Stawiał na Tolków Bananów

Stanisław Jędryka (1933-2019)

Mimo, że debiutował kinem dla dorosłych, stał się najwybitniejszym przedstawicielem kina dla młodzieży, o młodzieży. To jego dziełem były popularne filmy i seriale według popularnych powieści „Do przerwy 0:1”, „Podróż za jeden uśmiech” , czy „Stawiam na Tolka Banana”. Droga do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, którą ukończył w 1956 r. przywiodła go z rodzinnego Sosnowca. Zaczynał jako asystent Stanisława Lenartowicza podczas realizacji ekspresjonistycznego filmu „Zimowego zmierzchu” (1956). Zadebiutował w 1958 r. filmem eksperymentalnym pt. „Stadion”. W 1960 r. zrealizował film dyplomowy „Zbieg” na podstawie opowiadania Marka Hłasko. W 1962 r. wyreżyserował „Dom bez okien” opowiadający o świecie cyrkowców, w którym wystąpili Wiesław Gołas, Danuta Szaflarska, Józef Kondrat, Elżbieta Czyżewska, Tadeusz Fijewski i Jan Świderski. Zrealizowany wg scenariusza Aleksandra Ścibor-Rylskiego film trafił do konkursu na festiwalu w Cannes. W następnych latach zajął się tematyką dziecięco-młodzieżową. Trzy lata po fabularnym debiucie wyreżyserował „Wyspę złoczyńców” (1965) o przygodach Pana Samochodzika, na podstawie powieści Zbigniewa Nienackiego, w doborowej obsadzie, z Janem Machulskim w roli głównej. Na podstawie scenariusza Adama Bahdaja nakręcił w 1969 roku film „Paragon gola!” oraz opowiadający o przygodach młodego piłkarza serial „Do przerwy 0:1”. Rok później, na podstawie powieści Bahdaja, zrealizował kolejny popularny serial, zatytułowany „Wakacje z duchami”, w którym wystąpił m.in. Henryk Gołębiewski. Zrealizował też telewizyjne filmy według „Kamizelki” i „Katarynki”, nowel Bolesława Prusa. Kolejne wspólne realizacje Jędryki i Bahdaja to: serial, a także opowiadający o tych samych bohaterach film fabularny pt. „Podróż za jeden uśmiech” (1971-72) z Henrykiem Gołębiewskim i Filipem Łobodzińskim w rolach głównych, oraz serial „Stawiam na Tolka Banana” (1973). W 1976 r. reżyser nakręcił serial „Szaleństwo Majki Skowron”, adaptację powieści Aleksandra Minkowskiego, o konflikcie pokoleniowym między rodzicami a dziećmi. Do najbardziej znanych filmów fabularnych Jędryki należy ekranizacja powieści Janusza Domagalika „Koniec wakacji” z 1974 r. Jego akcja jest osadzona na Śląsku, a głównym bohaterem jest czternastoletni chłopiec, który przechodzi przyspieszony proces emocjonalnego dojrzewania – przeżywając pierwszą miłość i pierwszy poważny dramat. Do twórczości Domagalika powrócił Jędryka raz jeszcze – czternaście lat później – adaptując na telewizyjny serial „Banda Rudego Pająka” (1988), poczytną powieść pisarza pt. „Banda Rudego”. Przywiązany do tematu „młodzieżowego” czasami stosował „płodozmian” tematyczny i w 1984 roku zrealizował film o tematyce okupacyjnej „Umarłem, aby żyć”, który kontynuował w 1989 roku filmami „Urodziny po raz trzeci” i „Po własnym pogrzebie”. Wyreżyserował także kilka spektakli telewizyjnych, m.in. „Wszystko gra!” (1997), „Tajemnica zwyczajnego domu” (2000) i „Przypadki Piotra S.” (1981). W latach 2009-10 pojawił się kilka razy na ekranie w roli reżysera w odcinkach serialu „Na dobre i na złe”. Laureat wielu nagród za twórczość. W 2013 r. został wyróżniony Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Niech powrócą wspomnienia (3)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Ekran z Bratkiem”.

Historia „Ekranu z Bratkiem” rozpoczęła się od listu chłopca, który napisał do redakcji „Teleferii”:
„Mam siostrę, która jest okropna, ale gdybym w waszym konkursie zdobył nagrodę, to proszę ją przesłać mojej siostrze”.
„Uznaliśmy, że jest to wspaniały początek programu – wspomina red. Zofia Chećko – który nazwiemy »Ekran z Bratkiem«”, bo przecież brat, to też bratek. I tak to się zaczęło.
„Ekran z Bratkiem” składał się z wielu tematów i wielu działów. Miały swoje nazwy, niektóre bardzo wymyślne. Na przykład ten, w którym polecano widzom książki. Nosił tytuł „SOWA” i to był skrót: „Stowarzyszenie Opiniodawców, Wydawców i Autorów”. Prowadziła go Hanna Bielawska. Tych rubryk była cała masa zwłaszcza, że niektóre miały krótki żywot. W zależności od potrzeb, upodobań widzów, no i możliwości telewizji. Kto brał udział w „Bratku”?: Krzysztof Baranowski, a przed nim Leonid Teliga. Agaton – słynny cichociemny, Stanisław Jankowski – architekt, który małym widzom fundował niezwykłe podróże poprzez wieki i style. Patrzyliśmy jak budowano egipskie piramidy, zwiedzaliśmy rzymskie Pompeje, podziwialiśmy grecki Partenon, a także zaglądaliśmy na nową, warszawską starówkę czy królewski Wawel. W programie gościł również Stefan Mirowski – harcerz, legenda okupacyjnych walk, który zajmował się normalizacją. Temat niby nieciekawy, a jednak potrafił go tak przedstawić, że przykuwał uwagę.
Aby wystąpić w „Ekranie z Bratkiem” trzeba było mieć kilka atutów. Poza poprawną polszczyzną znajomość tematu i pomysł na jego zaprezentowanie. A Stefan Mirowski miał. Zaczął tak:
„Wyobraźcie sobie, co by to było, gdyby każdy produkował wtyczki do kontaktów według własnego uznania, a same gniazdka z dowolnie umieszczonymi dziurkami? Nic by nie działało, a my nie moglibyśmy korzystać z lodówek, pralek, telewizorów czy radioodbiorników. Jeżeli w ogóle udałoby się je zrobić”.
W „Bratku” występował również Jacek Gmoch, najpierw jako piłkarz Legii Warszawa i reprezentant Polski, później jako trener reprezentacji. Tak wspomina swoją pierwszą wizytę w studio:
„Masz 6 minut – powiedział Maciek. Opowiadając postaraj się zademonstrować kilka ćwiczeń poprawiających technikę – dodał markując żonglowanie. I poszedł.
O kurcze! – pomyślałem. Co prawda widywałem już kamery telewizyjne, ale po pierwsze na stadionach, a po drugie z daleka. I byłem tam jednym z wielu bohaterów widowiska. Do tego niemym. A tutaj?! Tutaj, to co innego…”
Audycja była nadawana z Pałacu Kultury. Na żywo.
„Studio urządzono chyba w byłej restauracji, bo ustawiono mnie na podeście przypominającym podwyższenie dla tańczących. Nie miałem tam zbyt wiele miejsca. Po chwili na kamerze zapaliło się czerwone światełko. Jestem na wizji! No to zaczynam się popisywać: lewa noga, prawa, żonglowanie kolanami, stopami, potem główkowanie. Jedyne co pamiętam, to kłębiąca mi się w głowie myśl, aby piłka nie uciekła, bo wtedy dopiero byłby klops. Wiedziałem, że koledzy z Legii oglądają program i jak coś sknocę, to żyć mi nie dadzą”.
Obyło się bez wpadki, a ten występ okazał się dla Gmocha początkiem wielkiej telewizyjnej przygody trwającej 15 lat:
„Cała Telewizja Dziewcząt i Chłopców – dodaje pan Jacek – miała pewną filozofię, myśl, ideę, po prostu cel do którego dążyła. Nie tworzyła mitów, lecz dawała marzenia i uczyła, że można je spełnić, bo pokazywała tych, co swoje marzenia zrealizowali. Występowali w niej ludzie, którzy może i gdzieś byli na indeksie, ale tu stawali przed kamerą i nikt im tego nie zabraniał. I wbrew temu co się teraz mówi o telewizji tamtych lat nigdy nie miałem nawet najmniejszej ingerencji w to, co chciałem powiedzieć, nigdy też nie słyszałem o jakiejkolwiek cenzurze”.
„Do »Ekranu z Bratkiem« – dodaje Zofia Chećko – przychodził też Henryk Łasak legendarny trener kolarski. Doktor Andrzej Jaczewski przedstawiał naszym widzom zagadnienia dojrzewania oraz seksuologii…, choć w ogólnych zarysach”.
Odbywało się to w ramach nauki o człowieku, czyli jednego z elementów podstawy programowej klas siódmych. Omawiano: budowę ciała, rolę narządów wewnętrznych, potrzebę ruchu i dbanie o prawidłową postawę, racjonalne żywienie, higienę osobistą, fizjologię, wzrok, słuch, itd.
„Trzy ostatnie edycje – akcentuje prof. Jaczewski – poświęciliśmy rozwojowi w okresie dojrzewania oraz inicjacji życia seksualnego. Proszę pamiętać, że był to koniec lat pięćdziesiątych, a wtedy nie mówiło się otwarcie o seksie!”
Do audycji tych każdorazowo zapraszano specjalistów. Między innymi ginekolog Michalina Wisłocka, rozprawiała o higienie dziewcząt, o normie miesiączkowania, o potrzebie wizyt u lekarza. Zaś Mikołaj Kozakiewicz o miłości, związkach emocjonalnych i odpowiedzialności. Przedstawiano aspekty świadomego i racjonalnego macierzyństwa oraz ojcostwa.
Prof. Andrzej Jaczewski:
„Nie ukrywam, obawialiśmy się reakcji widzów. Ku naszemu zdumieniu, a i wielkiej satysfakcji, dostaliśmy tylko jeden list w którym wymyślano nam i zarzucano, że robimy programy demoralizujące młodych ludzi”.
Wiele lat później pan Andrzej został zaproszony na międzynarodowy kongres poświęcony edukacji seksualnej. Odbywał się w niemieckim Landau.
„Trudno będzie niektórym uwierzyć, ale okazało się, że nasze audycje z końca lat pięćdziesiątych były nie tylko pierwszymi, lecz przez ponad 20 lat jedynymi na świecie programami, poświęconymi szeroko pojętej edukacji seksualnej nadawanymi przez telewizję”.
Pośród gości „Ekranu z Bratkiem” był znakomity żeglarz Krzysztof Baranowski. Opowiadał o przygotowaniach do swej pierwszej podróży dookoła świata, tłumaczył jak i którędy popłynie oraz jakie trudności czyhają na śmiałka podczas takiej eskapady. Robił to niesłychanie malowniczo.
Nieustannie towarzyszyła mu sympatia i pamięć widzów, również wtedy, gdy wypłynął w rejs.
„W każdym porcie – dodaje Zofia Chećko – czekała na niego paczka listów od polskich dzieci. Nie ukrywał, że zawsze, gdy je odbierał, był bardzo wzruszony. Ale to było później. Tymczasem, gdy jego podróż zbliżała się dużymi krokami, ogłosił wśród widzów konkurs na nazwę swojego jachtu. Dzieci zasypały nas listami. Pół pokoju było tych kartek, a nazwy no…, przeróżne. Lecz kiedy je segregowaliśmy próbując znaleźć coś odpowiedniego, a były tam najdziksze pomysły, przyszedł do redakcji Baranowski:
– To wszystko na nic.
– Dlaczego? Co się stało?
– Najwyższe władze postanowiły, że mój jacht będzie się nazywał »Polonez« i nie ma od tego odwołania.
Głupia sprawa. Nie mieliśmy na to żadnego wpływu, ale kierowniczka produkcji, Renata Kasprzyk, stwierdziła rozsądnie:
– Trudno. Jak jest kilka tysięcy kartek, to musi być i »Polonez«”.
Spędzili całą noc na przekopywaniu korespondencji… I znaleźli.
„Do tej pory pamiętam naszą radość – uśmiecha się Zofia Chećko – że 14-letnia Jadzia Gajzler z Bydgoszczy, zaproponowała nazwę »Polonez«. I to ona, jako dziecięca matka chrzestna, odbyła jednodniowy rejs po Bałtyku z kapitanem Baranowskim”.
Do „Ekranu z Bratkiem” zapraszano goście z „najwyższej półki”, poza wymienionymi np.: trenerów: Henryka Łasaka i Kazimierza Górskiego, aktorów: Bronisława Pawlika, Tadeusza Bartosika, Wojciecha Siemiona, Włodzimierza Pressa, Józefa Nalberczaka, braci Macieja i Damiana Damięckich, sportowców: Ryszarda Szurkowskiego, Jacka Gmocha, lekarzy, pośród których najbardziej zapadł w pamięć wspomniany dr Andrzej Jaczewski (żołnierz wyklęty z Grupy AK Krzysztof w Milanówku) i wielu, wielu innych.
W „Ekranie z Bratkiem”, o czym niewielu pamięta, zadebiutował również Michał Sumiński.
Maciej Zimiński:
„Gdy w ramach »Teleferii« robiliśmy program wakacyjny, a był to rok 1967, brakowało nam gawędziarza o lesie, o zwierzętach. Nikt odpowiedni spośród znajomych nie przychodził nam do głowy. I wtedy kolega z radia zasugerował: Maciek, no jest w redakcji »Dla tych co na morzu« taki Michał Sumiński. Jego zaproś.
Była to jeszcze żywa telewizja, co jest o tyle istotne, że wszystko musiało być dobrej jakości. Bez szans na montaż czy powtórki. Michał przyszedł i oczarował nas. Zasunął taką opowieść, że wszyscy gęby porozdziawiali. Później, gdy układaliśmy plan na rok 1968/1969, właśnie w tym pokoju, w którym teraz jesteśmy, stwierdziliśmy, a był pośród nas: szef Naczelnej Redakcji Programów dla Dzieci i Młodzieży Włodek Grzelak i nieżyjący już Jacek Kupski, że trzeba zrobić program o zwierzętach pod Michała Sumińskiego, bo był to skarb, którego nie można zmarnować. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostaliśmy ofertę filmów animowanych amerykańskiej firmy Hanna-Barbera. Był tam pies Huckleberry, Pixi i Dixi, miś Yogi oraz Wally Gator. I zrobiliśmy 45 minutowy „Zwierzyniec”. Był adresowany do 10-latków, ale z przyjemnością oglądali go również dorośli”.
Lecz to już inna historia, o której za tydzień.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Klub Pancernych”.

„Klub Pancernych” był kolejnym niezwykłym zjawiskiem na telewizyjnej mapie świata. Narodził się we wrześniu 1966 roku, niemal dokładnie wtedy, gdy rozpoczęto emisję „Czterech pancernych i psa”. Do redakcji Telewizji Dziewcząt i Chłopców zaczęły napływać listy w których dzieci opisywały tworzenie podwórkowych załóg, zadań jakie przed sobą stawiały oraz koordynacji poczynań przez Sztaby. TDC podłapała pomysł i tak powstał „Telewizyjny Klub Pancernych”. Program namawiał dzieci by dbały o przyrodę, czystość podwórek, kondycję fizyczną, opiekowały się zwierzętami, walczyły z chuligaństwem. Każda załoga musiała mieć swego Szarika, ale nie wszystkie miały psa, więc niekiedy, choć zdarzało się to niezwykle rzadko, Szarikiem mianowano jakąś koleżankę. Były też załogi w których jego rolę spełniał podwórkowy kot, królik, świnka morska lub chomik. Pewna czwórka przyjaciół tak napisała do dowództwa klubu:
„Nie da rady. Psa nie ma. Ale mamy akwarium i złote rybki. Więc zgłaszamy się do Klubu Pancernych jako łódź podwodna. Prosimy o przyjęcie. Taka łódź, to też rzecz pancerna”.
Dzieci pełne były pomysłów. Jedna z załóg KP zrobiła swoją odznakę – kapsel bojowy. Zwykły kapsel od piwa z pięcioma dziurkami. Dlaczego pięcioma? Bo czterech pancernych i pies piąty.
Inne robiły swoje proporce, a nawet sztandary. Sztab zaś planował kolejne akcje i koordynował ich realizację.
Jeden z pierwszych rozkazów – ocieplamy psie budy na zimę.
Dzieci szybko uporały się z zadaniem i to na piątkę. Założyły „pancerz przeciwmrozowy” na prawie dziewięciu tysiącach psich domków. Meldunki opatrzone były podpisami członków załóg oraz odciskami zwierzęcych łap i łapek.
„Dzieci miejskie wykonały wiele tysięcy legowisk dla psów domowych, zadbały o czystość psich misek – podkreślał w „Trybunie Mazowieckiej” Tadeusz Jaszczyk. Batalię, której nie udało się przeprowadzić Towarzystwu Przyjaciół Zwierząt, wygrał „Klub Pancernych”.
Dziewczęta i chłopcy odnajdywali weteranów walk o wyzwolenie Polski spod niemieckiej okupacji i spisywali ich wspomnienia. W sumie odszukano trzy tysiące byłych pancernych i pięć tysięcy wyróżnionych bojowymi odznaczeniami.
Inne zadanie – ustalenie daty wyzwolenia rodzinnej miejscowości, opisanie pierwszego dnia wolności.
„Za chałupą stała armata”. „Od lasu, koło spalonych domów, szło wojsko polskie”. Po latach dzieci wyciągały od rodziców strzępki wrażeń, wspomnień, oglądały to, co zbudowano dziś w ich wsi, w miasteczku, zaczynały porównywać, dojrzalej patrzeć na aktualne sprawy naszego kraju.
Zadań przekazywanych przez Sztab było bez liku. Jedne polegały na konkursach sprawnościowych, inne na „rozpoznaniu terenu” czyli zebraniu najważniejszych telefonów alarmowych do: Milicji, Pogotowia Ratunkowego, Straży Pożarnej, Pogotowia Energetycznego, inne na zakładaniu podwórkowej łączności, kolejne na porządkowaniu placów zabaw i dbaniu o ich czystość. Było także zadanie, które miało pomóc płk. Januszowi Przymanowskiemu w pisaniu dalszych przygód ulubionych bohaterów z załogi „Rudego” – wymyślić nowe przygody „Czterej pancerni i psa”.
W akcji „Choinka dla dzieci chorych” pacjentom dwóch sanatoriów w Konstancinie przysłano setki paczek z własnoręcznie wykonanymi upominkami – zabawkami, szalikami, rękawiczkami.
To wszystko sprawiało, że maluchy stawały się bardziej dojrzałe, odpowiedzialne, obowiązkowe. Tak wspominał Maciej Zimiński tamte dni: „Siedzę w redakcyjnym pokoju, a tu przychodzi kawaler mający około 11 lat i przynosi flagę swojej załogi, na której coś było namalowane. Już nie pomnę, bo miało to miejsce ponad 40 lat temu, więc wybacz. Wziąłem ją od niego, jako dostojny podarek dla „Klubu Pancernych”. Po chwili kolejne pukanie. Wchodzi jego mama: Proszę pana, nie poznaję syna. Co wyście z nim zrobili? Gdy namalował tę flagę, to wszystko tak posprzątał, że nie było najmniejszych śladów na podłodze. Teraz idąc spać ubranie w kostkę składa, bo kiedyś pokazaliście, jak żołnierz układa swój mundur przed capstrzykiem”.
„Piszą do Telewizji zdumione matki i nauczycielki – dodawał Tadeusz Jaszczyk w „Trybunie Mazowieckiej” – nie poznajemy swoich dzieci i uczniów – sprzątają mieszkania i myją naczynia, systematycznie odrabiają lekcje, dziewczęta przestają się bać pająków i myszy”.
W drugim wydaniu „Klubu Pancernych” (1969/1970) wzięło udział prawie 40 tysięcy załóg czyli, w wielkim przybliżeniu, około 160 tysięcy dziewcząt i chłopców. Nie od razu towarzyszył mu serial Przymanowskiego. Dlaczego?
„Dlatego, że sięgnęliśmy do historii i etosu polskiego rycerstwa – odpowiada pan Maciej. Wykorzystywaliśmy pojęcie słowa pancerni, a zwłaszcza tego, co znaczyło w polskiej tradycji militarnej. Na początku poszło 5-odcinkowe widowisko Gniewko syn rybaka w reżyserii Huberta Drapelli. W roli głównej wystąpił Marek Perepeczko, a partnerowało mu grono wspaniałych aktorów. Później w oparciu o książkę, która powstała po emisji cyklu teatralnego, nakręciliśmy serial filmowy pod tym samym tytułem, a w roku 1977 Znak Orła. Tam Gniewka grał nieżyjący już Krzysztof Kołbasiuk.
Potem nadaliśmy 13 odcinków Przygód Pan Michała, a dopiero na koniec 21 odcinków Czterech pancernych i psa, w tym trzynaście nowych”.
W ten właśnie sposób uczono dzieci historii Polski, tradycji oręża polskiego, wreszcie patriotyzmu. Były to mądre zabawy organizowane przez ludzi, którzy nie tylko dzieci rozumieli, ale traktowali je jak partnerów. Młodszych, ale partnerów.
To właśnie „Klub Pancernych” przeprowadził wielką „Bitwę z ogniem” w której dzieci uczyły się bezpieczeństwa przeciwpożarowego, a organizując wyprawy po skarby do piwnic i na strychy robiły porządki, tym samym zmniejszając niebezpieczeństwo wybuchu pożaru.
Niedoścignionym wzorem telewizji interaktywnej była „Bitwa o życie”. Rozpoczęła się 10 maja 1970. Maciej Zimiński:
„Zabawa nie polegała na opatrywaniu ofiar wypadków, lecz wytłumaczeniu maluchom znaczenia bezpiecznego poruszania się po drogach. W całym kraju zorganizowaliśmy kursy na pierwsze prawo jazdy, czyli… kartę rowerową”.
W akcję włączyło się wiele instytucji i organizacji: redaktorzy centralnych pism, przedstawiciele TV i Polskiego Radia, GZP Wojska Polskiego, PZU, Straży Pożarnych, Biura Prewencji i Ruchu Drogowego Komendy Głównej MO oraz Telewizji Dziewcząt i Chłopców, Ministerstwa Oświaty i Szkolnictwa Wyższego, Związku Harcerstwa Polskiego, Ligi Obrony Kraju, Automobilklubu i Polskiego Związku Motorowego, a także Zrzeszenia Ludowych Zespołów Sportowych, Państwowego Zakładu Ubezpieczeń i Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego.
W całej Polsce rozpoczęły pracę 11 563 punkty konsultacyjne. Do akcji włączyli się nauczyciele i komitety rodzicielskie. W szkołach milicjanci i instruktorzy PZMot oraz Automobilklubów prowadzili wykłady ucząc nas zasad poruszania się po drogach i znaków drogowych.
Ustalono, że egzamin odbędzie się 31 maja 1970. Zbieżność terminu przeprowadzenia ogólnokrajowych egzaminów z Międzynarodowym Dniem Dziecka oraz bezpłatne wydawanie kart rowerowych (na co wyjednano zgodę Ministerstwa Finansów), potraktowano jako prezent dla dzieci z okazji ich święta.
31 maja wydano rozkaz: „Wszyscy pancerni, którzy skończyli 10 lat zdobywają kartę rowerową”.
Wprost sprzed telewizorów ruszyliśmy na egzamin.
O 10.00 rozpoczęło pracę ponad 11 tysięcy komisji egzaminacyjnych przed którymi stanęło 850 tysięcy dziewcząt i chłopców!
7 czerwca 1970 „Klub Pancernych” ogłosił zakończenie „Bitwy o życie”. Wyemitowano felieton o 10-letnim Rudolfie Jeneku z Nowej Wsi Prudnickiej, który uratował z pożaru 2-letnie dziecko. Pokazano także reportaż o przebiegu egzaminu na kartę rowerową, a dyrektor Biura Prewencji Komendy Głównej MO płk Michał Syczewski pogratulował „Pancernym” odniesienia wielkiego zwycięstwa, po czym odbył się milicyjny salut na cześć Pancernych – honory załogom oddali fanfarzyści, milicja zmotoryzowana i przewodnicy z psami.

Głos lewicy

Mowa trawa

– czyli slang polityków w radio czy tv – zjawisko komentuje Czesław Cyrul:
Ja panu nie przerywałem… Niech pan będzie spokojniejszy…. Widzę, ze jest kłopot…. Widzę, że pan nie rozumie…. Jeszcze dwa zdania. Po dwóch minutach słowotoku, zawierającego kilkanaście zdań. ..I jeszcze jedno zdanie…. I na zakończenie podsumuję moją wypowiedź… Synteza jest następująca… I jeszcze pół zdania…. Na koniec zacytuję… I tak, jak się głosu gadającej głowie nie odbierze mogłaby ona bez końca, posiłkując się wtrętami uniemożliwiającymi jej odebranie głosu. Im mniej wiedzy, tym głośniej i po chamsku.
Kiedyś brałem udział w telewizyjnej debacie, w której dwie panie, prowadziły zaciekły dialog miedzy sobą, dziennikarz prowadzący nie panował nad sytuacją, a ja i jeszcze jeden nieszczęśnik byliśmy tłem w debacie. Zwróciłem paniom uwagę, ale nie zrozumiały. One przyszły z politycznym przekazem dnia swoich partii, nie na dyskusję przed kamerami. Tak jest coraz częściej, czyli coraz gorzej.

Recydywa TTV-IPN

Teatr Telewizji – bilans drugiej połowy 2018 roku

Chełpliwe deklaracje, obietnice i zapowiedzi prezesa TVPiS Jacka Kurskiego i dyrektora Jedynki tejże, Mateusza Matyszkowicza, ogłaszających megalomańsko, że doprowadzili do odrodzenia Teatru Telewizji, okazały się tyle samo warte, co inne pisowskie wirtualne sukcesy i wioski potiomkinowskie, w tym groteskowy w swojej kłamliwości animowany film o Polsce jako kraju świetlanych perspektyw ekologicznych, rozpowszechniany przez rząd PiS z okazji kongresu klimatycznego w Katowicach.

 

Po bilansie przedstawień Teatru Telewizji w pierwszej połowie kończącego się roku, czas na bilans połowy drugiej, powakacyjnej, jesiennej. Generalnie można zauważyć, że zamiast obiecywanego renesansu kulturotwórczej roli telewizyjnej sceny poprzez produkcję i emisję przedstawień tekstów z zakresu polskiej oraz obcej klasyki dramaturgicznej i literackiej, a także wartościowych tekstów współczesnych, ponownie zaserwowano widzom nawrót nieco zmodyfikowanej formy, którą za poprzedniej edycji rządów PiS w TVP (2006-2007) krytycy określili mianem „teatru IPN”, a którego promotorką była ówczesna dyrektorka TTV, obecna wiceminister kultury w pisowskim rządzie, Wanda Zwinogrodzka. Mam na myśli serię widowisk według scenariuszy opartych na wydarzeniach z kręgu powojennej historii Polski, głównie, choć nie tylko, z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, czyli problematyki represji bierutowsko-stalinowskiego aparatu bezpieczeństwa przeciw żołnierzom AK, antykomunistycznym działaczom politycznym, a także tzw. „żołnierzom wyklętym” (m.in. „Śmierć rotmistrza Pileckiego”, „Inka”, „Słowo honoru”, „Stygmatyczka”, „Golgota wrocławska”).

Problem z tym cyklem przedstawień nie polegał wszakże na niewłaściwym wyborze tematyki, na pewno wartej podejmowania w jakiejś formie, lecz na skrajnie stronniczym, tendencyjnie jednostronnym ideologicznie i zredukowanym w sferze problematyki oraz ujęć tematów, a przez to radykalnie zafałszowanym obrazie sytuacji w Polsce w latach 1944-1956. Takie ujęcie wydarzeń i personaliów tego okresu sprawiło, że inicjatorzy i realizatorzy tych przedstawień popadli w zakłamanie i schematyzm podobne do tych, którymi charakteryzował się przekaz historyczny uprawiany po wojnie przez tę formację polityczną, której potępieniu służy wspomniany cykl.

 

Polityka historyczna zamiast teatru

Spójrzmy zatem wstecz na pierwszą, jesienną część sezonu 2018-2019. Rozpoczęto go (24.09) przedstawieniem „Ostatni hrabia Edward Raczyński” w reż. Krzysztofa Magowskiego, sprawnym warsztatowo, ale mieszczącym się w poetyce fabularyzowanych widowisk dokumentalnych o tematyce historycznej. W październiku wyemitowano kolejne premiery, tyle że z kręgu historii bardziej odległej – „Fryderyka”, widowisko oparte na biograficznej książce Piotra Witta „Przedpiekle sławy. Rzecz o Chopinie” w reż. Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej i spektakl „Reytan. Druga strona drzwi”, w reż. Jakuba Pączka, oparty na opowiadaniu Mariana Brandysa. Oba oparte na ciekawych wątkach, ale pierwszy został zrobiony żenująco słabo, na granicy nieudolności, a drugi, lepszy realizacyjnie i nie pozbawiony pewnej formalnej urody, też nie był jednak realizacją na wysokości podjętego zadania. Następnie odbyła się premiera widowiska „Popiełuszko” w reż. Jana Nowara.

Było to przeniesienie, dokonane z inicjatywy NSZZ „Solidarność”, hagiograficznego w przesłaniu przedstawienia z Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, a w dwa ostatnie poniedziałki października zaserwowano powtórki dwóch przedstawień historycznych – „Słowo honoru” w reż. Krzysztofa Zaleskiego z 2006 roku czyli z okresu pierwszej edycji „teatru IPN” oraz „Marszałka”, według tekstu głównego speca od tekstów dla „teatru IPN”, Wojciecha Tomczyka, w reż. Krzysztofa Langa. W listopadzie widzom TTV zaserwowano widowisko „Prymas Hlond” w reż. Pawła Woldana, specjalisty od hagiograficznych widowisk o ważnych przedstawicielach polskiego kleru katolickiego (Wojtyła, Wyszyński) i „Człowieka, który zatrzymał Rosję” w reż. Tomasza Drozdowicza, o zapomnianym deszyfrancie z 1920 roku, poruczniku Janie Kowalewskim. Grudzień rozpoczęła powtórka widowiska „Rozmowy z katem”, wg książki wspomnieniowej Kazimierza Moczarskiego, w reż. Macieja Englerta, a następnie telewizyjna premiera spektaklu „Generał”, wyreżyserowanego przez Aleksandrę Popławską i Marka Kalitę w oparciu o tekst Jarosława Jakubowskiego. W tej sytuacji rolę przedstawień klasyki spełniło „Lato” Tadeusza Rittnera, zaledwie melodramat z akcentami komediowymi oraz szczyptą refleksji egzystencjalnej, w kulturalnej i fachowej realizacji Jana Englerta oraz, na finał sezonu jesiennego, „Chłopcy” Stanisława Grochowiaka w reż. Roberta Glińskiego. Oba zostały sprawnie zrobione i nieźle zagrane przez doborową obsadę.

 

Monotonne menu – historia na jedną ideologiczną modłę

Wymienione przedstawienia były realizacjami różnej klasy profesjonalnej. Niektóre, jak widowisko o „Reytanie” uderzało niskim poziomem realizacji i bardzo złym aktorstwem. Inne, jak „Prymas Hlond”, zrealizowane na przyzwoitym poziomie technicznym, raziło jednak jednostronnym i hagiograficznym podejściem do tytułowego bohatera. Jeszcze inne, jak „Popiełuszko”, było nieznośnym przykładem teatralnej grafomanii i kiczu kościelnego w stylu przywodzącym na myśl żywoty ideologicznych świętych okresu socrealizmu. Jeszcze inne, jak „Fryderyk” miało zalążki na niezłe przedstawienie, ale zostało skażone przez minoderyjne ujęcie ciekawego tematu i niedobrą manierę aktorską niektórych wykonawców. Było też kilka realizacji w wykonaniu solidnych mistrzów jak Maciej Englert, Krzysztof Zaleski czy Krzysztof Lang.

Nie w tym zatem rzecz, że wszystkie te widowiska były złe z realizacyjnego czy artystycznego punktu widzenia, bo nie były. Podobnie jak można by wskazać kilka co najmniej ciekawych ról aktorskich. Istota formułowanych tu zarzutów w stosunku do aktualnej edycji Teatru Telewizji wypływa skądinąd. Policzmy – na dwanaście przedstawień jesiennej części sezonu TTV, siedem było widowiskami o tematyce historycznej, ale ujętej w kręgu zakreślonym przez jednostronne spojrzenie ideologiczne, w duchu prawicowej, konserwatywnej, nacjonalistycznej polityki historycznej. Do tego doszły trzy powtórki spektakli, także o tematyce historycznej. Próżno było szukać wśród tych przedstawień choćby jednego, które wyłamałoby się z tego schematu, z tego „historiocentryzmu” i podjęło którykolwiek z wątków przynależnych do znanych wielkich debat, toczonych wokół kluczowych zagadnień, sprzeczności i kompleksów polskiej kultury, problemów historiozoficznych czy kwestii społecznych. Można by rzec, że Teatr Telewizji kontynuował, choć w formie mniej jednolitej tematycznie niż „teatr IPN” z lat 2005-2007, tamtą tendencję do pokazywania jednostronnego, w duchu hagiograficznym, wybranych wątków historii Polski, z wykluczeniem jakiegokolwiek krytycyzmu i uwzględniania różnych racji. Nie tylko rząd PiS wstawał z kolan w swojej polityce historycznej i polityce budzenia dumy narodowej. Wstawał z kolan także Teatr Telewizji, oferując widzom wyłącznie jednoznacznie pozytywną, hagiograficzną, lukrowaną, bezrefleksyjną wizję i interpretację wybranych wątków polskiej historii, bez najmniejszej próby sięgnięcia choćby po samokrytyczny, fascynujący i do dziś nieprzepracowany nurt polskiej kultury, wywodzący się z wybitnych tradycji myśli Maurycego Mochnackiego, Stanisława Brzozowskiego, Witkacego czy Witolda Gombrowicza, ale także z innych źródeł. Zamiast tego serwowano widzom widowiska w duchu bogoojczyźnianych „czytanek narodowych”, całkowicie omijając nurt historycznego, krytycznego namysłu nad meandrami polskich dziejów, kultury i nad polskimi wadami narodowymi.

 

Absencja wielkiej klasyki

Nie znalazło się na ekranie TTV miejsce na jedną nawet w omawianym okresie realizację utworu z kręgu wielkiej klasyki polskiej i obcej, dawnej czy współczesnej, na Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego czy Wyspiańskiego, na Szekspira czy Moliera, ani na którąś ze sztuk Strindberga, Ibsena, Maeterlincka, Becketta, Mrożka, Gombrowicza czy Tadeusza Różewicza – nazwiska i tytuły można by długo wymieniać. Zarządzający Teatrem Telewizji przedłożyli jednostronną ideologicznie, w duchu nacjonalistyczno-klerykalnym, wersję wydarzeń historycznych, ponad mądry, wolny od przesądów namysł historiozoficzny nad ludzką egzystencją, nad Polską i nad światem, a użytkowe teksty paradokumentalne przedłożyli ponad wybitne literacko teksty dramaturgiczne, klasyczne i współczesne. Nie wiem zatem czy to, co ciągle nosi tradycyjne miano Teatru Telewizji nadal zasługuje na tę nazwę. Prawdziwy bowiem teatr, to nie agitacyjne, jednostronne i tendencyjne ideologicznie widowiska czerpane z pisanych z prawicowych pozycji podręczników do historii, lecz nade wszystko akty artystyczne, realizacje i nowe interpretacje czy nowatorskie odczytania wielkich tekstów dramatycznych i prozatorskich, oddające w ciekawej formie skomplikowane zjawiska najrozmaitszej natury.

Widowiska historyczne ze z góry założoną, ideologiczną tezą propagandową, do teatru nie przynależą, bo propaganda jest praktyką na antypodach tego, co określa się jako prawdę wypowiedzi artystycznej, jako samoistność prawdziwej sztuki, wolnej od wysługiwania się ideologiom. Może byłoby uczciwiej przenieść neo-teatr telewizji IPN do jakiegoś pasma publicystycznego, względnie pokazywać go w ramówce tematycznego kanału typu TVP Historia, zamiast oszukiwać widzów, że to co im się serwuje, jest prawdziwym, rzekomo odrodzonym po upadku, Teatrem Telewizji.

Wizja przedobrzona

Dzisiejsze kino, a zwłaszcza serial ma za zadanie wciągnąć widza i zainteresować opowiadanymi obrazami i dialogami w przedstawianą historię. W dodatku serial sensacyjny ma być czymś szczególnym, niezwykłym mającym wprowadzić nas w klimat owej nadzwyczajnej sytuacji. I Netflix wychodząc z tego założenia wyprodukował w, koprodukcji z Polską, film, ośmioodcinkowy serial „ 1983”. Film polski o naszej rzeczywistości ubranej w polityczną fantazję z odniesieniami do minionej historii, którą modyfikuje by podnieść jej atrakcyjność a jednocześnie ostrzec (?) przypomnieć (?) czy profilaktycznie zadziałać na naszą wyobraźnię by ustrzec przed opresyjnym, podsłuchowym, policyjnym państwem.

 

Nie jest to klasyczny film sensacyjny jak „Rodzina Soprano”, „Dexter”, „Prawo ulicy” lub znakomity „House of Cards”. To polityczna fantazja dziejąca się w 2003 roku, ale mająca swoje odniesienia do tytułowego roku. Wówczas to, w 1983 roku, atak terrorystyczny w Warszawie niweczy polskie nadzieje na odzyskanie niepodległości i zapobiega upadkowi ZSRR. Zimna wojna trwa więc nadal i polskie, radzieckie, amerykańskie i izraelskie służby szpiegowskie ścigają się w rozpracowywaniu przeciwników, zwłaszcza, że nasze narodowe dowództwo wojskowe handluje postkomunistyczną bronią atomową z Iranem. Ten wątek filmu jest – przynajmniej jak na razie, w tym sezonie – dekoracją do głównej historii i nie ma specjalnego wpływu na główną fabułę.

Wnikliwy i przekorny widz może odczytać to jako parodię obecnej rzeczywistości, bowiem przeciwnicy polityczni i militarni Polski chcą za wszelką cenę posiąść polskie tajemnice informatyczne i wojskowe. Polska tu jawi się jako zdygitalizowany, nowoczesny kraj, z rozbudowanymi liniami metra w stolicy, pełen budowli ze szkła i aluminium (tu m.in. lubelskie Centrum Spotkannia Kultur), gdzie nowoczesne technologie i wietnamska mafia, będąca pod kontrola służb specjalnych jest zdominowana przez autokratów wykorzystujących represyjną i brutalną Służbę Bezpieczeństwa do kierowania państwem. Milicja Obywatelska jest zaś przeciwwagą znienawidzonej SB. Daje to w sumie obraz szary, chwilami brudny – nawet za sprawą scenografii – otaczającej nas aury tajemniczości , prowadzący do przygnębienia a przez to nużący.

I na nic zdają się nagie tancerki w warszawskiej dzielnicy zwanej „Małym Sajgonem”, czy erotyczne epizodyczne sceny bohaterów (sfilmowane niechlujnie i sztampowo) wobec ponurych acz nowoczesnych katowni SB, zacofanej prowincji, obskurnych i obdrapanych ścian kamienic warszawskich. Nie napawa też optymizmem widok informatycznego i zbuntowanego, rezydującego w podziemiach rozwalającego się stadionu warszawskiej „Skry”, podziemia, czyli organizacji „Lekka Brygada”. To taka ponura nędzna rzeczywistość mająca zapewne być kontrapunktem wobec urzędujących w nowoczesnych acz „zimnych” budowlach ciemiężycieli gnębiących opozycjonistów i pozbywająca się niewygodnych przeciwników. Nie ma tu żadnej paraleli do polskich symboli niepodległościowych takich jak „Solidarność” czy „Wałęsa”. Białe i czarne charaktery niczym z bajki dla dzieci są czytelne a przez to uniwersalne, ale nie podnoszą walorów serialu. Kolejna sztampa. Nie wieje grozą, gdy siepacze służb bezpieczeństwa rozpędzają a potem aresztują działaczy opozycyjnych wsłuchujących się w przedstawienie Wielkiej Improwizacji „Dziadów” Mickiewicza.

I gdyby nie obrazy Warszawy i Mazur, stylizowane mundury wojskowe na te z czasów Legionów Piłsudskiego i Mickiewicz to serial mógłby się rozgrywać w każdym z krajów na świecie. Tak, uniwersalizm przekazu jest istotny, ale polska historia ma tak wiele charakterystycznych i globalnych wyznaczników, że żal, że scenarzysta Joshua Long we współpracy z Maciejem Musiałem nie wykorzystali żadnego z nich. Takie ściślejsze umiejscowienie fabuły podniosłoby atrakcyjność projekcji.

I w tym klimacie główny bohater, student prawa Kajetan Skowron (Maciej Musiał) oraz milicjant Anatol Janów (Robert Więckiewicz) prowadzą równolegle, a potem wspólnie, śledztwo, którego geneza tkwi właśnie w 1983 roku. Skowron to „dziecko systemu”, lojalny, ukształtowany na wzór rządzącej partii, obywatel ze świetlaną i dobrze zapowiadającą się przyszłością prawnik. Janów z kolei jest zdegradowanym za nieustępliwość i nadmierną dociekliwość „gliniarzem” chcącym powrócić na dawne stanowisko inspektora w wydziale kryminalnym MO. Ich zainteresowania koncentrują się na koleżance z dzieciństwa Skowrona – Ofelii (Michalina Olszańska), która jest przywódczynią radykalnej, antyrządowej, niepodległościowej i zbrojnej organizacji „Lekka Brygada”.
Bohaterowie w swoich poszukiwaniach prawdy ciągle wędrują i odkrywają stare fakty w nowych miejscach, które w efekcie są nieciekawe i wymagają retrospekcyjnego montażu. To przypominanie zdarzeń jest niczym z amerykańskiego programu telewizyjnego, gdzie traktuje się widza za mało spostrzegawczego i nierozgarniętego i trzeba mu stale przypominać o czym traktuje audycja. W dodatku estetyka szarego, wręcz ciemnego obrazu nie jest szczególna zachętą i magnesem trzymającym widza w napięciu.

Serial jest naiwny, ba nawet parodiowy. Pomijam dialogi, które są sztucznie i nienaturalnie wypowiadane przez aktorów. Ale sceny ze spotkań opozycji na ulicy z milicją w tle, czy studenci medycyny w roli operatorów rannych opozycjonistów to daleka „przenośnia” artystycznego przekazu. A kulminacją tych naiwności jest stwierdzenie, że o prawdzie, która da zwycięstwo w rewolucji będzie „wysłanie wiadomości tekstowej, czyli sms-a, do 18 milionów ludzi.”

Takich absurdalnych scen w filmie jest sporo. Amerykańska agentka nic nie wie na temat Kościuszki, a warszawscy milicjanci – współpracujący z wietnamską mafią – nie wiedzą o… spalarni archiwalnych dokumentów (przekazywanych przez milicję im do spalenia) na Targówku.

Komicznie przedstawiona jest cała „Lekka Brygada”. Ich korzeni można doszukać się w młodzieżowych grupach pacyfistyczno-rebelianckich. Dokonują aktów terrorystycznych. Gdy kupują broń – na której się niby znają – zostają oszukani. Chcą zablokować system łączności cyfrowej, by w końcu dać się podejść jak amatorzy. A rewolucje chcą zrobić m.in. SMS-ami (sic!).
Widza interesuje rozwikłanie spisków, których w filmie jest sporo. Ale ich narracja i końcowy efekt to amatorszczyzna. Szpiegowskie rozgrywki niczym nie przypominają subtelnych intryg, którymi charakteryzują się te służby. A gdy widzimy jak „zawodowca wojskowego” załatwia wynajęta panienka, której zamiary „czuć na kilometr”, to chce się śmiać.

Niewątpliwie największym w serialu aktorstwem błyszczy – jak zwykle – Robert Więckiewicz . Wyczucie roli i sytuacji, wypowiadane kwestie nie budzą żadnych wątpliwości. Postać milicjanta dążącego do wykrycia prawdy i sprawców przestępstw jest bardzo przekonująca. Wtórujący mu Maciej Musiał radzi sobie jako „student-buntownik”, choć chwilami widać „sztuczność” wypowiadanych przez niego kwestii.

Serial nie przytłacza nas tempem, a wręcz jest powolny. O ile w pierwszym odcinku uwikłanie bohaterów budzi ciekawość, to w pozostałych częściach akcja snuje się jak dym z papierosa. Dalej interesujące są jedynie losy bohaterów, którym można było nadać więcej życia a przez to przyspieszyć akcję, nawet poprzez odpowiedni montaż. Reżyserkami filmu są Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska, które stworzyły film do obejrzenia, ale w przeciętnej klasie. Pomimo udziału znanych i uznanych aktorów: Ewa Błaszczyk, Andrzej Chyra, Zofia Wichłacz i Eryk Lubos, to nie podnosi atrakcyjności obrazu. Błaszczyk denerwuje widza ze swoją nieczułością na nieszczęście córki. Chyra jako wielki polityk wypada dobrze, choć w roli ojca wypada słabo. Zofia Wichłacz jest przekonująca i wzbudza sympatię .Lubos jako mechanik samochodowy jest autentyczny i naturalny.

Ta produkcja Netflixa to nie jest serial akcji. Bohaterowie toczą boje ze sobą i z otaczającą ich rzeczywistością. Wolność, niepodległość, prawda, sprawiedliwość – tak to o te wartości uniwersalne walczą bohaterowie. Intryga z pozoru ciekawa, okazała się złą w wykonaniu. Widać, ze film miał mały budżet i wiele scen kręcono też w starych halach, budowlach i ruinach. Stąd jego mroczność wynikająca nie tylko z fabuły ale ze sposobu prowadzenia kamery i scenariusza. Mam wątpliwości czy serial ten zachwyci polskiego widza. Fikcja ale ciekawie, atrakcyjnie i dobrze opowiedziana to jest recepta na dobry film. A serial „1983” to tylko dobry pomysł.

 

„1983”, scenariusz Joshua Long, reż. Agnieszka Holland, Katarzyna Adamik, Olga Chajdas, Agnieszka Smoczyńska, 8 odc., Netflix. Premiera 30 listopada 2018.

Prawda ekranu

Problem, z którym zmaga się polski przemysł rozrywkowy, nie nazywa się Filip Chajzer. Nazywa się „późny kapitalizm”.

 

Moda na programy zbudowane na fundamentach ze stereotypów, ośmieszania, doprowadzania uczestników do stanów nerwicowych, stosowania wymyślnych form zakamuflowanej przemocy – to plaga trawiąca wszystkie stacje, nie tylko TVN, choć ten ma niewątpliwie najbardziej rozpoznawalne formaty. To zresztą słynna maksyma Edwarda Miszczaka: „trzeba znaleźć normalsa, postawić go w trudnej sytuacji i filmować”. I o ile nikt nie ma do kultury popularnej pretensji o to, że wprowadził do telewizji figurę tzw. zwykłego człowieka obok gwiazd i komentatorów „dyżurnych” (przełomowym w polskiej świadomości okazał się „Big Brother” ze swoim niewątpliwym potencjałem socjologicznym) – to niestety coraz częściej programy te przybierają formę okrutnego rytuału przeczołgiwania w imię świętej oglądalności (znów, Edward Miszczak w kontekście pierwszej edycji „Top Model” określił to „koniecznością wykazania się wystarczającą odpornością fizyczną, psychiczną i umysłową”).
W niektórych formatach nadawca i odbiorca są ściśle określeni, w niektórych granica ta się zaciera, jeszcze w innych zapętla. Oglądamy piosenkarzy w roli kucharzy, kucharzy w roli sportowców i podróżników, podglądamy aspirujących do i uciekających od. Niezależnie jednak od tego, jaka jest konwencja danego show, przestaje być niestety aktualne stwierdzenie prof. Wiesława Godzica, że „od normalsa w telewizji nie oczekujemy mądrości, oczekujemy ciepła, sympatii i takiego bycia razem”. Coraz częściej oglądamy, żeby poczuć się lepiej – jego kosztem.

 

Uprzedmiotowienie

„Ameryka Express” osiągnęła status fenomenu, w którym występuje gradacja „użycia”: mieszkańcy Ameryki Łacińskiej są „używani” przez polskich uczestników, polscy uczestnicy – przez scenarzystów, wymyślających płonące obręcze i piłeczki do podrzucania. Czasem komuś się ulewa. „Afera Chajzera” obiegła na początku listopada ogólnopolskie media i skończyła się skargami do KRRiT.
– Główne zarzuty przedstawione w tych skargach to nieetyczny scenariusz audycji, propagowanie szkodliwych schematów kulturowych, przejaw molestowania w przestrzeni publicznej – powiedziała rzeczniczka Rady Teresa Brykczyńska.
Jednym z zadań uczestników programu było pocałowanie w usta trzech przypadkowych osób płci przeciwnej na ulicach Limy (akcja feralnego odcinka 10 rozgrywała się w Peru). Przypadek chciał, że akurat ten odcinek obejrzałam „w gościach” i już wtedy przeczuwałam, że będzie z tego medialna afera, poszła ona jednak w innym kierunku, niż przewidywałam. Sądziłam, że oprócz molestowania w przestrzeni publicznej, równie mocno napiętnowany zostanie neokolonialny sznyt programu, który wbrew temu, jak chciałaby przedstawiać go prowadząca Agnieszka Woźniak-Starak („to fantastyczny format, w którym oglądamy nie tylko zmagania uczestników, ale również najpiękniejsze zakątki świata i w luźnej, rozrywkowej formie staramy się przybliżyć inne kultury”), jest przesycony stereotypowymi obrazkami „dzikich” – prostych, lecz o złotym sercu (widać to zresztą doskonale w tym samym odcinku, kiedy nawet lektor ma ubaw z grupy zachwyconych latynoskich kobiet skupionej wokół Tomasza Karolaka). Sam zresztą koncept naciągania miejscowych na darmowy nocleg przez Europejczyków z kamerą jest mocno chwiejny etycznie, zwłaszcza, że nie pukają do drzwi lokalnych bogaczy, lecz są ugaszczani przez wielodzietne rodziny lub drobnych ciułaczy, dla których dwie gęby przy stole więcej będą odczuwalne przez najbliższe tygodnie.
Całowanie przypadkowych przechodniów było więc nie tylko naruszeniem granic drugiego człowieka, było ordynarnym wkroczeniem w intymną sferę przez białą kulturę, przekonaną, że jej się należy, że może sobie wziąć, rozepchnąć się w ubogim kraju, bo i tak nie rozumie po hiszpańsku-peruwiańsku i jej też nie zrozumieją, ergo nie zaprotestują. Niektórzy całujący odkryli magiczny przepis na sukces, (w pewnych kręgach nazywa się on „consent”), inni – w tym Filip Chajzer właśnie – ruszyli na podbój ust przypadkowych Peruwianek niczym szarżujące byki z rodeo. I wtedy paradoksalnie zaistniało ryzyko autentycznego poniesienia uszczerbku na zdrowiu bohaterów na wizji, bo o ile osobiście nie jestem zwolenniczką internetowej retoryki pt. „Filip Chajzer i ludzie jego pokroju to chujki zasługujące jedynie na kopnięcie w genitalia”, to niewykluczone, że właśnie w ten sposób – lub głośnym krzykiem – zareagowałabym, gdyby nieznajomy na ulicy zaczął naruszać moje granice, wymuszając stricte erotyczny gest. Zastanawia też, że żadnemu z celebrytów nie przyszło zupełnie do głowy, iż za chwilę może zwyczajnie dostać po pysku od męża lub brata całowanej, który wyskoczy gdzieś zza winkla.
Na Filipa Chajzera spadło odium internetowego, słusznego gniewu, który celebryta dodatkowo spotęgował, wklejając na swoim Facebooku zdjęcie Heleny Łygas, dziennikarki Wirtualnej Polski, która opisała na portalu przebieg odcinka. Tekst red. Łygas napisany był w tabloidowej manierze, która kazała nazwać Chajzera „królem babcinych serc” i „ulubieńcem cioć”, zwracał jednak uwagę na ważny problem – jak na razie bodaj jako jedyna autorka WP dała do zrozumienia, że oprócz naruszania granic kobiet chodziło o uprzywilejowaną pozycję białych, majętnych mężczyzn z centrum Europy. Na koniec napisała też zdanie, które powinno obiec wszystkie media społecznościowe, ale niestety utonęło, tak jak i reszta pogłębionej dyskusji w oburzeniu faktem umieszczenia zdjęcia dziennikarki na Facebooku: „Telewizja, czy ją poważamy, czy nie, mimowolnie wychowuje społeczeństwo. Pokazując, że mężczyzna może znienacka pocałować kobietę bez jej pozwolenia, winduje takie zachowanie do poziomu normy społecznej”.
Żeby nie było – absolutnie nie mam zamiaru bagatelizować tego, co zrobił Filip Chajzer w social mediach. Kiedy zamierzasz wejść w dyskusję z autorem, jasne jest, że linkujesz jego tekst, nie zaś pokazujesz fanom jego gębę, pragnąc odwrócić uwagę od istoty sprawy. Czy Wirtualna rzeczywiście prowadzi – jak twierdzi Chajzer junior – personalną nagonkę na niego i na jego rodzinę, nie mam zamiaru wnikać. Jego zachowanie w ogólnopolskim programie rozrywkowym ma prawo być komentowane. Uciekła nam jednak w tym wszystkim ważna konkluzja, że zagoniono nas w kozi róg z formatami, na potrzeby których uczestnicy podpisują kontrakty i zobowiązują się niejako in blanco do wykonywania możliwie najbardziej zawstydzających poleceń wymyślonych przez scenarzystów. Później, nękani widmem kary finansowej, usiłują uwieść pracownice hotelu w celu zapewnienia sobie darmowego pobytu bądź jedzą łyżkami chrabąszcze świeżo upieczone nad ogniskiem. Nie namawiam do heroicznego opuszczania programu, na którym chciało się w założeniu zarobić. Gdyby jednak komuś zaświtała w głowie taka straceńcza myśl, to zapewne stacja byłaby w kłopocie, musząc tłumaczyć się z decyzji celebryty, który odmówił łamania praw człowieka. Gdyby wykonania dyskryminującego zadania odmówiła solidarnie nawet połowa uczestników, mielibyśmy już do czynienia z trendem, nie precedensem.

 

Przymus

Józia Obrochta, góralka z Kościeliska, to bohaterka jednego z odcinków programu „Damy i wieśniaczki” emitowanego w TTV. Rosyjski format różni się od polskiego in plus – przede wszystkim ma większą rację rację bytu w kraju, gdzie różnice kulturowe i geograficzne (a przede wszystkim nierówności majątkowe) są tak ogromne, że zamiana ról na 5 dni dla obu bohaterek staje się egzotycznym doświadczeniem. Przede wszystkim jednak w Rosji większy nacisk położono na walor edukacyjny i poznawczy: jedni uczą się, jak smakuje praca, inni – że mogą i powinni – zadbać o swój odpoczynek i pozytywne wzmocnienie. Jeśli zaś idzie o polską edycję, trudno pozbyć się wrażenia, że pomimo całego szumu wokół „zaganiania” do pracy warszawskich celebrytek, chodzi głównie o przedstawienie w krzywym zwierciadle kobiet ze wsi i prowincji. Dla Józi pobyt w Warszawie okazał się męczarnią, z której, oglądając odcinek wyemitowany 6 października, przez cały przerywany reklamami czas najszczerzej pragnęłam ją wyrwać.
Oto, jak stacja zapowiedziała odcinek: „Wieśniaczka sprawia wrażenie pogodnej osoby, ale pod uśmiechem skrywają się niepewność, kompleksy i zmęczenie Jak góralka z krwi i kości odnajdzie się w stolicy? Czy pobyt w Warszawie pozwoli jej odzyskać pewność siebie? Czy zgodzi się na inwazyjny zabieg upiększający, którego efekty będzie musiała pokazać po powrocie mężowi?”.
Ileż śmiechu musiało wywołać, gdy krzepką góralkę stołeczne przyjaciółki Damy – Sylwii Bomby – zaprowadziły na lekcję tańca brzucha i ubrały w „jakieś islamskie gacie”. Kobieta zaczęła pomstować, odgrażać się, że zaraz się spakuje i pojedzie do domu, że to obce, dziwne, nie dla niej. Przyjaciółki skonsternowane: co ta prowincjuszka wymyśla? W końcu jednak Józia skapitulowała i przetańczyła z nimi swoją pańszczyznę przy arabskich rytmach. Jak ją ostatecznie do tego przekonały, do końca nie wyjaśniono.
Za to dobitnie pokazano, co grozi krnąbrnym uczestniczkom w kolejnej scenie, która zmroziła mi krew w żyłach. „Inwazyjnym zabiegiem”, o którym stacja wspomina w zajawce, okazało się powiększenie ust. Bo właśnie takimi dysponuje Dama. Więc najwyraźniej i Wieśniaczka powinna, jeśli nie chce złamać warunków kontraktu. Kobieta wyraźnie komunikowała pracownicom kliniki, do której ją zabrano, że nie życzy sobie zabiegu, boi się go, uważa go za szkodliwą ingerencję w jej ciało, nie będzie chciała go powtarzać. Zawołano prowadzącą, aby interweniowała. Siła tego, co niewypowiedziane, a co zapisane w kontrakcie z medialną korporacją, jest wielka. Na moich oczach, a przy okazji na oczach tysięcy odbiorców, odbyło się łamanie charakteru.
Czy interwencja prowadzącej program była konieczna? W moim przekonaniu tak, lecz w zupełnie innym kontekście. Sytuacja z „islamskimi gaciami” ujawniła potencjał programu do rozładowania uprzedzeń (a to jeden z pozytywnych przykładów oddziaływania wpływu dużego miasta). Zamiast porozumiewawczych uśmiechów ponad głową spanikowanej bohaterki, twórcy programu mogli zaproponować rozmowę na temat historii tańca, pokazać, że jest dziś wyzwalającą, emancypującą rozrywką kobiet z różnych stron świata. Jednak pokusa zrobienia z góralki Józi „tej głupiutkiej” zwyciężyła i skradła show.

 

Seksualizacja

Guru światowej mody, Karl Lagerfeld, powiedział: „Jak któraś nie chce zdjąć majtek, to zamiast pracować jako modelka, niech idzie do klasztoru”. I twórcy programu „Top Model: zostań modelką” najwyraźniej wzięli to sobie do serca, wyrzucając Magdalenę Roman, która nie zgodziła się na rozbieraną sesję. Paradoksalnie, dziś pozuje m.in. dla Chanel, na sprzeciwie wyrobiła własną markę.
Program jest emitowany na antenie TVN od września 2010. Już po pierwszej edycji KRRiT została zasypana skargami na epatowanie erotyzmem i wulgarność. Przeciwko zdjęciom do drugiej edycji protestowali Piotr Szumlewicz i Agnieszka Mrozik – oprócz rozseksualizowania zwrócili uwagę na kwitnącą w programie mowę nienawiści.
„Istotą programu było systematyczne upokarzanie i obrażanie uczestniczących w nim osób. Prowadzący traktowali uczestniczki programu pogardliwie. W audycjach często pojawiały się bardzo obraźliwe wypowiedzi dotyczące ich urody, wieku czy inteligencji” – alarmowali publicyści. Udokumentowali swoje zarzuty, przytaczając przykłady wypowiedzi jurorów kierowanych do uczestniczek: „Przyznaj się do cycków – robiłaś je czy nie?”, „Pobaw się balonami”, „Zdejmij stanik to przejdziesz dalej”, „Twój biust wygląda jak rozmiar D i wisi ci jak u starej Murzynki”; „Wyglądasz jak słoń morski wylegujący się na plaży”; „Mamy tu młodą twarz i stare dłonie robola”. Wielokrotnie na ekranie padały wyzwiska: „pustaki”, „świnki”.
Oburzenie sięgnęło zenitu, kiedy projektant Dawid Woliński na wizji postanowił sprawdzić organoleptycznie, czy piersi 26-letniej Angeliki Fajcht są naturalne, czy „zrobione”. Szef KRRiT uznał, że ten wybryk powinien kosztować stację 200 tys. zł. Ostatecznie sprawa otarła się o sąd: TVN wywalczył w apelacji zmniejszenie kary do 150 tys. za „treści naruszające godność ludzką”. Stacja broniła się, iż sama uczestniczka „nie sprawiała wrażenia, jakby jej godność została naruszona”.
– Program miał pokazywać osoby, które oprócz pięknego ciała mają do zaoferowania również ciekawą osobowość. Jurorzy powinni pomagać dziewczynom w rozwoju, by stały się świadome własnego ciała, by je szanowały – komentował wówczas prof. Godzic. – Rolą jurorów w tym programie miało być postrzeganie kobiecego ciała jako dzieła sztuki, a nie obiektu seksualnego.
Angelika Fajcht została zresztą przez stację wystawiona na pośmiewisko internautów po raz kolejny: zaproszono ją do „Dzień dobry TVN”, gdzie razem z zespołem Patty wystąpiła w roli gitarzystki z playbacku („Gitara była dla ozdoby, wykonałam zadanie perfekcyjnie!” – broniła się modelka”). I wiecie co, przy tej okazji powiedziała też coś niezwykle mądrego (choć nie widziałam, by akurat tę wypowiedź TVN chętnie cytował): „Pokazałam że nawet modelka, która nie gra na gitarze, może wystąpić, a i tak większość rzeczy leci z playbacku. Tak to jest, że dziś jesteś na topie, a jutro może już świat o tobie nie pamiętać. Zwłaszcza, że telewizja zje, przegryzie, a jak jesteś niepotrzebna, wypluje, to znaczy zwolni…”

 

Pogarda

TVN może odetchnąć, na chwilę przeniesiemy się do sąsiedniego koncernu – właśnie trwa 14. seria „Chłopaków do wzięcia” Polsatu. Dokument twórców „Czekając na sobotę” oraz „Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym” o mężczyznach ze wsi i zbiedniałej prowincji, szukających życiowych partnerek, formalnie jest pejzażem socjologicznym, ale w praktyce oglądany jest jako kryptokabaret.
„Musi umieć ugotować, uprać, pozmywać, posprzątać. Wtedy to jest lux kobieta. Do tańca i do różańca. Wszystko zrobi. Do wszystkiego” – mówi „kawaler” z prowincji, a widzowie z Warszawy, Poznania czy Gdańska chrupią popcorn. Temu brakuje połowy zębów, ów próbuje wysyłać seksowne SMS-y z błędami ortograficznymi w drodze do pośredniaka. I nie zdaje sobie sprawy, że funkcjonuje jako zupełnie inny „pan z telewizji” niż Krzysztof Ibisz czy Hubert Urbański.
W styczniu 2018 na producentów posypały się gromy po śmierci jednego z chłopaków do wzięcia, 31-letniego Romka „Napoleona” Paszkowskiego. Szefowa PR Polsatu wysłała redakcjom kuriozalną informację, jakoby „bohater zmarł śmiercią naturalną, prawdopodobnie na zawał serca”. Widzowie komentujący w internecie nie mieli litości: „na waszych oczach umierał człowiek”, „przez Polsat wpadł w dołek jeszcze głębiej”.
Tajemnicą poliszynela było, że zmarły mężczyzna miał problemy z alkoholem, bezskutecznie walczył z uzależnieniem, ponoć również z zaburzeniami osobowości. Gminny OPS w Sońsku wysłał go na staż w porozumieniu z Urzędem Pracy. Po kilkukrotnym przedłużaniu go w czasie, ostatecznie Romek całkowicie go porzucił. Pojawiły się głosy pracowników socjalnych, że udział w programie okazał się dla niego mimo wszystko niedźwiedzią przysługą: kiedy dostawał ok. 500 zł po nakręceniu odcinka, natychmiast zaczynali krążyć wokół niego koledzy od kieliszka. Wówczas przestawał pojawiać się w pracy. W międzyczasie wdawał się w awantury, trafił nawet na warszawską wytrzeźwiałkę. Producent Jerzy Morawski twierdził, że było zupełnie inaczej: „Nigdy Romka nie widziałem pijanego. Alkohol występował tylko w jego opowieściach. Według mnie był bardzo obowiązkowy, czasem odmawiał nagrania, bo mówił, że ma pracę”. Część internautów upierała się jednak, że nawet na wizji występował ewidentnie „pod wpływem”. Po dramatycznym zwrocie akcji padły w mediach społecznościowych propozycje, by od nowego sezonu zmienić formułę programu – tak, aby nastawiony był na pomoc uczestnikom, nie tylko pokazywanie ich miłosnych dylematów i tęsknot okiem chłodnego obserwatora.

 

Więcej pogardy

Szczyt klasizmu i publicznego upokarzania? Mamy go: to oparty na brytyjskim formacie „Projekt Lady”, gdzie młode kobiety z dołów społecznych przechodzą bolesne metamorfozy pod okiem trenerki rozwoju osobistego i specjalistki od savoir-vivre’u. Podobnie jak w przypadku „Dam i wieśniaczek”, format ten ma zanurzenie w realiach kraju, w którym powstał. W Wielkiej Brytanii, monarchii z silną tradycją stanową i tęsknotami za dawną arystokracją wyrażającą się w zaciszach prywatnych szkół, gdzie po godzinach grywa się w krykieta, noszenie pereł, anglezowanie, wbijanie w mundurek – w codziennym życiu pracownicy sklepu spożywczego jest wprawdzie podobnie bezużyteczne, odwołuje się jednak do wzorców oswojonych i znanych Brytyjkom, w tamtych realiach może więc nieść emancypacyjny w jakimś stopniu potencjał. W polskiej, postpeerelowskiej rzeczywistości zakrawa wyłącznie na – jak słusznie nazwał to Stanisław Chankowski w „Kontakcie” – wyzwolenie do przymusu.
Dziewczyny z alkoholowych, przemocowych rodzin, z domów dziecka, z dziedziczonej biedy, mają poznać zbawienną moc zasad i regulaminów. Przestrzeganie zasad samo w sobie miewa pozytywny wpływ, poprawne posługiwanie się sztućcami zapewne również może się niekiedy w życiu przydać, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że według twórców wystarczy sam „remont fasady”, by dalsza część pozytywnych zmian zadziała się magicznie (na tej samej zasadzie działają formaty w stylu „Perfekcyjnej pani domu”). Fajnie jest sprezentować luksusowego fryzjera i manicure młodej kobiecie, która tego pragnie, nie zapewni to jednak kompleksowej opieki psychologicznej i socjalnej. To, że po powrocie do domu, zamiast zrobić kanapkę, bohaterka będzie skubała bułkę opuszkami palców, narazi ją co najwyżej na kpiny.
Prócz tego program spełnia taką samą rolę cyrkowej areny, jak wspomniana wyżej produkcja Polsatu. Filmujemy wyprawę do SPA, gdzie spuszczone ze smyczy imprezowiczki upijają się i robią burdę, towarzyszymy im w klubie i wyczekujemy w napięciu, która pierwsza pójdzie w tango lub rzuci na wizji „kurwą”. Wyjątkowo nieetycznego „eksperymentu” dopuściła się jedna z jurorek w ubiegłym roku, w 2. sezonie programu.
Tatiana Mindewicz-Puacz kazała uczestniczkom odczytywać na głos ankiety, sporządzone przez studentów Collegium Civitas. Studenci otrzymali od wykładowcy zdjęcia uczestniczek i anonimowo podzielili się opiniami na ich temat. Jakie to były opinie? „Wulgarna, tandetna laska”, „towar wielokrotnie macany staje się nieatrakcyjny”, „Czy ona pracuje jako prostytutka?”. Michał Przymusiński, na którego powołano się w programie, odpowiedział: „Przekaz dotyczący mojej osoby jest manipulacją. (…) Nie miałem cienia wątpliwości, że ankiety są zbierane za zgodą i wiedzą osób ocenianych, ponieważ tak mi to zostało przedstawione; powiedziano mi, że opinie te będą wyłącznie do wiadomości osób ocenianych i pomogą im w samodoskonaleniu i pracy nad wizerunkiem – dlatego ankiety były anonimowe i przekazane od razu członkom ekipy; Podczas nagrania nie było mowy o publicznym wykorzystaniu ankiet, ani koncepcji programu czy jakiejkolwiek rozmowy nt. scenariusza programu”.
Negatywne konsekwencje działań stacji poniosły więc nie tylko uczestniczki, ale również wykładowca oraz uczelnia, na którą się z lubością powoływano. Z serii „strategie rozwoju osobistego”: jeśli chcesz dać komuś „motywacyjnego kopa”, powiedz mu, że wygląda jak kupa gówna.

 

***

Opcja „wyrzucić telewizor” to niestety za mało. Jeśli po prostu uznamy, że kultura masowa nas nie dotyczy, bo jesteśmy ponad, nie znaczy, że automatycznie przestanie istnieć w swojej obecnej formie. Opcja „nie oglądać” sprawi, że jedne sensacyjne i przemocowe formaty, które okazały się niedochodowe, będą zastępowane podobnymi. Gigantów medialnych na to stać. Nie ma odpowiedzi szybkiej, prostej i na dziś, kiedy w sformułowaniu „rynek rozrywki” kluczową składową jest „rynek”. Odpowiedź jest (niestety) w edukacji, w nagłaśnianiu złych praktyk, apelowaniu do telewizyjnych gigantów, naciskach na celebrytów i medioznawców w social mediach, a przede wszystkim tworzeniu i promowaniu rozrywki etycznej, poszerzającej horyzonty. Bo nieprawdą jest, że nie ma za co chwalić. Androgeniczny Michał Szpak, którego odkrył TVN („X-Factor”), a przechwyciła Telewizja Polska, udowadnia teraz z powodzeniem, że strach przed okropnym potworem dżenderyzmu ma jedynie wielkie oczy. I to w telewizji Jacka Kurskiego!

Zawsze byłem prześmiewcą Wywiad

Andrzej Zaorski – ur. 17 grudnia 1942 w Piaskach koło Lublina –aktor i artysta kabaretowy, występujący w telewizji, filmie i teatrze, a także w radiu. Ukończył PWST w Warszawie w 1964, debiutował w Teatrze Klasycznym. Występował w warszawskim teatrze Współczesnym, potem w „Powszechnym”, „Ateneum”, „Narodowym”, „Ateneum” „Na Targówku” i Teatrze „Kwadrat”, w kabaretach „U Lopka”, „Pod Egidą”, „Tu 60-tka” i „Kaczuch Show”. W latach 70. uczestniczył w produkcjach cyklicznych programów telewizyjnych, m.in. Gallux Show, Studio Gama) oraz radiowych (60 minut na godzinę), a w latach 1989-2007 magazyn „ZSYP” i telewizyjne Szopki Noworoczne. W 1991 otrzymał nagrodę „Wiktora” dla osobowości telewizyjnej, a w 2009 roku radiowy „Złoty Mikrofon”. W latach 1991-1993 współtworzył telewizyjny cykl „Polskie ZOO”.

 

 

Z ANDRZEJEM ZAORSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

W Pana książce „Ręka, noga, mózg na ścianie”, barwnych wspomnieniach z dzieciństwa, młodości i czasów pracy aktorskiej, najmniej uwagi, może ze skromności, a może z braku miejsca, poświęcił Pan swoim rolom teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Chciałbym w tej rozmowie choć odrobinę to nadrobić. Zacznijmy od filmów. Zadebiutował Pan rolą górnika w „Pięciu” Pawła Komorowskiego w 1964 roku…

To była moja pierwsza rola filmowa, zagrana jeszcze podczas studiów. To był trochę spóźniony produkcyjniak, ale nieźle zrealizowany. Gdy pewna dziennikarka zapytała mnie miesiąc potem, czy grałem w jakimś filmie, odpowiedziałem: „Tylko w „Pięciu”. Redaktorka była zdumiona: „Chciał pan powiedzieć: Aż w pięciu” (śmiech). Niedługo potem raz jeszcze zagrałem u Komorowskiego, tym razem młodego konspiratora w filmie „Stajnia na Salwatorze”.

 

W 1967 roku miał Pan okazję zagrać w „Marysi i Napoleonie”, kostiumowym filmie wyreżyserowanym przez jednego z ostatnich, jeśli nie ostatniego funkcjonującego wtedy w Polsce przedwojennego reżysera filmowego, Leonarda Buczkowskiego, który przed wojną nakręcił m.in. głośną „Rapsodię Bałtyku”…

To był elegancki pan w starym stylu, który chodził po planie z batutą w dłoni, nigdy nie podnosił głosu i do aktorów mówił szeptem, ale wszystko chodziło jak w zegarku. Poza popularnymi aktorami z naszych czasów, jak Gustaw Holoubek, Beata Tyszkiewicz czy Bobek Kobiela grał tam też m.in. przedwojenny aktor pan Juliusz Łuszczewski. Ja akurat wtedy, po dwóch sezonach w warszawskim Teatrze Współczesnym, przeniosłem się do Teatru Powszechnego pod dyrekcję Adama Hanuszkiewicza i tam też spotkałem Łuszczewskiego, bardzo miłego pana, świetnego aktora. Miałem dużo szczęścia do ludzi, bo na ogół natrafiałem na dobrych.

 

Zagrał Pan też młodego artystę malarza w epizodzie w „Małżeństwie z rozsądku” Stanisława Barei, a wkrótce potem wziął Pan udział w bardzo poważnym przedsięwzięciu artystycznym Stanisława Różewicza, w filmie „Westerplatte”. Co Pan pamięta z tamtej realizacji?

Z samej realizacji nic szczególnego mi się nie przypomina, natomiast po latach uświadomiłem sobie, że wtedy nie wiedzieliśmy o ujawnionym po latach epizodzie załamania się psychicznego dowódcy Westerplatte, majora Sucharskiego, którego grał Zygmunt Hübner. Sucharski był chłopem z pochodzenia i miał chłopski nawyk kalkulacji, stąd jego opór przed daremnymi ofiarami. Poza tym nie byłbym sobą, gdybym nie miał takiego skojarzenia związanego z nazwą Westerplatte – polski punkt obrony paradoksalnie i szczęśliwie miał nazwę niemiecką, przyswajalną dla całego świata. „Westerplatte nadal się broni” – pisały gazety od Paryża po New York. A co by to było, gdyby nasz punkt oporu nazywał się Zbąszynkiem? Nadmienię, że nie mam nic przeciwko nazwie „Wester..”, eee, „Zbąszynek”

 

Wziął Pan też udział, w roli Jagosza, komisarza przedwojennej policji, w filmie swojego brata, Janusza Zaorskiego, „Matka Królów”, według powieści Kazimierza Brandysa. W scenie tej, w mieszkaniu Łucji Król, zatrzymuje on komunistę, doktora Lewena…

Granego przez Zbyszka Zapasiewicza. Realizacja finalizowana była w stanie wojennym, więc potrzebne były pozwolenia na broń i przepustki na nocne zdjęcia w warunkach godziny milicyjnej. Nie wiem, czy pan wie, ale był pomysł, żeby ten film doprowadzić do czasów ówcześnie aktualnych, czyli do stanu wojennego. Planowana była scena, w której stary w Lewen pochwala jego wprowadzenie. Ja jednak byłem za doprowadzeniem akcji jedynie do czasów stalinowskich i tak też zrobiono.

 

W tych czasach chodził Pan do szkół. Ja je Pan wspomina?

Oswajałem je zgrywą, kpiną. Zawsze byłem prześmiewcą. Gdy podczas akademii szkolnej śpiewano: „Nie ma granic ni kordonów, pieśni zew, pieśni zew”, ja śpiewałem pod nosem: „Nie ma granic ni kondonów, pies mi zdechł, pies mi zdechł”.

 

Nauczyciele Pana lubili?

Chyba tak, bo kiedyś wystawiono mi opinię, że jestem pilny, grzeczny i aktywny w pracy społecznej. Nie wiedziałem, gdzie oczy podziać z powodu takiej hańby.

 

Do szkoły aktorskiej, warszawskiej PWST przyszedł Pan z warunkami łagodnego, lirycznego amanta. Czy w tym kierunku Pana kierowali profesorowie?

Od początku dałem się poznać jako zgrywus. Z Janem Englertem, z którym byłem na jednym roku, napisaliśmy szopkę na fuksówkę, czyli bal wydawany przez pierwszoroczniaków. Nazwaliśmy tę szopkę „Wyrzy-maczką” w nawiązaniu do nazwiska naszego opiekuna, Mariana Wyrzykowskiego.

 

Chcieliście go jako studenci naśladować, tak jak później naśladowano Andrzeja Łapickiego i czy Tadeusza Łomnickiego?

Nie. On miał specjalnie postawiony głos, grał bardzo staromodnie, dla mnie już za staromodnie. Podobnie staromodnym profesorem był Ludwik Sempoliński. Ważną profesorką była dla mnie powszechnie lubiana i szanowana pani Stanisława Perzanowska. U niej zrobiłem rolę dyplomową w „Pastorałce” Leona Schillera w 1963 roku. Od niej się chyba najwięcej dowiedziałem o zawodzie. Lubiła mnie i często śmiała się z moich dowcipów, ale radziła mi, abym raczej żartował z siebie niż z kolegów. „Psuj sobie, a nie innym” – mawiała. A że była to cenna rada świadczy choćby to, że np. Kazimierz Rudzki, szalenie zabawny aktor na scenie, nie miał prywatnie poczucia humoru, nie śmiał się ani z siebie, ani z cudzych dowcipów i zawsze musiał mieć ostatnie, decydujące zdanie. Do moich mistrzów zaliczyłbym też Aleksandra Bardiniego, poza szkołą – Adolfa Dymszę.

 

Porozmawiajmy trochę o Pana rolach teatralnych, o niektórych, bo jest ich bardzo wiele. Zadebiutował Pan w Teatrze Klasycznym w „Edwardzie II” Christophera Marlowe’a, potem był Pan dwa sezony w Teatrze Współczesnym Erwina Axera…

Po czym zaangażował mnie do Powszechnego Adam Hanuszkiewicz.
Tam czekały na Pana role w klasyce, Cherubin w „Weselu Figara” Beaumarchais i role fredrowskie, w „Damach i huzarach” i „Ślubach panieńskich”, Norwid, „Beniowski” Słowackiego…
Hanuszkiewicz lubił klasykę i lubił ją odczytywać po swojemu. Mój Albin, tradycyjnie postać łzawego kochanka, okazywał się kimś, kto tylko przyjął taką manierę i w końcu okazał się trzeźwiejszy w miłości niż beztroski Gucio, grany przez Daniela Olbrychskiego.

 

Ale „Śluby panieńskie” reżyserował Władysław Krasnowiecki…

Nazywany żartobliwie, z uwagi na swoje polityczne korzenie, „Krasnosowieckim”. Formalnie on reżyserował, ale faktycznie wszystko ustawił Hanuszkiewicz. Krasnowiecki nie był dobrym reżyserem. Kiedyś zażartował sobie z niego Jan Kott, że podczas spektaklu „Marii Stuart”, w momencie sceny jej ścięcia za sceną, walił głową o podłogę. Kott napisał, że reżyser przepraszał w ten sposób publiczność za skopanie przedstawienia.

 

Wziął Pan też udział w głośnym widowisku „Norwid”, skomponowanym z tekstów poety…

Hanuszkiewicz pracował z właściwą sobie rzeczowością i dawał teksty kolejnym wykonawcom, sprawdzając do kogo który tekst pasuje. Spektakl cieszył się dużym powodzeniem. Sporą część widowni stanowili uczniowie, więc ja swoim zwyczajem wymyśliłem kalambur: „Ideał sięgnął bryku”.

 

Dobrze się Panu pracowało z Hanuszkiewiczem?

Dobrze, acz w okresie dyrekcji w Powszechnym był skromniejszy. W okresie kierowania Narodowym nabrał zarozumiałości. Potem już uważał, ze umie wszystko, że wie jak reżyserować, a to deklaracja ze strony artysty nazbyt pyszna. Artysta do końca nie powinien być pewny swego dzieła. Z jego „Balladyny” wszyscy zapamiętaliśmy słynne hondy, ale czy wiele więcej?
Z Narodowego, po pięciu latach przeszedł Pan do Ateneum, w inny zupełnie klimat artystyczny i do tego w „Biesy” Dostojewskiego…
…w których zastąpiłem mego szwagra Jasia Kociniaka, który musiał realizować jakieś zobowiązania filmowe.

 

Wspominał Pan ważny dla Pana spektakl „Kuchni” Arnolda Weskera…

Tak grałem tam męża patologicznie zazdrosnej żony, który jest jej całkowicie wierny. Jednak ja pod wpływem tych nieustających podejrzeń zacząłem wierzyć, że mój bohater tę żonę zdradzał. Pokazuje to jeden z mechanizmów teatru, że kształt roli może się zmieniać w trakcie jej grania pod wpływem innych postaci – nawet bez woli aktora.

 

Zagrał Pan też trzy role witkacowskie, w „Szewcach”, „Gyubalu Wahazarze” i „Pannie Tutli-Putli”, a wydaje się Pan wybitnie do takich ról predysponowany…

W „Szewcach” zagrałem Hiperrobociarza, w zastępstwie za Bogusza Bilewskiego, który nadawał się do tej roli także gabarytami fizycznymi. Kiedy więc ja się pojawiłem, mówiono, że w zastępstwie grał synek Hiperrobociarza. Z kolei z „Gyubalu”, gdzie grałem Morbidetta, występuje postać strasznego tyrana, Gnębona Puczymordy. Na pięćdziesiąte z kolei przedstawienie przyszedł generał Moczar. Wspominany Gnębon mówił bardzo podobnym jak on językiem. I na tym przedstawieniu zasłabła Elżbieta Kępińska. Miałem podejrzenie, że namówił ją do tego dyrektor Janusz Warmiński, z racji umiejętności dyplomatycznych zwany „Chińczykiem”, w obawie, aby mu Moczar nie zamknął teatru (śmiech).

 

Z którym reżyserem miał Pan najlepszą tzw. „chemię”?

Z Maciejem Prusem, w czasach kiedy jeszcze nie był demiurgiem teatru.

 

Przez lata był Pan często gościem telewidzów, w Teatrze Telewizji i pierwszym kabarecie Olgi Lipińskiej oraz w kilku serialach….

W serialach najmniej. Zagrałem Ochockiego w serialu Ryszarda Bera według „Lalki” Prusa. Idealista i marzyciel Ochocki był dla Wokulskiego kimś w rodzaju lustra, w którym się przeglądał przypominając sobie własną młodość. Zagrałem też artystę malarza w serialu „Panny i wdowy”.

 

W 1965 roku pojawił się Pan w teatrze Telewizji i od razu zagrał Pan cztery role…

Ale to były małe rólki. Dopiero czwarta była znaczniejsza, w „Dniach Turbinów” Bułhakowa, gdzie mnie zaangażował Jerzy Antczak.

 

Wkrótce potem, w 1966 wystąpił Pan w niezwykłym jak na owe tamte czasy widowisku telewizyjnym. Przez kolejnych dwanaście niedziel emitowano kolejne księgi mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”. Na tle skromnej, stylizowanej scenografii planszowej Marcina Stajewskiego, wybitni aktorzy recytowali obszerne fragmenty poematu – sam Hanuszkiewicz, Zbigniew Zapasiewicz, Henryk Borowski, Mieczysław Voit, Gustaw Lutkiewicz, Kazimierz Opaliński i inni…

Także Joanna Jedlewska, Henryk Machalica, Władysław Krasnowiecki jeszcze inni, a w tle była piękna muzyka Andrzeja Kurylewicza. Ja recytowałem kwestie związane z tytułowym bohaterem, bo trudno powiedzieć, że aktorzy grali swoje postacie. Oni je przedstawiali widzom.

 

Czasowo ten „Pan Tadeusz” usytuował się po środku, między niemą ekranizacją Ryszarda Ordyńskiego z 1928, niedawno pokazaną po latach po cyfrowym odnowieniu, a ekranizacją Andrzeja Wajdy z 1999 roku…

To prawda i myślę, że w swojej skromnej konwencji był bardzo ciekawym spektaklem, dobrze przyjętym przez telewidzów.

 

Kilka lat później zagrał Pan w legendarnym spektaklu ze „Złotej Setki Teatru Telewizji” w „Mieszczaninie szlachcicem” Moliera w reżyserii Jerzego Gruzy, z Bogumiłem Kobielą w roli tytułowej.

We wspaniałej obsadzie. Zagrałem tam ubogiego Kleanta, który przebierając się za syna sułtana tureckiego zyskuje zgodę pana Jourdain na małżeństwo z jego córką. Pamiętam, że grałem bardzo szybko, wykonywałem ze swadą taniec w takt „Marsza tureckiego” Mozarta i szybko też wypowiadałem kwestie, dysponując wtedy nienaganną dykcją. W Teatrze Telewizji ponownie zagrałem Albina w „Ślubach panieńskich”, tym razem w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego i znów w komedii Moliera w reżyserii Jerzego Gruzy, to znaczy w „Szkole żon”.

 

Na początku lat siedemdziesiątych telewizja zaczęła pokazywać cykliczny „Gallux show”, kabaret Olgi Lipińskiej, poprzednika jej późniejszych kabaretów. Grał Pan tam konferansjera rewii, w białym smokingu i sandałach…

„Sandałach wieczorówkach”, jak sam mówił. Ten przymilny jegomość z fryzurą na pazia posługiwał się pretensjonalną polszczyzną i mówił „chiba” zamiast „chyba”. Pamiętam, że widzowie pisali i dzwonili do telewizji z uwagami, że tak się nie mówi. W „Galluxie” grałem razem z Mańkiem Kociniakiem Bohdanem Łazuką, Jankiem Kobuszewskim, Basią Wrzesińską i innymi. Zabawa była przednia, ale i efekt chyba też niezły.

 

Dopiero kilkanaście lat później od 1991 do 1993 roku, poprowadził Pan razem z Jerzym Kryszakiem swój cykliczny program „Polskie zoo”, gdzie główne postacie ówczesnej sceny politycznej występowały jako groteskowe kukiełki, którym towarzyszyliście aktorsko…

…markując na komediowo różne postacie historyczne i współczesne, ja np. wcieliłem się i w Stalina i w Dejmka i w księdza i w różne dziwne figury.
Dlaczego „Polskie zoo” trwało tak krótko, mimo że miało dużą oglądalność?

 

W pewnym momencie przyszli do telewizji ludzie braci Kaczyńskich, a że my pokazywaliśmy nie bez sympatii Wałęsę, z którym już byli skłóceni…
Pana książka „Ręka, noga, mózg na ścianie”, pełna zabawnych wspomnień i anegdot ukazała się jako swoista forma autoterapii, ćwiczenia po udarze mózgu który dotknął Pana w 2004 roku, powodując poważne zaburzenia mowy…

Tak, starałem się w niej jak najmniej mówić o chorobie, a skoncentrować się na zdarzeniach z mojego życia, które byłyby zabawne i zajmujące dla czytelników. Nie napisałem w niej o jednej ważnej sprawie, istotnej dla osób, którym mogło by się coś takiego przydarzyć. Otóż kiedy doznałem wylewu i praktycznie straciłem mowę, szybko zawieziono mnie na tomograf komputerowy, ale okazało się, że można go uruchomić dopiero o ósmej rano. Czekałem więc całą noc na korytarzu. Dopiero potem dowiedziałem się, że jeśli zadziała się szybko, w ciągu trzech pierwszych, tak zwanych „złotych” godzin, jest znacznie większa szansa wyprowadzenia mózgu z zapaści. Wiele zależy od diagnozy, czy jest to udar niedokrwienny czy wylew krwi. Niestety w moim przypadku tak się nie stało i dlatego postępy choroby były większe, a terapia trudniejsza. Drogę do stanu, w którym możemy dziś tak rozmawiać przebyłem daleką. Na początku widziałem n.p. jajko, rozpoznawałem je ale nie potrafiłem go nazwać. Żeby dać znak, iż chodzi mi o Gdańsk, rysowałem kontur mapy Polski, linię Wisły i stawiałem kropkę u jej wyjścia. Tak określałem miasto. W odzyskaniu sprawności mowy pomogła mi moja wiedza z zakresu nauki dykcji, bo znałem miejsca w aparacie mowy odpowiedzialne za poszczególne głoski.

 

Jednak z zawodu choroba Pana właściwie wyeliminowała….

Spełniłem się zawodowo, więc nie odczuwam tego szczególnie boleśnie. Poza tym aktorzy ze Szczecina, gdzie reżyserowałem, zaproponowali mi wystawienie moich tekstów radiowych sprzed wielu lat, z cyklu „Fajny film wczoraj widziałem”, nadawanego w ramach „60 minut na godzinę”. Miałbym tam wystąpić w roli Bronisława Batona, który przekręca słowa i mówi dziwnym akcentem „kurcze pieczone w pysk”. To może być rola w sam raz dla mnie.

 

Jest Pan bardzo dowcipnym i barwnym narratorem. Nie napisałby Pan swojego alfabetu aktorów polskich na wesoło?

Ta moja książka, to jest taki alfabet od A do Z, czyli od Andrzeja do Zaorskiego. (śmiech). Zobaczymy. Żona mnie zachęca, żebym jeszcze coś napisał.

 

Dziękuję za rozmowę.

A gdyby tak zakazać reklamy?

Odkąd Internet przetasował światowy rynek prasy, a potem innych mediów, każdego roku obserwujemy kolejne obroty błędnego koła postępującej tych mediów degrengolady.

 

Specjaliści od reklamy biją na swoich konferencjach i w raportach na alarm, że wszystko, co robią, jest stopniowo coraz mniej skuteczne – ludzie stają na rzęsach, byle uniknąć, zeskrolować, przeskoczyć ich bzdury, za wszelką cenę w nic nie kliknąć, nagrać film bez reklam… Kolejne tytuły prasowe upadają, łączą się dla przetrwania w konglomeraty, są przejmowane przez wielkie globalne korporacje medialne korzystające na ich kłopotach z płynnością finansową, obcinają wierszówki, redukują zatrudnienie, mnożą w to miejsce dziadowskie darmowe staże i udostępniają swoje łamy tym, którym wystarczy sama „widoczność” – lub nawet za publikowanie na ich łamach treści kryptoreklamowych lub PR-owych upozorowanych na materiały dziennikarskie gotowi są płacić. Wszystko to za sprawą spadających dochodów z reklamy. Skoro reklama jest coraz mniej skuteczna, to coraz trudniej powierzchnię czy czas reklamowy dobrze sprzedać, coraz mniej można za nie sobie śpiewać.
Technologiczni giganci proponują więc coraz bardziej wyrafinowane i zarazem coraz bardziej orwellowskie innowacje technologiczne. Najbardziej zaawansowane z tych rozwiązań są niesłychanie drogie, sprawiając, że dostęp do reklamy skutecznej koncentruje się w coraz bardziej nielicznych rękach, faworyzując wielkie podmioty – zarówno handlowe, jak i medialne, coraz bardziej marginalizując np. media lokalne, niszowe, wyspecjalizowane. Reklama kosztuje coraz mniej za pojedyncze „wyświetlenia”, więc nadrabia to swoją coraz większą wszechobecnością, wpychaniem się w każdą szparę. Musimy ją zamknąć, żeby w ogóle przedrzeć się do interesującego nas artykułu, przecierpieć kilka razy po drodze do jego końca, musimy ją przeczekać nawet w połowie dwuminutowego materiału wideo na Facebooku czy YouTube. Zaciskamy zęby i siedzimy w kinie przez pół godziny reklam, zanim zacznie się film, na który przyszliśmy. Albo wchodzimy na salę z odpowiednim opóźnieniem w stosunku do oficjalnego początku seansu, żeby nie marnować życia na kolejną reklamę samochodu, na który i tak nas na razie nie stać. Blokujemy w przeglądarkach pop-upy, wyłączamy w telefonach głos multimediów, zamykamy, przeskakujemy, oznaczamy „nie wyświetlaj więcej”. Godzimy się powoli z tym, że dobrych gazet prawie już nie ma i trzeba po prostu polować na dobre teksty pojawiające się czasem na marginesach obiegu. Przestajemy oglądać tradycyjną telewizję, wybieramy konkretne filmy i seriale, które chcemy obejrzeć, korzystając z innych dróg dostępu do nich. I tak dalej. Te nasze prywatne strategie unikania niekończącej się inwazji reklamy zbyt rzadko jednak prowadzą nas na wyższy poziom uogólnienia, na którym zakwestionowalibyśmy sam fakt – traktowany jako naturalny i zrozumiały samo przez się – że prasa i media w ogóle finansują się w pierwszym rzędzie z reklamy. A przecież wcale nie tak dawno co najmniej tak samo liczyły się sprzedaż, prenumeraty, subskrypcje, bilety, abonamenty, czasem nawet podatki (wiele europejskich telewizji i radiostacji publicznych). Na myśl o tym wzdychamy z ulgą, że tak wiele dzisiaj możemy przeczytać, obejrzeć, posłuchać za darmo. W wielu krajach rozwiniętych już od dwóch pokoleń de facto spada nam siła nabywcza, jesteśmy wyciskani jak cytryny przez koszty, jakie pociąga za sobą dach nad głową, konieczność dojazdu do pracy i z powrotem, w miarę zdrowe odżywianie, edukacja naszych dzieci – dla tych z nas, którzy je mają. Dzięki Bogu dostęp do Internetu, i większości tego, co w nim, jest za darmo!
To tylko złudzenie Była to jedna z odświeżających myśli, jakie znalazłem kilka lat temu w Demokracji ekonomicznej Ladislaua Dowbora, brazylijskiego ekonomisty polskiego pochodzenia. Za „darmowe” media płacimy wszyscy – przekazujemy prywatnym korporacjom coś w rodzaju prywatnego podatku, ukrytego w każdym produkcie i usłudze, które są gdziekolwiek reklamowane. Płacimy ten podatek, pozbawiając się jednocześnie wpływu na to, jakie media, jaka prasa, jaka telewizja, jakie serwisy internetowe będą miały z tego źródła finansowanie.
Poczucie niezadowolenia z prasy, oferty telewizyjnej, jakości dziennikarstwa – jest dziś powszechne, nie ogranicza się tylko do garstki wykładowców filozofii i czytelników Marcela Prousta. Większość z nas przeżywa kiedyś taki moment, że już nie może ścierpieć jednostronności czy krótkowzroczności niegdyś ulubionego tygodnika, coraz głupszych tematów artykułów przy jednoczesnej nieobecności wielu problemów i głosów, których chętnie byśmy wysłuchali. To nieprawda, że media są takie, jakich chcą czytelnicy, widzowie, odbiorcy. Media są takie, jakich chcą reklamodawcy i jakie da się z reklamy sfinansować.
Gdyby decydowali naprawdę odbiorcy, wszystkie media wyglądałyby dziś zupełnie inaczej. Strategią oporu – na „w międzyczasie” – jest oczywiście, byśmy w miarę możliwości jednak świadomie prenumerowali i subskrybowali te tytuły i portale, których profil polityczny lub intelektualny nam się podoba, wierzymy w jego potencjał, cenimy jakość ich publikacji. Tam, gdzie kultura subskrypcji i prenumeraty jest tradycyjnie silna, a konsumenci mają wciąż jakąś nadwyżkę, którą mogą wydać na takie potrzeby, to jeszcze jakoś działa. Np. w przypadku mediów o szczególnie wysokiej jakości (powiedzmy „London Review of Books” w Wielkiej Brytanii czy portal informacyjny Mediapart we Francji) lub mediów, które skupiają wokół siebie publiczność wierną im politycznie, niezadowoloną z propozycji mediów dominujących (amerykański „Jacobin”, brytyjski „Counterfire”). Wielki walec reklamy robi jednak swoje i te nisze oporu tylko spowalniają dzieło jego destrukcji.
A gdyby tak – to też z Dowbora – zakazać reklamy? W pierwszej chwili brzmi szokująco, prawda? Ale właściwie – dlaczego? Dlatego, że reklama wymusiła na nas taką swoją wszechobecność i tak do swojej agresji przyzwyczaiła, że nas z nią zupełnie pogodziła? Że nam wmówiła, jak bardzo wszystkim wychodzi na dobre?
Oczywiście, nie należy zakazywać całej, każdej i w ogóle jakiejkolwiek reklamy. Wystarczyłoby powiedzmy 80 proc. – wyeliminowanie reklamy, której jedynym celem jest zalewanie nas logotypami, wdrukowywanie nam w mózgi nazw wielkich marek, wywoływanie bezsensownych pragnień, zastawianie pułapek na nasze erotyczne pragnienia, kiwanie nas, żebyśmy się zadłużali, kupując rzeczy, których wcale nie potrzebujemy, a w głębi duszy nawet nie chcemy. Zostawić tylko reklamę stricte informacyjną. Reklama jest jednym z najbardziej szkodliwych przemysłów, ręka w rękę z sektorem finansowym czy naftowym. Jej quasi-anihilacja miałaby zbawienne skutki dla całokształtu naszego życia społecznego, usuwając raka bezsensownej konsumpcji rzeczy, których wcale byśmy nie pragnęli, gdyby nam tego nie wmówiono. Pozostawienie reklamy ściśle informacyjnej wzmocniłoby mniejsze, lokalne, regionalne i wyspecjalizowane media, uwalniając dla informacji o konkretnych wydarzeniach, nowych lokalnych usługach czy specjalistycznych książkach przestrzeń wcześniej dla nich blokowaną przez reklamy marek amerykańskich napojów gazowanych i papierosów, holenderskiego piwa, włoskich perfum czy japońskich samochodów.
Likwidacja tego źródła finansowania prasy i mediów, a także odblokowanie w naszych portfelach sum, które nieświadomi płaciliśmy jako ukryty podatek reklamowy w cenach większości kupowanych towarów, połączone pozwoliłyby nam wrócić do modelu, w którym to my wybieramy, które media spełniają nasze potrzeby i oczekiwania. Wykupywalibyśmy prenumeraty, abonamenty czy też kupowalibyśmy pojedyncze egzemplarze, karząc rezygnacją z subskrypcji za spadek jakości, nieodpowiadanie na nasze zainteresowania czy ignorowanie naszego punktu widzenia. Moglibyśmy też – last but not least – przeznaczać więcej pieniędzy na jawny podatek na finansowanie mediów publicznych będących pod demokratyczną kontrolą (wiem, w Polsce oczywiście dopiero po odbiciu mediów publicznych PiS-owi, ale myślmy perspektywicznie).
Media, które podnoszą swoją jakość, bo zostały uwolnione od dyktatu reklamodawców i znów są finansowane przez odbiorców (bezpośrednio w ich wyborach konsumenckich lub poprzez demokratyczną daninę publiczną), przez co chcą i muszą dostarczać im realnych, wartościowych, pomysłowych i inspirujących intelektualnie treści, wchłonęłyby też znaczną część ludzi, których talenty marnują się dziś w szkodliwym przemyśle reklamowym, a których większość znalazła się tam nie z marzenia o wciskaniu nam ściem i śmieci, a dlatego, że to był jedyny przemysł, który oferował im pracę. Podczas gdy oni zawsze marzyli o pisaniu czegoś ciekawego, uprawianiu fotografii z prawdziwego zdarzenia czy eksperymentowaniu z animacją.

To była naprawdę dobra telewizja

Dariusz Michalski – dziennikarz, prezenter radiowy, historyk muzyki rozrywkowej. Zwycięzca dziesięciu teleturniejów. Współtwórca 144 odcinków telewizyjnego „Leksykonu polskiej muzyki rozrywkowej”, w Telewizji Polskiej twórca kilkudziesięciu programów autorskich, między innymi magazynu muzycznego „Metronom”, za który w 1988 otrzymał „Złoty Ekran”. Autor biografii Jerzego Wasowskiego, Aliny Janowskiej, Wojciecha Młynarskiego, Czesława Niemena, Kaliny Jędrusik i Krzysztofa Klenczona (w przygotowaniu), trzech tomów historii polskiej muzyki rozrywkowej oraz dwuczęściowego kompendium „To była bardzo dobra telewizja”.

 

 

Z DARIUSZEM MICHALSKIM, dziennikarzem muzycznym, autorem książek o ważnych zjawiskach kultury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Ukazał się już jakiś czas temu pierwszy tom Pana autorskiej historii Telewizji Polskiej „To była naprawdę dobra telewizja”. Przedstawił ją Pan przede wszystkim jako niezwykle ważne zjawisko kulturowe, bardzo ważną część polskiej kultury w XX wieku. W tym roku jesienią minie 65 lat od inauguracji telewizji publicznej w Polsce. Zacznę jednak od pytania o pierwsze Pana osobiste wspomnienie związane z kontaktem z odbiornikiem telewizyjnym…

Telewizor do naszego domu zawitał późno bo jeszcze ponad pół wieku temu był towarem reglamentowanym, kosztownym, nawet bardzo drogim. Nasz majętny sąsiad był wśród znajomych chyba jedynym posiadaczem takiego skarbu i zapraszał wszystkich nawet często – nas (mamę, ojca i mnie) na filmy. Te amerykańskie czy angielskie pamiętam do dziś, bo ich projekcje kończyło nieodmiennie triumfalne zawołanie sąsiada, który „z polska” odczytywał z ekranu: „The end!”. Kiedy już teleaparat mieliśmy (jak na owe czasy nawet szykowny, to był „Belweder”), mama i ja zapałaliśmy miłością do teleturniejów. Tak wielką, że kiedyś mnie zachęciła: „Spróbuj”. Podobała się nam Krzyżówka z papugą – ale papugę mieliśmy. 20 pytań i Kółko i krzyżyk to także nie było to. I wtedy Telewizja wprowadziła do swego programu tak zwane teleturnieje wiedzowe. Ponieważ od dziecka interesowałem się muzyką – zgłosiłem się do teleturnieju „Z melodią na ty”. Przeszedłem przez eliminacje pierwsze, drugie, trzecie, zostałem zakwalifikowany do występu na wizji – wygrałem! Teleturniej był emitowany w niedzielę, oczywiście na żywo, w poniedziałek w szkole (uczyłem się wtedy w dziesiątej klasie liceum ogólnokształcącego) usłyszeliśmy, że następnego dnia odbędzie się przed lekcjami specjalny apel. No i we wtorek ciało pedagogiczne publicznie mnie oskarżyło o „publiczne wystąpienie bez obowiązkowej tarczy na rękawie”. Oponowałem: Przecież reprezentowałem siebie, swoją wiedzę, nie szkołę – i jakoś się wybroniłem. Ale wiedziałem, że łatwo mieć nie będę. Na szczęście mój domowy mecenas wspierał mnie intelektualnie i strategicznie: „Jeśli wiesz, to się tą wiedzą podziel z innymi. Czujesz się na siłach – wystąp. Ale zawsze staraj się wygrać”. No i wygrałem kolejne teleturnieje muzyczne, filmowe, taneczne, kryminalne. Ówczesne główne wygrane były symboliczne – przeważnie bony do Galluxu (czyli salonu eleganckiej mody męskiej), za które mogłem otrzymać co najwyżej zagraniczną koszulę, spinki i krawat, czyli żadne ekstrawagancje. Kiedy wygrałem teleturniej lotniczy – Lot „szarpnął się” na bezpłatny bilet powrotny na dowolnej trasie, ale tylko krajowej. Mimo to z tamtej wygranej byłem szczególnie dumny, bo – daję słowo, że tak było – kilka dni później propozycje pracy u siebie złożyły mi zagraniczne linie lotnicze: szwajcarski Swissair, belgijska Sabena, włoska Alitalia i skandynawski SAS. Przedstawicielstwa zachodnich towarzystw lotniczych, w hierarchii ważności następne po ambasadach, były wtedy reprezentantami luksusu, blichtru, elegancji wielkiego świata. Były oknami na ów świat, witrynami, przez które można go było oglądać i… lizać. Byłbym się więc na tę przynętę skusił, gdyby nie kolejny teleturniej, w mojej karierze dziesiąty. Zapytałem mamę: Pójść? Usłyszałem: „Muzyczny, jakby dla ciebie wymyślony, więc dlaczego pytasz?”. To był w moim teleturniejowym życiu występ ostatni, najważniejszy. Wygrałem wtedy ex aequo z Korneliuszem Pacudą, przyszłym propagatorem muzyki country. O stronę rozrywkową programu zadbała Polska Federacja Jazzowa, której przedstawiciel zaproponował mi po występie: „Chce pan u nas pracować?”. Oczywiście, że chciałem. Następnego dnia, w poniedziałek 10 lipca 1967 wdrapałem się na czwarte piętro gmachu Romy (tam, przy Nowogrodzkiej 49, w podwórzu, urzędowała PFJ) i wczesnym rankiem, bez zbędnych formalności, zostałem pracownikiem bardzo ważnej, nie tylko w moim życiu, instytucji przemysłu rozrywkowego, rodzimego show businessu. To był dla mnie prawdziwy uniwersytet, na którym w przyspieszonym tempie poznałem najważniejszych jazzmanów, całą listę przebojów bigbeatowych, zostałem sekretarzem magazynu „Jazz Forum”, wymyśliłem i przez długi czas redagowałem fanzin „Kakajot”. To była najelastyczniejsza trampolina mojej kariery zawodowej, wypchnęła mnie bowiem do radiowego Programu III, potem do „Sztandaru Młodych”, gdzie przez ponad ćwierć wieku prowadziłem rubrykę muzyczną (był to chyba nawet dział) „Metronom”, później do telewizji.

 

Kiedy po raz pierwszy wystąpił Pan na „srebrnym ekranie”, jak wtedy mawiano, już nie jako gość teleturnieju, ale jako „osoba telewizyjna”?

To było w 1965, w programie młodzieżowego klubu telewizyjnego „Proton”, w którym wystąpili absolwenci warszawskiej szkoły baletowej, Jerzy Waldorff i… ja. Program opowiadał historię tańca towarzyskiego, młodym Polakom miał też zaprezentować ich rówieśników pasjonujących się jakimś pożytecznym hobby. Moje – kolekcjonowanie płyt gramofonowych z rock and rollem – akurat nie było zbyt wychowawcze (wtedy! rock and roll to wszak muzyka amerykańska), przecież jednak zgodzono się ochoczo na pokazanie przed kamerą kilkudziesięciu zagranicznych singli, które obwoluty miały wyjątkowo atrakcyjne wizualnie, bajecznie kolorowe (szkoda, że program był czarno-biały). Miał tę kolekcję ocenić od strony zawartości muzycznej właśnie Jerzy Waldorff. Przed emisją zorganizowano dwie, może nawet trzy próby, żeby poznać się wzajemnie, debiutantom pozwolić na otrzaskanie się ze studiem i kamerami, zamarkować późniejsze sytuacje i rozmowy. Sławny krytyk(ant) oczywiście roześmiał się sardonicznie słysząc o czym mamy rozmawiać („Rrrock and rrroll to okrrropna szmirrra, a ten krrrostowaty Prrresley to jakiś żigolak!”), ale zmitygowany przez reżysera i redaktorkę obiecał, że na wizji nieco złagodzi swoje ostre sądy. Z programu pamiętam do dziś przepiękny archaiczny patefon, który do odtwarzania 45-obrotowych singli zupełnie się nie nadawał, oraz reżysera, który zarządził, że będzie lepiej, jeśli pan Waldorff wygłosi swoją kwestię osobno, mnie zaś będzie przepytywała z historii rock and rolla oraz jego walorów tanecznych gospodyni i redaktorka programu. Tak też się stało. Opisuję tę przygodę w mojej książce o telewizji, w rozdziale „Młodzież”, a ilustruje ją zdjęcie: pan Jerzy i ja siedzimy odwróceni do siebie plecami. Kilka lat później poprowadziłem w telewizji teleturniej muzyczny, a na stałe wszedłem do „firmy” jako współpracownik: współtworzyłem „Leksykon polskiej muzyki rozrywkowej”, wymyślałem i zrealizowałem kilkadziesiąt rozmaitych programów muzycznych. Za magazyn „Metronom” otrzymałem doroczną nagrodę Złoty Ekran. Z dumą ją wspominam, odebrałem ją bowiem (w marcu 1988) w nie najgorszym towarzystwie, między innymi reżysera Kazimierza Kutza, zespołu reporterów programu „Zawsze po 21-ej”, dokumentalisty Ludwika Perskiego, aktora Jerzego Bińczyckiego, Jana Miodka oraz mego imiennika Dariusza Baliszewskiego. Byłem w tamtej telewizji niby w środku, jako współpracownik przecież jednak poza nią, dzięki czemu patrzyłem na nią od środka i z zewnątrz, okiem chyba rzetelnym. Ta ogromna wiedza, w dużej części praktyczna, przydała się po latach przy pisaniu książki.

 

Przy pisaniu książki korzystał Pan z internetu?

Tak, jednak wbrew panującej opinii, w Internecie nie ma wszystkiego. Trzeba mieć własną wiedzę, by móc zweryfikować to, co tam jest, co jest rzetelne, co zaś śmieciem. Książkę pisałem w oparciu o własne, od dziesiątków lat gromadzone archiwum, wykorzystałem w niej także rozmowy, które od dawna nagrywałem i notowałem w okresie mojej pracy dziennikarskiej, w gazecie, radiu i telewizji. Moi rozmówcy w większości już odeszli – Janusz Rzeszewski, Lucjan Kydryński, Witold Filler. Powiedzieli mi wiele, czasami mnie zdumiewali swoją szczerością – jakby chcieli skorzystać z okazji, że ktoś ich wreszcie o wiele spraw zapytał, uważnie ich słuchał, wiedział o czym oni mówią. Pamiętam zwłaszcza Fillera, niespełnionego aktora, mądrego krytyka, politycznie przyklejonego do władzy, która go wypromowała, towarzysko nielubianego, jakże jednak ważnego dla rozwoju w naszej telewizji choćby rozrywki: on jej poziom wywindował bardzo wysoko. Każdy z tych ludzi, inteligentnych i rozbudowanych intelektualnie, był postacią. Niektórzy byli nawet osobowościami.

 

Telewizja u samych swoich początków kładła ogromny nacisk na rolę edukacyjną. Na przykład nadawano lekcje z poszczególnych przedmiotów szkolnych dla szkół średnich i podstawowych. Doktor Hanna Dobrowolska prowadziła przez kilka lat „Spotkania z przyrodą”, była „Eureka”, audycja o technice Jerzego Wunderlicha i inne…

Kultura polska powinna uchylić kapelusza przed tamtą telewizją edukacyjną, której poświęcę spory rozdział w drugim tomie. Telewizja bardzo pomagała w nauce, bo była bogatsza o to, co jest czterema piątymi naszego procesu postrzegania, czyli o obraz (bo słyszymy tylko jedną piątą informacji). Prawo autorskie nie było wtedy, tak jak dziś, przestrzegane, więc kopiowano mnóstwo materiałów z innych telewizji, choćby z BBC. Ale to był dodatek – owszem, bardzo atrakcyjny, jednak tylko dodatek – do tego, co wymyślano, realizowano i propagowano własnymi siłami. Telewizja edukacyjna była wtedy wspaniała, uczono dzieci, młodzież, były także telewizyjne uniwersytety korespondencyjne, wykłady naukowców, była politechnika, nauka języków obcych…

 

Zacytował Pan Ignacego Witza, wybitnego artystę i krytyka sztuki, który stwierdził, że polska telewizja wykształciła swoją własną formę plastyczną, inną niż filmowa i inną niż teatralna. Była pod tym względem czempionem w świecie?

Bez wątpienia. To brało się ze specyficznej polskiej drogi do sukcesu. Ponieważ byliśmy biedni, niczego nie mieliśmy, a chcieliśmy coś zrobić, to ten motor działania był w nas ogromny. To było takie amerykańskie „Chcieć to móc”. Coś z tego ducha było w osobie Adama Słodowego i jego programie „Zrób to sam” – zrobić coś z byle czego, z dykty, pustego pudełka, kawałka sznurka. Owo „majsterkowanie” było specyfiką rodzimej techniki telewizyjnej: kamery, magnetowidy, stoły reżyserskie polskie złote rączki rozbierały do najmniejszej śrubki, potem składały, ucząc się ich działania od podstaw. Ba! To była czasami jedyna metoda, bowiem nieustannie kuglując między systemami zachodnim (kapitalizm) i środkowoeuropejskim (socjalizm), Telewizja Polska często otrzymywała od swoich kontrahentów na przykład doskonałe technologicznie kamery, ale bez… instrukcji. I dobrze, bo geniusz Polaka przydawał się do uzyskiwania później takich efektów wizyjnych, jakich konstruktorzy tych zachodnich cudeniek nawet sobie nie wyobrażali! Opowiedział mi o tym Paweł Karpiński, który w polskiej telewizji zrobił karierę iście amerykańską (od pucybuta do milionera), bowiem z pomocnika operatora kamery wyrósł na rasowego reżysera. A Xymena Zaniewska ze swoją szkołą scenografii telewizyjnej? Jej talent, pomysłowość, indywidualność rozwinęły się przecież na pustyni, kiedy z niczego trzeba było stworzyć coś. I to coś – COŚ! – powstawało: wspaniałe, nowoczesne, stylowe, genialne!

 

Dużo miejsca poświęcił Pan Teatrowi Telewizji. Czy dlatego, że uważa go Pan za najważniejszą pozycję w historii TVP?

Uważam go za fenomen, efekt połączenia działalności i wysiłków setek, jeśli nie tysięcy ludzi i szeregu instytucji. Była premiera co tydzień, w ramach sceny poniedziałkowej, były przedstawienia w Teatrze Sensacji i Teatrze Młodego Widza, były monodramy, spektakle realizowane w ośrodkach pozawarszawskich. Ludziom się chciało, nikt o pieniądzach nie mówił i dobrze, że tak było – wbrew zasadzie, że dobre musi kosztować, bo inaczej będzie byle jakie. Nawet pionierska telewizja Europy, brytyjska BBC nie wypracowała takiej formy. Realizowała albo filmy dostosowane do warunków telewizyjnych i praktykowała statyczne filmowanie kamerą spektaklu teatralnego na scenie. Nasz Teatr Telewizji wypracował coś zupełnie innego. Studio było miejscem, gdzie przestrzeń fizyczna była rozszerzana, a co za tym idzie także przestrzeń w wyobraźni widza, który podążał za kamerą, za myślą, także dzięki możliwości zbliżeń. Wspomniana Xymena Zaniewska fenomenalnie operowała czernią, bielą i ich odcieniami, obrazem, zbliżeniem, detalem, cieniem. Poza nią było całkiem pokaźne grono utalentowanych, wybitnych scenografów.

 

Telewizja jako taka jest w ciągłej fazie znaczących przeobrażeń technologicznych. Wprowadzana jest telewizja cyfrowa wysokiej jakości, kończy się epoka monopolu ramówki i następuje szereg innych zmian. Myśli Pan, że to koniec telewizji, którą Pan opisuje?

Rozważa się też – nie od dziś – czy ocaleją książki i prasa papierowa, czy też zostaną scyfryzowane jako e-książki i e-tygodniki. Kiedyś rozważano, czy telewizja nie zabije kina. Podobnie rozważa się czy radio i telewizję zastąpi e-radio i e-telewizja. Myślę, że nowe będzie się rozpychać, ale stare długo jeszcze będzie mu towarzyszyć.

 

To kolejna duża publikacja o Telewizji Polskiej po książce Tadeusza Pikulskiego. Czy ona była dla Pana jakimś punktem odniesienia?

Książka Tadeusza Pikulskiego, „Prawdziwa historia telewizji publicznej”, to rzetelna, choć subiektywna książka o telewizji. Podobnie jak cenna książka Tadeusza Kurka czy wspomnienia Jerzego Ambroziewicza. Każda książka jest cenna, bo gdyby w tej chwili ktoś inny jeszcze chciał napisać swoją książkę o telewizji, nie spotka już szeregu osób, które są w cytowane w tych, które już powstały, oraz w mojej (że przypomnę nieżyjących Fillera czy Rzeszewskiego). A za chwilę nie będzie już nikogo z tego pokolenia. Widzę to również w światku polskiej muzyki rozrywkowej. Kiedy pisałem pierwszy tom jej historii, to żyła jeszcze i była pełna uznania dla moich działań, a nawet napisała mi wstęp – Stefania Grodzieńska. Po jej odejściu nikt już nie napisze o tym, co działo się w tej dziedzinie przed wojną, powołując się na żywych świadków. Bo tych świadków już nie ma.

 

Było w dziejach telewizji szereg osobowości i audycji kompletnie dziś zapomnianych, np. „Sylwetki X Muzy” prowadzone w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przez Czesława Radomińskiego? Czy uwzględni je Pan drugim tomie?

Tak. Znajdzie się ten program albo w rozdziale poświęconym filmowi albo w historii ośrodków regionalnych, był bowiem emitowany z Poznania. Czego czytelnik nie znalazł w pierwszym – znajdzie w drugim tomie. Czy wszystko? Przyczyny wszelakich pominięć faktów i osób zamykają się w takim oto krótkim dialożku: „Dlaczego Pan mi o tym, nie powiedział? – Bo pan mnie o to nie zapytał”. I tak jest z wieloma sprawami, które w ostatnich tygodniach „wyszły” tylko dlatego, że ukazał się tom pierwszy: dotarł do czytelników i wywołał liczne reakcje. Działają one jak internetowe linki, otwierające kolejne klapki i furteczki, a drzwi do informacji robią się bramami do niej, rozbijają zaskorupiałe ściany pamięci. Często słyszę: „Ach, rzeczywiście tak było!”. Albo: „Że też o tym zapomniałem”. Zapomniane – przypomniane. Coraz częściej dzięki życzliwym (i uważnym!) czytelnikom.

 

Widziałem niedawno zaprojektowaną przez Konstantego Sopoćko okładkę wydanej w 1929 roku sensacyjnej powieści Jana Mariana Dąbrowy „Telewizor Orkisza”. Telewizor jest w tej powieści przedmiotem ze sfery fantastyki-naukowej. Od tamtych czasów, pod niezmienioną nazwą, przeszedł drogę od maszyny fantastycznej do powszechnego składnika i kultury i codzienności…

Takich miejsc i zdarzeń paradoksalnych w historii szeroko rozumianej telewizji było dużo. Przytoczę choćby słynną debatę telewizyjną Kennedy–Nixon w 1960 roku, która uczyniła tego pierwszego prezydentem, bo ten drugi nie umiał się znaleźć przed kamerą. Można to odnieść też do spotkania Wałęsa–Miodowicz w 1988. Elvis Presley, podczas pierwszego występu w ogólnoamerykańskiej telewizji w 1956 roku, został pokazany tylko od pępka w górę, ponieważ poruszał biodrami w sposób wyzywający, erotyczny, co najmniej nieelegancki, co sprawiło, że przylgnęło do niego określenie „Elvis the Pelvis” (Elvis Miednica). Ale nie tylko to było ważne dla jego kariery, bowiem to, że nie pokazano wtedy piosenkarza w całości, zachęciło ludzi, żeby zainteresować się nim dokładniej, bo przecież „na pewno miał poniżej paska od spodni coś, czego telewizja nie chciała pokazać”. W 1960, po powrocie Presleya z wojska, kiedy Sinatra zaprosił go do swego programu pewien, że dzięki „temu bezczelnemu chłystkowi” (The Voice nie lubił rock and rolla, a Elvisa wręcz nienawidził) zdobędzie dla siebie publiczność młodzieżową – trzy czwarte telewizyjnej Ameryki oglądało jego show, następnego dnia nazwany przez prasę Welcome Home Elvis: młodszy „ukradł” przedstawienie starszemu, bo lepiej od niego zrozumiał istotę telewizji, jej potęgę.

 

W PRL „potęgę telewizji” kojarzono z monopolem władzy jej politycznego dysponenta i działaniem cenzury…

Cenzorzy czepiali się zwłaszcza trzykropków (ileż bowiem można było wyrazić za ich pomocą „pomysłów na domysły”), gorsi jednak byli usłużni redaktorzy. Ciężkie życie w telewizji mieli bigbitowcy, za którymi chodził łysawy fryzjer-Filler, który nienawidził długowłosych. Trzeba jednak pamiętać, że cenzura była także w innych telewizjach, w zagranicznej prasie, w zachodnim radiu. W swojej kolekcji mam trzy płyty kompaktowe z nagraniami, których „nie puściła w eter” brytyjska BBC, właśnie z powodów cenzuralnych. Ofiarą angielskiej cenzury padł w 1972 między innymi Paul McCartney, który śpiewał o Irlandii i Irlandczykach („Give Ireland Back to the Irish”), co nie pasowało do polityki Zjednoczonego Królestwa. Dekadę wcześniej BBC zakazała antenowej prezentacji płyty „A Hundred Pounds of Clay” Craiga Douglasa „z powodów religijnych”. Uzasadnienie: „Ta piosenka bluźni przeciwko Bogu, sugeruje, że Pan stworzył kobietę nie z żebra Adama, lecz ze zwyczajnych surowców”. Nie pomogła zmiana kontrowersyjnego oryginalnego wersu „stworzył Bóg kobietę i wiele innych przyjemności dla mężczyzny” na „stworzył starego Adama – oraz kobietę dla mężczyzny”. Radiowi cenzorzy byli nieugięci i nałożyli embargo na amerykańską piosenkę. Przypominam: w Londynie – nie w Warszawie! Nie było więc tak, że w Polsce było wszystko źle, a w Anglii super. Nieprawda. Także u nas cenzura radiowa miała swoje „wytyczne”, a na płycie piosenka mogła się ukazać i stawała się przebojem. Prywatni rzemieślnicy mogli wydawać pocztówki dźwiękowe, a w radiu czy telewizji tych samych utworów nie puszczano. Cenzura była wszędzie, więc nie fetyszyzujmy strasznej roli cenzury w Polsce.

 

Co będzie odróżniało tom drugi Pana książki od pierwszego?

Będzie znacznie więcej polityki, przede wszystkim rozbudowany i bardzo ważny rozdział o stanie wojennym w telewizji oraz ówczesnej weryfikacji. Przedsmak „tego co będzie” znajdzie czytelnik w pierwszym tomie, w rozdziale poświęconym Teatrowi Telewizji. Tamże – choćby opowieść Stefana Szlachtycza o nagrywaniu spektaklu „Długie pożegnanie”, kiedy na planie potrzebny był pistolet. Oczywiście w rekwizytorni pistoletu nie było, ale przecież przy studiu siedzieli żołnierze. „Komandos ostrzegł Pyrkosza: – Niech pan uważa, żeby nie znaleźć się na linii strzału. Wylot pistoletu musi być skierowany na przeciwnika. Wtedy Łukaszewicz spytał przytomnie, czy pistolet jest nabity. – Oczywiście, ostra amunicja – komandos na to. – Jest przecież wojna”. Tamże Olgierd Łukaszewicz przypomina swój dylemat: „Musiałeś grać? – pytali mnie znajomi. Nawet jeśli coś tam bąkano, że gdybym odmówił, to wyciągnięto by wobec mnie konsekwencje z tytułu umowy o pracę? Nie wiedziałeś, że bierzesz udział w akcji wojskowej czy parawojskowej?” Jerzy Gruza zapamiętał: „W grudniu 1981 nagrywaliśmy program rozrywkowy, który musieliśmy dokończyć już w następnym roku. Czy uważano to za kolaborację? Nie wiem, zresztą to mnie zupełnie nie obchodziło”. Takich historii, ludzkich, więc dramatycznych ale i zabawnych, zdarzyło się wtedy wiele. Wojna nie składa się tylko z czołgów, samolotów i generałów; także z ludzi, okopów i menażki”.

 

Dziękuję za rozmowę.