Plan M

Trwa szczyt Unii Europejskiej poświęcony w głównej mierze problemom migracji.

 

W ostatnich dniach czerwca szefowie państw Unii Europejskiej spotykają się w Brukseli podczas kolejnego szczytu Rady Europejskiej. Jak zapisano w agendzie, pierwszym i najważniejszym tematem będzie „wewnętrzny i zewnętrzny wymiar polityki migracyjnej”. Nie ma jednak pewności, że szczyt zakończy się konkretnymi decyzjami. Unia w sprawie migrantów jest podzielona jak nigdy dotąd.
W ostatni weekend w Brukseli odbył się nieformalny szczyt szefów państw UE, zwany mini-szczytem. W zamyśle organizatorów miał przygotować stanowiska, które byłyby przyjęte podczas trwającego obecnie szczytu. Zakończył się fiaskiem. W mini-szczycie uczestniczyło jedynie 16 państw członkowskich UE (Polski też nie było). Nie uzgodniono wspólnych wniosków w sprawie migrantów.

 

Walizki imigrantów

Europa powoli zapomina o 175-kilometrowym płocie zbudowanym przez Orbana na granicy węgiersko-serbskiej. I o słowach premier Szydło, deklarującej, że w ramach unijnej solidarności Polska nie przyjmie żadnego imigranta. W ostatnim czasie najczęściej komentuje się stanowisko rządu Włoch.
Matteo Salvini, włoski wicepremier i minister spraw wewnętrznych nie ukrywa, że celem nowego rządu Włoch jest odesłanie do krajów pochodzenia półmilionowej rzeszy nielegalnych imigrantów. „Nie możemy sobie pozwolić na to, aby utrzymywać dalej setki tysięcy ludzi we Włoszech” – powiedział Salvini. „Muszą pakować walizki…” – dodał.
Na początku czerwca Salvini odmówił zgody na wpłynięcie do włoskiego portu statku z ponad 600 imigrantami, których na wodach libijskich uratowała załoga statku „Aquarius” należącego do organizacji humanitarnej SOS Méditerranée. Włosi zaproponowali, by migrantami zajęła się maleńka Malta. Ta również odmówiła.
Ostatecznie imigrantów przyjęła Hiszpania. Decyzję o przyjęciu kolejnych 629 przyjezdnych z Afryki ogłosił premier Hiszpanii Pedro Sánchez. Notabene, lider socjaldemokratycznej partii PSOE (Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza).

 

Z Austrii do Afryki

Przeciwni pomocy imigrantom: Orban na Węgrzech i Kaczyński w Polsce mają więc grono nowych sprzymierzeńców. I to nie tylko we Włoszech. Również kanclerz Austrii, Sebastian Kurz wspomina o zamiarze zawracania migrantów z powrotem do Afryki. A także, co znamienne, minister spraw wewnętrznych w koalicyjnym rządzie Angeli Merkel. Horst Seehofer zagroził, że: „jeśli do czasu szczytu UE (28-29 czerwca) nie będzie żadnego rozporządzenia, zlecę rozpoczęcie zawracania (imigrantów) na granicy”. I to bez oglądania się na zgodę kanclerz Merkel.
Tymczasem Viktor Orban poszedł krok dalej. Po nowelizacji kodeksu karnego, kara roku więzienia grozi każdemu, kto zdecyduje się na pomoc nielegalnym imigrantom. Zaś darowizny na rzecz uchodźców zostały obłożone 25 proc. podatkiem. Przeznaczonym na utrzymanie płotu na południu Węgier.
Karane mogą być też osoby pomagające migrantom w ramach organizacji humanitarnych. Takich, jak załoga wspomnianego już statku „Aquarius”. Można wyobrazić sobie sytuację, w której po przypłynięciu statku z wyłowionymi z morza imigrantami do portu węgierskiego, cała załoga trafiłaby do więzienia. Dobrze się składa, że Węgry nie leżą nad morzem.

 

Droga do Europy

Znamienne, że wzrostowi nastrojów antyimigranckich w Europie wcale nie towarzyszy zwiększona fala migracji. Napływ imigrantów miał swój szczyt w październiku 2015 roku. Wówczas w ciągu tylko jednego miesiąca do Europy przybyło prawie ćwierć miliona osób. Głównie z Bliskiego Wschodu, za sprawą wojny w Syrii.
W kolejnych miesiącach i latach liczba migrantów systematycznie malała. Od mniej więcej roku ilość przybyszów plasuje się na podobnym poziomie kilku tysięcy osób miesięcznie. Przykładowo, w maju 2018 roku było to 6041 osób. Gdyby teoretycznie przyjąć symetryczną alokację imigrantów na terenie całej Unii Europejskiej, do miasta wielkości Wrocławia trafiałoby miesięcznie 8 mieszkańców Afryki lub Azji. Dla porównania, szacuje się, że we Wrocławiu mieszka i pracuje ponad 60 tysięcy przyjezdnych z Ukrainy.
Gwoli ścisłości trzeba przyznać, że jednym z czynników, który wpłynął na zahamowanie napływu setek tysięcy imigrantów drogą lądową był węgierski płot. Potwierdziła to ostatnio nawet kanclerz Angela Merkel. Cóż, płoty i mury tak mają. Zatrzymują ludzi. Niezależnie od tego, gdzie się je stawia. Na Węgrzech. W Berlinie. Czy w Chinach. Ale węgierski przykład nie może oznaczać zachęty do powrotu współczesnego świata do budowania „murów obronnych”. Oddzielających bogatych od biednych.

 

Dzieci z Dworca Brześć

Jakie najważniejsze zasady polityki migracyjnej powinny być bliskie polskiej socjaldemokracji? Po pierwsze: bezwarunkowa pomoc potrzebującym. Czy można nie reagować na widok łodzi wypełnionej afrykańskimi kobietami. Afrykańskimi dziećmi. Afrykańskimi wyrostkami – również. Zachować się jak włoski wicepremier Salvini? Powiedzieć: „to nie ja – to kolega”.
Identycznie zachowują się politycy rządzącego w Polsce PiS-u. Do brzegów Bałtyku nie przybijają co prawda łodzie i pontony z Afryki. Ale na dworcu kolejowym w Brześciu przez wiele miesięcy koczowały czeczeńskie rodziny próbujące dostać się do Polski. Niektórzy są tam do dzisiaj. Marina Hulia, kiedyś nauczycielka rosyjskiego, zorganizowała nawet szkołę dla czeczeńskich dzieci mieszkających na dworcu.
Urzędujący zaledwie od czterech tygodni socjaldemokratyczny premier Hiszpanii Pedro Sánchez dał dobry przykład coraz bardziej antyimigranckiej Europie. Przyjmując imigrantów z „Aquariusa”. Mimo, że w samym tylko roku 2017 do Hiszpanii dotarło drogą morską ponad 22 tysiące nowych imigrantów.
Ale oprócz doraźnej pomocy, najważniejsze dla Europy są rozwiązania systemowe.

 

Platformy regionalne

Ilość nielegalnych przekroczeń granic UE systematycznie spada. Jak podaje Frontex, Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku odnotowano o 46 proc. mniej przypadków nielegalnego przekraczania granic Unii niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mimo tego przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk proponuje kontrowersyjne rozwiązanie. Mające radykalnie ograniczyć liczbę imigrantów napływających do Europy.
O projekcie napisała kilka dni temu Wirtualna Polska. Miałyby powstać tak zwane regionalne platformy wysiadkowe. Zlokalizowane poza granicami Unii, głównie w Afryce Północnej. Trafialiby tam migranci z łodzi i statków, takich jak „Aquarius”. Na miejscu byłaby możliwość oceny, którzy z migrantów jest uchodźcą z terenów objętych wojną lub prześladowanym w swoim kraju. I wymaga pomocy ze strony Unii Europejskiej. A kto jest jedynie emigrantem ekonomicznym.
Zdaniem komentatorów, pomysł zgłoszony przez Tuska jest mocno niedopracowany i budzi wiele wątpliwości. Najpewniej nie dostanie jednoznacznego „zielonego światła” ze strony uczestników szczytu. Myślę, że słusznie. Byłoby to w jakimś stopniu to samo, co zrobił włoski wicepremier. To nie ja – to kolega. W Afryce. Można dodać sarkastycznie, że w Polsce temat „regionalnych platform wysiadkowych” już przerabialiśmy. Na dworcu w Brześciu…
Tak przy okazji. Pomysł „platform” nie jest propozycją nową. Już dwa lata temu o takim rozwiązaniu problemów migracyjnych mówił Viktor Orban.

 

Chwiejna równowaga

Czy można oczekiwać, że obecny szczyt Rady Europejskiej wprowadzi istotne zmiany w polityce migracyjnej Unii? Raczej nie. Prasa cytowała niedawną wypowiedź Donalda Tuska, dotyczącą perspektyw rozwiązania kryzysu migracyjnego w Europie. Przewodniczący Rady Europejskiej mówił o konieczności wykonania „dodatkowej pracy, by znaleźć równowagę miedzy solidarnością a odpowiedzialnością”…

 

Plan M

Gdzie jest polska lewica? Część polityków niechętnie zabiera głos. Jak mi powiedział w przypływie szczerości jeden z ważnych działaczy lewicy, on też jest zdania, że: „za dużo tych »ciapatych« w Europie”. To nie tak kolego! Lewica powinna mieć jasne i ugruntowane stanowisko w sprawie migrantów. Zupełnie odmienne od zacytowanego powyżej.
Po pierwsze: bezwarunkowa pomoc potrzebującym – już o tym pisałem. Pomoc nie może być elementem politycznej kalkulacji i bieżących nastrojów społecznych. Jasne, że nie wszyscy przybysze pragnący mieszkać w Polsce, muszą automatycznie uzyskiwać azyl lub prawo pobytu. Ale pozostawianie ludzi bez pomocy na morzu lub na dworcu kolejowym jest działaniem okrutnym.
Po drugie: budowanie klimatu przychylności dla przyjezdnych, zwłaszcza z odmiennych kręgów kulturowych i religijnych. Poczynając od języka, w którym słowo „ciapaty” nie ma prawa bytu nawet w zaciszu domowym. Świat XXI wieku jest skazany na multikulturowość. To oczywisty skutek łatwości przemieszczania się oraz komunikacji zdalnej. Widać to szczególnie wyraźnie w największych skupiskach ludności na wszystkich kontynentach. Nawet Warszawa powoli staje się miastem wielu kultur.
Po trzecie: akceptacja dla zagranicznych pracowników. W Polsce przez kilka kolejnych dekad będzie dramatycznie brakowało rąk do pracy, nawet kilku milionów pracowników. Napływ Ukraińców to dopiero początek wielkiej fali. Twierdzenie, że imigranci z krajów arabskich i z Afryki to „nieroby” i „prymitywy” jest rasizmem w najczystszej postaci. A to, że wśród nich co drugi jest terrorystą – kłamstwem.
Nie oglądając się na to, co uradzą w Brukseli, zacznijmy od tych trzech spraw.

 

Afryka Afryka

I najważniejsze. Dzisiejszy dramat wielu milionów ludzi zamieszkujących Afrykę w dużej mierze jest pokłosiem działań Europejczyków w ubiegłych stuleciach. Dzisiaj nie ma kolonii w Afryce. Ale to działania Wielkiej Brytanii, Francji, Portugalii, Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Belgii, Holandii, a nawet Danii – ich podboje kolonialne – są praprzyczyną dzisiejszych kłopotów Czarnego Lądu. Dlatego mieszkańcom Afryki – setkom tysięcy emigrantów i uciekinierów – Europa po prostu musi spłacić dług za dziesięciolecia niewoli i poniżania rdzennych mieszkańców Afryki.
Polska nigdy nie miała kolonii. Ale w imię solidarności, też powinna przyłączyć się do spłaty europejskiego długu.

Wysłuchanie w UE

Rada UE przeprowadziła wczoraj wysłuchanie Polski. Jego przedmiotem były kwestie praworządności. A tymczasem grozi Polsce kolejne postępowanie – tym razem w sprawie nadchodzącej czystki emerytalnej w Sądzie Najwyższym, która ma doprowadzić do wyeliminowania sędziów niechcianych przez PiS.

 

Wysłuchanie odbyło się z inicjatywy Komisji Europejskiej, która kwestionuje przeprowadzane w Polsce zmiany w ustroju sądownictwa. Bronił ich wiceminister spraw zagranicznych Konread Szymański, zadającymi pytania byli szefowie dyplomacji lub ministrowie do spraw europejskich państw UE oraz wiceszef KE Frans Timmermans, który pytań wprawdzie nie mógł zadawać, ale wygłosił wprowadzenie do posiedzenia oraz podsumował je, ustosunkowując się do debaty i wyjaśnień predstawiciela Polski. Ponieważ każdy z ministrów miał prawo zadać dwa pytania, których sformułowanie nie zabierało więcej niż dwie minuty, już wcześniej zostały podzielone role pomiędzy krajami mającymi zdecydowanie krytyczne zdanie o polskich reformach sądownictwa.

Wysłuchanie jest elementem procedury, który nie prowadzi bezpośrednio do konkluzji – jest raczej daniem szansy obrony państwu, którego działania spotykają się z krytyką. Jego przeprowadzenie wynika z postępowania z Artykułu 7.1 i oficjalnie zamyka okres, w którym – przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc – KE miała podjąć ostateczną decyzję, czy nie wycofać się z decyzji o uruchomieniu procedury wynikającej z Art. 7. Termin wysłuchania został zakomunikowany 7 czerwca. Tylko cztery kraje wyraziły sprzeciw wobec tej decyzji – Węgry, Czechy, Słowacja i Chorwacja. Oznacza to fiasko działań polskiej dyplomacji i premiera Mateusza Morawieckiego, aby zahamować proces zainicjowany bezprecedensowym zastosowaniem wobec polski Artykułu 7.

Jest jednak równocześnie krokiem, który może prowadzić do skierowania przez KE skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ze względu na wymogi formalne nie wpłynie ona przed wejściem w życie ustawy o Sądzie Najwyższym , czyli przed 3 lipca, ale może to nastąpić niewiele później – w ciągu liku tygodni. Takie posunięcie mogłoby zawierać wniosek do Trybunału o zastosowanie „środka tymczasowego”, czyli nakazanie Polsce zawieszenia wykonania wynikających z nowej ustawy dyspozycji do czasu rozstrzygnięcia. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest negocjator ze strony unijnej – Timmermans, który nie kryje, że jego zdaniem dialog z Polską nie przyniósł zadowalających rezultatów.

Będzie to już kolejna skarga – w grudniu ub. roku KE zdecydowała o wniesienie do Trybunału Sprawiedliwości UE skargi w sprawie ustawy o ustroju sądów powszechnych.

Fundusze europejskie – blaski i cienie

Ostatnie budżetowe propozycje Unii – przewidywane cięcia – to niewątpliwa satysfakcja dla opozycji, ponieważ rząd wreszcie ponosi konsekwencje za uporczywe „gryzienie karmiącej unijnej ręki”.

 

Pomoc finansowa Unii  dla Polski słabnie.

Jednak pierwsze poczucie złośliwej satysfakcji, że harda władza oberwała, z czasem powinno ustąpić i przerodzić się u obywateli w głębszą refleksję na temat tego, co z tą pomocą jest w porządku, a co niekoniecznie. Bo wbrew powszechnemu mniemaniu nie każda pomoc czy subsydia mają zbawienne działanie, a to, co na krótką metę wydaje się zdrowe, na dłuższą może zaszkodzić.
Nie chcę przez to powiedzieć, że można usprawiedliwić błędy rządu w stosunkach z Unią. Nie twierdzę też, że część subsydiów można sobie odpuścić. Po prostu chciałbym skłonić nas wszystkich do zastanowienia się, jakie są długoterminowe skutki pobierania unijnej kasy.
Wkrótce fundusze zabrane z polskiej puli środków powędrują do krajów południa, które już dawno podlegały podobnym do naszych przemianom cywilizacyjnym przy wsparciu UE.
Pytanie, czy po mocnym zastrzyku europejskiej gotówki te kraje poradzą sobie same, czy też potrzebna jest dalsza pomoc? Niestety wygląda na to, że Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Grecja wymagają dalszego wsparcia – bezrobocie, zwłaszcza młodych, jest tam zatrważające.
Coś z tym trzeba robić – a trudno cokolwiek skutecznie przedsięwziąć bez zewnętrznego darmowego finansowania.
Kolejne pytanie: czy Polska po dokonaniu wielkich europejskich innowacji może znaleźć się w podobnej sytuacji? W moim przekonaniu jak najbardziej. Idziemy, podobną drogą, co kraje południa i strukturalne problemy wystąpią jak u nich.
Analiza wcześniejszych unijnych działań na południu dowodzi, iż właśnie ta „pomoc” spowodowała katastrofalne problemy strukturalne, które Unia musi teraz sama naprawiać. Problem w tym, że Bruksela albo wstydzi się przyznać do błędu albo autentycznie nie odróżnia przyczyn od skutków. Zasadniczo Unia chce dobrych zmian, ale przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Istnieje prawdopodobieństwo, że Eurokraci z Brukseli rozumują po prostu na zasadzie „Unia dała za mało, dlatego na te kraje nadal trzeba łożyć”. A być może istnieje też głęboko skrywana motywacja podszyta rasizmem – przekonanie, że na południu żyją lenie i lekkoduchy. A to tam powstawały wielkie imperia
W moim mniemaniu istnieje jeden pierworodny błąd zrozumienia całości kryzysowej sytuacji na południu, a bez całościowego zrozumienia nie można określić działań zaradczych. Jak powiedział Hipokrates: dobre leczenie to dobra diagnoza. AD REM: Gdy nowe, biedniejsze kraje, czy to z południa, czy ze wschodu Europy były przyłączane do bogatej Unii – dążyły do tego, aby się do niej upodobnić. Pierwsza konstatacja po podpisaniu traktatu akcesyjnego? Brak nowoczesnych narzędzi pracy, nowoczesnej infrastruktury, przestarzałe szkolnictwo, prymitywne rolnictwo i przetwórstwo, braki prawnej infrastruktury, brak korpusu funkcjonariuszy państwa, itd. Do krajów tych przybywały tabuny europejskich doradców ds. transformacji (nierzadko będący tylko bogatymi ignorantami, którzy nigdy przecież nie budowali zrębów swoich państw. I kiedy mówili nam – zniszczcie PGR-y i komunistyczne fabryki, kupowaliśmy to w ciemno. Tymczasem Czechy i byłe NRD niczego pospiesznie nie burzyły, przekształciły dawne PGR w indywidualne spółdzielnie lub prywatne firmy i dobrze to funkcjonuje. Chiny przeprowadziły transformację na swoją własną modłę – wprowadziły pełną wolność gospodarczą przy zachowaniu sprawnego aparatu byłego komunistycznego państwa. Rezultat można tylko podziwiać. One niczego pośpiesznie nie burzyły. A u nas kwitła niekompetencja tych, którzy zawładnęli państwem po 1989 roku i być może niedługo nawet doczekamy się pomnika działacza związkowego Wrzodaka, który z pianą na ustach zniszczył URSUS. Długo nam zajęło zrozumienie, że wielka „Solidarność” niekoniecznie przyniosła nam samo dobro, do władzy doszły duże grupy populistycznych związkowców. (Choć akurat Lech Wałęsa zachował wiele chłopskiego zdrowego rozsądku, a jego skróty myślowe są genialne – vide „bieda prowadzi do rewolucji, rewolucja prowadzi do nędzy”). Co było nasze – w dużej mierze sami zniszczyliśmy, jeszcze zanim nadeszła UE.

 

Co właściwie jest nie tak  z unijną pomocą?

Cały paradoks opiera się na tym, że Unia chcę dobrze. Ale pamiętajmy, że przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że wielkie subsydia nie tylko usprawnią państwa Unii, ale też w pewnych aspektach trwale je zdeformują.
Dlaczego więc wszyscy chcą brać więcej i więcej? Przez wiele lat procesu modernizacji ujemne skutki po prostu nie zdążyły się pojawić. Objawiają się wtedy, gdy nikt ich się nie będzie spodziewał. Oto scenariusz:
Gdy po dziesiątkach lat pomocy wszystko już zostanie zbudowane, autostrady będą błyszczeć, nowoczesne fabryki pracować, instytutu naukowe będą już zbudowane, czas na samodzielne życie na własny rachunek, nawet wypadałoby im zostać płatnikiem dla Unii. Wtedy zgrzyt: firmy masowo upadają, miliony idą na bezrobocie i wychodzą na ulice Lizbony, Aten, Barcelony wybijać szyby oraz walczyć z policją. A do polityki wkraczają faszyzujący nacjonaliści z hasłami opuszczenia UE. Brzmi znajomo?
Wytłumaczenie tego zjawiska jest proste. Wielkie modernizacyjne inwestycje kasie są kosztowne w utrzymaniu, a wiele tych inwestycji jest przewymiarowana. Oczywiście wspaniałe autostrady to nie fikcja, piękne lotniska też. A jednak za cudze i półdarmowe pieniądze buduje się na wyrost i ze zbędnymi luksusami, nie patrząc na wysokie koszty utrzymania.
Lotnisko w Radomiu nie odprawiło żadnego dużego samolotu, Jezioro Jamno wysycha – bo zrobiono niepotrzebne wrota przeciw zalewowe za kilkaset milionów.
Gdy 2 lata temu jechałem autostradą Porto-Lizbona – widziałem pustki, wszyscy pojechali ichnią Gierkówką, która była bezpłatna. Lwia część projektów innowacyjnych, na oko jakieś 80 %. już w swoim założeniu to horrendalne bzdury. Wiele przedsięwzięć to innowacje pozorne, inwestycje w kapitał ludzki z początku sprawiają wrażenie cudu gospodarczego. Najpierw pieniądze płyną szeroką strugą, jednak państwa-beneficjenci muszą dołożyć swój wkład, więc się zadłużają. Przykładowo każdy zafakturowany kawałek drogi za unijne fundusze wzbogaca budżetowy VAT. Wszyscy w kraju się kłócą, bo jest, co dzielić. Oto przykład innowacji:
Dwa lata temu mój młodszy brat z podwarszawskiej Kobyłki (rencista z rakiem) został zaproszony przez Urząd Pracy na kurs komputerowy. Odmówił – nie ma komputera i jest wykluczony z rynku pracy. Zagrożono mu, że nie dostanie węgla na koniec roku, przysłano busik, zapewniono obiady i wycieczkę nad Bałtyk. Taka grupa wiejskich pijaczków z Kobyłki i podobnych miejscowości Mazowsza: Nadarzyna, Kobylaka, Ossowa, Turowa, Stefanówki – to nasza dolina krzemowa.
Czy taka forma inwestycji w kapitał ludzki ma ekonomiczny sens? Oczywiście – przecież zarobił organizator, restauracja, sprzedawca komputerów, właściciel wynajętej sali, firma transportowa, hotel nad Bałtykiem… Skorzystał też niewątpliwie brat, bo na koniec roku dostał nie pół tony, a tonę. Takich gmin i jednostek jest tysiące, cała Polska, aż błyszczy od krzemu. Podobnie było z lotniskiem w Radomiu – też zarobiło mnóstwo krewnych i znajomych królika.
Wiele inwestycji unijnych to tylko mnożenie długu, budowanie złudzeń, że ta pomoc działa, bo budżet w okresie tych inwestycji ma dochody, a ludzie – pracę. W okresie inwestycji szybko postępuje koncentracja produkcji, a firmy i usługi stają się coraz większe i nowocześniejsze. Rolnictwo przekształca się w system wielkich farm a handel – wielkich galerii. Wszyscy mają pieniądze, rząd dobrych panisków daje nawet kasę za darmo.
Jednak w tych nowoczesnych firmach pracuje coraz mniej ludzi. Momentami nawet, gdy są realizowane wielkie modernizacje bywa, że brakuje ludzi do pracy, bo proces przebudowy potrzebuje masy pracowników. Ale gdy kończy się modernizacja, objawia się wielkie strukturalne bezrobocie. Ludzie tracą pracę, bo przestają być potrzebni w, spada obrót i wpływy budżetowe.
Państwa południa udowodniły, że lata pomocy zbudowały tylko blichtr – a pozbawiły ludzi trwałego umocowania socjalnego. W bogatych domach w Grecji, Hiszpanii, Portugalii częstokroć żyją ludzie za emeryturę babci lub dziadka. Grecja już dawno zbankrutowała, bo od lat ktoś inny spłaca za nią długi.
Proces modernizacji państw południa przy wsparciu UE przebiegał sprawnie. Na skutek gigantycznej pomoc ekonomicznej szybko został unowocześniony i skoncentrowany przemysł, – ale też przetwórstwo, infrastruktura. Po zakończeniu modernizacji ludzie, którzy to wszystko budowali, tracą masowo pracę, a nie ma powrotu do małych gospodarstw, bo przestały istnieć.
Grek nie wróci na swój mały kuter, bo za 100000 euro go zezłomował, zaś otwarta za te pieniądze smażalnia przestaje przynosić zyski, bo reszta ludności też ubożeje.
Gdy cztery lata temu jechałem autobusem z Szanghaju do Pekinu, widziałem po drodze jak malutkie gospodarstwa rolne twardo pracowały, na wąskich polach jeździły małe kombajny i traktorki. A u nas? Nawet na małych zagonach widać olbrzymie unijne traktory, – choć w przyszłości ich obsługa to dla gospodarstwa finansowa katastrofa. Tam ktoś myśli o ludzkim bycie i pracy, a my nadal powielamy niebolszewickie marzenia o wielkiej mechanizacji i wielkich farmach. Czy nie czas na refleksję, jaką mamy mieć docelowo strukturę gospodarstw rolnych i jaką rolę ma grać w tym wszystkim drobna wytwórczość? Tu właśnie jest rola odpowiedzialnych partii ludowo lewicowych jednak bez populizmu.

 

Największą pomoc unijną przechwytują giganty gospodarki i sitwy.

Gospodarka Grecji, działając w warunkach sztucznej czasowej prosperity, przywykła już do stałego dopływu subsydiów inwestycyjnych, my już też. Gdy nadszedł krach – na scenie politycznej natychmiast pojawił się populizm, faszyzm, ultra nacjonalizm, z perspektywą rządów bezprawia i niesprawiedliwości.
By cały ten proces sztucznej modernizacji nie skończył się u nas nadejściem faszyzmu – czas, by odpowiedzialne prospołeczne ugrupowania weszły znowu do codzienności polityczno-gospodarczej, ponieważ tanie populizmy wspierające się pospolitym kłamstwem prowadzą nas na skróty do katastrofy. Olbrzymie pieniądze bez realnej kontroli, bo Unia daleko, to potężne narzędzie korupcji politycznej. Za te fundusze samorządowcy czy administracja kupuje sobie wpływy lub bogaci siebie i swoje kliki. Wokół funduszy powstały całe złodziejskie sitwy. Bez zawodowej służby cywilnej niemożliwe jest uczciwa modernizacja, kto do końca zniszczył ten korpus chyba wiemy. Nie wystarczy obsadzenie wszystkich stanowisk Misiewiczami, tu musi być struktura jak we Francji, Niemczech czy Anglii. Gdy skończą się fundusze ultra bogaci na pokolenia pojadą na zasłużone wakacje a długi zapłacą ci, co na nich nic nie skorzystali. Czas najwyższy byśmy przekierowali pomoc na projekty infrastrukturalne, służbę zdrowia inne działania prospołeczne. Przetaniony sprzęt unijny niech będzie dostępny dla ogółu przedsiębiorców a nie dobrze zorganizowanych klik. Czas na pełną transparentność procesu tej pomocy. Pomoc nie może służyć powstawaniu magnackich majątków na 3 pokolenia naprzód. W tej chwili można zbudować całkowicie prywatny hotel za fundusze pomocowe, zajazd nawet z czasem dom publiczny, wystarczy dobry biznes plan. Tworzenie nowych firm za fundusze wykańcza firmy bez dotacji, na wolnym rynku nie może być inaczej.
Mój tekst powinien skłonić też do refleksji, iż czas na powrót do realnego życia politycznego i społecznego dojrzałych ugrupowań politycznych – działających nieprzerwanie, a niefunkcjonujących tylko od jednych wyborów do drugich. Wielkie grupy średniego pokolenia zostały wykluczone, bo to, komuna,. Inni są poza nawiasem, bo nie chodzą w procesji. Wspinanie się do polityki po plecach kościoła to polityczne złodziejstwo i nieuczciwość. Tylko niewielu hierarchów to rozumie. Franko umarł i puste kościoły. Jest tak wiele spraw społeczno-gospodarczych, które wymagają ciągłego nadzoru niezależnych ugrupowań politycznych!
Proste recepty kłamliwego populizmu prowadzą nas do otchłani. Czas już włączyć zdrowy rozsądek. Cała sztuka to wykorzystać olbrzymią szansę modernizacji europejskiej i nie popaść w kłopoty.
To właśnie czynnik społeczno-polityczny musi zostać uruchomiony na nowo. Kościoły powinny skupić się na życiu w zaświatach, a doczesne sprawy powierzyć dojrzałym, dojrzałym działaczom społeczno politycznym.. Na marginesie – „komunizm” w Polsce to de facto okres stalinizmu – do 1953. Jego ofiarami padali też ideowi komuniści. Znielubiony Gomułka cudem uniknął śmierci.
Nie ma idealnych partii ani ustrojów, ale nadszedł czas na poważne debaty bez etykiet i uprzedzeń. My, światli Polacy – walczmy na argumenty, a nie na prymitywne obelgi. Oprócz połajanek i epitetów włączmy społeczno-polityczny nadzór kierunku rozwoju państwa, starajmy się, choć uczyć na błędach innych, a to zaprocentuje.

Dojazd jak praca

Finał znalazła sprawa z 2016, kiedy norweski Sąd Najwyższy zwrócił się o opinię do Trybunału Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA), aby pomógł zinterpretować przepisy prawa pracy.

 

Skarżącym pracodawcę – czyli państwo, był policjant z gminy Gaular w Sogn og Fjordane. Funkcjonariusz teoretycznie miał w umowie wpisaną swoją rejonową komendę jako miejsce wykonywania obowiązków służbowych, jednak w praktyce często był delegowany do pracy w terenie i lwią część czasu spędzał na dojazdach. Nie płacono mu za czas, kiedy się przemieszczał po całym regionie – chociaż jeździł służbowym samochodem, a wcześniej pobierał służbową broń z magazynu Centrali Operacyjnej.

Nie zapłacono mu także za szeroko zakrojoną akcję, kiedy musiał jechać wiele kilometrów, by eskortować premier w jej podróży służbowej. Państwo uznało, że nie wlicza się to do jego czasu pracy ani nie zasługuje na żadne „bonusowe” wynagrodzenie. Dlatego sprawa otarła się o Sąd Najwyższy.

W 2016 sąd, nie mogąc sam podjąć jednoznacznej decyzji., zwrócił się o opinię doradczą do EFTA. Trybunał uznał zaś, że na mocy unijnej dyrektywy o czasie pracy – za czas wykonywania obowiązków służbowych uznajemy ten czas, „kiedy pracownik pozostaje do dyspozycji pracodawcy”. A więc policjantowi należą się zaległe wypłaty, o które się ubiegał.

Podróż jest więc jak najbardziej wliczana w czas pracy, zwłaszcza wtedy, kiedy pracownik dostaje zlecenie, aby swoje obowiązki wykonywać poza stałym miejscem zatrudnienia. Wcześniej zależało to jedynie od dobrej woli pracodawcy i od ustaleń, które ewentualnie poczyni z pracownikami.

Ten wyrok norweskiego SN prawdopodobnie stanie się precedensowy. Zapowiedziano, że stosowne zmiany zostaną uwzględnione w tamtejszym Kodeksie pracy – co wpłynie z pewnością na wysokość wynagrodzeń „dojeżdżających” pracowników.

Małżeństwo ważne w całej EU

Zapadło orzeczenie korzystne dla jednopłciowej pary, która pobrała się w Brukseli – Amerykanina i Rumuna. Ten pierwszy starał się o legalny pobyt w Rumunii powyżej 3 miesięcy (taki przywilej przysługuje współmałżonkom obywateli państw UE), ale Bukareszt twardo stał na stanowisku, że nie uznaje małżeństw jednopłciowych, zatem pozwolenia na pobyt nie wyda. Teraz jednak musi się ugiąć.

 

Państwa członkowskie UE nie są zobowiązane do uznania ważności małżeństw jednopłciowych zawartych poza swoimi granicami, jednak będą musiały je respektować w kwestii swobody przepływu osób.

Adrian Coman i jego mąż, obywatel USA Clay Hamilton wywalczyli prawo do pobytu Amerykanina w Rumunii. – Dziś zwyciężyła ludzka godność – powiedzieli mediom po ogłoszeniu wyroku 5 czerwca.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że pojęcie „współmałżonek” w dyrektywie dotyczącej swobody przepływu osób obejmuje małżonka tej samej płci. Możliwe jest więc przyznanie małżonkom tej samej płci pewnych uprawnień na gruncie prawa unijnego w każdym państwie UE! 🌈

Do tych regulacji będą musiały stosować się wszystkie państwa UE – w tym Polska. Oburzenie orzeczeniem TSUE na prawicy już zdążyło wybuchnąć. Krystyna Pawłowicz uznała, że i tak „wie lepiej” niż europejscy urzędnicy i przedstawiła własnąinterpretacj ę obowiązującego prawa:

Komentarze pełne obrzydzenia publikowali w mediach społecznościowych również Kaja Godek (uzyła hasztagu „stop dewiacji”) i Krzysztof Bosak (według niego „trwa spór o wyższość prawa unijnego nad narodowym”. Wypowiedział się również szef Instytutu Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski, który domagał się reakcji od Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Za to radość środowisk LGBT. „Polski rząd, który od lat konsekwentnie opiera się równościowym trendom, będzie musiał ten stan rzeczy zaakceptować. Dlatego z niecierpliwością oczekujemy na reakcje władzy kraju, w którym żyją 2 miliony osób LGBT – tej liczby obywateli i obywatelek nie sposób ignorować!” – skomentowali orzeczenie działacze Kampanii Przeciw Homofobii.

Lewicowy brexit. Walka klasowa, nie narodowa

Brytyjska lewica musi forsować socjalistyczną drogę wyjścia z UE, inaczej nacjonaliści zagarną wszystko.

 

Mijają dwa lata od czasu, gdy Brytyjczycy zdecydowali o Brexicie, i Londyn, choć bez entuzjazmu, konsekwentnie zmierza do wystąpienia z Unii Europejskiej. Rząd Theresy May cały czas próbuje łudzić ludzi bajką, że rozwód przeprowadzi w sposób pragmatyczny a jednocześnie honorowy. Panika, która dwa lata temu ogarnęła klasę rządzący, dawno już ustąpiła polityce chłodnej kalkulacji. Jednak wiara, że Brytania rozstanie się z Unią politycznie, ale ekonomicznie pozostanie jej częścią, jest dziś już tylko pobożnym życzeniem.

Gospodarka Zjednoczonego Królestwa zupełnie dziś kuleje, a obsesyjne cięcia pogłębiły tylko stagnację. Wbrew złudzeniom rządu brytyjski kapitalizm wcale nie jest dla UE łakomym kąskiem, nie stanowi istotnego wkładu w gospodarczy całokształt Unii, który już dawno temu został trwale oparty na neoliberalnej hegemonii Niemiec i podziale centrum-peryfyferia. Wielka Brytania nie jest nawet częścią strefy euro, więc swoją secesją nie jest w stanie skutecznie szantażować EBC. Brytyjskiemu rządowi brakuje jakiegokolwiek straszaka. Wyjście w tym wydaniu nie nastąpi w glorii. W ciągu dwóch ostatnich lat entuzjazm wobec Brexitu, zawsze ograniczony, jeszcze osłabł. Według sondaży niewielką przewagę mają Brytyjczycy niechętni wyjściu z Unii i pesymistycznie oceniający jego następstwa. Nigel Farage praktycznie zniknął.

 

Partia Pracy podzielona

Postawa laburzystów jest niejednoznaczna. Większość członków, wyborców i sympatyków Partii Pracy jest zakochana w Unii Europejskiej lub opowiada się za pozostaniem w niej z obawy o to, że po Brexicie ich kraj zamieni się w prawicowy koszmar. Odkąd Jeremy Corbyn umocnił się na pozycji przewodniczącego, zmianie uległ oficjalny stosunek do wyjścia z UE. Nie jest to już – tak jak w 2016 r. – zdecydowany opór ani bicie na alarm. Stanowisko partii to akceptacja „wyboru dokonanego przez społeczeństwo” przy jednoczesnej krytyce rządu za negocjacyjną nieudolność.
Partia Pracy są jednak podzielona – mniej więcej w stosunku 2:1. Z grubsza jedna trzecia chce Brexitu, tak jak sam lider partii. Sympatia Corbyna dla planu wypisania się z Unii jest zdecydowanie najmniej popularnym i jednocześnie najsłabiej rozumianym aspektem jego „radykalizmu”. Charyzma trybuna ludowego, „postępowy populizm” i jawnie deklarowany „socjalizm” to cechy, którymi doprowadził do ożywienia skostniałej Partii Pracy, wyrwania jej z rąk blairystowskich dekadentów i tchnięcia w organizację rewolucyjnego ducha. Rzesze Brytyjczyków – szczególnie młodych – wściekłych na burżuazję pociągającą za wszystkie sznurki na Wyspach, kategorycznie odrzucają ciągłe zaciskanie pasa, którego jedynym skutkiem jest bogacenie się bogatych i pauperyzacja reszty społeczeństwa. W Corbynie widzą zbawcę, który uwolni kraj od plagi nierówności, krwiopijcom z City wybije z głów wszelki wyzysk, a może i samych głów ich pozbawi. Część z nich oczami wyobraźni widzi już, jak Corbyn bez litości dobija kapitalizm – chcą przywrócenia do statutu partii słynnego Paragrafu Czwartego, mówiącego wprost o „uspołecznieniu środków produkcji”.
Przywódca laburzystów wzbudza jednak bez porównania mniejszy entuzjazm swojego elektoratu, kiedy krytykuje Unię Europejską. Pewnie dlatego robi to stosunkowo rzadko. Duża część jego fanów (bo on sam ma jednak status gwiazdy) to ludzie młodzi, nawet bardzo. Nie znają Wielkiej Brytanii bez Unii, a brexit kojarzą tylko z obrzydlistwem nacjonalizmu i nagonką na imigrantów. Jest to też punkt widzenia prawie wszystkich lewicowych mediów w UK. Wśród publicystów „Guardiana” tylko Tariq Ali konsekwentnie zajmował stanowisko pro-leave. Nic dziwnego, że jego teksty ukazują się coraz rzadziej.

Idea brexitu jest najpopularniejsza właśnie wśród ludzi starszych. Nie jest prawdą, że wszystkimi z nich kieruje ksenofobia. Dobrze pamiętają, że ich kraj zawsze podkreślał swą odrębność od kontynentu, również w czasach ich młodości, kiedy po II wojnie światowej laburzyści wywalczyli dla Brytyjczyków wielkie zdobycze socjalne. Socjalizm, walka klas – nikt im wtedy nie kazał wstydzić się tych słów. Jeremy Corbyn też to pamięta. Wie również, że nieodwołalnie neoliberalny charakter UE stawia jego krucjatę o sprawiedliwość społeczną na z góry przegranej pozycji. Inni wolą idealizować Unię w obliczu fali nacjonalizmu. Corbyn to jednak ambitny przywódca. Oznacza to, że wbrew utartym schematom będzie krok po kroku dążył do redefinicji zastanej polityki tak, żeby brexit odzyskać dla socjalizmu.

Prounijna część lewicy właśnie rozpoczyna ogólnokrajową kampanię zmierzającą do odwrócenia brexitu: domagają się nowego referendum, chcą je wygrać i doprowadzić do renegocjacji warunków obecności Brytanii w Unii. Inicjatywę tworzą dziennikarze, politycy pomniejszych formacji, np. Zielonych i Liberalnych Demokratów, lokalni działacze i związki zawodowe. Koncentrują się w dużej mierze na wieszczeniu klęski ekonomicznej, jaka ich zdaniem nieuchronnie nadciągnie wraz z brexitem. Przedstawiciele związku branży transportowej TSSA postanowili otwarcie rozprawić się w eurosceptycyzmem Corbyna: twierdzą, że brexit oznacza dziki kapitalizm, bo poza UE pracownicy pozostaną bez jakichkolwiek praw. Wytoczyli najcięższe działo: przywódca laburzystów musi się liczyć z oskarżeniem o zdradę klasową.

Doszło więc do absurdalnej sytuacji: socjalistyczny szef Partii Pracy postulujący nacjonalizację i krytykujący Unię za neoliberalizm jest atakowany przez związkowców występujących w sojuszu z liberałami, a posądzających go o kolaborację z kapitałem, bo chce wyprowadzić ich kraj z UE, rzekomo gwarantującej im prawa pracownicze i socjalne. W całym tym nieporozumieniu pocieszające jest to, że każda ze stron chce wyjść na jak najbardziej prospołeczną. Złą wiadomością jest to, że związkowcy natomiast mylą się co do charakteru Unii Europejskiej i jest to błąd najczęściej popełniany przez lewicowych krytyków brexitu. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym spór ten znajdzie się w centrum debaty politycznej za Kanałem La Manche.

 

Unia kapitału

Dziennikarz Thomas Fazi i ekonomista William Mitchell przekonująco dowodzą, że socjal kojarzony z UE to tylko kamuflaż fundamentalnie reakcyjnego projektu, którego „zjednoczona Europa” zawsze była częścią. Neoliberalizm od początku, czyli od połowy lat 70. XX w., był wdrażany po obu stronach Atlantyku jako program tzw. Komisji Trójstronnej. Kiedy proinflacyjna polityka keynesowska zawiodła, bo osiągnęła swe granice i nie mogła rozwiązać wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, światowy kapitał zdołał wykorzystać kryzys do odwrócenia na swoją korzyść układu klasowego panującego w najbardziej uprzemysłowionych państwach świata. Skutecznie ograniczono siłę związków zawodowych, podważono układy zbiorowe, zmniejszono udział płac w PKB i uzależniono rządy od rynków finansowych. Aktem założycielskim dzisiejszej Unii Europejskiej był jednoznacznie neoliberalny Traktat z Maastricht z 1992 r., który jasno stanowił, na jakich zasadach będzie się ona opierać:
art. 81 zabrania rządom interwencji w gospodarkę, która może „wpłynąć na wymianę handlową między państwami członkowskimi”,
art. 121 nadaje niedemokratycznie powoływanym ciałom: Radzie Europejskiej i Komisji Europejskiej prawo do wyznaczania „ogólnych ram polityki gospodarczej krajów członkowskich”,
art. 126 określa środki dyscyplinowania rządów przekraczających założony deficyt budżetowy,
art. 151 stwierdza, że polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii”,
art. 107 zakazuje celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych.

Karta Praw Podstawowych, która została później wprowadzona przez Traktat Lizboński i która zdaniem niektórych gwarantuje prawa socjalne i pracownicze, ma charakter ogólnikowy, aksjologiczny. Nie jest de facto wiążąca prawnie, skoro Polska i Wielka Brytania mogły podpisać osobne protokoły, praktycznie podważające jej obowiązywanie w państwach członkowskich, które sobie jej nie życzą. To zapisy z Maastricht wyznaczają politykę Unii, a nie Karta. Doskonale widać to po sukcesywnym demontażu sfery socjalnej we wszystkich krajach UE i po konsekwentnym poddawaniu usług publicznych presji konkurencji rynkowej (co w praktyce oznacza to samo). Karta stanowi jedynie retoryczny kwiatek do kożucha.

Dlatego właśnie, jeżeli kierunek obrany przez dzisiejszą Partię Pracy uznać za postępowy, to bez wątpienia nie może on zostać zrealizowany w Unii Europejskiej. Co ciekawe, gdyby Wielka Brytania podlegała wyłącznie regułom Światowej Organizacji Handlu, zwyczajowo uznanej za neoliberalną matnię, program Corbyna napotkałby bez porównania mniejsze bariery prawne. A program ten zakłada przecież nacjonalizację kluczowych branż: kolei, poczty i energetyki, politykę wielkich dotacji i zamówień publicznych nastawionych na realizację określonego – równościowego – celu społecznego. Można być liberałem i nie wierzyć w jego sens ani powodzenie. Jeżeli jednak ma się poglądy lewicowe, należy zdać sobie sprawę, że próba jego urzeczywistnienia przez przyszły rząd Corbyna spotkałaby się ze stanowczym oporem władz Unii.

Jeżeli wartości takie jak równość leżą komuś na sercu, tak jak i niezgoda na politykę nienawiści uskutecznianą przez populistyczną prawicę, powinno się wziąć pod uwagę, że dogłębnie neoliberalna natura UE generuje poczucie alienacji i gniew społeczny, który faszyści bez wątpienia zagospodarują, jeżeli lewica zdradzi ludzi dla czczych i obłudnych frazesów o „wspólnej Europie”.

 

Strach ma wielkie oczy

Antybrexitowy establishment lubi posługiwać się straszakiem załamania gospodarczego Wielkiej Brytanii, które wieszczy nieprzerwanie od 2016 r. Fazi i Mitchell rozprawiają się również i z tym mitem. Alarm podniesiony przez brytyjskie media w związku wyciekiem wewnętrznego raportu rządu Theresy May ostrzegającego przed zapaścią, do jakiej niechybnie doprowadzi brexit, to wiele hałasu o nic. Są to przewidywania oparte na standardowych założeniach neoliberalnych modeli krótkoterminowych (tzw. DSGE), m.in. o doskonałej samoregulacji rynków, czy „racjonalnych oczekiwaniach”. To neoklasyczna mitologia, wielokrotnie wyśmianej przez ekonomistów krytycznych wobec apologetyki wolnego rynku. Na podobnych założeniach był przecież oparty raport sporządzony jeszcze dla rządu Davida Camerona, przewidujący, że w ciągu dwóch lat po samej decyzji o brexicie dojdzie do gospodarczej katastrofy. Nic takiego nie nastąpiło. Musiał to przyznać „Guardian”, który wcześniej uwierzył w proroctwo o „Armageddonie”.

Fazi i Mitchell podkreślają ponadto, że dane statystyczne z okresu obecności Wielkiej Brytanii we „wspólnym rynku” przeczą twierdzeniom o ekonomicznych korzyściach z członkostwa w UE. Wewnątrzunijny handel nie odegrał żadnej istotnej roli w brytyjskiej gospodarce. Wszystkie podstawowe wskaźniki makroekonomiczne, czyli wzrost PKB, wzrost wydajności pracy, zatrudnienie itd. są zdecydowanie gorsze niż za czasów przedunijnych. To samo dotyczy zresztą pozostałych krajów UE. Był to po prostu okres w pełni rozwiniętego neoliberalizmu, czyli zabierania biednym i średniakom, a dosypywania bogatym przez „niewidzialną rękę rynku”. Wielka Brytania znajduje się dzisiaj w najgorszej sytuacji gospodarczej od czasu II wojny światowej właśnie dlatego, że obsesyjna polityka „oszczędności” zapoczątkowana przez Margaret Thatcher, potem zaś koordynowana przez Komisję Europejską, trwale zniechęciła kapitalistów do inwestycji w realną gospodarkę, a napędzała wyłącznie spekulacje finansowe. Rząd Corbyna mógłby dokonać wielkich inwestycji publicznych koniecznych do wyprowadzenia kraju na prostą. Unia Europejska byłaby przeszkodą.

Tego rodzaju krytyce można zarzucić, że gospodarka Wielkiej Brytanii jest już jednak trwale związana z procesami zachodzącymi w UE i ich zerwanie musiałoby siłą rzeczy poskutkować chwilowym dołkiem. Problemem jest również niezbity fakt, że do tej pory w promocję idei brexitu zaangażowane były siły ultraliberalne, dla których Unia to „socjalizm”. Owszem, tak było. Dzisiaj jednak wyjście przebiega pod rządowym szyldem, a ekstremiści skryli się w cieniu. Sami torysi uderzają w nutę socjalną, obiecując, że pieniądze, które nie pójdą do unijnego budżetu, zasilą służbę zdrowia. Niezależnie od leseferystów, którzy chcą mieć „swój” brexit, większość „mas brexitowskich” chce socjalu. Laburzyści z obozu Corbyna mają nie tylko szansę, ale wręcz obowiązek sprostać ich oczekiwaniom – właśnie po to, by nie zostawiać ich na pastwę prawicy. Lewicowy brexit – niektórzy mówią: lexit – jest przeciwieństwem prawicowego. Rezygnacja z walki o społeczną bazę eurosceptycyzmu jest kapitulacją przed faszyzmem.

 

Warufakis woli zostać

W pozostałych krajach UE lewica oczywiście krzywo patrzy na pomysły Corbyna, bo niestety bliższa jest unijnym salonom niż prostym ludziom, mającym dość cynizmu europejskich elit, zawsze potrafiących dorobić „oświeconą” ideologię do brutalnego wyzysku. Są również tacy jak Janis Warufakis, który ma własne doświadczenie zaciekłych zmagań z euroestablishmentem, a mimo to odrzuca rozwiązania w stylu brexitu.

Popularny w całej Europie twórca ruchu DIEM25, który jako minister finansów Grecji w rządzie Syrizy do upadłego starał się ratować swój kraj przez ostatecznym dorżnięciem przez „Trojkę”, chce zmieniać Unię od wewnątrz. Nie wierzy jednak w hasło „więcej demokracji”, bo słusznie wykazuje, że struktury Unii nigdy nie miały nic wspólnego z demokracją. Twierdzi natomiast, że UE można zmienić na lepsze poprzez ruch masowego i międzynarodowego nieposłuszeństwa wobec jej autorytarnych władz.

To podejście zasługuje na zrozumienie lewicy. U Warufakisa można jednak dostrzec rażącą niekonsekwencję, twierdzi bowiem, że pójście jego drogą – bezkompromisowe starcie z unijnymi instytucjami – będzie dla systemu nie do strawienia, że realnie grozi rozpadem UE i że trzeba być na to gotowym. Po co zatem odrzucać lewicowy brexit, skoro jest jest on w istocie uznaniem konsekwencji, o którym mówi Warufakis? Jedynym wytłumaczeniem jest to, że Grek chce koniecznie dezintegrację Unii koordynować w ramach oddolnego ogólnoeuropeskiego ruchu, będącego podstawą przyszłego zjednoczenia na lepszych zasadach. W dużym uproszczeniu (pewnie zbyt dużym) można więc przyjąć, że Warufakis proponuje nieco utopijną „permanentną rewolucję” zamiast bardziej pragmatycznego wyjścia Corbyna, przypominającego „socjalizm w jednym kraju”.

 

Nie opuszczać ludzi

Internacjonalizm, zawsze bliski sercu autentycznej lewicy, istotnie różni się od burżuazyjnego kosmopolityzmu. Jest niemożliwy w systemie politycznym służącym globalizacji na warunkach kapitału – a tym jest właśnie Unia Europejska. Argument, że przyjęcie brexitu przez lewicę to woda na młyn prawicy, jest pozbawiony podstaw w sytuacji, gdy prawica traci impet, a brexit nadal się rozgrywa i może przybrać różne formy. Zwykli Brytyjczycy popierający wyjście z UE różnią się od skrajnej prawicy, nie są biologicznymi ksenofobami. Próba retorycznego uczynienia z nich niereformowalnych rasistów jest ich ostateczną zdradą, zapisaniem się do obozu liberałów. Poparcie dla brexitu wynika z upokorzenia kapitalizmem, nawet jeżeli termin ten nie pada otwarcie. A systemu kapitalistycznego nacjonaliści nie zakwestionują, dlatego sami okazują się niewiarygodni w swym gasnącym już brexitowym zapale. Ludzie dali się z początku wieść nacjonalistom dlatego, że lewica ich opuściła. Taka jest historia całej fali prawicowego populizmu.

Brexit będzie taki, jaka będzie jego awangarda. Postępowe rozwiązania kwestionujące system zawsze powstają w momencie kryzysu. Cechuje je niepewność, obawa przed triumfem reakcji, oczywiste ryzyko porażki i osunięcia się w przepaść własnego przeciwieństwa. Ktoś, kto nie podejmuje tego ryzyka, nie tworzy historii. Jeżeli laburzyści chcą być przykładem dla europejskiej lewicy, jeżeli chcą ją ożywić w wymiarze międzynarodowym, jeżeli chcą się ostatecznie rozliczyć z pomyłki blairyzmu, jeżeli chcą stworzyć podstawy do autentycznego zjednoczenia Europy – muszą poprowadzić lewicowy brexit.

Po stronie pracowników

Głośno zrobiło się po głosowaniu w PE nad nowymi regulacjami dotyczącymi pracowników oddelegowanych.

 

Europosłowie PO, którzy opowiedzieli się za proponowanymi zmianami, teraz zarzekają się, że głosowali przez pomyłkę, że w rozgardiaszu poparli rozwiązanie niekorzystne dla polskich przedsiębiorców. Oczekują powtórzenia głosowania. Natomiast wszyscy europosłowie SLD głosowali za proponowanymi zmianami. Skąd ta różnica, za czym tak naprawdę opowiada się PO i jej ekipa w PE, a za czym SLD i my – europosłowie z ramienia tej partii?

Nowe rozwiązanie oznacza, że pracownik oddelegowany powinien zarabiać co najmniej na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Może oczywiście zarabiać więcej – na poziomie płacy pracowników miejscowych, ale minimalną płacę obowiązującą w danym kraju ma zagwarantowaną. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?

Po pierwsze – pracownicy oddelegowani mogą być opłacani znacznie godniej;

Po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – pamiętajmy, że na rynku europejskim mamy konkurentów, czyli pracowników oddelegowanych z innych państw naszego regionu, jak na przykład Bułgaria, czy Rumunia. Oni akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.

Pamiętajmy, że ponad 400 tys. osób w Polsce to są pracownicy oddelegowani. W Polsce też ich przecież potrzebujemy, braki są niekiedy bardzo poważne i stanowią problem dla gospodarki. Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, też opowiadają się za tym, by pracownicy oddelegowani zarabiali podobnie jak miejscowi.

Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w przedsiębiorców żyjących z pośrednictwa pracy, w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii.

Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.

Natomiast tłumaczenie kolegów – europosłów PO, nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Trudno uwierzyć bowiem, że byli zaskoczeni, że głosowali przez pomyłkę, skoro temat był omawiany w różnych unijnych ciałach przez 20 miesięcy, zaś poseł sprawozdawca, który go „pilotował”, pochodzi z frakcji politycznej, do której PO należy.

Warto przy okazji zaznaczyć, że decyzja o pracownikach oddelegowanych nie obejmuje kierowców ciężarówek. W tej sprawie, czeka nas jeszcze batalia na forum Komisji Transportu i głosowanie – 4 czerwca. W tym przypadku będziemy bronić interesów naszych przewoźników, ponieważ kierowca ciężarówki czy autobusu wykonujący międzynarodowe przewozy, nie jest pracownikiem oddelegowanym zgodnie z charakterem jego pracy.

Mniej pieniędzy z Unii

Tego się obawiałem, uprzedzałem, że tak może się stać.

 

Teraz wiemy już oficjalnie – Komisja Europejska proponuje by z unijnego budżetu na politykę spójności w latach 2021-2027 Polska otrzymała 64,4 mld euro. Na mocy dotychczasowego budżetu trafia do nas 83,9 mld euro.

Mimo, że Polska pozostałaby największym w całej Unii beneficjentem funduszy spójności, to jednak byłoby to o 23 proc. mniej niż w budżecie, który powoli dobiega swego kresu. A przecież nie wiemy jeszcze, co z funduszami rolnymi, gdyż i w tym obszarze zapowiedziano cięcia. Mało tego – to wcale nie musi być koniec nieprzyjemnego zakręcania kurka z pieniędzmi dla Polski, bowiem przy wypłacie może być jeszcze zastosowane kryterium praworządności. W zasadzie ono jest już postanowione. Ma więc rację red. Anna Słojewska z „Rzeczpospolitej” (29.05.2018) pisząc, że „Taki wynik to porażka polskiego rządu już na starcie negocjacji budżetowych. Na razie to co prawda projekt, ale w toku rozmów w gronie państw członkowskich będzie raczej tendencja do zmniejszania wydatków niż ich zwiększania”.

Jestem podobnego zdania – pokazano nam, co to znaczy nie być solidarnym, nie być rzeczywistym członkiem wspólnoty, tylko udawać, że się nim jest.

Z niejakim zdumieniem obserwuję teraz nerwową – jak się zdaje – reakcję rządu i premiera na wiadomości z Brukseli. Władze polskie wydają się być zaskoczone propozycją mniejszego budżetu. Nie bardzo rozumiem dlaczego? Inicjatywa nowego budżetu wyszła przecież z Komisji Europejskiej, w której zasiada polska pani komisarz, przewodniczącym Rady Europejskiej jest Polak, mamy też całą rzeszę urzędników pracujących w Brukseli, w polskim przedstawicielstwie przy UE. Poza tym nowym budżetem Unii ze szczegółami zajmowała się krajowa publicystyka. Żeby daleko nie szukać, ja sam mówiłem o tym publicznie, często i tak głośno, jak tylko mogłem. Także ostrzegałem, że nasze europejskie osamotnienie pociągnie za sobą bardzo złe konsekwencje. Od półtora roku jesteśmy bowiem postrzegani w Unii jako kraj wątpliwie praworządny i partner wątpliwie lojalny. Tymczasem każdy polski rząd, który poważnie pragnie dobrobytu dla kraju, jego bezpieczeństwa i jasnej perspektywy stabilnego rozwoju, musi robić wszystko, by być w głównym nurcie wspólnoty. Każda odpowiedzialna ekipa rządząca, niezależnie spod jakiego politycznego znaku się wywodzi, musi przyjąć do wiadomości, że kraj takiej wielkości jak nasz, tak specyficznie położony i dysponujący ograniczonymi możliwościami własnymi, a pragnący być w cywilizacyjnej czołówce, nie ma rozsądnej alternatywy dla członkostwa w Unii Europejskiej. Mam nadzieję, że i ekipa Prawa i Sprawiedliwości w końcu też to zrozumie.

Na wtorkowym posiedzeniu Prezydium Parlamentu Europejskiego przewodniczący PE Antonio Tajani zapowiedział, że lipcu na forum parlamentu, w ramach cyklu „Debaty o Unii”, wystąpi Mateusz Morawiecki. To jest wielogodzinna debata, w której występują szefowie rządów państw członkowskich i dyskutują z parlamentem o problemach Unii. Jak się wydaje będzie to ostatnia szansa dla rządu polskiego – przed końcową debatą na temat budżetu – na odzyskanie zaufania wspólnoty i powrotu do grona pełnowartościowych krajów Unii Europejskiej. Od postawy premiera będzie zależeć bardzo dużo – także i to, czy poza reputacją będziemy również dalej tracić pieniądze… A może przeciwnie – może uda się coś odzyskać?

Pierwsza reakcja premiera nie skłania jednak do optymizmu: – Na pewno się na to nie zgodzimy, powiedział usłyszawszy propozycję cięć w funduszu spójności. I dodał, że znajdą się kraje, które nas w tym poprą…

Takiej pewności otóż nie ma. Nie jesteśmy jedynym członkiem UE, któremu planuje się zmniejszyć unijne dopłaty i ich pierwsze reakcje wcale alarmistyczne nie są.

– Nie mamy z tym żadnego problemu. Propozycja dotyczy wszystkich funduszy, dotyka więc w równy sposób wszystkich państw członkowskich i nie jest dyskryminująca – powiedział Peter Javorcik, ambasador Słowacji przy UE. Nawet węgierski minister ds. europejskich Szabolcs Takács gotów jest o tym dyskutować. – Nie musimy się tego obawiać – oświadczył”. („Rz.” 29.05.2018) Takich krajów jest więcej, wśród nich np. Niemcy, które w stosunku do bieżącego budżetu tracą 21 proc.

Jeśli na dodatek pamiętać, co pan premier mówił o Unii dosłownie w ostatnich dniach, to – powiedzmy sobie szczerze – wygląda to źle. Nie można na przykład wmawiać obywatelom, że my do Unii dopłacamy, bo to jest pogląd fałszywy. Jest dokładnie odwrotnie. Także w tej zbliżającej się perspektywie finansowej – na lata 2021-2027, nawet, jeśli będziemy wpłacali większą składkę, to per saldo i tak dostaniemy o wiele więcej pieniędzy niż wydamy. Zacietrzewienie więc nie jest dobrym doradcą – ćmi umysł i oddala go od faktów. Dotyczy to także moich kolegów, europosłów PO, którzy mają dziś skłonność przypominać, jak siedem lat temu oni walczyli o budżet dla Polski i ile wtedy wywalczyli. Uważam, że sprawa jest do poważnej rozmowy w Brukseli, do poważnej rozmowy w kraju i w żadnym razie nie powinna być pretekstem do populistycznych przepychanek. Siedem lat temu inna była Polska, inna Unia Europejska, sytuacja ekonomiczna też była inna, a na dodatek nikt wtedy nie myślał o Brexicie. Nawet takie słowo nie było znane.

Martwi mnie jeszcze coś. Unia się zmienia i odnoszę wrażenie, że dzieje się to jakby obok nas, że z każdym dniem odstajemy trochę bardziej. Skoro bowiem jesteśmy przy pieniądzach i przy tym, ile się spodziewamy dostać, to trzeba powiedzieć, że moglibyśmy dostać więcej. W Unii powstają bowiem coraz to nowe projekty finansowe, tylko, że my jakby z góry się na nie zamykamy.
W polityce spójności pojawia się np. nowy fundusz (25 mld. euro) na inwestycje i stabilizację, który ma być przeznaczony na reformy zapobiegające kryzysom i miał być otwarty dla wszystkich. Okazuje się, że będzie służył tylko państwom strefy euro lub systemu ERM2, czyli dla Polski będzie niedostępny.

Era dawania pieniędzy, jak to się mówi „do ręki”, wedle najprostszych kryteriów „bogactwo-ubóstwo”, kończy się! Zaczyna się zaś era inwestowania w konkretne programy, które mają budować dobrobyt i potęgę Unii jako wspólnego organizmu. Tendencja jest taka, by skoncentrować większość pieniędzy na obszarach priorytetowych, czyli na innowacjach, małych firmach, cyfryzacji, inteligentnej transformacji gospodarczej i na ekologicznej, „zielonej” Europie.

Inny obszar europejskich priorytetów, także wsparty nowym funduszem w wysokości 30 mld. euro, to wspólny przemysł obronny. Też nas tu nie ma. A właśnie w takich ogólnounijnych zadaniach tkwią nowe źródła finansowania europejskiego rozwoju. Na naszych oczach powstają nowe strategie rozwojowe, nowe możliwości, tylko trzeba się w to włączyć. Tymczasem my nie jesteśmy włączeni do żadnego z tych programów, liczymy wyłącznie na darmowe pieniądze. Filozofia „dajcie, i nie wtrącajcie się, co my z tym zrobimy”, prowadzi nas wyłącznie na margines, prosto ku statusowi, który symbolizuje wyciągnięta ręka. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale wedle mojego rozeznania i znajomości „europejskiej kuchni”, w unijnym sercu zapanował pogląd, że jeśli Polska tak bardzo chce być suwerenna, to trudno… ale na swój własny rachunek.

Europejski Fundusz Spójności, to są nasze wielkie projekty, szeroko zakrojone plany postępu cywilizacyjnego, rozwój infrastruktury. Centralne lotnisko, Via Carpatia, szybka kolej, autostrady, wodociągi, drogi lokalne, hale sportowe? Możecie je sobie budować, ale za własne pieniądze. Skurczy się front robót? Trudno, skurczy się także front pracy – nie będzie przecież potrzeba tylu firm budujących te wodociągi, ulice, drogi, tramwaje, lotniska… No chyba, że macie tyle pieniędzy, że się nie skurczy… Mamy? Niestety – zapłacimy za tę politykę wszyscy.