Zapłacą ekstraklasie jak za zboże

Mimo żenujących wyników w europejskich pucharach prawa telewizyjne do pokazywania meczów Lotto Ekstraklasy sprzedano za podwójnie wyższą cenę.

 

Oficjalnych informacji na ten temat jeszcze nie podano, ale z medialnych przecieków wynika, że prawa telewizyjne na dwa kolejne sezony Lotto Ekstraklasy (2019-2010 i 2020-2021) nabyły wspólnie NC+ i Telewizja Polska, płacąc za nie nieprawdopodobną kwotę 250 milionów złotych. Jeśli te informacje sie potwierdzą, będziemy świadkami chyba najdurniejszej tego typu transakcji na świecie. Obecna umowa, która wygaśnie po tym sezonie, obowiązywała przez cztery lata i kosztowała Canal + (po fuzji dzisiaj to nC+) 150 mln złotych, czyli około 37,5 mln złotych za sezon. Nowy kontrakt ma być zawarty tylko na dwa lata i kosztować 250 milionów, czyli 125 milionów złotych za sezon, co oznacza, że nC+ oraz Telewizja Polska przepłacą ponad trzykrotnie za produkt, który w ostatnich dwóch latach znacznie stracił na jakości.

Lwią część tej kwoty, bo 180 mln złotych, ma wyłożyć nC+, za co otrzyma prawo do pokazywania wszystkich spotkań. TVP dorzuca to tej puli 70 mln złotych za przywilej pokazywania hitowego meczu z każdej kolejki plus wszystkie gole i skróty z pozostałych spotkań. Umowa ma obowiązywać do końca sezonu 2020-2021, po jej wygaśnięciu przeprowadzony zostanie kolejny przetarg, tym razem na cztery sezony.

Trudno stwierdzić co sprawiło, że nabywcy zdecydowali się tak mocno przepłacić za prawo do pokazywania żenująco słabych spektakli piłkarskich oferowanych przez Lotto Ekstraklasę. W Europie mamy właśnie do czynienia z odwrotnym trendem i stacje telewizyjne płacą mniej nawet za Premier League czy Primera Division, chociaż w tych ligach poziom sportowy utrzymywany jest na wysokim poziomie.

 

Igrce w Lidzbarku Warmińskim, czyli jak PiS zabawia lud

Już wiadomo, że reżym pisowski nie będzie aż tak ponury jak hitlerowski czy stalinowski. Wtedy źródłem radości i wesołości były niemal wyłącznie dziarskie marsze Sturm Abteilungen z pochodniami i występy zespołów ludowych. PiS zabawia lud na cztery fajerki, gdzie się da i jak się da.

 

Na zamku w Lidzbarku Warmińskim prezes TVPiS Jacek Kurski zorganizował dzień z pilśniowym serialem „Korona królów”. Goście spotykali się z nieznanymi (na ogół) aktorami (NN) grającymi w tym serialu i nurzali się w atmosferze epoki Władka Łokietka i Kazika Wielkiego, syna jego (a propos: co z obietnicą PiS, że będą odbudowywać zamki kazimierzowskie?), brali udział w przebierankach w tzw. stroje z epoki, w obmacywaniu białej broni oraz (niektórzy) białogłów.

 

Życie stało się weselsze

W ogóle Polska pisowska bawi się na całego, przynajmniej w telewizorze. W filmie Feliksa Falka „Idol” jeden z bohaterów mówi: „Panie, powiedz mi pan, coś się szykuje, bo bawią się i bawią?”. TVPiS skwapliwie pokazuje wszelkie wesołe imprezy jak kraj długi i szeroki, bo „Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją weselej”. Jak mówił towarzysz Stalin: „Życie stało się lepsze, życie stało się weselsze”. Ta sama TVPiS starannie dba o rozdzielność dwóch segmentów: tępej propagandy „Wiadomości” i TVP Info oraz wesołego, luzackiego, nie pozbawionego nawet delikatnych akcentów libertyńskich „Pytania na śniadanie”. Tam, jakby nigdy nic, pod batutą Kamela i Rogalskiej mówi się o partnerach (a nie tylko o sakramentalnych małżeństwach), celebruje hedonizm kulinarny, kosmetyczny i modowy i w ogóle nurza się w mało narodowej zgniliźnie. Najweselszy reporter TVPiS Mateusz Szymkowiak nie mówi ani słowa o polityce i godności narodu wstającego z kolan, natomiast przeprowadza szybkie wywiady z piosenkarzami i modelkami, których trudno podejrzewać o cnotliwy styl życia. PiS bowiem wie, że lud pisowski bynajmniej nie jest święty ani masochistyczny, by dostarczać mu wyłącznie typowej karmy z pisowskich manifestów politycznych. Jej nadmiar musiałby zwymiotować.

 

Okrakiem na Kaczorze

Dostraja się do tego wesołego nastroju lud antypisowski, w swych niewyczerpanych pomysłach na walkę uliczną (ulica). W Kraśniku (woj. lubelskie) ktoś wsiadł okrakiem na pomnik Lecha Kaczyńskiego myśląc może, że poleci na nim jak na pegazie. Natychmiast, bezzwłocznie zaczęła go poszukiwać policja. Ta sama, która w Krynicy potrzebowała najpierw pół godziny, aby przejść dwadzieścia metrów na miejsce zajścia, w którym właścicielka lokalu dostała dosłownie po głowie i upadła zemdlona, a potem dobę, aby zatrzymać brutalnych bandziorów terroryzujących wypoczynkową miejscowość. Podlegająca dziś „Jojowi” szczecińskiemu policja jest nieprześcigniona w ściąganiu na siebie śmieszności.

 

Co nowego u „nadzwyczajnej kasty”

Po uniewinnieniu puczystów sejmowych z grudnia 2016 i koszulkowców z ostatnich tygodni, nadzwyczajna kasta wymierzyła siarczysty policzek agentowi w randze wiceprezesa tzw. Trybunału Konstytucyjnego Mariuszowi Muszyńskiemu. Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że jako nieprawowity dubler nie ma on prawa orzekać w rzeczonym trybunale. Agent poskarżył się na twitterze, że chcą go „zadręczyć, ale im się to nie uda”. Muszyńskiego rzeczywiście trudno zadręczyć, bo był kiedyś bramkarzem na imprezach i ma posturę King Konga, ale tak czy inaczej został uznany za persona non grata. Za to on sam nie będzie dręczył sędziów jako szef Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, co mu się marzyło. Jednak ludzie Ziobra godnie go wyręczą

 

Przeszłość już się zbliża…

Podobno, jak mawiają filozoficznie usposobieni fizycy, względnie fizycznie usposobieni filozofowie, czas jest kategorią niejednoznaczną, zmienną, i rozciągliwą i podatną na kurczenie. Takie wrażenie można odnieść, gdy obserwuje się jedyną politykę zagraniczną, jaką prowadzi PiS, czyli politykę na – nomen omen – froncie niemieckim. Teraz PiS i jego propagandziści oburzają się, że niemiecki sąd zwolnił telewizję ZDF od ponawiania, któryś z kolei raz, przeprosin patriotycznej Polski. Patriotom polskim przeprosin nigdy dość, więc będą się odwoływać. A z tym czasem to jest tak. Urodziłem się zaledwie 12 lat po wojnie, ale już w dzieciństwie wydawała mi się ona odległa w czasie niewiele mniej niż czasy Mieszka I. Obecnie mamy po wojnie 73 lata, a można odnieść wrażenie, że ten czas się przybliża. A im Niemcy bardziej się kajają, tym PiS i jego propagandziści głośniej wołają: „Na kolana, przepraszać!”. Tylko patrzeć, jak umrze w Niemczech najmłodszy dziadek z Wehrmachtu i ostatni świadkowie II wojny światowej, ale to nie powstrzyma PiS od nieustannego domagania się od nich przeprosin. Jeszcze trochę, a kajać się będą Niemcy urodzeni po grudniu 1970, kiedy to sekretarz Władysław Gomułka zawarł układ o granicy na Odrze i Nysie z kanclerzem Willy Brandtem, a pewnie pójdzie to i dalej. Dla patriotycznej Polski PiS, przeprosiny niemieckie za II wojnę światową stały się rodzajem sportu a może nawet perwersyjnych, ciągle ponawianych pieszczot. Jak te z niemieckich kanałów porno. Wyobraźnia może tu podpowiedzieć niezliczoną liczbę podniecających wariantów.

 

Sondaże – nie dziękuję

Rządowy, czyli PiS-owski CBOS ogłosił, że PiS ma 44 procent poparcia (a Imię Jego 40 i 4), a SLD jest pod progiem. Za chwilę inna sondażownia potwierdziła dotychczasową pozycję Sojuszu ponad progiem. Różnice wyników sondażowych są tak duże, że tuż przed wyborami trzeba dać sobie z nimi spokój. Z sondażami jest w ogóle tak, że gdy jest daleko do jakichkolwiek wyborów, nie mają one wiele sensu, bo przecież nikt nikogo wtedy nie wybiera. Gdy znów jest tuż przed wyborami, też mają niewiele sensu, bo są wtedy szczególnie intensywnie wykorzystywane jako narzędzia walki wyborczej. I tak źle i tak niedobrze. Do tego ci, którzy uzyskują wysokie wyniki, co ma służyć mobilizacji ich elektoratu, paradoksalnie narażają się na ryzyko demobilizacji (bo po co iść na wybory, skoro i tak wygrywamy).

 

„Tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu”

Prawolsko-pisowskie media oburzają się, że pisanie o masowym procederze w irlandzkim Kościele Kat. i czynienie przy tym aluzji do kościoła w Polsce, to atak na niego. Można by rzec, że „uderz w stół, nożyce się odezwą”. Ewidentnie boją się efektu irlandzkiego w Polsce. Tym bardziej, że nawet pobożny szef Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski stwierdził, powołując się na relacje biskupów, że w każdej polskiej diecezji jest od kilku do kilkunastu księży-pedofilów. A szef fundacji „Nie Lękajcie się” Marek Lisiński usłyszał ze strony kościelnej stwierdzenie, że „gdyby doszło do wypłaty odszkodowań ofiarom pedofilii, niejedna diecezja w Polsce by zbankrutowała”. Pod Kościołem kat. w Polsce jest więc tykająca bomba, której on straszliwie się lęka, bo jej wybuch mógłby oznaczać koniec jego władzy w Polsce, nie wspominając o innych konsekwencjach. A za puentę tego wątku niech posłuży fragment wiersza „Do Stefana Batorego”, pióra Jakuba Jasińskiego, wodza insurekcji kościuszkowskiej 1794 roku w Wilnie, tego samego, który powiesił biskupa Kossakowskiego. A brzmi on tak:

Plugawego robactwa rój niepoliczony
Obsiadł wsie, miasta, domy, Rady i ambony
Ta tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu
Spojona węzłem złości, próżniactwa i smrodu,
Tylu wieków koleją nieużyte plemię/Ssie dostatki narodów i pustoszy ziemię
Światu na nic niezdatni, z sobą mało zgodni
Inszych czynów nie mają prócz głupstwa i zbrodni.

Święte słowa. Amen.

To była naprawdę dobra telewizja

Dariusz Michalski – dziennikarz, prezenter radiowy, historyk muzyki rozrywkowej. Zwycięzca dziesięciu teleturniejów. Współtwórca 144 odcinków telewizyjnego „Leksykonu polskiej muzyki rozrywkowej”, w Telewizji Polskiej twórca kilkudziesięciu programów autorskich, między innymi magazynu muzycznego „Metronom”, za który w 1988 otrzymał „Złoty Ekran”. Autor biografii Jerzego Wasowskiego, Aliny Janowskiej, Wojciecha Młynarskiego, Czesława Niemena, Kaliny Jędrusik i Krzysztofa Klenczona (w przygotowaniu), trzech tomów historii polskiej muzyki rozrywkowej oraz dwuczęściowego kompendium „To była bardzo dobra telewizja”.

 

 

Z DARIUSZEM MICHALSKIM, dziennikarzem muzycznym, autorem książek o ważnych zjawiskach kultury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Ukazał się już jakiś czas temu pierwszy tom Pana autorskiej historii Telewizji Polskiej „To była naprawdę dobra telewizja”. Przedstawił ją Pan przede wszystkim jako niezwykle ważne zjawisko kulturowe, bardzo ważną część polskiej kultury w XX wieku. W tym roku jesienią minie 65 lat od inauguracji telewizji publicznej w Polsce. Zacznę jednak od pytania o pierwsze Pana osobiste wspomnienie związane z kontaktem z odbiornikiem telewizyjnym…

Telewizor do naszego domu zawitał późno bo jeszcze ponad pół wieku temu był towarem reglamentowanym, kosztownym, nawet bardzo drogim. Nasz majętny sąsiad był wśród znajomych chyba jedynym posiadaczem takiego skarbu i zapraszał wszystkich nawet często – nas (mamę, ojca i mnie) na filmy. Te amerykańskie czy angielskie pamiętam do dziś, bo ich projekcje kończyło nieodmiennie triumfalne zawołanie sąsiada, który „z polska” odczytywał z ekranu: „The end!”. Kiedy już teleaparat mieliśmy (jak na owe czasy nawet szykowny, to był „Belweder”), mama i ja zapałaliśmy miłością do teleturniejów. Tak wielką, że kiedyś mnie zachęciła: „Spróbuj”. Podobała się nam Krzyżówka z papugą – ale papugę mieliśmy. 20 pytań i Kółko i krzyżyk to także nie było to. I wtedy Telewizja wprowadziła do swego programu tak zwane teleturnieje wiedzowe. Ponieważ od dziecka interesowałem się muzyką – zgłosiłem się do teleturnieju „Z melodią na ty”. Przeszedłem przez eliminacje pierwsze, drugie, trzecie, zostałem zakwalifikowany do występu na wizji – wygrałem! Teleturniej był emitowany w niedzielę, oczywiście na żywo, w poniedziałek w szkole (uczyłem się wtedy w dziesiątej klasie liceum ogólnokształcącego) usłyszeliśmy, że następnego dnia odbędzie się przed lekcjami specjalny apel. No i we wtorek ciało pedagogiczne publicznie mnie oskarżyło o „publiczne wystąpienie bez obowiązkowej tarczy na rękawie”. Oponowałem: Przecież reprezentowałem siebie, swoją wiedzę, nie szkołę – i jakoś się wybroniłem. Ale wiedziałem, że łatwo mieć nie będę. Na szczęście mój domowy mecenas wspierał mnie intelektualnie i strategicznie: „Jeśli wiesz, to się tą wiedzą podziel z innymi. Czujesz się na siłach – wystąp. Ale zawsze staraj się wygrać”. No i wygrałem kolejne teleturnieje muzyczne, filmowe, taneczne, kryminalne. Ówczesne główne wygrane były symboliczne – przeważnie bony do Galluxu (czyli salonu eleganckiej mody męskiej), za które mogłem otrzymać co najwyżej zagraniczną koszulę, spinki i krawat, czyli żadne ekstrawagancje. Kiedy wygrałem teleturniej lotniczy – Lot „szarpnął się” na bezpłatny bilet powrotny na dowolnej trasie, ale tylko krajowej. Mimo to z tamtej wygranej byłem szczególnie dumny, bo – daję słowo, że tak było – kilka dni później propozycje pracy u siebie złożyły mi zagraniczne linie lotnicze: szwajcarski Swissair, belgijska Sabena, włoska Alitalia i skandynawski SAS. Przedstawicielstwa zachodnich towarzystw lotniczych, w hierarchii ważności następne po ambasadach, były wtedy reprezentantami luksusu, blichtru, elegancji wielkiego świata. Były oknami na ów świat, witrynami, przez które można go było oglądać i… lizać. Byłbym się więc na tę przynętę skusił, gdyby nie kolejny teleturniej, w mojej karierze dziesiąty. Zapytałem mamę: Pójść? Usłyszałem: „Muzyczny, jakby dla ciebie wymyślony, więc dlaczego pytasz?”. To był w moim teleturniejowym życiu występ ostatni, najważniejszy. Wygrałem wtedy ex aequo z Korneliuszem Pacudą, przyszłym propagatorem muzyki country. O stronę rozrywkową programu zadbała Polska Federacja Jazzowa, której przedstawiciel zaproponował mi po występie: „Chce pan u nas pracować?”. Oczywiście, że chciałem. Następnego dnia, w poniedziałek 10 lipca 1967 wdrapałem się na czwarte piętro gmachu Romy (tam, przy Nowogrodzkiej 49, w podwórzu, urzędowała PFJ) i wczesnym rankiem, bez zbędnych formalności, zostałem pracownikiem bardzo ważnej, nie tylko w moim życiu, instytucji przemysłu rozrywkowego, rodzimego show businessu. To był dla mnie prawdziwy uniwersytet, na którym w przyspieszonym tempie poznałem najważniejszych jazzmanów, całą listę przebojów bigbeatowych, zostałem sekretarzem magazynu „Jazz Forum”, wymyśliłem i przez długi czas redagowałem fanzin „Kakajot”. To była najelastyczniejsza trampolina mojej kariery zawodowej, wypchnęła mnie bowiem do radiowego Programu III, potem do „Sztandaru Młodych”, gdzie przez ponad ćwierć wieku prowadziłem rubrykę muzyczną (był to chyba nawet dział) „Metronom”, później do telewizji.

 

Kiedy po raz pierwszy wystąpił Pan na „srebrnym ekranie”, jak wtedy mawiano, już nie jako gość teleturnieju, ale jako „osoba telewizyjna”?

To było w 1965, w programie młodzieżowego klubu telewizyjnego „Proton”, w którym wystąpili absolwenci warszawskiej szkoły baletowej, Jerzy Waldorff i… ja. Program opowiadał historię tańca towarzyskiego, młodym Polakom miał też zaprezentować ich rówieśników pasjonujących się jakimś pożytecznym hobby. Moje – kolekcjonowanie płyt gramofonowych z rock and rollem – akurat nie było zbyt wychowawcze (wtedy! rock and roll to wszak muzyka amerykańska), przecież jednak zgodzono się ochoczo na pokazanie przed kamerą kilkudziesięciu zagranicznych singli, które obwoluty miały wyjątkowo atrakcyjne wizualnie, bajecznie kolorowe (szkoda, że program był czarno-biały). Miał tę kolekcję ocenić od strony zawartości muzycznej właśnie Jerzy Waldorff. Przed emisją zorganizowano dwie, może nawet trzy próby, żeby poznać się wzajemnie, debiutantom pozwolić na otrzaskanie się ze studiem i kamerami, zamarkować późniejsze sytuacje i rozmowy. Sławny krytyk(ant) oczywiście roześmiał się sardonicznie słysząc o czym mamy rozmawiać („Rrrock and rrroll to okrrropna szmirrra, a ten krrrostowaty Prrresley to jakiś żigolak!”), ale zmitygowany przez reżysera i redaktorkę obiecał, że na wizji nieco złagodzi swoje ostre sądy. Z programu pamiętam do dziś przepiękny archaiczny patefon, który do odtwarzania 45-obrotowych singli zupełnie się nie nadawał, oraz reżysera, który zarządził, że będzie lepiej, jeśli pan Waldorff wygłosi swoją kwestię osobno, mnie zaś będzie przepytywała z historii rock and rolla oraz jego walorów tanecznych gospodyni i redaktorka programu. Tak też się stało. Opisuję tę przygodę w mojej książce o telewizji, w rozdziale „Młodzież”, a ilustruje ją zdjęcie: pan Jerzy i ja siedzimy odwróceni do siebie plecami. Kilka lat później poprowadziłem w telewizji teleturniej muzyczny, a na stałe wszedłem do „firmy” jako współpracownik: współtworzyłem „Leksykon polskiej muzyki rozrywkowej”, wymyślałem i zrealizowałem kilkadziesiąt rozmaitych programów muzycznych. Za magazyn „Metronom” otrzymałem doroczną nagrodę Złoty Ekran. Z dumą ją wspominam, odebrałem ją bowiem (w marcu 1988) w nie najgorszym towarzystwie, między innymi reżysera Kazimierza Kutza, zespołu reporterów programu „Zawsze po 21-ej”, dokumentalisty Ludwika Perskiego, aktora Jerzego Bińczyckiego, Jana Miodka oraz mego imiennika Dariusza Baliszewskiego. Byłem w tamtej telewizji niby w środku, jako współpracownik przecież jednak poza nią, dzięki czemu patrzyłem na nią od środka i z zewnątrz, okiem chyba rzetelnym. Ta ogromna wiedza, w dużej części praktyczna, przydała się po latach przy pisaniu książki.

 

Przy pisaniu książki korzystał Pan z internetu?

Tak, jednak wbrew panującej opinii, w Internecie nie ma wszystkiego. Trzeba mieć własną wiedzę, by móc zweryfikować to, co tam jest, co jest rzetelne, co zaś śmieciem. Książkę pisałem w oparciu o własne, od dziesiątków lat gromadzone archiwum, wykorzystałem w niej także rozmowy, które od dawna nagrywałem i notowałem w okresie mojej pracy dziennikarskiej, w gazecie, radiu i telewizji. Moi rozmówcy w większości już odeszli – Janusz Rzeszewski, Lucjan Kydryński, Witold Filler. Powiedzieli mi wiele, czasami mnie zdumiewali swoją szczerością – jakby chcieli skorzystać z okazji, że ktoś ich wreszcie o wiele spraw zapytał, uważnie ich słuchał, wiedział o czym oni mówią. Pamiętam zwłaszcza Fillera, niespełnionego aktora, mądrego krytyka, politycznie przyklejonego do władzy, która go wypromowała, towarzysko nielubianego, jakże jednak ważnego dla rozwoju w naszej telewizji choćby rozrywki: on jej poziom wywindował bardzo wysoko. Każdy z tych ludzi, inteligentnych i rozbudowanych intelektualnie, był postacią. Niektórzy byli nawet osobowościami.

 

Telewizja u samych swoich początków kładła ogromny nacisk na rolę edukacyjną. Na przykład nadawano lekcje z poszczególnych przedmiotów szkolnych dla szkół średnich i podstawowych. Doktor Hanna Dobrowolska prowadziła przez kilka lat „Spotkania z przyrodą”, była „Eureka”, audycja o technice Jerzego Wunderlicha i inne…

Kultura polska powinna uchylić kapelusza przed tamtą telewizją edukacyjną, której poświęcę spory rozdział w drugim tomie. Telewizja bardzo pomagała w nauce, bo była bogatsza o to, co jest czterema piątymi naszego procesu postrzegania, czyli o obraz (bo słyszymy tylko jedną piątą informacji). Prawo autorskie nie było wtedy, tak jak dziś, przestrzegane, więc kopiowano mnóstwo materiałów z innych telewizji, choćby z BBC. Ale to był dodatek – owszem, bardzo atrakcyjny, jednak tylko dodatek – do tego, co wymyślano, realizowano i propagowano własnymi siłami. Telewizja edukacyjna była wtedy wspaniała, uczono dzieci, młodzież, były także telewizyjne uniwersytety korespondencyjne, wykłady naukowców, była politechnika, nauka języków obcych…

 

Zacytował Pan Ignacego Witza, wybitnego artystę i krytyka sztuki, który stwierdził, że polska telewizja wykształciła swoją własną formę plastyczną, inną niż filmowa i inną niż teatralna. Była pod tym względem czempionem w świecie?

Bez wątpienia. To brało się ze specyficznej polskiej drogi do sukcesu. Ponieważ byliśmy biedni, niczego nie mieliśmy, a chcieliśmy coś zrobić, to ten motor działania był w nas ogromny. To było takie amerykańskie „Chcieć to móc”. Coś z tego ducha było w osobie Adama Słodowego i jego programie „Zrób to sam” – zrobić coś z byle czego, z dykty, pustego pudełka, kawałka sznurka. Owo „majsterkowanie” było specyfiką rodzimej techniki telewizyjnej: kamery, magnetowidy, stoły reżyserskie polskie złote rączki rozbierały do najmniejszej śrubki, potem składały, ucząc się ich działania od podstaw. Ba! To była czasami jedyna metoda, bowiem nieustannie kuglując między systemami zachodnim (kapitalizm) i środkowoeuropejskim (socjalizm), Telewizja Polska często otrzymywała od swoich kontrahentów na przykład doskonałe technologicznie kamery, ale bez… instrukcji. I dobrze, bo geniusz Polaka przydawał się do uzyskiwania później takich efektów wizyjnych, jakich konstruktorzy tych zachodnich cudeniek nawet sobie nie wyobrażali! Opowiedział mi o tym Paweł Karpiński, który w polskiej telewizji zrobił karierę iście amerykańską (od pucybuta do milionera), bowiem z pomocnika operatora kamery wyrósł na rasowego reżysera. A Xymena Zaniewska ze swoją szkołą scenografii telewizyjnej? Jej talent, pomysłowość, indywidualność rozwinęły się przecież na pustyni, kiedy z niczego trzeba było stworzyć coś. I to coś – COŚ! – powstawało: wspaniałe, nowoczesne, stylowe, genialne!

 

Dużo miejsca poświęcił Pan Teatrowi Telewizji. Czy dlatego, że uważa go Pan za najważniejszą pozycję w historii TVP?

Uważam go za fenomen, efekt połączenia działalności i wysiłków setek, jeśli nie tysięcy ludzi i szeregu instytucji. Była premiera co tydzień, w ramach sceny poniedziałkowej, były przedstawienia w Teatrze Sensacji i Teatrze Młodego Widza, były monodramy, spektakle realizowane w ośrodkach pozawarszawskich. Ludziom się chciało, nikt o pieniądzach nie mówił i dobrze, że tak było – wbrew zasadzie, że dobre musi kosztować, bo inaczej będzie byle jakie. Nawet pionierska telewizja Europy, brytyjska BBC nie wypracowała takiej formy. Realizowała albo filmy dostosowane do warunków telewizyjnych i praktykowała statyczne filmowanie kamerą spektaklu teatralnego na scenie. Nasz Teatr Telewizji wypracował coś zupełnie innego. Studio było miejscem, gdzie przestrzeń fizyczna była rozszerzana, a co za tym idzie także przestrzeń w wyobraźni widza, który podążał za kamerą, za myślą, także dzięki możliwości zbliżeń. Wspomniana Xymena Zaniewska fenomenalnie operowała czernią, bielą i ich odcieniami, obrazem, zbliżeniem, detalem, cieniem. Poza nią było całkiem pokaźne grono utalentowanych, wybitnych scenografów.

 

Telewizja jako taka jest w ciągłej fazie znaczących przeobrażeń technologicznych. Wprowadzana jest telewizja cyfrowa wysokiej jakości, kończy się epoka monopolu ramówki i następuje szereg innych zmian. Myśli Pan, że to koniec telewizji, którą Pan opisuje?

Rozważa się też – nie od dziś – czy ocaleją książki i prasa papierowa, czy też zostaną scyfryzowane jako e-książki i e-tygodniki. Kiedyś rozważano, czy telewizja nie zabije kina. Podobnie rozważa się czy radio i telewizję zastąpi e-radio i e-telewizja. Myślę, że nowe będzie się rozpychać, ale stare długo jeszcze będzie mu towarzyszyć.

 

To kolejna duża publikacja o Telewizji Polskiej po książce Tadeusza Pikulskiego. Czy ona była dla Pana jakimś punktem odniesienia?

Książka Tadeusza Pikulskiego, „Prawdziwa historia telewizji publicznej”, to rzetelna, choć subiektywna książka o telewizji. Podobnie jak cenna książka Tadeusza Kurka czy wspomnienia Jerzego Ambroziewicza. Każda książka jest cenna, bo gdyby w tej chwili ktoś inny jeszcze chciał napisać swoją książkę o telewizji, nie spotka już szeregu osób, które są w cytowane w tych, które już powstały, oraz w mojej (że przypomnę nieżyjących Fillera czy Rzeszewskiego). A za chwilę nie będzie już nikogo z tego pokolenia. Widzę to również w światku polskiej muzyki rozrywkowej. Kiedy pisałem pierwszy tom jej historii, to żyła jeszcze i była pełna uznania dla moich działań, a nawet napisała mi wstęp – Stefania Grodzieńska. Po jej odejściu nikt już nie napisze o tym, co działo się w tej dziedzinie przed wojną, powołując się na żywych świadków. Bo tych świadków już nie ma.

 

Było w dziejach telewizji szereg osobowości i audycji kompletnie dziś zapomnianych, np. „Sylwetki X Muzy” prowadzone w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przez Czesława Radomińskiego? Czy uwzględni je Pan drugim tomie?

Tak. Znajdzie się ten program albo w rozdziale poświęconym filmowi albo w historii ośrodków regionalnych, był bowiem emitowany z Poznania. Czego czytelnik nie znalazł w pierwszym – znajdzie w drugim tomie. Czy wszystko? Przyczyny wszelakich pominięć faktów i osób zamykają się w takim oto krótkim dialożku: „Dlaczego Pan mi o tym, nie powiedział? – Bo pan mnie o to nie zapytał”. I tak jest z wieloma sprawami, które w ostatnich tygodniach „wyszły” tylko dlatego, że ukazał się tom pierwszy: dotarł do czytelników i wywołał liczne reakcje. Działają one jak internetowe linki, otwierające kolejne klapki i furteczki, a drzwi do informacji robią się bramami do niej, rozbijają zaskorupiałe ściany pamięci. Często słyszę: „Ach, rzeczywiście tak było!”. Albo: „Że też o tym zapomniałem”. Zapomniane – przypomniane. Coraz częściej dzięki życzliwym (i uważnym!) czytelnikom.

 

Widziałem niedawno zaprojektowaną przez Konstantego Sopoćko okładkę wydanej w 1929 roku sensacyjnej powieści Jana Mariana Dąbrowy „Telewizor Orkisza”. Telewizor jest w tej powieści przedmiotem ze sfery fantastyki-naukowej. Od tamtych czasów, pod niezmienioną nazwą, przeszedł drogę od maszyny fantastycznej do powszechnego składnika i kultury i codzienności…

Takich miejsc i zdarzeń paradoksalnych w historii szeroko rozumianej telewizji było dużo. Przytoczę choćby słynną debatę telewizyjną Kennedy–Nixon w 1960 roku, która uczyniła tego pierwszego prezydentem, bo ten drugi nie umiał się znaleźć przed kamerą. Można to odnieść też do spotkania Wałęsa–Miodowicz w 1988. Elvis Presley, podczas pierwszego występu w ogólnoamerykańskiej telewizji w 1956 roku, został pokazany tylko od pępka w górę, ponieważ poruszał biodrami w sposób wyzywający, erotyczny, co najmniej nieelegancki, co sprawiło, że przylgnęło do niego określenie „Elvis the Pelvis” (Elvis Miednica). Ale nie tylko to było ważne dla jego kariery, bowiem to, że nie pokazano wtedy piosenkarza w całości, zachęciło ludzi, żeby zainteresować się nim dokładniej, bo przecież „na pewno miał poniżej paska od spodni coś, czego telewizja nie chciała pokazać”. W 1960, po powrocie Presleya z wojska, kiedy Sinatra zaprosił go do swego programu pewien, że dzięki „temu bezczelnemu chłystkowi” (The Voice nie lubił rock and rolla, a Elvisa wręcz nienawidził) zdobędzie dla siebie publiczność młodzieżową – trzy czwarte telewizyjnej Ameryki oglądało jego show, następnego dnia nazwany przez prasę Welcome Home Elvis: młodszy „ukradł” przedstawienie starszemu, bo lepiej od niego zrozumiał istotę telewizji, jej potęgę.

 

W PRL „potęgę telewizji” kojarzono z monopolem władzy jej politycznego dysponenta i działaniem cenzury…

Cenzorzy czepiali się zwłaszcza trzykropków (ileż bowiem można było wyrazić za ich pomocą „pomysłów na domysły”), gorsi jednak byli usłużni redaktorzy. Ciężkie życie w telewizji mieli bigbitowcy, za którymi chodził łysawy fryzjer-Filler, który nienawidził długowłosych. Trzeba jednak pamiętać, że cenzura była także w innych telewizjach, w zagranicznej prasie, w zachodnim radiu. W swojej kolekcji mam trzy płyty kompaktowe z nagraniami, których „nie puściła w eter” brytyjska BBC, właśnie z powodów cenzuralnych. Ofiarą angielskiej cenzury padł w 1972 między innymi Paul McCartney, który śpiewał o Irlandii i Irlandczykach („Give Ireland Back to the Irish”), co nie pasowało do polityki Zjednoczonego Królestwa. Dekadę wcześniej BBC zakazała antenowej prezentacji płyty „A Hundred Pounds of Clay” Craiga Douglasa „z powodów religijnych”. Uzasadnienie: „Ta piosenka bluźni przeciwko Bogu, sugeruje, że Pan stworzył kobietę nie z żebra Adama, lecz ze zwyczajnych surowców”. Nie pomogła zmiana kontrowersyjnego oryginalnego wersu „stworzył Bóg kobietę i wiele innych przyjemności dla mężczyzny” na „stworzył starego Adama – oraz kobietę dla mężczyzny”. Radiowi cenzorzy byli nieugięci i nałożyli embargo na amerykańską piosenkę. Przypominam: w Londynie – nie w Warszawie! Nie było więc tak, że w Polsce było wszystko źle, a w Anglii super. Nieprawda. Także u nas cenzura radiowa miała swoje „wytyczne”, a na płycie piosenka mogła się ukazać i stawała się przebojem. Prywatni rzemieślnicy mogli wydawać pocztówki dźwiękowe, a w radiu czy telewizji tych samych utworów nie puszczano. Cenzura była wszędzie, więc nie fetyszyzujmy strasznej roli cenzury w Polsce.

 

Co będzie odróżniało tom drugi Pana książki od pierwszego?

Będzie znacznie więcej polityki, przede wszystkim rozbudowany i bardzo ważny rozdział o stanie wojennym w telewizji oraz ówczesnej weryfikacji. Przedsmak „tego co będzie” znajdzie czytelnik w pierwszym tomie, w rozdziale poświęconym Teatrowi Telewizji. Tamże – choćby opowieść Stefana Szlachtycza o nagrywaniu spektaklu „Długie pożegnanie”, kiedy na planie potrzebny był pistolet. Oczywiście w rekwizytorni pistoletu nie było, ale przecież przy studiu siedzieli żołnierze. „Komandos ostrzegł Pyrkosza: – Niech pan uważa, żeby nie znaleźć się na linii strzału. Wylot pistoletu musi być skierowany na przeciwnika. Wtedy Łukaszewicz spytał przytomnie, czy pistolet jest nabity. – Oczywiście, ostra amunicja – komandos na to. – Jest przecież wojna”. Tamże Olgierd Łukaszewicz przypomina swój dylemat: „Musiałeś grać? – pytali mnie znajomi. Nawet jeśli coś tam bąkano, że gdybym odmówił, to wyciągnięto by wobec mnie konsekwencje z tytułu umowy o pracę? Nie wiedziałeś, że bierzesz udział w akcji wojskowej czy parawojskowej?” Jerzy Gruza zapamiętał: „W grudniu 1981 nagrywaliśmy program rozrywkowy, który musieliśmy dokończyć już w następnym roku. Czy uważano to za kolaborację? Nie wiem, zresztą to mnie zupełnie nie obchodziło”. Takich historii, ludzkich, więc dramatycznych ale i zabawnych, zdarzyło się wtedy wiele. Wojna nie składa się tylko z czołgów, samolotów i generałów; także z ludzi, okopów i menażki”.

 

Dziękuję za rozmowę.