Honduras na celowniku Trumpa

Prezydent USA poinformował prezydenta Hondurasu, że odetnie fundusze pomocowe dla tego kraju, jeżeli na teren Stanów Zjednoczonych wkroczy „karawana migrantów”. Wezwał władze do zawrócenia jej. Rzeczywiście w kierunku Meksyku, a potem docelowo USA, zmierza grupa około 2 tysięcy migrantów. We wtorek dotarli do Gwatemali.

 

Niestraszna im polityka „zero tolerancji”, straszniejsza jest korupcja, zastraszanie przez gangi, gwałty, przemoc domowa. 2 tysiące obywateli Hondurasu, w tym kobiety i dzieci, zmierza na północ. We wtorek dotarli do Gwatemali.

Rząd Hondurasu – zresztą sojusznika USA, które w ostatniej dekadzie pomogły w ustanowieniu tam prawicowego zamordyzmu – przestraszył się ostrzeżeń Trumpa i wezwał migrantów, aby wrócili.

„Rząd Hondurasu wzywa obywateli Hondurasu, którzy uczestniczą w tej bezprawnej mobilizacji, aby nie pozwolili, żeby byli wykorzystywani przez ruch, który ma charakter wyraźnie polityczny i stara się zakłócić rządzenie krajem, stabilność i pokój w naszych państwach” – napisano w specjalnym oświadczeniu.

Wojsko Gwatemali przygotowało nawet środki transportu dla chętnych do powrotu na granicę Hondurasu, ale ogółem liczba migrantów w karawanie zwiększa się, zamiast zmniejszać. Dołączają do niej wciąż nowi obywatele państw Ameryki Środkowej.

Wiadomo, że około 400 osób już dotarło do stolicy Gwatemali.

Trump grozi na Twitterze: „Stany Zjednoczone zdecydowanie poinformowały prezydenta Hondurasu, że jeśli wielka karawana ludzi zmierzających do Stanów Zjednoczonych nie zostanie zatrzymana i zawrócona do Hondurasu, Hondurasowi nie zostaną przekazane żadne pieniądze ani żadna pomoc – ze skutkiem natychmiastowym!”.

Mike Pence tymczasem rozmawiał przez telefon z prezydentem Gwatemali Jimmym Moralesem i prosił o współpracę z Waszyngtonem w celu zatrzymania zdesperowanego pochodu. Uzyskał obietnicę wpuszczania wyłącznie osób posiadających ważne dokumenty.

Później przeprowadził rozmowę z prezydentem Hondurasu przebywającym w Kolumbii. „Rozmawiałem z prezydentem Hernandezem z Hondurasu o karawanie migrantów zmierzających do Stanów Zjednoczonych. Dostarczyłem ważne przesłanie prezydenta: żadnej więcej pomocy, jeśli karawana nie zostanie zatrzymana. Powiedziałem, że USA nie będzie tolerować tego rażącego lekceważenia naszej granicy i suwerenności” – streścił ją na Twitterze.

Meksyk, który ma być bezpośrednim buforem przed wkroczeniem na terytorium USA, twardo zapowiedział, że nie wpuści żadnego nielegalnego migranta.
Tymczasem Trump już gromadzi finanse na następną kampanię wyborczą. Ponoć w kieszeni ma już na ten cel rekordowe 106 milionów dolarów, więcej niż którykolwiek prezydent USA ubiegający się o reelekcję zebrał w ciągu 2 lat.

Śmierć w konsulacie

Media amerykańskie żyją sprawą zniknięcia opozycyjnego dziennikarza saudyjskiego, mieszkającego od 2017 r. w USA Jamala Khashoggiego. Wiele wskazuje na to, iż Khashoggi został zabity (lub porwany) przez saudyjskich agentów służb specjalnych podczas pobytu w Stambule.

 

Poszukiwany przez reżim w Rijadzie, krytyk stosunków panujących w Arabii Saudyjskiej, dziennikarz współpracujący z czołowymi mediami w Stanach Zjednoczonych, Khashoggi przybył z początkiem października br. do Stambułu, aby uzyskać w konsulacie saudyjskim stosowny dokument potrzebny do zawarcia małżeństwa. Narzeczona czekała przed budynkiem placówki, ale dziennikarz już z niej nie wyszedł. Oficjalne oświadczenie brzmi, iż opuścił on gmach tylnym wyjściem, a jego dalsze losy są Rijadowi nie znane.

Tych faktów nie potwierdzają jednak źródła tureckie. Turecka policja stoi na stanowisku, że ​​Khashoggi był brutalnie torturowany, a następnie zabity przez specjalną grupę agentów przywiezionych z Arabii Saudyjskiej. Władze Turcji nie dementują pogłosek, że martwe ciało zostało rozczłonkowane na kawałki, po cichu wywiezione z konsulatu, a wszystko nagrano na wideo, jako dowód wykonania misji. Rijad ustami księcia Muhammada ibn Salmana (następcy tronu saudyjskiego i faktycznego władcy) oświadczył, że Khashoggi opuścił konsulat, a ambasador Arabii Saudyjskiej w USA potępił złośliwe wycieki i ponure plotki jako absolutnie bezpodstawne.

Wzrosło napięcie na liniach Ankara – Rijad – Waszyngton. Mike Pompeo, sekretarz stanu USA, zaapelował do Arabii Saudyjskiej o dogłębne wyjaśnienie sprawy oraz o prowadzenie śledztwa w sposób maksymalnie przejrzysty. Także prezydent Donald Trump wyraził zaniepokojenie tymi doniesieniami. Wszak Arabia Saudyjska to główny sojusznik Ameryki na Bliskim Wschodzie i ważny kontrahent handlowy (zakup amerykańskiego uzbrojenia). Niektórzy senatorowie zaczęli przebąkiwać o ewentualnych retorsjach wobec Rijadu. Jednak tureckie media rządowe nie mają wątpliwości, że Saudowie stali się głównym i strategicznym sojusznikiem Waszyngtonu w tym regionie świata, toteż interesy geopolityczne oraz handlowe uniemożliwią dogłębne wyjaśnienie tej sprawy oraz ukaranie ewentualnych sprawców.

Ta sprawa ma jednak swój podtekst. Jest niezwykle podobna do historii Siergieja i Julii Skripalów z Salisbury. Czy jeśli potwierdzą się informacje o śmierci Jamala Khashoggiego, Rijad spotkają podobne sankcje, jakie nakłada się na Moskwę? A może chociaż odpowiednio demonstracyjne solidarne odwoływanie dyplomatów? Na razie bowiem wolne i demokratyczne, tak czułe na prawa człowieka i piętnujące tego typu akcje, media europejskie (i polskie) nie huczą od tej sprawy.

Odpowiedź na pytania zdaje się oczywista. Arabia Saudyjska może liczyć na inne oceny i standardy niźli Moskwa przy tak samo etyczno-moralnie nagannych przedsięwzięciach. Ciągnąca się latami już agresja Rijadu na Jemen, katastrofa humanitarna jaka w tym jednym z najbiedniejszych krajów świat z tego tytułu ma miejsce, jest wystarczającym dowodem podwójnych standardów i manipulacji uniwersalnymi treściami praw człowieka.

Nierówne standardy

Pisać źle o Trumpie jak najbardziej dziś wypada – mainstream zawsze to kupi. Gorzej z pisaniem źle o Ameryce. A zastrzeżenia wobec aktywności militarnej USA niechybnie spotkają się już z oskarżeniami o działalność agenturalną na rzecz Kremla.

 

Donosząc o zbrodniach USA trzeba się skrupulatnie tłumaczyć z każdego wykorzystanego źródła, bo liberalni, konserwatywni, a nawet lewicowi fani „globalnego policjanta” patrzą teraz każdemu na ręce, obsesyjnie tropiąc fake newsy (sami oczywiście nigdy żadnego nie udostępnili, skądże!). Czyli diametralnie inaczej, niż przy pisaniu o Rosji, Iranie czy Korei Północnej. Zdarza się też, że kontrując typową narrację o wojnie w Syrii w oparciu np. o doniesienia The Independent, trzeba dosłownie przygotować się na beczkę śmiechu: polska liberalna publika może bowiem uznać, że na „zgniłym Zachodzie” panują „silne złudzenia wobec Rosji” i „pełno tam komuchów”. Impregnacja poznawcza rodzi paranoję.

Wypada mieć nadzieję, że powołanie się na najbardziej prestiżowe amerykańskie pismo naukowe coś może jednak w tej mierze zmienić. Przechodząc do rzeczy, pismo Science donosi, że Stany Zjednoczone prawdopodobnie od dawna pracują nad bronią biologiczną, łamiąc w ten sposób konwencję z 1972 r. i tzw. Protokół Genewski z 1925 r.

Artykuł pt. „Badania rolnicze czy broń biologiczna?” opublikowany 5 października, jest efektem pracy międzynarodowego zespołu badawczego pod kierunkiem Richarda Gysa Reevesa z niemieckiego Instytutu Biologii Ewolucyjnej Towarzystwa im. Maxa Plancka. Naukowcy twierdzą, że amerykańska Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności (DARPA), pod pozorem badań w zakresie genetycznie modyfikowanego rolnictwa, pracuje nad wynalezieniem wirusów, które za pośrednictwem owadów będą zdolne do niszczenia rosnących już plonów. Nieprzypadkowo program DARPA nazywa się „Owadzi Sojusznicy” (Insect Allies). Wirusy na usługach US Army mają zmieniać DNA upraw, które już wzeszły na polach, i powodować ich obumieranie, znacznie poszerzając w ten sposób możliwości Stanów Zjednoczonych w zakresie głodzenia przeciwników i wzbogacając ich już obecnie imponujący arsenał ludobójczy.

Badacze nie wierzą w deklaracje o wyłącznie cywilnym zastosowaniu programu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w całości podlega on amerykańskiemu wojsku. Tłumaczenie, że „Owadzi Sojusznicy” mają służyć bezpieczeństwu żywnościowemu można włożyć między bajki. Po pierwsze, program jedynie w minimalnym stopniu odpowiada na problem bezpieczeństwa Amerykanów w zakresie wyżywienia. Po drugie, dyskusja naukowa, jaka mu towarzyszy, nijak nie pozwala dopatrywać się w nim jakichś korzyści dla rolnictwa USA.

Broń biologiczna została zakazana przez cywilizowany świat po to, żeby przewaga naukowa jednych krajów nad innymi, nie mogła posłużyć unicestwianiu całych narodów orężem niewidocznym, praktycznie niewykrywalnym i nie dającym żadnych szans obrony, a który wyrwawszy się spod kontroli jest w stania zagrozić ludzkości. Formalnie wszystko jest cacy, ponieważ w 1969 r. prezydent Richard Nixon zdecydował o zakończeniu wszelkich prac nad amerykańską bio-bronią. Wygląda jednak na to, że rzeczywistość jest inna. Nic w tym zaskakującego, biorąc pod uwagę, że np. „formalnie” i „oficjalnie” rzecz biorąc, amerykańska obecność na Bliskim Wschodzie służy umacnianiu demokracji. „Oficjalnie” Saddam Husajn posiadał też broń masowego rażenia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zwraca już uwagi na polityczne deklaracje USA.

W tym świetle na niezupełnie „oszołomskie” wyglądają już podejrzenia Rosjan, że eksperymenty USA w zakresie broni biologicznej odpowiadają za epidemię świńskiej grypy w 2007 r., której ognisko znajdowało się Gruzji. Były gruziński minister bezpieczeństwa wewnętrznego ujawnił dokumenty, z których wynika, że jedna z amerykańskich placówek badań medycznych w jego kraju to przykrywka dla programu prac Waszyngtonu nad bronią biologiczną i że faktycznie może być to źródło epidemii z 2007 r. Co więcej, zgodnie z obszernym raportem opublikowanym na początku roku przez uznaną bułgarską dziennikarkę Diljanę Gajtandżiewę, USA mają takie bazy w wielu krajach świata – nie tylko w Gruzji, ale i w Uzbekistanie, Azerbejdżanie, w wielu krajach Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Najbliżej nas ma się znajdować ośrodek na Ukrainie (wolnej, rzecz jasna).

Można to oczywiście potraktować jako teorię spiskową, ale kiedy do „spiskowców” dołącza magazyn Science, śmiem twierdzić, że wygląda to co najmniej prawdopodobnie. Ten „spisek” zaczyna przybierać już zaskakująco epicki wymiar. Ostatecznie wszystko zależy od perspektywy. Wielkie media postanowiły solidarnie milczeć w sprawie tekstu w Science. Nietrudno sobie jednak wyobrazić, co by było, gdyby ktoś takie rewelacje ujawnił na temat Rosji czy Iranu. Wszystkie portale prześcigałyby się nawzajem tytułami w rodzaju: „Teheran ma broń biologiczną”, „Putin szykuje zagładę”…

Jakoś Amerykanom wolno było trąbić, że Saddam przygotowuje zagładę ludzkości. Jakoś tym, którzy doniesienia Science odruchowo zbędą jako spisek, łatwo przychodzi zwycięstwo PiS-u w Polsce albo Brexit uznawać za diaboliczny plan Putina. Oni żadnych kompleksów na tym tle nie mają.

Przerażający raport

11 października najnowszy raport Amnesty International obnażył nieujawniane dotąd grzechy administracji Donalda Trumpa: tylko od 19 kwietnia do 15 sierpnia 2018 przymusowo rozdzielono ponad 6000 rodzin. To o wiele więcej, niż oficjalnie przyznają władze. „Intensywność i skala tych naruszeń przeciwko osobom poszukującym ochrony jest naprawdę straszna”.

 

Raport „Nie masz tutaj żadnych praw: Nielegalne zawracanie, arbitralna detencja oraz złe traktowanie osób poszukujących ochrony w Stanach Zjednoczonych” pokazuje olbrzymią skalę nielegalnego, masowego zawracania migrantów lub wpychania ich do miejsc detencji na nieokreślony czas, bez rozważenia zastosowania jakichkolwiek alternatywnych działań.

Według działaczy Amnesty International, jest to celowe łamanie praw człowieka, obliczone na zniechęcenie migrantów do poszukiwania schronienia na terenie Stanów Zjednoczonych.
– Administracja prezydenta Trumpa prowadzi zaplanowane działania naruszające prawa człowieka, w celu ukarania i zniechęcenia osób poszukujących ochrony na granicy USA z Meksykiem. Intensywność i skala tych naruszeń przeciwko osobom poszukującym ochrony jest naprawdę straszna. Kongres USA oraz organy odpowiedzialne za egzekwowanie prawa muszą przeprowadzić odpowiednie, niezależne i szybkie śledztwo, by pociągnąć rząd do odpowiedzialności i zapewnić, że nic podobnego nie wydarzy się w przyszłości – powiedziała wczoraj na konferencji prasowej dotyczącej raportu Erika Guevara Rosas, Dyrektorka ds. Ameryk w Amnesty International.

Po pierwsze okazuje się, że administracja nie ujawniała dotychczas liczby wszystkich rozdzielonych rodzin (od 2017 było to około 8 tysięcy – ale bez wliczania w to np. rozdzielania z dziadkami czy dalszymi krewnymi), w ubiegłym roku wdrożono też politykę, która spowodowała zawrócenie tysięcy ludzi poszukujących azylu na oficjalnych przejściach granicznych wzdłuż całej granicy z Meksykiem. Na koniec wreszcie politykę obowiązkowej i nieokreślonej w czasie detencji osób poszukujących ochrony, na czas rozpatrywania ich wniosków o ochronę, często bez możliwości zastosowania innych środków, co jest sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Organizacja udokumentowała szczegółowo po kilkanaście przypadków z każdej powyższej kategorii naruszeń, ponadto odnotowano przypadki 15 osób transpłciowych i gejów. Osoby te ubiegały się o ochronę i zostały umieszczone w detencji na okres od kilku miesięcy do prawie 3 lat bez możliwości zwolnienia. Zwolnienie nie wchodziło w grę nawet w przypadkach, gdy migranci zgłaszali, że w miejscach detencji dochodzi do wykorzystywania seksualnego.

– Każdy człowiek na świecie ma prawo do poszukiwania azylu od prześladowań i innych poważnych krzywd oraz żądać ochrony w innym kraju – powiedziała Guevara Rosas. – Kongres musi pilnie działać, by podjęto śledztwo i stworzono kompleksowy system zbierania danych o rodzinach rozdzielonych przez rząd USA oraz wprowadzić rozwiązania prawne, które zakazują separacji oraz umieszczania w detencji na nieokreślony czas dzieci i rodzin.

Zmiana twarzy USA

Jako ambasador USA w Radzie Bezpieczeństwa ONZ Nikki Haley broniła amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie, ingerencji w Syrii, wycofania się z układu z Iranem czy krwawego pacyfikowania manifestacji Palestyńczyków przez izraelskie wojsko. Teraz odchodzi ze stanowiska – jej następcę poznamy w ciągu trzech tygodni.

 

Decyzję w tej sprawie podali do wiadomości wspólnie prezydent Donald Trump i sama Haley na konferencji prasowej. Dyplomatka na pożegnanie przekonywała, że innym krajom mogą nie podobać się działania USA, ale równocześnie działania te cieszą się szacunkiem. Do tego Haley rozwiała spekulacje na temat tego swoich rzekomych planów związanych z następnymi wyborami prezydenckimi. Oznajmiła, że zaangażuje się w kampanię Trumpa, gdy ten będzie walczył o reelekcję.

We wrześniu Haley pisała w artykule na łamach „Washington Post”, że nie zgadza się ze wszystkimi koncepcjami Trumpa, ale ma do niego „bardzo szeroki dostęp” i może przedstawiać mu swoje argumenty i racje. Trudno jednak byłoby twierdzić, że dyplomatce udało się odwieść prezydenta USA od szczególnie niefortunnych i potencjalnie konfliktogennych decyzji. Haley będzie np. kojarzona z uznaniem Jerozolimy za stolicę Izraela, wbrew międzynarodowym porozumieniom dotyczącym regulacji konfliktu palestyńskiego, atakami na Iran towarzyszącymi wypowiedzeniu porozumienia nuklearnego, wreszcie z wypowiedziami w sprawie pacyfikacji manifestacji Palestyńczyków w rocznicę Nakby. Ambasador USA twierdziła wówczas, że strzelając do demonstrantów, w tym do nieletnich i do oznakowanego personelu medycznego czy dziennikarzy, Izrael tylko się broni.

Po ogłoszeniu rezygnacji w mediach społecznościowych błyskawicznie pojawiły się – obok oficjalnych komplementów – także mniej pochlebne podsumowania działań dyplomatki. Wskazywano w szczególności, jak spadł szacunek dla USA i zaufanie dla polityki zagranicznej tego państwa w okresie kadencji Trumpa, gdy to ona była jej twarzą.

W ostatnich dniach Haley stała się dodatkowo negatywną bohaterką amerykańskich instytucji antykorupcyjnych, gdyż ujawniono, iż wspólnie z mężem przyjęła od biznesmenów z Karoliny Południowej drogi prezent w postaci siedmiu darmowych przelotów prywatnym luksusowym samolotem, między tym stanem właśnie a Waszyngtonem i Nowym Jorkiem. Z pewnością jednak to nie ta okoliczność sprawiła, że Trump wymienił jedną z twarzy swojej prezydentury. Jego ludziom uchodziły płazem większe skandale.
Następcę Haley w Radzie Bezpieczeństwa ONZ poznamy na przełomie października i listopada.

Trzy lata w Syrii

W październiku mijają 3 lata od rozpoczęcia przez Rosję, dla wielu zaskakującej, niezwykle śmiałej operacji militarnej w Syrii. Zgodnie z prawem międzynarodowym, na mocy umowy międzynarodowej i na zaproszenie rządu Syrii, prezydent Władimir Putin skierował w 2015 r. do Syrii ograniczony kontyngent wojsk rosyjskich. Celem rosyjskiej armii było udzielenie wsparcia rządowym siłom syryjskim w walce z ugrupowaniami terrorystycznymi, w tym zbrodniczym tzw. Państwem Islamskim. Wojnę tę Rosjanie wygrali, choć prowadzili ją relatywnie minimalnym nakładem sił i środków. Warto w oparciu o już dostępne dane przeanalizować rosyjską operację syryjską jako modelową wojnę ekspedycyjną XXI w. – wojnę nowego typu z użyciem innowacyjnych metod działania.

 

Skuteczność, nieszablonowość zastosowanych przez Rosjan metod walki w Syrii wywołuje ze strony komentatorów krajów zachodnich – w tym wojskowych – wściekłość trącącą obsesją, nie licującą z profesjonalizmem. Dlaczego? Otóż Rosjanie do perfekcji rozpracowali, przyswoili i rozwinęli metody prowadzenia wojny dotychczas stosowane przez Stany Zjednoczone i tzw. kraje zachodnie, głównie NATO, w ostatnich trzech dekadach. Niniejszy artykuł pokazuje zachodzące zmiany w prowadzeniu tradycyjnych wojen. Ostatnim tzw. klasycznym przykładem wojny była operacja wielonarodowych sił pod przywództwem Stanów Zjednoczonych pod kryptonimem „Pustynna Burza” w Iraku w roku 1991. Głównym zadaniem kilkusettysięcznych wojsk, zebranych pod dowództwem amerykańskiego generała Normana Schwarzkopfa, było pokonanie milionowej armii Iraku i przejęcie jego terytorium. W ciągu następnego ćwierćwiecza takich operacji przy użyciu tak dużych sił lądowych nigdy już nie prowadzono.

 

Nowy model wojny

Operacje militarne USA, w tym podbój Iraku w roku 2003 w ramach „Operation Iraqi Freedom”, „Operacja Unified Protector”, czyli NATO-owska operacja morska i lotnicza przeprowadzona z roku 2011 w Libii, „Operacja Allied Force”, w której siły Sojuszu Północnoatlantyckiego w 1999 roku bombardowały Federalną Republikę Jugosławii, to sztandarowe przykłady owych wojen prowadzonych nowymi metodami.

Na czym one polegają? Otóż współcześnie państwo-agresor, osiąga cele geopolityczne za pomocą szeregu środków niemilitarnych, które w niektórych przypadkach są znacznie skuteczniejsze od wojskowych. Głównym zadaniem nie jest już fizyczne zniszczenie sił wroga, ale całkowite podporządkowanie przeciwnika własnej woli. Wszędzie gdzie toczono w ostatnich dziesięcioleciach wojny możemy zobaczyć prawie ten sam scenariusz. W porównaniu z konfliktami minionego stulecia, w których wielkie zgrupowania sił lądowych agresora były bezpośrednio zaangażowane w operację naziemną, dziś kładziony jest nacisk na osiągnięcie celów przy pomocy dobrze zamaskowanych, acz zintegrowanych z armią agresora obcych formacji nieregularnych. Takie zintegrowane grupy zbrojne tworzone są na bazie lokalnych zasobów, w oparciu o miejscową opozycję, separatystów narodowych i religijnych. To z owych nieregularnych oddziałów, sił samoobrony i lokalnych milicji tworzy się jednostki zdolne do zjednoczenia się w większe formacje i je zbroi. Działają one ze wsparciem i pod kierownictwem oficerów Sił Specjalnych państwa agresora i prywatnych firm wojskowych (kontraktorów) z danego państwa lub grupy państw. Ciężar walk jak i gros poniesionych strat w ludziach obciąża oddziały sponsorowanych rebeliantów. Straty ponoszą też kontraktorzy, jednak to „problem” prywatnych firm. Przed opinią publiczną rządy krajów agresorów nie muszą się tłumaczyć z poległych własnych żołnierzy. Opinia publiczna mogłaby bowiem wówczas zmusić władze kraju agresora do zaniechania wojny, jak stało się to w przypadku wojny w Wietnamie. W kolejnym etapie, gdy dochodzi do eskalacji konfliktu, w walce użyte zostają ograniczone ilościowo jednostki sił zbrojnych agresora w tym przede wszystkim siły powietrzne, siły morskie i inne rodzajów wojsk. W walce o osiąganie celów agresora biorą też udział – co istotne – organizacje cywilne oraz finansowane przez państwa agresorów organizacje pozarządowe (NGOS-y), skierowane do wykonywania zadań (siania fermentu i dywersji, w tym także informacyjnej) na kierunkach strategicznych i operacyjnych w jednolitej przestrzeni informacjno-rozpoznawczej.

Konkretnie takimi zgrupowaniami jest Państwo Islamskie, radykalni terroryści islamscy z „Dżabchat an-Nusra”, kurdyjskie jednostki samoobrony (YPG), samoobrona iracka „Liwa al-Kuds”, albańska „Armia Wyzwolenia Kosowa” w Jugosławii, a na Ukrainie „Prawy Sektor”.

Wywalczenie kontroli przestrzeni powietrznej i morskiej oraz wykonywanie ataków rakietami manewrującymi następuje przez regularne siły powietrzne i marynarkę wojenną agresora lub koalicji państw agresorów. Wszystko to dzieje się po utworzeniu tzw. „stref zakazu lotów”, pod politycznym przykryciem „misji pokojowej”, „humanitarnej misji stabilizacyjnej, w celu uregulowania sytuacji kryzysowej”. Dla opinii publicznej krajów agresorów operacje te przedstawia się, jako działania humanitarne w obronie demokracji, praw człowieka i wolności. W efekcie w danym kraju sformowany zostaje posłuszny agresorowi rząd, kraj zostaje podzielony, zasiany chaos i bezprawie. Idealnym przykładem jest Libia, Irak czy Afganistan. Ustanowiona zostaje jednak sprawna obca kontrola nad zasobami naturalnymi zaatakowanego kraju, przede wszystkim złożami ropy i gazu oraz rozmieszczone zostają w nim bazy wojsk agresora.

Współczesne konflikty zbrojne przybierają różnorodne formy, które w zależności od regionu i konkretnej sytuacji składając się z odrębnych elementów układają się jednak w całość. Rosjanie w Syrii przetestowali szereg takich działań, zdobyli bezcenne doświadczenie w prowadzeniu konfliktu zbrojnego nowymi metodami i warto je przeanalizować, bo wydaje się że „uczeń przerósł mistrza”.

 

Rosyjskie doświadczenia operacji w Syrii

Ciekawymi materiałami do analizy jest dokładne i całościowe przestudiowanie przebiegu konfliktu w oparciu o dane archiwalne jak i współczesne opracowania w tym referaty rosyjskich wojskowych jak np. generała Dwornikowa, pierwszego dowódcy rosyjskiego kontyngentu w Syrii.

Rosjanie podkreślają, że wyjątkowością operacji w Syrii był fakt, że cele strategiczne i operacyjne osiągano na szczeblu taktycznym pracą jednostek w sile drużyny czy plutonu. Wojska rosyjskie przećwiczyły działania górach Latakii, walki miejskie i zdobywanie miast, walki na obszarze wyżynnym i pustynnym, a nawet forsowania rzek. W jednej przestrzeni rozpoznawczo-informacyjnej prowadzono uderzenia lotnictwa, lotnictwa strategicznego, rakiet operacyjno-taktycznych i rakiet manewrujących bazowania morskiego. W większej mierze dokonywanych nocą. Wojska rosyjskie przetestowały następujące elementy walk:

– działania bojowe związane z pokonaniem najniebezpieczniejszych oddziałów grup terrorystycznych;
– obrona ważnych obiektów i głównych szlaków komunikacyjnych;
– działania bojowe w oparciu o dane wywiadowcze, siłami i bronią eksploatowaną aktualnie przez Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej;
– osłona granicy państwowej.

Generał Dwornikow podkreślał, że podczas wykonywania zadań za pomocą zintegrowanych oddziałów istnieje jednak wiele odmienności. Są nimi np. kompleksowe wykorzystanie siły militarnej przy udziale formacji wojskowych państw sojuszniczych i jednostek miejscowej zbrojnej samoobrony; naniesienie uderzeń, mających na celu zmniejszenie potencjału gospodarczego wroga; aktywne działania mające wpływ informacyjny i psychologiczny na bojowników, aby podważyć ich stan moralny i psychiczny; prowadzenie działań wysokomanewrowych autonomicznymi grupami wojsk na odrębnych kierunkach operacyjnych. A także: stosowanie metod wojny partyzanckiej w połączeniu z klasycznymi formami działań wojennych, szerokie wykorzystanie podziemnych przejść, tuneli i komunikacji oraz sprzętu budowlanego oraz połączenie klasycznych oddziałów mobilnych z oddziałami na pick-upach w celu przeprowadzenia rajdów, zasadzek i kontrataków.
Z publikowanych dziś wspomnień rosyjskich wojskowych wyłania się złożony i niezwykle trudny dla nich stan, jaki zastali po przybyciu do Syrii. Latem 2015 roku siły zbrojne Syrii znajdowały się w opłakanym stanie. Wojsko było zdemoralizowane, kadra oficerska podległa procesowi degradacji, a kierownictwo wojskowe wykazywało skrajnie niską efektywność zarządzania podległymi jednostkami. W tych warunkach rosyjskie dowództwo podjęło nieszablonową decyzję i główną współpracę rozpoczęło nie z armią, a z mającymi największą realną wartość bojową oddziałami syryjskiej samoobrony i jednostkami nieregularnymi. W szczególności były to siły podlegające generałowi Sukheil al-Hasanowi, brygada „Sokoły Pustyni”, jednostki bojowe libańskiego „Hezbollahu” czy irańskie jednostki Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Dochodziły do tego oddziały finansowanych przez Iran najemników z Afganistanu – tzw. „Legion Fantimion”. Z czasem w oparciu o syryjskich oficerów kończących akademie wojskowe w ZSRR oraz rosyjskich najemników generała „Wagnera”, na bazie dostarczonego z Rosji uzbrojenia, w tym czołgów T-62M czy archaicznych, acz efektywnych haubic M-30 wz.1938, sformowano V Ochotniczy Korpus Szturmowy. To te jednostki miały największą wartość bojową i one ze wsparciem Rosjan rozstrzygnęły wojnę.

W rzeczywistości były to rozproszone nieregularne formacje zbrojne. Jednak będąc zjednoczone i zarządzane przez dowódcę zgrupowania wojsk rosyjskich w Syrii i działając według jednego, opracowanego przez rosyjskich oficerów planu, uzyskały one inny status. Działając w tych, narzuconych przez Rosjan ramach, owe oddziały w pełni można nazwać zintegrowaną grupą jednostek bojowych.

Zastosowanie nowych metod prowadzenia działań bojowych pozwoliło już na początkowym etapie rosyjskiej operacji osiągnąć szereg sukcesów w górach północnej Latakii. W drodze połączonej operacji rosyjskiego lotnictwa i marynarki wojennej, a także oddziałów Sił Specjalnych Operacji (SSO) działających na rzecz wojsk lądowych, zabezpieczono porażenie krytycznie ważnych obiektów terrorystycznej infrastruktury i większych skupisk ich wojsk. Lądową „pięścią”, były wyżej opisane oddziały nieregularne „wpięte” w rosyjski system dowodzenia, na czele z brygadą „Tiger Force” generała Sukhejla al-Hasana, „Hezbollahem” i „Legionem Fantimion”. To te jednostki powstrzymały i odrzuciły natarcie wspieranych wówczas przez Turków rebelianckiej tzw. „Dywizji Nadbrzeżnej”, wyzwoliły z rąk ISIS Palmirę, odblokowały po 3 latach bazę lotniczą Kweires czy powstrzymały morderczą ofensywę dżihadystów w Aleppo, a potem wyzwoliły wschodnie jego dzielnice. Wreszcie, to te jednostki wraz rosyjskimi SSO i kontraktorami „Wagnera” odblokowały po 3 latach enklawę i miasto Deir ez-Zor.

Na terenach górskich w Latakii działania bojowe prowadzono na korzystnych do tego kierunkach po zajęciu i utrzymaniu dominujących wzniesień i szczytów. Natarcia prowadzono poprzez przełęcze z szerokim wykorzystaniem manewrów oskrzydlających i obejścia pozycji przeciwnika. Wielką rolę odegrała znajomość Teatru Działań Wojskowych, jakiej udzielili oficerowie syryjscy.
Kiedy obserwuje się rosyjskie działania na pustyni, to wyróżniały się one intensywnym wykorzystaniem lotnictwa, w tym śmigłowców bojowych oraz artylerii do rażenia ugrupowania terrorystycznych wojsk na całej głębokości. Co ciekawe, na wzór Amerykanów w Iraku, wykorzystując przewagę technologiczną (noktowizory), natarcia prowadzone były również nocą, w tym taktyczne desanty śmigłowcowe.

Cechą charakterystyczną tej wojny było masowe wykorzystanie w walce buldożerów i różnego rodzaju spychaczy w celu osłony nacierających wojsk jak i szybkiego fortyfikowania osiągniętych rubieży. Efektywnie wykorzystywano czołgi, które miały po dwie załogi (jedna wypoczywała, druga prowadziła walkę) i były one podporządkowane bezpośrednio dowódcom grup szturmowych.
Z największym rozmachem przeprowadzono operację odblokowania, obleganej przez wielotysięczną armię tzw. Państwa Islamskiego enklawę Deir ez-Zor w październiku 2017 roku. W wyniku „omyłkowych nalotów” lotnictwa USA, które zniszczyło jedną z kluczowych pozycji obronnych armii syryjskiej, wojska terrorystów rozcięły siły obrońców na dwa obszary. Lotnisko broniło się oddzielnie i miasto pozostało bez możliwości dostaw zaopatrzenia. Rosjanie wówczas rozpoczęli zrzuty zaopatrzenia w tym żywności z transportowych Ił-76M na platformach spadochronowych, wpierani przez „Herculesy” Iranu oraz syryjskie śmigłowce. Na polu walki interweniowały samoloty Lotnictwa Dalekiego Zasięgu FR, bombardowania ISIS dokonywały strategiczne bombowce Tu-22M3. Ataki wykonywała rosyjska flota, w tym fregata „Admirał Essen” za pomocą rakiet manewrujących 3M54 „Kalibr”. Aktywnie operowały jednostki rosyjskich komandosów z SSO. Siły ISIS zostały rozcięte na wiele grup, które po kolei unicestwiano.

Pierścień okrążenia przerwano, siły Państwa Islamskiego zniszczono. Z Rosji drogą powietrzną sprowadzono jednostkę saperów i most. Setki kilometrów w tym przez pustynię, dostarczono go pod Deir ez-Zor gdzie zbudowano przeprawę przez Eufrat i uchwycono przyczółki na drugim brzegu. Tu jednak do ro zgrywki włączyły się USA i oddziały amerykańskich Marines oraz sił specjalnych wpierających Kurdów błyskawicznym manewrem z północy zajęły pola naftowe Omar. Na mocy porozumienia Moskwa – Waszyngton, linia rozgraniczenia wpływów mocarstw ustalona została na linii rzeki. Rosjanie zmuszeni zostali do odwrotu z przyczółków. Próba podjęcia działań ofensywnych na drugim brzegu Eufratu, w celu przejęcia będących w rękach Kurdów i Amerykanów zakładów gazowych, wykonana z zajętych pozycji i przeprowadzona przez rosyjskich kontraktorów z grupy „Wagnera”, skończyła się katastrofalnymi nalotami lotnictwa USA i śmiercią kilkudziesięciu obywateli FR. Tak czy inaczej to rosyjskie siły „złamały” kręgosłup wojsk tzw. Państwa Islamskiego na terenie Syrii i pozwoliły wyzwolić ogromne połacie wschodniej Syrii, odzyskać pola naftowe i gazowe. Wojska syryjskie uzyskały połączenie graniczne z Irakiem i kontrolują większość granicy z Jordanią. Dalsze sukcesy zostały na wschodzie wyhamowane na skutek zajęcia obszarów wschodniej Syrii przez formacje kurdyjskie (SDF-YPG) wspierane przez lotnictwo i siły specjalne USA, Francji i Wielkiej Brytanii.

 

Charakterystyczne doświadczenia kampanii w Syrii

Osobliwością wojny w Syrii, była zapomniana przez współczesne armie, jako relikt I wojny światowej, walka minerska z zastosowaniem tuneli i kontrtuneli. Podziemne drogi były używane zarówno do poruszania się w miastach wewnątrz własnych pozycji, co chroniło przed stratami w wyniku ognia artyleryjskiego względnie w wyniku nalotów, jak i do potajemnego zbliżania się do linii wroga lub poza nie. Tego typu działania toczono zwłaszcza w Damaszku oraz w Homs. Dodatkowo w Aleppo i w Damaszku terroryści wykorzystywali tunele do układania w nich min. Drążyli tunele pod daną pozycję czy budynek rządowy, zakładali ogromny ładunek wybuchowy i wysadzali go w powietrze wraz z broniącymi go żołnierzami.

Jednym z kluczowych wydarzeń wojny w Syrii była operacja wyzwolenia Aleppo. Miała ona charakter ofensywno-obronny. W celu ciągłego ogniowego oddziaływania na wroga zastosowano taktykę ofensywną na trzy zmiany. Nie pozwalano przeciwnikowi na jakąkolwiek przerwę w boju, tocząc walkę w dzień i w nocy, bez przerwy. Wzdłuż zewnętrznego pierścienia okrążonego miasta, z części wojsk została utworzona grupa defensywna, osłaniając zgrupowanie przez deblokadą otoczonych rebeliantów. Lotnictwo rosyjskie i syryjskie bombardowało obiekty i zgrupowanie sił terrorystycznych tylko poza zewnętrznym pierścieniem okrążenia, a oddziały artylerii rakietowej i lufowej oraz taktyczne środki wsparcia, będące w rękach sił szturmujących, prowadziły ogień do ważnych celów wewnątrz dzielnic Aleppo. Wojskowi rosyjscy zastrzegali się, że ostrzał był prowadzony tylko po potwierdzeniu z trzech lub więcej źródeł. Ponadto w Aleppo prowadzone były przeciwko formacjom terrorystycznym dość aktywne działania dywersyjne rosyjskich Sił Specjalnych Operacji. Równolegle z działaniami bojowymi i nalotami lotnictwa prowadzona była intensywna operacja humanitarna. W ocenie rosyjskich wojskowych to ona rozstrzygnęła bitwę, która stała się punktem zwrotnym w wyzwoleniu Syrii z rąk ugrupowań terrorystycznych i rebelianckich.

Rosjanie podkreślają też wielkie zasługi działań jednostek generała brygady Sukhejla al-Hasana – najzdolniejszego dowódcy armii syryjskiej – dowodzącego ochotniczą formacją specjalną „Tiger Force”. W trakcie toczonych w Syrii działań wojennych osiągnął on wiele sukcesów, uniknął szablonowych rozwiązań i umiejętnie wykorzystał różne metody prowadzenia operacji specjalnych. Był swoistym „strażakiem Assada”, jego formacja ratowała sytuację na odcinkach przełamania własnych pozycji przez siły rebelianckie, powstrzymując je, a potem odzyskując teren. Szła w szpicy większości operacji ofensywnych, tak w Aleppo jak i pod Deir ez-Zor. Zasadniczo „wynalazkiem” taktycznym generała Sukhejla był tzw. „wał syryjski”. Jest to element taktyki ofensywnej, polegającej na budowie w toku walk, przez towarzyszące nacierającym jednostkom buldożery wału zimnego, za którym kryją się pojazdy atakujących jak i piechota. Mimo, że prace te wykonywały maszyny budowlane, prowizorycznie opancerzone i osłonięte, to radykalnie spadła liczba strat w sprzęcie i w ludziach. W rękach rebelianckich dominowały bowiem rakiety przeciwpancerne i artyleria do ognia „na wprost” oraz „dżihad-mobile” – opancerzone pojazdy z ładunkiem wybuchowym kierowane przez terrorystów samobójców. Wobec tej broni, wał ziemny okazywał się wielokroć zbawienny.

W trakcie operacji w Syrii, jak nigdzie indziej, przekonaliśmy się o praktycznym znaczeniu konfrontacji informacyjnej. Zasoby informacyjne stały się jednym z najbardziej skutecznych rodzajów broni. Ich powszechne stosowanie pozwala w ciągu kilku dni wstrząsnąć sytuacją od wewnątrz sił wroga. Na przykład, w trakcie operacji uwolnienia Aleppo praca informacyjna rosyjskich oficerów centrum rozejmowego z miejscową ludnością pomogła uwolnić całe dzielnice bez walki i wydobyć ponad 130 000 cywilów. Taki efekt może być porównywalny z wynikami operacji na dużą skalę z udziałem licznych sił militarnych.

Należy zauważyć, że wojna informacyjna była prowadzona przez obie strony. Jej wyniki znajdują bezpośrednie odzwierciedlenie w światowej opinii publicznej. Rosyjscy wojskowi ale i eksperci podkreślają właśnie wielkie znaczenie owej „wojny informacyjnej” i to tak w przestrzeni syryjskiej jak i globalnej. Rosjanie skutecznie przebili się ze swoją narracją do opinii światowej mimo posiadania dalece słabszych narzędzi i możliwości, niż nachalna, wszechobecna propaganda proamerykańska i rusofobiczna. W wielu krajach, duże grupy społeczeństwa w tym elit, uznały rosyjską argumentację potrzeby przywrócenia w Syrii porządku konstytucyjnego i zniszczenia działających tam ugrupowań terrorystycznych i rebelianckich jako zagrażających atakami terrorystycznymi w innych krajach. Te cele legły u podstaw stworzenia warunków w samej Syrii do zatrzymania fali uchodźców z ogarniętego wojną kraju. Warunków do udzielania pomocy humanitarnej, tam na miejscu, a nie w obozach uchodźców w Europie, Jordanii czy Turcji. W skali taktycznej, to przekonanie lokalnych społeczności o niecelowości zbrojnego oporu i możliwości rozwiązań pozamilitarnych – politycznych, których gwarantem była armia rosyjska. Wielką rolę odegrało to Rosyjskie Centrum Rozejmowe dla walczących stron, składające się w większości z wysokiej klasy oficerów – arabistów, posługujących się językiem miejscowych , znających realia , zwyczaje i tradycję ludności na obszarze walk. To praca centrum legła u podstaw sukcesów w Aleppo, Wschodniej Gucie, czy prowincji Daraa.

W praktyce syryjskiej potwierdziła się teoria wojskowa wskazująca nas potrzebę elastyczności dowództwa, zdolności przystosowania się do konkretnej sytuacji i zdolności do osiągania geopolitycznych, strategicznych celów bez szerokiego użycia własnych sił zbrojnych, czyli stosowanie środków pozamilitarnych i wykorzystanie zintegrowanych grup żołnierzy sformowanych z mieszkańców innych krajów.

Z racji ograniczonej formy prasowego artykułu, omówiłem tu tylko wybrane aspekty rosyjskiej operacji w Syrii, pomijając szereg innych istotnych doświadczeń tej wojny, jak masowe zastosowanie dronów rozpoznawczych i bojowych, wykorzystania precyzyjnych środków ataku ze strony lotnictwa, rakiet manewrujących bazowania morskiego, robotów bojowych i nieszablonowych aspektów dowodzenia itd.

Tak czy inaczej, 3 lata rosyjskiej operacji w Syrii pozwoliły jej armii przetestować sprzęt będący w eksploatacji, sprawdzić w warunkach bojowych prototypy, zaś wojsku i kadrze oficerskiej zdobyć bezcenne doświadczenie. Wojna syryjska pokazuje za razem, że armia rosyjska po dziesięcioleciach degrengolady, stagnacji i upadku wróciła na poziom zbliżony do wojsk NATO i USA, a w wielu aspektach znaczące je wyprzedziła.

Donald Trump a Polska

Stosunki polsko-amerykańskie od kilku lat są w dołku. Krytycznie o sytuacji w Polsce wyraził się Barack Obama. Jego następca Donald Trump wprawdzie nie krytykuje Polski, ale nie czyni wiele by poprawić relacje na linii Warszawa-Waszyngton.

 

Po raz pierwszy od 1989 r. prezydent Polski dopiero po trzech latach sprawowania urzędu doprosił się zaproszenia do złożenia wizyty w Waszyngtonie. Powstała szansa poprawienia stosunków Polski z USA, ale została zmarnowana. Prezydent Duda wprawdzie uśmiechał się w rozmowie z prezydentem Trumpem nawet, gdy ten krytycznie wypowiadał się o Polsce czy o Unii Europejskiej. Prezydent Duda nie miał odwagi podjąć polemiki z amerykańskim prezydentem, ponieważ PiS zachowuje się ulegle wobec Ameryki. Ku zadowoleniu Trumpa, Duda zaproponował 2 mld dol. na zainstalowanie bazy amerykańskiej w Polsce. Amerykański prezydent dał jednak do zrozumienia, że oczekuje większej sumy. Polski prezydent nie podjął żadnej polemiki z Trumpem, kiedy ten ostro zaatakował Unie Europejską, której jesteśmy członkiem.

Na zakończenie wizyty obaj prezydenci podpisali deklarację zatytułowaną pompatycznie „Obrona Wolności i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne”. Potrzebę partnerstwa strategicznego uznano za ważne „w obliczu wyzwań wobec, których stoi porządek międzynarodowy”. Deklaracja jest pełna ogólników. Konkretna jest zapowiedź zwiększenia współpracy polsko-amerykańskiej w zakresie obronności oraz energetyki. Poprzednia deklaracja polsko-amerykańska z 2008 r. zawierała więcej konkretów.

Prezydent Trump w swoim wystąpieniu na Placu Krasińskich w Warszawie mało uwagi poświęcał stosunkom bilateralnym polsko-amerykańskim i problemom współczesnego świata. O Rosji napomknął tylko w kontekście Ukrainy i Bliskiego Wschodu: „Zachęcamy Rosję, aby wstrzymała swoja działalność na rzecz destabilizacji Ukrainy i innych krajów i jej wsparcie dla wrogich reżimów, w tym Syrii i Iranu oraz by zamiast tego przyłączyła się do wspólnoty narodów odpowiedzialnych, walczących przeciwko wspólnym wrogom, a w Syrii broniących cywilizacji jako takiej. (…)

Musimy pracować razem, aby stawić czoła siłom niezależnie od tego, czy wewnętrznym czy zewnętrznym, z południa czy z północy, czy ze wschodu, które chcą podkopać nasze wartości i zniszczyć więzi kultury, wiary i tradycji, które czynią nas tymi, którymi jesteśmy”.

Wspomniał o artykule 5 układu waszyngtońskiego o NATO i zażądał, aby wszyscy członkowie NATO wywiązali się z zobowiązań na rzecz obrony. Pochwalił Polskę za jej wkład w obronność „Dlatego – powiedział – właśnie chylimy czoła przed Polską za jej decyzje, aby w tym tygodniu ruszyć z zakupem od USA sprawdzonych w boju rakiet Patriot, najlepszych na całym świecie. (…) Dziękuję Wam, dziękuję ci Polsko. Muszę powiedzieć, że przykład, który pokazaliście jest naprawdę wspaniały. Dziękuję ci Polsko”.

W końcowej części przemówienia Trump mówił o zagrożeniach dla współczesnej cywilizacji i o potrzebie obrony jej „w obliczy tych, którzy chcieliby ją sobie podporządkować i zniszczyć” I pytał: czy Zachód ma wolę przetrwania? W końcowej części wystąpienia prezydent Trump powiedział: „Nasza wolność, nasza cywilizacja i nasze przeżycia zależą od naszych więzi, historii, kultury i pamięci. Dziś, tak samo jak kiedykolwiek, Polska jest w naszym sercu. Dokładnie tak, jak Polski nie udało się złamać – mówię to dzisiaj, by usłyszał to cały świat – Zachód nigdy, przenigdy nie pozwoli się złamać. Nasze wartości zatriumfują, nasze narody będą rozkwitać.

Więc razem walczymy wszyscy tak, jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki”.

Przemówienie Trumpa było wielokrotnie przerywane sterowanymi oklaskami zgromadzonych tłumów co wyraźnie sprawiło zadowolenie mówcy. Były też okrzyki zgromadzonych, atakujące Lecha Wałęsę i obecnych na spotkaniu polityków opozycji. Trump wyraźnie był skonfundowany tymi okrzykami. Wyraźnie nie rozumiał, dlaczego on chwalił Wałęsę, a tłum PiS-owski na placu głośno protestował przy jego nazwisku. Trzeba przyznać, że inicjatorzy protestu zachowując się tak, na takiej imprezie dali przykład braku kultury politycznej.

Klakierskie przyjęcie jakie władze Prawa i Sprawiedliwości zorganizowały prezydentowi Trumpowi z pewnością zadowoliło wyolbrzymione ego amerykańskiego prezydenta. Takiego przyjęcia z jakim spotkał się w Polsce, nie spotkał się dotąd ani w Stanach Zjednoczonych ani w żadnym państwie, w którym składał wizyty.

Komplementy jakie Trump skierował pod adresem Polski rządząca partia Prawa i Sprawiedliwości interpretowała jako poparcie dla jej polityki również wewnętrznej. Nic więc dziwnego, że parę tygodni po wyjeździe Trumpa rząd przedłożył w Sejmie projekty ustaw, które ograniczały niezależność władzy sądowniczej i poddawały ją zwieszonej kontroli partii rządzącej.

Nie trzeba było długo czekać na reakcje rządu Stanów Zjednoczonych. Departament Stanu w deklaracji 21 lipca uznał, że „działania polskiego, rządu podważają niezależność sądownictwa i osłabiają rządy prawa w Polsce”, a także zaapelowali, aby „reforma sądownictwa nie pogwałciła polskiej konstytucji, międzynarodowych zobowiązań kraju oraz przestrzegała zasady oddzielania organów władzy”.

Rząd PiS był zaskoczony stanowiskiem amerykańskim. Potwierdziło to oświadczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W czasie prezydentury Trumpa Departament Stanu wyraził „obawy o praworządność i rozwój sytuacji w Polsce” i podkreślał potrzebę poszanowania władzy sądowniczej, jako jedna z trzech gałęzi obok władzy ustawodawczej i wykonawczej będących fundamentem demokracji. Departament Stanu wyraził również 12 grudnia zaniepokojenie kierunkiem rozwoju sytuacji w Polsce i krytykował uchwałę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nałożeniu kary finansowej na TVN.

Strona polska oczekiwała wówczas i nadal oczekuje dziś deklaracji rządu USA, że wojska amerykańskie będą bezterminowo stacjonowały w Polsce i na wschodniej flance NATO. Oczekujemy również przyspieszenia budowy amerykańskiej bazy antyrakietowej w Radzikowie. Rząd polski oczekuje od Waszyngtonu ostrzejszej krytyki polityki rosyjskiej i zagrożenia jakie Rosja stanowi nie tylko dla Europy Środkowo-Wschodniej. Rząd PiS nalegał, aby administracja Trumpa uniemożliwiła Rosji budowę po dnie Bałtyku drugiej nitki gazociągu Nord Stream 2.

Polska w rozmowach z administracją Trumpa wykazywała zainteresowanie dostawami amerykańskiego gazu skroplonego po to, aby uniezależnić się od gazu rosyjskiego mimo, że gaz amerykański jest droższy od rosyjskiego. Amerykanie z zadowoleniem podjęli rozmowy na ten temat ponieważ mają nadwyżki w produkcji tego surowca. Rząd Polski zabiegał o stała bazę wojskową w Polsce, w miejsce rotacyjnej obecności wojska amerykańskich w Polsce. Trump jednak obiecał, że o sprawie tej rozstrzygnie Kongres w przyszłym roku. Obecnie w Polsce stacjonuje ok. 4 tysiące żołnierzy amerykańskich na zasadzie rotacji.

Prezydent Trump jako biznesmen był otwarty na rozmowy na temat współpracy gospodarczej i w dziedzinie obronności. Osobiście Trump oraz jego współpracownicy podkreślali, że zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego powinien odbywać się wyłącznie na zasadach rynkowych.

W końcu 2017 r., kiedy Donald Trump zasiadał w Białym Domu wybuchła kłopotliwa dla Trumpa sprawa zatrudnienia przez jego firmę w budownictwie, w latach 1980-tych na czarno polskich robotników. Kiedy robotnicy chcieli podać Trumpa do sądu za skandaliczne warunki pracy, on zagroził im, jako nielegalnie przebywającym w USA deportacją do Polski.

Andrzej Duda przelotnie spotkał się z Donaldem Trumpem wcześniej. Były to bardzo krótkie rozmowy, chociaż kancelaria polskiego prezydenta starała się nadać tym dość przypadkowym spotkaniom merytoryczny charakter. M.in. po takim spotkaniu na forum ekonomicznym w Davos, w styczniu 2018 r. kancelaria prezydenta Dudy informowała samochwalczo, ż obaj prezydenci rozmawiali o współpracy gospodarczej polsko-amerykańskiej „szczególnie w obszarze energetyki oraz inwestycji amerykańskich firm w Polsce”. Prezydenci potwierdzili bardzo dobry stan relacji politycznych obu krajów oraz osobistą wzajemną sympatię.

Do przelotnego przypadkowego spotkania prezydenta Dudy z prezydentem Trumpem doszło w czasie szczytu NATO w Brukseli, w lipcu 2018 r. Kancelaria polskiego prezydenta uczyniła z tego zdarzenia ważne merytorycznie wydarzenie informując, że obaj prezydenci omawiali sprawę wzmocnienia polsko-amerykańskiej współpracy militarnej m.in. w zakresie sprzętu wojskowego oraz o współpracy jednostek wojskowych obu krajów.

Należy jednak pamiętać, że prezydent Donald Trump jest nieprzewidywalny i zmienny w swoich poglądach. W odstępie kilku dni potrafi wygłosić różne poglądy na ten sam temat. Jest podatny na różne sprzeczne ze sobą naciski zewnętrzne. Brakuje mu dalekosiężnej wizji zarówno polityki wewnętrznej jak i zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

 

Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Upadek wizerunku

Za prezydentury Donalda Trumpa wizerunek Stanów Zjednoczonych na całym świecie sięgnął historycznego dna. To wnioski płynące z wyników sondażu, jaki przeprowadzono w 25 krajach. Takie są skutki polityki wojny, arogancji i izolacji.

 

Sondażownia Paw Research Center przeprowadziła badanie, z którego jasno wynika, że USA są postrzegane na świecie coraz gorzej. Największe spadki zaufania do Stanów Zjednoczonych – w porównaniu z kadencją Baracka Obamy – dokonały się w krajach z nimi sąsiadujących. Meksykanie dobrze wiedzą, że prezydent Trump skłonny jest o upadek USA obarczać ich rodaków jadących tam za chlebem. Znają jego zapowiedź wybudowania muru na granicy z Meksykiem, by powstrzymać napływ imigrantów. Nic zatem dziwnego, że w kraju tym poziom zaufania do USA spadł o ponad połowę: z 66 proc. do 32 proc. W Kanadzie spadek okazał się podobny. Ufność wobec Stanów deklaruje 39 proc. Kanadyjczyków, co oznacza wynik znacznie gorszy niż 65 proc. z okresu pod koniec prezydentury Obamy. Nazwanie premiera Justina Trudeau “słabeuszem” przez Trumpa miało w tym zapewne jakiś udział.

Mimo wielkich demonstracji przeciwko Trumpowi, jakie odbyły się w Londynie, Brytyjczycy nadal są Stanom Zjednoczonym względnie przychylni, bo pozytywnie je ocenia aż 50 proc. mieszkańców UK. Tak czy inaczej, tam też nastąpił spadek – o 11 pkt. Państwa Europy Zachodniej są generalnie nieprzychylne Ameryce. Pozytywnie ocenia USA 38 proc. Francuzów, 30 proc. Niemców i 42 proc. Hiszpanów. Z krajów skandynawskich najlepiej Amerykanów postrzega Szwecja (44 proc.). Niekwestionowanym liderem uwielbienia dla USA w Europie jest oczywiście Polska z 70 proc. głosów na “tak”.

Światowymi rekordzistami pozytywnego stosunku do Stanów są niezmiennie Izrael (83 proc.) i Korea Południowa (80 proc.). Są jedynie trzy państwa, gdzie nastąpił wzrost zaufania do USA od czasu, gdy w Białym Domu zamieszkał Trump: Izrael, Rosja i Kenia. W przypadku Rosji jednak dokonał się poważny spadek w ciągu ostatniego roku. W 2017 r. USA zyskało pochlebne oceny aż 41 proc. Rosjan. Dzisiaj jest to już tylko 26 proc.

Jeszcze gorsze oceny niż Stany Zjednoczone zbiera na świecie sam prezydent USA. Wizerunek Donalda Trumpa ma się najgorzej w krajach Europy Zachodniej. To wręcz dramat: UK – 28 proc. ocen pozytywnych, Niemcy – 10 proc., Francja – 9 proc., Hiszpania 7 proc. Ogólnoświatowa ocena prezydenta USA (27 proc.) sytuuje go na gorszej pozycji od Władimira Putina (30 proc.), ale lepszej niż prezydenta Chin Xi Jin Pinga (24 proc.)

Globalna ocena USA przedstawia się źle na wielu wymiarach. Np. obecnie jedynie 51 proc. respondentów z 25 państw uważa, że w Stanach respektuje się wolności obywatelskie. Oznacza to spadek. Co jednak ciekawe, w wielu krajach, zwłaszcza europejskich wiara w to zaczęła się poważnie załamywać jeszcze za kadencji Obamy, po 2013 r. Tendencja ta wystąpiła nawet w Polsce.

Aż 70 proc. pytanych odpowiedziało, że Ameryka nie bierze w swej polityce pod uwagę interesu innych państw. Co znamienne, jednym z nielicznych państw gdzie nastąpił w ciągu ostatniego roku wzrost wiary w to jest Polska (38 proc., +4 pkt). Badanie wykonano oczywiście jeszcze przed niedawną kompromitującą wizytą prezydenta Dudy u Trumpa. Największy wzrost wiary w to, że USA respektują dobro innych krajów nastąpił w Izraelu (86 proc., +17 pkt).

Flaczki tygodnia

Czy napakowany Murzyn wraz ze śliniącym się „ciapatym”, dowodzeni przez Żyda, będą bronić narodowo-katolickich rubieżny Najjaśniejszej IV Rzeczpospolitej? Dziedzictwa białej, chrześcijańskiej Europy?

***

Podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował nową doktrynę obronną IV RP stworzoną przez najwybitniejsze umysły elit PiS. Doktrynę „Fort Trump”.

***

Ojcem duchowym tej doktryny jest były prezydent RP Lech Kaczyński. Prezydent słaby, choć lepszy już od Andrzeja Dudy. Ofiara katastrofy lotniczej, do której sam się przyczynił. Autor słów „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później może Polska”.
Elity umysłowe PiS uznały je za proroctwo godne Wernyhory. Dokonując małego, ale istotnego przekłamania. Dziś przypominane proroctwo zwykle brzmi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później Polska”. Brak „może”, brak wiecowej atmosfery, kiedy padły te słowa, co zmienia pierwotny sens wypowiedzi.

***

Ale nie o prawdę tu chodzi. Ostatni wyrok sądowy dotyczący wypowiedzi pana premiera potwierdził, że PiS i prawda to oksymoron. Bo elity PiS budują swe poparcie na strachu. Strachu wyborców przed grożącymi Polsce wrogami. Prawdziwymi, których jest niewielu. I kreowanymi przez kaczystów na potęgę.
Gdyby wszystkich ich zsumować, to dalsze życie w IV RP straciłoby sens. Strach z domu wyjść, bo czyhają: ojkofobiczne elity, dżenderowskie feministki, ludobójcy banderowcy, antypolonistyczni Żydzi, chamscy Francuzi, komuniści i złodzieje, sędziowie na telefon, nazistowscy Niemcy, spedaleni Skandynawowie, światowe lewactwo, agresywne wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, watahy barbarzyńskich uchodźców, POstkomuna, podstępne filipińskie gosposie, wojujący islam. Wszyscy to sojusznicy genetycznie antypolskiego Putina.

***

Rządzona przez prezydenta Putina Rosja jest idealnym „strachem na Lachy”, podstawą doktryny „Fort Trump”. Bo to Rosja modernizująca swą armię. Skuteczny gracz na międzynarodowej arenie, tworzący strefy wpływów w sąsiadujących państwach. Anektujący części ich terytoriów nawet.
Taka Rosja potrzebna jest elitom PiS do prowadzenia polityki „zarządzania strachem”. Gdyby prezydenta Putina nie było, to podległe panu prezesowi Kaczyńskiemu narodowo-katolickie media musiały by podobnego Złego wymyślić.

***

Każdy inteligentny wojskowy, nawet polski, przyzna, że putinowska Rosja nie ma potrzeby ani zamiaru napadania na Polskę. Wojny z 1920 i 1939 roku nie powtórzą się. Dzisiaj władze Rosji nie zgłaszają pretensji do polskich ziem. Ani ziem innych państw należnych do NATO i Unii Europejskiej. Spór Rosja – NATO toczy się o rozszerzenie NATO na terytoria Ukrainy i Gruzji. Spór jest o budowane bazy NATO na terytoriach państw byłego Układu Warszawskiego.

***

Warto przypomnieć, że pod koniec XX wieku, w czasie przyjmowania tych państw do NATO, kierownictwo polityczne Sojuszu Atlantyckiego obiecało władzom Rosji, że takie bazy tam nie powstaną. Budowa „Tarczy antyrakietowej” w Rumunii i Polsce jest złamaniem tamtych obietnic.

***

Wykreowany przez elity PiS strach przed „jutrzejszą” rosyjską agresją dał powszechną akceptację wzrostu wydatków na „obronę narodową” z deficytowego budżetu państwa. W ciągu trzech lat wydatki rzeczywiście wzrosły, ale armii polskiej nie zmodernizowano. Przeciwnie uległa dalszej technologicznej, organizacyjnej i moralnej degradacji. Pieniądze wydano na ochotnicze oddziały wojsk obrony terytorialnej, widząc w nich zorganizowane grupy wyborców PiS, na samoloty dla elit politycznych oraz święta, defilady i parady.

***

Ale wzrost tych wydatków uczynił z IV RP amerykańskiego prymusa wśród europejskich państw NATO. Skłóceni z brukselskimi elitami prominenci PiS znaleźli sobie nowego Wielkiego Brata i protektora. Ogłosili, że za pieniądze wszystkich polskich podatników wynajmą sobie amerykańską ochronę. Zbudują „Fort Trump” i obsadzą go cudzoziemskimi zaciężnymi wojskami.

***

Oczywiście wartość militarna takiego „Fortu” będzie znikoma. Gdyby Rosjanie zdecydowaliby się napaść na NATO, ów fort jedynie przyciągnąłby rosyjskie rakiety. Ale w założeniu wspomnianej doktryny, ów fort miałby wartość przede wszystkim polityczną. Atak na fort oznaczałby atak na USA. Nie byłoby mowy o wojnie lokalnej czy hybrydowej.

***

Wynajęcie zaciężnych wojsk będzie kosztowne. To koszty budowy Fortu, zakupu chroniących go baterii rakiet „Patriot”, budowy infrastruktury dla żołnierzy i ich rodzin. Miasteczka wyjętego spod polskiego prawa. Jeśli jakiś obrońca IV RP zgwałci powabną, białą Polkę to wie, że uniknie tu kary.

***

Oczywiście, Rosja nie zamierza napadać na Polskę. W jej interesie jest osłabiać spójność Unii Polsko – Europejskiej. Blokować tworzenie wspólnej armii Unii. Skłócać Warszawę z Berlinem i Paryżem. Berlin i Paryż z Waszyngtonem. Dlatego doktryna polityczna „Fort Trump” jest w swej istocie proputinowska. Elity PiS za pieniądze polskich podatników chcą realizować rosyjskie interesy.

***

Rosja nie zaatakuje Polski, kiedy Polska będzie ściśle zintegrowana z Unią Europejską. Będzie w strefie euro, bo wówczas Paryż i Berlin będą zmuszone „umierać za Gdańsk”. Kiedy polska armia stanie się częścią armii Unii. Kiedy będziemy wspólnie produkować europejską broń, jak teraz samochody. Pieniądze wydane na wzmocnienie Unii, czyli Polski, mają większy sens, niż finansowanie armii zaciężnej.

***

Ciekawe co zrobi PiS policja, kiedy na kolejnym Marszu Niepodległości znowu pojawią się rasistowskie polskich nazioli? Rezerwujące Polskę jedynie dla białych, tylko dla Polaków. Hasła antyamerykańskie, bo plugawiące też wielorasową armię USA?

 

PS. Prosimy o upowszechniania informacji, że redaktor Piotr Gadzinowski kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z tej samej partii co zawsze.

Amerykańska zamiast irańskiej

Polska, w ramach dywersyfikacji dostaw ropy, powinna zawrzeć długoterminową umowę z Iranem, ale jest to niemożliwe, gdyż na zawarcie takiej umowy nie zgodzą się Stany Zjednoczone. USA, w ramach sankcji wprowadzanych na Iran w interesie Izraela, chcą bowiem irańską ropę zastąpić własną. Rząd PiS nie będzie się zaś oczywiście sprzeciwiać zaleceniom rządu amerykańskiego (zwłaszcza po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu).
Nie pójdziemy więc w ślady Chin, które informują, że utrzymują normalne, niezmienione kontakty handlowe z Iranem. Wszystko wskazuje na to, że import irańskiej ropy przez Polskę zakończy się na tankowcu, który w kwietniu 2018 r. przypłynął do Gdańska i przywiózł 130 tys. ton ropy z Iranu. Już ta transakcja nie spotkała się z dobrym przyjęciem przez ambasadę amerykańską, a późniejsze pogłoski o możliwości ewentualnego zawarcia długoterminowego kontraktu na dostawy irańskiej ropy wywołały niezadowolenie ambasady USA.
Polskie władze na pewno więc nie podpiszą umowy z Iranem, a w zamian za to będą kupować ropę od Stanów Zjednoczonych i zaprzyjaźnionej z nimi Arabii Saudyjskiej.