Merkel dała odpór

Wyjątkowa bezczelność, jaką było zgłoszone przez Ankarę kilka dni temu żądanie wydania przez RFN 69 tureckich dysydentów, znalazła swoją kontynuację podczas wizyty prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w Niemczech. Polityk pokazał, że zastrzeżenia strony niemieckich polityków dotyczące standardów praworządności i praw człowieka w jego kraju, nie są dla niego niczym ważnym.

 

Erdoğan został przyjęty na śniadaniu u prezydenta RFN Waltera Steinmeiera. W uroczystym przyjęciu mieli uczestniczyć politycy wszystkich opcji, które mają swoich przedstawicieli w Bundestagu. Tak się jednak nie stało, bo lewica z Die Linke oraz liberałowie z FDP zbojkotowali taką formą bliskości z dyktatorem.

Kolejny punktem wizyty było spotkanie z kanclerz Angelą Merkel. Podczas wspólnego spotkania z dziennikarzami unaoczniły się wyraźnie rozbieżności pomiędzy politykami. Przywódczyni Republiki Federalnej nie ukrywała, że liczy na sprawne rozwiązanie problemu aresztowanych w Turcji niemieckich obywateli. Mówiła o „głębokich różnicach” w stosunkach między obydwoma krajami, szczególnie w kwestii praworządności, praw człowieka i wolności prawa. Merkel odniosła się również do sprawy ruchu Fethullaha Gülena, którego członkowie są w Turcji represjonowani i wtrącani do więzień po rzekomym zamachu stanu w 2016 roku, który posłużył Erdoğanowi jako pretekst do rozprawy z najsilniejszą zorganizowaną pozaparlamentarną strukturą opozycyjną. Kanclerz oświadczyła, że nie widzi żadnego powodu, by uznać ruch duchownego za nielegalny.

Merkel nie dała tureckiemu satrapie żadnych złudzeń. Ekstradycji nie tylko nie będzie, ale kanclerz wezwała również do uwolnienia więźniów politycznych z tureckich więzień.

Aresztowania

„Nie jesteśmy niewolnikami” – do manifestacji robotniczej pod tym transparentem doszło w pobliżu kończącej się budowy trzeciego lotniska w Stambule, które według zapowiedzi prezydenta Recepa Erdogana ma być „największe na świecie”. Policja, wspomagana przez wozy pancerne, wdarła się nocą do hoteli robotniczych przy budowie. Według Konfederacji Rewolucyjnych Związków Zawodowych (DISK), aresztowano co najmniej 500 osób.

 

Manifestanci protestowali przeciw „skandalicznym” warunkom pracy, jak też przeciw warunkom życia w hotelach robotniczych. Według liczb oficjalnych, w czasie budowy lotniska zginęło 27 robotników, co protestujący uważają za „kłamstwo”. Związkowcy twierdzą, że liczba śmiertelnych wypadków przy pracy jest o wiele wyższa, z powodu lekceważenia przez władze elementarnych zasad BHP i „szalonego” tempa pracy narzuconego przez przedsiębiorstwa wykonawcze. Hotele urągają z kolei zasadom higieny – są pełne pluskiew i innych insektów.

Prezydent Erdogan zapowiedział w kwietniu, że olbrzymia budowa zakończy się w październiku. Pracuje przy niej 35 tys. osób, w tym 3 tys. inżynierów i pracowników administracyjnych. To jeden z gigantycznych projektów budowlanych przedsięwziętych na wniosek prezydenta. Na początek lotnisko ma obsługiwać 90 milionów pasażerów rocznie, by w 2013 r. osiągnąć zdolność 150 milionów.

Wczoraj wieczorem dyrekcja budowy opublikowała komunikat, według którego spotkała się z delegacją robotniczą i obiecała spełnić ich postulaty „jak najszybciej”. Dzisiaj jednak odmówiła komentarza na temat nocnych aresztowań. Na miejscu wejście do kompleksu hoteli robotniczych (w formie baraków) jest zablokowane przez siły bezpieczeństwa. Hasło „Nie jesteśmy niewolnikami” było dziś najczęściej dzielone na tureckim Twitterze, w solidarności z aresztowanymi.

Ostrzeżenie

Rosjanie przestrzegają USA przed prowokacją ataku chemicznego i tworzą „tarczę” nad Syrią z okrętów swojej floty na Morzu Śródziemnym.

 

Rosjanie ściągając w ostatnich miesiącach i tygodniach okręty z Floty Czarnomorskiej, Floty Bałtyckiej, Flotylli Kaspijskiej i Floty Północnej utworzyli potężne zgrupowanie sił morskich, operujące we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Skład i wyposażenie okrętów pływających pod banderą św. Andrzeja opodal Syrii, sprawiają, że eskadra ta może skutecznie przeciwstawić się operującej na Morzu Śródziemnym 6 Flocie US Navy, mimo jej wzmocnienia nie tak dawno przez grupę lotniskowcową na czele z USS „Harry Truman”. Rosyjski MON i ambasador Rosji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ przestrzegają zachodnich partnerów przed wyreżyserowaną prowokacją chemiczną na wzór tegorocznej w Dumie i w Chan Szeikhoun z roku 2017. Inscenizacja ataku chemicznego na rebeliantów, przypisanego wojskom rządowym ma być kolejny raz pretekstem, do przygotowywanego według Moskwy ataku sił USA, Wielkiej Brytanii i Francji na Syrię.

 

Generał Konaszenkow ujawnia fakty zdobyte przez GRU

W niedzielę 26 sierpnia, na specjalnej konferencji prasowej oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MON, generał Igor Konaszenkow poinformował, o zdobytych zapewne przez rosyjski wywiad wojskowy (Gławnoje Razwiedywatielnyje Uprawlienje) danych świadczących o przygotowywanej prowokacji użycia broni chemicznej na terenie Syrii. Przypisane ma to być armii rządowej i stać się pretekstem do nalotów USA na ten kraj. Według Rosjan przedstawiciele „Białych Kasków”, dostarczyli duży ładunek środków trujących do miasta syryjskiego Sarakaib. Warto przypomnieć, że to pseudohumanitarna organizacja, finansowana między innymi ze środków budżetu USA, której członkowie spreparowali tzw. atak chemiczny na szpital w Dumie. Po wyzwoleniu terenów południowej Syrii z rąk terrorystów przez wojska rządowe i rosyjskie, ludzi tych armia Izraela ewakuowała, na prośbę Waszyngtonu, Kanady i krajów europejskich z terytorium Syrii do Izraela, potem przekazała do Jordanii.

Owe środki trujące dostarczono dwoma ciężkimi ciężarówkami do magazynów organizacji rebelianckiej „Achrar Asz-Szam”. Jak później uzupełniał generał Aleksiej Cygankow – dowódca Rosyjskiego Centrum Rozejmowego dla walczących stron w Syrii, ciężarówki eskortowało 8 członków organizacji „Białe Kaski”, a na składzie oczekiwali na nich dwaj wysokiej rangi dowódcy polowi rebeliantów. Później część ładunku była przewieziona w inne miejsce stacjonowania bojowników w południowej części prowincji Idlib, gdzie planuje się dokonać inscenizacji użycia broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej. Oczywiście, „przypadkiem”, tak jak w Dumie, nastąpi to w świetle kamer zachodnich stacji TV, dysponujących łącznością satelitarną i trafi na pierwsze strony gazet, ekrany wiodących stacji TV i portali internetowych. Wzburzona drastycznymi obrazami porażonych gazem dzieci i kobiet opinia publiczna państw zachodnich zażąda „reakcji cywilizowanego świata na barbarzyństwo reżimu Asada”. Rządzący tylko na to czekają i rozpoczną się wówczas na Syrię naloty USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Generał Konaszekow poinformował też, że do miejscowości Chabit przybyli brytyjscy specjaliści z prywatnej firmy wojskowej „Oliva”, powiązanej z brytyjskim wywiadem. Dostarczono zbiorniki z chlorem. Wszystko to ma służyć inscenizacji zastosowania przez siły rządowe nalotu „bombami beczkowymi” z gazem bojowym czy też ostrzału rakietowego chlorem.

Rosyjski wywiad odnotował też, że na wody Zatoki Perskiej wpłynął niszczyciel US Navy, USS „Sullivans” klasy „Arleigh Burke” z 56 rakietami manewrującymi UGM-109 „Tomahawk”, zaś do bazy USA w Katarze przybył bombowiec strategiczny B1B z 24 rakietami manewrującymi AGM-158 JASSM. Według Rosjan świadczyć to ma o przygotowaniu Amerykanów do ataku lotniczo-rakietowego na Syrię.

 

Wasilij Niebienzia ostrzega na forum ONZ o cynicznych planach Wielkiej Brytanii

28 sierpnia odbyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ w kwestii zaostrzającej się sytuacji w Syrii, a konkretnie w kontrolowanej przez rebeliantów prowincji Idlib, będącej jedną ze stref deeskalacji. Warto w tym kontekście zauważyć, że 23 sierpnia do Moskwy przybył szef sztabu armii tureckiej, generał Hulusi Akar. Towarzyszył mu kierujący wywiadem Hakan Fidan i minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu. Po drugiej stronie stołu do rozmów zasiadł generał Siergiej Szojgu – szef rosyjskiego MON, Siergiej Ławrow – szef MSZ i sam prezydent Rosji Władimir Putin. Rosjanie na przestrzeni ostatnich tygodni regularnie są atakowani w bazie Chmejmim nalotami samolotów bezpilotowych wypuszczanych przez rebeliantów z prowincji Idlib, a wojska syryjskie i ludność cywilna – w tym miasto Allepo – podlega ostrzałowi rakietowemu. Przeszło 40 sztuk rebelianckich BSL zestrzeliły rosyjskie systemy przeciwlotnicze „Pancyr-S”. Wojska syryjskie i Rosjanie koncentrują się więc do ofensywy. Na dużej części strefy deeskalacji Idlib zabezpieczanej przez wojska tureckie działa syryjska filia terrorystycznej Al-Kaidy, czyli Front An-Nusra – organizacja uznana przez ONZ za terrorystyczną. Rosjanie ustalili z Turkami zasady „oczyszczenia” prowincji z sił terrorystów, a Turcja wynegocjowała ochronę obszarów kontrolowanych przez podległych sobie i od lat sponsorowanych przez Ankarę niektórych syryjskich ugrupowań rebelianckich.

Na posiedzeniu RB ONZ dyplomaci krajów zachodnich wyrazili zaniepokojenie losem ludności cywilnej w tym kobiet i dzieci w obliczu zbliżającej się ofensywy wojsk rządowych. Ambasadorzy Wielkiej Brytanii, Francji i USA zagrozili użyciem siły w przypadku zastosowania przez żołnierzy prezydenta Asada zabronionej konwencjami broni chemicznej i wezwali kraje tzw. „Procesu Astańskiego”, gwarantów strefy deeskalacji Idlib (Iran, Rosja, Turcja) o powstrzymanie Damaszku przed agresją na własnych obywateli. W odpowiedzi ambasador Rosji przy ONZ Wasilij Niebienzia przypomniał kolejny raz, że Syria zlikwidowała swoje arsenały chemiczne i takowej broni nie posiada. Przypomniał też, że poprzednie ataki na Syrię dokonane przez USA, Wielką Brytanię i Francję nie opierają się o dowody, a o cynicznie zaplanowane prowokacje jak zdemaskowana przez Rosjan prowokacja „Białych kasków” użycia broni chemicznej w mieście Duma. Szczegółowo rosyjski ambasador poinformował społeczność międzynarodową, na bazie informacji zdobytych przez rosyjski wywiad, o przygotowywanej nowej inscenizacji użycia broni chemicznej przez wojska rządowe, co ma stać się pretekstem do nalotów na Syrię. Przestrzegł on „zachodnich partnerów” przed tym cynicznym krokiem. Ambasador Wielkiej Brytanii kategorycznie odrzuciła te oskarżenia, powołując się na brytyjski MON. Przed posiedzeniem RB ONZ wydała zaś oświadczenie, nazywając informacje rosyjskiego MON „śmiesznymi i absurdalnymi, „fake newsami”, typowymi dla standardów rosyjskiej propagandy”. W odpowiedzi, Wasilij Niebienzia poinformował, że „rosyjskie Ministerstwo Obrony nie ma w nawyku wydawać absurdalnych, śmiesznych, fejkowych oświadczeń. Może to zwyczaj MON innych krajów, ale na pewno nie Rosji. Jeśli rosyjski MON coś mówi, to wie co mówi”. Rosyjski ambasador wcześniej informował o prowadzonej przez władze Syrii, wspieranej przez Rosjan, szerokiej akcji powrotu uchodźców do domów i o odbudowie zniszczonego wojną kraju. Zaapelował o realną pomoc humanitarną ludności Syrii wracającej do domów, nie uzależnianą od decyzji politycznych regulujących kwestie powojenne.

 

Potężny zespół rosyjskiej floty ochroni Syrię?

Na wschodnim akwenie Morza Śródziemnego, według dostępnych w mediach specjalistycznych informacji, operuje wydzielony zespół Floty Rosyjskiej, w ostatnich tygodniach silnie wzmocniony, w składzie kilkunastu okrętów. Z uwagi na fakt, że okręt flagowy Floty Czarnomorskiej, krążownik „Moskwa”, skierowano do remontu, z Floty Północnej przybył tu jego „bliźniak” – krążownik „Admirał Ustinow”. Okręt ten uczestniczył 31 lipca w defiladzie okrętów w Petersburgu z okazji Dniu Marynarki Wojennej Rosji i świeżo wszedł do służby po wieloletnim remoncie kapitalnym. Dysponuje nowocześniejszym i groźniejszym wyposażeniem i uzbrojeniem niż starsza „Moskwa”. Rosjanie, jak w okresie „zimnej wojny”, sformowali zespół okrętów „przykryty” wielowarstwową obroną przeciwlotniczą. Daleką rubież zabezpiecza morski odpowiednik nie mającego konkurencji na świecie systemu S-300 „Fort” z krążownika „Marszał Ustinow”, o zasięgu rażenia celów lotniczych i rakietowych do 300 km. Okręt ten stanowi „jądro” zespołu. Kolejny krąg zabezpieczają systemy średniego zasięgu, czyli ok. 50 kilometrów typu „Sztil” na najnowszych fregatach jak „Admirał Essen” czy „Admirał Makarow”. Ostatnią linią zabezpieczenia przez środkami napadu powietrznego, w tym rakietami przeciwokrętowymi, stanowi szereg systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu typu „Kinżał” czy „Kortik”. Zespół rosyjskich okrętów może liczyć też na osłonę powietrzną z nieodległej bazy lotnictwa rosyjskiego w Syrii w Chmejmim. Okręty rosyjskie zdolne są do projekcji siły w promieniu do 2500 km, a więc dalece większym niż wsparcie operacji lądowej w prowincji Idlib. Rosyjskie „Kalibry” mają w zasięgu bazy lotnicze USA, Wielkiej Brytanii w Jordanii, Kuwejcie, Iraku, Katarze czy na Cyprze oraz w Arabii Saudyjskiej. Sięgają też baz okrętów NATO w Grecji, Włoszech czy portów Francji. Co istotne, Rosjanie mogą liczyć w zaistniałej sytuacji politycznej na życzliwą postawę Turcji, skądinąd członka NATO. Przez Cieśniny Dardanele i Bosfor, co sygnalizują niezależni eksperci, w ostatnich tygodniach intensywnie kursuje „Syryjski Ekspress”, czyli zespół rosyjskich okrętów transportowych i desantowych dostarczających zaopatrzenie dla armii rosyjskiej i syryjskiej z portów Morza Czarnego do Tartus. Na portalach militarnych z regionu pojawiły się zdjęcia prawdopodobnego przebazowania dodatkowych rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-300 WM „Antiej-2500”. Co do sił morskich w szczególności opodal Syrii znajdują się:
1. Krążownik Rakietowy „Marszał Ustionow” – okręt flagowy – świeżo po kapitalnym remoncie krążownik projektu 1164 „Atlant” zwany „mordercą lotniskowców”. Uzbrojony jest między innymi w 64 rakiety przeciwlotnicze S-300F „Fort” i 16 naddźwiękowych rakiet P-1000 „Vulkan” o zasięgu 1000 km, prędkości 2660 km/h przenoszących głowice bojowe o masie 500 kg lub jądrowe o sile 350 KT.
2. Niszczyciel rakietowy „Siewieromorsk”, okręt typu „Udałoj” – na pokładzie ma między innymi 2 śmigłowce, 8 rakietotorped „Rastrub” i 8 wyrzutni po 8 rakiet (łącznie 64) przeciwlotniczego systemu „Kindżał”, odpowiednik lądowego systemu krótkiego zasięgu „Tor”.
3. „Pytliwyj” – fregata rakietowa projektu 1135M „Kriwak III”, wyposażona między innymi w rakietotorpedy „Rastrub”
4. Fregata „Jarosław Mudryj”, to nowoczesny okręt z 8 wyrzutniami przeciwokrętowych manewrujących rakiet skrzydlatych Ch-35, 4 wyrzutniami z 8 rakietami systemu p-lot „Kindżał” , 2 systemami „Kortik” i śmigłowcem Ka-27.
5. Fregata „Admirał Makarow” – najnowszy rosyjski okręt wojenny tej klasy projektu 11356 zbudowany według współczesnych zasad projektowania. Powstał z nowoczesnych materiałów w technologii „stealth”. Wyposażony jest między innymi w 24 rakiety przeciwlotnicze systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i 8 rakiet „Kalibr” NKE lub „Oniks” oraz śmigłowiec Ka-31.
6. Fregata „Admirał Essen”, także okręt projektu 11356 – przenosi 8 manewrujących rakiet „Kalibr” o zasięgu ok. 2500 km lub przeciwokrętowych „Oniks”, 36 rakiet przeciwlotniczych systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i śmigłowiec Ka-31
7. Fregata „Admirał Grigorowicz – bliźniak „Admirała Essena” dane jw.
8, 9, 10 – małe okręty rakietowe „Wysznij Wołoczek”, „Grad Swijażsk” i „Wielikij Ustjug” – okręty projektu 21631 czyli „Bujan-M” . Małe okręty Flotylli Kaspijskiej, ale „zjadliwe” – na pokładzie przenoszą po 8 rakiet manewrujących „Kalibr NK” o zasięgu ok 2500 km
11, 12 to wyśmienite, groźne okręty podwodne o napędzie klasycznym „Wielikij Nowgorod” i „Kolpino” projektu 636 „Warszawianka”, każdy z 18 rakietami „Kalibr” różnych typów lub torpedami na pokładzie.
13 – podwodny krążownik o napędzie jądrowym projektu 949A „Antiej” przeznaczony do niszczenia lotniskowcowych grup uderzeniowych marynarki wojennej USA na czele z lotniskowcami klasy „Nimitz” – wyposażony w 72 rakiety skrzydlate P-800 „Oniks” o prędkości 2,6 Ma i zasięgu do 500 km
Na redzie bazy Tartus zaobserwowano też dwa trałowce Floty Czarnomorskiej „Walentyn Pikul” i „Turbinist” oraz duże okręty desantowe projektu 1171 „Nikołaj Filiczenkow” i „Orsk”.

Jak dobitnie widać, Moskwa w sposób zaplanowany i skoordynowany skoncentrowała potężny zespół floty, aby zniechęcić Amerykanów do kolejnych ataków na syryjskie wojska rządowe. Napływające jednak w ostatnich dniach informacje nie wskazują, aby Waszyngton spasował. Na terenie Syrii, kontrolowanym przez Kurdów i wojska USA, Francji oraz Wielkiej Brytanii, Amerykanie rozmieszczają radary obrony przeciwlotniczej, co może być elementem tworzenia przez nich „strefy zakazu lotów” i dalszej eskalacji rywalizacji militarnej z Rosjanami w Syrii. Jeśli nawet „strefa zakazu lotów” nie zostanie ogłoszona – wariant ofensywny, to instalacje te służą ewidentnie umocnieniu pozycji, skądinąd bezprawnej na gruncie prawa międzynarodowego, obecności wojsk USA, na zajętych przez Amerykanów i ich protegowanych obszarach Syrii.

Tak czy inaczej, wraz z rozpoczęciem się zbliżającej się w najbliższych dniach ofensywy wojsk rządowych i Rosjan na pozycje ugrupowań terrorystycznych w prowincji Idlib, rozgrywka mocarstw zaostrzy się. O wycofaniu się wojsk USA z Syrii, o co apelują Damaszek i Moskwa, uregulowania sytuacji w obozie uchodźców Rukban w kontrolowanej przez wojska USA i Wielkiej Brytanii na pograniczu z Jordanią nie ma mowy. A to z Rukban prowadzą rajdy terroryści ISIS i tam znikają przed syryjskim pościgiem, który jak się zapędzi, bombardowany jest przez samoloty US Air Force. Rozpoczęła się też eksploatacja syryjskich złóż ropy naftowej przez kontrolowanych przez USA rebeliantów SDF – w większości Kurdów. Do jakiej rafinerii trafia owa kradziona ropa jeszcze nie ustalono, ale to materiał na inny obszerny artykuł.

Sekret pastora Brunsona

Strzały w kierunku ambasady USA padły, gdy Ankara jeszcze spała. Ktoś otworzył ogień z przejeżdżającego auta, i choć pozostały po tym tylko dziury w ścianie, w kontekście obecnego napięcia między Turcją a Stanami Zjednoczonymi incydent wszystkim wyostrzył zmysły. „Ten atak to próba stworzenia chaosu” – mówił rzecznik tureckiego prezydenta. W istocie jednak czynnik chaosu już dawno wtargnął do regionu, a teraz grozi pęknięciem w NATO, które niemal niezauważalnie stało się nieuniknione.

 

Kryzys amerykańsko-turecki ma nieoczekiwanych beneficjentów. Przykładowo w mijającym tygodniu wyszła z więzienia i dostała pozwolenie na opuszczenie Turcji 34-letnia dziennikarka Mesale Tolu, Niemka pochodzenia tureckiego oskarżona o pracę propagandową i przynależność do tureckiej Marksistowsko-Leninowskiej Partii Komunistycznej, nielegalnej, bo uważanej za „terrorystyczną”. Tydzień wcześniej Turcy uwolnili dwóch greckich żołnierzy i szefa lokalnego oddziału Amnesty International. W ten sposób po kolei usuwają punkty zapalne w stosunkach z Europą. Potrzebują sojuszników w dyplomatyczno-gospodarczym konflikcie z imperium amerykańskim.

Inni jeszcze bezpośredni beneficjenci to zachodni turyści, dla których Turcja stała się bajecznie tania. Tę wakacyjną korzyść zawdzięczają prezydentowi Stanów Zjednoczonych, który jednym podpisem podwoił degrengoladę tureckiej liry, waluty, która nie przestaje odtąd wisieć na włosku. Donald Trump, podnosząc w tym miesiącu cła na turecką stal i aluminium nie myślał oczywiście o turystach. Oficjalnym powodem, oprócz jego mantry „America first”, tj. domniemanej ochrony amerykańskiego runku wewnętrznego, był los 50-letniego pastora Andrew Brunsona, którego Turcja nie chce uwolnić bez „odpowiedniej” wymiany. Niezależnie od tego, czy chodzi tu o niewinnego duchownego (jak twierdzą Amerykanie), czy o szefa „równoległej” siatki CIA w Turcji (to wersja tureckiej prokuratury), czy ów pretekst Trumpa jest wiarygodny, czy nie, w osobie Brunsona, choćby przez zainteresowanie mediów, ogniskuje się amerykańsko-turecki kryzys. Jego przyczyny znajdują się jednak gdzie indziej, daleko poza miejscem zatrzymania pastora.

 

Nóż w plecy

Dojście do władzy Donalda Trumpa w Ameryce sprawiło, że państwa przyklejone tradycyjnie do największego imperium mają tylko dwa sposoby na dobre z nim stosunki. Albo wykazują totalne poddanie, jak m.in. Polska ze swoją żałosną pozycją dalekiego satelity, albo są skazane na polityczną ekwilibrystykę: trzeba zadowolić Trumpa bez narażania się na kłopoty ze strony Kongresu (lub odwrotnie) i jeszcze uniknąć zmasowanej krytyki amerykańskich mediów, które zmieniły opozycję wobec prezydenta w obsesję. Ta sztuka udaje się tylko Beniaminowi Netanjahu. Reszta przekonała się już wymownie, że nawet ugruntowane historycznie sojusze zależą wyłącznie od imperialnego widzimisię. Turcja, która dysponuje drugą po Stanach najsilniejszą armią NATO, znalazła się w tym gronie jako pierwsza.

Kiedy Trump podpisał antytureckie sankcje polityczno-gospodarcze, prezydent Recep Erdoğan postanowił zadawać retoryczne pytania w New York Timesie: „Jesteśmy razem w NATO, a wy wbijacie nóż w plecy waszego strategicznego partnera? Jak coś takiego może być zaakceptowane?”. Do tego nie omieszkał „lojalnie” ostrzegać, że jeśli Stany uprą się przy „asymetrycznych stosunkach” (tj. wymaganiu podległości Turcji), przekonają się, że „Turcja ma alternatywy” i „zacznie szukać nowych przyjaciół i sojuszników”.

Tak naprawdę Turcy już od kilku lat mówią o różnych amerykańskich „nożach w plecy” i równie długo sondują sojusznicze alternatywy. Przełomem stała się wojna w Syrii i nieudany zamach stanu przeciw Erdoğanowi sprzed dwóch lat.

 

Co nie podoba się Turkom?

Właściwie Turkom nie podoba się Ameryka jako taka: dziś, jeśli wierzyć sondażom, tylko niecałe 10 proc. widzi w niej jeszcze sojusznika. To po części owoc nacjonalistycznej pro-Erdoğanowskiej propagandy, ale i dość trzeźwego spojrzenia geopolitycznego. Pierwszym „nożem w plecy” w politykę turecką było w trzecim roku syryjskiej wojny odwrócenie się Amerykanów od Państwa Islamskiego (PI), by sprzymierzyć się z syryjskimi Kurdami, za pomocą których USA opanowały syryjskie pola naftowe na wschodnim brzegu Eufratu. Wcześniej Turcja była pewna, że Amerykanie po cichu popierają PI przeciw władzom syryjskim, gdyż przecież właśnie ich obalenie było politycznym priorytetem USA. Dlatego Turcy bez przeszkód handlowali ropą z PI, próbowali się układać, a nawet otworzyć jego konsulat w Stambule. Z ich punktu widzenia było to wskazane tym bardziej, że PI walczyło z Kurdami, „odwiecznymi” wrogami Turcji wewnątrz i na zewnątrz kraju, jeśli tylko mają coś wspólnego z PKK, Partią Pracujących Kurdystanu, którą przecież również Amerykanie uważają oficjalnie za „terrorystów”.

I oto Stany Zjednoczone w 2014 r. wzięły sobie tych „terrorystów” za sojuszników i zaczęły i zbroić ich na potęgę, choć PYD – Partia Unii Demokratycznej syryjskich Kurdów w pełni dzieli idee (i ludzi) z turecką PKK, uważaną za „żywotne” zagrożenie dla państwa tureckiego. Był to olbrzymi szok dla tureckich polityków, chociaż zdawali sobie sprawę, że Amerykanie traktują Kurdów tylko jako instrumenty swej bieżącej polityki. Mało tego, nie dość, że Rożawa – federacja polityczno-terytorialna syryjskich Kurdów – rosła w siłę, a z nią PKK, to w lipcu 2016 r. doszło do zamachu na władzę Erdoğana, za którym, jak nie przestają podejrzewać Turcy, stali Amerykanie, konkretnie administracja Obamy i jej tajne służby.

Nawet jeśli nie zrobili tego bezpośrednio, to mieli przymknąć oko na działalność polityczną charyzmatycznego Fethullaha Gülena, zdeklarowanego wroga Erdoğana przebywającego na wygnaniu w Pensylwanii, który miał ten zamach zaplanować. Erdoğan, w końcu cieszący się autentycznym ludowym poparciem, nie mógł tego przełknąć, jednak miał nadzieję, że zmiana prezydenta USA przywróci dawny porządek. Tak się jednak nie stało. Turcja przesłała do Waszyngtonu 80 kartonów z dowodami zamieszania Gülena w fatalny zamach, by uzyskać jego ekstradycję, ale jak zwykle padło „nie ma mowy”.

 

Co nie podoba się Amerykanom?

Stany Zjednoczone, wcześniej nieco zdenerwowane ujawnianiem przez Turcję ich współpracy z PI, próbowały jakoś, jeszcze za czasów pierwszego szefa trumpowskiej dyplomacji Tillersona, załagodzić turecki gniew, oddając jej bez problemu Afrin (część kurdyjskiej Rożawy w Syrii), ale teraz wojsko tureckie stoi z naładowaną bronią dosłownie naprzeciw amerykańskiego na północy Syrii, gdyż USA nie chcą oddawać reszty posiadłości kurdyjskich w obawie utraty lokalnego sojusznika, który im pomaga okupować całą wschodnią Syrię. Ale ten potencjalny punkt zapalny to jeszcze nic, w porównaniu z regularnym już porozumiewaniem się Turcji z Rosją i Iranem, które stanowi zagrożenie dla całości interesów amerykańskich w Syrii.

Nie dość tego. Erdoğan mnoży deklaracje propalestyńskie chcąc wzmocnić swoje ambicje przywódcze w muzułmańskim świecie sunnickim, kosztem Arabii Saudyjskiej, która już jawnie idzie na współpracę z Izraelem. Inaczej mówiąc, szkodzi dwóm pierwszoplanowym sojusznikom USA w regionie. Ba, Turcja ogłosiła, że ma w nosie amerykańskie sankcje przeciw Iranowi, że będzie z nim mimo wszystko handlować, co całą trójkę Arabia-Izrael-Stany doprowadziło już do białej gorączki.

W końcu „bezczelna Turcja” poważyła się na coś, co sami Amerykanie uważają za „nóż w plecy” swych tradycyjnych wpływów: porozumiała się z Wenezuelą omijając amerykańskie embargo – prowadzi wspólne interesy petrochemiczne, zdecydowała się nawet przyjąć wenezuelskie złoto narodowe do swoich banków (zamiast szwajcarskich), by je uchronić przed ewentualnym zajęciem przez Zachód. Kupno przez Turcję rosyjskiego systemu antyrakietowego S-400, w zasadzie niezgodnego z systemami NATO, to już tylko wisienka na torcie amerykańskich zarzutów.

 

A pastor ?

Los pastora Brunsona, którym media tłumaczą kryzys amerykańsko-turecki, wydaje się mało ważny w porównaniu z tą geopolityczną szarpaniną. Z jakichś jednak powodów Turcy uważają go za bardzo istotną kartę przetargową – chcieli go najpierw wymienić za samego Gülena. Potem zaproponowali Trumpowi, że wymienią go za odstąpienie od procedury przeciw tureckiemu bankowi państwowemu Halkbank, na który USA chcą nałożyć dziesiątki miliardów dolarów kary za domniemane łamanie sankcji przeciw Iranowi, w końcu za uwięzionego w Stanach szefa tego banku. Znowu odpowiedzią była odmowa. Uderzenie gospodarcze Trumpa w Turcję motywowane „wolnością dla Brunsona” przynosi radość turystom, ale odbija się przede wszystkim na najmniej zarabiających Turkach i zwiększa bezrobocie – postać pastora stała się nagle ważna dla milionów ludzi.

Dla tureckich mediów, w ogromnej większości oddanych Erdoğanowi, pastor Brunson to nie żaden misjonarz, tylko wysoki oficer CIA. Jego domniemane zdjęcia z amerykańskiej inwazji Iraku, gdzie miał zajmować się rabunkiem złota irackiego banku centralnego, obiegają turecki internet. Podobnie jak zeznania różnych świadków, według których miał on porozumiewać się z ludźmi Gülena w Turcji w czasie przygotowań do zamachu stanu, utrzymywać kontakty z jego tajną organizacją i nawet z Kurdami z PKK. Być może administracja amerykańska „obudziła się” w kwestii Brunsona tylko dlatego, że należy on do tego samego małego Kościoła neoewangelickiego (ok. 70 tys. wyznawców), co nowy szef amerykańskiej dyplomacji i były szef CIA Mike Pompeo. Niemniej dla większości analityków, pozostaje on tylko poręcznym pretekstem dla konkretnych ruchów politycznych, nawet gdyby rzeczywiście krył się za nim jakiś szpiegowski sekret.

 

Chaos walutowy

Tak, czy inaczej, podziemna wojenka amerykańsko-turecka trwa. Załamanie tureckiej liry powinno teoretycznie zmusić Turcję do klasycznego rozwiązania, czyli pożyczki w Międzynarodowym Funduszu Walutowym (MFW), którego USA są głównym akcjonariuszem. Czyli – do upokorzenia. Na razie Turcy zagrali USA na nosie, przyjmując od Kataru, ostatnio wroga Arabii, 15 miliardów dolarów na ratowanie swej waluty (od MFW dostaliby w najlepszym przypadku nieco ponad 10), Chiny też pomagają, ale to oczywiście nie koniec historii.
Wraz z sankcjami przeciw Turcji, nowymi amerykańskimi groźbami przeciw jej walucie i wzrostem stóp procentowych w USA mocną słabną niemal wszystkie waluty krajów rozwijających się – rupia indyjska, argentyńskie i meksykańskie peso, brazylijskie reale, południowoafrykańskie randy. Niezadowolenie z amerykańskiej hegemonii może więc zrodzić nowe układy międzynarodowe, bardziej wielostronne. Wyjście Turcji z NATO nie jest tak nieprawdopodobne, jak się dziś uważa.

 

Konfrontacja na północy

Turcja jest zdecydowanie przeciwna planowanej przez Syrię i Rosję ofensywie na region Idlibu, będący ostatnią po zachodniej stronie Eufratu częścią Syrii okupowaną przez dżihadystów. Do Moskwy udała się na rozmowy delegacja turecka, by o tym rozmawiać.

 

„Rozwiązanie militarne spowodowałoby katastrofę nie tylko dla regionu Idlibu, lecz również dla przyszłości Syrii. Walki mogą trwać długo, cywile mogą ucierpieć” – argumentował Mevlüt Cavusoglu, szef tureckiej dyplomacji na konferencji prasowej w Moskwie, u boku swego rosyjskiego odpowiednika Siergieja Ławrowa. Cavosoglu przyznał jednocześnie, że „to ważne, by terroryści przestali szkodzić, to ważne również dla Turcji, bo znajdują się oni po drugiej stronie naszej granicy. Są dla nas zagrożeniem”. Dlaczego więc Turcja nie chce walk w regionie Idlibu?

Region jest tzw. strefą deeskalacji w Syrii, ustanowioną w czasie negocjacji pokojowych w Astanie, między Rosją, Syrią, Turcją, Iranem i przedstawicielami rebeliantów. To do Idlibu kierowano oddziały islamskich radykałów, które po rokowaniach poddawały się na skutek ofensyw syryjsko-rosyjskich we Wschodniej Gucie i innych regionach południowo-zachodniej Syrii. W efekcie w idlibie stacjonują oddziały syryjskiej Al-Kaidy (pod nazwą Hajat Tahrir al-Szam), stanowiące tam ok. 60 proc. dżihadystów oraz liczne inne oddziały terrorystyczne, w tym Państwo Islamskie (PI). Poza tym stacjonują tam wojska tureckie, które ustanowiły liczne punkty obserwacyjne i brytyjskie oddziały specjalne wspomagające Al-Kaidę.

Turcja nie chce syryjsko-rosyjskiej ofensywy na Idlib, gdyż część grup rebelianckich popiera Turcję i przede wszystkim stanowi przeciwwagę dla Kurdów, czyli pozostaje tureckim sojusznikiem w walce przeciw autonomicznej federacji kurdyjskiej w Syrii. Turcja uważa ją za część tureckiej PKK – Partii Pracujących Kurdystanu, która „zagraża jedności Turcji”. Poza tym Turcy obawiają się kolejnej fali syryjskich uchodźców.

Problem w tym, że region Idlib nie stał się „strefą deeskalacji”, jak przewidywały ustalenia z Astany. Dżihadyści w Idlibie nierzadko walczą między sobą sprawiając, że życie cywilów stało się tam nieznośne, lub atakują syryjskie okolice tej prowincji. Ponadto od kilku miesięcy dokonali ok. 50 ataków dronowych na położoną niedaleko rosyjską bazę lotniczą w Chmejmim. Rosjanie odparli wszystkie te ataki, ale podejrzewają, że dżihadystom pomagają Brytyjczycy, więc, że nie będą one mieć końca, dopóki Idlib nie zostanie wyzwolony.

Armia syryjska już na początku tego miesiąca zasypała Idlib ulotkami wzywającymi do poddania, ale raczej nie przeprowadzi ataku bez konsultacji i umowy z Turkami. Dziś po południu turecką delegację przyjął prezydent Putin. Turcy proponują coś pośredniego: eliminację części dżihadystów, ale bez frontalnej ofensywy rosyjsko-syryjskiej. Putin powiedział po spotkaniu, że „rozmowy postępują”, jednak nie ujawnił, co do tej pory ustalono.

Wojna polsko-ukraińska pod krzyżem na drogę

Wystrzał ostrzegawczy poszybował z Warszawy w stronę Kijowa. Odpalił go poseł Kornel Morawiecki, „Marszałkiem seniorem” zwany. Były lider „Solidarności Walczącej”, ideowy antykomunista, obecny lider kanapowego koła parlamentarnego. A także ojciec pana premiera Mateusza Morawickiego.
Powiedział on w publicznych wywiadach dla mediów polskich i rosyjskich to, za co inny obywatel IV RP mógłby zostać szybko aresztowany. I oskarżony o agenturę rosyjskich wpływów.
Rzekł on bowiem: Rosja nie prowadzi agresywnej polityki”. Wojna na Ukrainie to „w pewnym sensie wojna domowa, zderzenie dwóch racji /…/ Na Krymie pierwsi kamieniem rzucili Rosjanie, ale wcześniej w Kijowie obalono demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza, który na prorosyjskim wschodzie i południu kraju miał ogromne poparcie. /…/ Krym został przejęty przez Rosjan bez walki. Ukraińskie wojsko przeszło na stronę Moskwy. Mieszkańcy Krymu wyrazili swą wolę w referendum”.
I stwierdził dobitnie: „Rosja nie ma żadnego interesu w tym, żeby użyć siły militarnej przeciwko Polsce. Rosjanie od czterech lat bronią się rękami i nogami, żeby tylko nie zająć Doniecka, to cóż dopiero mówić o agresji na Polskę /…/ Gazociąg Północny to efekt fatalnej polityki wschodniej Warszawy. Rosjanie chcieli przeprowadzić drugą nitkę Jamalu przez Polskę. Myśmy sie na to nie zgodzili, bo gazociąg miał iść nie przez Ukrainę, tylko przez Białoruś. Gdybyśmy nie postawili interesów Kijowa ponad naszymi, Rosjanie nie musieliby dogadywać się z Niemcami. A teraz będziemy przepłacać za amerykański gaz /…/ Nasza polityka zagraniczna sprowadza się niestety do odgrywania roli marionetki Waszyngtonu.
I na koniec snuje program takiej współpracy: Europa traci swą moc. Mogłaby ją odzyskać, gdyby połączyła się z Rosją. Jeśli do tego nie dojdzie, to wielki potencjał Syberii z czasem wpadnie w ręce Chin. Tylko w połączeniu z Rosją i jej ogromnym potencjałem Europa może stać się światową potęga – w sensie duchowym, gospodarczym, militarnym. Tylko taki sojusz zapobiegnie ostatecznej groźbie kolejnej wojny światowej z udziałem broni jądrowej, która doprowadzi do zniszczenia podstaw cywilizacji.
Ale taka Unia Europejska z Rosją nie jest obecnie możliwa , bo również rosyjskie władze i rosyjskie media nastawiają Rosję przeciwko Polakom. To przykre, że nieporozumienie psuje relacje z dwoma największymi narodami w regionie.
Głos Morawieckiego seniora zainicjował dyskusję wewnątrz elit PiS o przyszłej ich polityce wschodniej.
W przyszłym roku odbędą się prezydenckie wybory na Ukrainie. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ekipa prezydenta Petro Poroszenki straci władzę. Głoszony przez nią postulat wejścia Ukrainy do UE i NATO też traci tam zwolenników. Ale ochłodzenie miłości do Zachodu nie równa się wzrostowi sentymentu do Rosji. Nawet w tradycyjnie prorosyjskich regionach antymoskiewskie nastroje wzrosły. Rosja nie jest postrzegana jako brat, zwłaszcza Wielki Brat, lecz jedynie jako sąsiad. Trudny we współżyciu, ale znany od lat. Dobry partner do biznesu, ale na równoprawnych warunkach.

 

Trzecia droga

Na Ukrainie zwycięża koncepcja „Trzeciej Drogi”. Pisałem o niej jeszcze przed Majdanem, bo była wtedy popularna w środowiskach politologów i publicystów. Teraz rozpleniła się na fali rosnących nacjonalistycznych nastrojów.
Jej zwolennicy tak mówią. Skoro nie chcemy być młodszym bratem Moskwy, skoro nie chce nas Unia Europejska, to pójdźmy własna drogą. Bądźmy taką „drugą Turcją”. Bądźmy jak Turcja zintegrowani gospodarczo z Unią Europejską, ale bez przyjmowania obcych nam wartości „Gejoeuropy”. Bądźmy, jak Turcja, w sojuszu wojskowym z USA, bądźmy ich flanką wojskową, co nam da gwarancje bezpieczeństwa wobec Moskwy. Nie odpuszczamy Krymu i Donbasu, ale sprawę powrotu tych terytorium odłóżmy na przyszłość. Nie będziemy zakładnikami tego problemu. Dzięki temu odmrozimy kontakty i współpracę gospodarczą z Rosją. Ale nie zahamujemy budowy ukraińskiej tożsamości narodowo – kulturalnej.
Zwolennicy „Trzeciej Drogi” i „Drugiej Turcji” chcą być jak to sprytne ciele, które będzie jednocześnie ssać cycek europejski, chiński, amerykański, i nie pogardzi jeszcze rosyjskim. Chcą być geopolitycznym, aktywnym mostem pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Brukselą i Moskwą.
Jeśli na Ukrainie wygrają zwolennicy „Drugiej Turcji”, to Warszawa przestanie być potrzebna w Kijowie jako adwokat ukraińskich interesów w Brukseli. Dostrzegły to już elity PiS i pan Naczelnik Polski. Marginalizacja roli Warszawy w oczach Kijów i brak relacji Polski z Rosją grozi totalną klęską polityki wschodniej elit PiS.

 

Czwarty Rzym

Ważnym filarem „drugiej Turcji” ma być autokefalia Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. W kwietniu administracja prezydenta Poroszenki poinformowała, że Święty Synod Patriarchatu Ekumenicznego w Konstantynopolu zaakceptował rozpatrzenie prośby władz Ukrainy o nadanie jej cerkwi autokefalii. Czyli uniezależnienia administracyjnego ukraińskich prawosławnych od patriarchatu w Moskwie. Prośba ta szybko została przychylnie skomentowana przez tytularnego zwierzchnika światowego prawosławia, Bartłomieja patriarchę Konstantynopola.
Co to oznacza dla chrześcijan za naszą wschodnią granicą? Autokefalia ukraińskiej cerkwi osłabia cerkiew moskiewską. Największą na świecie, zwaną często „Trzecim Rzymem”.
Prawdopodobnym jest, że po rozłamie miano największej cerkwi otrzyma Kijów, bo prawosławie na Ukrainie liczne jest i najszybciej pozyskuje młodych wyznawców. Zatem idący „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” Kijów ma szanse zostać „Czwartym Rzymem”. Przynajmniej teoretycznie.
Praktyka może okazać się inna i bolesna. Moskwa będzie się tej autokefalii sprzeciwiać. Sprzeciw mogą wyrazić inne narodowe cerkwie prawosławne. Już teraz wstrzemięźliwość wobec kijowskich planów zasygnalizowały cerkwie serbska i polska.
Trudno też ocenić, ilu wiernych na Ukrainie zaakceptuje nową autokefalię. Już teraz istnieją tam trzy odrębne cerkwie. Jedna związana z Moskwą, dwie separatystyczne. Trudno ocenić, czy proces jednoczenia ukraińskich prawosławnych przez podział cerkwi moskiewskiej, przejdzie spokojnie czy wznieci wojnę religijną na Ukrainie?
Działania Kijowa są tez niezgodne z obecnie prowadzoną przez Watykan polityką wschodnią. Jej filarem jest plan porozumienia z patriarchatem moskiewskim, zorganizowanie spotkania papieża Franciszka i patriarchy Cyryla w Moskwie.
Administracja watykańska woli znaną od lat, przewidywalną, patriarchalną Moskwę, od nowej centrali w Kijowie. Obawia się też, że nowa, młoda, czyli ekspansywna ukraińska autokefaliczna cerkiew zechce zwiększyć swą kontrolę nad związanym z Watykanem ukraińskim kościołem grekokatolickim.
Zatem, jeśli władze w Kijowie zdecydują się iść „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” i „Czwartemu Rzymowi”, to Warszawa może demonstracyjnie odmrozić relacje z Moskwą. A dotychczasowym ukraińskim braciom życzyć przysłowiowego „krzyża na drogę”.

Turecka odpowiedź

Dochodzi do kolejnych napięć w obozie euroatlantyckim. Po nałożeniu wysokich ceł na tureckie towary przez USA, Ankara odpłaca pięknym za nadobne. Wszystko to na tle konfliktu dyplomatycznego.

 

Prezydent Turcji Recep Erdoğan wydał decyzję o znacznym podniesieniu poziomu taryf na część amerykańskich towarów. O 60 proc. wzrośnie cło na tytoń z USA, o 140 proc. – na alkohol i aż o 160 proc. na auta. Tureckie władze nie kryją, że jest to zamierzona odpowiedź na wcześniejsze działania USA. Wiceprezydent Fuat Oktay oznajmił wprost, że Ankara kieruje się „zasadą wzajemności” wobec Amerykanów. Jego zdaniem administracja USA dopuszcza się celowych ataków na turecką gospodarkę.

Oktay miał na myśli podniesienie ceł na import z Turcji do Stanów Zjednoczonych. Rozporządzenie w tej sprawie podpisał w ubiegłym tygodniu prezydent Donald Trump. Taryfy na turecką stal sięgają teraz 50 proc., a na aluminium – 20 proc. Cła i sankcje to środek najczęściej stosowany przez Trumpa wobec państw, z którymi pozostaje w konflikcie politycznym lub handlowym.

Koniec ery Erdoğana?

24 czerwca w niedzielę w Turcji odbywały się przyspieszone wybory parlamentarne i prezydenckie. Dla Turcji są one bardzo ważne, gdyż wraz z nimi zmienia się system rządów na prezydencki. Obywatele, obok parlamentu, wybiorą także prezydenta, w ręce którego powierzą całą władzę w kraju. Kraj wszedł w ostatni zakręt, sondaże pokazują, że stołek Erdoğana tym razem naprawdę jest zagrożony.

 

Drogę, która doprowadzi być może do kresu rządów Erdoğana, otworzył lider Partii Ruchu Narodowego (MHP) Devlet Bahçeli. Bahçeli, widząc rosnącą siłę Dobrej Partii, która powstała w wyniku rozłamu w jego partii, nie chciał tracić więcej elektoratu i w połowie kwietnia wezwał Erdoğana do przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Ten z kolei, widząc zbliżający się wielkimi krokami kryzys gospodarczy, z obawy przed jego potencjalnym przełożeniem na wybory, które miały być przeprowadzone w listopadzie 2019, odpowiedział na to wezwanie pozytywnie.

 

Na dobiegu

Po dwumiesięcznej, oszałamiającej kampanii do wyborów zostało tylko kilka dni. W wyborach prezydenckich wystartuje 5 kandydatów: Recep Tayyip Erdoğan jako kandydat Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz MHP, Muharrem İnce – z ramienia kemalistowskiej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP), Selahattin Demirtaş – jako przedstawiciel Ludowej Partii Demokratycznej (HDP) Meral Akşener – to z kolei kandydatka Dobrej Partii (İyi Parti), Temel Karamollaoğlu – Partii Szczęśliwości i Doğu Perinçek – Partii Patriotycznej. Według nowej ustawy do zwycięstwa potrzeba 50 proc. poparcie elektoratu. Jak podają sondaże (jeśli nie są one prorządowe) w pierwszym turze żaden z tych kandydatów nie uzyska takiego poparcia. Szacuje się, że Erdoğan uzyska najwyżej 45 proc. głosów, a İnce ok. 30 proc.

I tu się zaczyna czarny scenariusz, który spędza sen z powiek Erdoğana. Wszystkie partie opozycyjne ogłosiły bowiem, że jeśli będzie druga tura wyborów prezydenckich, to poprą Muharrema İnce. A ten, dzięki populistycznemu dyskursowi podczas kampanii uzyskał do tej pory więcej poparcia obywateli niż jego partia. Jako nauczyciel fizyki obiecuje ludziom m. in. nanotechnologię i przyciąga na swoje wiece dziesiątki tysięcy ludzi. Rządzący Turcją od prawie 16 lat Erdoğan, do dyspozycji którego są wszystkie instrumenty państwa, już nie mówi do wypełnionych po brzegi placów. Obiecuje wyborcom zniesienie stanu wyjątkowego trwającego od dwóch lat, mocniejszą gospodarkę oraz więcej wolności. İnce odpowiada na to: Kto cię powstrzymuje przed zniesieniem stanu wyjątkowego? Dlaczego zrobisz to po wyborach, a nie teraz? Więcej wolności i mocniejsza gospodarka? Przecież rządzicie od 16 lat i to samodzielnie. Dlaczego nie mogliście tego dokonać?

 

Wolność czy keksiki?

W XXI wieku Erdoğan w ramach kampanii obiecuje obywatelom ogrody ludowe, w których lud turecki wraz z dziećmi oraz wnukami będzie leżeć i się turlać, oraz kawiarnie ludowe, w których gości będzie się częstować darmowymi herbatami, ciastami, napojami o smaku pomarańczy czy cytryny. Na te obietnice İnce znowu odpowiada: „Ja mówię hak, hukuk, adalet – wolność, prawo, sprawiedliwość, a on mowi çay, kek, oralet – herbata, ciasto, napój o smaku owocowym. Kto chce ciasto, niech zagłosuje na Erdoğana, kto chce pracę w fabryce, niech zagłosuje na mnie”. Na razie wygląda na to, że w tym wzajemnym dogryzaniu sobie zyskuje W czarnym dla Erdoğanaİnce, jednak przed nim jeszcze daleka droga, żeby przegonić Erdoğana.
Jeśli chodzi o wybory parlamentarne, to partia Erdoğana AKP wystartuje z MHP pod nazwą Sojusz Ludu. Odpowiedź opozycji na ten krok nie była spóźniona. CHP, Dobra Partia oraz Partia Szczęśliwości stworzyły Sojusz Narodowy. To już pewne, że wszystkie te partie wejdą do parlamentu, jednak koszmar Erdoğana stanowi ewentualne przekroczenie progu wyborczego przez HDP. W takiej bowiem sytuacji AKP nie osiągnie większości parlamentarnej. Wedle zmian w konstytucji, które zostały wprowadzone po ubiegłorocznym głośnym referendum, prezydent m.in. będzie stać na czele rządu, samodzielnie będzie mianować ministrów oraz będzie miał prawo do wydawania dekretów z mocą ustawy. Jeśli prezydentem zostanie Erdoğan, to samodzielnie będzie rządził Turcją, nawet nie będzie potrzebował większości parlamentarnej. Ale jeśli HDP przekroczy 10-procentowy próg wyborczy, to AKP ma uzyskać 60 mandatów mniej.

 

Koniec z dekretami

Jeśli HDP w parlamencie będzie współpracować z Sojuszem Narodowym, Erdoğan nie będzie mógł rządzić krajem przez wydawanie dekretów, bo te mogą obowiązywać tylko do czasu stworzenia w tym samym temacie prawa przez parlament. Wiedząc o tej niebezpiecznej dla siebie sytuacji, obecny prezydent 9 czerwca podczas zamkniętego spotkania ze swoimi lokalnymi przedstawicielami w Stambule, powiedział: „Przyjaciele, nasza partia musi zupełnie inaczej pracować nad HDP. O tym nie będę rozmawiał na zewnątrz, tu z wami rozmawiam… Jeśli oni nie przekroczą progu wyborczego, to nasza sytuacja będzie znacznie lepsza. W związku z tym w każdej dzielnicy, moi przyjaciele, powinniście pracować nad nimi zupełnie inaczej.” Erdoğan nie wyjaśnił szczegółowo na tym spotkaniu, którego treść wyciekła do internetu, o jaką „pracę” mu chodziło.

 

Scenariusze

W przypadku przekroczenia progu wyborczego przez HDP, Erdoğan nie wyklucza ponownych przyspieszonych wyborów parlamentarnych, o których od jakiegoś czasu mówią posłowie AKP. Jednak najpierw prezydent, który podejmie tę decyzję, musi zostać wybrany. Jeśli w wyborach parlamentarnych opozycyjne partie – w tym HDP – uzyskają większość poparcia elektoratu, przystąpią do drugiej tury wyborów prezydenckich bardziej pewne i mocne. A zatem podczas wiecu Muharrema İnce, który odbył się w Diyarbakırze, uznawanym przez Kurdów za stolicę Kurdystanu, słowa o tym, że “W wyborach parlamentarnych dajcie nam – abyśmy nie zostali za progiem – 1 milion głosów, a my podczas drugiej tury przy wyborach prezydenckich zwrócimy to jako 6 milionów” wskazują na to, że będzie zażarta walka między obozem opozycyjnym a Erdoğana. Prezydent i jego sojusz wiele daliby, aby zamknąć tę sprawę w pierwszej turze.
Według ostatnich sondaży HDP może liczyć na poparcie w granicach 9-13 proc. Ze wskazanych powyżej powodów znaczenie obecności HDP w tureckim Meclisie jest ogromne i właśnie dlatego niektórzy z wyborców CHP – jak w ostatnich wyborach parlamentarnych – oddadzą głos na HDP. Dziś HDP jest trzecią siłą w parlamencie, wśród jej elektoratu są Kurdowie, alawici, lewicowcy, liberałowie, zwolennicy ochrony środowiska, obrońcy praw osób homoseksualnych oraz pobożni muzułmanie. Tysiące działaczy tej partii oraz 9 posłów, w tym poprzedni przewodniczący Selahattin Demirtaş oraz Figen Yüksekdağ od kilkunastu miesięcy znajdują się w więzieniu.

 

Nierówne warunki

Wybory te także przyniosły ze sobą nowości w prowadzeniu kampanii wyborczej. Gdy Erdoğan podczas kampanii wyborczej korzystał ze wszystkich możliwości państwa, wszyscy gubernatorzy, starostowie powiatowi, urzędnicy oraz większość burmistrzów są do jego dyspozycji, kiedy telewizja publiczna TRT oraz 90 proc. mediów prywatnych są pod jego kontrolą i wreszcie kiedy machina propagandowa działa pełną parą, aresztowany kandydat na prezydenta Selahattin Demirtaş organizował – być może po raz pierwszy na świecie – wiec telefoniczny. W więzieniu, korzystając z prawa dzwonienia do żony, zatelefonował do niej, a ta, znajdując się z gośćmi w domu, podłączyła aparat do głośnika i Demirtaş wygłosił swoje przemówienie. Cały wiec został nagrany, a następnie opublikowany w mediach społecznościowych.

Dla partii opozycyjnych walka przed niedzielnymi wyborami nie toczyła się sprawiedliwie i nadal się nie toczy. Mimo tego nie składały broni, próbowały walczyć do ostatniego tchu, bo wiedzą, że to już ostatnie wyście przed tunelem, który się nazywa tyrania.

Vendetta Erdoğana

Już od jakiegoś czasu Turcja straszyła, że wpuści imigrantów do Europy, jeżeli Grecja nie wyda jej ośmiu wojskowych, zaangażowanych w pucz z 2016 roku.

 

Grecja nie ugięła się: sąd postanowił uwolnić przebywających do tej pory w areszcie oficerów oraz rozpatrzyć ich wnioski o azyl. Doszedł do wniosku, że w Ankarze nie mogliby liczyć na sprawiedliwy proces, a ich życie byłoby zagrożone. Erdoğan nie zna litości: po nieudanym zamachu stanu do aresztów prewencyjnych trafiło 50 tys. osób, a 150 tys. pozwalniano z pracy. Za jakiekolwiek związki z Fethullahem Gulenem do dziś grozi więzienie. Ośmiu uciekinierów przedostało się do Grecji skradzionym śmigłowcem chwilę przed ostateczną klęską puczu.

Turcja kilkukrotnie zwracała się o ekstradycję puczystów – bez skutku. Obecnie Grecja zapewniła im ochronę policji. Przebywają w miejscu znanym tylko służbom.

Dlatego Erdoğan zdecydował się w akcie dyplomatycznej zemsty zawiesić umowę o readmisji (odsyłania) nielegalnych imigrantów.

Podpisano ją w 2001 roku i na jej podstawie tylko w ciągu ostatnich 2 lat odesłano z terenu Grecji ponad 1200 migrantów. O zawieszeniu umowy poinformował turecki minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu.

Jednocześnie zapewnił, że Turcja utrzyma w mocy inne porozumienie dotyczące uchodźców, zawarte w 2016 roku z Unią Europejską. Szef tureckiej dyplomacji oznajmił, że „wierzy w to, iż Grecja chciała wydać oficerów, ale zapewne uległa wpływom Zachodu”.