Głos lewicy

Polska dla wypłacalnych?

Taką Polskę opisuje Piotr Ikonowicz:

Pani Teresa Janusiewicz z Puław, lat 88 ma utracić mieszkanie z powodu długu w wysokości 9 500 zł. Jej pasierb, który wygrał sprawę o zachowek w kwocie 20 000 zł, prowadzi bezlitosną egzekucję. Najpierw komornik zabrał z konta oszczędności przeznaczone na pogrzeb i grób w kwocie 10 000 zł. Potem regularnie ściągał z jej emerytury 250 zł (1/4), ale i to wydało mu się za mało więc wczoraj miało dojść do oszacowania mieszkania, które pani Teresa zajmuje wraz z 51 letnim, niepełnosprawnym synem. Jest to wstęp do licytacji mieszkania za dług w wysokości 9 500 zł.
Trwa zrzutka na dług pani Teresy. Mamy 30 dni, żeby zgromadzić całą sumę. Udało się też przekonać komornika, aby nie dokonywał opisu i oszacowania, bo pomnożyło by to koszty, które kobieta ponosi, co przy jej skromnych dochodach nie ma sensu. Pomysł, żeby zlicytować mieszkanie za tak stosunkowo niewielką kwotę długu jest nieracjonalny, ale niestety zgodny z prawem. Podejmowano już próby by zmienić przepisy, które pozwalają zlicytować jedyne mieszkanie z powodu symbolicznych kwot zadłużenia. Niestety wysiłki te spełzły na niczym. Ten sam komornik, który nie ma problemu z licytowaniem dachu nad głową starej kobiety, zwykle okazuje się bezradny kiedy trzeba wyegzekwować zaległe wynagrodzenie czy dług alimentacyjny.
Tak się jakoś składa, że system windykowania i egzekwowania należności działa skutecznie tylko wobec słabszych, samotnych matek, niewypłacalnych lokatorów, nieopłaconych pracowników, którzy nie mają z czego płacić rachunków. Broniliśmy nie raz przed eksmisją samotne matki, których dług czynszowy był kilkakrotnie niższy niż zaległości alimentacyjne ojca dzieci. Broniliśmy przed wyrzuceniem z mieszkania ludzi, którym nie zapłacono za pracę. Ale nikt nie pytał, dlaczego nie macie na czynsz? Ostatnio nawet sądy, urzędnicy i życzliwi radzą dłużnikom, żeby wyjechali zagranicę zarobić na długi. A to by znaczyło, że dla części z nas już miejsca w Polsce nie ma.
W Gdańsku podczas procedury upadłości konsumenckiej sąd zapytał dłużnika, dlaczego nie pojechał do pracy do Niemiec, żeby zarobić na spłatę zadłużenia. W stulecie Niepodległości warto zadać pytanie czy Polska jest dla wszystkich czy tylko dla wypłacalnych?
Kiedy siedziałem w areszcie za blokowanie eksmisji poznałem człowieka, którego skazano za „wyłudzenie kredytu”. Prowadził wraz z kolegą firmę hydrauliczną. Kiedy nawalił im samochód, musieli wziąć kredyt by kupić drugi. Ponieważ klienci zalegali z płatnościami ten, który wziął na siebie pożyczkę zalegał z ratami. W tym czasie kolega zniknął razem z samochodem. W ten sposób człowiek trafił do więzienia. W naszych więzieniach jak w czasach Karola Dickensa masa ludzi siedzi za długi. To są biedacy, którzy nie powinni spędzić w areszcie ani jednego dnia.

Królestwo ubóstwa

Nierówności coraz dotkliwiej dzielą Brytyjczyków. Raport kolejnej instytucji publicznej ukazuje skalę biedy w UK i jej utrwalenie. Mowa jest o „społeczeństwie dwóch prędkości”. Narzucane przez rząd neoliberalne cięcia potęgują problem.

 

Wielka Brytania jest coraz silniej podzielona pod względem poziomu życia obywateli, a grupy wykluczone wpadły w pułapkę biedy, przekazują ją z pokolenia na pokolenie i coraz bardziej oddalają się od reszty społeczeństwa. Takie wnioski płyną z analiz przeprowadzonych przez EHRC – Komisję ds. Równości i Praw Człowieka, niezależną brytyjską instytucję publiczną, pełniącą funkcję doradczą przy rządzie.

Raport wydany właśnie przez EHRC alarmuje, że istnieją trzy podstawowe grupy społeczne wyjątkowo narażone w nadchodzących latach na trwałe funkcjonowanie w biedzie: są to najmłodsi, osoby pochodzenia azjatyckiego i afrykańskiego oraz ludzie z niepełnosprawnościami. Obecnie co dziesiąte dziecko żyje w ubóstwie, a w gospodarstwach domowych tworzonych przez osoby wywodzące się z Aryki, Pakistanu lub Bangladeszu, bieda gnębi połowę dzieci. Autorzy publikacji piszą o nich posługując się terminem “społeczeństwo dwóch prędkości”, wskazując na pogłębiającą się przepaść, jaka dzieli różne części populacji Zjednoczonego Królestwa. Ostatnie trzy lata to w UK okres wyjątkowego regresu na tym obszarze. Szanse trzech naczelnych grup wykluczenia na jakikolwiek przyszły awans społeczny zostały praktycznie zaprzepaszczone.

Analiza EHRC nie pozostawia wątpliwości: to smutne zwieńczenie procesu zachodzącego od 2010 r., a kolejne konserwatywne rządy władające wyspami mają poważny udział w pogłębieniu zapaści. Ustępstwa podatkowe na rzecz najbogatszych, przerzucanie odpowiedzialności fiskalnej na niezamożnych, cięcia i zamrażanie świadczeń socjalnych – wszystkie te neoliberalne metody w najdotkliwszy sposób dotknęły najbiedniejszą część obywateli, żyjącą w największej niepewności materialnej.

Autorzy raportu podkreślają dodatkowo, że nastąpiło nie tylko “zabetonowanie” ubóstwa materialnego, lecz nastąpiło też znaczne pogorszenie dostępności opieki prawnej dla niezamożnych. Oznacza to dodatkowe przeszkody strukturalna na drodze do wychodzenia z biedy.

Publikacja wniosków EHRC zbiega się z dyskusją w brytyjskim parlamencie na temat przyszłorocznego budżetu. Laburzyści coraz bardziej naciskają na torysów, krytykując ich politykę cięć. John McDonnell, jedna z czołowych postaci Partii Pracy, grzmi, że system opieki społecznej “aż krzyczy o doinwestowanie”, i że rząd musi “potrząsnąć kiesą”.

David Isaac, szef EHRC, komentując raport podkreśla, że w ciągu ostatnich lat nastąpiła co prawda poprawa na pewnych obszarach życia społecznego, np. pojawiły się nowe szanse w dziedzinie edukacji, jednak w ostatecznym rozrachunku “narasta przepaść niemożliwa do zaakceptowania”. – Nadchodzi decydujący moment w walce z nierównością – ostrzega Isaac.
Przedstawiciele organizacji pozarządowych wykorzystali okazję publikacji tych wniosków do przypomnienia premier Theresie May, że podczas swojego expose wygłoszonego zaraz po objęciu urzędu sama obiecywała rozprawienie się z nierównością szans trapiącą brytyjskie społeczeństwo. Teraz widać, jak bardzo zmarnowała czas i życie Brytyjczyków stojąc na czele rządu: nastąpiło największe pogłębienie biedy od czasu drastycznych cięć wprowadzonych przez Margaret Thatcher.

To nie jedyny raport w ostatnim czasie zawierający wnioski utrzymane w tym duchu. We wrześniu ukazała się publikacja innej państwowej instytucji, gdzie można było przyczytać, że obecnie w UK 14 milionów ludzi żyje w biedzie: nie są w stanie skutecznie ponosić podstawowych kosztów utrzymania rodziny i radzić sobie z materialnymi ograniczeniami narzucanymi przez różne rodzaje wykluczeń, np. niepełnosprawność. 7,7 mln Brytyjczyków żyje w biedzie określanej jako permanentna, czyli utrzymując się cztery lata lub dłużej.

Pokażę Wam Dwie Warszawy

Pierwsza z nich to nieremontowane latami, kiedyś piękne, zabytkowe, przedwojenne kamienice będące w zasobie miasta. Niektóre dalej opalane piecami kaflowymi, bez podłączenia do CO. Kamienice, których ścian nikt nie malował od co najmniej 30 lat. Z których odpadł już tynk. W których jest na klatkach ciemno, pachnie moczem i stęchlizną. Na podwórkach których na placach zabaw bawią się w chowanego tylko puste butelki oraz zupełnie się w nic nie bawią góry śmieci.
Pierwsza Warszawa nigdzie się nie spieszy. Tak, jak się umiera na raka w hospicjum: zachowując godność, ale jednak śmierdząc, nie kontrolując wydalania i nie mając siły zrobić wokół siebie samodzielnie już kompletnie nic. Zapach tych kamienic jest jak oddech stulatka – wątła nitka łącząca nas z daleką przeszłością.
Warszawa Druga niecierpliwi się. Jest młoda i głodna. Czeka, aż Pierwsza wreszcie zdechnie. Aż będzie można wyrzucić po niej zasikany tapczan i wstawić świeżutką sofę z IKEI, aż z kamienic grożących zawaleniem wreszcie ujdzie ostatnie tchnienie – aż ich lokatorzy wyjadą do Anglii lub miasto ich wykwateruje. Dlatego Druga od wielu lat nie dawała kasy na Pierwszą. Wiedziała, że tamta, prędzej czy później, umrze.
Pierwsza i Druga mieszkają 20 metrów od siebie – po przeciwnych stronach tej samej ulicy.
Po tej Drugiej powstają piękne, nowoczesne, w ch drogie apartamentowce. Wszystko jak z intro Blue Velvet Lyncha: kliniczne, pachnące cifem floral klatki, odchwaszczone ogródki i obleciane rafią balkony z technorattanowymi fotelami i suszarką na pranie. Wygracowane ścieżki, fontanna, bezpieczny plac zabaw, parking podziemny. Lux torpeda level deweloperka. No oczywiście, wsio OGRODZONE I MONITOROWANE.
A teraz, Moi Drodzy i Drogie, powiedzcie mi, jakie dzieciństwo będą miały dzieci mieszkające w Warszawie numer 1, a jakie w Warszawie nr 2?
Jak dzieci z tej Pierwszej będą się czuły, widząc rówieśników z drugiej strony ulicy bawiących się na zamkniętym dla „obcych” placu zabaw?
Czy myślicie, że spotkają się z nimi kiedykolwiek prywatnie i zamienią choć kilka zdań? Czy też będą chodzić do zupełnie różnych szkół, robić zupełnie gdzie indziej zakupy, spędzać gdzie indziej ferie i wakacje?
Kiedy już wyrosną z zabaw na placu i z rejonowej podstawówki, która tak czy owak musi przyjąć wszystkich, Pierwsi (przynajmniej część z nich) i Drudzy będą się starali o te same miejsca w liceach. Kto się dostanie? Kto będzie musiał, mimo ambicji, pójść do zawodówki, bo za słabo zda egzaminy? A kiedy ukończą te czy inne szkoły, to czy dom Pierwszych będzie jeszcze w ogóle stał?
Na wszystko spogląda z góry Rafał Trzaskowski (bilbord wisi po tej Drugiej stronie ulicy).

 

Autorka jest rzeczniczką prasową SLD. W wyborach samorządowych kandyduje na radną Rady Miasta Warszawy z listy nr 5 SLD Lewica Razem, z okręgu nr 7 obejmującego Targówek, Wawer i Wesołą.

Zamrażanie progu do świadczeń

Informacje o planach rychłego podniesieniu płacy minimalnej przy jednoczesnym braku gotowości władzy do równoległego i proporcjonalnego podniesienia progu dochodowego do świadczenia 500 plus, to bynajmniej nie ciekawostka o marginalnym znaczeniu społecznym.

 

To moment, który powinien wywołać ogólniejszą refleksję, czy faktycznie polityka państwa w tej sferze faktycznie zasługuje na entuzjazm i kredyt zaufania, jakim obdarzono w tej materii obecne rządy.
Po planowanej od stycznia podwyżce płacy minimalnej do 2200 złotych, wiele osób zarabiających płace minimalną może stracić prawo do świadczenia wychowawczego na pierwsze dziecko. Na przykład samotna, pracująca za minimalne wynagrodzenie matka wychowująca dziecko, nie zmieści się w kryterium dochodowym na poziomie nie więcej niż 800 złotych netto na osobę w rodzinie. Tego typu informacje łatwo jest zbyć jako „ drobiazgi”, pewne rysy na ogólnym pozytywnym obrazie.

 

Tymczasem właśnie takie „ drobiazgi” powinny być istotnym kryterium realizowanej polityki.

Bez względu na to, jak duża okaże się grupa, która straci, sam mechanizm jest czytelny. Podnosząc płacę minimalną bez podniesienia progu świadczenia, odbiera się prawo do niego grupom bardzo nisko uposażonym. Jak oceniać rząd, który na to pozwala? Przecież nie rozmawiamy o znoszeniu czy radykalnej podwyżce kryterium dochodowego, a jedynie o jego waloryzacji tak aby zmiany w płacy minimalnej nie uderzyły w nisko uposażone rodziny, w których praca wykonywana jest za minimalne wynagrodzenie.
Nawiasem mówiąc, i bez tych nowo powstałych okoliczności, konstrukcja świadczenia budziła od początku pewien niedosyt. Próg 800 złotych już na starcie eliminował z programu część pracujących rodziców (w tym tych wychowujących dzieci samodzielnie bez małżonka/małżonki) za dość skromne wynagrodzenie. Nawet relatywnie niewielkie przekroczenie płacy minimalnej uniemożliwiało skorzystanie z tej pomocy na pierwsze dziecko. O ile w chwili uruchomienia programu „ Rodzina 500+” można było to wybaczyć, o tyle po trzech latach brak jakiejkolwiek modyfikacji tych elementów, które mogą budzić uzasadnione społeczne zastrzeżenia już mocno niepokoi.
Niechęć do podnoszenia progu na pierwsze dziecko zdaje się potwierdzać, że funkcja socjalna programu (łagodzenie ubóstwa, zabezpieczenia socjalnego niezamożnych i zwiększania ich poczucia godności i podmiotowości) jest jednak nie tak ważna dla władzy, jakby się mogło wydawać. Wsparcie finansowe z tytułu wielodzietności zyskuje prymat wobec przyniesienia finansowej ulgi ogółowi niezamożnym rodzinom mających dzieci na utrzymaniu. Jeśli tak, to

 

realizowana polityka rodzinna coraz mniej zasługuje na poparcie z socjaldemokratycznych czy szerzej lewicowych pozycji.

Nie dlatego, że tworzenie rozwiązań służących wielodzietności jest z zasady niesłuszne (według mnie nie jest), ale powinno być ono mieć mniejszą rangę niż intencja otoczenia zabezpieczeniem i wsparciem wszystkich osób w trudniejszej sytuacji. I tych z rodzin wielodzietnych i tych z rodzin nuklearnych, zastępczych, jak również osób samotnych.
Zresztą problem jest szerszy, nie pojawił się wraz z obecną władzą. Gdy np. Donald Tusk pod wpływem protestu rodziców dzieci niepełnosprawnych w Sejmie podjął decyzję o dość radykalnym podniesieniu świadczenia pielęgnacyjnego, nie zadbano o to, by równolegle podnieść np. progu dochodowe regulujące poziom odpłatności za specjalistyczne usługi opiekuńcze, z których część głęboko niepełnosprawnych osób korzysta. Znane mi są opowieści matek z tamtego czasu, które wskazywały że owszem ich dochód się zwiększył, ale mniejszą lub większą część podwyżki „ zjadły” zwiększone koszty jakie musiały zapłacić za specjalistyczne usługi opiekuńcze.
Dlatego też przemyślana polityka wsparcia i zabezpieczenia grup w trudniejszej sytuacji powinna uwzględniać to, że grupy te korzystają z szerokiego wachlarza form pomocy, w polskich realiach obudowanej licznymi progami i warunkami dostępu. Robiąc krok w jednej sprawie, należy poczynić też kroki dostosowawcze na innych odcinkach. Zarówno Donaldowi Tuskowi wówczas, jak i obecnie rządowi Morawieckiego takiej rozwagi zabrakło. O ile jednak Tusk podejmował wówczas decyzje pod nagłą społeczną i medialną presją na szybkie zmiany, o tyle

 

w przypadku decyzji o podniesieniu płacy minimalnej mamy do czynienia z bardziej rutynowym procesem, który rząd powinien przeprowadzać w sposób przemyślany.

Aktualny moment przełomowy (choć w istocie powielający i pogłębiający pierworodną słabość programu 500+) to także ważny sygnał, jeśli chodzi o prawo do wsparcia rodziców, którzy podejmują pracę zarobkową. Polityka w tym względzie powinna być neutralna i respektować indywidualne prawo wyboru – tj. być atrakcyjna zarówno dla tych, którzy z myślą o rolach domowo-rodzinnych postanowili zrezygnować (przynajmniej czasowo) ze ścieżki zawodowej, jak i tych którzy chcą lub z różnych względów muszą godzić role domowo-rodzinne z pracą zarobkową. Jak widać na przykładzie programu 500 plus polityka ta nie jest neutralna. Rodzice pracujący za niskie wynagrodzenie są defaworyzowani w dostępie do finansowej pomocy z tytułu wychowania dziecka.
Pod tym względem znacznie bardziej broni się program „ Dobry start” (znany także jako Wyprawka 300+), który nie jest zależny od statusu rodzica na runku pracy ani od sytuacji dochodowej gospodarstwa domowego. Tyle tylko, że „ Dobry start” jest świadczeniem jednorazowym w roku i to dla młodzieży w wieku szkolnym. Ale przynajmniej możemy mówić w tym wypadku o jakże ważnej dla socjaldemokratycznego podejścia dekomodyfikacji, czyli uzależnienia od statusu rynkowo-zawodowego do pewnych świadczeń. W przypadku programu 500+ ta zasada de facto nie obowiązuje, co osoby z sercem po lewej stronie powinno skłaniać do pewnej rezerwy wobec tychże rozwiązań.

 

Nie o zachowanie dystansu powinno jednak nam chodzić, a o publiczne artykułowanie sprzeciwu przez progresywne środowiska, media, partie oraz wskazywanie kierunków zmian.

Obok wskazywania stanu docelowego lub optymalnego, jakim w opinii niektórych mogłoby być pełne zniesienie kryterium dochodowego do świadczenia 500+ (choć trzeba pamiętać, że bez innych kroków, np. w polityce podatkowej, mogłoby to zawęzić pole manewru przy finansowaniu innych ważnych działań, więc trzeba do tego również podchodzić ostrożnie), należy wskazywać pożądane scenariusze pośrednie, kompromisowe, które byłyby do zrealizowania w możliwie krótkiej perspektywie.
Takim pożądanym scenariuszem mogłoby np. być wpisanie zasady waloryzacji progu uprawniającego do świadczenia minimum o wskaźnik wzrostu minimalnego wynagrodzenia, zaś wysokości świadczenia np. o wskaźniki związane z procesem inflacji. Takie postulaty wydają się skrajnie minimalistyczne, ale fakt, że nawet na to minimum na razie nie możemy się doczekać, pokazuje w ostrym świetle, jak zachowawczy w istocie jest obecny stosunek naszego państwa do rozwoju wsparcia społecznego.

Świat od spodu (1) LIST Z WYSP

„Angielski sen” się skończył. Dziś zaczymamy „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy pierwszy odcinek tego cyklu.

 

 

Zwolniony za to, że ujawniał łamanie praw pracowniczych? Takie rzeczy jak widać zdarzają się nie tylko w kraju nad Wisłą…

 

Do Radlett dojechałem autobusem. Miałem jeszcze do przejścia jakieś pięć, sześć kilometrów. Ostatni pociąg uciekł mi sprzed nosa. Dosłownie. Podjechał gdy jeszcze zmagałem się z biletomatem i mozolnie wbijałem litery: Elstree and Borehamwood. Wbiegłem na peron w momencie gdy już zamykały się drzwi. Szlag – pomyślałem i zrobiło mi się żal wrzuconych do automatu trzech funtów. Niby niedużo, ale przed godziną straciłem robotę, a po oddaniu długów zostało mi trochę ponad trzydzieści funtów. Trzy dychy na cały tydzień…
Musiałem pojechać okrężną drogą, bo po 22.00 nie miałem już żadnego, bezpośredniego połączenia do Borehamwood. Autobus do Radlett kosztował dwa funty osiemdziesiąt pensów, biletomat zażarł trzy czterdzieści. Wydałem ponad sześć funtów, a i tak muszę zapieprzać z buta. Najgorsze, że prawie nie znam tej drogi, raz tylko szedłem tędy ze znajomymi, ale byliśmy zajęci rozmową. Niewiele więc szczegółów zapamiętałem. Muszę przejść przez całą główną ulicę tego miasteczka, skręcić w lewo. Tylko gdzie? Miałem nadzieję, że jakiś detal przypomni mi w którym to było miejscu.
Wciąż miałem w głowie tę dziwną rozmowę z Petem i jego kuriozalną argumentację, że oni są zadowoleni z mojej pracy, ale to agencja postanowiła zerwać mój kontrakt. Minęła doba od mojej rozmowy z Davem i Alistairem. Mogli powiedzieć, żebym już nie przyjeżdżał, oszczędzili by mi przynajmniej kilka funtów i nocny bieg na orientację. Na szczęście nie było zimno, przynajmniej nie tak zimno jak poprzedniego dnia.
Spacer okazał się nawet całkiem przyjemny, a po drodze miałem czas by poukładać sobie wszystko w głowie. Opracowaliśmy z Grześkiem Walińskim nowy plan. I obaj zapaliliśmy się do jego realizacji. Projekt zakładał zmianę formuły „angielskiego snu” na prasowe reality shaw. Praca była ważnym elementem tego zadania. Jej utrata zmieniła jednak moje położenie. Muszę więc zdecydować czy mimo to podejmę ryzyko, czy też wracam do Polski? To ostatnie byłoby najprostszym ale i najrozsądniejszym wyjściem. Zamykamy cykl angielskiego snu, a ja wracam do kraju i rozglądam się za jakimś płatnym zajęciem.
Wariant pierwszy może wiązać się kilkudniowymi głodówkami, a przynajmniej niedojadaniem, ciągłym brakiem papierosów, życiem w ogromnym stresie, napięciu i wieczną niepewnością. Za pokój płacę 130 funtów tygodniowo, mam zaległość za jeden tydzień. Być może jeszcze jeden uda mi się wynegocjować i przełożyć zapłatę. Ale jeśli szybko nie znajdę zajęcia, to wkrótce wyląduję na ławce.
Nie wiem też jakie szanse mam na znalezienie jakiejkolwiek roboty. Jeśli w wypowiedzeniu wpiszą dyscyplinarkę, to skutecznie zamknie dla mnie brytyjski rynek pracy. Przynajmniej ten agencyjny. Zostaną zmywaki i robota na czarno. Podejmując decyzję, muszę założyć najgorszy dla mnie scenariusz. Nie znam do końca tutejszych realiów i nie sądziłem, że to co robię jest tak wielką „zbrodnią” w niepisanym kodeksie pracy. Tym bardziej, że nie interesują mnie ani same firmy, ani ich nazwy. Nie szukam sensacji. Nawet jeśli moje teksty dotrą do odpowiednich służb, nawet jeśli kontrole potwierdzą łamanie praw pracowniczych, mobbing czy nawet rasizm – to zamknięcie tego czy innego magazynu niczego nie zmieni. Nie poprawi losu nieszczęsnych imigrantów. Wręcz przeciwnie, dla kilkudziesięciu lub kilkuset będzie to tragedia, bo stracą pracę. A nie tego chcę.
Pięć lub sześć kilometrów na podjęcie bardzo trudnej decyzji. Było kilka minut po północy, gdy już zbliżałem się już do domu. Ostatecznej decyzji wciąż nie podjąłem. Przyjemny zapach pieczonego kurczaka przypomniał mi jak bardzo jestem głodny – przez ostatnią dobę zjadłem jedynie kanapkę. Rano nie miałem kasy, a potem zamierzałem coś wsunąć w zakładowej kantynie. Ale nawet się do niej nie zbliżyłem. Przystanąłem na chwilę, przeleciało mi przez głowę żeby wejść i coś zjeść. Wciąż miałem w kieszeni te trzy dychy, w domu też nie było nic do jedzenia. Taki zapach dla kogoś głodnego i bez kasy to tortura. Wiedziałem już co mnie czeka jeśli zdecyduję się kontynuować plan.
Weekend przeleciał błyskawicznie. Kilka osób z pracy zadzwoniło ze słowami wsparcia, byli zaskoczeni moim zwolnieniem. To bardzo budujące, dziękuję. Nie wymienię Waszych imion żebyście nie mieli kłopotów.
Nadrabiałem zaległości senne i gromadziłem kontakty. Obdzwoniłem znajomych, przygotowałem plan działania na najbliższy tydzień i zacząłem sprawdzać w praktyce swoją wymowę zdania – I’m looking for a job – szukam pracy. Robiłem wszystko żeby zająć głowę i nie pozwolić by pytanie – co dalej? – sparaliżowało moje działania. Jeśli poddam się takim myślom, to bardzo ciężko będzie potem podnieś się z łóżka i ruszyć do działania. Znam siebie.
Odwiedzałem okoliczne knajpy, fast foody i małe sklepy. Zacząłem od tych, gdzie bywałem jako klient i gdzie już mnie rozpoznawali. Właścicielami większości są Turcy, a z jednym wiele razy rozmawiałem. Poznaliśmy się, gdy kupowałem owoce. Miłośnik prozy Pamuka i zażarty przeciwnik Erdogana. Podobnie jak ja, mieliśmy więc o czym gadać. Chodziłem tak od drzwi do drzwi, od sklepu do knajpy i odwrotnie. Na pytanie czemu już nie pracuję, odpowiadałem że agencja nierzetelnie płaci i sam odszedłem.
W kilku miejscach zostawiłem swój numer telefonu. Poza tym bez większego rezultatu, ale zadowolony, że przełamałem pierwszą barierę czekałem poniedziałku.
Na terenie Zjednoczonego Królestwa funkcjonuje sieć banków żywności – food bank. Nie miałem jednak pojęcia na jakich zasadach one działają, ani jak i komu wydają tam jedzenie. Myślałem, że trzeba mieć jakieś specjalne kwitki czy skierowanie, trzeba być Anglikiem, albo mieć jakieś oficjalne pozwolenie na pobyt itp. Same wątpliwości. Postanowiłem jednak zaryzykować. W internecie znalazłem adres najbliższej placówki. Okazało się, że jest tuż obok miejsca, w którym mieszkam. W poniedziałki otwarte od 13.00 do 15.30.
Kilka minut po pierwszej zameldowałem się pod tym adresem. Zaplecze jakiegoś kościoła. Stałem kilka minut przed budynkiem zmagając się z zażenowaniem, wstydem i tremą. Nie bardzo wiedziałem nawet jak się dogadać. Składałem w głowie pojedyncze słowa, żeby ułożyć sensowne zdanie. Zerknąłem do słownika w telefonie. Robiłem wszystko żeby przedłużyć stanie i oddalić moment wejścia. Musiałem jednak iść i przynajmniej spróbować. Musiałem się przełamać – chociaż to naprawdę nie było łatwe. Z trzydziestu funtów została już tylko dycha, a jutro food bank nieczynny. Została dycha i coraz większa obawa czy dostanę jeszcze wypłatę z agencji. Są mi winni za niecałe dwa tygodnie pracy, ale jeśli poczuli się tak dotknięci tym, że podniosłem głos na managera i wpiszą mi dyscyplinarkę? Cholera wie, mam dychę i najmniejszej pewności czy ujrzę kiedykolwiek swoje pieniądze.
Ledwo i wbrew swojej chęci natychmiastowego odwrotu, przełamałem wszelkie opory i pewnym krokiem wszedłem. Pewny krok zmniejsza tremę. Kobieta w średnim wieku zapytała w czym może pomóc. Powiedziałem, że jestem głodny, nie mam już pracy i mieszkam w Anglii od pół roku. Spytała czy mam bilety albo voucher. Nie miałem i przekonany, że nic już nie uzyskam zamierzałem wyjść, ale przytrzymała mnie za łokieć i pokazał przez okno budynek naprzeciwko – jakiś urząd, chyba Council. Powiedziała żebym tam poszedł, w okienku dadzą mi voucher, a bilety oni już tutaj wyrobią. Super, pomyślałem chociaż nie bardzo wiedziałem o co chodzi, postanowiłem wykonać jej polecenie. Pod drzwi urzędu podprowadził mnie nawet jeden mężczyzna, który wyszedł obarczony siatkami.
Pani w okienku wypytała o moje dane, od ręki wystawiła czerwony voucher i z tym kwitkiem wróciłem do food banku. Trwało to nie dłużej niż pięć minut. A same formalności może dwie minuty.
Na miejscu kilka wolontariuszek zajmowało się obsługą. Sala wypełniona była ludźmi, najwyraźniej wszyscy już się znali. Siadłem nieśmiało – chciałem w rogu, ale stół był okrągły – i czekałem. Jedna zapytała czy chcę kawę czy herbatę, poprosiłem herbatę. Kolejna przysiadła się obok i zaczęła wypełniać mój kwestionariusz. Ponownie podałem swoje dane, co ważne nikt nie chciał żadnego dokumentu. Wciąż jednak nie wiedziałem czy coś dostanę, czy odejdę jedynie z kwitkiem.
Po wypełnieniu papierów kobieta powiedziała, że mogę sobie spokojnie wypić herbatę, siedzieć jak długo chcę i ponownie przyjść we środę. Nic już nie rozumiałem, dali herbatę, pozwolili posiedzieć i zaprosili na środę? Fajnie, chociaż liczyłem na żarcie. Przypomniał mi się film „Ja, Daniel Blake” i zmagania bohatera z tego typu placówkami i pracownikami pomocowymi.
Zdezorientowany szykowałem się już do wyjścia, kiedy podsunęły w moim kierunku wózek wypełniony siatkami z jedzeniem. Ta, która spisała mój kwestionariusz powiedziała, że to racja na trzy dni i że kolejną dostanę we środę. Pięć toreb pełnych jedzenia i siatka chemii. Ilość tak duża, że nawet pracując nie mógłbym sobie na to wszystko pozwolić. Nawet kawa, sok jabłkowy, kilka paczek ciastek i cukierki. Mimo, że niedaleko od mojego mieszkania, to i tak trzy razy stawałem żeby odpocząć. Nie mogłem uwierzyć. Coś jednak tu działa. I to naprawdę dobrze. Jeden problem odpadł – głodować nie będę.

c.d.n.

Liberalne dziecko w ogrodzie zabawek

Równanie wygląda tak: 3 miesiące internowania plus niedługie aresztowania, a potem tłuste lata błogiej sytości.

 

Po obchodach 40-lecia powstania KSS „KOR”, którego prominentnym członkiem w Poznaniu był ponoć Lech Raczak (kurczę, umknęło mi), po obchodach 40-lecia SKS-u (tu też był tylko jeden członek, Jacek Kubiak), nastała kolejna rocznica – powstania radykalnej i bardzo osobliwej „Solidarności Walczącej”. W wymiarze poznańskim jej jedynym wojownikiem był Maciej Frankiewicz, którego w swoim czasie poznałam, od którego trzymałam się z daleka i którego przemianę z Che Guevary, który – jak ocenił to prof. Fiećko, „całe swe życie rzucił na stos rewolucji” – w oswojonego „pekińczyka” poznańskiego Ratusza za czasów nudzącego się obecnie na politycznej emeryturze, męża telewizyjnej następczyni (gorsza wersja) Ireny Dziedzic – obserwowałam.

Z niejakim zdumieniem – muszę przyznać – obserwowałam.

A niedawno wyświetlony film poświęcony Frankiewiczowi kazał mi tę postać jeszcze raz przemyśleć.

 

1

Maciej Frankiewicz (rocznik 1958), urodzony w Poznaniu, tu rozpoczął studia, w roku 1980 zawiązał koło NZS, był internowany, dwukrotnie, założył poznańskie struktury „SW”, trafiał na „48” i do aresztu, z megafonem wzywał tłumy do maszerowania ulicami, ale i nie bicia się z ZOMO-wcami, wreszcie u zbiegu ulic: F. Dzierżyńskiego i Gwardii Ludowej wynajął małe pomieszczenie po trafice i punkcie filatelistycznym i tam umieścił swe wydawnictwo „WiS”.

Prezentował się jako radykalny antykomunista (co zaowocowało m.in. nie uznawaniem prawomocności tzw. Okrągłego Stołu), wróg ZSRR (spokojnie, spokojnie – żadnego najazdu „SW” na Moskwę nie było, jedynie na rosyjski konsulat w Poznaniu wylał Maciek kubełek czerwonej farby) itd.

W 2002 roku został wiceprezydentem m. Poznania, odpowiedzialnym za oświatę, kulturę i sport, niedopasowane dżinsy i wyświechtany T-shirt zamienił na garnitur w kolorze australijskiej papużki i tu doznał pewnego rozdwojenia, co skutkuje do dziś tym, że jego dzisiejsi wielbiciele chwalą go za to, że „wybudował” stadion Lecha, skłonił młodych poznańskich osiłków do biegania maratonu, zaś jego wrogowie wypominają mu eksmisję „Ósemki”, czyli VIII LO, a jego samego uważają za niezwykle skutecznego pogromcę żłobków i przedszkoli (to na Długosza, zamknięte z udziałem Frankiewicza, stało długo puste, po czym teren sprzedano jednemu z deweloperów, który tam postawił blok).

 

2

Obecnie trwa beatyfikacja Macieja. Ma już swój dąb, tablicę, maratończycy spływają potem w biegu pod szyldem jego imienia i gdyby nie likwidacja gimnazjów, w jednym z nich na pewno raz do roku młodzież spotykałaby się na apelu poświęconym wybitnemu patronowi.

Jednocześnie Frankiewicz wspominany jest jako gorący pasjonat nurkowania, lotów szybowcowych, zdobywca najwyższych szczytów w Europie i nie tylko, czynny ułan, paradujący na koniu, w mundurze i z lancą. I tak dalej, i tak dalej. Poza tym – wzorowy katolik, śliczna żona i dwie równie śliczne córki. Wypisz, wymaluj – antenat premiera Morawieckiego, z tą jednakże różnicą, że ten ostatni ma skromniejszy dom, więcej dzieci i o wiele bardziej wypasione konto w banku.

Tym, co dziwiło dawnych kolegów Frankiewicza, a dziwić nie powinno, były jego niektóre poglądy, które dawniej nie wydawały się groźne. Gdy idzie o reguły życia społecznego, Frankiewicz był darwinistą – tyle twego, ile zdobędziesz. Miejsce dla kobiet widział w kościółku, domku i nad garnkiem. Jak to się stało, że nie padli sobie z Korwinem, owym nieco zapomnianym już „januszem” polskiej publicystyki politycznej, w ramiona – nie wiem.

Poza tym zasłynął Maciej jako ten, któremu marzyła się wyprawa konna na Lwów. Celem odbicia.

Jak ocenił to we wspomnianym filmie instruktor lotów szybowcowych, miał Frankiewicz taki nadmiar energii, którego nieustannie musiał się pozbywać(bieganie, nurkowanie, latanie, wspinanie, karate).

Według mnie, był też Frankiewicz podszyty „liberalnym dzieckiem” , o nigdy niewyrobionym należycie słuchu społecznym i niewykształconej na czas empatii.

Taki człowiek w polityce to tragedia. Chyba, że zostanie w porę oddelegowany przez cwane lobby do formowania np. wielkich imprez masowych, które poprawiają w sondażach notowania delegującej go „grupy towarzyskiej” zwanej dla niepoznaki – zarządem gminy. On się świetnie „sprawdza”, czyli – dobrze bawi, im – rosną słupki. Mimo „kulczyk parku” – na ten przykład.
Sumując – był Frankiewicz, wedle rozpowszechnionej opinii, rewolucjonistą radykalnym w słowach, umiarkowanym w czynach, później – wybitnym społecznikiem, którego misję przerwała śmierć. Nie, nie – nie wszczął burd ulicznych w obronie ginących w Poznaniu fabryk, nie, nie – nie postawił się czyścicielom kamienic, mordercom dziennikarza Ziętary… itd.

Po prostu – jeździł sobie konno, z konia spadł i umarł. Śmierć tragiczna, ale i zarazem banalna.

Gdy zestawić ją np. ze śmiercią M. Falzmanna, którego postać – jakże zasadnie – obecnie wydobywa się z zapomnienia.

 

3

Maciej Frankiewicz był wiceprezydentem miasta w czasach, gdy nastąpiło tzw. uwolnienie czynszów i tysiące poznaniaków musiało opuścić swe mieszkania. Dalszym etapem ich gehenny były podpoznańskie ogródki działkowe, pustostany, daleka prowincja. A czasami – kontenery ze śmieciami.

Pan Wiceprezydent zajęty bieganiem, nurkowaniem, lataniem – wydawał się faktu tego nie zauważać.

W czasach Frankiewicza panowało w Poznaniu ogromne bezrobocie, kolejki w urzędzie pracy nieopodal ul. Sikorskiego nie mieściły się w korytarzach.

Pan Wiceprezydent zajęty… – także tego nie zauważył. Zresztą, nie był „od spraw społecznych”.

Na poznańskim dworcu – przewalały się tłumy ludzi bez pracy i domu. Nieopodal magistratu w samo południe widziało się gromady „śmietnikowych nurków”.

Na Rynku Łazarskim ludzie bez dochodu sprzedawali to, co kilka godzin wcześniej ukradli. Zarobek pozwalał im opłacić miejsce do spania w cudzej piwnicy i kupno czegoś do zjedzenia, a tacy podopieczni dziwnej fundacji pod nazwa „Bieda” każdy dzień zaczynali od peregrynacji trasą: piekarnia-masarnia-mleczarnia. Potem jedli to, co im tam ktoś dał.

Pan Wiceprezydent i tu pozostawał głuchy i ślepy.

Dlaczego? Bo Pan Wiceprezydent, w latach 80-tych biedny jak kościelna mysz, w roku np. 2003 dysponował – cytuję – 380-metrowym domem, wartym 600 tys. zł, na którego budowę wziął 200-tysięczny kredyt, autem Alfa Romeo (prawie „nówka), zarobkami w wysokości 141 tys. zł i 25 tys. zł z tytułu pobytu w Radzie Nadzorczej spółki miejskiej „Termy Maltańskie”.

Jego śliczna żona, co jednak nie dała się zagonić do kuchni, w kilka lat później ujawni w oświadczeniu majątkowym ten sam dom, którego wartość spadnie do 475 tys. zł, swoje współudziały w 15 (sic!) działkach, dochody z działalności gospodarczej w wysokości 47 tys. zł. z pracy nauczycielskiej w wysokości 37 tys. zł, diety radnej w wysokości 32 tys. zł oraz nowiutkiego Opla Astrę.
Niestety, zaniżona ocena działeczek zaprowadzi radną do sądu (koszt wykazany w oświadczeniu majątkowym to 30 tys. zł, brawo papugi), gdzie dobry sędzia uzna czyn za taki z gatunku „pomroczności”. Ot, niewiasta, w przerwach między gotowaniem rosołu a dopiekaniem udek kurzych, przy wycenie gruntów zagubiła gdzieś zero.

 

4

Co do mnie, za kadencji mego kolegi z opozycji, Macieja Frankiewicza w Ratuszu, to pamiętam, że w podległej mu szkole na Dębcu, nikt z nas, nauczycieli, nie otwierał okien, gdyż całkowicie spróchniałe ramy czyniły takie działanie skrajnie niebezpiecznym, na blaty do zniszczonych stołów organizowało się zbiórkę, a dzieciom zabraniałam na muzyce tańczyć, bo wielka dziura w pogomułkowskim linoleum mogła stać się przyczyną poważnych kontuzji.

Zaś w roku ucieczki z Poznania (2005, uwolnienie czynszów) szłam sobie wieluńską ulicą Kościuszki z psem Poldem (zabranym w lutym sprzed poznańskiego Urzędu Pracy, gdzie ktoś porzucił go, przywiązując nocą do płotu tak, że łapy przywarły mu do lodu). Szliśmy sobie i zastanawialiśmy się, jak namówić jakiegoś sprzedawcę, by nam sprzedał pół chleba i kilo ziemniaków i żeby na to starczyła złotówka, jaką dysponowaliśmy. W domu nie było już nic, rentą w wysokości niecałe 800 zł musiałam obdzielić 2 osoby dorosłe, 3 pieski, królika i morską świnkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze o istnieniu „dobrej duszy” tego miasteczka, czyli o p. Janince i wydawało się, że tego dnia nie pojemy. Ale Pold nie zawiódł – tuż przed mostem nad Notecią energicznie skręcił, pociągnął smycz i z trawy wygrzebał mokre 20 zł.

Tak nas uratował. Nas, uciekinierów z dynamicznie rozwijającego się królestwa Pana Wiceprezydenta, który uważał, że każdy mógł na jego stolcu zasiąść. I ten menel, nurkujący w śmietniku przy Ratajczaka, i Pani Tereska, z ul. Sczanieckiej, co w największe śniegi sprzedawała na Rynku Łazarskim – szpulki kolorowych nici…

Sęk w tym, że posada, którą zajął „dobry człowiek”, Maciej Frankiewicz była jedna, a potencjalnych aspirujących – tysiące. Co zawsze winniśmy domorosłym „liberałom” – przypominać.
Gdy zatem posadzicie „bohaterom samorządowych bojów” kolejny dąb, ufundujecie tablicę, najpierw oceńcie, na ile te trudy zostały już wcześniej sowicie przez podatników opłacone gigantycznymi wynagrodzeniami, pochodzącymi przecież z waszych podatków i na ile zmieniły na lepsze wasze życie. Także w wymiarze elementarnym.

I nie spieszcie się z przedwczesnym brązownictwem. Równanie wygląda bowiem tak: 3 miesiące internowania plus niedługie aresztowania, a potem tłuste lata błogiej sytości i oddawania się ulubionym, a kosztownym rozrywkom. Tak przedstawia się dziś biografia wielu „rewolucjonistów” z czasów I i II „Solidarności”, także tej – Walczącej. Z panem Borusewiczem na czele.

I nie martwcie się, że oceniacie niekiedy umarłych. Gdy żyli, za nic mieli wasze życie. Jest to zatem najzwyklejsza odpłata ludzi, którzy nie wybaczają, jeżeli wcześniej o to wybaczenie nie zostaną poproszeni.

A w ogóle liberalne dziecko w ogrodzie zabawek to marny kandydat na cokoły. Prędzej czy później, ktoś te cholerne oświadczenia majątkowe znajdzie, odczyta i przeliczy, ile gwoździ musiał sprzedać np. maciupeńki przedsiębiorca w sklepie metalowym na Dębcu, aby podatkiem swym pokryć np. roczną dietę radnej – wdowy po Maćku.

Bogato jak w Londynie

Połowa nauczycieli w Londynie co tydzień kupuje swoim uczniom podstawowe produkty higieniczne, bo rodziców na nie nie stać.

 

Badanie kwestionariuszowe przeprowadzone przez brytyjską organizację charytatywną In Kind Direct ukazało niepokojące zjawisko: jeden na trzech nauczycieli w szkołach podstawowych od czasu do czasu kupuje uczniom artykuły pierwszej potrzeby, takie jak pasta do zębów i mydło. Robią to, bo widzą, że dzieci przychodzą do szkoły zaniedbane. 18 proc. ogółu pytanych nauczycieli przyznało, że postępują tak co tydzień. W północno-zachodniej części kraju odsetek ten wynosi 29 proc., a w samym Londynie aż 50 proc.

Raport przytacza uwagi nauczycieli na ten temat:

„Pracuję w podstawówce od 12 lat i w ciągu ostatnich kilku lat wyraźnie widzę, że to się nasila (…). Nie będziemy stali bezczynnie, kiedy ludzie potrzebują pomocy.”

„To nie zawsze są rodziny na zasiłkach. Rodzice mogą być samozatrudnieni albo trwale bezrobotni. Coraz więcej gospodarstw ma trudną sytuację.”

„Nie wybrałam tego zawodu po to, żeby teraz patrzeć jak dzieci cierpią. Jeżeli możemy pomóc w jakikolwiek sposób, to robimy to.”

Oficjalne rządowe dane pokazują, że ponad 4 mln dzieci w Wielkiej Brytanii żyje w biedzie. Liczba ta wzrosła o 100 tys. w ciągu ostatniego roku. Od 2010 r. liczba dzieci dorastających w ubóstwie wzrosła o ponad 1 mln – w dużej mierze wskutek stosowanej przez kolejne brytyjskie rządy polityce cięć budżetowych: ograniczeniom w świadczeniach socjalnych i zamrożeniu płac w budżetówce.

Kraj tylko dla bogatych

Polityka Donalda Trumpa prowadzi do sytuacji, w której najzamożniejsi Amerykanie mogą spokojnie pomnażać majątek, za to najbiedniejszym odbiera się dostęp do najbardziej podstawowych dóbr, w tym żywności czy opieki medycznej. Takie wnioski wypływają ze specjalnego raportu sporządzonego dla ONZ.

 

Specjalny sprawozdawca Narodów Zjednoczonych Philip Alston odwiedził w ubiegłym roku niektóre miejsca w USA najbardziej dotknięte biedą i wykluczeniem: dawne górnicze osady w Zachodniej Wirginii, dzielnice ludności czarnoskórej w Alabamie czy dzielnicę Skid Row, gdzie znajduje się jedno z największych na kontynencie skupisk bezdomnych. Doszedł do wniosku, że polityce społecznej rządu Trumpa brakuje niewiele, by zasłużyć na miano systemowego okrucieństwa wymierzonego w najsłabszych.

– Systematyczne ataki na amerykańskie programy opieki społecznej likwidują sieci wsparcia, na które mogli dotąd liczyć ci, którzy radzili sobie gorzej – powiedział Alston „Guardianowi”.
– Kiedy zaczyna się niszczyć wszelkie zaangażowanie ze strony rządu, szybko pojawia się okrucieństwo.

Badacz stwierdził, że miliony Amerykanów zagrożone są „zrujnowaniem”. Rozumie przez to poważne trudności w dostępie do żywności (z powodu cięcia środków na subsydia) i praktyczny brak dostępu do opieki medycznej. Doroczne badanie ekonomiczne prowadzone przez Rezerwę Federalną wykazało, że już teraz czterech na dziesięciu obywateli USA ma problem z tym, żeby bez radykalnego ograniczania wydatków na inne podstawowe potrzeby opłacić podstawowy pakiet ubezpieczeniowy w wysokości 400 dolarów miesięcznie. Według niektórych szacunków w biedzie żyje nawet 140 mln Amerykanów. Z tego 5 mln to żyjący w ubóstwie absolutnym.

Z wnioskami Alstona zgodził się nagrodzony Noblem ekonomista Joseph Stiglitz. W komentarzu dla „Guardiana” stwierdził on, iż Trump doszedł do władzy w społeczeństwie, które już było bardzo rozwarstwione, a zamiast podjąć walkę z tym wyzwaniem wdraża rozwiązania, które tylko pogłębią nierówności. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić reformę podatkową, którą prezydent ogłosił ogromnym sukcesem, a na której skorzystali wyłącznie najlepiej zarabiający. Dalej – obcięcie subsydiów żywnościowych dla najuboższych o jedną trzecią, zaostrzenie kryteriów przydzielania zasiłków, a niedługo być może także potrojenie czynszu, jaki płacą lokatorzy w budynkach należących do rządu federalnego (ta zmiana jeszcze nie została wprowadzona w życie, ale forsuje ją sekretarz mieszkalnictwa Ben Carson).

Pełny raport Alstoma zostanie zaprezentowany na forum ONZ w Genewie w tym miesiącu.

Zasiłek – prawem człowieka

Wielu ludzi, którzy przychodzą do nas ze swoimi kłopotami, nigdy nie udało się do pomocy społecznej.

 

Twierdzą, że „jeszcze tak nisko nie upadli” Utożsamiają korzystanie z zasiłków z żebraniem. Wielu z nich wpadło w łapy lichwiarzy, żeby tylko nie przeżyć upokorzenia, na jakie naraziłoby ich skorzystanie z pomocy finansowej państwa czy gminy.
Istnieje pogląd, że tylko lenie i pijacy sobie nie radzą. Dlatego klienci Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej często już od drzwi oznajmiają, że nie są patologią, że całe życie ciężko pracowali, a to, że dzisiaj grozi im eksmisja, licytacja mieszkania, odebranie dzieci z powodu złych warunków mieszkaniowych, to wynik nieszczęśliwego splotu okoliczności. Często ci ludzie dają wyraz swej pogardzie dla tych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji niejako na własne życzenie.
Fikcja, że w panującym systemie każdy pracowity człowiek „musi sobie poradzić”, a jeśli tak się nie dzieje to jest to wyjątek od reguły sprawia, że ludzie ze wstydu nie kierują się tam gdzie powinni czyli do ośrodków pomocy społecznej.
Jest jednak i drugi powód. W bardzo wielu, jeżeli nie w większości placówek pomocy społecznej pracownicy poniżają ludzi zwracających się o pomoc. Przykład: samotna matka piątki dzieci zajmuje pustostan, żeby wyjść z bezdomności. Przychodzi pracownica socjalna i pyta: gdzie są tatusiowie? Nie wie, że ojciec tej piątki dzieci miesiąc wcześniej zmarł na wylew w Markocie i leżał kilka godzin na podłodze w czarnym worku, zanim odpowiednie służby przyjechały go stamtąd zabrać. I że wdowa dlatego zajęła pustostan, że ta tragedia przepełniła kielich goryczy. Pracownica socjalna zakłada, że wielodzietność jest wynikiem alkoholizmu, złego prowadzenia się i częstej zmiany partnerów. Bo przecież „prawdziwa, bogobojna rodzina nie mogła się znaleźć w takiej sytuacji.” A jednak się znalazła. Bardzo często samotne matki, czy w ogóle biedne rodziny unikają kontaktów z „opieką” w obawie przed wszczęciem postępowania odebrania praw rodzicielskich z powodu biedy.
Twierdzenie, że ludzie ubodzy są sami sobie winni to kłamstwo, w które niestety w wierzy większość niezamożnych Polaków. A to przecież pretekst, żeby im jak najmniej pomagać.