Referendum akcesyjne My, socjaliści

W ostatnich dniach b. premier – Leszek Miller przypomniał, że przed 15 laty, 7 i 8 czerwca 2013 roku odbyło się ogólnokrajowe referendum akcesyjne, które zadecydowało o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Podobnie, jak w przypadku Konstytucji 1997 roku, naród suwerennie podjął decyzję, której dziś nikt nie jest w stanie zmienić, obalić… Polacy odpowiadali wówczas „tak” lub „nie” na pytanie: „Czy wyraża Pani / Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?
Proces integracyjny Polski z Unią Europejską, którego jednym z etapów było przypomniane referendum, rozpoczął się wiele lat wcześniej, szczególnie w polskiej myśli socjalistycznej na emigracji. Trzeba jednak przypomnieć, że socjaliści w swoich dokumentach już w latach 30. przywoływali związki Polski i Polaków z Europą, jej kulturą i tradycją. W 1949 r. powstała Unia Socjalistyczna krajów Europy środkowo­wschodniej, sfederalizowana później z Międzynarodówką Socjalistyczną, której przewodniczącym został Zygmunt Zaremba. Ten znany polityk PPS z okresu przed II wojną światową, związany z emigracyjnym ośrodkiem londyńskim i później paryskim, po rozejściu się w poglądach z Adamem Ciołkoszem, był zwolennikiem federalizacji Europy. W jego nurcie poszukiwań publicystycznych mieściła się idea Stanów Zjednoczonych Europy, jako socjaldemokratycznej siły przełamującej dwubiegunowy podział świata na bloki komunistyczny i kapitalistyczny. Federalizm Zaremby miał charakter internacjonalistyczny nie zaś kosmopolityczny, podmiotem pozostawały narody, a nie abstrakcyjna społeczność międzynarodowa. Można przypuszczać, że poglądy te miały wpływ na późniejszy kształt integracji i są oryginalnym wkładem Polaków w dzisiejszy kształt Unii Europejskiej.
Wracając do referendum w 2008 roku trzeba przypomnieć, że do lokali referendalnych poszło wówczas 17,5 mln Polek i Polaków z czego 77 proc. (13,5 mln.) poparło przystąpienie do UE. Frekwencja była prawie o 9 proc. wyższa ponad niezbędne minimum, co czyniło z referendum akt stanowiący.
Okres poprzedzający głosowanie był niezwykle burzliwy, toczyła się ostra walka polityczna. Wygrała pozytywnie odnosząca się do idei zintegrowanej Europy większość, która po okresie kilkunastoletnich doświadczeń wcale nie maleje. Polacy – jak wspomina Leszek Miller – nie ulegli kampanii strachów i lęków. Wzięli udział w prawdziwie pospolitym ruszeniu na rzecz Polski postępowej, zamożnej, otwartej i tolerancyjnej. Z dwóch czerwcowych dni uczynili ważną datę w swojej historii. Otworzyli wielką inwestycję we własną przyszłość.
Wynik referendum akcesyjnego ma ogromne znaczenie w polskiej tradycji demokratycznej i historii. Wiąże się to z powodu zakresu i formy z jego znaczeniem i powagą. O wejściu Polski do Unii zadecydował cały naród. Dziś nikt w praktyce politycznej i sztywnych zasad polskiego parlamentaryzmu uwarunkowanego zapisami Konstytucji nie jest w stanie kwestionować tej decyzji. Pojawiające się głosy i działania po stronie rządzącej, konserwatywnej prawicy, krytyczne wobec udziału Polski w Unii, są z punktu widzenia praktyki demokratycznego stanowienia prawa w Polsce, bez wartości. Większość Polaków, bez względu na swoją orientację i sympatie polityczne, jest za obecnością w Unii Europejskiej. Decyzje referendum akcesyjnego z 2008 roku może zmienić tylko inne ważne referendum stanowiące. Nie widzę jednak odważnych polityków po prawej stronie, którzy chcieliby je organizować i podjąć ryzyko destabilizacji państwa.
Polska polityka europejska i międzynarodowa wydaje się być dziś efektem przypadków, a nie przemyślanej strategii uwarunkowanej interesem narodowym.
Sam uważam, że wiele w Unii trzeba zmienić, nie do zniesienia wydają się na przykład obyczaje i praktyka biurokracji brukselskiej. Trzeba to jednak robić wspólnie z innymi, suwerennie planując strategię działania.
Mimo wielu powodów do niezadowolenia, podstawowy interes Polski tkwi w dobrych relacjach z demokratyczną Unią.

Czy to mąż, czy nie mąż

Europejski Trybunał Sprawiedliwości stwierdził, że w kwestii swobody przemieszczania się na terenie UE, każde z państw członkowskich musi akceptować małżeństwa jednopłciowe zawarte za granicą.

 

Precedensowy wyrok dotyczył dwóch mężczyzn, którzy pobrali się w Brukseli – Rumuna Adriana Comana i Amerykanina Claya Hamiltona. Ten ostatni ubiegał się o prawo pobytu w Rumunii powyżej 3 miesięcy – zgodnie z tym, co prawodawstwo unijne oferuje małżonkom obywateli krajów członkowskich. Ale Bukareszt wypiął się na przepisy i stwierdził, że skoro Rumunia małżeństw LGBT nie akceptuje, to Hamilton „małżonkiem” nie jest i basta. Teraz jednak będzie musiał zmienić zdanie. Do wyroku zobowiązana jest stosować się również Polska, co wywołało potępieńcze jęki niosące się echem po Twitterach i Facebookach. Nie odmówiła sobie komentarza między innymi Kaja Godek („stop dewiacji”), szef Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski („co na to MSZ?”), a także niezastąpiona złotousta posłanka Krystyna Pawłowicz/ Pani poseł wie swoje: „Dzisiejszy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE uznający homozwiązki za „małżeństwo” NIE DOTYCZY Polski !!! (…) I nawet gdyby – co nie daj Boże – PiS nie był chwilowo u władzy – to ani z Protokołu, ani z Deklaracji 61 Polski nie można wycofać jednostronnie, bo byłaby to zmiana traktatów, a KAŻDA zmiana traktatów wymagałaby całej skomplikowanej procedury ich zmiany, włącznie zapewne z referendami.
Tak więc, osoby homo, nie cieszcie się, bo Polska pozostaje państwem z naturalnym małżeństwem i rodziną” – triumfuje prawniczka. I zupełnie nie przeszkadza jej, że nie ma racji.

Czyja jest Polska?

Głosowanie w UE to wyższe zarobki polskich pracowników, ale w związku z tym również mniejsza konkurencyjność polskich firm na rynkach zachodniej Europy.

 

Te fundamentalne pytania musi sobie zadać każdy obywatel/obywatelka Polski po głosowaniu w Parlamencie Europejskim dyrektywy UE w sprawie pracowników delegowanych. Według większości mediów głosowanie za tą ustawą było antyrządowe i generalnie rzecz biorąc antypolskie,

 

Więc gdzie ta antypolskość?!

Idąc na skróty chodzi o to, że pracownik jednego kraju UE pracujący w innym kraju UE ma zarabiać tyle, co pracownik tego kraju. Czyli – Polak pracujący np. w Danii ma zarabiać tyle co Duńczyk. Gdzie tu antypolskość? Ale – zostańmy przy duńskim przykładzie.
W Danii zostaje ogłoszony przetarg na zbudowanie czegoś tam. Do przetargu stają firmy np. duńskie, francuskie, brytyjskie, greckie itd., ale również polska.
I problem polega na tym, że polska firma wykonująca prace budowlane w Danii zatrudnia polskich pracowników i płaci im tak jak za pracę w Polsce – czyli nędznie. Stająca w przetargu np. firma francuska zakłada płacenie pracownikom według stawek francuskich, tak samo firma brytyjska, hiszpańska itd.

 

Gdzie ta walka z Polską, o której tak krzyczą media?

Problem polega na tym, że wykonanie zlecenia wymaga ileś tysięcy tzw. roboczogodzin. I godzina pracy polskiego pracownika w Polsce jest znacznie niższa niż godzina pracy francuskiego pracownika we Francji.
Czyli oferta polskiej firmy jest znacznie bardziej atrakcyjna, bo Polacy pracują za polskie stawki, co powoduje, że polska oferta jest znacznie tańsza. Czasem jest tak, że żadna firma nie dostaje wykonania całości  inwestycji – pracuje kilka firm. Obok siebie pracują np. Francuzi i Polacy – tyle tylko, że Francuzi zarabiają w euro kilka razy więcej niż Polacy ze stawkami z okolic Rzeszowa czy Lublina.
W dyrektywie UE chodzi o to, żeby ci przykładowi Francuzi i Polacy zarabiali tyle samo. No i to podobno według polskich komercyjnych mediów jest antypolskość!!
No tak.
Mogą być straty. Bo teraz polskie firmy nie będą w Europie zachodniej dawać niższych, de facto dumpingowych stawek kosztów wykonania zlecenia w wyniku niskich kosztów pracy.
Polscy pracownicy pracujący na zachodzie za pośrednictwem polskich firm będą więcej zarabiać.
Tylko pytanie – na ile to obniży konkurencyjność polskich firm za europejskich rynkach? Czyli głosowanie w UE to wyższe zarobki polskich pracowników, ale w związku z tym również mniejsza konkurencyjność polskich firm na rynkach zachodniej Europy.

 

Gdzie tu Polska, gdzie patriotyzm?

Myślę, że do tej pory polskie firmy pracujące na Zachodzie pracowały tak, że zarządy firm i kadra menadżerska zarabiała jak na Zachodzie, a pracownicy tak jak w Polsce.
I ci ludzie, okradający swoich pracowników, teraz płaczą i wrzeszczą o „niszczących Polskę decyzjach UE”.
A będzie tak: prawdopodobnie część polskich firm stosujących do tej pory maksymalnie niskie stawki płac już nie będzie mogła funkcjonować na rynkach starej UE. W pozostałych trzeba będzie urealnić zarobki – pracownicy będą zarabiać według stawek UE, a zarządy i menadżering według zdrowego rozsądku, a nie jak dziś według własnych wyobrażeń.

 

No i czyja jest Polska?

Pracowników czy pracodawców? Dzięki decyzjom UE polscy pracownicy w UE będą zarabiać więcej, mniejsze będą zyski polskich pracodawców. I to podobno jest antypolskie.
Oczywiście nieprawda. Prawda jest taka, że polskie media są antypracownicze i reprezentują interes polskiego kapitału.

Głos lewicy

Będzie pozew

Wszystkie poświadczenia o dostępie do informacji niejawnych powinny być zweryfikowane. Skoro w przypadku posła Pięty popełniono błąd, a wydaje mi się, że popełniono, to mogło się to zdarzyć w przypadku każdego innego posła, który zasiada w tej komisji ds. służb specjalnych – powiedział Andrzej Rozenek w programie „Tak czy Nie”, komentując zamieszanie wokół romansu posła Pięty, który do wczoraj był członkiem sejmowej komisji nadzorującej służby specjalne.
Polityk SLD podkreślił, że „każde poważne państwo na świecie chroni swoje tajemnice”. – Szczególnie jeśli chodzi o komisję ds. służb specjalnych nie powinno być żadnych żartów i żadnego pola na jakieś niedociągnięcia, czy nieprzestrzeganie procedur, bo te procedury mogą czasem uratować komuś życie, a nieprzestrzeganie może komuś życie odebrać – argumentował.
Rozenek przypomniał skutki opublikowania raportu Antoniego Macierewicza. – W wyniku opublikowania tego raportu śmierć poniosło kilkanaście osób. To są fakty – stwierdził polityk SLD podkreślając, że „nie ma państwa na świecie, które ujawnia listy swoich agentów; poza Polską”.
W trakcie programu, rozmówca Andrzeja Rozenka – Adrian Stankowski z dziennika „Gazeta Polska Codziennie” porównał służby działające w PRL do gestapo. – Myślę, że wyląduje pan w sądzie za to, co pan powiedział. Życzę tego panu i będzie musiał pan przepraszać za to co pan powiedział – natychmiast ripostował Rozenek.

 

Dobre wieści  dla polskich przewoźników

Na forum Komisji Transportu 4 czerwca 2018 r. odbyło się głosowanie nad raportem Pani Poseł Merji Kyllönen:

Wymogi w zakresie egzekwowania prawa oraz szczegółowe zasady dotyczące delegowania kierowców w sektorze transportu drogowego”. W jego trakcie posłowie 27 głosami do 21 zagłosowali za przyjęciem kompromisu wyłączającego z delegowania transport międzynarodowy.
W trakcie prac nad ostatecznym kształtem przepisów będziemy bronić interesów naszych przewoźników, ponieważ jesteśmy przekonani, że kierowca ciężarówki czy autobusu wykonujący międzynarodowe przewozy, nie jest pracownikiem oddelegowanym zgodnie z charakterem jego pracy.
Przypominamy, iż na wniosek prof. Bogusława Liberadzkiego, członka Komisji Transportu i Turystyki PE postanowiono, że dyskusja o kierowcach ciężarówek i transporcie międzynarodowym została wyłączona z dyrektywy o pracownikach delegowanych i będzie przeprowadzona oraz głosowana oddzielnie.

 

Trzeba uruchomić wszystkie polskie siły

– Przypominam wszystkim, że ten budżet nie został jeszcze przyjęty. W związku z tym powinny zdarzyć się następujące rzeczy, po pierwsze eurodeputowani powinni wrócić do tradycji spotkań wszystkich posłów do Parlamentu Europejskiego bez względu na przynależność klubową i wspólnie myśleć o interesie naszego kraju – powiedział Włodzimierz Czarzasty w programie „Bez Retuszu”.
– Premier Mateusz Morawiecki powinien w trybie pilnym spotkać się z komisarz Elżbietą Bieńkowską i powinno mieć to miejsce przed jego lipcowym wystąpieniu w debacie Parlamentu Europejskiego o przyszłości Unii Europejskiej – oświadczył przewodniczący SLD.
– Premier powinien uruchomić wszystkie polskie siły, aby nasz kraj otrzymał z Unii Europejskiej jak najwięcej pieniędzy – ocenił Czarzasty.

Druga strona

Garść refleksji o nowym budżecie UE.

Jak zapewne Państwo pamiętają, z początkiem maja Komisja Europejska ogłosiła projekt budżetu UE na lata 2021-2027. Mimo odejścia Wlk. Brytanii razem z jej składką, kwotowo ma to być budżet nieco większy od dotychczasowego – na różne programy europejskie w nowej perspektywie finansowej przeznacza się 1279 miliardów euro.Jednak, jeśli wziąć pod uwagę inflację, to kategoria „większy” staje się nieaktualna. Ale ostatecznie, mimo podniesienia składki, co już postanowione – cięcia w stosunku do budżetu poprzedniego będą niezbędne.
W dwóch obszarach, które są dla nas bardzo ważne – chodzi o politykę spójności i politykę rolną – przewiduje się kwoty mniejsze odpowiednio o 7 i o 5 procent.Konrad Szymański, wiceminister spraw zagranicznych tak skomentował te informacje (cyt. za PAP i PR):– Na ostatniej prostej przed zaprezentowaniem projektu budżetu przez Komisję Europejską Polsce udało się obronić znaczną część interesów regionu (…) udało się, z walnym udziałem premiera Morawieckiego, wyhamować najbardziej radykalne propozycje cięć, najbardziej radykalne propozycje zmian, propozycje prawdziwego zrewolucjonizowania budżetu unijnego.
(…)Wydźwięk zapewnień wiceministra Szymańskiego – zarówno w wymiarze bezpośrednim, jak i w sferze gestów i symboli – jest jednoznaczny: polska opinia publiczna, ale też opinia publiczna w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, mogą spać spokojnie – w premierze Mateuszu Morawieckim mają skutecznego obrońcę swoich interesów, kluczowego gracza przy stole negocjacji budżetowych, zaś „ocieplony” wizerunek naszego kraju oraz osobiste, bardzo dobre stosunki naszego premiera z przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean Claudem Junckerem mają wymiar nie tylko prywatny, ale też jak widać przekładają się korzystnie na nasze stosunki z Unią Europejską. Polska dyplomacja i polskie władze państwowe oceniają, że cięcia, które zaproponowano w nowym budżecie unijnym na lata 2021-2027 są co prawda nieuniknione, ale dzięki Polsce, są mniejsze niż powszechnie oczekiwano.
Tymczasem…
Z inicjatywy grupy parlamentarnej Socjalistów i Demokratów, do której należą posłowie SLD, wyliczenie podane 2 maja przez Komisję Europejską, wzięli na warsztat eksperci Parlamentu Europejskiego. Ich wnioski są, delikatnie mówiąc, zaskakujące:
„Propozycja KE to bardzo ładna historia, ale niestety nieprawdziwa. Sprawdziliśmy ze służbami PE liczby, jakie podawane są w projekcie. KE wykorzystuje czasami ceny bieżące, czasami ceny stałe, czasami liczy 27 krajów, czasami 28. Na końcu musieliśmy sprawdzać każdą z podanych liczb i rezultat jest bardzo zasmucający” – mówiła do dziennikarzy w Brukseli nasza koleżanka z S&D, europosłanka komisji budżetowej odpowiedzialna za wieloletni budżet UE Isabelle Thomas. Wstępna ocena Parlamentu Europejskiego pokazuje bowiem, że Komisja bardzo często wykorzystuje ceny bieżące, czyli nominalne wartości bez uwzględniania inflacji. W rezultacie przedstawiane cięcia w konkretnych obszarach są znacznie mniejsze niż w rzeczywistości. Z analiz przeprowadzonych przez ekspertów europarlamentu wynika, że wbrew twierdzeniom Komisji zaproponowany wieloletni budżet nie będzie wynosił 1,114 proc. dochodu narodowego brutto (DNB) 27 państw UE, ale 1,08 proc. DNB. To mniej niż obecne wieloletnie ramy finansowe dla państw UE bez uwzględniania Wielkiej Brytanii (cyt. za PAP)Z polskiego punktu widzenia ważne są cięcia w polityce spójności oraz polityce rolnej. Tu też jest gorzej niż początkowo informowano. Cięcia wyniosą odpowiednio nie 7 i 5 procent, tylko 10 i 15!
Szczegółowa analiza Parlamentu Europejskiego pokazuje również, że w ramach polityki spójności aż o 45 proc. zmniejszony ma być Fundusz Spójności. Jest on przeznaczony dla państw członkowskich, których dochód narodowy brutto (DNB) na mieszkańca wynosi mniej niż 90 proc. średniego DNB w UE. Realizowane są z niego wielkie przedsięwzięcia, jak np. transeuropejskie sieci transportowe. To byłby doprawdy potężny cios wymierzony we wszelkie projekty infrastrukturalne w krajach takich jak nasz.Ma więc rację wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański przestrzegając, że sukces naszych negocjatorów z premierem Morawieckim na czele nie jest jeszcze przesądzający, że to dopiero, obiecujący co prawda, ale zaledwie pierwszy krok na długiej negocjacyjnej drodze. Czekają nas chwile nerwowe, pełne konfliktów i zwątpienia, wzlotów i załamań. Uspokajał jednak pan minister, że jesteśmy do tego przygotowani, że w znacznej mierze sukces będzie zależał od gotowości naszych partnerów do kompromisu, bo my jesteśmy gotowi. Mamy dobrą wolę, ale i determinację obrony polskich interesów…
Bardzo się z tego cieszę, choć moją radość mąci nieco wiercąca mózg myśl, czy nasza gotowość do negocjacji i kompromisu odnosi się do cięć w wysokości 7 i 5 procent, czy do tych realnych – 10 i 15 proc., przy zmniejszonym o 45 proc. Funduszu Spójności? Czy my w ogóle wiemy, o czym mówimy?

Meandry demokracji

Demokracja w świecie uprawiana według dotychczasowego modelu przechodzi kryzys.

Dotyczy on głównie wartości podstawowych, jak łamanie zasad ustalonych od co najmniej dwóch wieków, jak też jej praktyki. Ostatnie wybory amerykańskie, jak też wyniki brytyjskiego referendum dotyczącego obecności w UE wskazały na rozwój coraz to bardziej wyrafinowanych sposobów manipulacji nastrojami społecznymi m.in. z udziałem narzędzi jakie daje sieć Internetu i popularność portali społecznościowych.
Do języka politycznego nowego społeczeństwa informacyjnego weszło od kilku lat nieznane wcześniej określenie postprawda. Rozumie się poprzez to określenie, że w obiegu informacyjnym nie prawda jako taka, dotycząca zdarzeń, ale ich interpretacja ma znaczenie zasadnicze. Politykom wybacza się coraz częściej kłamstwo w imię wyższych racji. Polska nie odbiega zbyt daleko od tego trendu, który nabiera cech trwałej praktyki w naszej sferze cywilizacyjnej. Znamy i z naszej polskiej praktyki zdarzenia i trwające już lata kampanie propagandowe, których siłą napędową jest świadomy fałsz.

Jak wyjść z kryzysu demokracji

Podstawowym wyznacznikiem demokracji są wolne wybory, dające możliwość wyłonienia reprezentantów różnych, często antagonistycznych nurtów ideowych i politycznych. Ich efektem skompletowanie władzy ustawodawczej i utworzenie rządu sprawującego władzę wykonawczą. To dość prosty do opisania zabieg, który komplikuje się jednak w realnym życiu społecznym.
W ostatnich miesiącach trwa spór pomiędzy Komisją Europejską a polskim rządem dotyczący złamania zasad demokracji w ułożeniu na nowo zasad tzw. trójpodziału władzy, gdzie trzy podstawowe segmenty – władza ustawodawcza, władza wykonawcza i władza sądownicza są niezależne. Zapisy w naszej Konstytucji utwierdzają ten podział jasno i wyraźnie, praktyka legislacyjna dotycząca ustroju Trybunału Konstytucyjnego i sądów powszechnych budzi jednak poważne wątpliwości. Zauważyli to i zwracają uwagę Polsce członkowie gremiów stanowiących Unii Europejskiej.
Sprawa ta toczyć się będzie zapewne jeszcze długo, odnoszę bowiem wrażenie, że praktyka postprawdy weszła również w relacje pomiędzy Komisją Europejską a państwami narodowymi.

Najbliższa perspektywa

Zjawisko to jest bardzo ważne, ale ważniejsze na dziś, wydaje się być dla Polaków określenie zasad przed najbliższymi wyborami, które w cyklu kilkuletnim zdominują nasze życie publiczne. Nie można nie przypomnieć wyborów z 2015 roku, w których po raz pierwszy w historii III RP wypadła z Parlamentu lewica.
W dużej mierze na własne życzenie i ze względu na błędy popełnione przy konstruowaniu zasad we własnym środowisku, ale również ze względu na świadomą działalność przeciwników politycznych, którzy w ramach walki ukuli hasło „SLD wolno mniej”. Nikt nie próbował z tym polemizować, pytać: dlaczego?
Warto by kiedyś sięgnąć do doświadczeń tych wyborów i odpowiedzieć sobie na pytanie dotyczące zakresu manipulacji świadomością społeczną w ówczesnej kampanii w ramach praktyki postprawdy, manipulacji prawicy wokół historii, która absolutnie rozmija się z rzeczywistością.
W wyniku wyborów 2015 roku powstała w Polsce, jako jedyna w Europie, niezrównoważona scena polityczna, nieodzwierciedlający rzeczywistego układu sił i interesów oraz Parlament i władza wykonawcza mająca w momencie startu jedynie 19 procent poparcia całego elektoratu oraz pełnię władzy wg znanego hasła „zwycięzca bierze wszystko”. Zwracam uwagę, że ktoś na to pozwolił, nikt przeciw temu nie protestował.
Po ponad dwóch latach praktyki jednowładztwa konserwatywnej prawicy widać, że nie lubi ona i nie chce słuchać, ani wziąć pod uwagę interesów mniejszości. Kieruje się swoją logiką, która niewiele z demokracją ma wspólnego. Efektem tego jest wylewanie się na ulice ludzi będących w stanie rozpaczy, z których część w ostatnich tygodniach okupuje sale sejmowe. Można mieć im za złe samą praktykę protestu, że nie tak, jak w cywilizowanej demokracji, ale żadna z sił parlamentarnych nie reprezentuje ich interesów. Ci ludzie po prostu nie mają się do kogo odwołać, jedynym forum i miejscem, które może zapewnić im w ramach demokracji medialnej nagłośnienie i siłę przebicia są sale parlamentarne i media tam obecne.

Oblężona twierdza

Nic dziwnego, że władza się barykaduje, zamyka, tworzy oblężone twierdze w stolicy i w wielu miejscach w kraju. Ten stan jest efektem braku reprezentacji i wpływu wielu środowisk i ludzi na stan państwa i politykę ich dotyczącą. Można domniemywać, że ta praktyka polityczna będzie się upowszechniać, że ludzie w związku z brakiem reprezentacji ich interesów będą brali sprawy w swoje ręce. Polską demokrację parlamentarną zastępować będzie demokracja bezpośrednia. Mamy takich przykładów z polskiej historii wiele. Warto je studiować, dla naszego wspólnego dobra i spokoju społecznego.
Przed lewicą w tym czasie stoi bardzo poważne zadanie zrównoważenia polskiego systemu politycznego. Musi się ona znaleźć w Parlamencie, aby w perspektywie przebudować nasz system demokratyczny w kierunku zwiększenia szans na reprezentację interesów środowisk i grup obywateli dotychczas marginalizowanych. To jeden z ważnych wniosków po blisko 30 latach istnienia III RP.

Głos lewicy

Nie przepraszać za to, że się żyje!

Portal NaTemat porozmawiał z Andrzejem Rozenkiem. Oto fragment wywiadu:

Natemat: Skoro mowa o kierownictwie… Podoba się panu ten specyficzny, buńczuczny styl przewodniczącego Czarzastego?
Andrzej Rozenek: Na to trzeba spojrzeć przez pryzmat lat chowania głowy w piasek przez SLD. Sojusz długo był partią, której inni mówili, czego to jej niby nie wolno robić. A przecież SLD jest równoprawnym uczestnikiem gry politycznej. I dość z pouczaniem! Ja się w pełni identyfikuję z tym, co robi Włodzimierz Czarzasty. SLD będzie silną lewicą, ale tylko wtedy, gdy nie będzie się wszystkim dookoła kłaniał i przepraszał, że żyje.

Coraz głośniej mówi się, że SLD żyje dziś głównie po to, by wyborców podbierać nie tyle aktualnej opozycji parlamentarnej, a Prawu i Sprawiedliwości i innym, których można opisać jako „socjalistyczną prawicę”.
Z punktu widzenia dobra Polski byłoby świetnie, gdyby elektorat po PiS przejęło właśnie SLD. Przecież nie wolno winić elektoratu za to, co robi partia. Winić powinniśmy tylko konkretne osoby, które odpowiadały za konkretną działalność. Wyborcy, którzy dali się oczarować ich obietnicami, prędzej czy później przejrzą na oczy. To więc naturalne, że się do tego elektoratu uśmiechamy. I mówimy im o tym, że sprawy społeczne dla SLD również są bardzo istotne i te wszystkie najważniejsze prospołeczne reformy za naszych rządów utrzymamy.
Jednak zwracamy też uwagę, że różnimy się znacząco z PiS w wielu innych sprawach. Na przykład takich, jak podejście do Unii Europejskiej. W przeciwieństwie do PiS chcemy, by Polska w niej pozostała. Różnimy się w kwestii praworządności. SLD uważa, że prawa trzeba bezwzględnie przestrzegać. Różnimy się oczywiście także w kwestiach światopoglądowych. My jesteśmy za prawdziwym rozdziałem państwa i Kościoła. Nikogo więc nie powinny dziwić ruchy PiS-owskiego elektoratu w kierunku SLD.

POPiS precz!

Z kolei Konrad Piasecki wziął na spytki Włodzimierza Czarzastego:

Konrad Piasecki: Ale to nie jest tak, że pan jest wpisany w taki makiaweliczny nieco plan osłabiania opozycji, stawiania na jej rozdrobnienie i tracenie przez nią głosów w ten sposób.
Włodzimierz Czarzasty: Ale jaja! Ale dlaczego pan myśli, że Polska musi być podzielona na PO i na PiS?
Ja nie mówię, że ona musi być podzielona na PO i na PiS. Myślę, że PiS-owi bardzo podoba się to, że na opozycji jest i PO, i Nowoczesna, i SLD teraz trochę rośnie w siłę, a może za chwilę Biedroń założy jakąś partię, a może Petru założy jakąś partię – w to PiS-owi graj.
Zostawmy PiS na chwilę, niech każdy walczy o swój elektorat, niech każdy walczy o ludzi. Partie będą walczyły o ludzi, będą dobrze im robiły, to ludziom będzie lepiej. Ma prawo do życia i PSL, i SLD, i pan Biedroń, i partia Razem, Nowoczesna też ma prawo do życia, chociaż ostatnio chyba trochę z niego rezygnuje.

Bo spodobało im się w sojuszu z PO. Dobry mariaż też jest warty czasami wiele.
Tysiąc kwiatów! SLD dwie rzeczy łączy: łączy i wartości związane z serce, i sprawy socjalne. I to jest jedyna partia poza partią Razem, która to robi. W związku z tym, jeżeli ma pan ochotę głosować na taką partię, dla której jest ważna Europa, są ważne sprawy socjalne, jest ważne państwo świeckie, jest ważna historia do ‚90 roku i polityka historyczna, to musi pan zagłosować na nas, o co proszę.

To na koniec jeszcze pytanie o przyszłość koalicyjną lewicy – widzi pan oczyma wyobraźni w 2019 koalicję wszyscy przeciwko SLD?
Oczywiście.

I widzi pan siebie w tej koalicji?
Ale przeciwko PiS-owi.