Nasze drogie pociechy

Dla rodziców dzieci w wieku szkolnym wrzesień to zawsze niebezpieczna pora.

 

Z początkiem roku szkolnego rodziców tradycyjnie czekają duże wydatki. To przede wszystkim zakup podręczników oraz uiszczenie różnych opłat związanych z edukacją dzieci.
Na największe koszty muszą przygotować się rodzice uczniów szkół ponadgimnazjalnych, którzy już nie otrzymują darmowych książek szkolnych.

 

Zasługa poprzedniej ekipy

Młodsze dzieci, które uczęszczają do szkół podstawowych, za sprawą rozwiązań wprowadzonych przez rząd PO, korzystają z bezpłatnych podręczników lub materiałów edukacyjnych przygotowanych przez szkoły.
Jednak mimo to, jak wynika z ustaleń Centrum Badania Opinii Społecznej, z roku na rok rodzice uczniów na tzw. wyprawkę wydają coraz więcej.
Według CBOS (badanie „Wydatki rodziców na edukację dzieci w roku szkolnym 2017/2018”) w ubiegłym roku wspomniana wyprawka kosztowała średnio 1003 zł.
W przeliczeniu na jedną pociechę rodzice wydali od 649 zł do 686 zł, na dwoje średnio 1270 zł, a na troje nawet 1730 zł. Generalnie jednak, im więcej dzieci w rodzinie, tym wychodzi to taniej na głowę.
Rok wcześniej rodzice musieli wydać na ten cel mniej, bo 588 zł na jednego ucznia. Warto jednak pamiętać, że to nie wszystkie wydatki. Do opłacenia są na przykład zajęcia dodatkowe, niby nieobowiązkowe, ale często potrzebne, na które w ubiegłym roku rodzice uczniów szkół wszystkich wydawali ponoć średnio 455 zł miesięcznie na głowę jednego ucznia. Taką przynajmniej kwotę podaje Związek Firm Pośrednictwa Finansowego, choć cyfry te wydają się bardzo zawyżone.
Nie zmienia to faktu, że wygospodarowanie niemałych sum na początku roku szkolnego może być tak dużych kwot z bieżących wpływów może być trudne. Warto więc dobrze podliczyć wszystkie koszty i robić zakupy w sposób przemyślany.

 

Wydatków nie ubywa

Nic niestety nie wskazuje na to, aby w tym sezonie wspomniane koszty były niższe. Istotną zmianą jest jednak to, że część potrzebnej kwoty można uzyskać dzięki świadczeniu z programu „Dobry start”, które wynosi 300 zł i obejmuje wszystkie uczące się dzieci, do ukończenia przez nie 20. roku życia. Ważne, by zrobić to nie później niż do 30 listopada, inaczej świadczenie przepada.
Jak jednak sfinansować resztę kosztu wyprawki, gdy dopiero co domowy budżet został nadwyrężony wakacyjnymi wyjazdami? Wydatki na ten cel można zmniejszyć dzięki kilku prostym sposobom, o których nie zawsze się jednak pamięta.
Oczywiste jest, że zanim wybierzemy się do sklepu po przybory i książki szkolne, robimy listę potrzebnych rzeczy. Podliczamy także, ile wydamy na zajęcia pozaszkolne dzieci – i jakiej kwoty nam po tym wszystkim brakuje. Być może znajdziemy ją w budżecie domowym, obcinając inne wydatki, które mogą poczekać.

 

Metodą „na wnuczka”

Skutecznym sposobem na poszukanie oszczędności może być zamówienie podręczników w większej ilości w hurtowni razem z innymi rodzicami, dzięki czemu powinniśmy uzyskać znaczący rabat.
Inna droga to odkupienie używanych egzemplarzy od starszych roczników – choć rzadko istnieje taka możliwość, bo wydawnictwa szkolne bardzo dbają o to, aby zachęcać nauczycieli do stosowania co roku innych podręczników.
Wreszcie, przed zrobieniem zakupów warto porównać ceny w Internecie i poszukać najtańszych książek także w sklepach w sieci.
W ostateczności, jeśli mimo to okaże się, że brakuje pieniędzy na wyprawkę, trzeba skorzystać z dodatkowych źródeł finansowania.
Zacząć należy od poszukania takich, które będą jak najmniej obciążające – czyli w praktyce od metody „na wnuczka”. Rzadko która babcia nie wyasygnuje bowiem zaskórniaka na zakupy szkolne jeśli zostanie poproszona.
Jeśli zaś ten sposób odpada, a nie mamy już wydatków do obcięcia, to pozostaje nam niestety karta kredytowa. Skorzystajmy z dostępnego limitu, pamiętając tylko, żeby spłacić zadłużenie w okresie bezodsetkowym. Nie poniesiemy wtedy dodatkowych kosztów.

Po stronie dziecka

Jakie są priorytety polityki prorodzinnej, proponowane przez Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie na wybory samorządowe?

 

Dwa tygodnie temu przedstawiłem najważniejsze elementy „srebrnej rewolucji” – programu samorządowego SLD przygotowanego z myślą o seniorach. Dzisiaj kolej na najmłodszych. Wielu z nich od dwóch lat jest beneficjentami świadczeń rodzinnych 500+. Wydawane rokrocznie z budżetu państwa dwadzieścia kilka miliardów złotych stanowi realną pomoc rodzinom wychowującym dzieci. Zauważalnie zmniejszyła się skala ubóstwa, do niedawna jeszcze będąca wyrzutem sumienia Polski XXI wieku.
Ale 500 złotych na drugie i kolejne dzieci to za mało, aby uznać, że państwo zrealizowało swój obowiązek w prowadzeniu polityki prorodzinnej. Jakie zadania stawia lewica tym, którzy w najbliższych wyborach zostaną wybrani radnymi, wójtami, burmistrzami i prezydentami miast?

 

500 minus żłobek

„Zapewnienie opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 musi być priorytetem dla każdej gminy. Dostępny dla każdego, bez względu na zamożność i stan cywilny, żłobek lub klub dziecięcy to szansa na szybki powrót rodziców na rynek pracy po urodzeniu dziecka i równy podział ról związanych z opieką nad nim” – to cytat z programu samorządowego SLD „Silny samorząd – demokratyczna Polska”.
Efektem ubocznym programu 500+ jest rezygnacja z pracy zawodowej wielu matek wychowujących dzieci. Ich kalkulacja jest prosta: otrzymane pieniądze ze świadczeń rodzinnych starczają od biedy na przeżycie. Zaś powrót do pracy, to częstokroć konieczność oddania dzieci do żłobka. Jeśli zabraknie miejsc w żłobku publicznym, to na żłobek prywatny nie starczy pieniędzy z 500+.
Oto pierwszy z brzegu cennik, znaleziony w sieci. „Zielony Domek” w Brześce niedaleko Piaseczna. Za 8 godzin pobytu malucha w wieku do 3 lat trzeba zapłacić miesięcznie 500 zł czesnego i ponad 200 zł za wyżywienie. Razem 700 zł za jedno dziecko, 1400 złotych za dwójkę! A to i tak nie jest najwyższa cena.
Cena za pobyt dziecka w żłobku niepublicznym w dużej mierze zależy od tego, czy otrzymuje on dotacje z kasy publicznej: programu rządowego „Maluch Plus” i pieniędzy samorządowych. Również ceny w żłobkach publicznych są zróżnicowane. Ale i tam koszt pobytu i wyżywienia nierzadko pochłania zasiłek 500+ w 100 procentach.

 

Prywatyzacja dla najmłodszych

Ta „prywatyzacja” przeszła niezauważona. Prywatyzacja opieki nad najmłodszymi. Ile jest publicznych żłobków w 600-tysięcznym Wrocławiu? W którym urodziło się i mieszka ponad 20 tysięcy obywatelek i obywateli w wieku do 3 lat. Zaledwie 15. Słownie: 15 publicznych żłobków. Pozostałe to placówki niepubliczne. A i tak w końcowym rozrachunku we Wrocławiu brakuje niemal półtora tysiąca miejsc w żłobkach.
„SLD stoi na stanowisku, że należyta opieka nad najmłodszymi mieszkańcami naszego miasta nie powinna opierać się w tak dużym stopniu na placówkach niepublicznych. Konieczne jest znalezienie środków na budowę nowych placówek gminnych lub adaptację posiadanych przez gminę lokali oraz na prowadzenie żłobków publicznych” – napisali w swoim programie samorządowym działacze wrocławskiego SLD.
Żłobki mają być bezpłatne dla wszystkich dzieci! Rodziców decydujących się na pierwsze i kolejne dzieci nie musi interesować, z jakich programów rządowych i samorządowych zostanie sfinansowany pobyt ich syna lub córki w żłobku. Rachunek jest oczywisty. Pracujący rodzice – płacący podatki – pośrednio i tak sfinansują pobyt swoich dzieci w bezpłatnym żłobku.

 

Przedszkole za free

„Przedszkole to nie tylko szansa na godzenie przez rodziców obowiązków domowych i rodzinnych, ale przede wszystkim – na lepszą edukację dla każdego dziecka” – to kolejny cytat z programu samorządowego SLD. Można dyskutować o plusach i minusach pobytu najmłodszych w żłobkach. W przypadku przedszkoli sprawa jest bezdyskusyjna – pełnią one ważne funkcje edukacyjne.
Szkoda, że twórcom Konstytucji z 1997 roku nieco zabrakło wyobraźni, gdy pisali artykuł 70 – o bezpłatnej nauce w szkołach publicznych. Moim zdaniem, bezpłatna edukacja polskich dzieci powinna zaczynać się już w przedszkolu. I to prawo do bezpłatnej edukacji 4-letnich Polek i Polaków winno mieć gwarancje konstytucyjne.
Póki co, zapewnienie jak najlepszej oferty przedszkolnej spoczywa na barkach samorządowców. SLD postuluje, aby wszystkie przedszkola były bezpłatne. Oraz zlokalizowane w pobliżu miejsca zamieszkania rodziców. Niedopuszczalnym jest, aby najmłodsze dzieci, zamiast edukacji i zabawy, spędzały czas w ciasnym foteliku samochodu rodziców.

 

Bez ulgowego biletu

Uczeń zawsze kupował ulgowy. Bilet kolejowy. Autobusowy. Tramwajowy. Problem w tym, że kiedyś kosztowały one grosze. Dosłownie. Za ulgowy na tramwaj lub autobus płaciłem 20 groszy. Dzisiaj – przy porównywalnych zarobkach – ulgowe bilety są dziesięć razy droższe. Zdaniem SLD, komunikacja miejska powinna być bezpłatna – zarówno dla seniorów, jak i dla uczniów szkół podstawowych i średnich.
Częstochowa pokazała, że da się to zrobić. Prezydent Krzysztof Matyjaszczyk (SLD) w ubiegłym roku wprowadził pilotażowy program bezpłatnych przejazdów dla uczniów szkół podstawowych. „Chcemy sprawdzić, czy efekt, na którym nam zależy, czyli zmniejszenie się liczby samochodów na ulicach, zwiększenie się liczby użytkowników w naszych autobusach i tramwajach oraz poprawa sytuacji ekologicznej i bezpieczeństwa na drogach, zostanie osiągnięty” – argumentował prezydent.
Również radni wrocławscy jednogłośnie zadecydowali, że od 1 września tego roku dzieci i młodzież ucząca się do 21. roku życia będzie podróżowała po Wrocławiu za darmo. Podobne rozwiązanie wprowadzają gminy Górnego Śląska, Zagłębia i kilka kolejnych miast.

 

Dentysta w szkole

Inny pilotażowy program jest właśnie wdrażany we Wrocławiu. Z inicjatywy SLD powstają pierwsze gabinety dentystyczne w szkołach. Sojusz Lewicy Demokratycznej chciałby, aby tak było w każdej szkole w Polsce. „Każdy uczeń będzie objęty bezpłatną opieką dentystyczną, na którą będzie składać się zarówno profilaktyka stomatologiczna, jak i leczenie. Gabinet dentystyczny musi znajdować się w każdej szkole” – zapisano w programie samorządowym.
Ktoś powie, że to już było. Tak, w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej każda szkoła miała gabinet stomatologiczny i lekarski. I do tych dobrych praktyk z przeszłości warto wrócić. Bo dane dotyczące zdrowia dzieci i młodzieży są zatrważające. Już ponad 80 proc. sześciolatków choruje na próchnicę zębów. U dwunastolatków ten odsetek wzrasta do 85 proc.. A u osiemnastolatków do 95 proc.!

 

Szkoły zawodowe

W czasach transformacji zaniedbano również inną sferę dobrze rozwiniętą i funkcjonującą w PRL. Szkolnictwo zawodowe. Obecnie jesteśmy w czołówce europejskiej, jeśli chodzi o ilość osób posiadających wyższe wykształcenie. Tymczasem coraz dotkliwszy jest brak fachowców. I to we wszystkich zawodach technicznych. Statystyka mówi sama za siebie. W roku szkolnym 1990/91 funkcjonowało blisko 3 tysiące szkół zawodowych. Do drugiej dekady XXI wieku dotrwała zaledwie co druga z nich.
„Będziemy wspierać szkoły branżowe i technika: tworzyć nowe placówki, a w istniejących – zapewniać atrakcyjne kierunki kształcenia i nowoczesne wyposażenie” – napisali autorzy programu samorządowego Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Decyzje młodych ludzi dotyczące wyboru zawodu nierzadko są wynikiem panującej mody, sugestii rówieśników lub nacisków rodziców. Nie zawsze ma to związek z rzeczywistym zapotrzebowaniem na specjalistów danej branży. Dlatego SLD proponuje wprowadzenie kompleksowego systemu doradztwa zawodowego. Pomagającego uczniom w wyborze ścieżki kształcenia i przyszłego zawodu.

 

Etyka w szkole

Hydraulików i budowlańców brakuje. Polska nie narzeka natomiast na brak… katechetów. Od lat liczba nauczycieli religii w szkołach utrzymuje się na poziomie około 30 tysięcy. Dla porównania, policjantów jest 98 tysięcy. Katecheci szkolni kosztują podatników 1,5 miliarda złotych rocznie.
W programie krajowym SLD zapisano postulat likwidacji nauki religii w szkołach i finansowania katechetów z pieniędzy podatników. Jednak samorządowcy nie mają w tej sprawie wiele do powiedzenia. Dlatego w programie dotyczącym wyborów samorządowych zapisano jedynie postulat udostępnienia w każdej szkole lekcji etyki, dla wszystkich zainteresowanych uczniów. Taki jest wymóg prawa. Niestety, nie wszystkie szkoły i władze samorządowe go respektują. Jedną z wymówek jest brak nauczycieli etyki. To nie może dziwić, skoro na 30 katechetów przypada zaledwie 1 (słownie: jeden) nauczyciel etyki.

 

Gminy dla młodych

W programie dla seniorów Sojusz Lewicy Demokratycznej postulował tworzenie rad seniorów, jako zespołów doradczych dla władz samorządowych. Ale zasad samorządności należy uczyć się już w szkole podstawowej. „Chcemy, by już uczniowie szkół podstawowych mieli swoją reprezentację w młodzieżowych radach gmin, z własnym budżetem, który pozwoli między innymi na organizację młodzieżowych akcji i imprez” – proponuje Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie samorządowym.
Jedną z bolączek wyborów samorządowych jest bardzo niska frekwencja. W ostatnim dwudziestoleciu ani razu nie przekroczyła 50 proc. To oznacza, że ponad połowa mieszkańców systematycznie nie bierze udziału w wyborze swoich radnych, burmistrzów i prezydentów miast. Uczenie młodych ludzi aktywności obywatelskiej to również praca na rzecz przyszłych świadomych uczestników życia publicznego i politycznego.

 

Po stronie dziecka, po stronie rodzica

Gdyby z obszernego programu SLD, dotyczącego polityki prorodzinnej, chcieć zacytować tylko jedno – najważniejsze – zdanie? Brzmiałoby: „samorząd musi być partnerem rodzica w wychowaniu dziecka!”. Nic dodać. Nic ująć.