Europa tonie! Recenzja

Unia Europejska rozpada się! A co najmniej znajduje się w głębokim kryzysie. Instytucjonalnym i tożsamościowym. Bo wszystko wskazuje na to, że eksperyment (bo to był przed ponad pół wiekiem eksperyment) żeby tak skłócone przez wieki ze sobą państwa i narody, miały ze sobą nie tylko pokojowo współistnieć, ale blisko współpracować, okazał się utopią.

 

Co prawda początek 21. wieku przyjmowany był euforycznie w jednoczącej się Europie. Dołączały do Wspólnoty kolejne państwa ( w tym Polska) i nic nie zapowiadało, by w nieodległej przyszłości zachwiały się fundamenty, na których zbudowana jest Unia. Nie minęło jednak nawet dziesięć lat, kiedy pojawiły się pierwsze pęknięcia na europejskim gmachu – kryzys finansowy lat 2007/2009 spowodował pojawienie się ponownie antagonizmów międzypaństwowych, a kilka lat później (2015 do dzisiaj) kryzys związany z uchodźcami (migrantami), pogłębił te wewnątrz unijne konflikty. Te oba momenty kryzysowe przekształciły się w kryzys polityczny zagrażający jedności Unii Europejskiej, ale z drugiej strony spowodowały poszukiwanie przez środowiska pro unijne możliwości ich rozwiązania, W takich przypadkach zaczyna się od postawienia diagnozy i wskazanie, co powoduje, że dochodzi do kryzysu. I tak należy odbierać prezentowaną publikację Integration – Disintegration – Nationalism.

Wydawnictwo przygotowane zostało przez Europejską Sieć na Rzecz Alternatywnego Myślenia i Dialogu Politycznego – transform! Europe – sieci 32 lewicowych organizacji (non-profit, ale nie tylko, bo również instytutów, fundacji i osób indywidualnych) z 21 krajów związanych z europejską Partią Lewicy (European Left – EL). Zawartość tomu podzielona jest na 6 części: Europa, świat i lewica; Konfrontacja „rządzenia” i wyjście – do czego zmierza Unia Europejska?; Populizm prawicowy i lewicowy – wybory i polityka bezpieczeństwa; Bitwa o historię publiczną – dyskurs antyfaszyzmu i neo-totalitaryzmu; Dwie rocznice: 150-lecie Kapitału Marksa – 100 lat po Węgierskiej Republice Rad; Dialog chrześcijańsko-marksistowski. Autorzy tekstów (w sumie jest ich 27) reprezentują głównie środowiska naukowe, uniwersyteckie, choć nie brakuje również głosu polityków (m.in. Przewodniczącego EL, lidera niemieckiej Die Linke, Gregora Gysi, czy byłego, w latach 1998 – 2002, czeskiego ministra spraw zagranicznych i wicepremiera w latach 1999-2002, Jana Kavana).

Początkową konstatację tekstu Jana Kavana „Europa znajduje się na rozdrożu i to już od jakiegoś czasu. Można nawet powiedzieć, że widmo nawiedza Europę – widmo kilku obaw: strachu przed terroryzmem, [widmo] islamu, wojny, Rosji, Chin, Korei Północnej, fali imigracyjnej, skrajnego populizmu i nacjonalizmu, ksenofobii, autorytarnego rządu…”, można uznać za swoistego rodzaju „fotografię” stanu w jakim dzisiaj znajduje się Unia Europejska. Brakuje w niej jednak jeszcze kilku elementów (później w tekście jest o nich mowa), bez których ten obraz jest niepełny – stosunków z USA, które po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta, bardzo mocno się skomplikowały, problemów jakie spowodował Brexit i w końcu – coś, co nazwane było kryzysem strefy euro, a w sumie prowadzi do podziału wspólnoty na Unię dwóch prędkości.

W sumie we wszystkich tekstach pojawia się wątek populizmu (szkoda, że nie wyeksponowano go jako czwartego elementu tytułu) – trzeba jednak postawić pytanie: czy pojawienie się ruchów, haseł populistycznych, jest wynikiem kryzysu Unii, czy też to one ten kryzys spowodowały. Odpowiedź na to pytanie wydaje się kluczowe, ale w prezentowanym tomie wydaje się jej brakować. W kolejnych artykułach omówione są partie i ruchy polityczne prezentujące programy populistyczne: francuskie (tekst Yann Le Lann i Antoine de Cabanes „Francuscy Niepokorni versus Front Narodowy – różnice między skrajnie prawicowym a lewicowym populizmem”), polskie (tekst Rafała Pankowskiego „Internacjonalizacja nacjonalizmu i główny nurt nienawiści – powstanie skrajnej prawicy w Polsce”), czy austriackie (tekst Waltera Baiera „Między dwoma kryzysami? – Wybory austriackie w 2017 r. z perspektywy europejskiej”).

Jeszcze jedna przyczyna dezintegracji Wspólnoty podawana jest przez Autorów tekstów. To nacjonalizm, który przez dziesięciolecia po 1945 roku co prawda istniał, ale skrzętnie był skrywany jako niepoprawny politycznie, lub był skutecznie zwalczany/tłumiony przez władze, wybuchł pod koniec wieku 20. ze zdwojoną siłą. Dotyczyło to przede wszystkim państw odzyskujących niepodległość po rozpadzie ZSRR, czy szerzej – wszystkich państw i społeczeństw znajdujących się do 1989/1990 roku w strefie wpływów ZSRR, ale tendencje takie wystąpiły w całej Europie. Hasła nacjonalistyczne przyjęło wiele partii prawicowych, łącząc je z populistycznymi, w momencie pojawienia się sytuacji kryzysowych (najbardziej widoczne stało się to w związku z niekontrolowanym napływem do Europy migrantów z Azji i Afryki), zyskały niespotykane jak do tej pory poparcie w wielu krajach, co znalazło bezpośrednie odbicie w wynikach wyborów (m.in. we Francji, Niemczech, na Węgrzech, w Polsce). Dlatego warto zwrócić uwagę na tekst Harisa Golemisa, który w swoim tekście „Odrzucanie historycznego rewizjonizmu w praktyce – grecki minister sprawiedliwości. Bojkot konferencji w Tallinie na temat ofiar komunizmu”, pisze wprost o tym, że „rewizja historii – europejskiej i światowej – […] przez środki równoważące komunizm i nazizm ma wpływ na integrację europejską, jeśli chodzi o podsycanie nacjonalizmu i geostrategicznego konfliktu między Zachodem a Rosją”. I nie napotyka to na sprzeciw środowisk lewicowych, które wydają być zastraszone tą falą nacjonalizmu i popularnością ruchów neofaszystowskich, nie protestują przeciwko tezom głoszonym przez rewizjonistów historii (Golemis wymienia kilku: Ernsta Nolte, François Fureta, Stephana Courtois; w Polsce jest to środowisko historyków związanych głównie z IPN), a co więcej, czasami niestety same w źle pojętej chęci uwiarygodnienia się wobec własnych społeczeństw, przejmują hasła populistyczne i współbrzmiące z rewizjonistyczną narracją historii.

Lektura tomu, jeśli czytelnikami są zwolennicy integracji europejskiej, a do tego reprezentujący lewicowe poglądy, nie napawa optymizmem. Ze wszystkich tekstów przebija zaniepokojenie kondycją Unii, fakt, że sytuacja kryzysowa w jakiej się znalazła, powoduje iż bliżej jest jej rozpadu, niż dalszego zacieśniania współpracy. I co więcej, lewica tak na prawdę sama przeżywa głęboki kryzys i nie ma własnego pomysłu na to, jak z niego wyjść, a co dopiero podpowiedzieć jakieś rozwiązania mogące doprowadzić do uzdrowienia Unii. Co ważne, takie wnioski nie formułują środowiska wrogie lewicy, ale jej prominentni politycy. Przewodniczący Partii Europejskiej Lewicy Gregor Gysi w swoim tekście „Europa – jej błędne linie i przyszłość” pisze wprost o słabości lewicy w Europie. Zmieniły się bowiem warunki w jakich przyszło teraz działać partiom lewicowym – kryzys Europy bezpośrednio ma wpływ na status i działanie partii lewicowych zarówno w skali kontynentu, jak i w poszczególnych państwach. „Organizacja ta [EL – przypis KK] została założona, kiedy żyliśmy w znacznie spokojniejszych czasach. Idee neoliberalne, to prawda, nadal były szeroko akceptowane, i o wiele mniej wątpliwe niż są teraz, ale jednocześnie nie było prawie żadnych wcześniejszych ostrzeżeń przed powagą kryzysu, w obliczu którego stoimy teraz.” Dziś natomiast pojawiły się nowe zjawiska (m.in. wymienione przez Kavana), oraz partie, które odwołując się do lęków przed niepewną przyszłością, a jednocześnie obiecując obywatelom bezpieczeństwo, przejęły dużą część elektoratu lewicowego. Gysi podaje przykład Polski i Węgier jako państw „z ich prawicowymi rządami, [które] są w procesie stawania się autorytarnymi nacjonalistycznymi reżimami” i niestety należy zgodzić się z tą opinią.

Niewątpliwie istnieje potrzeba dyskusji o przyszłości Europy. Odwołując się jeszcze raz do słów Gysi’ego „moim zdaniem dyskusje, mimo że same w sobie nie są złe, często mają funkcję maskowania porażki”, można byłoby je odebrać jak wywieszenie białej flagi. I faktycznie może okazać się to prawdą, jeśli nie zostaną spełnione dwa warunki: po pierwsze – lewica musi przyznać sama przed sobą, że poniosła porażkę w zderzeniu z problemami i zagrożeniami współczesności, i po drugie – uznać, że nie ma wroga na lewicy, zakończyć spory ideowe (ale i ambicjonalne) i zjednoczyć się dla wypracowania wspólnego programu, który pozwoli lewicy odzyskać utracone miejsce w europejskim świecie.
A prezentowany tom potraktować jako jeden z głosów lewicy w dyskusji o stanie Unii Europejskiej.

 

Transform! Yearbook 2018: Integration –Disintagration – Nationalism, wyd. Walter Baier, Eric Canepa i Eva Himmelstoss, Merlin Press, Londyn 2017.

Finis Germaniae

Niemiecka kanclerz Angela Merkel ogłosiła, że nie ma zamiaru startować w zbliżających się wyborach na lidera CDU, co pokrywa się z tym, że nie będzie również kandydować w najbliższych wyborach do Bundestagu. Decyzja ta oznacza polityczne trzęsienie ziemi i koniec pewnej ery w niemieckiej polityce. Merkel pełniła urząd kanclerza od 2005 roku, a liderką CDU była od 2001. Decyzję tę przyspieszyła druga fatalna porażka CDU w ciągu ostatnich dwóch tygodni w wyborach, które miały miejsce w Bawarii i Hesji.

 

CDU i jej siostrzana bawarska partia CSU poniosły w nich dotkliwe straty, ledwo utrzymując się w tych krajach związkowych u władzy.

 

Partie establishmentu w odwrocie

W wyborach w Hesji CDU wygrała, osiągając 27 procent głosów, co oznacza spadek o 11 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2013. Jest to zarazem najgorszy wynik CDU w Hesji od 1966 roku. Sojusznik Merkel, Volker Bouffier, ledwo zdobył mandat, który pozwolił mu stworzyć regionalny rząd. Partnerka koalicyjna CDU, SPD osiągnąła jeszcze gorszy wynik, tracąc również 11 punktów procentowych i zdobywając 19,8 proc. To z kolei najgorszy wynik tej partii w Hesji od roku 1946, w regionie, który był uznawany za “czerwoną fortecę”.
Liberalna partia Zielonych, która była regionalnym koalicjantem CDU w Hesji przez ostatnie pięć lat, okazała się największym zwycięzcą wyborów, zdobywając ponad 8 punktów procentowych więcej i zdobywając 19,8 proc. głosów. To zabezpieczyło kontynuację regionalnego rządu pod wodzą Bouffiera, który utrzymuje większość, ale tylko za pomocą jednego głosu. Prawicowa i nacjonalistyczna partia AfD, Alternatywa dla Niemiec zdobyła czwarte miejsce z 13,1 proc. głosów, co pozwoliło jej na wprowadzenie po raz pierwszy posłów do heskiego landtagu. Die Linke i ultraliberalna Wolna Partia Demokratyczna Niemiec również osiągnęły wzrost, zdobywając odpowiednio 6,3 i 7,5 procenta głosów.
Wnioski, które nasuwają się na podstawie wyników heskich wyborów potwierdza sytuacja w Bawarii, w której CSU cieszyło się absolutną większością praktycznie od 1962 roku, jedynie z pięcioletnią przerwą. Teraz CSU osiągnęło tylko 37-procentowy wynik, najniższy od 1957 r. SPD poniosła ośmieszającą wręcz porażkę, z wynikiem 9,7 proc. Spowodowało to kryzys rządu federalnego.
Widoczny jest wzrastająca niechęć do tradycyjnych partii, które są postrzegane jako “establishment’, oderwany od rzeczywistości zwykłych ludzi.

 

Sprzeczności klasowe

Na papierze Niemcom idzie świetnie. Pod względem gospodarczym są najsilniejsi w Europie, wzrost gospodarczy jest stabilny, na poziomie 2 proc. rocznie. Bezrobocie, oficjalnie, kształtuje się na historycznie niskim poziomie 4,9 proc. To akurat nie jest prawdą, ponieważ realnie bezrobocie, jak i niepełne zatrudnienie mają procentowo większy udział, niż się wydaje. Większość obywateli i obywatelek również nie odczuwa efektów wzrostu, który po prostu nie przekłada się na powszechne korzyści. Tak naprawdę część sukcesu gospodarczego Niemiec wciąż płynie z ataku na rozwiązania socjalne z lat 1998-2005, kiedy to Niemcy były pod rządami Gerharda Schroedera z koalicji SPD-Zieloni. Dziś miliony niemieckich pracowników jest zmuszonych do pracy dorywczej, w bardzo sprekaryzowanych warunkach.
SPD jest nadal bardzo dumna z wprowadzenia pensji minimalnej w 2016 roku – dziś jest na poziomie 8,84 euro za godzinę. To około 1500 euro miesięcznie, nie wliczając podatków i ubezpieczeń społecznych, jeśli ma się szczęście i pracę na cały etat. Jednak ta suma ledwo starcza na pokrycie podstawowych kosztów utrzymania. Zgodnie z raportem Instytutu Ekonomiczno-Społecznego (WSI) wspieranej przez związki zawodowe Fundacji im. Hansa Böcklera, jedna trzecia niemieckich domostw jest w stanie utrzymać się tylko kilka tygodni, najwyżej dwa-trzy miesiące, jeśli tylko straci swoje źródła dochodu.
Znaczna część klasy pracującej praktycznie żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy najbogatsi stają się coraz bogatsi z dnia na dzień. Nierówności w Niemczech są na najwyższym poziomie od 1913 roku, a najbiedniejsze 40 proc. społeczeństwa zarabia mniej niż 20 lat temu. W tym samym czasie rząd nadal trzyma się polityki cięć budżetowych, nie zwiększając wydatków społecznych, chociaż budżet od jakiegoś czasu znajduje się na plusie. Na takim gruncie masowy sprzeciw wobec rządu akumulował się od dłuższego czasu.

 

Kryzys CDU/CSU

Niestety resentyment, o które mowa nie może znaleźć upustu w działaniach SPD czy liderów związkowych, którzy na różne sposoby są związani z polityką rządową i „umoczeni” w panujące układy sił. W tym kontekście niemiecka partycypacja w tzw. pakietach ratunkowych dla strefy Euro i Grecji, jak i decyzja Angeli Merkel dotycząca przyjęcia miliona uchodźców w 2015 roku, otworzyły drogę dla prawicowych i nacjonalistycznych sił, takich jak AfD. Ułatwiła również prawicowym frakcjom w CDU atak na samą Angelę Merkel. Demagogicznie obarczając rząd o “wspieranie ludzi spoza Niemiec” siły te karmią złość zebraną wśród ludzi zdesperowanych, czyli niezadowolonych warstw ludzi z klasy średniej i klasy pracującej, którzy nie widzą alternatywy w innych partiach. Przy tym Merkel nie jest oczywiście przykładem antyrasistowskiej demokratki. Jej poglądy odzwierciedlają poglądy większości najbogatszych Niemców, którzy faworyzują swoje interesy klasowe.
Rosnąca presja wzmacniającej się AfD otworzyła dawno zanikłe linie podziału i konfliktu w łonie CDU i CSU. Latem minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer, który jest też liderem CSU, zagroził zerwaniem koalicji, co spowodowałoby przedterminowe wybory, jeśli Angela Merkel nie zgodzi się na wprowadzenie kontroli na granicach. Osiągnięto jednak kompromis. Czując, jak gaśnie gwiazda wielkiej koalicji, Seehofer starał się zdystansować swoją partię od Merkel, w świetle przyszłych wyborów regionalnych. Jednak wyniki bawarskich wyborów pokazały, że gambit Seehofera spalił na panewce, a oportunistyczne myślenie jeszcze bardziej zdyskredytowało rząd. Stało się to też zagraniem wspierającym AfD, która konsekwentnie stara się świecić blaskiem siły broniącej prostych ludzi przed rządzącą maszyną polityczną.
Pazerni na władzę, cyniczni politycy – oto co myśli przeciętny Niemiec o establishmencie politycznym. Około 75 procent wyborców, którzy opuścili CDU, i ponad 50 procent tych, którzy opuścili SPD, nie głosując na te partie, wysłało im jasną wiadomość. Upadek głównych partii jest bardzo znaczący; SPD i CDU od momentu zjednoczenia Niemiec do niedawna łącznie zdobywały zazwyczaj 60-80 procent głosów. Wcześniej bywało jeszcze lepiej – w latach 70. obie potrafiły podzielić między siebie 90 proc. wszystkich wskazań wyborców. W 2017 roku zagospodarowały już tylko połowę wyborców. Dziś obie w sumie osiągają w sondażach 40 proc.
Ostatnie wyniki przekładają się na destabilizację obu partii. Wyniki w Bawarii i Hesji, finansowym sercu Niemiec, dolewają tylko oliwy do ognia. Nawet wspominany już heski premier Volker Bouffier (niedawny bliski sojusznik Merkel) stwierdził, że wyniki są prostym komunikatem “wiadomość dla Berlina jest prosta: rządźcie prawidłowo”. Znakiem tego, co czeka nas w przyszłości, są ostatnie wybory na lidera frakcji CDU w Bundestagu. Dawny sojusznik Merkel, Volker Kauder został niespodziewanie pokonany – bunt grupy posłów z CDU i CSU był buntem wprost przeciwko Merkel.
To obraz sił odśrodkowych, które rozwijają się w partii i które zostaną wsparte przez kongres CDU na początku grudnia. Natychmiast po ogłoszeniu przez Angelę Merkel decyzji o odejściu, rozpoczął się festiwal zgłoszeń swoich kandydatur przez różnych liderów partyjnych do walki o władzę w partii. Jednym z nich jest ambitny Friedrich Merz, który został odsunięty z kierownictwa partii przez Merkel w roku 2002, od tego czasu czekał na swoją zemstę. Odpuścił sobie na jakiś czas karierę parlamentarną w 2009 roku i teraz jest potężnym lobbystą kapitału finansowego i wielkiego biznesu, zasiadającym w radzie Blackrock oraz wielu innych wpływowych grup kapitałowych. Merz jest faworyzowany przez kapitalistów i ultraliberalnych prawicowców z CDU, jednak jego zwycięstwo nie jest pewne. Ostateczne wyniki wyborów wewnętrznych, które wsparłyby zaciekłego wroga Merkel mogą prowadzić do kryzysu politycznego i w konsekwencji krótkotrwałego rządu.

 

SPD w ślepym zaułku

Partner koalicyjny CDU, SPD nie jest wcale w lepszym stanie. SPD utrzymuje, że jest partią socjaldemokratyczną, reprezentacją klasy pracującej, tymczasem coraz częściej jest postrzegana jako CDU-light. Mając wpływ na wszystkie rządy od 1998 roku, prócz lat 2009-2013. kiedy to Merkel oparła się na liberalnej FDP, jest coraz bardziej krytykowana przez przedstawicieli klasy pracującej jako winna polityce cięć budżetowych i obniżce standardów życia, w tym okresie niebywałej.
W 2017 roku w wyborach do Bundestagu partia otrzymała tylko 20,5 proc. głosów, co było najgorszym wynikiem od 1932(!). Kiedy ogłoszono wyniki, lider partii Schulz ogłosił, że SPD przejdzie do opozycji, co wzmocniło nadzieje na zmianę pośród lewicowego skrzydła partii. Nadzieje te nie ziściły się, w kierownictwie partii dokonał się nagły zwrot. Opozycja wewnętrzna względem wchodzenia do wielkiej koalicji została pokonana. Kierownictwo popchnęło partię w kierunku trzeciej wielkiej koalicji od 2005 roku pod kierownictwem Angeli Merkel, co popchnęło partię w kierunku większego kryzysu. Stało się jasne dla wszystkich, że liderom partii zależy tylko na ministerialnych teczkach, a nie na tym, by postawić się presji wielkiego biznesu, który wspiera Merkel, co pogrąża kraj w politycznym kryzysie. Okazało się, że na to partia ta nie ma siły.
Od momentu sformowania nowej koalicji rządowej w kwietniu, poparcie dla SPD spadło jeszcze bardziej. Obecnie według sondaży sytuuje się na poziomie 14 proc. na poziomie federalnym. Sytuacja ta została przypieczętowana pogrążającymi partię klęskami w wyborach regionalnych, które niewątpliwie staną się powodem wzrostu napięć w łonie samej partii. Teoretycznie mogłyby nawet spowodować odejście z wielkiej koalicji i kryzys polityczny. Ale kierownictwo SPD tak długo nie wyrażało woli odejścia od CSU/CDU, że nawet jeśli w końcu by się na to zdobyło, to i tak partia jest skazana na powolną śmierć. Jedyne, co mogłoby ją uratować, to zdecydowany skręt w lewo. Równowaga polityczna Niemiec w każdym razie jest zagrożona, co spędza sen z powiek wielkiego biznesu i Angeli Merkel, jak i też chciwym politykom SPD, z których wielu straciłoby swoje miejsce w Bundestagu, gdyby dziś odbyły się wybory. Po wyborach w Hesji jedna z liderek SPD wystąpiła z krytyką polityki rządu, ale nie wydaje się, by za słowami miały pójść realne działania. Widok śliskich i pozbawionych kręgosłupa karierowiczów z SPD, którzy ze względu na własne korzyści nie chcą opuścić rządu jest kolejnym czynnikiem, który spycha partie w dół. Nic dziwnego, że większość obywateli i obywatelek nie widzi możliwości zmiany, która miałaby nadejść ze strony tradycyjnych partii.
W ramach protestu ludzie zagłosowali na Zielonych; wygląda na to, że partia ta przeżywa swoje drugie narodziny. Rok temu walczyła o to, by móc w ogóle myśleć o parlamencie, wahając się na wysokości 5 procent, a w wyborach osiągając szczęśliwie 8,9 proc. Dziś sondaże dają im ok. 20 proc., co powoduje, że stają się drugą partią w Bundestagu. To nie tylko efekt rozczarowania wyborców dwiema najpotężniejszymi partiami. Na potencjalny rezultat Zielonych składa się również złość chrześcijańskich i liberalnych wyborców spowodowana antyimigranckimi zagraniami CSU/CDU. Podczas gdy większość mediów skupia się odpływie wyborców CDU/CSU w stronę AfD, prawdą jest, że na napięciach wewnętrznych i kompromitacji dotychczasowych dominatorów korzystają również Zieloni. Przejmują poparcie ludzi z klasy średniej, którzy nie popierają eurosceptycyzmu i zamykania granic.

 

Brak pracowniczej alternatywy

Pod presją zaostrzających się sprzeczności klasowych, tradycyjny ład polityczny ulega dekonstrukcji. Wzrost poparcia dla AfD i Zielonych tylko częściowo pokazuje jej ostrość.
To nie imigracja jest prawdziwym problemem klasy pracującej. Odkąd Merkel wpuściła milion uchodźców w 2015 roku, bezrobocie spadło oficjalnie o 2 proc., a statystyki przestępczości są najniższe od 1982 r. Prawdziwi kryminaliści, pasożytujący na niemieckim społeczeństwie kryją się wśród kapitalistów, którzy żerują na problemach ludzi pracy. Ale AfD nie jest ich przeciwniczką, nie krytykuje ich, ponieważ sama jest ich wytworem, jednym z ich skrzydeł. Wskazując palcem na uchodźców, stara się ona rozbić klasę pracującą i osłabić ją w jej sporze z kapitalistami.
Również dalsza integracja europejska, o którą walczą Zieloni, niczego nie zmieni. Unia Europejska jako instrument kapitalistów, szczególnie niemieckich, nie sprzyja pracującym. Dla niemieckich kapitalistów bardzo ważne są otwarte granice, ponieważ pozwalają one na eksport tanich produktów oraz import taniej siły roboczej. Unia Europejska wiernie służy ich interesom.
Prawdziwym przeciwnikiem niemieckiej klasy pracującej są kapitaliści. Poprzez wykorzystanie polityki cięć budżetowych i ograniczanie swobody związków zawodowych, zabezpieczyli oni swoje interesy oraz źródło swojej siły roboczej, wykształconych i wykwalifikowanych, tanich pracowników. Na tej podstawie ich zyski rosną z każdym rokiem coraz bardziej, podczas gdy standardy życia większości Niemców systematycznie się obniżają.

 

Radykalne nastroje

Gdyby istniała w Niemczech lewicowa partia, z czytelnym programem gospodarczym, wymierzonym przeciw kapitalistom, dążąca do redystrybucji ich bogactwa i zabezpieczenia interesów większości społeczeństwa, od razu zyskałaby ona poparcie. Ale taka partia nie istnieje. Die Linke, najbardziej lewicowa partią w Bundestagu, jest formalnie partią socjalistyczną, ale w rzeczywistości – lewicą socjaldemokratyczną. Domaga się ona reformistycznych zmian, takich jak podwyższenie podatków dla najbogatszych, ale unika równocześnie kwestii nacjonalizacji i restrukturyzacji sektora bankowego, monopoli, prywatnych spółek zajmujących się nieruchomościami i innych. Nawet jej opozycyjny status jest wątpliwy. Na wschodzie, gdzie była zawsze silna i posiadała ministrów w trzech rządach regionalnych, działa pod dyktando polityki wielkiej koalicji, nie reprezentując interesów pracowników.
Na wschodzie więc Die Linke coraz częściej jest postrzegane jako część establishmentu, a jej wyborcy odpływają w kierunku AfD. I jeśli w debacie partyjnej i atmosferze w partii da się wyczuć radykalizm, to brakuje go już w realnych działaniach. Chociaż nacjonalizacja banków jest w programie partii od czasu kryzysu ekonomicznego, to nie był ten postulat artykułowany a w trakcie kampanii czy akcji politycznych. Na co zdobywa się Die Linke, to działania będące adaptacją corbynowskiego “For the many, not the few” na grunt niemiecki.
Partia trwa w bezruchu, nie proponując nic ludziom, poszukującym programu potrzebnego do zażegnania kryzysu, jakiego doświadczają. Podczas gdy SPD traciło poparcie młodych i pracujących, którzy zmęczeni byli prawicowym kierunkiem partii, Die Linke nie przechwyciło ich, w bawarskich wyborach osiągając wynik 3,2 procenta. W Hesji, gdzie partia ma bardzo aktywistyczny lewicowy wizerunek, zdobyła ona tylko 6,3 procenta.
W ostatnich miesiącach rozgoryczenie popchnęło jedną z frakcji Die Linke, kierowaną przez Sahrę Wagenknecht i Oskara Lafontaina do założenia szerokiego, antyestablishmentowego ruchu Aufstehen (Powstańcie). Wezwali oni do odwrócenia procesu prywatyzacji, zakończenia imperialnej polityki Niemiec oraz doprowadzenia do fundamentalnej poprawy standardów życia. Lista wspierających Aufstehen jest długa, znajdują się na niej związkowcy, jak i członkowie SPD będący w opozycji do wielkiej koalicji. Pod koniec lata ruch osiągnął liczbę 150 tys. popierających go w sieci, był widoczny na licznych strajkach i protestach. To pokazuje potencjał radykalnej polityki i postulatów.
Problem w tym, że od tego momentu Aufstehen pozostało nieaktywne. Jego liderzy i liderki nie podjęli żadnych szerokich działań, możliwe, że ze względu na strach przed utratą kontroli nad ruchem. Niemniej niebawem ma dojść do akcji protestacyjnych z udziałem Aufstehen, zaczynają też powoli powstawać organizacje lokalne. W tym czasie Wagenknecht, która cieszy się rosnącą popularnością i stanowi twarz ruchu, zaczęła swój flirt z nacjonalizmem, postulatami zamkniętych granic, jak i nie wsparła wezwania na demonstrację antyrasistowską, która 13 października w Berlinie zgromadziła 250 tys. ludzi. Polityczka nawołuje do realizmu, dyskutowania i zajmowania się prawdziwymi problemami klasy pracującej. Wszystko to ma demoralizujący wpływ na doświadczone warstwy klasy pracującej, które wiedzą, jak ważna jest klasowa solidarność i jedność. Wagenknecht sądzi, że jest w stanie przejąć poparcie ludzi, dla których bliskie jest AfD. Jednak jak widzieliśmy na przykładzie działań rządu i jego antyimigranckich zarządzeń, takie dryfowanie w kierunku prawicowym tylko wzmacnia samą AfD, a nie osłabia.
Możliwe, że Aufstehen zainteresuje tych, którzy odwrócili się od SPD oraz osoby nieposiadające jeszcze tożsamości politycznej, a ich poparcie przemieni w silną politykę realnych działań antyestablishmentowych. To, co pokazał początek tego ruchu, to głęboka niezgoda na działania rządu i chęć walki o lepsze jutro. Pod wpływem klasowych sprzeczności jesteśmy świadkami początku końca dotychczasowej stabilności niemieckiej polityki, która została ufundowana na podstawach stworzonych po II wojnie światowej, a później zjednoczenia Niemiec. To, co do tej pory było trwałe i stabilne, okazuje się roztapiającą się powoli bryłą, a Niemcy wkraczają w okres kryzysu i walki klasowej.

 

Przed nami tylko kryzys

Dominujące grupy klasy rządzącej zmusiły SPD i CSU/CDU do sformowania rządu, mając na celu uniknięcie kryzysu i idącego za nim chaosu. Chciały stabilności i utrzymania roli Niemiec w Unii Europejskiej, rynku zbytu dla ich towarów, za wszelką cenę. Ale nic się nie zmieniło. Bycie w rządzie rozrywa oba ugrupowania od środka. Jest możliwość, że Merkel zrezygnuje z bycia kanclerzem jeszcze przed wyborami w 2021 roki oraz że rząd jeszcze raz zostanie sformowany przed nimi. Nie jest wykluczone, że CDU wybierze na lidera przeciwnika Merkel, albo SPD zrezygnuje pod presją dołów partyjnych z bycia członkinią wielkiej koalicji. Przed nami okres gospodarczych, społecznych i politycznych turbulencji, który może skutkować nieprzewidywalnymi zmianami.
Ale burżuazja nadal naciska na partie, by te zrobiły wszystko, by uniknąć kryzysu.
Chciwi posłowie i posłanki mogą stanowić siłę, która uniemożliwi przeprowadzenie przedterminowych wyborów, ponieważ wielu z nich nie zostanie w nich wybranymi na kolejną kadencję. Jeśli rząd przetrwa do kolejnych wyborów w 2021 roku, oznacza to upadek obu wielkich partii koalicyjnych, pozostawiając wielką burżuazję samą sobie z Zielonymi. Pewne jest, że brak stabilności i niepewność będzie głównymi cechami najbliższego okresu politycznego. Będzie mu towarzyszyło wiele innych czynników, takich jak Brexit i jego konsekwencje, kryzys bankowy we Włoszech, wojny handlowe i możliwy kryzys globalnej gospodarki. Wszystkie te czynniki tylko zaostrzą sprzeczności klasowe i pogłębią walkę polityczną w Niemczech oraz walkę klasową wymierzoną w wielki biznes. To, co dziś widzimy jest jedynie preludium do wybuchu wielkich walk klasowych, które wstrząsną Niemcami i światem w najbliższym czasie.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu marxist.com. Tłumaczył Wojciech Łobodziński.

Polska w gronie krajów najbardziej rozwiniętych…

I co dalej?

 

Od września decyzją FTSE Russell (dostawca indeksów należący do grupy London Stock Exchange, która jest punktem odniesienia dla funduszy inwestycyjnych) Polska klasyfikowana jest już nie jako gospodarka wschodząca, lecz jako jedna z 25 najbardziej rozwiniętych na świecie – obok USA, Niemiec czy Japonii. Co z tego wynika?

 

Przede wszystkim prestiż. Jesteśmy w pierwszej lidze

Rodzą się jednak liczne pytania, zaś na horyzoncie – tym bliższym i tym dalszym – gromadzą się niewygodne pytania, a nawet zaczątki groźnych burz. Ten awans dotyka nas bowiem w trudnym momencie zarówno pod względem gospodarczym, jak i, powiedziałbym, intelektualno-historycznym.

Jesteśmy co prawda w doborowym gronie, mamy doskonałe papiery, ale od wielu miesięcy nie przekłada się to na wzrost poziomu inwestycji w kraju, zwłaszcza inwestycji zagranicznych. Jedziemy napędzani krajowym popytem. Na dłuższą metę nie on ma decydujące znaczenie. Z danych NBP wynika, że nasza gospodarka zaczyna zwalniać.

 

Przyczyny

Powodów jest wiele i zapewne na większość nie mamy jeszcze wpływu. Mimo wszystko nie jesteśmy aż tak rozwinięci, byśmy mogli dotrzymać kroku każdej konkurencji. Niemniej jest coś, co zależy wyłącznie od nas. Wiarygodność mianowicie.

Kraj zniszczony wojnami i przez lata błąkający się na peryferiach Europy, dostąpiwszy takiego wyróżnienia powinien szczególnie dbać o opinię kraju wiarygodnego, stabilnego, solidnego pod każdym względem. Powinien co dzień udowadniać, że na wyróżnienie zasłużył, że nie jest to jakiś wyskok, który za chwilę przeminie.

Tymczasem ledwie słońce wstało, już pojawiły się chmury. Spory polskiego rządu z Unią Europejską na tle fundamentalnych zasad prawnych kładą się poważnym cieniem na wizerunku Polski. Europa ma poważne wątpliwości, czy Polska jest krajem prawnym i demokratycznym. Dopóki tych wątpliwości ostatecznie nie rozwieje, patrzeć będzie na nas nieufnie. Inwestorzy zaś, nie mając gwarancji na przykład niezależnego i niezwisłego rozstrzygania przed sądami polskimi ewentualnych sporów, będą się powstrzymywać z inwestowaniem u nas.

 

Odpowiedzialność

Nie tylko Polska, jako kraj, musi być odpowiedzialny. Także politycy winni staranniej dobierać słowa, zwłaszcza, gdy odnoszą się do demokratycznych fundamentów, na jakich Unia jest posadowiona. One są proste i uniwersalne. Wystarczy od nich nie odchodzić. Podobnie bowiem jak istnieje moralność w życiu prywatnym tak samo istnieje moralność w życiu państwowym.
Jakże łatwo, dla jakichś bieżących celów politycznych, czy wręcz partyjnych, odpływamy od niej w kierunku propagandy, skąd już tylko krok do kłamstwa, czyli niemoralności. To jest mechanizm uniwersalny, ponad państwowy i ponad czasowy. Oczywiście przeciwnicy obecnej władzy w Polsce mogą natychmiast przywołać potwierdzone sądownie przykłady propagandy, która wzięła górę nad prawdą, a więc przykłady kłamstwa. Pragnę im jednak uświadomić, że nie tylko jedna strona ma monopol na zachowania niemoralne.

Poprzednicy obecnej ekipy, jeśli czymś wyraziście się odróżniali, to raczej tylko innego rodzaju wrażliwością. Nie tylko oszczędnie gospodarowali prawdą, ale też po prostu prawdy nie mówili. Warto pamiętać, że największą operację socjalną, w powszechnym mniemaniu godzącą w interesy ludzi – czyli drastyczne podwyższenie wieku emerytalnego, przeprowadzili z zaskoczenia, w całkowitym oderwaniu od obietnic wyborczych. Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem, chciałoby się przypomnieć. Prawda w życiu gospodarczym i państwowym, podobnie jak rzetelność i uczciwość, jest jednym z fundamentów stabilizujących życie społeczne.

Obawiam się więc, że zaliczenie Polski do grona 25 krajów wysoko rozwiniętych dokonało się wyłącznie na podstawie parametrów ekonomicznych. Tymczasem w krajach wysoko rozwiniętych, do których nas zaliczono, równie ważne są kryteria, powiedziałbym, moralne. Sumienność, rzetelność, uczciwość są nie mniej istotne, jak wskaźniki wzrostu.

Historia ze stępką pod nieistniejący prom, wbicie w pustą plażę tyczki mającej symbolizować przekop Mierzei Wiślanej, opowieść o żarówce żarowej jako symbolu unijnej dyskryminacji, czy bajki o zielonej wyspie i ciepłej wodzie w kranie, to też jest rzeczywistość Polski, jednego z 25 najbogatszych krajów świata.

 

Po pierwsze człowiek

Co, a właściwe, kto może to zmienić? Ludzie oczywiście. Wykształceni, rzutcy, niebojący się wyzwań, gotowi do ciężkiej pracy. Twórcy z różnych dziedzin.

Rośnie znaczenie informatyki i usług informatycznych, przetwórstwa przemysłowego, transportu, logistyki, administracji biznesowej. Specjaliści z tych dziedzin są na wagę złota. Ale też artyści, lekarze, specjaliści potrafiący programować i obsługiwać coraz bardziej wyrafinowane narzędzia przemysłowe, medyczne i inne, twórcy, intelektualiści wywołujący nieustanny ferment, poszukujący nowych sensów, odkrywających nowe przestrzenie niczym fizycy kwarkowi – to są ludzie, napędzający postęp i gwarantujący rozwój. Tylko tacy, wyposażeni w niezbędną wiedzę, mają szansę sprostać konkurencji. Nie obędą się oni, co oczywiste, bez wykwalifikowanych pracowników – już nie twórców, a rzetelnych odtwórców, bo bez nich także nie ma postępu.

Takich niespokojnych duchów, na podstawie różnych kryteriów – m. in. dochodowych – NBP doliczył się w Polsce ok. 4,5 mln. Nazywa się ich nową klasą średnią. Podobno są to szacunki życzliwe… Warto jednak w tym miejscu pamiętać, że ok 3 mln. Polaków żyje na emigracji. Przede wszystkim właśnie tacy rzutcy, niebojący się wyzwań, wykształceni specjaliści oraz solidni i fachowi pracownicy. Głównie ludzie młodzi. Wielu deklaruje, że do Polski nie wróci. Brak wykwalifikowanych rąk do pracy brak otwartych na innowacje głów, może stanowić bardzo poważny problem i to w krótkim czasie.

 

My? Z jakiej racji?

Nominacji do grona krajów najbardziej rozwiniętych towarzyszy inna. Wraz z ogłoszeniem miłego nam komunikatu giełdy w Londynie, nasz stosunek do obowiązującej w Unii zasady solidaryzmu też bowiem uległ zmianie. Polska, jak najbardziej oficjalnie przestała być krajem biednym. Zatem przeszła z grupy krajów, którym trzeba pomagać, do grupy, która pomaga innym. Oczywiście jeszcze daleko nie w takim stopniu, jak kraje „starej Unii”, ale jednak. Należy się spodziewać, że ten fakt na pewno będzie wykorzystywany przez populistów, którzy bardzo lubią z Unii brać, ale bardzo nie lubią do Unii się dokładać. Należy się spodziewać, że ich oburzenie faktem, iż „Polska musi płacić na Unię”, będzie akceptowane przez znaczną część społeczeństwa.

Słowem – nominacja do grona najbardziej rozwiniętych państw świata jest powodem do dumy, ale i do zatroskania jednocześnie. Towarzyszyć naszemu myśleniu o nowej dla nas sytuacji powinna świadomość, że do takiego grona bardzo trudno się dostać, ale za to bardzo łatwo z niego wypaść. Znane są bowiem i takie państwa, które wcześniej od nas uważane były za wysoko rozwinięte, ale do pierwszego poważniejszego kryzysu ekonomicznego. Co tu daleko szukać – sami przecież cieszyliśmy się swego czasu, że Polska była dziesiątą (pod względem PKB) gospodarką świata.

Nie sądźcie

…byście nie byli sądzeni. Zwłaszcza nie sądźcie sędziów Sądu Najwyższego przed tym, zanim osiągną wiek emerytalny.

 

Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał nieprzychylne PIS-owi postanowienie zabezpieczające, w którym nakazuje Warszawie niezwłoczne zawieszenie przepisów dotyczących przechodzenia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego, którzy ukończyli 65 lat i przywrócenie do pracy tych przesuniętych w stan spoczynku – na warunkach, jakie obowiązywały przed wejściem w życie nowej ustawy o SN, a także wstrzymanie mianowań na miejsca tych sędziów i unieważnienia całego procesu rekrutacji.
Stało się to na wniosek Komisji Europejskiej. Pierwszy raport na temat tego, co zrobiła Polska w sprawie odkręcenia zawikłanej sytuacji w Sądzie Najwyższym europejscy notable chcą dostać już w ciągu najbliższych 30 dni. Nie jest to postanowienie ostateczne, na to przyjdzie nam poczekać jeszcze wiele miesięcy. Trybuna chciał jednak zapobiec dalszemu niszczeniu struktur SN do tego czasu.
Mateusz Morawiecki nie chciał w pierwszej chwili komentować wydanego przez Luksemburg postanowienia. Rozmowny był za to Krzysztof Szczerski, prezydencki minister, który stwierdził z rozbrajającą szczerości (jak to Szczerski), że „prawo nie może działać wstecz”.
Szkoda, że rządzącej ekipie nie przeszkadzało to przy wysyłaniu na emeryturę Małgorzaty Gersdorf i jej kolegów, a także przy obsadzaniu miejsc w Trybunale Konstytucyjnym.
Co grozi Polsce za nierespektowanie orzeczenia TSUE? „Wówczas na Polskę będą nakładane wysokie kary finansowe w trybie dziennym. Teoretycznie takie środki będą mogły być stosowane po każdym dniu zwłoki. Komisja Europejska pracuje również nad utworzeniem mechanizmu, który pozwoli uzależnić wypłacanie funduszy strukturalnych od przestrzegania praworządności w krajach członkowskich. Oręż ten zostanie przydzielony prawdopodobnie już wiosną 2019 roku.” – twierdzi Piotr Nowak, publicysta strajk.eu.

Raport o kolei

Eurodeputowany SLD Bogusław Liberadzki przygotował raport, w którym zaproponował wiele korzystnych dla pasażerów zmian, równocześnie ich wprowadzenie byłoby wykonalne dla polskich przewoźników.

 

Wyższe odszkodowania za spóźnienia, ułatwienia dla niepełnosprawnych i miejsca dla rowerów w każdym pociągu – wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego chciał, aby nowe przepisy zaczęły obowiązywać od 2024 roku, czyli od momentu, gdy PKP wykorzysta już unijne środki na dostosowanie infrastruktury.

– W moim raporcie starałem się, żeby nowe, korzystne dla pasażerów przepisy były także wykonalne dla PKP. Myślałem propaństwowo – zaznacza eurodeputowany SLD w rozmowie z korespondentką RMF FM Katarzyną Szymańską-Borginon.

Jednakże przedstawiciele frakcji chadeckiej, liberalnej oraz Zielonych wprowadzili jednak do raportu prof. Liberadzkiego zmiany, które oznaczają, że polskie koleje już za dwa lata będą musiały wydać miliony euro, by dostosować się do nowych regulacji.

Przegłosowanie raportu w Komisji Transportu i Turystyki nie kończy sprawy, ponieważ, aby wypełnić procedurę, potrzebne będzie jeszcze głosowanie na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego, a później konieczna będzie jeszcze zgoda państw członkowskich UE.

– Liczę, że na tym ostatnim etapie przepisom uda się przywrócić kształt z moich propozycji – podkreśla polityk SLD.

Koniec ery plastiku

Plastikowe przedmioty jednorazowe, takie jak talerze, sztućce, słomki i patyczki higieniczne, które stanowią w sumie ponad 70 proc. odpadów morskich, będą od 2021 r. zakazane na terytroium Unii Europejskiej. Wynika to z rezolucji przyjętej w środę przez komisję ochrony środowiska Parlamentu Europejskiego.

 

Decyzja jest podyktowania palącym problemem ekologicznym. 80 proc. odpadów morskich to tworzywa sztuczne. Ze względu na powolny rozkład tworzywa sztuczne gromadzą się w morzach, oceanach i na plażach w UE i na całym świecie. Plastikowe pozostałości są znajdowane w organizmach zwierząt – m.in. żółwi, fok, wielorybów, ptaków, ryb i skorupiaków. Osoby obojętne wobec losu naszych mniejszych braci zainteresuje być może fakt, że skoro plastik jest w mięsie, które zjadamy, to ludzie też go wchłaniają.

Projekt rezolucji został przyjęty przy 51 głosach za, 10 przeciw i 3 wstrzymujących się. Posłowie umieścili na liście produktów zakazanych również plastikowe lekkie torby, mieszadełka do napojów i pojemniki do fast foodów. Wykorzystanie części innych produktów, dla których nie istnieje alternatywa, będzie musiało zostać ograniczone przez państwa członkowskie do 2025 r. Obejmuje to m.in. pojemniki na kanapki, owoce, warzywa, desery lub lody.

Państwa członkowskie mają opracować też krajowe plany, które odpowiedzą na pytanie, jak zachęcić ludzi do stosowania produktów wielokrotnego użytku oraz takich, które mogą być poddane recyklingowi. Posłowie poparli także ograniczenia dla odpadów z wyrobów tytoniowych, w szczególności filtrów papierosowych zawierających plastik. Ich wykorzystywanie ma być ograniczone o 50 proc. do 2025 r. i 80 proc. do 2030 r.

Twórcy rezolucji zwracają uwagę że, jeden niedopałek papierosa może zanieczyścić od 500 do 1000 litrów wody, a wyrzucony na jezdnię ulega rozkładowi nawet w ciągu dwunastu lat. Ten przykład, jako najbardziej przyziemny i dotyczący codziennego zachowania milionów obywateli UE, jest sztandarową narracją wprowadzanych zmian. Kraje wspólnoty będą musiały dopilnować, aby przedsiębiorstwa tytoniowe pokrywały koszty zbiórki odpadów, w tym transportu, obróbki i zbierania śmieci. To samo dotyczy producentów narzędzi połowowych zawierających tworzywa sztuczne.

Zdaniem komisji ochrony środowiska państwa członkowskie powinny również zapewnić, aby co najmniej 50 proc. utraconego lub porzuconego sprzętu rybackiego zawierającego tworzywa sztuczne było usuwane z mórz i plaż. Narzędzia połowowe stanowią 27 proc. odpadów znalezionych na europejskich plażach.

„Europa odpowiada tylko za niewielką część plastiku zanieczyszczającego nasze oceany. Może jednak powinna odgrywać kluczową rolę w znajdowaniu rozwiązań na poziomie globalnym, tak jak to miało miejsce w przeszłości w walce ze zmianami klimatu” – powiedziała europosłanka Frederique Ries (Liberałowie), która w komisji była sprawozdawczynią rezolucji.
Projekt rezolucji będzie przedmiotem głosowania całej izby podczas sesji plenarnej w dniach 22-25 października w Strasburgu.

12 milionów ton – tyle plastikowych śmieci trafia każdego roku do akwenów morskich. Przyczyniają się one do śmierci zwierząt, które dławią się drobnymi elementami. Zagrożeniem są również plastiki rozpuszczane przez promienie słoneczne. Według ekologów już w 2050 roku będzie w nich więcej śmieci niż istot żywych.

Niech się topią

Ostatni cywilny statek, który ratował migrantów u wybrzeży Libii – Aquarius – czeka unieruchomiony na wodach międzynarodowych u wybrzeży Malty z obawy, że tamtejsze władze zatrzymają go w porcie. Na pokładzie jest 58 libijskich emigrantów, w dwóch trzecich kobiety i dzieci, którzy od wielu dni czekają na inny statek, który mógłby ich przewieźć do La Valetty. Wygląda na to, że państwom europejskim udało się zlikwidować ratownictwo morskie w tym regionie Morza Śródziemnego.

 

Kolejna odyseja Aquariusa świadczy o silnych europejskich naciskach politycznych, by pozbawić ten ostatni statek możliwości ratowania migrantów wypływających z Libii. Aquarius nazywa się teraz Aquarius 2, bo Gibraltar pod presją odebrał mu swoją banderę. Lekarze bez Granic i SOS Méditerranée – dwie francuskie organizacje humanitarne, do których on należy – zarejestrowały wtedy Aquariusa z domalowaną „2” w Panamie, jednak i ten kraj zdecydował odebrać mu swoją banderę po europejskich naciskach. Dlatego załoga nie może przybić do portu w La Valetcie.

Wcześniej właściciele statku apelowali do Francji o możliwość płynięcia z migrantami do Marsylii, lecz prezydent Macron odmówił.

Władze francuskie zorganizowały „podział” na papierze 58 migrantów z Aquariusa 2 między cztery kraje i nakazały mu płynąć na Maltę, która chce statek aresztować z braku bandery.
Organizacje humanitarne od kilku dni apelują do państw europejskich o rejestrację Aquariusa, lecz na razie bez skutku.

Aquarius jest ostatnim cywilnym statkiem ratowniczym na odcinku libijskim, gdyż stopniowo wszystkie dotychczasowe jednostki zostały zmuszone do opuszczenia tego regionu lub zatrzymane w europejskich portach, głównie na Malcie, jak Sea-Watch 3 i Lifeline. Malta – w porozumieniu z innymi krajami – nie zezwala też na start małego samolotu Moonbird, który wypatrywał na morzu łodzi migrantów. Jesienią zeszłego roku większość statków humanitarnych musiała przerwać swe misje z powodu ataków zbrojnych libijskiej straży przybrzeżnej wyszkolonej przez Izraelczyków na zlecenie Unii Europejskiej.

W zachodniej Libii trwa konflikt zbrojny między czterema ugrupowaniami. Po likwidacji państwa libijskiego przez NATO, chaos objął cały kraj. Dziś liczba wypraw do Europy znacznie spadła, ale z powodu braku statków ratunkowych wzrasta liczba utonięć. W ubiegłym roku ginęła 1 osoba na 42, który wypłynęły, dzisiaj 1 na 18. Rachunek jest zresztą niepełny, bo libijska straż przybrzeżna utonięć po prostu nie liczy.

Ten model napędza nierówności Wywiad

O tym dlaczego kapitalizm szkodzi, o potrzebie nowego paradygmatu i o pewnej bezradności liberalnego intelektualisty wobec wyzwań współczesności, Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z prof. Janem Zielonką, politologiem, profesorem Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie.

 

Powiedział Pan swego czasu, że trzeba „wymyślić kapitalizm na nowo”. W filmie „Operacja Samum” jeden z bohaterów mówi o drugim, że ratuje świat, podczas gdy on go tylko wyklepuje. Nie wydaje się Panu, że i Pan też tylko wyklepuje świat? Już nic nie będzie poza kapitalizmem?

Ani demokracja, ani kapitalizm nie przestaną istnieć, tylko one muszą się dostosować do rzeczywistości. Ale demokracja i kapitalizm za nią nie nadążają, zwłaszcza demokracja, która wymaga interwencji publicznej.

 

A kapitalizm?

Kapitalizm się jej wymknął. Uciekł, po prostu.

 

Mówi Pan o neoliberalizmie… Jest odpowiedzialny za ta zepsutą rzeczywistość?

Tak, o neoliberalizmie i jego odpowiedzialności. Przecież to nie jest tak, że Chińczycy kazali nam wszystko prywatyzować. Sami to robiliśmy. A jak ktoś tego nie robił, to był nazywany zacofańcem. To się musi zmienić, ale nie ze względu na zmiany technologiczne, ale ze względu na oczekiwania społeczne. Bo jeżeli ten model kapitalizmu napędza tak potworne nierówności społeczne, to muszą być tego konsekwencje.

 

To musimy się na coś zdecydować: czy zwracamy uwagę na stosunki społeczne, czy też na stosunki ekonomiczne. Ludzie mają poczucie pozbawiania ich podmiotowości, kapitalizm staje się ponadpaństwowy. Jak Pan sądzi, w którą stronę powinny iść zmiany społeczne?

Ja się zgadzam z Panem w tym, że kapitalizm jest ponadpaństwowy, ale nie zgadzam się, że można zmiany ekonomiczne oddzielić od społecznych. Dam Panu przykład: przyjechałem do Polski, by opiekować się chorym ojcem, który jest w szpitalu. I zauważyłem jedną rzecz: jak to jest możliwe, że wchodzę do każdego banku i tam jest klimatyzacja, a w żadnym szpitalu tej klimatyzacji nie ma? I dostawałem odpowiedź, że bank jest prywatny, a szpital publiczny. Co to za argument?! Ale to pokazuje ważną sprawę: związek spraw społecznych z ekonomicznymi. I że w tym systemie demokracja funkcjonuje z kapitalizmem w sposób całkowicie ułomny. Przecież musimy mówić o pojęciu interesu publicznego. Czy w interesie publicznym jest, żeby ludzie umierali z powodu upałów w szpitalach?

 

Ale jednak rynki uciekły spod kontroli państwa.

Jeśli część rynków uciekła spod kontroli państwa, to ja się pytam: gdzie jest i była władza publiczna, gdy traciła wpływ na rynki? Wiele osób na lewicy, jak na przykład z kręgów Corbyna, odpowiada dziś, że tak, musimy odzyskać kontrolę państwa nad gospodarką.

 

A da się?

Otóż to – nie da się. Jasne, w polityce nigdy nie ma działania według zasady „wszystko albo nic”. Ale moim zdaniem, takie hasła są sprzeczne z kierunkami rozwoju technologii i procesów społecznych. Jeżeli transakcje są ponadnarodowe, to trzeba stworzyć autorytet ponadnarodowy, który powinien nad tym zapanować.

 

Na razie mamy Unię Europejską.

Tak. Ale trzeba pamiętać, że ten jedyny autorytet ponadnarodowy się rozwala.

 

Dlaczego?

Między innymi dlatego, że w jej polu widzenia nie było polityki społecznej. Zresztą trudno się temu dziwić, skoro szefem Unii jest symbol rajów podatkowych, a szefem jej parlamentu – najbliższy współpracownik Berlusconiego.

 

Co zatem robić?

Trzeba zmienić paradygmat. Trzeba kogoś, kto byłby odpowiednikiem Adama Smitha czy Karola Marksa XXI wieku. Kto całościowo ująłby problemy własnościowo-społeczne. Ale tego kogoś nie mamy. Z różnych powodów zresztą, z których jednym z najważniejszych jest ten, że zabiera to czas. Nawet jak ludzie mają dobry pomysł, to nie wiemy, jak on się sprawdzi w praktyce. Uważam, że rzeczy trzeba sprawdzać na zasadzie prób i błędów. To wymaga czasu właśnie. Po drugie, nawet jak się wyjdzie z nowym pomysłem czy paradygmatem, to trzeba go przetłumaczyć na język zrozumiały dla obywateli i o nim z negocjować. To jest też długi proces. Na przykład ja mam pomysł, jak zreformować Europę. Tylko co z tego? Musiałbym to przełożyć na język, przekonać elektorat. To zajmie co najmniej dekadę.

 

Nieoptymistycznie Pan brzmi. A ludzie chcą zmian już, natychmiast.

Neoliberalizm zdefiniował podstawowe punkty – co jest mądre, co głupie, co potrzebne, co nie. To jest ideologia. Oni tak zdefiniowali normalność, że wszyscy ci, którzy mieli inne pomysły, byli od razu uwalani. Nawet wśród intelektualistów duszono najmniejszą choćby dyskusję.

 

Myśli Pan, że to zaszkodziło Europie?

Mówię o tym, żeby pokazać, że to wszystko nie jest kwestią przywództwa politycznego, nawet nie jest kwestią mobilizacji społecznej. Bo jeżeli chcemy maszerować na ulicy z przywódcą, który nas gdzieś prowadzi, to ja chcę wiedzieć, gdzie i po co. Mamy kryzys paradygmatu. Nie ma sensu biec na barykady, skoro nie znamy celu tego biegu. Ludzie na Zachodzie tego nie rozumieją.

 

Liberalizm się nie sprawdził?

Nie sprawdził się albo został zaprzedany. A nowe elity wiedzą czego nie chcą, ale jednocześnie wizji całościowej nie mają.

 

Nie wiedzą, czego chcą?

Ależ nie, wiedzą. Chcą powrotu państw narodowych. I ja nawet jestem za. Liberalizm zaniedbał tożsamość. Ale szybko się przekonają, że to państwo dziś bardzo mało może. Że to nie jest państwo XVII i XIX wieku. Trzeba pomyśleć, co ono dzisiaj może. Przyzwyczailiśmy się, że państwo dzisiaj nie kontroluje transakcji finansowych. Ale obrona narodowa, o tak, to powinno kontrolować państwo. Tylko pytanie, jakie państwo? Chłopcy w mundurkach, pod flagą, na granicy? Jak się jest w NATO, to obrona narodowa jest inna niż na Donbasie, gdzie jest konflikt etniczny. Obrona NATO jest obroną przed atakiem jądrowym, broń jest w kosmosie i w przestrzeni cybernetycznej. Do tego trzeba komputera, a nie patriotycznego chłopca z karabinkiem i siedzącego pod flagą. Nie chcę powiedzieć, że te tradycyjne metody są całkiem do niczego. Chodzi mi tylko o to, że jak pan Błaszczak da hasło do wymarszu, to większość po prostu wyjedzie, ucieknie. Ci sami, którzy są przeciw uchodźcom – jutro sami będą uchodźcami. To jest wszystko bardziej skomplikowane, niż zwolennicy państwa narodowego próbują nam wmówić. Większość państw narodowych nie potrafi sama niczego zrobić.

 

Demonstruje Pan pewną bezradność. Trudno coś powiedzieć na pewno – mówi Pan. A ludzie chcą jednak jasnego przekazu. O, tutaj idziemy, to jest kierunek.

Nie mam ambicji być nowym Marksem. Ale widzę, że pewne rzeczy zostały zrobione źle. Pierwsze zatem, co trzeba zrobić, to powiedzieć, co zostało zrobione źle.

 

Nazwać to…

Na przykład weźmy liberalizm. On nie mówi tylko o wolności, liberalizm jest też o równości. I jest oczywiste, że w ostatnich latach wolność była promowana, a równość zaniedbywana. Nie muszę mieć paradygmatu marksistowskiej wojny klas, by doprowadzić do tego, by brak równowagi został zmieniony. W tym celu należy wprowadzać pewne rozwiązania polityczne. Na przykład płaca minimalna, podatek od dziedziczenia. To nie może być czekanie na Godota, pewne rzeczy można już wprowadzać. Najpierw jednak musimy uznać, że nierówności poszły za daleko. PKB w Polsce od 1989 roku wzrosło o 25 proc. I to jest fakt. Ale jak on został podzielony? Wiemy, jak bardzo niesprawiedliwie, bo Polska jest liderem w Europie, jeśli chodzi o liczbę prekariuszy. A w Polsce ludzie z PO nie chcą się do tego przyznać. Może dlatego, że jeżeli się do tego przyznają, to będą musieli wziąć za to odpowiedzialność.

 

A chętnych na to nie ma.

My nawet nie jesteśmy na tym etapie, by jednoznacznie nazwać błędy neoliberalizmu, a co dopiero pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy na nich zarobili. Nie jest więc tak, że neoliberalizm już kona.

 

Jeśli nie nazwiemy błędów, to nie wyciągniemy z nich wniosków, a jeśli nie wyciągniemy wniosków, to trudno mówić o jakichś zmianach.

Dokładnie. Widać więc, że to nie jest kwestia zmiany na nowe. Trzeba najpierw zrozumieć, kto jakie popełnił błędy. Ludzie przez trzy dekady głosowali na liberałów. I wreszcie powiedzieli „dość”.

 

Droga do zmian wydaje się otwarta.

Dobre pomysły nie wystarczą, bo ci, którzy są przy kasie i przy władzy, nie palą się do zmian. Nowe, antyliberalne rządy stosują metody oczywiście niedemokratyczne i niemądre. Ale powstaje pytanie: a jakie inne? Wiemy, dlaczego stworzyliśmy system, w którym ci, którzy wygrywają wybory, nie mogą robić wszystkiego co chcą. Demokracja nie jest dyktaturą większości. Mniejszość musi mieć jakieś prawa, kiedy przegrywa. To elementarne pojęcia. Po drugie ta większość nie reprezentuje całego społeczeństwa. Tylko w krajach niedemokratycznych przywódca dostaje 99 proc głosów. Z drugiej strony wiemy, że parlamenty nie są najbardziej efektywne.

 

A dlaczego?

Dlatego, że po wyborach partie przestają być związane ze swoją bazą wyborczą. Kiedyś tak może było, ale teraz partie nie reprezentują żadnych określonych grup społecznych, tylko jakichś amorficznych wyborców. Zabezpieczeniem słabości demokracji jest trójpodział władzy, gwarantujący, by wzajemnie się one kontrolowały. To działało. Ale nagle okazało się, że duża część decyzji jest podejmowana przez organy nie pochodzące z wyborów: banki centralne, Komisję Europejską, Trybunały Konstytucyjne. Tu spowodowało przegięcie, które zachwiało całym demokratycznym systemem liberalnym. Najlepszym przykładem było wyproszenie premiera Grecji z obrad Grupy Europejskiej, a kiedy protestował, to powiedziano, że Grupa jest organem nieformalnym i jej członkowie mogą robić, co im się podoba. A przecież oni decydowali o suwerenności całego państwa! Jasne, największym problemem nie była Troika, ale to, że rynki wyszły spod kontroli demokracji. Wszędzie, nie tylko w Grecji. Doszliśmy do sytuacji, w której żadne państwo nie pozwoli sobie na politykę, która będzie przeciwstawiać się rynkom. Ostatnim politykiem, który próbował to zrobić, był Mitterand i został przez rynki zmiażdżony.

 

A nie próbowano jakoś połączyć rynków z demokracją?

Tak, Tony Blair próbował to robić i mnie się to wtedy podobało. Dziś widzę, że to była błędna idea. Podczas kryzysu 2008 roku podjęto trzy kluczowe decyzje. Pierwsza, że międzynarodowe banki mają zostać zasilone państwowymi, nie unijnymi pieniędzmi. Druga, że banki trzeba ratować kosztem innych dziedzin, a trzecia, że za ratowanie banków płacili podatnicy. U podstaw tych decyzji leżał strach, że jeśli banki upadną, to zawali się cały system.

 

I na czym polegał błąd?

Na tym, że podejmowały te decyzje rządy, a nie parlamenty. Na tym, że nawet nie próbowano rozmawiać o tym z wyborcą.

 

Neoliberalny kierunek rozwoju tkwi korzeniami w USA. Czy nie uważa Pan, że podporządkowanie się Stanowym Zjednoczonym szkodzi Europie?

Nie zgadzam się. Związki z USA są różne dla różnych państw. Integracja Europy byłaby niemożliwa bez Ameryki, a Amerykanie zawsze byli zwolennikami zjednoczonej Europy. Owszem, zaczęło się to zmieniać po zimnej wojnie, szczególnie za czasów Busha, który wciągnął nas w wojny, które są teraz dla Europy źródłem problemów. Nie widzę tego jednak w tak czarno-białych kolorach. Nie jest niczym złym, że Ameryka jest silna. Siłą można robić dobre rzeczy i nie mam poczucia, że USA są źródłem zła. Prawdą jest jednak, że Ameryka w ostatnich latach niewiele zrobiła dobrego.

 

Skoro wiemy, że Unia Europejska zaczyna buksować, to jakie mamy recepty na jej uzdrowienie?

Chodzi przede wszystkim o logikę integracji. Tak jak mówiłem – najpierw trzeba zrozumieć, co poszło źle. Integracja oparta na państwach narodowych prowadzi do tego, że albo państwa popełnią zbiorowe harakiri i przekażą swoje kompetencje państwu europejskiemu, albo będą musiały integracje zarzucić. Dziś wiemy, że obie te koncepcje są nierealne. Z jednej strony nie ma szansy na państwo europejskie, a z drugiej dezintegracja Europy niesie mnóstwo zagrożeń. Brexit nam to pokazał. Trzeba rozbić logikę dotychczasowej integracji. Elity państw narodowych nie pójdą na ścisłą integrację, bo stracą swoją dominującą rolę i staną się elitami zaledwie lokalnymi. Proponowałem, by w procesach decyzyjnych będą brali udział aktorzy społeczni: miasta, NGO-sy, podmioty gospodarcze. To wszystko jest kwestią dyskusji. A na to trzeba czasu, którego nie mamy.

 

Ciekawe, że w naszej rozmowie nie ma żadnej lewicy. Nie ma dla niej miejsce, skoro już nie ma nic innego jak tylko kapitalizm? Ma być biernym aktorem, czy jednak poszukiwać nowych propozycji dla ludzi?

Uważam, że na kryzysie liberalizmu najwięcej straciła lewica. Centrolewica w dużym stopniu współrządziła w czasach neoliberalizmu i na niej spoczywa odpowiedzialność za korupcję i rozwarstwienie. Upadek ZSRR skompromitował radykalną lewicę. W momencie, kiedy siły antyliberalne zaczęły rosnąć w siłę, to prawica w sposób naturalny przejęła ich antyliberalne hasła: między innymi anityimigranckie i akceptujące nierówności społeczne. Prawica potrafiła wejść do łóżka z populistami. Lewicy bardzo trudno zrobić to, co prawicy idzie łatwo – trudno się jednoczy. Dzisiaj jest wyborczy popyt na hasła lewicowe, ale partie prawicowe łatwo je przejmują. Lewica musi odbudować kadrę, postawić na nowych ludzi. Ale o tych trudno, bo starzy nie chcą odchodzić.

 

Głos lewicy

Środki z UE są ważne

– Wszystko na to wskazuje, że kolejny budżet Unii Europejskiej znajdzie w sytuacji, w której pieniądze będą przeznaczone, ale zanim zostaną uruchomione nastąpi żądanie udowodnienia, że państwo jest praworządne – powiedział prof. Bogusław Liberadzki w programie #RZECZoBIZNESIE.

– Jeżeli chodzi o zdolność budowy i modernizacji infrastruktury to dalej podstawowym źródłem finansowania są środki europejskie. Proszę zauważyć, nas nie stać, aby z własnych środków zbudować jakąkolwiek drogę ekspresową od początku do końca – powiedział wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, pytany o stan uzależnienia polskiej gospodarki o pieniędzy pochodzących z Unii Europejskiej. – Przedsiębiorstwa sobie poradzą, ale rolnictwo i dopłaty bezpośrednie to jest 28 mld euro w ciągu całej perspektywy, czyli 4 mld euro rocznie – wyliczał Liberadzki.

Info z sld.org.pl

 

Mamy dość!

„Mamy dość” oraz „Polska potrzebuje wyższych płac” to główne hasła 20 tysięcznej demonstracji antyrządowej, które przeszła dziś ulicami Warszawy. Byliśmy z Wami, przed siedzibą OPZZ, na Placu Trzech Krzyży, czy też przed Kancelarią Premiera. Wspólnie upominaliśmy się o podwyżkę płac w sektorze publicznym o 12,3 proc., a także poprawe warunków zatrudnienia oraz zmianę w systemie emerytalnym, tak, by świadczenia były uzależnione od stażu pracy, a nie wieku. W manifestacji udział wzięli min. Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, Andrzej Rozenek, kandydat na prezydenta Warszawy oraz Ryszard Zbrzyzny, związkowiec oraz kandydat na radnego Sejmiku Województwa Śląskiego.

Przed rozpoczęciem demonstracji, przed budynkiem centrali OPZZ głos zabrał min. Andrzej Rozenek, kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy.

„Moje hasło to Miasto Społeczne Warszawa, a więc przede wszystkim człowiek, nie beton, nie bruk, ale człowiek na pierwszym miejscu. Seniorzy, kobiety, dzieci – w tej kolejności będę realizował program w warszawskim ratuszu.

Jestem tutaj, ponieważ też mówię – mam dość! Mam dość tej władzy, a wyrazem tej władzy jest zamknięty szpital onkologiczny przy ul. Górczewskiej, w którym mogłoby się leczyć dwa tysiące kobiet rocznie. Piękny i nowoczesny sprzęt stoi, ponieważ ktoś w NFZ-cie nie dał pieniędzy. Oto jak rządzi Prawo i Sprawiedliwość i gdzie ma nas wszystkich obywateli, i gdzie ma kobiety, które ciężko chorują na raka.

Rządy PiS-u to deforma edukacji, to co się dzisiaj dzieje w szkołach krzyczy o pomstę nie do nieba, to jest krzyk o pomstę do nas wszystkich. My nie możemy bezczynnie patrzeć na to co się dzieje, musimy wszyscy razem protestować. Protestować razem z OPZZ, Inicjatywą Społeczną, z moimi konkurentami w wyborach na prezydenta Warszawy – Janku, dziękuję Ci, że jesteś. To jest wspaniałe, że wszyscy tutaj potrafimy razem stanąć i powiedzieć – mamy dość.
Mamy dość tej podłej zmiany! Musicie odejść w imię dobra nas wszystkich, nas ludzi pracy. Dziękuję bardzo!”

 

 

Flaczki tygodnia

Siarczyście splunął na Unię Polsko-Europejską pan prezydent Andrzej Duda. I wszyscy pytać poczęli: świadomie pluł czy tylko ze zwykłej głupoty spluwał?

***

Z głupoty, taka odpowiedź pierwsza na usta się cisnęła. Ot palnął sobie, tak wiecowo, wypsnęło mu się w tryskającym słowotoku.

***

Bo przecież człek mądry nie chrzaniłby o „wyimaginowanej wspólnocie” stojąc przed leżajskim dworem starościńskim wyremontowanym za pieniądze otrzymane z Unii Polsko-Europejskiej. Stojąc też niedaleko klasztoru oo. Bazylianów, też za szmalec z Unii wyremontowanym. Przecież 5,1 miliona stamtąd na ten kościół poszło, podobnie jak 103 miliony złotych na leżajską obwodnicę.

***

Z Unią Polsko-Europejską jest jak z przysłowiową szklanką. Napełnioną do połowy. Zwolennicy Unii, jak Flaczki Tygodnia, napiszą, że szklanka nadal jest w połowie pełna. Co daje podstawy do jej reformowania. I wzmacniania jej. Bo Unia Polsko-Europejska, pomimo jej słabości, to dzisiaj i na jutro najlepszy geopolityczny projekt jest dla naszej Ojczyzny.

***

Pan prezydent Duda i jego środowisko polityczne patrząc na Unię Polsko-Europejską larum grają. Spójrzcie tylko, ona już w połowie pusta jest. Co dowodzi, że ten geopolityczny projekt nie sprawdził się i nie ma dla niego przyszłości. Zatem mądrość polityczna nakazuje nam wiać. Tak jak marszałek Edward Rydz, jeden z patronów IV Rzeczpospolitej, który we wrześniu 1939 roku najpierw śmignął z Warszawy do Brześcia, a potem do Rumunii. Z gębą pełną patriotycznych frazesów rzecz jasna.

***

Elity umysłowe PiS, eksperci i propagandziści związani z Kancelarią pana prezydenta Dudy, nie ustępują w patriotycznej retoryce sanacyjnemu obozowi piłsudczyków. Nawet ich przewyższają. Ich czołowi ideolodzy, jak choćby profesor Andrzej Zybertowicz, systematycznie sączą wizję rychłego upadku Unii Polsko-Europejskie. Tworząc prostą analogię z cesarstwem rzymskim. Tak jak Rzym upadł pod naporem hord barbarzyńskich migrantów, tak teraz hordy współczesnych migrantów obalą współczesny Rzym, czyli unijną Brukselę. I cóż dzisiaj radzą dzielnym, dumnym Polakom? Uciekać.

***

Uciekać zawczasu. Nie walczyć o zreformowanie Unii Polsko-Europejskiej. Nie wysilać się na jej wzmacnianie. Uciekać co sił w nogach, ale tym razem inaczej. Nie rozpaczliwie, jak w 1939 roku, do neutralnej Rumunii. Teraz kanclerskie głowy z PiS chcą przed zaplanowaną ucieczką taką „Rumunię” wcześniej sobie wykreować.

***

Ową „Rumunią”, jak zdradził profesor Zybertowicz, w geopolitycznym planie elit PiS, będzie „Trójmorze”. Kreowany przez rząd pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego związek gospodarczo – polityczny państw Europy Środkowo-Wschodniej.

***

Profesor Zybertowicz błyskotliwie zauważył, że po upadku Rzymu w V wieku naszej ery, tradycje chrześcijańskiej Europy przejął i kontynuował Konstantynopol. Cesarstwo Europy Wschodniej. Teraz będzie podobnie. Kiedy już Brukselo-Paryżo-Berlińska zachodnia Europa upadnie, zamieniając się w afrykański kalifat, a upaść musi, skoro tak Zybertowicz twierdzi, to ciężar utrzymania i kontynuowania europejskiego dziedzictwa spadnie na Warszawę. Nowy Konstantynopol. Przyszłą stolicę Trójmorza. Nowego Imperium Środkowo – Wschodniej Europy.

***

To nic, że zebrana do kupy siła wszystkich gospodarek państw Trójmorza stanowi jedynie 10 procent, może nawet aż 11 procent, zebranych do kupy gospodarek wszystkich państw Unii Polsko-Europejskiej. To nic, że gospodarka „Trójmorza” jest taką „Rumunią” ekonomiczną Unii Polsko-Europejskiej. Ale elity PiS uważają, że nieważne czy Trójmorze będzie bogate czy biedne. Ważne aby przyszła nowa Bruksela, nowy-stary Konstantynopol przyjął konserwatywne europejskie wartości i chrześcijańskie religie. Przynajmniej na początku, bo z biegiem lat przechrzci się na katolicyzm tych wszystkich lutrów i prawosławnych.

***

Ucieczka z tej, uważanej przez elity PiS za zgniłą moralnie, lewacką i muzułmańską, zachodniej Europy przygotowana jest już teraz. Systematycznie pisowski front propagandowy pokazuje Unię Polsko-Europejską jedynie jako już „pustą do połowy”. Systematycznie wypiera się ze świadomości obywateli IV RP wszelkie informacje o korzyściach jakie Polska otrzymała z Unii. Eksponuje się za to wszystkie negatywne skutki akcesji do Unii Polsko – Europejskiej.

***

Elity PiS reanimują XIX wieczne koncepcje „Europy Ojczyzn”, „Europy narodów”, które w pierwszej połowie XX wieku doprowadziły do dwóch wojen światowych. Elity PiS mistrzowsko kreują konflikty wykorzystując nacjonalistyczne fobie, narodowe kompleksy, kreując politykę historyczną dla nieuków.

Bo gdyby trzymać się geopolitycznych wizji profesora Zybertowicza i naprawdę sięgnąć do historii, to okazałoby się, że stary Rzym rozwalili nie jacyś obcy barbarzyńscy, tylko nasi, europejscy przodkowie. To przodkowie zachodniej Europy zdobyli tamten Rzym i przejęli potem jego dziedzictwo, które i nam przekazali. Z pomocą Hunów, czyli przodków premiera Orbána.

Nasi słowiańscy przodkowie w naszej erze najpierw zajmowali się rozwalaniem cesarstwa wschodniego, czyli dawnego Konstantynopola. A potem wzmacniali europejskich barbarzyńców na zachodzie. Nie uciekali przed zachodnią Europą, jak to teraz współczesnym Polakom elity PiS proponują.

***

Elity PiS zachowują się jak grupa gości, która najpierw zjadła suty obiad, ale nie chce teraz zapłacić rachunku za konsumpcję. Rozpaczliwie szuka muchy, żeby złapać ją i wrzucić do resztek zupy. Potem wezwać kelnera, pokazać mu muchę w zupie i z podniesionym czołem wyjść z restauracji. Z dumą polskiego cinkciarza, cwaniaczka przewalającego zagraniczniaków na wymianie walut. Taką politykę przywracania godności narodowi polskiemu serwują nam elity PiS.

***

Być może, pan prezydent Duda plując w Leżajsku do talerza po zjedzonej, darmowej, europejskiej zupie myślał o swojej nadchodzącej wizycie w USA. O spotkaniu z prezydentem Donaldem Trumpem. Politykiem, który werbalnie gardzi Unią Polsko-Europejską. I chciał mu się zwyczajnie podlizać.

 

PS. Ponieważ redaktor Piotr Gadzinowski kandyduje do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa, to uprasza się wszystkich inteligentnych Wyborców o głosowanie na niego i namawianie innych inteligentnych do takiego aktu odwagi intelektualnej.