Opuszczą Syrię

Takiego ruchu Donalda Trumpa nie spodziewali się ani sojusznicy USA, ani działacze jego własnej partii. Ulubionym sposobem, na Twitterze, amerykański przywódca oznajmił, że jego kraj wygrał wojnę z Państwem Islamskim, a więc nie ma powodu, by dalej utrzymywać kontyngent w Syrii.

 

– Pobiliśmy ich, zadaliśmy im poważny cios, odebraliśmy im terytorium. Nadszedł czas, by nasze wojsko wróciło do domu – mówi Trump w nieco ponad minutowym filmie na portalu społecznościowych. – Zwyciężyliśmy – powtarza następnie, ogłaszając całkowite i ostateczne pokonanie Państwa Islamskiego. To ocena sytuacji, z którą nie zgadzają się nawet eksperci związani z Republikanami. Terroryzująca cały świat organizacja straciła większość zajmowanych ziem. Żaden jednak poważny analityk zajmujący się Bliskim Wschodem nie zaryzykowałby stwierdzenia, że sunnicki ekstremizm w brutalnej formie nie może się w Syrii i Iraku odradzać. Według „Al-Dżaziry” część doradców Trumpa do ostatniej chwili próbowała go przekonać, by nie wygłaszał swojego twitterowego oświadczenia. Jak widać, bez efektu.

US Army była zaangażowana w walkę z IS od 2014 r. Wtedy Amerykanie rozpoczęli naloty na Państwo Islamskie, w roku następnym skierowali do Syrii wojska lądowe. Równocześnie USA wspierało i szkoliło syryjską opozycję walczącą z Baszszarem al-Asadem. Oświadczenie Trumpa o wycofaniu się zostało przyjęte z niedowierzaniem. Część republikańskich deputowanych do Kongresu wezwała prezydenta, by swoją decyzję uzasadnił w bardziej formalny sposób, zwołując oficjalną konferencję prasową. Wszak zaledwie w ubiegłym tygodniu wysłannik USA przy koalicji walczącej z IS, Brett McGurk, zapewniał: „myślę, że uczciwym będzie powiedzenie, że Amerykanie pozostaną nawet po fizycznym pokonaniu kalifatu, do momentu, gdy będziemy pewni, że ich klęska jest nieodwracalna”. Tymczasem z najnowszych doniesień agencji informacyjnych wynika, że USA i wycofają z Syrii wojska lądowe, i zakończą operacje w powietrzu.

Z planowanego wycofania się Amerykanów najbardziej cieszy się Turcja. Recep Tayyip Erdogan już kilka dni temu zapowiadał, że „w każdej chwili” może rozpocząć operację przeciwko kurdyjskim Powszechnym Jednostkom Obrony na wschodnim brzegu Eufratu. Sugerował, że odbył na ten temat rozmowę z Trumpem i usłyszał zapewnienia, że Amerykanie nie wystąpią w obronie swoich kurdyjskich partnerów w walce z IS. Prezydent USA twierdzi teraz, że podjął w sprawie zaangażowania w Syrii samodzielną decyzję i sugestie Erdogana nie miały wpływu na jego postawę. Faktem jednak pozostaje, że jeśli Amerykanie odejdą, sytuacja Kurdów stanie się tragiczna. – Co to oznacza? Zielone światło dla tureckiej inwazji, nieuchronna czystka etniczna i koniec projektu demokratycznego konfederalizmu. Wszystko to w przeddzień ostatecznego pokonania ISIS rękami sił kurdyjskich – komentują na Facebooku redaktorzy profilu Kurdystan.info, specjalizującego się w najnowszych informacjach i analizach sytuacji Kurdów.

Zadowolenie z odejścia Amerykanów wyraża również Moskwa. Dla wspieranego przez Rosję prezydenta Syrii Baszszara al-Asada, wycofanie się USA ze wschodniego brzegu Eufratu to szansa na odzyskanie kontroli nad tymi terytoriami, o znaczeniu zarówno strategicznym, jak i gospodarczym. Skorzysta również drugi protektor Syrii i wielki regionalny konkurent Izraela – Iran. Kreml skomentował dziś, że odejście Amerykanów znad Eufratu to szansa na „polityczne zakończenie konfliktu w Syrii”.

Część amerykańskich sojuszników już zdystansowała się od ruchu Trumpa – Wielka Brytania oznajmiła, że nie zgadza się ze stwierdzeniem, że Państwo Islamskie zostało pokonane. Izrael ustami premiera Netanjahu zapowiedział uważne przyjrzenie się decyzji USA i podjęcie własnych kroków w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Francja zapowiedziała natomiast, że z Syrii się nie wycofa.

Zleceniodawca mordu?

Odkryte ślady morderstwa saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego w Stambule prowadzą do pałacu królewskiego w Rijadzie, do rządzącego Arabią księcia i następcy tronu Mohammeda ben Salmana. Według śledczych, dowódcą 15-osobowej grupy zabójców, która zjawiła się w saudyjskim konsulacie przed wizytą Chaszodżdżiego, był oficer ochrony osobistej księcia Maher Abdulaziz Mutreb. Widać go na zdjęciach i kontaktował się z biurem ben Salmana zaraz po zabójstwie.

 

Mohammed ben Salman stoi na czele najbogatszej dyktatury Półwyspu Arabskiego, strategicznego partnera imperium amerykańskiego w regionie. Jest pomysłodawcą i gorącym zwolennikiem saudyjskiej agresji na Jemen, prowadzonej od ponad trzech lat. Krwawo tępi wszelką krajową opozycję. Wygląda na to, że to on rozkazał zabić dziennikarza. Saudyjski MSZ zakomunikował od razu, że ben Salman „nie był poinformowany” o „niedozwolonej” operacji saudyjskich służb specjalnych.

Według dzisiejszego wydania tureckiej gazety Hurriyet, dziennikarz, zaraz po przyjściu do konsulatu został skierowany do biura konsula i tam „zaduszony”, co miało trwać 7-8 minut. Jego ciało zostało następnie podzielone na 15 kawałków przez specjalnie sprowadzonego z Rijadu lekarza sądowego i potem wywiezione w nieznane miejsce Stambułu.

Jak podaje gazeta, po morderstwie szef komanda zabójców cztery razy dzwonił do Badra al-Asakera, dyrektora biura księcia-następcy tronu. Zaraz potem Mutrem dzwonił do Stanów Zjednoczonych, do Chaleda ben Salmana, brata rządzącego księcia i ambasadora Arabii w Waszyngtonie.

Kraje zachodnioeuropejskie – Zjednoczone Królestwo, Francja i Niemcy we wspólnym komunikacie domagają się od Arabii „natychmiastowych wyjaśnień” na temat okoliczności śmierci dziennikarza i niektóre zagroziły nawet wstrzymaniem sprzedaży broni tyranii saudyjskiej, co obserwatorzy uważają jednak za nieprawdopodobne.

Według ostatniej oficjalnej wersji saudyjskiej, Chasodżdżi wdał się w bójkę i zginął w jej skutku. Według wcześniejszej wersji oficjalnej miał po prostu wyjść cały i zdrowy z konsulatu. Stany Zjednoczone są tak, czy inaczej, gotowe wierzyć w każdą saudyjską wersję, nawet jeśli powstały pewne wątpliwości. Wołania o dymisję księcia pozostaną raczej bez odpowiedzi.

Ewakuacji nie było

17 września Turcja i Rosja zawarły układ, który postanawiał, iż wojsko syryjskie razem z sojusznikami nie zacznie ofensywy w prowincji Idlib, natomiast Ankara zadba o wycofanie z tego obszaru zbrojnych grup terrorystycznych. Właśnie minął termin, w którym to wycofanie miało się zakończyć. Nawet się nie rozpoczęło.

 

Na kilka godzin przez upływem ostatecznego terminu ewakuacji, przedstawiciele Hajjat Tahrir asz-Szam (dawniej Dżabhat an-Nusra, syryjska odnoga Al-Ka’idy) oznajmili, że nigdzie się nie wybierają. – Nie porzuciliśmy naszej drogi dżihadu, walki o wcielenie w życie naszej błogosławionej rewolucji – powiedzieli. Dodali, że doceniają wszelkie wysiłki na rzecz „ochrony wyzwolonego terytorium”, czyniąc wyraźny ukłon w stronę Turcji.

Porozumienie między Moskwą i Ankarą zakładało, że do 10 października z prowincji Idlib zostanie wycofany ciężki sprzęt bojowy, zaś sami uzbrojeni dżihadyści opuszczą ten obszar do 15 października. Tymczasem w ostatnią sobotę z terytorium, którego dotyczył układ, ostrzelano z moździerza pozycje armii syryjskiej w prowincji Hama. Żadna z frakcji nie przyznała się do tego czynu. Oprócz Hajjat Tahrir asz-Szam, w regionie obecne są jeszcze Tanzim Hurras ad-Din (Organizacja Strażników Wiary), jednostki Państwa Islamskiego, prosaudyjska Armia Islamu przeniesiona tu ze Wschodniej Guty, proturecka Islamska Partia Turkiestanu, a do tego jeszcze kilkanaście lokalnych ugrupowań dżihadystowskich. Strażnicy Wiary już przyłączyli się do stanowiska Hajjat Tahrir asz-Szam, oznajmiając, że nie opuszczą Idlibu. Pozostałe organizacje nie wydały oświadczeń, ale też pozostają na miejscu.

Zanim podpisano porozumienie 17 września, ONZ ostrzegał, że syryjska ofensywa wspierana przez Rosję będzie oznaczała katastrofę humanitarną – w prowincji Idlib znajdują się 2-3 mln ludzi. Skoro podstawowe warunki układu nie są realizowane, widmo bezpośredniego zagrożenia wojną znowu zajrzało im w oczy. Nawet Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka zauważyło, że terroryści dali pretekst do uderzenia, które przyniesie głównie tragedię zwykłych ludzi.

Merkel dała odpór

Wyjątkowa bezczelność, jaką było zgłoszone przez Ankarę kilka dni temu żądanie wydania przez RFN 69 tureckich dysydentów, znalazła swoją kontynuację podczas wizyty prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w Niemczech. Polityk pokazał, że zastrzeżenia strony niemieckich polityków dotyczące standardów praworządności i praw człowieka w jego kraju, nie są dla niego niczym ważnym.

 

Erdoğan został przyjęty na śniadaniu u prezydenta RFN Waltera Steinmeiera. W uroczystym przyjęciu mieli uczestniczyć politycy wszystkich opcji, które mają swoich przedstawicieli w Bundestagu. Tak się jednak nie stało, bo lewica z Die Linke oraz liberałowie z FDP zbojkotowali taką formą bliskości z dyktatorem.

Kolejny punktem wizyty było spotkanie z kanclerz Angelą Merkel. Podczas wspólnego spotkania z dziennikarzami unaoczniły się wyraźnie rozbieżności pomiędzy politykami. Przywódczyni Republiki Federalnej nie ukrywała, że liczy na sprawne rozwiązanie problemu aresztowanych w Turcji niemieckich obywateli. Mówiła o „głębokich różnicach” w stosunkach między obydwoma krajami, szczególnie w kwestii praworządności, praw człowieka i wolności prawa. Merkel odniosła się również do sprawy ruchu Fethullaha Gülena, którego członkowie są w Turcji represjonowani i wtrącani do więzień po rzekomym zamachu stanu w 2016 roku, który posłużył Erdoğanowi jako pretekst do rozprawy z najsilniejszą zorganizowaną pozaparlamentarną strukturą opozycyjną. Kanclerz oświadczyła, że nie widzi żadnego powodu, by uznać ruch duchownego za nielegalny.

Merkel nie dała tureckiemu satrapie żadnych złudzeń. Ekstradycji nie tylko nie będzie, ale kanclerz wezwała również do uwolnienia więźniów politycznych z tureckich więzień.

Aresztowania

„Nie jesteśmy niewolnikami” – do manifestacji robotniczej pod tym transparentem doszło w pobliżu kończącej się budowy trzeciego lotniska w Stambule, które według zapowiedzi prezydenta Recepa Erdogana ma być „największe na świecie”. Policja, wspomagana przez wozy pancerne, wdarła się nocą do hoteli robotniczych przy budowie. Według Konfederacji Rewolucyjnych Związków Zawodowych (DISK), aresztowano co najmniej 500 osób.

 

Manifestanci protestowali przeciw „skandalicznym” warunkom pracy, jak też przeciw warunkom życia w hotelach robotniczych. Według liczb oficjalnych, w czasie budowy lotniska zginęło 27 robotników, co protestujący uważają za „kłamstwo”. Związkowcy twierdzą, że liczba śmiertelnych wypadków przy pracy jest o wiele wyższa, z powodu lekceważenia przez władze elementarnych zasad BHP i „szalonego” tempa pracy narzuconego przez przedsiębiorstwa wykonawcze. Hotele urągają z kolei zasadom higieny – są pełne pluskiew i innych insektów.

Prezydent Erdogan zapowiedział w kwietniu, że olbrzymia budowa zakończy się w październiku. Pracuje przy niej 35 tys. osób, w tym 3 tys. inżynierów i pracowników administracyjnych. To jeden z gigantycznych projektów budowlanych przedsięwziętych na wniosek prezydenta. Na początek lotnisko ma obsługiwać 90 milionów pasażerów rocznie, by w 2013 r. osiągnąć zdolność 150 milionów.

Wczoraj wieczorem dyrekcja budowy opublikowała komunikat, według którego spotkała się z delegacją robotniczą i obiecała spełnić ich postulaty „jak najszybciej”. Dzisiaj jednak odmówiła komentarza na temat nocnych aresztowań. Na miejscu wejście do kompleksu hoteli robotniczych (w formie baraków) jest zablokowane przez siły bezpieczeństwa. Hasło „Nie jesteśmy niewolnikami” było dziś najczęściej dzielone na tureckim Twitterze, w solidarności z aresztowanymi.

Ostrzeżenie

Rosjanie przestrzegają USA przed prowokacją ataku chemicznego i tworzą „tarczę” nad Syrią z okrętów swojej floty na Morzu Śródziemnym.

 

Rosjanie ściągając w ostatnich miesiącach i tygodniach okręty z Floty Czarnomorskiej, Floty Bałtyckiej, Flotylli Kaspijskiej i Floty Północnej utworzyli potężne zgrupowanie sił morskich, operujące we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Skład i wyposażenie okrętów pływających pod banderą św. Andrzeja opodal Syrii, sprawiają, że eskadra ta może skutecznie przeciwstawić się operującej na Morzu Śródziemnym 6 Flocie US Navy, mimo jej wzmocnienia nie tak dawno przez grupę lotniskowcową na czele z USS „Harry Truman”. Rosyjski MON i ambasador Rosji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ przestrzegają zachodnich partnerów przed wyreżyserowaną prowokacją chemiczną na wzór tegorocznej w Dumie i w Chan Szeikhoun z roku 2017. Inscenizacja ataku chemicznego na rebeliantów, przypisanego wojskom rządowym ma być kolejny raz pretekstem, do przygotowywanego według Moskwy ataku sił USA, Wielkiej Brytanii i Francji na Syrię.

 

Generał Konaszenkow ujawnia fakty zdobyte przez GRU

W niedzielę 26 sierpnia, na specjalnej konferencji prasowej oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MON, generał Igor Konaszenkow poinformował, o zdobytych zapewne przez rosyjski wywiad wojskowy (Gławnoje Razwiedywatielnyje Uprawlienje) danych świadczących o przygotowywanej prowokacji użycia broni chemicznej na terenie Syrii. Przypisane ma to być armii rządowej i stać się pretekstem do nalotów USA na ten kraj. Według Rosjan przedstawiciele „Białych Kasków”, dostarczyli duży ładunek środków trujących do miasta syryjskiego Sarakaib. Warto przypomnieć, że to pseudohumanitarna organizacja, finansowana między innymi ze środków budżetu USA, której członkowie spreparowali tzw. atak chemiczny na szpital w Dumie. Po wyzwoleniu terenów południowej Syrii z rąk terrorystów przez wojska rządowe i rosyjskie, ludzi tych armia Izraela ewakuowała, na prośbę Waszyngtonu, Kanady i krajów europejskich z terytorium Syrii do Izraela, potem przekazała do Jordanii.

Owe środki trujące dostarczono dwoma ciężkimi ciężarówkami do magazynów organizacji rebelianckiej „Achrar Asz-Szam”. Jak później uzupełniał generał Aleksiej Cygankow – dowódca Rosyjskiego Centrum Rozejmowego dla walczących stron w Syrii, ciężarówki eskortowało 8 członków organizacji „Białe Kaski”, a na składzie oczekiwali na nich dwaj wysokiej rangi dowódcy polowi rebeliantów. Później część ładunku była przewieziona w inne miejsce stacjonowania bojowników w południowej części prowincji Idlib, gdzie planuje się dokonać inscenizacji użycia broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej. Oczywiście, „przypadkiem”, tak jak w Dumie, nastąpi to w świetle kamer zachodnich stacji TV, dysponujących łącznością satelitarną i trafi na pierwsze strony gazet, ekrany wiodących stacji TV i portali internetowych. Wzburzona drastycznymi obrazami porażonych gazem dzieci i kobiet opinia publiczna państw zachodnich zażąda „reakcji cywilizowanego świata na barbarzyństwo reżimu Asada”. Rządzący tylko na to czekają i rozpoczną się wówczas na Syrię naloty USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Generał Konaszekow poinformował też, że do miejscowości Chabit przybyli brytyjscy specjaliści z prywatnej firmy wojskowej „Oliva”, powiązanej z brytyjskim wywiadem. Dostarczono zbiorniki z chlorem. Wszystko to ma służyć inscenizacji zastosowania przez siły rządowe nalotu „bombami beczkowymi” z gazem bojowym czy też ostrzału rakietowego chlorem.

Rosyjski wywiad odnotował też, że na wody Zatoki Perskiej wpłynął niszczyciel US Navy, USS „Sullivans” klasy „Arleigh Burke” z 56 rakietami manewrującymi UGM-109 „Tomahawk”, zaś do bazy USA w Katarze przybył bombowiec strategiczny B1B z 24 rakietami manewrującymi AGM-158 JASSM. Według Rosjan świadczyć to ma o przygotowaniu Amerykanów do ataku lotniczo-rakietowego na Syrię.

 

Wasilij Niebienzia ostrzega na forum ONZ o cynicznych planach Wielkiej Brytanii

28 sierpnia odbyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ w kwestii zaostrzającej się sytuacji w Syrii, a konkretnie w kontrolowanej przez rebeliantów prowincji Idlib, będącej jedną ze stref deeskalacji. Warto w tym kontekście zauważyć, że 23 sierpnia do Moskwy przybył szef sztabu armii tureckiej, generał Hulusi Akar. Towarzyszył mu kierujący wywiadem Hakan Fidan i minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu. Po drugiej stronie stołu do rozmów zasiadł generał Siergiej Szojgu – szef rosyjskiego MON, Siergiej Ławrow – szef MSZ i sam prezydent Rosji Władimir Putin. Rosjanie na przestrzeni ostatnich tygodni regularnie są atakowani w bazie Chmejmim nalotami samolotów bezpilotowych wypuszczanych przez rebeliantów z prowincji Idlib, a wojska syryjskie i ludność cywilna – w tym miasto Allepo – podlega ostrzałowi rakietowemu. Przeszło 40 sztuk rebelianckich BSL zestrzeliły rosyjskie systemy przeciwlotnicze „Pancyr-S”. Wojska syryjskie i Rosjanie koncentrują się więc do ofensywy. Na dużej części strefy deeskalacji Idlib zabezpieczanej przez wojska tureckie działa syryjska filia terrorystycznej Al-Kaidy, czyli Front An-Nusra – organizacja uznana przez ONZ za terrorystyczną. Rosjanie ustalili z Turkami zasady „oczyszczenia” prowincji z sił terrorystów, a Turcja wynegocjowała ochronę obszarów kontrolowanych przez podległych sobie i od lat sponsorowanych przez Ankarę niektórych syryjskich ugrupowań rebelianckich.

Na posiedzeniu RB ONZ dyplomaci krajów zachodnich wyrazili zaniepokojenie losem ludności cywilnej w tym kobiet i dzieci w obliczu zbliżającej się ofensywy wojsk rządowych. Ambasadorzy Wielkiej Brytanii, Francji i USA zagrozili użyciem siły w przypadku zastosowania przez żołnierzy prezydenta Asada zabronionej konwencjami broni chemicznej i wezwali kraje tzw. „Procesu Astańskiego”, gwarantów strefy deeskalacji Idlib (Iran, Rosja, Turcja) o powstrzymanie Damaszku przed agresją na własnych obywateli. W odpowiedzi ambasador Rosji przy ONZ Wasilij Niebienzia przypomniał kolejny raz, że Syria zlikwidowała swoje arsenały chemiczne i takowej broni nie posiada. Przypomniał też, że poprzednie ataki na Syrię dokonane przez USA, Wielką Brytanię i Francję nie opierają się o dowody, a o cynicznie zaplanowane prowokacje jak zdemaskowana przez Rosjan prowokacja „Białych kasków” użycia broni chemicznej w mieście Duma. Szczegółowo rosyjski ambasador poinformował społeczność międzynarodową, na bazie informacji zdobytych przez rosyjski wywiad, o przygotowywanej nowej inscenizacji użycia broni chemicznej przez wojska rządowe, co ma stać się pretekstem do nalotów na Syrię. Przestrzegł on „zachodnich partnerów” przed tym cynicznym krokiem. Ambasador Wielkiej Brytanii kategorycznie odrzuciła te oskarżenia, powołując się na brytyjski MON. Przed posiedzeniem RB ONZ wydała zaś oświadczenie, nazywając informacje rosyjskiego MON „śmiesznymi i absurdalnymi, „fake newsami”, typowymi dla standardów rosyjskiej propagandy”. W odpowiedzi, Wasilij Niebienzia poinformował, że „rosyjskie Ministerstwo Obrony nie ma w nawyku wydawać absurdalnych, śmiesznych, fejkowych oświadczeń. Może to zwyczaj MON innych krajów, ale na pewno nie Rosji. Jeśli rosyjski MON coś mówi, to wie co mówi”. Rosyjski ambasador wcześniej informował o prowadzonej przez władze Syrii, wspieranej przez Rosjan, szerokiej akcji powrotu uchodźców do domów i o odbudowie zniszczonego wojną kraju. Zaapelował o realną pomoc humanitarną ludności Syrii wracającej do domów, nie uzależnianą od decyzji politycznych regulujących kwestie powojenne.

 

Potężny zespół rosyjskiej floty ochroni Syrię?

Na wschodnim akwenie Morza Śródziemnego, według dostępnych w mediach specjalistycznych informacji, operuje wydzielony zespół Floty Rosyjskiej, w ostatnich tygodniach silnie wzmocniony, w składzie kilkunastu okrętów. Z uwagi na fakt, że okręt flagowy Floty Czarnomorskiej, krążownik „Moskwa”, skierowano do remontu, z Floty Północnej przybył tu jego „bliźniak” – krążownik „Admirał Ustinow”. Okręt ten uczestniczył 31 lipca w defiladzie okrętów w Petersburgu z okazji Dniu Marynarki Wojennej Rosji i świeżo wszedł do służby po wieloletnim remoncie kapitalnym. Dysponuje nowocześniejszym i groźniejszym wyposażeniem i uzbrojeniem niż starsza „Moskwa”. Rosjanie, jak w okresie „zimnej wojny”, sformowali zespół okrętów „przykryty” wielowarstwową obroną przeciwlotniczą. Daleką rubież zabezpiecza morski odpowiednik nie mającego konkurencji na świecie systemu S-300 „Fort” z krążownika „Marszał Ustinow”, o zasięgu rażenia celów lotniczych i rakietowych do 300 km. Okręt ten stanowi „jądro” zespołu. Kolejny krąg zabezpieczają systemy średniego zasięgu, czyli ok. 50 kilometrów typu „Sztil” na najnowszych fregatach jak „Admirał Essen” czy „Admirał Makarow”. Ostatnią linią zabezpieczenia przez środkami napadu powietrznego, w tym rakietami przeciwokrętowymi, stanowi szereg systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu typu „Kinżał” czy „Kortik”. Zespół rosyjskich okrętów może liczyć też na osłonę powietrzną z nieodległej bazy lotnictwa rosyjskiego w Syrii w Chmejmim. Okręty rosyjskie zdolne są do projekcji siły w promieniu do 2500 km, a więc dalece większym niż wsparcie operacji lądowej w prowincji Idlib. Rosyjskie „Kalibry” mają w zasięgu bazy lotnicze USA, Wielkiej Brytanii w Jordanii, Kuwejcie, Iraku, Katarze czy na Cyprze oraz w Arabii Saudyjskiej. Sięgają też baz okrętów NATO w Grecji, Włoszech czy portów Francji. Co istotne, Rosjanie mogą liczyć w zaistniałej sytuacji politycznej na życzliwą postawę Turcji, skądinąd członka NATO. Przez Cieśniny Dardanele i Bosfor, co sygnalizują niezależni eksperci, w ostatnich tygodniach intensywnie kursuje „Syryjski Ekspress”, czyli zespół rosyjskich okrętów transportowych i desantowych dostarczających zaopatrzenie dla armii rosyjskiej i syryjskiej z portów Morza Czarnego do Tartus. Na portalach militarnych z regionu pojawiły się zdjęcia prawdopodobnego przebazowania dodatkowych rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-300 WM „Antiej-2500”. Co do sił morskich w szczególności opodal Syrii znajdują się:
1. Krążownik Rakietowy „Marszał Ustionow” – okręt flagowy – świeżo po kapitalnym remoncie krążownik projektu 1164 „Atlant” zwany „mordercą lotniskowców”. Uzbrojony jest między innymi w 64 rakiety przeciwlotnicze S-300F „Fort” i 16 naddźwiękowych rakiet P-1000 „Vulkan” o zasięgu 1000 km, prędkości 2660 km/h przenoszących głowice bojowe o masie 500 kg lub jądrowe o sile 350 KT.
2. Niszczyciel rakietowy „Siewieromorsk”, okręt typu „Udałoj” – na pokładzie ma między innymi 2 śmigłowce, 8 rakietotorped „Rastrub” i 8 wyrzutni po 8 rakiet (łącznie 64) przeciwlotniczego systemu „Kindżał”, odpowiednik lądowego systemu krótkiego zasięgu „Tor”.
3. „Pytliwyj” – fregata rakietowa projektu 1135M „Kriwak III”, wyposażona między innymi w rakietotorpedy „Rastrub”
4. Fregata „Jarosław Mudryj”, to nowoczesny okręt z 8 wyrzutniami przeciwokrętowych manewrujących rakiet skrzydlatych Ch-35, 4 wyrzutniami z 8 rakietami systemu p-lot „Kindżał” , 2 systemami „Kortik” i śmigłowcem Ka-27.
5. Fregata „Admirał Makarow” – najnowszy rosyjski okręt wojenny tej klasy projektu 11356 zbudowany według współczesnych zasad projektowania. Powstał z nowoczesnych materiałów w technologii „stealth”. Wyposażony jest między innymi w 24 rakiety przeciwlotnicze systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i 8 rakiet „Kalibr” NKE lub „Oniks” oraz śmigłowiec Ka-31.
6. Fregata „Admirał Essen”, także okręt projektu 11356 – przenosi 8 manewrujących rakiet „Kalibr” o zasięgu ok. 2500 km lub przeciwokrętowych „Oniks”, 36 rakiet przeciwlotniczych systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i śmigłowiec Ka-31
7. Fregata „Admirał Grigorowicz – bliźniak „Admirała Essena” dane jw.
8, 9, 10 – małe okręty rakietowe „Wysznij Wołoczek”, „Grad Swijażsk” i „Wielikij Ustjug” – okręty projektu 21631 czyli „Bujan-M” . Małe okręty Flotylli Kaspijskiej, ale „zjadliwe” – na pokładzie przenoszą po 8 rakiet manewrujących „Kalibr NK” o zasięgu ok 2500 km
11, 12 to wyśmienite, groźne okręty podwodne o napędzie klasycznym „Wielikij Nowgorod” i „Kolpino” projektu 636 „Warszawianka”, każdy z 18 rakietami „Kalibr” różnych typów lub torpedami na pokładzie.
13 – podwodny krążownik o napędzie jądrowym projektu 949A „Antiej” przeznaczony do niszczenia lotniskowcowych grup uderzeniowych marynarki wojennej USA na czele z lotniskowcami klasy „Nimitz” – wyposażony w 72 rakiety skrzydlate P-800 „Oniks” o prędkości 2,6 Ma i zasięgu do 500 km
Na redzie bazy Tartus zaobserwowano też dwa trałowce Floty Czarnomorskiej „Walentyn Pikul” i „Turbinist” oraz duże okręty desantowe projektu 1171 „Nikołaj Filiczenkow” i „Orsk”.

Jak dobitnie widać, Moskwa w sposób zaplanowany i skoordynowany skoncentrowała potężny zespół floty, aby zniechęcić Amerykanów do kolejnych ataków na syryjskie wojska rządowe. Napływające jednak w ostatnich dniach informacje nie wskazują, aby Waszyngton spasował. Na terenie Syrii, kontrolowanym przez Kurdów i wojska USA, Francji oraz Wielkiej Brytanii, Amerykanie rozmieszczają radary obrony przeciwlotniczej, co może być elementem tworzenia przez nich „strefy zakazu lotów” i dalszej eskalacji rywalizacji militarnej z Rosjanami w Syrii. Jeśli nawet „strefa zakazu lotów” nie zostanie ogłoszona – wariant ofensywny, to instalacje te służą ewidentnie umocnieniu pozycji, skądinąd bezprawnej na gruncie prawa międzynarodowego, obecności wojsk USA, na zajętych przez Amerykanów i ich protegowanych obszarach Syrii.

Tak czy inaczej, wraz z rozpoczęciem się zbliżającej się w najbliższych dniach ofensywy wojsk rządowych i Rosjan na pozycje ugrupowań terrorystycznych w prowincji Idlib, rozgrywka mocarstw zaostrzy się. O wycofaniu się wojsk USA z Syrii, o co apelują Damaszek i Moskwa, uregulowania sytuacji w obozie uchodźców Rukban w kontrolowanej przez wojska USA i Wielkiej Brytanii na pograniczu z Jordanią nie ma mowy. A to z Rukban prowadzą rajdy terroryści ISIS i tam znikają przed syryjskim pościgiem, który jak się zapędzi, bombardowany jest przez samoloty US Air Force. Rozpoczęła się też eksploatacja syryjskich złóż ropy naftowej przez kontrolowanych przez USA rebeliantów SDF – w większości Kurdów. Do jakiej rafinerii trafia owa kradziona ropa jeszcze nie ustalono, ale to materiał na inny obszerny artykuł.

Sekret pastora Brunsona

Strzały w kierunku ambasady USA padły, gdy Ankara jeszcze spała. Ktoś otworzył ogień z przejeżdżającego auta, i choć pozostały po tym tylko dziury w ścianie, w kontekście obecnego napięcia między Turcją a Stanami Zjednoczonymi incydent wszystkim wyostrzył zmysły. „Ten atak to próba stworzenia chaosu” – mówił rzecznik tureckiego prezydenta. W istocie jednak czynnik chaosu już dawno wtargnął do regionu, a teraz grozi pęknięciem w NATO, które niemal niezauważalnie stało się nieuniknione.

 

Kryzys amerykańsko-turecki ma nieoczekiwanych beneficjentów. Przykładowo w mijającym tygodniu wyszła z więzienia i dostała pozwolenie na opuszczenie Turcji 34-letnia dziennikarka Mesale Tolu, Niemka pochodzenia tureckiego oskarżona o pracę propagandową i przynależność do tureckiej Marksistowsko-Leninowskiej Partii Komunistycznej, nielegalnej, bo uważanej za „terrorystyczną”. Tydzień wcześniej Turcy uwolnili dwóch greckich żołnierzy i szefa lokalnego oddziału Amnesty International. W ten sposób po kolei usuwają punkty zapalne w stosunkach z Europą. Potrzebują sojuszników w dyplomatyczno-gospodarczym konflikcie z imperium amerykańskim.

Inni jeszcze bezpośredni beneficjenci to zachodni turyści, dla których Turcja stała się bajecznie tania. Tę wakacyjną korzyść zawdzięczają prezydentowi Stanów Zjednoczonych, który jednym podpisem podwoił degrengoladę tureckiej liry, waluty, która nie przestaje odtąd wisieć na włosku. Donald Trump, podnosząc w tym miesiącu cła na turecką stal i aluminium nie myślał oczywiście o turystach. Oficjalnym powodem, oprócz jego mantry „America first”, tj. domniemanej ochrony amerykańskiego runku wewnętrznego, był los 50-letniego pastora Andrew Brunsona, którego Turcja nie chce uwolnić bez „odpowiedniej” wymiany. Niezależnie od tego, czy chodzi tu o niewinnego duchownego (jak twierdzą Amerykanie), czy o szefa „równoległej” siatki CIA w Turcji (to wersja tureckiej prokuratury), czy ów pretekst Trumpa jest wiarygodny, czy nie, w osobie Brunsona, choćby przez zainteresowanie mediów, ogniskuje się amerykańsko-turecki kryzys. Jego przyczyny znajdują się jednak gdzie indziej, daleko poza miejscem zatrzymania pastora.

 

Nóż w plecy

Dojście do władzy Donalda Trumpa w Ameryce sprawiło, że państwa przyklejone tradycyjnie do największego imperium mają tylko dwa sposoby na dobre z nim stosunki. Albo wykazują totalne poddanie, jak m.in. Polska ze swoją żałosną pozycją dalekiego satelity, albo są skazane na polityczną ekwilibrystykę: trzeba zadowolić Trumpa bez narażania się na kłopoty ze strony Kongresu (lub odwrotnie) i jeszcze uniknąć zmasowanej krytyki amerykańskich mediów, które zmieniły opozycję wobec prezydenta w obsesję. Ta sztuka udaje się tylko Beniaminowi Netanjahu. Reszta przekonała się już wymownie, że nawet ugruntowane historycznie sojusze zależą wyłącznie od imperialnego widzimisię. Turcja, która dysponuje drugą po Stanach najsilniejszą armią NATO, znalazła się w tym gronie jako pierwsza.

Kiedy Trump podpisał antytureckie sankcje polityczno-gospodarcze, prezydent Recep Erdoğan postanowił zadawać retoryczne pytania w New York Timesie: „Jesteśmy razem w NATO, a wy wbijacie nóż w plecy waszego strategicznego partnera? Jak coś takiego może być zaakceptowane?”. Do tego nie omieszkał „lojalnie” ostrzegać, że jeśli Stany uprą się przy „asymetrycznych stosunkach” (tj. wymaganiu podległości Turcji), przekonają się, że „Turcja ma alternatywy” i „zacznie szukać nowych przyjaciół i sojuszników”.

Tak naprawdę Turcy już od kilku lat mówią o różnych amerykańskich „nożach w plecy” i równie długo sondują sojusznicze alternatywy. Przełomem stała się wojna w Syrii i nieudany zamach stanu przeciw Erdoğanowi sprzed dwóch lat.

 

Co nie podoba się Turkom?

Właściwie Turkom nie podoba się Ameryka jako taka: dziś, jeśli wierzyć sondażom, tylko niecałe 10 proc. widzi w niej jeszcze sojusznika. To po części owoc nacjonalistycznej pro-Erdoğanowskiej propagandy, ale i dość trzeźwego spojrzenia geopolitycznego. Pierwszym „nożem w plecy” w politykę turecką było w trzecim roku syryjskiej wojny odwrócenie się Amerykanów od Państwa Islamskiego (PI), by sprzymierzyć się z syryjskimi Kurdami, za pomocą których USA opanowały syryjskie pola naftowe na wschodnim brzegu Eufratu. Wcześniej Turcja była pewna, że Amerykanie po cichu popierają PI przeciw władzom syryjskim, gdyż przecież właśnie ich obalenie było politycznym priorytetem USA. Dlatego Turcy bez przeszkód handlowali ropą z PI, próbowali się układać, a nawet otworzyć jego konsulat w Stambule. Z ich punktu widzenia było to wskazane tym bardziej, że PI walczyło z Kurdami, „odwiecznymi” wrogami Turcji wewnątrz i na zewnątrz kraju, jeśli tylko mają coś wspólnego z PKK, Partią Pracujących Kurdystanu, którą przecież również Amerykanie uważają oficjalnie za „terrorystów”.

I oto Stany Zjednoczone w 2014 r. wzięły sobie tych „terrorystów” za sojuszników i zaczęły i zbroić ich na potęgę, choć PYD – Partia Unii Demokratycznej syryjskich Kurdów w pełni dzieli idee (i ludzi) z turecką PKK, uważaną za „żywotne” zagrożenie dla państwa tureckiego. Był to olbrzymi szok dla tureckich polityków, chociaż zdawali sobie sprawę, że Amerykanie traktują Kurdów tylko jako instrumenty swej bieżącej polityki. Mało tego, nie dość, że Rożawa – federacja polityczno-terytorialna syryjskich Kurdów – rosła w siłę, a z nią PKK, to w lipcu 2016 r. doszło do zamachu na władzę Erdoğana, za którym, jak nie przestają podejrzewać Turcy, stali Amerykanie, konkretnie administracja Obamy i jej tajne służby.

Nawet jeśli nie zrobili tego bezpośrednio, to mieli przymknąć oko na działalność polityczną charyzmatycznego Fethullaha Gülena, zdeklarowanego wroga Erdoğana przebywającego na wygnaniu w Pensylwanii, który miał ten zamach zaplanować. Erdoğan, w końcu cieszący się autentycznym ludowym poparciem, nie mógł tego przełknąć, jednak miał nadzieję, że zmiana prezydenta USA przywróci dawny porządek. Tak się jednak nie stało. Turcja przesłała do Waszyngtonu 80 kartonów z dowodami zamieszania Gülena w fatalny zamach, by uzyskać jego ekstradycję, ale jak zwykle padło „nie ma mowy”.

 

Co nie podoba się Amerykanom?

Stany Zjednoczone, wcześniej nieco zdenerwowane ujawnianiem przez Turcję ich współpracy z PI, próbowały jakoś, jeszcze za czasów pierwszego szefa trumpowskiej dyplomacji Tillersona, załagodzić turecki gniew, oddając jej bez problemu Afrin (część kurdyjskiej Rożawy w Syrii), ale teraz wojsko tureckie stoi z naładowaną bronią dosłownie naprzeciw amerykańskiego na północy Syrii, gdyż USA nie chcą oddawać reszty posiadłości kurdyjskich w obawie utraty lokalnego sojusznika, który im pomaga okupować całą wschodnią Syrię. Ale ten potencjalny punkt zapalny to jeszcze nic, w porównaniu z regularnym już porozumiewaniem się Turcji z Rosją i Iranem, które stanowi zagrożenie dla całości interesów amerykańskich w Syrii.

Nie dość tego. Erdoğan mnoży deklaracje propalestyńskie chcąc wzmocnić swoje ambicje przywódcze w muzułmańskim świecie sunnickim, kosztem Arabii Saudyjskiej, która już jawnie idzie na współpracę z Izraelem. Inaczej mówiąc, szkodzi dwóm pierwszoplanowym sojusznikom USA w regionie. Ba, Turcja ogłosiła, że ma w nosie amerykańskie sankcje przeciw Iranowi, że będzie z nim mimo wszystko handlować, co całą trójkę Arabia-Izrael-Stany doprowadziło już do białej gorączki.

W końcu „bezczelna Turcja” poważyła się na coś, co sami Amerykanie uważają za „nóż w plecy” swych tradycyjnych wpływów: porozumiała się z Wenezuelą omijając amerykańskie embargo – prowadzi wspólne interesy petrochemiczne, zdecydowała się nawet przyjąć wenezuelskie złoto narodowe do swoich banków (zamiast szwajcarskich), by je uchronić przed ewentualnym zajęciem przez Zachód. Kupno przez Turcję rosyjskiego systemu antyrakietowego S-400, w zasadzie niezgodnego z systemami NATO, to już tylko wisienka na torcie amerykańskich zarzutów.

 

A pastor ?

Los pastora Brunsona, którym media tłumaczą kryzys amerykańsko-turecki, wydaje się mało ważny w porównaniu z tą geopolityczną szarpaniną. Z jakichś jednak powodów Turcy uważają go za bardzo istotną kartę przetargową – chcieli go najpierw wymienić za samego Gülena. Potem zaproponowali Trumpowi, że wymienią go za odstąpienie od procedury przeciw tureckiemu bankowi państwowemu Halkbank, na który USA chcą nałożyć dziesiątki miliardów dolarów kary za domniemane łamanie sankcji przeciw Iranowi, w końcu za uwięzionego w Stanach szefa tego banku. Znowu odpowiedzią była odmowa. Uderzenie gospodarcze Trumpa w Turcję motywowane „wolnością dla Brunsona” przynosi radość turystom, ale odbija się przede wszystkim na najmniej zarabiających Turkach i zwiększa bezrobocie – postać pastora stała się nagle ważna dla milionów ludzi.

Dla tureckich mediów, w ogromnej większości oddanych Erdoğanowi, pastor Brunson to nie żaden misjonarz, tylko wysoki oficer CIA. Jego domniemane zdjęcia z amerykańskiej inwazji Iraku, gdzie miał zajmować się rabunkiem złota irackiego banku centralnego, obiegają turecki internet. Podobnie jak zeznania różnych świadków, według których miał on porozumiewać się z ludźmi Gülena w Turcji w czasie przygotowań do zamachu stanu, utrzymywać kontakty z jego tajną organizacją i nawet z Kurdami z PKK. Być może administracja amerykańska „obudziła się” w kwestii Brunsona tylko dlatego, że należy on do tego samego małego Kościoła neoewangelickiego (ok. 70 tys. wyznawców), co nowy szef amerykańskiej dyplomacji i były szef CIA Mike Pompeo. Niemniej dla większości analityków, pozostaje on tylko poręcznym pretekstem dla konkretnych ruchów politycznych, nawet gdyby rzeczywiście krył się za nim jakiś szpiegowski sekret.

 

Chaos walutowy

Tak, czy inaczej, podziemna wojenka amerykańsko-turecka trwa. Załamanie tureckiej liry powinno teoretycznie zmusić Turcję do klasycznego rozwiązania, czyli pożyczki w Międzynarodowym Funduszu Walutowym (MFW), którego USA są głównym akcjonariuszem. Czyli – do upokorzenia. Na razie Turcy zagrali USA na nosie, przyjmując od Kataru, ostatnio wroga Arabii, 15 miliardów dolarów na ratowanie swej waluty (od MFW dostaliby w najlepszym przypadku nieco ponad 10), Chiny też pomagają, ale to oczywiście nie koniec historii.
Wraz z sankcjami przeciw Turcji, nowymi amerykańskimi groźbami przeciw jej walucie i wzrostem stóp procentowych w USA mocną słabną niemal wszystkie waluty krajów rozwijających się – rupia indyjska, argentyńskie i meksykańskie peso, brazylijskie reale, południowoafrykańskie randy. Niezadowolenie z amerykańskiej hegemonii może więc zrodzić nowe układy międzynarodowe, bardziej wielostronne. Wyjście Turcji z NATO nie jest tak nieprawdopodobne, jak się dziś uważa.

 

Konfrontacja na północy

Turcja jest zdecydowanie przeciwna planowanej przez Syrię i Rosję ofensywie na region Idlibu, będący ostatnią po zachodniej stronie Eufratu częścią Syrii okupowaną przez dżihadystów. Do Moskwy udała się na rozmowy delegacja turecka, by o tym rozmawiać.

 

„Rozwiązanie militarne spowodowałoby katastrofę nie tylko dla regionu Idlibu, lecz również dla przyszłości Syrii. Walki mogą trwać długo, cywile mogą ucierpieć” – argumentował Mevlüt Cavusoglu, szef tureckiej dyplomacji na konferencji prasowej w Moskwie, u boku swego rosyjskiego odpowiednika Siergieja Ławrowa. Cavosoglu przyznał jednocześnie, że „to ważne, by terroryści przestali szkodzić, to ważne również dla Turcji, bo znajdują się oni po drugiej stronie naszej granicy. Są dla nas zagrożeniem”. Dlaczego więc Turcja nie chce walk w regionie Idlibu?

Region jest tzw. strefą deeskalacji w Syrii, ustanowioną w czasie negocjacji pokojowych w Astanie, między Rosją, Syrią, Turcją, Iranem i przedstawicielami rebeliantów. To do Idlibu kierowano oddziały islamskich radykałów, które po rokowaniach poddawały się na skutek ofensyw syryjsko-rosyjskich we Wschodniej Gucie i innych regionach południowo-zachodniej Syrii. W efekcie w idlibie stacjonują oddziały syryjskiej Al-Kaidy (pod nazwą Hajat Tahrir al-Szam), stanowiące tam ok. 60 proc. dżihadystów oraz liczne inne oddziały terrorystyczne, w tym Państwo Islamskie (PI). Poza tym stacjonują tam wojska tureckie, które ustanowiły liczne punkty obserwacyjne i brytyjskie oddziały specjalne wspomagające Al-Kaidę.

Turcja nie chce syryjsko-rosyjskiej ofensywy na Idlib, gdyż część grup rebelianckich popiera Turcję i przede wszystkim stanowi przeciwwagę dla Kurdów, czyli pozostaje tureckim sojusznikiem w walce przeciw autonomicznej federacji kurdyjskiej w Syrii. Turcja uważa ją za część tureckiej PKK – Partii Pracujących Kurdystanu, która „zagraża jedności Turcji”. Poza tym Turcy obawiają się kolejnej fali syryjskich uchodźców.

Problem w tym, że region Idlib nie stał się „strefą deeskalacji”, jak przewidywały ustalenia z Astany. Dżihadyści w Idlibie nierzadko walczą między sobą sprawiając, że życie cywilów stało się tam nieznośne, lub atakują syryjskie okolice tej prowincji. Ponadto od kilku miesięcy dokonali ok. 50 ataków dronowych na położoną niedaleko rosyjską bazę lotniczą w Chmejmim. Rosjanie odparli wszystkie te ataki, ale podejrzewają, że dżihadystom pomagają Brytyjczycy, więc, że nie będą one mieć końca, dopóki Idlib nie zostanie wyzwolony.

Armia syryjska już na początku tego miesiąca zasypała Idlib ulotkami wzywającymi do poddania, ale raczej nie przeprowadzi ataku bez konsultacji i umowy z Turkami. Dziś po południu turecką delegację przyjął prezydent Putin. Turcy proponują coś pośredniego: eliminację części dżihadystów, ale bez frontalnej ofensywy rosyjsko-syryjskiej. Putin powiedział po spotkaniu, że „rozmowy postępują”, jednak nie ujawnił, co do tej pory ustalono.

Wojna polsko-ukraińska pod krzyżem na drogę

Wystrzał ostrzegawczy poszybował z Warszawy w stronę Kijowa. Odpalił go poseł Kornel Morawiecki, „Marszałkiem seniorem” zwany. Były lider „Solidarności Walczącej”, ideowy antykomunista, obecny lider kanapowego koła parlamentarnego. A także ojciec pana premiera Mateusza Morawickiego.
Powiedział on w publicznych wywiadach dla mediów polskich i rosyjskich to, za co inny obywatel IV RP mógłby zostać szybko aresztowany. I oskarżony o agenturę rosyjskich wpływów.
Rzekł on bowiem: Rosja nie prowadzi agresywnej polityki”. Wojna na Ukrainie to „w pewnym sensie wojna domowa, zderzenie dwóch racji /…/ Na Krymie pierwsi kamieniem rzucili Rosjanie, ale wcześniej w Kijowie obalono demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza, który na prorosyjskim wschodzie i południu kraju miał ogromne poparcie. /…/ Krym został przejęty przez Rosjan bez walki. Ukraińskie wojsko przeszło na stronę Moskwy. Mieszkańcy Krymu wyrazili swą wolę w referendum”.
I stwierdził dobitnie: „Rosja nie ma żadnego interesu w tym, żeby użyć siły militarnej przeciwko Polsce. Rosjanie od czterech lat bronią się rękami i nogami, żeby tylko nie zająć Doniecka, to cóż dopiero mówić o agresji na Polskę /…/ Gazociąg Północny to efekt fatalnej polityki wschodniej Warszawy. Rosjanie chcieli przeprowadzić drugą nitkę Jamalu przez Polskę. Myśmy sie na to nie zgodzili, bo gazociąg miał iść nie przez Ukrainę, tylko przez Białoruś. Gdybyśmy nie postawili interesów Kijowa ponad naszymi, Rosjanie nie musieliby dogadywać się z Niemcami. A teraz będziemy przepłacać za amerykański gaz /…/ Nasza polityka zagraniczna sprowadza się niestety do odgrywania roli marionetki Waszyngtonu.
I na koniec snuje program takiej współpracy: Europa traci swą moc. Mogłaby ją odzyskać, gdyby połączyła się z Rosją. Jeśli do tego nie dojdzie, to wielki potencjał Syberii z czasem wpadnie w ręce Chin. Tylko w połączeniu z Rosją i jej ogromnym potencjałem Europa może stać się światową potęga – w sensie duchowym, gospodarczym, militarnym. Tylko taki sojusz zapobiegnie ostatecznej groźbie kolejnej wojny światowej z udziałem broni jądrowej, która doprowadzi do zniszczenia podstaw cywilizacji.
Ale taka Unia Europejska z Rosją nie jest obecnie możliwa , bo również rosyjskie władze i rosyjskie media nastawiają Rosję przeciwko Polakom. To przykre, że nieporozumienie psuje relacje z dwoma największymi narodami w regionie.
Głos Morawieckiego seniora zainicjował dyskusję wewnątrz elit PiS o przyszłej ich polityce wschodniej.
W przyszłym roku odbędą się prezydenckie wybory na Ukrainie. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ekipa prezydenta Petro Poroszenki straci władzę. Głoszony przez nią postulat wejścia Ukrainy do UE i NATO też traci tam zwolenników. Ale ochłodzenie miłości do Zachodu nie równa się wzrostowi sentymentu do Rosji. Nawet w tradycyjnie prorosyjskich regionach antymoskiewskie nastroje wzrosły. Rosja nie jest postrzegana jako brat, zwłaszcza Wielki Brat, lecz jedynie jako sąsiad. Trudny we współżyciu, ale znany od lat. Dobry partner do biznesu, ale na równoprawnych warunkach.

 

Trzecia droga

Na Ukrainie zwycięża koncepcja „Trzeciej Drogi”. Pisałem o niej jeszcze przed Majdanem, bo była wtedy popularna w środowiskach politologów i publicystów. Teraz rozpleniła się na fali rosnących nacjonalistycznych nastrojów.
Jej zwolennicy tak mówią. Skoro nie chcemy być młodszym bratem Moskwy, skoro nie chce nas Unia Europejska, to pójdźmy własna drogą. Bądźmy taką „drugą Turcją”. Bądźmy jak Turcja zintegrowani gospodarczo z Unią Europejską, ale bez przyjmowania obcych nam wartości „Gejoeuropy”. Bądźmy, jak Turcja, w sojuszu wojskowym z USA, bądźmy ich flanką wojskową, co nam da gwarancje bezpieczeństwa wobec Moskwy. Nie odpuszczamy Krymu i Donbasu, ale sprawę powrotu tych terytorium odłóżmy na przyszłość. Nie będziemy zakładnikami tego problemu. Dzięki temu odmrozimy kontakty i współpracę gospodarczą z Rosją. Ale nie zahamujemy budowy ukraińskiej tożsamości narodowo – kulturalnej.
Zwolennicy „Trzeciej Drogi” i „Drugiej Turcji” chcą być jak to sprytne ciele, które będzie jednocześnie ssać cycek europejski, chiński, amerykański, i nie pogardzi jeszcze rosyjskim. Chcą być geopolitycznym, aktywnym mostem pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Brukselą i Moskwą.
Jeśli na Ukrainie wygrają zwolennicy „Drugiej Turcji”, to Warszawa przestanie być potrzebna w Kijowie jako adwokat ukraińskich interesów w Brukseli. Dostrzegły to już elity PiS i pan Naczelnik Polski. Marginalizacja roli Warszawy w oczach Kijów i brak relacji Polski z Rosją grozi totalną klęską polityki wschodniej elit PiS.

 

Czwarty Rzym

Ważnym filarem „drugiej Turcji” ma być autokefalia Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. W kwietniu administracja prezydenta Poroszenki poinformowała, że Święty Synod Patriarchatu Ekumenicznego w Konstantynopolu zaakceptował rozpatrzenie prośby władz Ukrainy o nadanie jej cerkwi autokefalii. Czyli uniezależnienia administracyjnego ukraińskich prawosławnych od patriarchatu w Moskwie. Prośba ta szybko została przychylnie skomentowana przez tytularnego zwierzchnika światowego prawosławia, Bartłomieja patriarchę Konstantynopola.
Co to oznacza dla chrześcijan za naszą wschodnią granicą? Autokefalia ukraińskiej cerkwi osłabia cerkiew moskiewską. Największą na świecie, zwaną często „Trzecim Rzymem”.
Prawdopodobnym jest, że po rozłamie miano największej cerkwi otrzyma Kijów, bo prawosławie na Ukrainie liczne jest i najszybciej pozyskuje młodych wyznawców. Zatem idący „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” Kijów ma szanse zostać „Czwartym Rzymem”. Przynajmniej teoretycznie.
Praktyka może okazać się inna i bolesna. Moskwa będzie się tej autokefalii sprzeciwiać. Sprzeciw mogą wyrazić inne narodowe cerkwie prawosławne. Już teraz wstrzemięźliwość wobec kijowskich planów zasygnalizowały cerkwie serbska i polska.
Trudno też ocenić, ilu wiernych na Ukrainie zaakceptuje nową autokefalię. Już teraz istnieją tam trzy odrębne cerkwie. Jedna związana z Moskwą, dwie separatystyczne. Trudno ocenić, czy proces jednoczenia ukraińskich prawosławnych przez podział cerkwi moskiewskiej, przejdzie spokojnie czy wznieci wojnę religijną na Ukrainie?
Działania Kijowa są tez niezgodne z obecnie prowadzoną przez Watykan polityką wschodnią. Jej filarem jest plan porozumienia z patriarchatem moskiewskim, zorganizowanie spotkania papieża Franciszka i patriarchy Cyryla w Moskwie.
Administracja watykańska woli znaną od lat, przewidywalną, patriarchalną Moskwę, od nowej centrali w Kijowie. Obawia się też, że nowa, młoda, czyli ekspansywna ukraińska autokefaliczna cerkiew zechce zwiększyć swą kontrolę nad związanym z Watykanem ukraińskim kościołem grekokatolickim.
Zatem, jeśli władze w Kijowie zdecydują się iść „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” i „Czwartemu Rzymowi”, to Warszawa może demonstracyjnie odmrozić relacje z Moskwą. A dotychczasowym ukraińskim braciom życzyć przysłowiowego „krzyża na drogę”.

Turecka odpowiedź

Dochodzi do kolejnych napięć w obozie euroatlantyckim. Po nałożeniu wysokich ceł na tureckie towary przez USA, Ankara odpłaca pięknym za nadobne. Wszystko to na tle konfliktu dyplomatycznego.

 

Prezydent Turcji Recep Erdoğan wydał decyzję o znacznym podniesieniu poziomu taryf na część amerykańskich towarów. O 60 proc. wzrośnie cło na tytoń z USA, o 140 proc. – na alkohol i aż o 160 proc. na auta. Tureckie władze nie kryją, że jest to zamierzona odpowiedź na wcześniejsze działania USA. Wiceprezydent Fuat Oktay oznajmił wprost, że Ankara kieruje się „zasadą wzajemności” wobec Amerykanów. Jego zdaniem administracja USA dopuszcza się celowych ataków na turecką gospodarkę.

Oktay miał na myśli podniesienie ceł na import z Turcji do Stanów Zjednoczonych. Rozporządzenie w tej sprawie podpisał w ubiegłym tygodniu prezydent Donald Trump. Taryfy na turecką stal sięgają teraz 50 proc., a na aluminium – 20 proc. Cła i sankcje to środek najczęściej stosowany przez Trumpa wobec państw, z którymi pozostaje w konflikcie politycznym lub handlowym.