Śmierć aktywistki

W szpitalu w Kijowie zmarła Kateryna Handziuk – ukraińska dziennikarka i aktywistka zaangażowana w śledzenie policyjnych nadużyć oraz korupcji w organach ścigania.

 

Kobieta została 31 lipca oblana kwasem przez pięciu mężczyzn aktywnych wcześniej w organizacjach nacjonalistycznych. Obrońcy praw człowieka alarmują, że na Ukrainie od 2017 r. miały miejsce jeszcze 54 inne ataki na aktywistów takich jak zamordowana.

33-letnia aktywistka z Chersonia (280-tysięcznego miasta na południu Ukrainy), członkini tamtejszej rady miejskiej i doradczyni mera w latach 2003-2015 należała do partii Batkiwszczyna, brała udział w pomarańczowej rewolucji 2004 r. i w Euromajdanie. Zasłynęła swoim zaangażowaniem w śledzenie i opisywanie zasięgu korupcji w miejscowej policji, nadużyć władz i organów ścigania, zarzucała również włodarzom Chersonia związki z separatystami z Doniecka i Ługańska.

31 lipca została napadnięta przed własnym domem i oblana kwasem siarkowym. Odniosła oparzenia blisko 40 proc. ciała, straciła wzrok w jednym oku. Walczyła o życie kilka miesięcy, przeszła 11 operacji. 4 listopada zmarła w szpitalu w Kijowie, o czym poinformowano na profilu „Kto zlecił zabójstwo Katii Handziuk?”. Prowadzą go aktywiści, którzy sprzeciwiają się rosnącej na Ukrainie fali przemocy wobec aktywistów antykorupcyjnych, obrońców praw człowieka i niezależnych dziennikarzy.

Po śmierci Handziuk kondolencje rodzinie złożył Petro Poroszenko, wzywając równocześnie do tego, by odpowiednie organy odnalazły i ukarały sprawców. Również unijny komisarz ds. poszerzenia Johannes Hahn stwierdził, że „ataki na aktywistów obywatelskich są niedopuszczalne”. Jednak obrońcy praw człowieka są wręcz przekonani, że policja, której nadużycia zamordowana aktywistka tak nieugięcie ścigała, nie ma najmniejszego zamiaru skazać winnych.

– Niedawno przez Ukrainę przetoczyła się cała fala ataków na aktywistów. Są to zarówno zabójstwa i pobicia, jak i zniszczenia własności działaczy – palenie samochodów, biur czy rzucanie granatów. Ofiarami są w większości ludzie, którzy sprzeciwiają się korupcji oraz przestępczości zorganizowanej, ekolodzy i obrońcy praw człowieka – powiedziała, cytowana przez Onet, Tetiana Peczonczyk, szefowa ukraińskiego Centrum Informacji o Prawach Człowieka. – Przyczyną ataków jest brak reformy organów ścigania. Zleceniodawcy pozostają bezkarni. Niektórzy aktywiści byli atakowani już kilka razy, a mimo to nie objęto ich żadną ochroną – dodała.

Policja początkowo zakwalifikowała napad z użyciem kwasu siarkowego jako… chuligaństwo. Dopiero później zmieniła kwalifikację czynu na usiłowanie zabójstwa.

Jako podejrzanych o napad na Handziuk zatrzymano ostatecznie pięciu mężczyzn. Wszyscy mają za sobą udział w konflikcie w Donbasie po stronie ukraińskiej. W sierpniu 2018 r. policja przyjmowała wersję, że pomysłodawcą brutalnego ataku był 41-letni Serhij Torbin, były oficer policji w Chersoniu i uczestnik walk na Donbasie, który nakłonił do wzięcia udziału w napadzie czworo byłych podkomendnych, później działaczy nacjonalistycznej Ukraińskiej Armii Ochotniczej. Policja podkreślała, że mężczyźni uważali swoje działania za słuszny akt patriotyzmu, a ofiarę – za separatystkę. Serhij Torbin przebywa obecnie w areszcie w Kijowie. SBU utajniło akta sprawy dotyczące kwestii tego, kto tak naprawdę był głównym zleceniodawcą napadu.

Wieczorem 4 listopada, po kilku godzinach od podania informacji o śmierci aktywistki, w kilku ukraińskich miastach miały miejsce zgromadzenia ku czci jej pamięci. Największe, ponad stuosobowe, odbyło się pod siedzibą ministerstwa spraw wewnętrznych w Kijowie, a jego uczestnicy domagali się ukarania winnych morderstwa.

Jak informowali aktywiści w mediach społecznościowych, na niektórych zgromadzeniach najbardziej widoczni byli… aktywiści organizacji nacjonalistycznych. Takich samych, jak tak, w której działali podejrzani o napad na działaczkę.

Cerkexit

Wrze za naszą wschodnią granicą. W prawosławnych cerkwiach podległych moskiewskiemu patriarchatowi zakazano modlenia się za patriarchę Konstantynopola Bartłomieja. To trochę tak jakby w polskich kościołach księża wymówili posłuszeństwo papieżowi Franciszkowi.

 

Trochę, bo kościół prawosławny nie jest tak zhierarchizowany jak rzymsko-katolicki. Patriarcha Bartłomiej nie jest formalnie bezpośrednim zwierzchnikiem kościoła prawosławnego na całym świecie. Formalnie jest tylko pierwszym pośród równych, autokefalicznych, czyli niezależnych patriarchów. Ale ze względu na historyczne zasługi patriarchatu Konstantynopola dla utrzymania kościoła prawosławnego, dla zachowania jego tożsamości i jedności, autorytet tego patriarchatu jest w innych prawosławnych kościołach niepodważalny. A ściślej – był.
Bo oto największy na świecie kościół prawosławny kierowany przez patriarchę moskiewskiego zamroził relacje z patriarchatem konstantynopolitańskim. Kościołem liczebnie mniejszym, którego zwierzchnik, patriarcha Bartłomiej od wieków rezyduje w stambulskiej dzielnicy Fanar. Dodatkowo Synod cerkwi moskiewskiej zakazał swym wiernym modlitw w świątyniach podległych patriarchatowi konstantynopolitańskiemu. Czyli na terenie dzisiejszej Grecji i Turcji. Nawet na popularnej wśród wiernych górze Athos. To trochę tak jakby episkopat polskiego kościoła katolickiego zabronił wiernym modlić się w niemieckich lub francuskich kościołach. Traktować je wyłącznie jako obiekty turystyczne.
Wszystkie te decyzje to religijne retorsje za tomos, czyli dekret pozwalający ukraińskiemu kościołowi prawosławnemu na wyjście ze struktur moskiewskiego kościoła prawosławnego. Na taki ukraiński „cerkexit”.
Do tego roku na Ukrainie istniały trzy kościoły prawosławne. Największy, podległy patriarsze moskiewskiemu. I dwa mniejsze, konkurujące często ze sobą, ale niezależne od Moskwy. Ze „szklanym sufitem”, czyli bez błogosławieństwa patriarchy Bartłomieja.
Teraz ukraińskie kościoły łączą się ze sobą. Dzięki poparciu patriarchy Bartłomieja stworzą autokefaliczną nową cerkiew. Czyli ukraiński, w pełni niezależny od Moskwy, kościół prawosławny. Stworzą go nie tylko z wiernych i majątku tych dwóch odrębnych, wrogich nawet Moskwie, kościołów. Nowa ukraińska cerkiew chce przejąć też wszystkich ukraińskich wiernych i cały ukraiński majątek cerkwi moskiewskiej. I tu może zacząć się wojna. Religijna na razie.

 

Gra wyborcza

Tomosu patriarchy Bartłomieja nie byłoby, gdyby nie energiczne i skuteczne zabiegi dyplomacji prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki. To ona doprowadziła do unieważnienia pochodzącej z XVII wieku decyzji patriarchy konstantynopolitańskiego o podporządkowaniu kijowskiej cerkwi patriarsze moskiewskiemu.
Po co był prezydentowi Poroszence ten „Cerkexit”? Tak jak niedawno brytyjski premier Dawid Cameron zaproponował swym obywatelom „Brexit” aby poprawić swoje wyborcze notowania, tak teraz ukraiński prezydent Poroszenko uczynił podobnie.
W przyszłym roku na Ukrainie będą wybory prezydenckie. Notowania obecnego prezydenta słabną. Wszystkie sondaże nie dają mu szans na reelekcję. Dlatego zechciał on poprawić sobie popularność korzystając ze wzrostu ukraińskich patriotycznych, nacjonalistycznych wręcz, nastojów. Z silnej niechęci do Moskwy części ukraińskiego społeczeństwa. Uznał zapewne, że dzięki stworzeniu ukraińskiego kościoła prawosławnego, kolejnej instytucji niezależnej od wrogiej Moskwy, uzyska dodatkowe poparcie w nadchodzących wyborach. Skoro nie dało się dać Ukraińcom przysłowiowego chleba, to dostaną strawę duchową.
Czy ten ukraiński „Cerkexit” da też prezydentowi Poroszence ponowną prezydenturę – zobaczymy w przyszłym roku. Jednak geopolityczne konsekwencje tego „Cerkexitu”, tej gry wyborczej, mogą mieć ogromne znaczenie geopolityczne i wpłynąć na przyszłość naszych wschodnich sąsiadów.

 

Nie nasz cyrk?

Powstanie nowej, ukraińskiej cerkwi spotkało się z różnymi reakcjami hierarchów innych, autokefalicznych kościołów prawosławnych. Od postaw wyczekujących po pierwsze krytyki. Obawy, że oto w kościele prawosławnym może dojść do kolejnej schizmy, czyli rozłamu. Do nowego roku 1054, kiedy chrześcijaństwo podzieliło się na dwa konkurencyjne, a potem nawet wojujące ze sobą, kościoły. Obecny prawosławny i katolicki. Czy teraz dojdzie do kolejnego rozłamu ?
Przecież samo już opuszczenie moskiewskiej cerkwi przez ukraińskich wiernych sprawi, że cerkiew moskiewska przestanie być największą na świecie. To teraz nowa ukraińska cerkiew ma perspektywy posiadania największej grupy wiernych. To Kijów może być w przyszłości ważniejszym ośrodkiem prawosławia niż teraz Moskwa.
Może takim zostać, jeśli ten „Cerkexit” odbędzie się pokojowo. Jeśli nie będzie oporu władz Rosji. Jeśli dotychczasowi, uznający moskiewską zwierzchność, ukraińscy wierni bezkonfliktowo przejdą pod zwierzchnictwo nowego, kijowskiego patriarchy. Jeśli jednak część wiernych zechce pozostać przy patriarsze moskiewskim i dodatkowo zyska polityczne poparcie władz rosyjskich, to za naszą granicą zaiskrzy.
W Polsce, zwłaszcza obecnej, kiedy elity polityczne preferują zasadę „nasza chata z kraja”, problem ewentualnego rozłamu w sąsiednim kościele uważany jest za egzotyczny. I dla Polski nieistotny. Bo przecież to „nie nasz cyrk i małpy też nie nasze”.
Polskie społeczeństwo uważane jest za monolityczne religijnie społeczeństwo katolickie. Polskie elity polityczne i polskie media nie zauważają, albo nie chcą zauważać, obecności kościoła prawosławnego w Polsce. Autokefalicznego od moskiewskiego i przyszłego ukraińskiego, ale przecież nie hermetycznego od braci na wschodzie. W Polsce pracuje, studiuje, mieszka około miliona obywateli przybyłych z Ukrainy. I będzie ich jeszcze więcej, bo bez ukraińskich emigrantów polska gospodarka nie może się szybko rozwijać.
Ilu z nich to prawosławni? Ilu z nich należy do moskiewskiej cerkwi? Ilu zechce uznać nową autokefalię?
Polskie elity i media nie zajmują się problemem potencjalnych konfliktów religijnych za naszą wschodnią granicą. A tym bardziej w Polsce. Może dlatego, że katolicka wiara w naszym kraju jest bardzo płytka, bo polski katolicyzm ogranicza się do kultywowania tradycyjnych świąt, religijnych opraw ślubów i pogrzebów. O wojnie religijnej wśród Polaków mowy być nie może, bo nikt tu tak mocno nie wierzy, aby chciał za swą wiarę wojować.
W Wielkiej Brytanii wielu głosujących za „Brexitem” nie miało pojęcia o dalekosiężnych skutkach tej decyzji. W Polsce też początkowo uważano efekt brytyjskiego referendum za wewnętrzny problem Wielkiej Brytanii. Za coś egzotycznego.
Teraz za naszą wschodnią granicą zaczyna się nowy rozdział historii prawosławia. Może też nowy konflikt religijno-państwowy?
Cz znów zostanie przez polskie elity skwitowany refleksją: „Nie nasz cyrk, nie nasze małpy”, bo przecież „nasza chata z kraja”?

Maria i zazule

W Kijowie poza Majdanem i Aleją Niebiańskiej Sotni nie widać już śladów tragicznych wydarzeń z lutego 2014 roku.

 

Tylko tam pozostała wyrwa w ziemi, kilka zapór utworzonych z szyn i zawieszone wzdłuż alei zdjęcia ofiar snajperów, pod którym wciąż ktoś składa świeże kwiaty Zniszczony wówczas budynek związków zawodowych

 

dźwiga się z ruin,

wygląda więc jakby nic się nie stało. Owszem, zapobiegliwi sprzedawcy pamiątek wciskają plecionki w narodowych barwach, można zrobić sobie zdjęcie z białym gołębiem za dwadzieścia hrywien albo pogadać z gwarkiem za trzydzieści. Dzieciaki śmigają jak wszędzie na deskorolkach, tłumy myszkują po pobliskich sklepach, zakochani spotykają się na ulubionym trawniku, a kto chce może napić się świetnej kawy z budki – espresso za jedyne czternaście hrywien. Słoneczny październik podgrzewa leniwą atmosferę sobotniego spaceru.

A jednak każde przedstawienie podczas międzynarodowego festiwalu „Maria” w pobliskim teatrze imienia Iwana Franki, na scenie kameralnej, ledwie 300 metrów od Majdanu, zaczyna się od zbiórki pieniędzy. Widzowie składają dobrowolne datki dla rodziny Andrieja Mołczana, poległego na Majdanie od kuli snajpera technika tego teatru. Podobno był wysoki prawie na dwa metry i nikt tak uważnie i z wyczuciem nie ustawiał świateł przed spektaklami jak on. Pracował także podczas festiwalu. Larysa Kadrowa, wybitna artystka Narodowego Akademickiego Teatru Dramatycznego im. Iwana Franki, która od samego początku, prowadzi ten festiwal dba o pamięć w duchu Stefana Żeromskiego, który przestrzegał, żeby rany się nie zabliźniły „błoną podłości”.

Swoją nazwę

 

festiwal „Maria”

zawdzięcza Marii Kostiantyniwnie Zańkoweckiej (1854-1934), artystce zaliczanej do ścisłego grona twórców profesjonalnego ukraińskiego teatru narodowego. W Kijowie zachował się dom, w którym przez ostatnie dziesięciolecia swego pracowitego życia mieszkała Zańkowiecka. W domu mieści się muzeum jej imienia. Zgromadzono tu chronione pieczołowicie pamiątki po uwielbianej artystce, jej rzeczy osobiste, afisze teatralne, listy, przedmioty codziennego użytku. Nawet szarfy wieńców, którymi zasypywali ja rozentuzjazmowani widzowie. To miejsce ożywia jakaś magia. Toteż chętnie bywają tutaj artyści. W kameralnym salonie na parterze dobywają się co pewien czas koncerty, spektakle, dyskusje, miejsce więc żyje, także za sprawą festiwalu Maria. Stało się bowiem już tradycją, że festiwalowi goście odwiedzają muzeum, aby znaleźć się choć w ten symboliczny sposób bliżej patronki kijowskiego spotkania.

Toteż nic osobliwego w tym, że to międzynarodowe spotkanie monodramów w Kijowie to zjazd kobiecych teatrów jednoosobowych, jedyne takie na Ukrainie (a może i na świecie). Po raz pierwszy odbył się taki zjazd w roku 2004 – tak więc tym razem już po raz piętnasty. Od początku kieruje nim Larysa Kadyrowa, notabene absolwentka Studium Teatralne Teatru Dramatycznego im. Marii Zańkowieckiej we Lwowie (a potem aktorka tego teatru, 1963-1992), a więc patronat Marii nie jest dziełem przypadku. Prowadzi artystka ten festiwal pewną ręką, wciąż poszerzając jego formułę i poszukując rozmaitych możliwości dialogu kultur. Intencją bowiem artystki pozostaje nie tylko pokazanie bogactwa kobiecych kreacji w teatrze jednego aktora, ale konfrontacja rozmaitych poszukiwań, która z czasem wzbogaciła się o kameralne spektakle (m.in. „Rzeźnia” Mrożka w reżyserii Zbigniewa Chrzanowskiego z Teatru Polskiego we Lwowie) wieloosobowe i monodramy „męskie”.

Tak więc dzisiaj nie jest to tylko spotkanie aktorek uprawiających monodram, ale także aktorów, których sztuka zaciekawiła artystkę, w których twórczości odnalazła akcenty z jej punktu widzenia ważne, służące porozumieniu między ludźmi. „Wszyscy jesteśmy ludźmi – zwykła powtarzać Kadyrowa – i wszyscy mamy prawo do szczęśliwego losu”, nawet jeśli na pierwszy rzut oka brzmi to sentymentalnie. A jednak w to, co mówi Kadyrowa, chce się wierzyć. Artystka ma rzadki dar jednania sobie ludzi, dar wielkiej bezpośredniości, świetnego, intymnego kontaktu, który sprawdza się nie tylko na scenie, ale równie silnie w codziennym życiu. „Ach, wy moje zazule” (czyli po polsku „kukułki”), zwraca się z czułością do swoich gości, budząc żywiołową sympatię.

Częstymi gośćmi „Marii” są aktorki i aktorzy polscy.

W pamiętnym roku 2014 gościł tu Andrzej Seweryn ze swoim monodramem Szekspirowskim, przed laty była przyjmowana z honorami Irena Jun z przedstawieniem Beckettowskim. Na piętnastolecie też zjechała się niezła ekipa z Polski, choć dominowali na tym „kobiecym” festiwalu mężczyźni. Mateusz Nowak gościł tutaj z monodramem „Od przodu i od tyłu” na podstawie książki Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz od przodu i od tyłu”. Mateusz Deskiewicz przyjechał z monodramem Piotra Wyszomirskiego „Być jak Charlie Chaplin”. Trochę o tematyce domowej, bo dotyczącej losu aktora.

Polski

 

monodram kobiecy,

by użyć nazewnictwa festiwalowego, reprezentowała Marta Pohrebny i jej monodram „Słodka” oparty na motywach powieści Marii Matios, czołowej dzisiaj pisarki ukraińskiej. „Słodka Darusia” Matios (2003) stała się na Ukrainie bestsellerem, autorkę wyróżniono Państwową Nagrodę im. Tarasa Szewczenki, jej powieść kandydowała do międzynarodowej Nagrody Literackiej Angelus. W Polsce ukazała się już w 2010 roku w tłumaczeniu Anny Korzeniowskiej-Bihun, a monodram Marty Pohrebny narobił sporo hałasu, bardzo wysoko oceniany m.in. przez Jerzego Stuhra. Podobał się również gospodarzom, zwłaszcza że Matios można określić jedną z bohaterek festiwalu. Również Larysa Kadyrowa podczas swego wieczoru jubileuszowego z okazji 50-lecia twórczości scenicznej przedstawiła monodram na podstawie prozy Marii Matios, „Nigdy za mną nie paczcie”:

Baba Justyna – tak pisała artystka o bohaterce swego monodramu – babcia, babunia, babinka Justeczka. Moja Justyna, karpacka Sybilla, wypełniona wewnętrzną wolnością gwarantującą niezależność istnienia. Jest mądrą uduchowioną, obdarzoną talentami czarodziejką, opiewającą świat dookoła siebie, pełną przeciwieństw i tragizmu, a zarazem delikatności i bezpośredniości uczuć. Justyna – młoda duchem, pełna mądrości życiowej, urodzona przez łagodne abrysy Karpat, przez ziemię, w którą wrosła korzeniami rodu. Jej dusza dąży do nieba, podobnie jak smukłe karpackie świerki, których wierzchołków mogą dotknąć jedynie ogniste iskry rozpalonej watry, nad którymi są już tylko gwiazdy…

W tym spektaklu Kadyrowa ukazuje swoje

 

wyrafinowane aktorstwo.

Jest nie tylko prawdziwa, realistyczna w każdym szczególe, kiedy portretuje swoją Justynkę. Ukazuje bowiem kobietę, której siły fizyczne dobiegają kresu, która z trudem wykonuje codzienne obowiązki, ale która nie ustaje w heroizmie ostatniego rytuału – drobiazgowych przygotowań do śmierci. Gromadzi Justynka ubrania, sprzęty, od trumny poczynając a ziołach skończywszy, aby wejść do lepszego świata możliwie najlepiej wyposażona. Ale jest jednocześnie Kadyrowa świadoma swoich zdań aktorką w tym spektaklu, która nie zapomina, że tylko kreuje Justynkę, ale Justynką nie jest. Zachowuje podwójność postaci, prowadząc grę z publicznością, zaczepiając widzów, wciągając ich w interakcję, czasem nawet strofując, że nie słuchają jej zbyt uważnie albo czegoś nie wiedzą, co wiedzieć powinni. Nadaje to spotkaniu szczególny klimat, który nie dozwala widzowi ani na moment osłabić uwagi, a jednocześnie pozwala aktorce potrącać wiele strun emocji.

Jak wielką drogę przeszła artystka, dowodzi tego wspaniała dokumentacja fotograficzna, którą zgromadził Marek Sendek, fotograf z Krakowa, który zakochał się w festiwalu Maria. Bywa tu co roku, rejestruje na swoich fotosach spektakle, z których ułożył fascynującą opowieść o aktorkach (i aktorach), pokazywaną w przedostatni wieczór festiwalowy. Szczególne miejsce w tym pokazie zajęła sztuka Larysy Kadyrowej, od jej ról utrzymanych w klasycznej konwencji realistycznej (monodram o Sarah Bernhardt), przez teatr otwarty Tadeusza Różewicza („Stara kobieta wysiaduje”), po monodram ostatni, w którym kumuluje się wspaniały talent i doświadczenie sceniczne artystki.

To był jej festiwal, a jednocześnie nasz festiwal, w którym przeglądały się sprawy wielkie i małe, z którymi przychodzi nam się spotykać każdego dnia.

Marne szanse

Zastępca szefa Komisji Międzynarodowej Rady Federacji Władimir Dżabarow w rozmowie z RT skomentował oświadczenie prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki o planach Rosji odnośnie „ingerencji w kampanię wyborczą na Ukrainie” przy użyciu „dezinformacji, falsyfikacji i ataków cybernetycznych”.

 

– Poroszenko podąża za ogólnym trendem. Teraz jest modne: każdy kraj przygotowujący się do wyborów oskarża Rosję o ingerencję. Petro Poroszenko nie zarządza żadnymi procesami na Ukrainie i rozumie, że ma bardzo małe szanse na reelekcję w uczciwy sposób. Dlatego próbuje za wszelką cenę asekurować się, zabezpieczać się i w razie czego oskarżyć Rosję o swoją porażkę. To kompletny nonsens. Nie interesuje nas to, co on tam robi, kogo wybierają. Ukraina żyje — i niech sobie żyje. Najważniejsze jest to, żeby realizowali porozumienia mińskie, a obywatele południowo-wschodniej Ukrainy nie cierpieli z powodu permanentnej agresji – powiedział Dżabarow.

Jego zdaniem życzenia aktualnego prezydenta nie pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy w kraju.

– U Poroszenki jest opozycja. To, czego chce i co się faktycznie dzieje na Ukrainie, to dwie różne rzeczy. Nawet jeśli ludzie milczą, nie oznacza to, że go popierają. Poroszenko ma minimalną szansę, a teraz powie, że wszyscy mu przeszkadzają, Rosja przewodzi jakimś podziemnym siłom politycznym na Ukrainie i stara się przeforsować swojego kandydata. Ale Rosja nie ma własnych kandydatów i nie zamierza ingerować w wewnętrzne procesy krajów zachodnich, zwłaszcza Ukrainy – podsumował.

Poroszenko uważa, że na Ukrainie należy zwiększyć odpowiedzialność za przekupywanie wyborców. Zapewnił na Twitterze, że posiada informacje, iż Rosja rzekomo „zamierza ingerować w kampanię wyborczą na Ukrainie”.

„Zdobyliśmy informacje, że Rosja zamierza ingerować w kampanię wyborczą na Ukrainie za pośrednictwem systemu dezinformacji i falsyfikacji oraz ataków cybernetycznych. Spodziewam się skutecznych działań ze strony zarówno Komisji Wyborczej, jak i służb specjalnych w celu przeciwdziałania rosyjskiej ingerencji i zapewnianie swobodnego wyrażenia woli przez Ukraińców” – podkreślił w swoim oświadczeniu ukraiński prezydent.

Wojna polsko-ukraińska pod krzyżem na drogę

Wystrzał ostrzegawczy poszybował z Warszawy w stronę Kijowa. Odpalił go poseł Kornel Morawiecki, „Marszałkiem seniorem” zwany. Były lider „Solidarności Walczącej”, ideowy antykomunista, obecny lider kanapowego koła parlamentarnego. A także ojciec pana premiera Mateusza Morawickiego.
Powiedział on w publicznych wywiadach dla mediów polskich i rosyjskich to, za co inny obywatel IV RP mógłby zostać szybko aresztowany. I oskarżony o agenturę rosyjskich wpływów.
Rzekł on bowiem: Rosja nie prowadzi agresywnej polityki”. Wojna na Ukrainie to „w pewnym sensie wojna domowa, zderzenie dwóch racji /…/ Na Krymie pierwsi kamieniem rzucili Rosjanie, ale wcześniej w Kijowie obalono demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza, który na prorosyjskim wschodzie i południu kraju miał ogromne poparcie. /…/ Krym został przejęty przez Rosjan bez walki. Ukraińskie wojsko przeszło na stronę Moskwy. Mieszkańcy Krymu wyrazili swą wolę w referendum”.
I stwierdził dobitnie: „Rosja nie ma żadnego interesu w tym, żeby użyć siły militarnej przeciwko Polsce. Rosjanie od czterech lat bronią się rękami i nogami, żeby tylko nie zająć Doniecka, to cóż dopiero mówić o agresji na Polskę /…/ Gazociąg Północny to efekt fatalnej polityki wschodniej Warszawy. Rosjanie chcieli przeprowadzić drugą nitkę Jamalu przez Polskę. Myśmy sie na to nie zgodzili, bo gazociąg miał iść nie przez Ukrainę, tylko przez Białoruś. Gdybyśmy nie postawili interesów Kijowa ponad naszymi, Rosjanie nie musieliby dogadywać się z Niemcami. A teraz będziemy przepłacać za amerykański gaz /…/ Nasza polityka zagraniczna sprowadza się niestety do odgrywania roli marionetki Waszyngtonu.
I na koniec snuje program takiej współpracy: Europa traci swą moc. Mogłaby ją odzyskać, gdyby połączyła się z Rosją. Jeśli do tego nie dojdzie, to wielki potencjał Syberii z czasem wpadnie w ręce Chin. Tylko w połączeniu z Rosją i jej ogromnym potencjałem Europa może stać się światową potęga – w sensie duchowym, gospodarczym, militarnym. Tylko taki sojusz zapobiegnie ostatecznej groźbie kolejnej wojny światowej z udziałem broni jądrowej, która doprowadzi do zniszczenia podstaw cywilizacji.
Ale taka Unia Europejska z Rosją nie jest obecnie możliwa , bo również rosyjskie władze i rosyjskie media nastawiają Rosję przeciwko Polakom. To przykre, że nieporozumienie psuje relacje z dwoma największymi narodami w regionie.
Głos Morawieckiego seniora zainicjował dyskusję wewnątrz elit PiS o przyszłej ich polityce wschodniej.
W przyszłym roku odbędą się prezydenckie wybory na Ukrainie. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ekipa prezydenta Petro Poroszenki straci władzę. Głoszony przez nią postulat wejścia Ukrainy do UE i NATO też traci tam zwolenników. Ale ochłodzenie miłości do Zachodu nie równa się wzrostowi sentymentu do Rosji. Nawet w tradycyjnie prorosyjskich regionach antymoskiewskie nastroje wzrosły. Rosja nie jest postrzegana jako brat, zwłaszcza Wielki Brat, lecz jedynie jako sąsiad. Trudny we współżyciu, ale znany od lat. Dobry partner do biznesu, ale na równoprawnych warunkach.

 

Trzecia droga

Na Ukrainie zwycięża koncepcja „Trzeciej Drogi”. Pisałem o niej jeszcze przed Majdanem, bo była wtedy popularna w środowiskach politologów i publicystów. Teraz rozpleniła się na fali rosnących nacjonalistycznych nastrojów.
Jej zwolennicy tak mówią. Skoro nie chcemy być młodszym bratem Moskwy, skoro nie chce nas Unia Europejska, to pójdźmy własna drogą. Bądźmy taką „drugą Turcją”. Bądźmy jak Turcja zintegrowani gospodarczo z Unią Europejską, ale bez przyjmowania obcych nam wartości „Gejoeuropy”. Bądźmy, jak Turcja, w sojuszu wojskowym z USA, bądźmy ich flanką wojskową, co nam da gwarancje bezpieczeństwa wobec Moskwy. Nie odpuszczamy Krymu i Donbasu, ale sprawę powrotu tych terytorium odłóżmy na przyszłość. Nie będziemy zakładnikami tego problemu. Dzięki temu odmrozimy kontakty i współpracę gospodarczą z Rosją. Ale nie zahamujemy budowy ukraińskiej tożsamości narodowo – kulturalnej.
Zwolennicy „Trzeciej Drogi” i „Drugiej Turcji” chcą być jak to sprytne ciele, które będzie jednocześnie ssać cycek europejski, chiński, amerykański, i nie pogardzi jeszcze rosyjskim. Chcą być geopolitycznym, aktywnym mostem pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Brukselą i Moskwą.
Jeśli na Ukrainie wygrają zwolennicy „Drugiej Turcji”, to Warszawa przestanie być potrzebna w Kijowie jako adwokat ukraińskich interesów w Brukseli. Dostrzegły to już elity PiS i pan Naczelnik Polski. Marginalizacja roli Warszawy w oczach Kijów i brak relacji Polski z Rosją grozi totalną klęską polityki wschodniej elit PiS.

 

Czwarty Rzym

Ważnym filarem „drugiej Turcji” ma być autokefalia Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. W kwietniu administracja prezydenta Poroszenki poinformowała, że Święty Synod Patriarchatu Ekumenicznego w Konstantynopolu zaakceptował rozpatrzenie prośby władz Ukrainy o nadanie jej cerkwi autokefalii. Czyli uniezależnienia administracyjnego ukraińskich prawosławnych od patriarchatu w Moskwie. Prośba ta szybko została przychylnie skomentowana przez tytularnego zwierzchnika światowego prawosławia, Bartłomieja patriarchę Konstantynopola.
Co to oznacza dla chrześcijan za naszą wschodnią granicą? Autokefalia ukraińskiej cerkwi osłabia cerkiew moskiewską. Największą na świecie, zwaną często „Trzecim Rzymem”.
Prawdopodobnym jest, że po rozłamie miano największej cerkwi otrzyma Kijów, bo prawosławie na Ukrainie liczne jest i najszybciej pozyskuje młodych wyznawców. Zatem idący „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” Kijów ma szanse zostać „Czwartym Rzymem”. Przynajmniej teoretycznie.
Praktyka może okazać się inna i bolesna. Moskwa będzie się tej autokefalii sprzeciwiać. Sprzeciw mogą wyrazić inne narodowe cerkwie prawosławne. Już teraz wstrzemięźliwość wobec kijowskich planów zasygnalizowały cerkwie serbska i polska.
Trudno też ocenić, ilu wiernych na Ukrainie zaakceptuje nową autokefalię. Już teraz istnieją tam trzy odrębne cerkwie. Jedna związana z Moskwą, dwie separatystyczne. Trudno ocenić, czy proces jednoczenia ukraińskich prawosławnych przez podział cerkwi moskiewskiej, przejdzie spokojnie czy wznieci wojnę religijną na Ukrainie?
Działania Kijowa są tez niezgodne z obecnie prowadzoną przez Watykan polityką wschodnią. Jej filarem jest plan porozumienia z patriarchatem moskiewskim, zorganizowanie spotkania papieża Franciszka i patriarchy Cyryla w Moskwie.
Administracja watykańska woli znaną od lat, przewidywalną, patriarchalną Moskwę, od nowej centrali w Kijowie. Obawia się też, że nowa, młoda, czyli ekspansywna ukraińska autokefaliczna cerkiew zechce zwiększyć swą kontrolę nad związanym z Watykanem ukraińskim kościołem grekokatolickim.
Zatem, jeśli władze w Kijowie zdecydują się iść „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” i „Czwartemu Rzymowi”, to Warszawa może demonstracyjnie odmrozić relacje z Moskwą. A dotychczasowym ukraińskim braciom życzyć przysłowiowego „krzyża na drogę”.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.

Na rozdartej Ukrainie

Temat wschodniego sąsiada powrócił ostatnio w związku ze spekulacjami po spotkaniu Trump-Putin. Wart jest głębszej refleksji, bowiem kryje także paskudną dla nas prawdę.

 

W roku 1918, nie tylko Polska odzyskała niepodległość ale szereg innych krajów, również te spod byłego carskiego berła: 24 lutego Estonia, 2 listopada Litwa, 18 listopada Łotwa, a jeszcze wcześniej, bo 6 grudnia 1917 roku Finlandia. A Ukraina? Jej losy, wyznaczone wcześniejszymi wydarzeniami, były odmienne.

 

Darujmy sobie

szczegółowy opis czasów powstania kozackiego, które nie przyniosło Ukrainie niezależności, ani odrębnego statusu w ramach Rzeczypospolitej. Hetmanat i Bohdan Chmielnicki szukając sojusznika w 1654 r. zawarli ugodę perejasławską, oddającą Ukrainę Naddnieprzańską pod opiekę Rosji, a ta sto lat później zlikwidowała ostatnią Sicz, stanowiącą centrum polityczne kozaczyzny.
W wyniku rozbiorów Polski Austria zajęła m. in. Galicję Wschodnią: województwo ruskie, część Podola i Wołynia, a po pewnych perturbacjach, także Lwów, natomiast Rosja zagarnęła pozostałe ziemie ukraińskie.
I tak dokonał się podział tego kraju, którego trwałość obserwować możemy po dzień dzisiejszy.

 

Wiek XIX przyniósł

dążenia niepodległościowe w wielu częściach Europy, początki przebudzenia, a na Ukrainie narodowego odrodzenia. Nie tylko jego symbolem był Taras Szewczenko – za pisanie w języku ukraińskim i promowanie niepodległości Ukrainy, ze swoich czterdziestu siedmiu lat życia jedynie dziewięć spędził na wolności, ponad trzynaście na carskim zesłaniu i pod nadzorem policji, a wcześniejsze dwadzieścia cztery jako pańszczyźniany poddany.
W odróżnieniu od wschodnich ziem ukraińskich, rusyfikowanych przez carat, w zaborze austriackim, szczególnie w późniejszym okresie autonomii, narodowościowe ambicje Ukraińców, zwanych wtedy Rusinami, rozwijały się w oparciu o działalność oświatową, wydawniczą, prasową, ruch naukowy i rodzące się elity. Sprzyjały im tak pewnego rodzaju liberalizm, jak też realizowana przez Austro-Węgry, w stosunku do podległych im narodów, stara rzymska zasada divide et impera.
W Galicji władza skupiała się w rękach Polaków, odsuwając na plan dalszy Ukraińców, a strukturę społeczną na całej Ukrainie wyznaczał przede wszystkim podział na ukraińskich chłopów i polskie oraz rosyjskie rodziny szlacheckie. Na takim właśnie tle narodziła się, przez wiele lat trwająca, nie tylko na ukraińskiej wsi, obawa przed polskimi panami.

 

Narastający konflikt

pomiędzy rozbudzoną świadomością i ruchem narodowym Ukraińców, a licznie zamieszkałymi Galicję Wschodnią Polakami, zaowocował w listopadzie 1918 roku walkami o Lwów i szeregiem innych starć zbrojnych. Ukraińskiej Republice Ludowej, proklamowanej jeszcze 20 listopada 1917, zagrażały także Armia Czerwona i białogwardyjskie wojska, zmierzające do odzyskania terytoriów byłego cesarstwa rosyjskiego.
Koncepcja polityczna Józefa Piłsudskiego, dążąca do stworzenia bariery pomiędzy odrodzoną Polską, a ogarniętą rewolucją Rosją, poprzez wsparcie narodowych i państwowych ambicji Białorusinów i Ukraińców, napotkała u tych drugich na antypolski opór wynikający ze wcześniejszych urazów i niedawnego konfliktu zbrojnego. Oznaczało to w 1918-1919 roku utratę, jedynej być może szansy, na utrzymanie niezależnego państwa ukraińskiego. Spóźniona, bo dopiero w 1920 roku, wspólna, nadto wsparta tylko częściowo przez Ukraińców, wyprawa na Kijów zakończyła się we wiadomy sposób. Podczas negocjacji pokojowych w Rydze Polska uznała Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej.

 

W II RP obiecywana wcześniej

ukraińska autonomia nigdy nie doczekała się realizacji, natomiast organizowano pacyfikacje terenów Małopolski Wschodniej i akcje polonizacyjno-rewindykacyjne w czasie których niszczono cerkwie i represjonowano duchownych, zmuszając wiernych do zmiany wyznania na rzymskokatolickie.
Polonizacji tych ziem służyła niewątpliwie akcja osadnictwa wojskowego i cywilnego – osadnicy wojskowi byli weteranami wojennymi z lat 1918-21, mieli prawo do noszenia broni i byli traktowani przez władze Polski jak filar polskiej państwowości na tych ziemiach. Stanowili podstawę organizacji patriotycznych, aktywnie uczestnicząc w różnych działaniach, w poważnym stopniu dali się także we znaki miejscowym Ukraińcom.
Można bez większej przesady stwierdzić, że tamte tereny traktowaliśmy jak kolonię, nie przyjmując do wiadomości narodowych i niepodległościowych ambicji Ukraińców, co utrwalało konflikt, a nawet go radykalizowało poprzez działalność terrorystyczną i dywersyjną skrajnie nacjonalistycznych ugrupowań ukraińskich.
Jednym z niewielu Polaków rozumiejących i popierających w tamtym czasie ukraińskie dążenia był wojewoda wołyński Henryk Józewski, co na ogólną sytuację wzajemnych stosunków tych dwóch narodów nie miało niestety większego wpływu.

 

Czartowska alternatywa,

w której ukraińscy polityczni przywódcy wybrali hitlerowskie Niemcy, jako nadzieję na powstanie niepodległego państwa ukraińskiego, witając kwiatami i ozdobnymi bramami wkraczające oddziały Wehrmachtu, do samego początku skazana była na klęskę. Okazała się nadto hekatombą dla Polaków na Wołyniu oraz zamieszkujących nie tylko te ziemie, ale również niosła śmierć Ukraińcom zadawana z różnych rąk i w odmiennym czasie.

 

Jeżeli określić stosunek

polskich elit politycznych do kwestii ukraińskiej na przestrzeni ostatnich 100 lat, to można nazwać go jedynie instrumentalnym, w którym nie liczyły się racje niepodległościowe Ukraińców, a nasze antybolszewickie, antyradzieckie i antyrosyjskie doktryny.
Poza wspomnianym już „kordonem sanitarnym” Piłsudskiego, w ubiegłych latach siedemdziesiątych Jerzy Giedroyc i Juliusz Mieroszewski twierdzili, że suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski. Wreszcie, po odrodzeniu Ukrainy w wyniku rozpadu ZSRR, Polska jako pierwsza uznaje jej niepodległość, uczestniczy aktywnie w różnych wydarzeniach na jej terytorium wiążąc to wszystko ściśle z doktryną Giedrojcia, promuje możliwość jej przyszłego wejście w struktury zachodnioeuropejskie.
Tak więc polska optyka w stosunku do Ukrainy w tym całym okresie była przede wszystkim funkcją naszej polityki w stosunku do Rosji. Powyższy punkt widzenia nie wykluczał oczywiście jednoczesnego osiągnięcia dwóch celów, a także nie zaprzeczał tym wszystkim postawom, które za nadrzędną i samoistną wartość uznawały samostijną Ukrainę.
Paradoksem, ale to za słabe słowo, rechotem tej starej wiedźmy Klio było, że w polskiej historii „walki o naszą i waszą wolność” nie odnalazła się niepodległość Ukrainy, głównie za sprawą interesów polskich właścicieli wielkich dóbr na jej ziemiach.

 

Na zielonej Ukrainie

zrobiło się czerwono-czarno (to kolory flagi Ukraińskiej Powstańczej Armii) od kiedy oficjalna państwowa polityka, nie tylko historyczna, przyjęła ten właśnie nurt wraz z jego przywódcami, jako wyraz akceptacji tamtych niepodległościowych, ukraińskich starań, a co za tym wzorzec dla współczesnych. Jeżeli zrozumieć można, że było to pewnego rodzaju odreagowanie na milczenie przez lata o tym nacjonalistycznym kierunku, to żadną miarą, nie tylko Polacy, nie mogą akceptować jego przewodnich haseł, sojuszów i poczynań. Zadziwia przy tym, że obecne państwo ukraińskie nie nawiązało do co prawda krótkotrwałej, ale jakże odmiennej niż nacjonalistyczne OUN I UPA, Ukraińskiej Republiki Ludowej i jej przywódców na czele z atamanem i prezydentem URL Symonem Petlurą. Była to przecież struktura państwowa także antybolszewicka i antyrosyjska, ale o zupełnie odmiennym obliczu, a nadto, co nie tylko dla nas ważne, otwarta na współpracę z Polską. A może w rozdartej i pełnej wewnętrznych konfliktów współczesnej Ukrainie łatwiej zarządzać nacjonalizmem, strachem i przemocą?

 

W tym diabelskim

kręgu niemożliwości, z którego wyjście było i leży dziś również po stronie Ukraińców, kraj ten nadal poszukuje sojuszników dla swojej niepodległości. Po Niemcach, którzy w czasie I wojny światowej stworzyli Hetmanat jako namiastkę państwa ukraińskiego, Polakach popierających URL, III Rzeszy niespełniającej oczekiwań i ZSRR, który niepodległość Ukrainy widział jedynie w formie jej przedstawiciela w ONZ, wreszcie rozbudzonych nadziejach ze strony Unii Europejskiej, przyszedł czas na Stany Zjednoczone. Były ambasador USA w Warszawie Christopher Hill nie wierzy, by Krym wrócił do Ukrainy, co nie znaczy, aby Amerykanie zupełnie porzucili tę grę, w którą włożyli określone plany i sporą kasę. I zapowiadają następną – w ostatnim oświadczeniu Pentagonu podkreślono, że potrzeby armii ukraińskiej zostały wyznaczone na podstawie przyjętej niedawno koncepcji bezpieczeństwa narodowego Ukrainy, ale użyto jednocześnie enigmatycznego określenia, że dostawa sprzętu nastąpi w terminie późniejszym. Czas pokaże na ile amerykańskie osłabione zainteresowanie Europą dotyczyć będzie także naszego wschodniego sąsiada.

 

O niepewnym losie Ukrainy

pisał ostatnio w „Gazecie Wyborczej” Michał Kokot analizując sytuacje wewnętrzną i ekonomiczną kraju oraz konflikty na linii społeczeństwo, władza i oligarchowie.
A może jednak: „Szcze ne wmerła Ukrajiny i sława, i wola”.

Maliny o zabarwieniu politycznym

Plantatorzy na Wołyniu dostaną z Polski sadzonki i wiedzę, jak uprawiać ekologiczne maliny. – To jest patologia państwa polskiego, jak można wspierać konkurencję? – grzmią polscy rolnicy i interweniują w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

 

Na Ukrainę trafi 70 tys. polskich sadzonek malin. Do rolników z obwodu wołyńskiego pojadą też polscy eksperci, którzy nauczą sąsiadów ze Wschodu, jak uprawiać maliny.
Wszystko to koordynują Stowarzyszenie Integracja Europa-Wschód z Kielc i Wołyńska Obwodowa Organizacja Społeczna „Fundacja rozwoju lokalnego
Realizacja programu „Zachodnioukraińska Kooperatywa Ogrodniczo-Sadownicza” możliwa jest dzięki dofinansowaniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach programu polskiej pomocy rozwojowej.

 

Pomagać, ale inaczej

Choć skala projektu wydaje się niewielka, jego wartość to ponad 260 tys. zł, wzbudza on duże emocje wśród polityków i środowisk rolniczych.
Sprawą zajął się m.in. Jarosław Sachajko – poseł ruchu Kukiz’15 i przewodniczący sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
W rozmowie z portalem Money.pl polityk podkreśla, że w sprawie polsko-ukraińskiego projektu zabrakło przede wszystkim międzyresortowych konsultacji. – Z tych informacji, które mamy, wynika, że minister rolnictwa nie wiedział, że sponsorujemy uprawy maliny za granicą – podkreśla Sachajko.
Poseł zwraca uwagę, że takie projekty mogą nieść za sobą poważne konsekwencje.
– Może się okazać, że wkrótce polscy sadownicy i warzywnicy nie będą mieli co produkować, bo wszystko sprowadzimy z zagranicy, czyli z Ukrainy. Na Ukrainie są lepsze gleby, inne środki ochrony roślin, inne koszy produkcji, które są nie do uzyskania przy narzuconych standardach w Polsce – tłumaczy.
Sachajko podkreśla, że od rolników dowiedział się, że to nie pierwszy przypadek wysyłania polskich sadzonek na Ukrainę. W jego ocenie takie praktyki to działanie na szkodę polskiego rolnictwa.
Poseł zapewnia, że wystosuje interpelację poselską do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zamierza zapytać, ile planacji i od kiedy zakładanych jest na Ukrainie przy wsparciu z polskiego budżetu.
Przewodniczący sejmowej komisji rolnictwa podkreśla, że jest za współpracą i dobrymi stosunkami z Ukrainą. Zastrzega jednak, że powinny być to przemyślane działania.
– Na Ukrainie powinniśmy wspomagać taką produkcję, z którą sobie nie potrafimy poradzić w Polsce. Na przykład powinniśmy wspomagać produkcję soi niemodyfikowanej genetycznie, bo mamy niedosyt białka i płacimy rolnikom amerykańskim, argentyńskim czy brazylijskim – czyli bardzo odległym. Taką produkcję powinniśmy wspierać na Ukrainie, bo białka nam brakuje. Ale nie maliny, bo to coś, w czym jesteśmy dobrzy, w czym się specjalizujemy. W tej chwili będziemy likwidowali nasze plantacje, bo ich produkcja będzie tańsza – przekonuje polityk.

 

Jak nie my, zrobią to inni

Portal Money.pl skontaktował się z prezesem Stowarzyszenia Integracja Europa-Wschód, które nadzoruje projekt. Krzysztof Kalita podkreśla, że jest zaskoczony tak głośną reakcją – szczególnie polityczną – na współpracę z Ukrainą.
– Analizujemy napływające informacje i monitorujemy, co pojawia się w mediach. Jestem po rozmowie z MSZ. Rozmawiamy także z naszymi ekspertami. Co zwróciło naszą uwagę – pierwsze sygnały o projekcie poszły m.in. z prorosyjskich, ale i nacjonalistycznych mediów. Widocznie komuś przeszkadza taka współpraca, tym bardziej na Wołyniu – przekonuje w rozmowie z Money.pl Kalita.
Prezes stowarzyszenia zwraca uwagę na to, że zbliżają się wybory i trudna w tym sezonie sytuacja na polskim rynku malin może być wykorzystywana politycznie. Kalita broni projektu „Zachodnioukraińska Kooperatywa Ogrodniczo-Sadownicza”. Podkreśla, że jest przede wszystkim edukacyjny, proekologiczny i o niedużej skali działania.
– Ktoś, kto pracuje w sadownictwie i ma doświadczenie, ten wie, że 70 tys. sadzonek i 10 hektarów maliny nie uczyni nikomu szkody. My w tym projekcie stawiamy przede wszystkim na przekazanie wiedzy na temat ekologicznych upraw maliny. Chcemy uczyć, jak tworzyć ekologiczne plantacje, bo to jest nasza przyszłość – tłumaczy Kalita.
Podkreśla, że trafiają do niego sygnały, że do Polski z Ukrainy docierają maliny zatrute pestycydami.
– Większość producentów ukraińskich nie stosuje norm, jakie są w Unii Europejskiej, a jednak ta malina jakoś do nas trafia. Nasi eksperci są zdania, że ten problem wynika niestety z nieszczelności granic w zakresie kontroli jakości – ten problem zgłaszają też izby rolnicze – przekonuje Kalita.
W jego ocenie projekt jest korzystny z punktu widzenia polskiego interesu. Podkreśla, że był przygotowywany w porozumieniu z polskimi firmami i ekspertami doświadczonymi w działaniach na Ukrainie, a sama dotacja to w większości wydatki, które zostaną w naszym kraju.
– Nie sądzę, żebym pogrzebał polski rynek malin projektem za 200 tys. To zresztą nie jest nasz cel. W ramach działań powstanie 10 jednohektarowych mikroplantacji, a głównym celem jest wsparcie lokalnej mikroprzedsiębiorczości – zapewnia Kalita.
Prezes Stowarzyszenia Integracja Europa-Wschód podkreśla, że przede wszystkim chce promować Polskę.
– Nie ma żadnej wątpliwości, po której stronie jesteśmy. Nie warto panikować – zapewnia.
Prezes Stowarzyszenia Integracja Europa-Wschód uważa również, że jeśli Polacy nie będą pomagać Ukraińcom, to wyręczą nas inne państwa.
– Przedsiębiorcy i sadownicy, z którymi współpracujemy, od lat jeżdżą na Ukrainę i szkolą Ukraińców, jak budować sady. Oni są zdania, że albo my to będziemy robić i będziemy już teraz kooperować na tym rynku, albo będą to robić Holendrzy, Belgowie czy np. Niemcy – przekonuje. Bo Ukraińcy i tak będą poszukiwać tej wiedzy – czy to się podoba komuś, czy nie. Lepiej, aby w tym momencie to Polska była partnerem, a nie np. zachodnie koncerny, które szkoliły kiedyś też nas – przekonuje Kalita.

 

Nasi rolnicy interweniują

W sprawie projektu na Ukrainie interweniuje Stowarzyszenia Polskich Producentów Ziemniaków i Warzyw. Już wystosowało w tej sprawie pismo do ministerstwa rolnictwa z prośbą o wyjaśnienie sprawy.
Członek zarządu stowarzyszenia Paweł Król uważa, że takie działania są skandaliczne.
– Według mnie to jest patologia państwa polskiego. Jak można wspierać konkurencję? Przecież to jest ogromna konkurencja, a my ją jeszcze finansujemy. Ukraina to jest jedyny kraj, od którego możemy się odciąć, bo ze względu na wolny przepływ towarów od Unii Europejskiej się nie odetniemy. A widzimy, jak te relacje z Ukrainą wyglądają. My wyciągamy do nich rękę, a oni robią, co chcą i na przykład robią embargo na polską wieprzowinę – grzmi rolnik.
Podobne stanowisko zajął Związek Sadowników RP. Jego prezes Mirosław Maliszewski zapewnia, że wkrótce złoży pismo do MSZ. Liczy na wyjaśnienie sprawy. Sadownicy chcą wiedzieć, kto i na jakich zasadach wyszedł z taką inicjatywą.
Maliszewski ocenia bardzo negatywnie cały projekt. Podkreśla, że nawet mimo niedużej skali może on być bardzo niekorzystny dla polskich producentów.
– Skala samego projektu jest stosunkowo niewielka i tego może się trochę mniej boimy, natomiast uważamy, że to będzie taki pilotaż dla innych producentów na Ukrainie, którzy pójdą w kierunku zakładania tego typu plantacji. Boimy się, że tak, jak to było kiedyś w Polsce, po takim pilotażu pójdzie szeroka skala nasadzeń. W Polsce jak tworzyły się zagłębia sadownicze, to najpierw powstawała jakaś placówka badawcza, poletko doświadczalne. Ktoś przywoził know-how, inni to obserwowali i zakładali na większą skalę i boimy się, że w tym przypadku również będzie taki skutek – tłumaczy Maliszewski.
W sprawie polsko-ukraińskiego projektu portal Money.pl wysłał pytania do Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Portal dowiedział się, że MSZ nie konsultował się z Ministerstwem Rolnictwa, ponieważ nie było takiej potrzeby.
„Projekt Zachodnioukraińska Kooperatywa Ogrodniczo-Sadownicza otrzymał dofinansowanie w wyniku konkursu dotacyjnego Ministra Spraw Zagranicznych Polska pomoc rozwojowa 2018. Procedura dotacyjna konkursu nie przewidywała konsultacji projektów przez inne organy administracji rządowej” – cytuje Money.pl odpowiedź przesłaną portalowi przez MSZ.
Ponadto w ocenie MSZ „nieuzasadniony jest zarzut jakoby projekt działał na szkodę polskiego rolnictwa, gdyż stwarza on okazję do zwiększania polskiego kapitału eksperckiego, który będzie wykorzystywany w wielu innych projektach międzynarodowych”.

Po co tyle gadania…

… domysłów, nieprawdopodobnych przewidywań, prawie wróżb, gdy od dawna było wiadomo o czym Trump z Putinem rozmawiać będą.

 

Komentarze po spotkaniu prezydentów Stanów Zjednoczonych i Federacji Rosyjskiej w Helsinkach skoncentrowały się na przebiegu ich konferencji prasowej (kampania wyborcza Donalda Trumpa, podsłuchy – ich konsekwencje i ciąg dalszy) oraz widowiskowo-kretyńskich przypuszczeniach (prezent mundialowej piłki, podejrzewanej, że w jej środku mogły być ukryte urządzenia szpiegowskie), natomiast niezbadaną tajemnicą pozostało spotkanie face-to-face przywódców.

 

Przed spotkaniem

Po wcześniejszych wypowiedziach Trumpa, później na G7 i w siedzibie NATO różni, bardziej lub mniej odpowiedzialni, obserwatorzy sceny politycznej oraz dziennikarze, którzy na wszystkim zresztą się znają, wieścili, że wynikiem helsińskich rozmów będzie nowa Jałta, wycofanie armii amerykańskiej z Europy i objęcie jej środkowej części rosyjskimi wpływami. Estonia to się prawie, jak to od czasu do czasu permanentnie czyni, przygotowywała do rosyjskiej agresji, która nastąpić także miała na Ukrainie, w okolicach Mariampola.
Nieoceniona w propagowaniu nienawiści do Rosji „Gazeta Wyborcza” w dniach poprzedzających spotkanie zwiększyła liczbę antyrosyjskich tekstów, a w ostatnim, przed Helsinkami, sobotnio-niedzielnym wydaniu antyputinowskich, powstałych piórami: polskim (W. Radziwinowicz – „Trump odebrał Putinowi to, co najcenniejsze”), rosyjskim (W. Inoziemcew – „Dlaczego Rosja jest sexy”) i amerykańskim (przedruk z „The Wall Street Jurnal” – „Jak Putin odkrył w sobie Azję”). Jeszcze inni zamartwiali się wynikiem spotkania, biorąc pod uwagę nieprzewidywalność prezydenta USA i doświadczenie wywiadowcze Władimira Putina, pozostali pocieszali, że nie będzie tak źle i Trump nie rozwali NATO.
Odnotować także należy głosy polskich polityków. Minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz powiedział: „Wiemy, kto jest naszym przyjacielem i kto jest naszym przeciwnikiem w tych rozmowach. Mamy nadzieję, że będą to dobre rozmowy i przyniosą pewne odprężenie… Życzylibyśmy sobie, żeby prezydent Donald Trump potwierdził integralność terytorialną Ukrainy.” Odmienne zdanie od PiS-owskiego ministra miał jednak Kornel Morawiecki: „Zbliżenie z Rosją nas wzmocni na arenie międzynarodowej…Polska powinna przestać uzależniać poprawę stosunków z Rosją od kwestii zwrotu wraku ze Smoleńska…po wyborczym zwycięstwie Putina powinna być ze strony Polski taka normalna dyplomatyczna reakcja. Czyli pan prezydent Polski, a jeżeli nie prezydent to premier, powinni złożyć gratulacje. Tak powinno być”.
W kontekście zbliżającego się spotkania, jako jedyny na naszej scenie politycznej, Leszek Miller jednoznacznie ocenił tzw. zagrożenie Polski ze strony Rosji i określił aktualne stosunki polsko-rosyjskie: „Uważam, że Rosja nie dokona żadnej interwencji zbrojnej w którymkolwiek z państw NATO. Żaden z krajów sojuszu nie jest zagrożony, bo agresja wobec któregokolwiek z nich – Litwy, Łotwy, Estonii czy Polski – oznaczałaby wojnę z NATO, a w konsekwencji III wojnę światową. Nikt tego nie chce: ani Moskwa, ani Waszyngton, ani Bruksela… między Warszawą a Moskwą nie ma żadnego sporu terytorialnego, w naszym kraju nie ma rosyjskiej mniejszości, o którą mogłaby się upominać Rosja, a dodatkowo Warszawa nie dysponuje żadnymi zasobami, których nie miałby nasz wschodni sąsiad…relacje polsko-rosyjskie są „w zawieszeniu”. Jeszcze nigdy nie było tak źle”.

 

Po spotkaniu

wylała się na głowę prezydenta USA lawina pomyj w postaci takich oto tytułów w „GW”: „Putin znów ogrywa Trumpa”, „Szczyt w Helsinkach po myśli Putina”, „Koledzy są wściekli na Trumpa”, a w „Trybunie” ukazał się wywiad z Marcinem Bosackim pt. „Szkodliwy prezydent”, któremu warto poświecić kilka słów.
„Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych” i dalej: „Były takie obawy, że Trump np. uzna że Krym jest częścią Rosji albo wstrzyma pomoc wojskową dla Ukrainy czy ćwiczenia wojskowe NATO z udziałem wojsk USA w Polsce i naszym regionie. To nie nastąpiło, co jest dobre.” Z powyżej zacytowanych fragmentów wypowiedzi rozmówcy „Trybuny”, dotyczących bezpieczeństwa naszego świata, żadną miarą nie wynika aby go chciał Trump demolować, a ponura przepowiednia o politycznych „skutkach śmiertelnych” może ewentualnie dotyczyć jego samego we własnym kraju.

 

Pan Bosacki

wypowiadał się też o Syrii: „Putin…mówił o konieczności zakończenia operacji antyterrorystycznej w południowo-zachodniej Syrii. Tam nie ma żadnej operacji antyterrorystycznej, tylko jest wyrzynanie całych miast przez siły Assada z ogromnym wsparciem Rosji”. Jak się okazuje były rzecznik prasowy naszego MSZ nigdy nie słyszał o aktywnym wsparciu USA rebelianckich oddziałów, stanowiących jedną z przyczyn wojny domowej w tym kraju, a mających charakter terrorystyczny w stosunku do legalnego syryjskiego rządu.
I jeszcze: „Wypowiedź amerykańskiego prezydenta o NS 2 pokazuje, że cała sprawa – wbrew polskim nadziejom – nie była częścią przemyślanej strategii USA realizowanej przez Trumpa, tylko kolejną okazją do krytyki Niemiec”. Polskie nadzieje aby wszelkimi sposobami dowalić Rosji kosztują nas bardzo drogo, ale Niemcy nie są skorzy płacić za amerykański gaz o wiele więcej niż za rosyjski (my bogaci – nas stać na to!), a niemiecki „FAZ” donosi: „Ponieważ prezydent USA nie jest w stanie osiągnąć swoich celów metodami rynkowymi, nie można wykluczyć, że sięgnie po sankcje eksterytorialne przeciwko firmom uczestniczącym w budowie Nord Stream 2”.

 

A na koniec

tej wypowiedzi: „Tylko tak naprawdę nie wiemy, o czym dokładnie rozmawiano. Główna, dłuższa rozmowa była w 4 oczy, a konferencja prasowa skupiła się na temacie wyborów w USA, natomiast dla obserwatorów jasne jest, że większość ważnych tematów została omówiona na spotkaniu w cztery oczy. To nie jest dobre”.
Były pan ambasador wypowiedział się tak, jak propagandowe i puste frazesy z mediów. Zważywszy na swoje byłe dyplomatyczne doświadczenie powinien pamiętać, że przedwczesne kłapanie dziobem do najlepszych zasad w światowej polityce nie należy, a z całej wypowiedzi wynika, że nie koniecznie Trump jest szkodliwym prezydentem. Rzeczywista optyka światowych wydarzeń bardzo nas różni – Pana proamerykańska i antyrosyjska, a moja jedynie oceniająca rzeczywisty stan i przebieg wydarzeń.

 

Spotkania na szczycie,

pisze jeszcze inaczej Witold Jurasz na Onecie, tradycyjnie w dyplomacji są końcem pewnego procesu politycznego i dlatego też przypisuje się im wielkie znaczenie – w przypadku Donalda Trumpa spotkanie z prezydentem Rosji to początek, a nie koniec dialogu.
I dalej: „Z naszego więc punktu widzenia optymalnym jest, by Ukraina stała się buforem… oddzielającym nas od Rosji…wymaga to wciągnięcia Kijowa w orbitę Zachodu, ale jeśli spojrzeć realistycznie, czyli po prostu dostrzegać fakty takie jak choćby ten, iż na dzień przed szczytem w Finlandii doszło do spotkania prezydenta Francji Emmanuela Macrona z prezydentem Rosji, to niestety trzeba przyjąć do wiadomości, że nadmiernie wielu zwolenników takiego rozwiązania na Zachodzie po prostu nie ma. Niestety Zachód nie chce walczyć o Ukrainę i zapewne Kijów nie znajdzie miejsca w orbicie Zachodu. Problem w tym, że Polska nie ma w takim scenariuszu „planu B”.
Ponownie te „przedmurza”, „kordony sanitarne”, planowanie grodzenia wschodniej granicy, bufory antyrosyjskie. Kiedy się wreszcie od nich uwolnimy na rzecz planu „A” podejmującego próbę budowy normalnych stosunków ze wschodnim sąsiadem w imię przede wszystkim naszej racji stanu.

 

19 stycznia 2017 roku

Enter for Strategic and Budgetary Asessments – waszyngtoński think tank specjalizujący się w amerykańskiej polityce obronnej – opublikował raport „Preserving the balance. A U.S. Euroasia defence strategy” czyli „Utrzymanie równowagi. Amerykańska strategia obrony Euroazji”. Autorzy raportu przygotowanego pod kierownictwem Andrew F. Krepinevicha nie pozostawiają złudzeń: w razie konfliktu – walutą przetargową mogą być państwa Europy Wschodniej. To mniej ważni sojusznicy NATO, których utrata nie będzie znacząca. Priorytetem jest Daleki Wschód. Generalna teza raportu: konieczność przeciwstawienia się rosnącym w siłę Chinom, a to oznacza przerzucenie znacznych sił na Daleki Wschód, kosztem osłabienia pozycji USA w Europie i na Bliskim Wschodzie. Do 2020 niezbędne jest przerzucenie na Daleki Wschód 60% sił USA. Nowy Jedwabny Szlak stanowi bezpośrednie zagrożenie dla USA zarówno pod względem wojskowym, jak i gospodarczym – stwierdza się w raporcie. Region Europy uważany jest za mało istotny, co odzwierciedla zastosowany w raporcie podział członków NATO w Europie na dwie kategorie: Major NATO Allies – Francja Anglia i Niemcy oraz Frontline states – Litwa, Łotwa, Estonia i Polska. Z raportu wynika wprost, że bardzo małe jest prawdopodobieństwo, aby Major NATO Allies zaangażowały się w obronę Frontline states. USA w żadnym wypadku nie mogą sobie pozwolić na utratę Japonii, natomiast Polska, zdaniem autorów raportu, znaleźć się może pod okupacją rosyjską z opcją ewentualnego odbicia. Frontline states nie powinny liczyć na wysiłek wojenny Anglii, Francji czy Niemiec. Dla Polski prognozowana jest „zaawansowana wojna partyzancka”. Ostatnie zdanie raportu brzmi: „Konkretnie teatr dalekowschodni (i być może bliskowschodni) staje się relatywnie ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych, zaś teatr europejski traci na znaczeniu.”

 

Z powyższego

raportu wynikają rzeczywiste światowe interesy i cele Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście zachowania Trumpa są w pełni racjonalne: Europejczycy niech się sami ewentualnie bronią, zwiększając swój budżet wojskowy nawet do 4 proc. przed Rosją, która i tak zapewne ich nie zaatakuje, a my dogadamy się z Putinem, bo to całe nasze zaangażowanie w sprawę Ukrainy było funta (czytaj dolara) kłaków warte, a przecież nasze rzeczywiste interesy i strategiczne cele są zupełnie gdzieś indziej.
I o tym zapewne Donald Trump rozmawiał z Władimirem Putinem w cztery oczy.

Flaczki tygodnia

Pan premier-milioner Mateusz Morawiecki poleciał do Parlamentu europejskiego aby podzielić się z naszymi partnerami z Unii Polsko-Europejskiej swymi propozycjami zreformowania Unii. Niektórymi sensownymi, jak choćby likwidacji okradających nas „rajów podatkowych. Ale poleciał w czasie, kiedy w Polsce kaczyści przejmują kontrolę nad Sądem Najwyższym. Chcą podporządkować go woli pana Naczelnika Kaczyńskiego. Taki stan sprzeczny jest z fundamentalnymi zasadami obowiązującymi w Unii Polsko – Europejskiej. I za to pan premier – milioner został w Parlamencie totalnie skrytykowany.

***

Ciepłe słowa usłyszał tam jedynie od brytyjskich konserwatystów, zdeklarowanych przeciwników Unii Polsko- Europejskiej. I euro deputowanych z PiS. Miss lizusostwa została euro deputowana Jadwiga Wiśniewska. Ogłosiła w narodowo-katolickiej TVP info, że było to wystąpienie najlepsze w historii tego Parlamentu. Wzbudziła tym zawiść koleżanek i kolegów z PiS. W czasach stalinowskich takim „przodownikom pracy”, jak Wiśniewska, podawano gorącą cegłę.

***

Swą klęskę w Parlamencie Europejskim pan premier-milioner Morawiecki ogłosił „ciemnemu ludowi” z PiS jako swoje zwycięstwo. A powodem słyszalnej krytyki był jedynie „postkomunizm i lewactwo” jakimi przesiąknięty jest ten Parlament. Dlatego on, prawdziwy polski antykomunista, trafił tam na wrogą sforę. Nie dodał, że najwięcej krytyki nie padło tam z ust euro deputowanych z frakcji komunistów, socjalistów i zielonych, lecz europejskiej prawicy. Liberałów, chrześcijańskich demokratów i ludowców. Trzeba być wyjątkowo głupim, albo zakłamanym, żeby niemieckich chadeków albo holenderskich liberałów oskarżać o „postkomunizm”.

***

W Warszawie krąży powiedzonko, że żydowscy faryzeusze i nawet sam Pinokio powinni teczki panu premierowi-milionerowi nosić. I uczyć się od niego kreowania „postprawdy”. A ściślej tej „trzeciej prawdy” w skali księdza profesora Józefa Tischnera. Czyli „gówno prawdy”.

***

O panu premierze Mateuszu Morawieckim piszemy teraz premier-milioner. Nieprzypadkowo, bo rzeczywiście pan premier jest milionerem. Swoich milionów, nawet tego pierwszego, nie ukradł. Zarobił je pracując dla międzynarodowej, zapewne też żydowskiej, finansowej plutokracji. W zarządzie niepolskiego, międzynarodowego banku, który zarabiał w Polsce i wyprowadzał swe zyski za granicę.
Teraz prorządowa propaganda kreuje pana premiera-milionera na na byłego lidera robotniczej „Solidarności”. Człowieka o gołębim, prosocjalnym sercu. Naprawdę pan premier-milioner był radykalnym działaczem „Solidarności Walczącej”, która uważała „Solidarność” Wałęsy, Frasyniuka, Piniora, Kaczyńskiego Lecha za związek oportunistów, zbyt uległy wobec ówczesnej władzy. Młody Morawiecki nieraz był pałowany przez funkcjonariuszy milicji i SB. Nieraz pewnie już za samo nazwisko, bo jego tatuś Kornel Morawiecki był przywódcą „Solidarności Walczącej”. Ma za co tamtej „komuny” nienawidzić.

***

Ten żywiołowy, obsesyjny czasem, antykomunizm pana premiera-milionera nie był szkodliwy społecznie, kiedy pan Mateusz Morawiecki był prezesem zagranicznego banku, albo doradcą byłego premiera Donalda Tuska. Teraz jest jednak premierem średniej wielkości państwa. I jego prywatne obsesje nie powinny determinować polityki całego państwa polskiego. Polska nie jest folwarkiem jaśnie pana premiera-milionera.

***

A tak bywa. W miniony weekend odbył się w Sofii szczyt Grupy 16+1. To szesnastka państw Europy Środkowo-Wschodniej + Chiny. Chiny stworzyły ją podczas spotkania założycielskiego w 2014 roku w Warszawie. I wyznaczyły Polskę na lidera tej szesnastki. Obiecały też szesnastce liczne inwestycje infrastrukturalne finansowane z chińskich kredytów. Co byłoby wzmocnieniem lansowanej przez kaczystów koncepcji „Trójmorza”.
Niestety chińskie młyny mielą powoli i wielkich projektów, poza linią kolejową Belgrad – Budapeszt na razie nie ma. Ale współpraca z Chinami wymaga cierpliwości i obecności na wszystkich spotkaniach. Jest jak ogród, trzeba go regularnie pielęgnować.

***

Na szczyt 16+1 przyleciał chiński premier Li Keqiang. Przylecieli liczni premierzy państw europejskiej szesnastki. Polskę, lidera tej grupy, reprezentował jedynie pan wicepremier, minister szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. Człowiek spoza grupy trzymającej władzę. Koalicjant PiS. Dla przeczulonych na punkcie hierarchii Chińczyków był to sygnał, że rząd PiS uznał sofijski szczyt i możliwość spotkania z chińskim premierem za sprawę drugorzędną. Bo przysłał polityka z drugiego rzędu. Zresztą sam pan wicepremier Gowin pytany przez TVP info o korzyści dla Polski wynikające ze szczytu, pochwalił się, że podpisano jedna ważną umowę z Chinami. O współpracy w hodowli koni.

***

W Warszawie od miesięcy wiewiórki ćwierkają, że nastąpiło ochłodzenie na linii Warszawa – Pekin, bo pan premier – milioner, żywiołowy antykomunista, nie trawi kontaktów z komunistami chińskimi. Dlatego nie poleciał na szczyt 6+1 do Sofii. Choć był tam obecny premier Wiktor Orbán, jedyny sojusznik PiS w Europie. Był, bo Budapeszt konsekwentnie zabiega, aby europejskim liderem 16+1 stały się Węgry. By tam popłynął strumień chińskich kredytów. Orbán, choć też deklaruje antykomunizm, starannie pielęgnuje kontakty z Pekinem, Moskwą, Waszyngtonem, Brukselą. Nie wojuje też z Izraelem, nie zaprzecza pomocy udzielanej Niemcom przez Węgrów w holocauście węgierskich Żydów. Ssie każdy, dostępny mu cycek.

***

Rosjanie i Niemcy wycyckają Polskę z zysków chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku. Niemiecka kolej DB i rosyjska RŻD podpisały umowę o tranzycie towarów z Chin do Europy z pominięciem Polski, przez Morze Bałtyckie. Jest zapotrzebowanie na taki nowy szlak, bo istniejąca linia Chengdu – Łódź jest niewydolna. Bo były minister obrony narodowej pan Antoni Macierewicz zablokował rozbudowę terminalu CARGO w Łodzi. Bo dostrzegł w tym „zagrożenie dla interesów amerykańskiego sojusznika”. Tak pisze Konrad Kołodziejski w prorządowym tygodniku „sieci”!!!. Ideowy antykomunista.

***

Niedzielę na wizytę na ukraińskim Wołyniu zaplanował pan prezydent Andrzej Duda. Aby przypomnieć tam ludobójstwo ukraińskie w roku 1943. Na ten sam dzień wizytę w lubelskiej wsi Sahryń zaplanował prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Aby przypomnieć tam polskie ludobójstwo w roku 1944. Poza tym obaj prezydenci wiele mówią o konieczności przyjaźni i strategicznego partnerstwa między obu bratnimi narodami