Koniec ery Erdoğana?

24 czerwca w niedzielę w Turcji odbywały się przyspieszone wybory parlamentarne i prezydenckie. Dla Turcji są one bardzo ważne, gdyż wraz z nimi zmienia się system rządów na prezydencki. Obywatele, obok parlamentu, wybiorą także prezydenta, w ręce którego powierzą całą władzę w kraju. Kraj wszedł w ostatni zakręt, sondaże pokazują, że stołek Erdoğana tym razem naprawdę jest zagrożony.

 

Drogę, która doprowadzi być może do kresu rządów Erdoğana, otworzył lider Partii Ruchu Narodowego (MHP) Devlet Bahçeli. Bahçeli, widząc rosnącą siłę Dobrej Partii, która powstała w wyniku rozłamu w jego partii, nie chciał tracić więcej elektoratu i w połowie kwietnia wezwał Erdoğana do przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Ten z kolei, widząc zbliżający się wielkimi krokami kryzys gospodarczy, z obawy przed jego potencjalnym przełożeniem na wybory, które miały być przeprowadzone w listopadzie 2019, odpowiedział na to wezwanie pozytywnie.

 

Na dobiegu

Po dwumiesięcznej, oszałamiającej kampanii do wyborów zostało tylko kilka dni. W wyborach prezydenckich wystartuje 5 kandydatów: Recep Tayyip Erdoğan jako kandydat Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz MHP, Muharrem İnce – z ramienia kemalistowskiej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP), Selahattin Demirtaş – jako przedstawiciel Ludowej Partii Demokratycznej (HDP) Meral Akşener – to z kolei kandydatka Dobrej Partii (İyi Parti), Temel Karamollaoğlu – Partii Szczęśliwości i Doğu Perinçek – Partii Patriotycznej. Według nowej ustawy do zwycięstwa potrzeba 50 proc. poparcie elektoratu. Jak podają sondaże (jeśli nie są one prorządowe) w pierwszym turze żaden z tych kandydatów nie uzyska takiego poparcia. Szacuje się, że Erdoğan uzyska najwyżej 45 proc. głosów, a İnce ok. 30 proc.

I tu się zaczyna czarny scenariusz, który spędza sen z powiek Erdoğana. Wszystkie partie opozycyjne ogłosiły bowiem, że jeśli będzie druga tura wyborów prezydenckich, to poprą Muharrema İnce. A ten, dzięki populistycznemu dyskursowi podczas kampanii uzyskał do tej pory więcej poparcia obywateli niż jego partia. Jako nauczyciel fizyki obiecuje ludziom m. in. nanotechnologię i przyciąga na swoje wiece dziesiątki tysięcy ludzi. Rządzący Turcją od prawie 16 lat Erdoğan, do dyspozycji którego są wszystkie instrumenty państwa, już nie mówi do wypełnionych po brzegi placów. Obiecuje wyborcom zniesienie stanu wyjątkowego trwającego od dwóch lat, mocniejszą gospodarkę oraz więcej wolności. İnce odpowiada na to: Kto cię powstrzymuje przed zniesieniem stanu wyjątkowego? Dlaczego zrobisz to po wyborach, a nie teraz? Więcej wolności i mocniejsza gospodarka? Przecież rządzicie od 16 lat i to samodzielnie. Dlaczego nie mogliście tego dokonać?

 

Wolność czy keksiki?

W XXI wieku Erdoğan w ramach kampanii obiecuje obywatelom ogrody ludowe, w których lud turecki wraz z dziećmi oraz wnukami będzie leżeć i się turlać, oraz kawiarnie ludowe, w których gości będzie się częstować darmowymi herbatami, ciastami, napojami o smaku pomarańczy czy cytryny. Na te obietnice İnce znowu odpowiada: „Ja mówię hak, hukuk, adalet – wolność, prawo, sprawiedliwość, a on mowi çay, kek, oralet – herbata, ciasto, napój o smaku owocowym. Kto chce ciasto, niech zagłosuje na Erdoğana, kto chce pracę w fabryce, niech zagłosuje na mnie”. Na razie wygląda na to, że w tym wzajemnym dogryzaniu sobie zyskuje W czarnym dla Erdoğanaİnce, jednak przed nim jeszcze daleka droga, żeby przegonić Erdoğana.
Jeśli chodzi o wybory parlamentarne, to partia Erdoğana AKP wystartuje z MHP pod nazwą Sojusz Ludu. Odpowiedź opozycji na ten krok nie była spóźniona. CHP, Dobra Partia oraz Partia Szczęśliwości stworzyły Sojusz Narodowy. To już pewne, że wszystkie te partie wejdą do parlamentu, jednak koszmar Erdoğana stanowi ewentualne przekroczenie progu wyborczego przez HDP. W takiej bowiem sytuacji AKP nie osiągnie większości parlamentarnej. Wedle zmian w konstytucji, które zostały wprowadzone po ubiegłorocznym głośnym referendum, prezydent m.in. będzie stać na czele rządu, samodzielnie będzie mianować ministrów oraz będzie miał prawo do wydawania dekretów z mocą ustawy. Jeśli prezydentem zostanie Erdoğan, to samodzielnie będzie rządził Turcją, nawet nie będzie potrzebował większości parlamentarnej. Ale jeśli HDP przekroczy 10-procentowy próg wyborczy, to AKP ma uzyskać 60 mandatów mniej.

 

Koniec z dekretami

Jeśli HDP w parlamencie będzie współpracować z Sojuszem Narodowym, Erdoğan nie będzie mógł rządzić krajem przez wydawanie dekretów, bo te mogą obowiązywać tylko do czasu stworzenia w tym samym temacie prawa przez parlament. Wiedząc o tej niebezpiecznej dla siebie sytuacji, obecny prezydent 9 czerwca podczas zamkniętego spotkania ze swoimi lokalnymi przedstawicielami w Stambule, powiedział: „Przyjaciele, nasza partia musi zupełnie inaczej pracować nad HDP. O tym nie będę rozmawiał na zewnątrz, tu z wami rozmawiam… Jeśli oni nie przekroczą progu wyborczego, to nasza sytuacja będzie znacznie lepsza. W związku z tym w każdej dzielnicy, moi przyjaciele, powinniście pracować nad nimi zupełnie inaczej.” Erdoğan nie wyjaśnił szczegółowo na tym spotkaniu, którego treść wyciekła do internetu, o jaką „pracę” mu chodziło.

 

Scenariusze

W przypadku przekroczenia progu wyborczego przez HDP, Erdoğan nie wyklucza ponownych przyspieszonych wyborów parlamentarnych, o których od jakiegoś czasu mówią posłowie AKP. Jednak najpierw prezydent, który podejmie tę decyzję, musi zostać wybrany. Jeśli w wyborach parlamentarnych opozycyjne partie – w tym HDP – uzyskają większość poparcia elektoratu, przystąpią do drugiej tury wyborów prezydenckich bardziej pewne i mocne. A zatem podczas wiecu Muharrema İnce, który odbył się w Diyarbakırze, uznawanym przez Kurdów za stolicę Kurdystanu, słowa o tym, że “W wyborach parlamentarnych dajcie nam – abyśmy nie zostali za progiem – 1 milion głosów, a my podczas drugiej tury przy wyborach prezydenckich zwrócimy to jako 6 milionów” wskazują na to, że będzie zażarta walka między obozem opozycyjnym a Erdoğana. Prezydent i jego sojusz wiele daliby, aby zamknąć tę sprawę w pierwszej turze.
Według ostatnich sondaży HDP może liczyć na poparcie w granicach 9-13 proc. Ze wskazanych powyżej powodów znaczenie obecności HDP w tureckim Meclisie jest ogromne i właśnie dlatego niektórzy z wyborców CHP – jak w ostatnich wyborach parlamentarnych – oddadzą głos na HDP. Dziś HDP jest trzecią siłą w parlamencie, wśród jej elektoratu są Kurdowie, alawici, lewicowcy, liberałowie, zwolennicy ochrony środowiska, obrońcy praw osób homoseksualnych oraz pobożni muzułmanie. Tysiące działaczy tej partii oraz 9 posłów, w tym poprzedni przewodniczący Selahattin Demirtaş oraz Figen Yüksekdağ od kilkunastu miesięcy znajdują się w więzieniu.

 

Nierówne warunki

Wybory te także przyniosły ze sobą nowości w prowadzeniu kampanii wyborczej. Gdy Erdoğan podczas kampanii wyborczej korzystał ze wszystkich możliwości państwa, wszyscy gubernatorzy, starostowie powiatowi, urzędnicy oraz większość burmistrzów są do jego dyspozycji, kiedy telewizja publiczna TRT oraz 90 proc. mediów prywatnych są pod jego kontrolą i wreszcie kiedy machina propagandowa działa pełną parą, aresztowany kandydat na prezydenta Selahattin Demirtaş organizował – być może po raz pierwszy na świecie – wiec telefoniczny. W więzieniu, korzystając z prawa dzwonienia do żony, zatelefonował do niej, a ta, znajdując się z gośćmi w domu, podłączyła aparat do głośnika i Demirtaş wygłosił swoje przemówienie. Cały wiec został nagrany, a następnie opublikowany w mediach społecznościowych.

Dla partii opozycyjnych walka przed niedzielnymi wyborami nie toczyła się sprawiedliwie i nadal się nie toczy. Mimo tego nie składały broni, próbowały walczyć do ostatniego tchu, bo wiedzą, że to już ostatnie wyście przed tunelem, który się nazywa tyrania.

Vendetta Erdoğana

Już od jakiegoś czasu Turcja straszyła, że wpuści imigrantów do Europy, jeżeli Grecja nie wyda jej ośmiu wojskowych, zaangażowanych w pucz z 2016 roku.

 

Grecja nie ugięła się: sąd postanowił uwolnić przebywających do tej pory w areszcie oficerów oraz rozpatrzyć ich wnioski o azyl. Doszedł do wniosku, że w Ankarze nie mogliby liczyć na sprawiedliwy proces, a ich życie byłoby zagrożone. Erdoğan nie zna litości: po nieudanym zamachu stanu do aresztów prewencyjnych trafiło 50 tys. osób, a 150 tys. pozwalniano z pracy. Za jakiekolwiek związki z Fethullahem Gulenem do dziś grozi więzienie. Ośmiu uciekinierów przedostało się do Grecji skradzionym śmigłowcem chwilę przed ostateczną klęską puczu.

Turcja kilkukrotnie zwracała się o ekstradycję puczystów – bez skutku. Obecnie Grecja zapewniła im ochronę policji. Przebywają w miejscu znanym tylko służbom.

Dlatego Erdoğan zdecydował się w akcie dyplomatycznej zemsty zawiesić umowę o readmisji (odsyłania) nielegalnych imigrantów.

Podpisano ją w 2001 roku i na jej podstawie tylko w ciągu ostatnich 2 lat odesłano z terenu Grecji ponad 1200 migrantów. O zawieszeniu umowy poinformował turecki minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu.

Jednocześnie zapewnił, że Turcja utrzyma w mocy inne porozumienie dotyczące uchodźców, zawarte w 2016 roku z Unią Europejską. Szef tureckiej dyplomacji oznajmił, że „wierzy w to, iż Grecja chciała wydać oficerów, ale zapewne uległa wpływom Zachodu”.