Bajaderka 2 – zamiast Flaczków

Prezydentopodobny Produkt Prezesa (dalej PPP) miotał się w minionym tygodniu wyjątkowo nawet jak na standard, do którego nas wcześniej przyzwyczaił. Najpierw zaprosił „cały naród” do udziału w tzw. Marszu Niepodległości, a kiedy okazało się, że zawiadujące tym marszem towarzystwo spod ciemnej gwiazdy nie zamierza dostosować się do jego oczekiwań i ograniczyć emblematyki marszu do biało-czerwonych flag, ogłosił rejteradę i zrezygnował z udziału. Na tym tylko przykładzie widać, że świętą rację mieli ci, którzy nie od dziś ostrzegali, że hołubienie grup faszyzujących kiboli i nie-kiboli skończy się dla PiS tak, że stanie się ich zakładnikiem, a ogon zacznie machać psem. I stało się. To nie PPP stawiał warunki naziolom ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, ale oni jemu, a skończyło się na tym, że musiał wycofać się z podwiniętym ogonem. Naziole rządzą! Grzegorze Dyndały same tego chciały!

***

PPP miotał się też w sprawie wymyślonego przez PiS w nagłym trybie dnia wolnego od pracy, tu i ówdzie nazwanego „kacowym”. Nawiasem mówiąc, niby rozsądne głosy, że PiS powinno na długo wcześniej wyjść z tym projektem, jeśli miał mieć ręce i nogi, nie uwzględnia natury działania pisiorów. A skąd oni mogli wiedzieć rok czy dwa lata temu, że przyjdzie im ponosić dodatkowe koszty poparcia wyborczego, skoro miało być z tym lepiej i tylko lepiej? Gdyby nie potrzeba ubicia kilku dodatkowych punktów w drugiej turze wyborów samorządowych, raczej by na pomysł wolnego 12 listopada nie wpadli. A co do miotania się PPP: najpierw znów się nadął jak purchawka i udawał, że zamierza namyślać się czy podpisać ustawę o dniu wolnym po przeanalizowaniu jej, ale już tego samego dnia wieczorem zrejterował i w ciemno oświadczył (ustami przybocznego Spychalskiego), że ją podpisze na pniu, bez czytania. Panie PPP, doprawdy człowiek niezłomny tak się nie zachowuje.

***

Kolejna ex-„lwica lewicy”, Genowefa Grabowska znów wysługiwała się pisiorom na portalu „w potylicę” Karnowskich i broniła racji demokraty Ziobry przed uzurpacją ze strony TSUE.

***

Ucichł coś Stary Morawiecki, który ostatnimi czasy nie schodził ze ekranów telewizyjnych. Charakterystyczne, że ucichł po swoich proputinowskich deklaracjach. Syn ochrzanił go za to jak święty Michał diabła i Stary skorzystał z okazji by zamilczeć. Syn miał rację, bo w kontekście „rosyjskich śladów” Macierewicza odkrytych przez Tomasza Piątka, wynurzenia Ojca mogą wybrzmiewać dość dwuznacznie.

***

Każdy, kto obejrzał w TVN rozmowę Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z komendantem (tak kazał się rozmówczyni nazywać) Służby Ochrony Państwa (następczyni BOR) generałem Tomaszem Miłkowskim, ten ma powód by lękać się o bezpieczeństwo VIP-ów, nawet jeśli za nimi nie przepada, jak piszący te słowa. Miłkowski objawił tak piramidalną niekompetencję w zakresie działania kierowanej przez siebie instytucji i taką nieporadność myślową, że nawet Kolenda-Zaleska, która nie ma w sobie drapieżności Moniki Olejnik sprawiła, że pod naporem jej pytań Miłkowski wił się jak piskorz, plótł jak Piekarski na mękach, a pot spływał mu po twarzy strugami, co na ekranach telewizyjnych prezentujących obraz szczególnie wysokiej jakości jawiło się bardzo realistycznie. Miał chłop szczęście, że nie trafił tego dnia do „Kropki nad i”, bo Olejnik zrobiłaby z niego flaczki z majerankiem lepsze niż u Gesslerowej. Dla Miłkowskiego było na przykład normalnym bieganie PPP po jezdni po potrąceniu dziecka na pasach. Tymczasem nawet dla takiego laika w tej dziedzinie jak ja, jest oczywiste, że po niespodziewanym zatrzymaniu się kolumny, dwóch oficerów ochrony powinno błyskawicznie stanąć przy tylnych drzwiach po obu stronach auta PPP, by profilaktycznie zablokować do niego dostęp z zewnątrz, a jednocześnie uniemożliwić Dostojnemu Pasażerowi spontaniczne wydostanie się z auta.

***

Jak donoszą (choć nie nazbyt wyczerpująco i obficie) pewne źródła, Ziobro wymyślił, żeby na 100 rocznicę Niepodległości sprawić prezent Nieboszczykowi JP2 i wystąpić z projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Miałoby się pod nią podpisać 15 posłów, a oficjalną sakrę miałby dać Ojciec Inwestor z Torunia. Podobno Prezes już się zirytował i zagroził ewentualnym projektodawcom i sygnatariuszom wyrzucenie z partii. Co do reakcji Prezesa, to wiadomo: przed laty już pozbył się z PiS jednego antyaborcyjnego ultrasa Marka Jurka, a Czarny Protest sprzed dwóch lat tak go przeraził, że – by tak rzec – własnoręcznie z sejmowej trybuny zdezawuował fanatyczny projekt Ordo Iuris i doprowadził do jego utrącenia. Ziobro wszystko to doskonale wie, podobnie jak wie, że próba wyjścia z tym projektem na forum Sejmu wywoła potężną burzę na skalę krajową, więc jego pomysł ma znamiona prowokacji w stosunku do prezesa, rządu i sojuszniczej partii PiS. Dlaczego więc to robi, on, raczej niespecjalnie kojarzony z kręgami antyaborcyjnych ultrasów? Wśród spekulacji wokół przyczyn tego wybryku jest i taki, że Ziobro czuje, iż jego czas na stanowisku Ministra Sprawiedliwości jest policzony, bo Młody Morawiecki go nienawidzi i nie od wczoraj chce się go pozbyć jako konkurenta do schedy po Prezesie. Niektórzy też mówią, że gdyby ostatni wynik wyborczy był bardziej zadowalający i osiągnął wymarzone 40 procent, to Prezes rzuciłby Ziobrę Morawieckiemu na pożarcie w akcie wdzięczności za taki sukces. Do wyrzucenia Ziobry asumpt dałyby mu też bardzo – delikatnie mówiąc – połowiczne efekty „reformy” sądownictwa, a z punktu widzenia wydźwięku politycznego jej klapa, zwłaszcza w Sądzie Najwyższym i w obliczu coraz bardziej stanowczych działań europejskich sądów i trybunałów. Niedostatecznie zadowalający wynik wyborczy co najmniej odwlekł ten moment i uratował Ziobrze głowę. Ten, mimo to, czuje się coraz bardziej zagrożony, więc co rusz wyskakuje z jakimś prewencyjnym posunięciem, jak choćby z wnioskiem do „TK” Przyłębskiej w sprawie uprawnień sędziów do kierowania pytań prejudycjalnych. Nic też dziwnego, że po ogłoszeniu „taśm Morawieckiego” wielu komentatorów spiritus movens tego wydarzenia upatruje we wpływach Ziobry. Posunięcie z zakazem aborcji wygląda na okazanie polisy ubezpieczeniowej wystawionej mu w Toruniu.

***

Wszyscy rzucili się na PiS z krytyką, że zmarnowało pieniądze przeznaczone na organizację obchodów 100-lecia Niepodległości, że zabrakło jednego wyjątkowo spektakularnego wyrazu tych obchodów. No jak to? A odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego? To jest crème de la crème tych obchodów, ukoronowanie dążeń prezesa PiS. Niestety, jak na mój gust ten pomnik jest zbyt skromny, zbyt niepokaźny. Uważam, że pomnik Lecha Kaczyńskiego powinien być tak wielki, by między jego nogami mógł zmieścić się obiekt wielkości Pałacu Kultury i Nauki.

***

Aha, jeszcze jeden akcent tych obchodów świadczący o stanie ducha obozu władzy – NSZZ „Solidarność” pójdzie w „Marszu Niepodległości” z naziolami. Ciągnie swój do swego.

Pan od monodramów

Stanisław Miedziewski praktycznie nie ma w Polsce konkurencji. Żaden profesjonalny reżyser nie może się poszczycić realizacją prawie 50 monodramów, z których lwia część zapisała się w kronikach krajowych i międzynarodowych festiwali za sprawą licznych nagród i wyróżnień.

 

Jako że Miedziewski pracuje przede wszystkim z amatorami, bez przesady można powiedzieć, że spod jego ręki wyszła wcale znacząca grupa aktorów teatru jednego aktora, przy czym wielu spośród nich to dzisiaj – w pełni tego słowa znaczeniu – zawodowcy. Mam na myśli Marcina Bortkiewicza (także reżysera filmowego), Wioletę Komar, Caryl Swift czy Mateusza Nowaka. Wszyscy oni wzięli udział w niecodziennym projekcie „Mikrokosmos Miedziewskiego”, czyli przeglądzie spektakli w jego reżyserii, które tego lata zaprezentował gdański Teatr w Oknie, dzięki staraniom Doroty Sentkowskiej-Sakowicz. Kuratorem tego wydarzenia, które obok samych spektakli objęło także warsztaty prowadzone przez Stanisława Miedziewskiego, spotkania z aktorami, projekcję filmu dokumentalnego o niezwykłym artyście ze Słupska „Stanisław Miedziewski – Portret wielokrotny” w reżyserii Piotra Ziębakowskiego, a wreszcie zamykającą całość debatę (którą prowadziłem razem z Wiesławem Gerasem), poświęconą skrycie odpowiedzi na pytanie: Czy w teatrze jednego aktora potrzebny jest reżyser?
Przegląd zamykał spektakl Krzysztofa Gordona „Fal/Staff” według Szekspira – to jeden z rzadkich owoców współpracy reżysera z aktorami profesjonalnymi. Miedziewski, jak wspomniałem, jest przecież reżyserem zawodowym, absolwentem łódzkiej filmówki, mającym za sobą staż w brechtowskiej Berliner Ensemble, kilkuletni związek z Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu, nim osiadł w roku 1976 w Słupsku i podjął współpracę z Teatrem Rondo. Wybrał pracę z amatorami (czyli entuzjastami), choć zdarzają się od tej zasady odstępstwa, jak w przypadku spektaklu Gordona.
To Andrzej Żurowski skomponował przed laty ten monodram o zdradzonej przyjaźni ze skrawków tekstu Szekspira, od razu mając na widoku Krzysztofa Gordona jako idealnego wykonawcę. Może to się wydawać nawet zaskakujące, zważywszy, że warunki fizyczne aktora nie kojarzą się z utrwalonym wyobrażeniem grubego a sprośnego Falstaffa, usłużnego przewodnika księcia Henryka, późniejszego monarchy, w jego młodzieńczych i niezbyt chlubnych eskapadach. Okazało się jednak, że decydujące znaczenie mają nie tyle warunki zewnętrzne, ile wewnętrzne – Żurowski nieomylnie dostrzegł je w Krzysztofie Gordonie.
Żurowski wymyślił nie tylko Gordona jako idealnego wykonawcę, ale także Miedziewskiego jako idealnego reżysera spektaklu. Pewnego dnia spotkał się z Miedziewskim i tonem nieznoszącym sprzeciwu zakomunikował mu, że będzie ten monodram reżyserować, a w obsadzie ma Gordona. Nie było więc wyjścia, Krzysztof Gordon przez kilka tygodni niemal codziennie dojeżdżał z Gdańska do Słupska na próby i przygotowywał się do premiery. Doszło do niej 7 października 2006 roku, a potem z pełnym sukcesem od kolejnych spektakli, w tym podczas Wrocławskich Spotkań Teatru Jednego Aktora, gdzie Gordon otrzymał liczące się Grand Prix Geras (2007).
Potem spektakl zakończył swój żywot, aktor odłożył rekwizyty i egzemplarz. Przez dziesięć lat już „Fal/Staffa” nie grał. I nagle telefon od Gerasa, który zaprasza aktora na „Mikrokosmos Miedziewskiego”. Najpierw Krzysztof Gordon wpadł w popłoch, czy uda się odtworzyć przedstawienie, które przestało już istnieć, potem nie mógł doszukać się rekwizytów (zwłaszcza nosa klowna, który podczas spektaklu sprawił niespodziankę – pękła przemęczona użytkowaniem gumka). Na koniec jednak pojawił się na malutkiej scence w Gdańsku i dał właściwie nową premierę, pod wieloma względami odmienną od tej przed laty – choćby ze względu na warunki przestrzeni i nader skromne wyposażenie techniczne. Zresztą z Miedziewskim podobno zawsze tak jest – praca nad spektaklem nigdy się nie kończy. Zdarza się, jak mówił Michał Studziński (prezentował monodram „Iwan Karamazow zwraca bilet”), że na godzinę przed premierą wprowadza głębokie zmiany.
Przed oczyma widzów pojawił się Falstaff zdruzgotany, pokonany, u kresu sił. Zmęczony, stary, z siatką na włosach i rozpaczą w sercu. W wojskowych polowych spodniach i oliwkowym T-shircie sprawia wrażenie zdemobilizowanego ciury. Takim jest w istocie: człowiekiem zbędnym, odtrąconym, zdanym na jałową wegetację, bez przyszłości. Choć, jak się okaże, kołacze się w nim jeszcze nadzieja na odmianę losu, wracają wspomnienia dawnych zawadiackich przygód, cynicznych zachowań i rozpasanych uczt. Wciąż marzy o świecie, który już bezpowrotnie przeminął, bo nie może uwierzyć w tak gwałtowną, negatywną odmianę swego losu, w katastrofę, jaką okazało się na koniec jego życie.
Przed spektaklem Miedziewski przypomniał artyście opinię, jaką wyraził po słupskiej premierze Andrzej Żurowski: „Dziękuję panu – miał powiedzieć – za to, co pan zrobił z Krzysztofem Gordonem. O takim spektaklu marzyłem”. To była właściwie jedyna uwaga reżyserska. Chodziło mu o to, żeby odtworzyć tamten klimat z premiery, uruchomić pamięć ciała i poruszyć wyobraźnię. Tak też się stało, widzowie przyjęli przedstawienie w wielkim napięciu, dzieląc z biednym Falstaffem ciężar zawodu, jaki sprawiło mu życie i najbliższy przyjaciel.
Wracam do pytania, czy reżyser jest w teatrze jednego aktora potrzebny. Sam Miedziewski użył swego czasu tej prowokacji, podając w wątpliwość obecność reżysera w teatrze jednoosobowym. Swoją wypowiedź zamieszczoną w książce „Czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim?” (2011) poprzedził wymownym mottem: „…w monodramie aktor nie potrzebuje reżysera: (Marek Cichucki, wypowiedź na Festiwalu Windowisko 2010 Gdańsk). Potem jednak nader oszczędnie dozując słowa, ale wyraźnie potwierdził sens tej obecności, dedykując taką dewizę reżyserowi w jednoosobowym spektaklu: „RYGOR, DOKŁADNOŚĆ, CZYTELNOŚĆ – to zasadnicze jakości budowanej na próbach BAZY, która pozwoli aktorowi na lot improwizacji”. Bazę tę pomaga aktorowi budować reżyser.
Nie każdy pewnie ma do specyfiki pracy „jeden na jeden” jest równie gotowy, jak Miedziewski. Pan na monodramach ze Słupska posiadł bowiem trzy cechy, które decydują o powodzeniu jego spolegliwej opieki nad próbującym swoich sił w monodramie aktorem. Po pierwsze ma gust literacki. Dość przyjrzeć się spisowi autorów tekstów, które stają się podstawą scenariuszy reżyserowanych przez niego spektakli, aby zauważyć, że to wysoka półka: Tomasz Mann, Witkacy, Dostojewski, Szekspir, Czechow – by wymienić tylko niektórych. Po drugie ma ucho, zdolne wychwycić każdy fałsz – Miedziewski jest wyczulony na sceniczną prawdę. Tak długo ingeruje, „męczy” aktora, aż pozbędzie się fałszywego tonu. Czasem niebywale długo trwają próby pierwszego zdania, aby złapać czysty ton, najbardziej odpowiedni, przylegający do tekstu. Po trzecie ma oko, czyli bezlitośnie trzebi wszelkie nadmiary. Na scenie nie ma prawa pojawić się nic, co zakłóca obraz. Zostają tylko rekwizyty niezbędne, ruch konieczny, słowem obraz niezakłócony przypadkowością. A do tego otwartość na improwizacje. Spektakl zawsze jest solidnie skonstruowany, ale ma swoje luzy, miejsca do wypełnienia, czasem nawet do zamiany. Tak właśnie jest w monodramie „Przyj dziewczyno, przyj do sukcesu” wedle Tadeusza Różewicza (premiera w roku 2007). Wioleta Komar, która występuje w tym spektaklu jako Nadzieja Tupalska uzupełnia tekst Różewicza o sygnały najnowszych wydarzeń i szumów informacyjnych, osadzając mocno spektakl w naszej współczesności. Podczas spektaklu W Oknie mogliśmy usłyszeć komunikat o Nagrodzie Neptuna. Właśnie wręczonej w Gdańsku Mai Ostaszewskiej i Janowi Klacie. Albo o wizycie papieża Franciszka w Irlandii. Taka inkrustacja daje efekt bliskości pulsu dnia, choć i bez niej tekst Różewicza w błyskotliwej interpretacji Wiolety Komar brzmi porażająco aktualnie, ukazując bezdroża myślowe, w których grzęźniemy po szyję.
Dzięki tak dobranym spektaklom pokazywanym na tym przeglądzie, mogliśmy się obejrzeć w lustrze przedstawień. Publiczność chłonęła te impulsy gorliwie. Bez irytujących prób snucia opowieści z kluczem czy jakiegoś natręctwa agitacyjnego, spektakle rymowały się z naszym czasem, wyczuwało się w nich zapach współczesności. Być może to właśnie tajemnica, dlaczego Stanisław Miedziewski, wielki Pan od monodramów cieszy się takim uznaniem wśród swoich uczniów i widzów. Czasem nazywany tyranem, wampirem, nawet złośnikiem, pozostaje kimś, kto nadaje poszukiwaniom aktorów przyspieszony rytm. Niekiedy się z nim spierają, ale zawsze bezgranicznie mu wierzą.

Lufcik na teatr

Może to nie jest okno wystawowe polskiego teatru, ale na pewno lufcik na teatr dla stołecznych teatromanów. Nie wyjeżdżając z Warszawy, można zobaczyć na własne oczy, co nowego w polskich teatrach.

 

Zwłaszcza że kurator tegorocznych 38. Warszawskich Spotkań Teatralnych, Dorota Buchwald zadbała, aby do Warszawy przyjechały spektakle „najgłośniejsze”. Czasami w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo takiego poziomu głośności dźwięku jak w spektaklu „Lokis” chyba nigdy mury Teatru Narodowego nie słyszały. Widowisko Łukasza Twarkowskiego, przywiezione z Wilna (z tamtejszego Teatru Narodowego), narobiło sporo hałasu na Litwie nim zagościło jako swego rodzaju deser na WST. To już dobra tradycja Spotkań, że w miarę możliwości zapraszane są produkcje z polskim stemplem z krajów sąsiadujących, dość przypomnieć pokazywane w ubiegłych latach spektakle: „Plac Bohaterów” Thomasa Bernharda w reżyserii Krystiana Lupy (także z Wilna) czy „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Witolda Gombrowicza w reżyserii Grzegorza Jarzyny (z Moskwy).

 

Co widać

przez lufcik WST? Przede wszystkim, że polski teatr ma się nie najgorzej – niezależnie od sezonowych utyskiwań i politycznych, czasem bardzo ostrych, sporów. Uderza bujna różnorodność propozycji, ucieczka od standaryzacji, wiele równoległych ścieżek poszukiwań, dzięki czemu teatr wymyka się monotonii czy jakiejś dominującej formie estetycznej. Mamy więc do czynienia z inscenizacjami klasyki („Wesele”), jej przetworzeniami („Hamlet”, „Lokis”), adaptacjami prozy („Murzyni we Florencji”), teatralizacjami scenariuszy filmowych („Sekretne życie Friedmanów”), specjalnie dla teatru tworzonymi scenariuszami („1946”, „K”, „Gdyby Pina nie paliła”). Wielka materii rozmaitość: od Szekspira i Wyspiańskiego po Vedranę Rudan i Pawła Demirskiego. Teatr próbuje stawiać diagnozy współczesnej Polsce, sięgając po klasykę („Wesele”) albo zmagając się z przyszłością („K.”). Nadal fascynuje się mrocznymi zakamarkami psychiki („Hamlet-komentarz”, „Sekretne życie Friedmanów”, „Lokis”), konfrontuje się z traumami, jakie niesie nieodległa historia („1946”, „Murzyni we Florencji”). Poszukuje odrębnej wyrazistej formy – ten przegląd był pokazem indywidualności twórczych, za każdym spektaklem stali artyści o swoim własnym, wyrazistym, budzącym emocje języku (Strzępka i Demirski, Bral, Klata, Tomaszewski, Twarkowski). O sile zaś ich propozycji, jak zwykle, decydowali aktorzy. Tu najwyraźniej królowali goście z Karkowa, we wszystkich trzech spektaklach („Wesele”, „Sekretne życie Friedmanów” i „Murzyni we Florencji”) pokazali klasę.

Nie zawiodła publiczność, która na większości spektakli pojawiła się w nadkompletach. O niektórych z nich, bo o wszystkich się nie da, spróbuję opowiedzieć.

 

Co tam panie w polityce?

Tym pytaniem z Wyspiańskiego, budzącym homerycki śmiech aktorów rozpoczyna się „Wesele” Jana Klaty, bez wątpienia najlepszego spektaklu 38. WST. Ten spektakl to już legenda. Obsypany nagrodami i pochwałami, ale przede wszystkim smutny dowód nas całkowitą nieprzystawalność osiągnięć i przegranej. Kiedy bowiem Jan Klata jako reżyser odchodzi do mistrzostwa, traci dyrekcję Starego Teatru. Jakie to typowo polskie.

Spektakl bardzo konsekwentnie zbudowany, w którym powstają wezwane przez black-metalową kapelę FURIA żywe trupy, drzemiące w zbiorowej podświadomości. Ożywają, ale nie mogą się uporać z wyzwaniami współczesności. Tak jak przed wiekiem z okładem okazywały bezradność wobec nieprzezwyciężalnych sprzeczności dzielących społeczeństwo, tak i dzisiaj okazują się tylko wspomnieniem tęsknot do jedności, wolności, niezależności.

Nic jednak z tych rojeń się nie rodzi, a do wspomnień dawnych podziałów wnikają silne akcenty współczesne. Najbardziej widać to w rozbudowanej partii Księdza (Bartosz Bielenia), granej sugestywnie przez młodego aktora, który próbuje łączyć oazowe tradycje z zachłannością kleru. Ostatnio partie Księdza bywają w inscenizacjach „Wesela” pomijane (jako rzekomo nieaktualne, ale to wykręt) – u Klaty przeciwnie: to on próbuje dyrygować tańcami w rytm piosnki „Chrześcijanin tańczy” i próbuje zaklajstrować to, co żadnym klajstrem pokryć się nie da.
Wiele w tym spektaklu rozwiązań zgoła rewolucyjnych, począwszy od scenografii i muzyki. Nie odnajdziemy tu chaty rozśpiewanej, ale jakiś prowizoryczny hangar obklejony czarną folią. Nie będzie też chochołów za oknem, ale wyschnięty kikut drzewa z pustą kapliczką, jakby bóg i święci opuścili to miejsce albo trwało jakieś boskie bezkrólewie; nie wiadomo jeszcze, kto zajmie miejsce w kapliczce. Nie ma też złotego rogu, Wernyhora przekazuje Gospodarzowi pusty woreczek foliowy i nie jest to wcale sztubacki żart. Będzie za to dwóch Jaśków, młody (Krystian Durman) i stary (Andrzej Kozak) i to do starego Jaśka, zmęczonego, bez sił i woli walki należeć będzie finał. Wcześniej swoje kulminacje będą mieli Gospodarz (Julian Chrząstowski) i Pan Młody (Radosław Krzyżowski).

Zasada „podwójności” pojawi się zresztą tutaj kilka razy. Radczyni i Klimina (świetne role Anny Dymnej i Elżbiety Karkoszki), choć trwające w wiecznym sporze, pojawiają się na scenie jako bez mała jedna postać, jak zrośnięte sprzecznościami bliźniaczki. Odbiciami samych siebie są rwące się do życia dziewczyny Zosia (Anna Radwan) i Haneczka (Ewa Kaim), a Nos i Dziennikarz tak się „zrośli”, że powstała z nich jedna spójna postać (Roman Gancarczyk). Wiele tu innych jeszcze zaskoczeń jak choćby Stańczyk upozowany na starego Fauna (Jan Peszek) czy zaawansowana ciąża Panny Młodej (Monika Frajczyk).

Przesłanie tego spektaklu rysuje się czytelnie, widowisko działa na zmysły, głośna i unerwiona muzyka aż zatyka – trudno słyszalne teksty Furii można raczej zobaczyć na elektronicznych wyświetlaczach niż usłyszeć. Oto dzisiejsza wersja historii wesołej, a ogromnie przez to smutnej, która po pokazie na WST większość widzów porwała do owacji na stojąco.

 

Nie porwała diagnoza

przyszłości słynącego z nieprzejednania duetu Strzępka&Demirski w spektaklu „K.” z Teatru Polskiego w Poznaniu. Miała to być prawdopodobnie ostra satyra na miałkość naszego życia politycznego z jego liderami i „odwiecznymi” rywalami, Tuskiem i Kaczyńskim jako frontmenami (jałowego) sporu. Twórcy przedstawienia nie wyszli jednak poza dość schematyczne konstatacje i poziom drugorzędnego kabaretu.

Jednym słowem prześlizgnęli się po wierzchu, tym razem tylko pozorując drapieżność (trochę nieczytelnych ryków po scenie, czerwonej farby i domniemany kanister z benzyną). Zarówno stereotypowe diagnozy i prognozy, jak i przeciętne wykonanie nie budzi entuzjazmu. Najwyraźniej autorów zadanie przerosło. Być może tak żywy komentarz do galopującej politycznej rzeczywistości z założenia skazany jest na porażkę. Cóż nam po „oczywistej oczywistości”? Tak czy owak, spektaklu nie ratują nawet najlepsze w tym przedstawieniu role Jacka Poniedziałka (Tusk) i Marcina Czernika (Kaczyński). Publiczność WST wyczuła to nieomylnie, kwitując spektakl wychłodzonymi oklaskami.

 

Poruszyły opowieści o przeszłości,

zarówno o kieleckim pogromie („1946”), jak i chorwackiej traumie po wojnie jugosłowiańskiej („Murzyni we Florencji”). Każda z nich w zupełnie innej tonacji.
„1946” z Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (tekst i dramaturgia: Tomasz Śpiewak, reżyseria, światło: Remigiusz Brzyk) to ważne przedstawienie. Szlachetne w intencjach, przemyślane, silnie związane z teatrem kieleckim i Kielcami. Choć nie jest to teatr faktu, to jednak fragmenty spektaklu noszą taki charakter – zwłaszcza relacja ze szpitala, w którym ratowano ofiary, a częściej identyfikowano ciała pomordowanych Żydów.

Mocno się ten spektakl zaczyna, choć na pozór bardzo zwyczajne – od topografii miejsca, domu przy ul. Planty 7/9, gdzie dokonywano szaleńczych zbrodni. Domu, w którym ocaleni z wojny i okupacji Żydzi szykowali się od wyjazdu do Palestyny. Domu, w którym udzielano pomocy bezdomnym. Domu, w którym szukano porwanego rzekomo dziecka w nieistniejącej piwnicy. Bo ten dom nie miał podpiwniczenia. Rzeczowe informacje przewodnika, sytuacja typowa dla wycieczki, która odwiedza miejsce historyczne. Bez patosu, a jednak z coraz silniej ściśniętym gardłem.
W zupełnie innej tonacji zmierzyli się z przeszłością twórcy przedstawienia „Murzyni we Florencji”, Teatr Nowy Proxima w Krakowie (reż. Iwona Kempa), biorąc na warsztat błyskotliwą powieść Vedrany Rudan. To był spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snutą z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski), „obserwujących” świat z łona matki, zmienić w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami osobliwą parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.

Tak naprawdę „Murzyni we Florencji” to próba wyjaśnienia tego, co nadal wydaje się samym Chorwatom, a tym bardziej obserwatorom z zewnątrz, nie do wyjaśnienia: Jak mogło dojść do bratobójczej wojny jugosłowiańskiej, jak się z tego straszliwego doświadczenia wyzwolić? Jednak nie w taki sposób, żeby wyprzeć z pamięci niewygodną, uwierającą prawdę, ale próbować zrozumieć i wyciągnąć wnioski. Jak dalej żyć z tym garbem i jak ułożyć na nowo relacje między sobą i sąsiadami. Zaczynając od rodziny, tak gorzko doświadczonej, że trudno sobie wyobrazić jej zwycięstwo. Może i trudno, dopowiada autorka, ale przecież trzeba się starać. Innego wyjścia nie ma i dlatego teatr (z dobrym skutkiem) się stara.

Od dandysa do ofiary

Bruno Jasieński prawie zawsze nie pasował. Jako futurystę go wyśmiano. Jako anarchistę potępiono. Jako gorliwego komunistę wyrzucono z Francji. Na koniec rozprawę z Jasieńskim, fałszywie oskarżonym w ZSRR o szpiegostwo, zakończono strzałem w tył głowy.

Jakby o tym nie myśleć – los tragiczny, który stał się udziałem jednego z najbardziej utalentowanych polskich poetów międzywojnia. Wcale tak być nie musiało, bo początki były niemal sielankowe. Bruno Jasieński (1901-1938), Ukochany syn szanowanego lekarza z Klimontowa, Jakuba Zysmana (do dzisiaj ma swoją ulicę i jego imię otaczane jest dobrą pamięcią), zdolny uczeń, zwłaszcza do języków obcych, rozpoczynał studia i debiutował pod czułym okiem rodziców, którzy zadbali o zmianę jego nazwiska na rdzennie polskie. Pisał wiersze raczej modernistyczne i patriotyczne (tak!) niż futurystyczne, nim postanowił stanąć na czele polskich futurystów, ramię w ramię z Tytusem Czyżewskim i Stanisławem Młodożeńcem.

Kłopoty zaczęły się szybko

po ogłoszeniu jednodniówek futurystycznych i ujawnieniu pewnej idei fixe młodego poety, aby zmodernizować polską pisownię, to znaczy ją „ufonetycznić”, czego widomym dowodem był tytuł jego tomiku „Nuż w bżuchu” (1921). Ale już wcześniej, podczas kilkumiesięcznej służby wojskowej, kiedy niewiele brakowało, a wziąłby udział w wojnie polsko-bolszewickiej, trafił Jasieński do karceru z powodu wiersza „Śmierć pana premiera’, prezentowanego podczas zorganizowanego w wojsku wieczoru poetyckiego. Jak głosi legenda (niepotwierdzona) wałówki do karceru nosić mu miał Stefan Wyszyński, późniejszy purpurat i prymas.
Dwumiesięczny areszt niczego młodego buntownika nie nauczył, świadomie prowokował, krążył ze swymi wierszami po Polsce, upozowany za eleganta, wyśmiewany za tę pozę przez nie byle kogo, bo samego Stefana Żeromskiego i Juliana Tuwima na dokładkę. Jak komentował sprawozdawca lwowskiego „Świata Kobiecego” poeta sprawiał takie wrażenie: „Wyfiokowany na ostatni guzik, woniejący jak drogerzysta, interesująco blady, z monoklem w prawym oku, a ze wspaniałym lokiem nad lewym okiem. Młode panienki z pewnej sfery dostawały na jego widok gorączki”.To był jeden z łagodniejszych, tylko nieco uszczypliwych komentarzy, wyzywano bowiem Jasieńskiego od najgorszych, a rejestr tych wyzwisk skrupulatnie gromadzili jego biografowie, w tym także ostatni, Krzysztof Jaworski w pasjonującej książce „Dandys. Słowo o Jakubie Jasieńskim” (skąd zaczerpnąłem przywołany cytat). Inwektywy ścigały Jasieńskiego nawet po śmierci, Jan Lechoń nazywał go „snobem o wyglądzie pederasty” (1952). Jaworski opisuje potyczki Jasieńskiego z krytykami, publicznością i policją, z których na koniec poeta wyciąga wniosek, że już nie ma czego szukać w polskim grajdołku. Wtedy rusza ze świeżo poślubioną żoną do Paryża.

Paryż nie okazał się rajem

dla nowożeńców. Jasieński harował na utrzymanie jako korespondent lwowskiej prasy (o rozmaitych odcieniach politycznych). Przez cztery lata (1925-29) opublikował około 160 tekstów, całkiem solidny urobek, Nie dorobił się jednak majątku. Jasieńscy żyli więcej niż skromnie, co nie stawało poecie na przeszkodzie, aby tworzyć nowe ważne dzieła. Wtedy powstanie „Słowo o Jakubie Szeli” i dramaturgiczny odpowiednik poematu „Rzecz gromadzka”, który wystawi w prowadzonym przez siebie teatrze robotniczym.
Prowadzi go już jako człowiek lewicy, przyjęty do Francuskiej Partii Komunistycznej i głównie jako lider tego amatorskiego zespołu zostanie pozbawiony prawa pobytu we Francji. Zanim to nastąpi napisze jeszcze „Palę Paryż”, antyutopię o epidemii dżumy w Paryżu, która zmiata stary porządek, torując drogę nadciągającej rewolucji społecznej. Powieść drukuje w odcinkach „Humanité”, a wkrótce potem wydawnictwa rosyjskie. Wreszcie ukazuje się w Polsce z przedmową Juliusza Kadena-Bandrowskiego.
Jasieński jednak

do Polski nie wraca

ale zostaje „przerzucony” do ZSRR. Witany jest tutaj z niesłychaną pompą, nawet chyba tą pompą nieco przestraszony, jako wybitny polski pisarz i działacz lewicy. Szybko awansuje, a parasol ochronny nad jego twórczością i życiem otwiera sam Anatolij Łunaczarski, ludowy komisarz oświaty i ceniony krytyk literacki. Jasieński zostaje redaktorem naczelnym „Kultury Mas”, kwartalnika adresowanego do emigracji polskiej, w którym Polska burżuazyjna traktowana jest jako twór tymczasowy. Jasieński nie chce wdawać się w spory emigracyjne, choć to bardzo trudne, postanawia więc pisać tylko po rosyjsku („w języku Lenina”, jak sam oświadcza), doznaje ideologicznego zawrotu głowy. Wchodzi w skład elity władzy w Tadżykistanie, pisze socrealistyczną powieść „Człowiek zmienia skórę” (tytuł jak ulał pasuje do sytuacji autora), która – jak dzisiaj byśmy powiedzieli – staje się w Tadżykistanie powieścią kultową (do 1970 była lekturą szkolną). Dużo publikuje, a wśród tych publikacji znajduje się

groteskowy „Bal manekinów”

napisany zgodnie z deklaracją już po rosyjsku. To właśnie z powodu tego nieco zapomnianego dramatu przypominam postać znowu pomijanego poety, który niedawno stracił ulicę i szkołę w rodzinnym Klimontowie (na wniosek pani dyrektorki, która uznała, że Jasieński ma demoralizujący wpływ na młodzież). Ale nie stracił nigdy entuzjastów swojej twórczości, do których należał swego czasu Marian Hemar – razem próbowali stworzyć we Lwowie niezależny kabaret.
„Bal manekinów” długo przebijał się do polskiego widza. Opublikowany w roku 1931 nie doczekał się przed wojną realizacji w ZSRR, nim Jasieński został w wyniku oskarżenia o szpiegostwo wymazany z historii literatury i padł ofiarą mordu sądowego. Przed wojną wystawił go jedynie w Pradze eksperymentalny teatr D-24 Emila Buriana (1934). Zrehabilitowany po XX Zjeździe KPZR, zaczął być przypominany także w Polsce. Gwoli sprawiedliwości warto dodać, że w roku 1946 ukazało się w Polsce „Słowo o Jakubie Szeli” z inicjatywy ZMW-Wici. Rehabilitacja rehabilitacją, ale „Balu manekinów” nikt wystawiać w Polsce nie chciał.
Trafił się jednak nowy entuzjasta, uparty, młody (wówczas) reżyser, Jerzy Jarocki, który w końcu „wychodził” polską prapremierę „Balu manekinów” w Teatrze Śląskim (1957), wspierany w tym wysiłku przez Erwina Axera. Potem było jeszcze kilka premier, wśród których inscenizacja Janusza Warmińskiego w Teatrze Ateneum (m.in. z udziałem Mariana Kociniaka, Grażyny Barszczewskiej i Ignacego Machowskiego, 1974) zyskała największy rozgłos, potem zresztą utrwalona także dla potrzeb Teatru Telewizji (1979). Od lat jednak do „Balu” nikt prawie nie wracał, aż sięgnął po niego Jerzy Stuhr. Sięgnął nie przypadkiem, bo jako uczeń Jerzego Jarockiego poczuł się zobowiązany, aby pójść śladem mistrza swej młodości.
Manekiny w spektaklu Jerzego Stuhra nie akceptują świata ludzi. Ich samozwańczy przywódca (Maciej Stuhr), udający człowieka, spędziwszy jeden wieczór na balu jako poseł Ribandel ucieka w popłochu do bezpiecznego azylu salonu mody. Nie chce więcej mieć nic wspólnego z ludźmi,

świat ludzi go zawiódł

Diagnoza Brunona Jasieńskiego, kto wie, czy nienaznaczona osobistym doświadczeniem, została wiarygodnie dowiedziona przez reżysera i jego aktorów. Piszę „jego” nie bez powodu, bo znaczną część obsady stanowią byli studenci profesora Stuhra z Wydziału Teatru Tańca krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych w Bytomiu. Wcześniej przez parę lat ćwiczył z nimi sceny z „Balu manekinów”, ściślej z aktu pierwszego, kiedy to manekiny (nie zawsze kompletne, z brakami kończyn lub źle dobranymi członkami) tańczą. Od razu trzeba dodać, że tańczą po mistrzowsku, wzbudzając niekłamany zachwyt widzów. Manekiny nareszcie zażywają ruchu i to wydaje im się największym szczęściem. Dalszy ciąg akcji pokazuje, że choć ruch jest piękny, to nie jest wszystkim.
Jak wynika ze wstępu do pierwszego moskiewskiego wydania dramatu Jasieńskiego pióra ludowego komisarza kultury, Anatolija Łunaczarskiego, miała być to satyra na zachodnią socjaldemokrację. Na szczęście, autor przekroczył ramy zakreślonego zamiaru i stworzył utwór uniwersalny, w którym poddaje paradoksalnej próbie polityków, działaczy partyjnych i pospolicie chciwych o głupich ludzi. Sceny w których manekin-poseł zachowuje się jak człowiek szczery, prawdomówny i rzeczowy należą do najlepszych w sztuce, a w przedstawieniu posłużyły Maciejowi Stuhrowi do zbudowania budzącej sympatię postaci zdumionego intruza w świecie wielkich interesów, intryg i bezwzględnej walki o wadzę. Okazuje się, że po upływie niemal 80. lat od powstania utworu, wciąż zadziwia trafnością diagnoz, a aktorom daje materiał do warsztatowego popisu. Spektakl bowiem aktorami stoi – na scenie Och-teatru nie ma prawie dekoracji, ograniczonej do kilku niezbędnych sprzętów. Ważniejsze są sugestywne kostiumy nadające charakter postaciom manekinów i ludzi. Przywódca socjaldemokratów Ribandel, wystrojony w świecącą złotkiem, brokatową marynarkę przypomina konferansjera z cyrku. Działacze związkowi w prochowcach (Michał Breitenwald i Klaudia Gryboś) wyglądają na figury wypożyczone z galerii komisarzy politycznych okresu rewolucji. Kostiumy pomagają aktorom, ale życie spektaklowi nadaje ich ruch, taniec, rozmach aktorskich etiud i rytm.

BAL MANEKINÓW Brunona Jasieńskiego, tłum. Anatol Stern, reżyseria Jerzy Stuhr, scenografia Juriana Jur, opr. muz. Michał Gorczyca, choreografia Nina Minor, Och-teatr, premiera 27 kwietnia 2018 r.