajmniej przez 24 godziny w tygodniu – a przede wszystkim gotowości do pracy za dziękuję, czy, jak kto woli, „za wpis do portfolio”. Zapewne włodarze LOT uważają, że samo „poznanie struktury firmy, kultury organizacyjnej oraz specyfiki branży lotniczej” jest dostateczną atrakcją, by pracować za darmo.
Obecny rząd nie przestaje chwalić się swoim prospołecznym obliczem. Cała historia LOT-u jest jednak jego totalnym zaprzeczeniem. Hołubione przez premiera Morawieckiego władze spółki mają już na koncie zwolnienie Moniki Żelazik, przewodniczącej Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, wbrew obowiązującym przepisom, a także próbę zastraszenia organizacji pracowniczych poprzez wystosowanie pod ich adresem żądania zapłacenia 1,7 mln złotych za strajk. Blisko miesiąc temu działacze związkowi przedstawili sytuację w spółce na posiedzeniu mazowieckiej Rady Dialogu Społecznego.
Kuriozalne ogłoszenie celnie skomentowano na facebookowym profilu mazowieckiej organizacji OPZZ, która od początku monitoruje sytuację w LOT. – Tylko w ubiegłym roku zarząd firmy otrzymał 2,5 mln zł premii, a mimo to oferuje pracę za darmo. Czy kolejną decyzją prezesa będzie 24 godziny tygodniowo bez wynagrodzenia dla stewardess i pilotów? – pytają związkowcy.
Z kolei podczas konferencji prasowej poprzedzającej wielką demonstrację OPZZ Piotr Szumlewicz, przewodniczący mazowieckich struktur OPZZ, zasugerował, że los obecnego zarządu LOT z prezesem Rafałem Milczarskim na czele może być już przesądzony. Niekoniecznie jednak dlatego, by rząd w końcu postanowił stanąć po stronie pracowników. Prezes, który nie dba o bezpieczeństwo i daje nieustanne popisy arogancji, jest już krytykowany nawet w organizacjach…. pracodawców.

MKF (strajk.eu)

Trudne sprawy

Tekst Jakuba Pietrzaka z Krytyki Politycznej wzbudził w internecie ogromne poruszenie. To osobiste wyznanie studenta, który przyznaje, że nie chce wykonywać słabo płatnej, „bezsensownej” pracy i pyta państwo, czy tak właśnie wyglądać ma bezpłatna edukacja w naszym kraju.

 

Trochę uwiera mnie ostatni tekst Jakuba Pietrzaka z Krytyki Politycznej „Kapitalizm jest obrzydliwy i doprowadza mnie do płaczu”. Nie chciałabym krytykować go za manierę, w jakiej został napisany, licentia poetica chadza różnymi drogami. Chciałabym jednak otworzyć pole do szerszej dyskusji. Szanuję go jako akt odwagi osobistego wyznania frustracji. Podzielam oczywiście pogląd autora na to, że żyjemy w rzeczywistości, w której państwo wycofało się totalnie ze swoich pomocowych funkcji i pozwoliło polskiej nauce siedzieć okrakiem: niby jest bezpłatna, ale dopiero po odliczeniu kosztu najmu, rachunku za prąd i napełnieniu lodówki. Rozwiązania tego problemu upatrywałabym w sensownym systemie stypendiów, obecnie doprowadzonym do karykatury (wiem coś o tym jako była doktorantka, która zmuszona była porzucić badania właśnie z powodu konieczności podjęcia pracy). Stypendia za osiągnięcia i stypendia socjalno-mieszkaniowe to rozwiązania, które dziś w systemie mamy, i które z powodzeniem spełniałyby swoją funkcję, gdyby nie miały żałośnie ustawionych widełek, nieadekwatnych do realiów, cen, wysiłku włożonego w naukę.
Nie do końca zgadzam się z sugestią autora, że studia de facto są pracą. Są nią w tym sensie, że są nałożeniem pewnych obowiązków, jednak w ich zamyśle gratyfikacją jest dyplom mający odzwierciedlać zdobyte kompetencje, horyzonty. Pomysł wypłacania pensji wszystkim studentom (choć jestem gorącą zwolenniczką dochodu podstawowego – ale właśnie ze względu na jego powszechność) mnie nie przekonuje o tyle, że wymagałby zastanowienia się chociażby nad faktem sensu dalszego utrzymywania uczelni prywatnych i wynikających z tego konsekwencji, również w postaci uprzywilejowania jednych studentów nad innymi. Wymagałby też jakiegoś systemu weryfikacji owej pracy – czy opłacany byłby sam fakt obecności na zajęciach? Czy zastosować jakieś progi? Jak długo miałby trwać czas studiów z pobieraniem wynagrodzenia, do ilu kierunków miałby się ograniczać? Kto miałby o tym decydować? Co stałoby się w przypadku lawinowego wzrostu chętnych na taki sposób zarabiania przez wiele lat? Jak wtedy postrzegać ich wejście na rynek pracy? W kategoriach przywileju, który później absolwenci musieliby jakoś odpracować reszcie społeczeństwa? Czy wręcz przeciwnie? Mnóstwo pytań. Chętnie poznałabym propozycje systemowe przedstawione przez autora, te jednak nie padają.
Z tekstu przebija mi trochę brak wyobraźni wychodzącej poza własne doświadczenie. Jak rozumiem, autor marzy o ograniczeniu bądź zniesieniu systemu kapitalistycznego w ogóle. Odnoszę jednak wrażenie, że jednocześnie dokonuje pewnego założenia, że po obaleniu obrzydliwego kapitalizmu nastanie rzeczywistość, która będzie miała narzędzia do tego, by wziąć człowieka, jego aspiracje, wykształcenie, perspektywy, wycenić je w skali od 1 do 100 (na przykład na 74,66 punktów) i znaleźć mu pracę dopasowaną dokładnie pod 74,66 (sensowną, pożyteczną, godnie opłaconą, dopasowaną do indywidualnych ambicji, rozwijającą i jeszcze osadzoną w globalnym rynku pracy, tak aby na każdego wchodzącego na ów lepszy, socjalistyczny rynek czekała posada skrojona pod te ambicje właśnie). W przeciwnym zaś wypadku liczyć się trzeba z odmową jej wykonywania w ogóle. To utopia, w której można się zakochać, niestety doświadczenia różnych socjalizmów na świecie uczą nas, że w tych systemach, podkreślających wartość pracy jako takiej, a redefiniujących późniejszy podział jej wytworów, to znojem, trudem i nierzadko ustępstwami buduje się system naszych marzeń, również poprzez wykonywanie prac mało (wg kryteriów autora) elitarnych (zapewne też dostarczających mniej adrenaliny niż blokowanie demonstracji neonazistów). Czy wówczas autor skłonny byłby ten wysiłek wykonać? Być może wówczas jak najbardziej – przyświecałoby mu poczucie misji, którego w obecnym ustroju mu brakuje, jednak z pewnością żadna rzeczywistość rynkowa nie jest w stanie uchronić nas przed wysiłkiem dostosowania swoich aspiracji do jej wymogów, choćby przejściowo.
Rozumiem tu więc osoby, które przemową z uprzywilejowanej pozycji, w duchu kwestionującym sens ich codziennego trudu poczuły się dotknięte, choć zdaję sobie sprawę, że nie taka była motywacja piszącego. Wreszcie, zamiast poddania się i biernego buntu, jako drogę wyjścia z opresji widziałabym raczej walkę z systemem.