5 dni sprzed 10 lat

Warto rocznicowo prześledzić tę „zakłamaną wojnę”, jej genezę, przygotowania, przebieg i konsekwencje. I przypomnieć złowrogą postać Micheila Saakaszwiliego, który łamiąc pokój olimpijski rozpętał ten nieszczęsny konflikt. Zwłaszcza teraz, gdy w polskich mediach utrwala się na dobre stronnicza narracja mówiąca o rosyjskiej agresji. Przypomnijmy, jak owa „agresja” przebiegała.

 

Amerykanie dają Gruzji prezydenta i zbroją sojusznika.

W listopadzie 2003 roku w wyniku inspirowanego i wspieranego przez USA przewrotu zwanego „rewolucją róż” w Gruzji obalony zostaje prorosyjski prezydent, były szef dyplomacji ZSRR, Eduard Szewardnadze. Do władzy dochodzi mieszkający od wielu lat w USA 34-letni Michel Saakaszwili – absolwent prawa na Uniwersytecie Columbia . Od tego momentu Stany Zjednoczone zaczynają na szeroką skalę finansować i prowadzić szkolenie armii gruzińskiej według standardów NATO. Już w latach 2002-2004 zrealizowano program GTEP (Georgia Sustainment and Stability, szkoląc armię gruzińską w szerokim zakresie z użyciem ciężkiego sprzętu włącznie. W latach 2004-2008 tysiące żołnierzy gruzińskich przeszkolono tak na poligonach w Gruzji, jak i w USA, w tym w Fort Bragg i Fort Benning. Tuż przed rozpoczęciem przez Gruzinów wojny o Południową Osetię na poligonie w Waziani (okolice Tbilisi) ćwiczyło 1000 żołnierzy US Army i 600 gruzińskich wojskowych. 4 Brygada gruzińska, prowadząca główne natarcie na Cchinwali w całości była przeszkolona przez instruktorów USA z przeznaczeniem do służby w Iraku.

Ogromna rolę odegrało też kilkuset instruktorów wojskowych z Izraela na czele z gen Gal Hirschem byłym dowódcą 91 Dywizji Galilejskiej, gen Izraelem Ziv i gen Yoram Yair z izraelskiego kontrwywiadu (Szin-Bet) . Ministrem obrony Gruzji był również były obywatel Izraela – stąd masa najnowocześniejszego uzbrojenia armii gruzińskiej pochodziła właśnie ze źródeł izraelskich, w tym z firm „Rafael” czy „Elbit”. Reasumując, pod względem wyszkolenia, organizacji i taktyki walki, armia gruzińska odpowiadała standardom NATO, wzbogaconym doświadczeniami armii izraelskiej.

 

Wyposażenie

Od momentu zdobycia władz przez proamerykańskiego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego, wdrożono niezwykle ambitny i kosztowny plan zbrojeń. Ustanowiono wręcz rekord wzrostu nakładów militarnych w skali świata, zwiększając jego wielkość o 30 razy – z 30 mln dolarów w 2003 r. do 940 mln dolarów w 2007 roku, co stanowiło 8 proc. PKB Gruzji i 25 proc. jej wszystkich dochodów budżetowych.

Stworzono i świetnie wyekwipowano liczne jednostki komandosów oraz oddziały specjalne wyszkolone przez instruktorów z USA i Izraela. Łącznie w przededniu wojny armia gruzińska miała na wyposażeniu: 235 czołgów T-72 w tym 169 nowocześnie zmodernizowanych przez firmy izraelskie do standardu SIM-1. Wojska zmechanizowane wyposażone były w bojowe wozy piechoty: 60 BMP-1, 74 BMP-2 i 45 transporterów opancerzonych BTR-80 i 20 MTLB oraz 100 tureckich wozów pancernych „Otokar Cobra”. Liczna, w dużej części zakupiona na Ukrainie była gruzińska artyleria. Gruzini posiadali 12 ciężkich dział kalibru 203 mm 2S7 „Pion”, 3 MSTA-S kalibru 152 mm, 45 czeskich haubic samobieżnych „Dana” i 13 poradzieckich „Akacja” kalibru 152 mm. Gruzini na stanie mieli również 90 haubic holowanych D-30 i 40 D-44. Artyleria rakietowa to kilkadziesiąt wyrzutni rakiet niekierowanych typu BM-21 „Grad”, czeskie RM-70, jugosłowiańskie M-87 Orkan i M-63 Plamen.

Lotnictwo gruzińskie liczyło 14 samolotów szturmowych SU-25, zakupionych w Czechach, na Ukrainie i w Bułgarii. Siły te uzupełniało 6 samolotów szkolno-bojowych L-39C Albatros. Eskadra śmigłowców bojowych składała się z 6-MI-8, 2 MI-14, 3 MI-24P, 5 MI-24W. Transport lotniczy zapewniało 16 śmigłowców MI-8 oraz 8 amerykańskich UH-1H i 6 Bell 212.

Dość silna była gruzińska obrona przeciwlotnicza wyposażona w ukraińskie systemy średniego zasięgu 9K37 „Buk” (dwie baterie) oraz systemy krótkiego zasięgu 9K33 „Osa” (dwie baterie) i jedną baterię izraelskich Rafale „Spyder”. Uzupełniała je artyleria lufowa i naramienne wyrzutnie przeciwlotnicze 50 zestawów „Igła” , 40 polskich rakiet „Grom” oraz 15 starych „Strieła 1”.
Armia gruzińska wyposażona była też w nowoczesną zachodnią broń strzelecką, karabiny maszynowe i snajperskie oraz środki łączności oraz rozpoznania w tym izraelskie drony rozpoznawcze.

 

Gruzini atakują Cchwingali – terrorystyczny ostrzał miasta, panika, eksodus ludności ostetyjskiej, apokaliptyczna noc

Łamiąc porozumienia międzynarodowe oraz wielowiekowe zasady pokoju olimpijskiego, 8 sierpnia 2008 r., w dniu otwarcia Igrzysk XXIX Olimpiady rozgrywanych w Pekinie, armia gruzińska wykonując rozkaz prezydenta Saakaszwilego rozpoczęła niespodziewany atak na Południową Osetię. Gdy większość przywódców świata, w tym prezydent Rosji, przebywali w stolicy Chin, obserwując uroczyste otwarcie olimpiady, prezydent Gruzji licząc na zaskoczenie i paraliż decyzyjny Rosjan prowadził swój, jak zakładał, zwycięski blitzkrieg.

Od godziny 23.30 7 sierpnia do 4 rano 8 sierpnia na Cchwingali – stolicę Południowej Osetii oraz na pozycje armii osetyjskiej spadła artyleryjsko-rakietowa nawała ogniowa gruzińskiej artylerii. Ostrzał miasta przez systemy niekierowanych rakiet typu BM-21 „Grad” miał charakter terrorystyczny, wywołał wiele pożarów zniszczeń budynków mieszkalnych. Zginęło ok. 1200 mieszkańców miasta. Wybuchła panika i rozpoczął się masowy eksodus Osetyjczyków z miasta. Armia gruzińska nacierała dwoma brygadami zmechanizowanymi, wspartymi liczną bronią pancerną oraz brygadą artylerii. Ogółem w pierwszej linii Gruzini dysponowali 12 tys. żołnierzy i 75 czołgów. W pierwszych godzinach Gruzini osiągnęli wiele sukcesów, w tym wdarli się do stolicy Osetii Południowej – Cchwingali.

Po piekielnej dla Cchwingali i Osetyjczyków nocy, gdy rosyjski batalion sił pokojowych płk Konstatina Tamermana znalazł się w okrążeniu wojsk gruzińskich stracił wielu żołnierzy i większość sprzętu wyruszyła odsiecz, ruszyła nocą brawurowo zdobywając kluczowy Tunel Rocki, mimo strat pod ogniem artylerii gruzińskiej i udanych akcji komandosów gruzińskich Rosjanie ruszyli na pomoc miastu i swoim „mirotworcom”… W jedną stronę ciągnęło wojsko, w druga kolumny przerażonych Osetyjczyków uciekających przed wojną

 

Rosyjski kontratak

Strona rosyjska i Osetyjczycy w ujęciu strategicznym zostali totalnie zaskoczeni. Całkowicie zawiodło rozpoznanie , (rosyjski wywiad wojskowy GRU) i to tak agenturalne jak i zwiad satelitarny oraz nasłuch radiowy. Jednak rosyjska 58 Armia dowodzona przez generała Anatolia Chrulewa, w obliczu narastającego o miesięcy napięcia dysponowała szczegółowymi, wielokrotnie przećwiczonymi planami interwencji zbrojnej na terenie Osetii Południowej. W stałej gotowości utrzymywano dwa wzmocnione bataliony piechoty zmechanizowanej, które w ciągu kilku godzin miały wkroczyć do Osetii Południowej. Reszta oddziałów miała tam dotrzeć w terminie od 1 do 3 dni. Przerzucono też w obszar armii ok. 3 tys. spadochroniarzy 7 Gwardyjskiej Dywizji Powietrzno-Szturmowej. Kluczowym było utrzymanie i zabezpieczenie przez Osetyjczyków i Rosjan 4 kilometrowego Tunelu Rockiego pod masywem górskim – jedynej drogi jaką mogła dotrzeć odsiecz. Trudną rolę miał do wypełnienia rosyjski batalion pokojowy, dowodzony przez pułkownika Konstantina Timermana. Atakowany od pierwszych godzin przez Gruzinów, stracił kilkudziesięciu żołnierzy zabitych i cały sprzęt pancerny. Jednak mimo wezwań do kapitulacji, batalion przyjął obronę okrężną i odpierał kolejne szturmy armii gruzińskiej.

Osetyjczycy w samych Cchwingali przy miażdżącej przewadze atakujących Gruzinów w dużej mierze zostali rozbici, mimo walecznej obrony wyparci w kierunku na miasto Dżawa. Jednak te kilka godzin powstrzymywania Gruzinów pozwoliło, aby poderwane w trybie alarmowym, czołowe oddziały rosyjskie ze składu 19 Dywizji Zmechanizowanej przeszły tunel i około południa w dynamicznym, nieubezpieczonym marszu rozpoczęły przemieszczanie się tzw „drogą zarską”. Rosyjska artyleria już ok. 13.00 udzieliła wsparcia kontratakującym Osetyjczykom.

Do kontrataku przystąpiło też rosyjskie lotnictwo bombardując lotniska, radary, bazy wojskowe i wykryte gruzińskie oddziały. Improwizacja tych nalotów, w połączeniu z silną gruzińską obroną przeciwlotniczą, sprawiły, że Rosjanie ponieśli bolesne straty. Gruziński system p-lot „Buk” zestrzelił m.in. bombowiec strategiczny TU-22M3. Rosjanie stracili kilka samolotów uderzeniowych SU-24 i szturmowców SU-25. Interweniowało centralne dowództwo i od trzeciego dnia wojny operacjami lotniczymi dowodził bezpośredni sztab WWS w Moskwie.

Po „krwawej łaźni” 9 sierpnia zgotowanej rosyjskiemu lotnictwu przez gruzińską obronę przeciwlotniczą skierowano na nią uwagę i od popołudnia 9 sierpnia 2008 i 10 sierpnia za pomocą rakiet przeciwradiolokacyjnych Ch-58, nowoczesnych bombowców ze stacją zakłóceń WRE typu Su-34 oraz akcjami komandosów gruzińską obronę p-lot unicestwiono.

Zmieniono strategię i taktykę nalotów oraz skierowano w obszar walk najnowsze samoloty uderzeniowe z zasobnikami walki radiowo-elektornicznej typu SU-34. 9 sierpnia, nad ranem kompania czołgów w brawurowym rajdzie przebiła się do broniącego się rosyjskiego batalionu sił pokojowych dostarczając leki i amunicję. Rosjanie postawili na szybkość działania, aby jak najszybciej przebić się, do wysyłającego dramatyczne prośby o pomoc płk. Timermana. Zaowocowało to stratami kolumn marszowych, które dostawały się na drodze zarskej, pod ostrzał silnej i licznej artylerii gruzińskiej. Grupa komandosów gruzińskich przeprowadziła udaną zasadzkę i zaatakowała kolumnę sztabową 58 armii. Zniszczono Rosjanom kilkanaście wozów bojowych i ciężarówek. Poległo wielu oficerów sztabu, a sam generał Anatolij Chrulew został ranny, uratował go zasłaniając własnym ciałem kierowca. Poległ dowódca 135 pułku major Wietczinow osłaniając towarzyszących sztabowi dziennikarzy. Jednak wykonywane z dużym poświęceniem ataki lotników rosyjskich na szturmowych samolotach SU-25 , zdławiły ogień gruzińskiej artylerii. Z czasem ogień kontrbateryjny rozpoczęła przemieszczona rosyjska artyleria i Rosjanie 10 sierpnia powoli zaczęli wypierać Gruzinów z zajętych terytoriów.

Czerwona gorączka opanowała całą Amerykę

Wirus antyrosyjskości po raz kolejny dotarł do Stanów Zjednoczonych. Choroba, na którą chronicznie cierpi Polska, zaczęła obecnie zbierać żniwo w USA. Trudno wyrokować czy i jak długo będzie na nią odporny Donald Trump, tym bardziej, że pierwsze jej symptomy można zaobserwować już nie tylko w jego macierzystej Partii Republikańskiej, ale także w łonie samej prezydenckiej administracji.

 

„Byliście państwo świadkami prawdopodobnie jednego z najbardziej haniebnych wystąpień amerykańskiego prezydenta podczas spotkania z rosyjskim przywódcą, z pewnością najbardziej haniebnego z tych, które obserwowałem” – to słowa Andersona Coopera, gwiazdy publicystyki CNN, który w ten sposób skomentował niedawną konferencję Trumpa z Władimirem Putinem w Helsinkach. Jego zdaniem, podobnie jak zdaniem większości liberalnych i konserwatywnych komentatorów w USA, już samo spotkanie z rosyjskim prezydentem nosiło znamiona zdrady narodowej. Czarę goryczy przelało zaś odżegnanie się Trumpa od kategorycznego oskarżenia Moskwy o ingerowanie w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 r.

To właśnie niespodziewana wygrana Trumpa sprzed dwóch lat skierowała uwagę amerykańskich publicystów i polityków w stronę Rosji. Wytłumaczenia sensacyjnej skądinąd porażki Hilary Clinton zaczęto doszukiwać się nie w zmęczeniu części społeczeństwa liberalną gospodarką, lecz w ingerencji rosyjskich hakerów. Wytłumaczenie proste, ale nader skuteczne. Tworzone przez Moskwę strony internetowe i fałszywe profile w mediach społecznościowych, krytykujące Clinton i sprzyjające Trumpowi, miały zatem przechylić szalę zwycięstwa na korzyść tego drugiego. Z pomocy Rosjan Trump miał korzystać także bezpośrednio, wysyłając swoich ludzi na spotkania m.in. z rosyjskim ambasadorem. Wysocy członkowie kampanii Trumpa spotykali się również z przedstawicielami Izraela i Arabii Saudyjskiej, ale o tych kontaktach media amerykańskie informują jakby mniej.

Nie ulega wątpliwości, że wiele z kont w mediach społecznościowych zostało założonych w Europie Wschodniej, przede wszystkim w Macedonii. To stąd wynajęci internauci podrzucali fałszywe, ale i prawdziwe oskarżenia wobec kandydatki Partii Demokratycznej. Jak się okazało, znaczna część z nich była powiązana z rosyjskimi służbami. Trudno jednak zmierzyć ich rzeczywisty wpływ na przebieg prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych. Co prawda, źródła internetowe odgrywają coraz większą rolę w kształtowaniu sympatii politycznych, jednak konserwatywni biali wyborcy w średnim wieku – a tacy stanowili większość elektoratu Trumpa – nadal czerpią wiedzę przede wszystkim z „tradycyjnej” telewizji, zwłaszcza z Fox News. Trudno także jednoznacznie wykluczyć podobną działalność służb innych państw. Jednak mówi się i pisze wyłącznie o Rosji.

Od momentu wyboru Trumpa na prezydenta, amerykańskie media nie ustają w sugerowaniu, że zawdzięcza on swój urząd przede wszystkim Rosjanom. Co jakiś czas pojawia się także plotka o kompromitujących nagraniach wideo, którymi Kreml szantażuje amerykańskiego prezydenta. Ma to tłumaczyć jakoby nad wyraz pojednawczy stosunek Trumpa do Putina. Przy czym jeszcze kilka lat temu te same media przyklaskiwały tzw. resetowi w relacjach USA z Rosją, zapoczątkowanemu przez poprzedniego prezydenta Baracka Obamę. Prawda, że od tego czasu Krym znalazł się pod okupacją rosyjską, jednak i pozostali główni partnerzy USA, w tym Chiny, wcale nie prowadziły wyjątkowo pokojowej polityki. Tymczasem Xi Jinping, który niedawno załatwił sobie dożywotnie przywództwo i zakończył liberalny zwrot w kraju, przedstawiany jest przez amerykańskie media niczym mąż opatrznościowy światowego pokoju i wolnego handlu.

„Czerwona gorączka”, jak zwykło nazywać się antyrosyjskie nastroje, nie jest niczym nowym w USA. Już pod koniec XIX w. prasa amerykańska rozpisywała się na temat rosyjskich anarchistów, którzy mieli masowo przybywać do Stanów Zjednoczonych po to tylko, aby je zniszczyć od wewnątrz. Po zakończeniu I wojny światowej kraj opanował strach przed bolszewikami, skrywającymi się pod płaszczykiem imigrantów z Europy Wschodniej. To wówczas rozpoczęto deportacje z USA na niespotykaną dotąd skalę. Kilkaset mężczyzn i kobiet zostało wydalonych do Rosji tylko dlatego, że wzięli udział w strajku lub czytali socjalistyczną prasę. Dodatkowo wielu z nich niezgodnie z prawem pozbawiono amerykańskiego obywatelstwa. Kolejny ras antyrosyjski wirus zaatakował USA w latach 50., kiedy senator Joseph McCarthy „czyścił” państwowe urzędy z radzieckich szpiegów. Wystarczyło, aby ktoś wziął udział w spotkaniu Partii Komunistycznej USA, aby stracić pracę czy nawet trafić do więzienia. Mechanizm zawsze był ten sam: uwagę zmęczonego i poróżnionego społeczeństwa kierowano w stronę kozła ofiarnego, zaś każdą próbę krytyki istniejącego systemu uważano za „antyamerykańskie” zachowanie.

Nic tak nie spaja społeczeństwa jak wróg zewnętrzny, o czym wielokrotnie przekonywaliśmy się i nadal przekonujemy w Polsce. Prawda ta jest jeszcze dłużej znana w USA. Dlatego demokraci przy każdej okazji wypominają Trumpowi „prorosyjską” postawę. Ich zdaniem ma być ona spłatą długu za pomoc w wygraniu wyborów prezydenckich. Naprawdę zaś chcą w ten sposób odwrócić uwagę od własnych błędów, które doprowadziły ich do utraty Białego Domu i większości w Kongresie. Antyrosyjski wirus zainfekował nawet znaczną część Partii Republikańskiej. Konserwatywne elity przestraszyły się posądzenia o wspieranie „antyamerykańskiej” polityki obecnej administracji. Dotychczas bowiem to właśnie republikanie lubowali się w oskarżaniu o „antyamerykańskość” swoich przeciwników. Co więcej, część administracji prezydenckiej, w tym sekretarz stanu Mark Pompeo, przestraszyła się medialnej nagonki i zdystansowała się od pojednawczych słów Trumpa.

Polityka wewnętrzna i zagraniczna Donalda Trumpa obfituje w błędy i nagłe zwroty. Również sam prezydent pozostawia wiele do życzenia. To za jego przyczyną światem targają obecnie konflikty i emocje, których można by z łatwością uniknąć. Ta negatywna ocena nie zmienia jednak faktu, że sprowadzanie go do roli rosyjskiej marionetki – a taki wydaje się być przekaz głównych amerykańskich (ale i polskich) mediów – to droga prowadząca do pogłębienia już istniejących problemów i tworzenia nowych. Tymczasem poprawa stosunków na linii USA – Rosja leży nie tylko w interesie obu państw, ale także Polski i całej Unii Europejskiej. Uświadomienie sobie tej prostej prawdy to najlepsza szczepionka przeciwko antyrosyjskiemu wirusowi.

Przed wizytą w Izraelu

Czy w czasie rozmów ministra Jacka Czaputowicza w Tel Awiwie padnie pytanie o Rosję: „Czy przyjaciel naszych przyjaciół teraz ma być również i naszym przyjacielem”?

 

Mam zastrzeżenia do poglądu, że oto dopiero niedawno obszar Pacyfiku stał się ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych niż Europa. Obszar Pacyfiku stał się dla Stanów szczególnie ważny już po II wojnie światowej. O tym, że centrum zainteresowania polityki światowej przesunie się z Europy na Pacyfik pisał w Polsce bezpośrednio po wojnie katolicki myśliciel i w wizjoner Jerzy Braun. Ze znaczenia tego regionu zdawali sobie doskonale sprawę także politycy radzieccy. Co się zaś tyczy Europy Środkowej (obszar między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją), to znalazła się ona po II wojnie (z wyjątkiem Grecji i Jugosławii) za zgodą mocarstw zachodnich w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Natomiast po upadku państwa radzieckiego, cała Europa Środkowa włączona została do Zachodu, zredukowane zostały w środkowoeuropejskim regionie pływy rosyjskie.

O wpływy w Europie Środkowej walczą obecnie: USA, Unia Europejska (w skład której wchodzi już większość państw środkowoeuropejskich), Turcja, Chiny i oczywiście Rosja, która stara się odzyskać utracone pozycje. Jeżeli chodzi o Amerykanów to ich największym zmartwieniem w Europie była od pewnego czasu i chyba jest nadal możliwość zbytniego zbliżenia Unii Europejskiej (w tym przede wszystkim Niemiec) z Rosją. Oznaczać by to mogło podział wpływów w Europie Środkowowschodniej między Niemcami a Rosją. Stąd m.in. ważność Europy Środkowej dla Stanów Zjednoczonych i amerykańskie zainteresowanie tym regionem. Pisał o tym wielokrotnie George Friedman. Stąd ponawiające się amerykańskie próby osłabienia Unii Europejskiej (z przerwą na prezydenturę B. Obamy), a szczególnie Niemiec i Francji.

Tym też tłumaczyć trzeba amerykańską obecność w Europie Środkowej: polityczną, gospodarczą i militarną – ta ostatnia ma ostrze przede wszystkim antyrosyjskie. Polityka rosyjska z kolei zmierza w zasadzie do nawiązania bliskich relacji z Unią Europejską, a szczególnie z Niemcami, jakkolwiek niektóre jej posunięcia to chęć wyłuskiwania z Unii poszczególnych państw, partii politycznych i ruchów społecznych. W sumie zarówno USA, jak i Rosja prowadzą politykę osłabiania Unii Europejskiej.

Niezależnie od zmieniających się indywidualnych politycznych preferencji kolejnych prezydentów amerykańskich, istnieją stałe interesy Stanów Zjednoczonych w różnych częściach świata, które częstym zmianom nie podlegają. Rodzi się pytanie, na ile zmieni się polityka amerykańska w Europie Środkowej po spotkaniu Trump-Putin w Helsikach. Szczyt dotyczył w dużym stopniu Bliskiego Wschodu, a, jak zauważa wielu obserwatorów, podjęte, lub zapoczątkowane tam decyzje mieć będą implikacje globalne. Stałym i podstawowym składnikiem polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie było dotąd sojusznicze poparcie dla Izraela.

W momencie kiedy Stany Zjednoczone dzielą się odpowiedzialnością za bezpieczeństwo Izraela z Rosją, wiele rzeczy się zmienia. Rosja ustanowiła w Syrii swe przyczółki, a Stany najwidoczniej nie są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwa swemu sojusznikowi – Izraelowi. Zarówno Stany, jak i Izrael zdają sobie sprawę, że bez Rosji nie ustabilizują sytuacji w tym regionie, bo o ostatecznym uregulowaniu konfliktów w ogóle nie ma mowy.

Głównymi sojusznikami Stanów na Bliskim Wschodzie są, obok Izraela – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Trwałość tego sojuszu nie jest jednak wieczna. Stany Zjednoczone posiadają od pewnego czasu własne, olbrzymie zasoby ropy i gazu, mogą więc zrezygnować z bliskowschodniej ropy bez uszczerbku dla swego bezpieczeństwa energetycznego. W razie dalszego wycofywania się w bliżej nieokreślonej przyszłości Stanów z Bliskiego Wschodu, globalna rola Rosji będzie rosła i doczekać się możemy jeszcze entuzjastycznych komentarzy w zachodnich mediach na temat Rosji i demokratycznego porządku w tym kraju.

Sytuacją w świecie po szczycie Trump-Putin w Helsinkach oraz niepewną przyszłością polskiego bezpieczeństwa zaniepokojeni są polscy emerytowani dyplomaci, czemu dali wyraz w opublikowanym w prasie Stanowisku Konferencji Ambasadorów 20 lipca br. Stanowisko podpisane zostało przez 29 ambasadorów, w tym dwóch wybitnych dyplomatów, wykształconych jeszcze solidnie w Polsce Ludowej: Jerzego Marię Nowaka i Andrzeja Towpika. W Stanowisku czytamy pod adresem obecnego polskiego rządu m.in.: „Próby skłonienia USA ofertami finansowymi do rozszerzenia na naszym terytorium obecności wojskowej nie wpływają korzystnie na pozycję Polski w relacjach z innymi członkami NATO. Bezpieczeństwo Polski powinno uwzględniać dwa filary – USA i Europę”. Oraz: „Wysiłek społeczny przeznaczenia 2 proc. PKB na sferę obrony nie przekłada się na wzrost potencjału militarnego sił Zbrojnych RP”.

Nasuwa się rzeczywiście pytanie na co te pieniądze są wydawane, skoro wyników brak? W najbliższym czasie dowiemy się też czy Stany Zjednoczone ustanowią swą stałą obecność na wschodniej flance NATO oraz czy sprzedadzą Polsce broń i czy zdecydują się na modernizację naszej armii. Skoro bowiem Rosja staje się, przynajmniej na Bliskim Wschodzie, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, to może należy się spodziewać, że także w polsko-rosyjskich stosunkach nastąpi era ocieplenia. Po co więc byłaby ta cała antyrosyjska narracja w poprzednich latach? Trudno przy tym uwierzyć, że poprawa stosunków amerykańsko-rosyjskich następuje tak nagle i że już wcześniej o pewnych sprawach nie rozmawiano. Przecież prezydent Trump już od początku swej prezydentury pragnął wycofać amerykańskie oddziały z Syrii!

John R. Bradley, brytyjski ekspert ds. Bliskiego Wschodu zauważył, że porozumienie USA, Rosja, Izrael w sprawie konfliktu w Syrii oznacza, że prezydent Baszszar al-Assad utrzyma się przy władzy, a Syria staje się rosyjskim protektoratem. Rząd syryjski zaoferuje gwarancje dotyczące bezpieczeństwa Izraela, a Stany Zjednoczone porzuciły wspieranych przez siebie rebeliantów w południowo-zachodniej Syrii.
Dzięki porozumieniu Rosja otrzymuje potwierdzenie swego statusu w Syrii i ciepłowodny port na wybrzeżu Morza Śródziemnego, a USA ma zamiar wycofać swe oddziały z operacji w Syrii. (John R. Bradley, „Assad is back for good In Syria – and with Trump’s Blessing”, The Spectator, 21 July 2018). Media dorzucają stale dodatkowe, potwierdzające te wieści informacje. Tak np. amerykańska gazeta Washington Post stwierdziła 27 lipca, iż nie można wykluczyć, że Donald Trump w rozmowie z Putinem zaakceptował wcześniejszą nieformalną umowę między Izraelem a Rosją. Władze Izraela zgodziły się w niej uznać jurysdykcję prezydenta Assada nad południowo-zachodnią Syrią w zamian za gwarancję Kremla, że jednostki irańskie rozlokowane będą w Syrii nie bliżej niż 80 km od granicy z Izraelem.

Inne źródło z kolei informuje, że Rosja rozmieści swą policję wojskową na Wzgórzach Golan i otworzy osiem punktów obserwacyjnych, by uniknąć możliwych prowokacji, natomiast siły irańskie w Syrii wycofają się na odległość 85 km od okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan („Rosjanie wchodzą do Izraela, portal WGospodarcze,pl, 2 sierpnia 2018).
W Polsce, po stronie rządowej także zaobserwować można zaniepokojenie, chociaż przesłania je dyskusja polityków i publicystów na inne ważne tematy. Większość polityków i publicystów nie zauważa jak gdyby, że w świecie nastąpić może (nie twierdzę, że na pewno nastąpi) poważna zmiana sojuszy).

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz udał się natychmiast do Waszyngtonu, by zorientować się w aktualnej sytuacji. Rozmawiał w Białym Domu z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Johnem Boltonem na temat dwustronnych stosunków. Po tej rozmowie, korespondentom polskich mediów min. Czaputowicz oznajmił, że podczas planowanego spotkania prezydentów Polski i USA zapaść mogą konkretne decyzje w sprawie stałej, a nie rotacyjnej – jak obecnie – obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski. Jak ustaliła PAP, w ostatecznym projekcie ustawy o wydatkach na obronę narodową USA w roku bieżącym znalazła się poprawka zobowiązująca ministra obrony do poinformowania o możliwości i celowości stałego stacjonowania w Polsce amerykańskiej grupy bojowej (brygady). Minister Czaputowicz oświadczył polskim korespondentom, że został zapewniony, iż nie ma żadnych obaw co do pewności, że Stany Zjednoczone pozostają naszym sojusznikiem. („USA: Minister Czaputowicz spotkał się z Boltonem”, WGospodarce.pl, 27 lipca 2018).

Zapewne po to, by rozwiać jeszcze inne wątpliwości minister Czaputowicz w najbliższych dniach złoży wizytę w Izraelu (11-13 sierpnia). Wśród ujawnionych w prasie tematów rozmów w Izraelu brak co prawda tematyki szczytu w Helsinkach i „wojskowych Rosjan w Izraelu”, ale należy się domyślać, że padnie tam pytanie czy Rosja, „przyjaciel naszych przyjaciół zostać ma także naszym przyjacielem”.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.

Ważą się losy

Zgodnie z przewidywaniami, nowy prezydent Ekwadoru Lenin Moreno nie zamierza dłużej chronić najsłynniejszego demaskatora. Julian Assange będzie musiał opuścić ambasadę południowoamerykańskiego kraju w Londynie. Co dalej? Scenariuszy jest kilka. Najczarniejszy to ekstradycja do USA, gdzie czekałaby go prawdopodobnie kara śmierci.

 

Julian Assange od 19 czerwca 2012 roku przebywa na terenie ambasady Ekwadoru w Londynie, gdzie udzielono mu azylu politycznego. Lata izolacji były dla niego ciężkie szczególnie po pozbawieniu dostępu do sieci. Miało to być konsekwencją jego tweetów wspierających ruchy autonomiczne w Katalonii – naciski na prezydenta Ekwadoru, Lenina Moreno, wywierać miał Madryt. Jasnym było, że w ciągu ostatnich lat Assange stawał się dla Ekwadoru gościem coraz bardziej uciążliwym – teraz mówi się wręcz o pozbawieniu go azylu i wydaleniu z ambasady.

Do informacji o planach prezydenta Moreno dotarł Gleen Greenwald – ten sam, z którym w Hong Kongu spotkał się Edward Snowden, aby wyjawić światu tajemnice amerykańskiego programu masowej inwigilacji PRISM. Greenwald poinformował, że jutrzejsza wizyta Moreno w Londynie na Global Disability Summit to tylko przykrywka. Naprawdę Moreno chce negocjować z Londynem warunki wycofania azylu dla Assange’a i przekazania go władzom brytyjskim. Powodem takiego stanu rzeczy ma być przede wszystkim rosnące napięcie na linii Madryt-Quito. Greenwald powołuje się na swoje źródła w ekwadorskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych i Kancelarii Prezydenta.

Decyzje mogą zapaść już na początku przyszłego tygodnia, a prognozy nie są dla Assange’a optymistycznie – zarówno źródła jak i sam Greenwald relatywnie nisko oceniają pozycję prezydenta Moreno w negocjacjach z Londynem, przez co prawdopodobieństwo, że uda się dla Assange’a wynegocjować jakiekolwiek gwarancje jest niskie. Oczywiście najważniejszą z nich jest gwaranacja braku ekstradycji do Stanów Zjednoczonych, gdzie politycy obu partii otwarcie mówią, że Assange zasłużył na karę śmierci za zdradę. Co ciekawe, Amerykanie nie postawili jak dotąd żadnych zarzutów, zaś śledztwo szwedzkiej prokuratury w sprawie oskarżeń o przestępstwa seksualne zostało umorzone. Paradoksalnie Assange spędził ostatnie 6 lat w izolacji bez postawionych twardych zarzutów.

Najczarniejszym scenariuszem dla Assange’a jest oczywiście ekstradycja do Stanów Zjednoczonych. Administracja Barracka Obamy jednoznacznie zamierzała sądzić Assange’a w sprawie publikacji tajnych dokumentów, jednak po przyznaniu azylu politycznego wyczerpała środki prawne, aby tego dokonać. Od tego czasu upłynęło jednak wiele czasu i dziś w Białym Domu zasiada człowiek zupełnie inny. Polityczny kapitał Donalda Trumpa częściowo zbudowany został na kompromitacji dawnych elit, a do tego przyczynili się przecież właśnie Assange, Snowden czy Manning. Z drugiej zaś strony pojmowany na swój sposób patriotyzm Trumpa może się okazać dla Assange’a katastrofą.

Oczywiście informacje o ruchach prezydenta Moreno nie zostały jakkolwiek potwierdzone oficjalnie, niemniej Gleen Greenwald, jako najbardziej uznany i zaangażowany w losy internetowych alarmistów dziennikarz na świecie jest wiarygodnym źródłem.

Zgubieni

1820 nieletnich, które przymusowo oddzielono od rodziców po nielegalnym przekroczeniu meksykańskiej granicy, wróciło do opiekunów. Pozostało kilkaset dzieci, których opiekunów już deportowano. Państwo amerykańskie woli chwalić się sukcesami, niż naprawdę rozwiązać problemy wywołane przez jego bezduszną politykę.

 

Donald Trump, pod naciskiem opinii publicznej wzburzonej wstrząsającymi zdjęciami dzieci w klatkach, zawiesił politykę rozdzielania rodzin nielegalnie przekraczających meksykańsko-amerykańską granicę i obiecał, że wszyscy nieletni – część z nich to naprawdę małe dzieci – wróci do rodziców. Nie anulowano jednak przepisów, na mocy których całe rodziny nadal będą mogły być bezterminowo przetrzymywane w aresztach i centrach detencji, czekając na proces karny.

Dopóki polityka „zero tolerancji” obowiązywała w całej rozciągłości, od rodziców oddzielono ponad 2500 dzieci. Większość z nich jest już na powrót razem z rodzicami. Według opublikowanego wczoraj rządowego sprawozdania 1442 dzieci w wieku powyżej pięciu lat dołączyło do opiekunów przebywających w centrach detencyjnych prowadzonych przez urząd imigracyjny i celny (ICE). 378 dzieci młodszych wróciło do rodzin „w inny adekwatny sposób”, ogólnikowo podaje administracja Trumpa. Aby zatrzeć fatalne wrażenie wywołane przez odbieranie dzieci rodzicom, ICE postanowił wypuścić większość rodzin z dziećmi z miejsc zatrzymania, ograniczając się do objęcia rodziców nadzorem elektronicznym.

Transport dzieci do ośrodków w Teksasie, Nowym Meksyku i Arizonie, gdzie odbywało się łączenie rodzin, zapewniały w większości organizacje pozarządowe i charytatywne. Nic nie wskazuje na to, by państwo poczuło się np. do zapewnienia opieki psychologicznej dzieciom, dla których odłączenie od opiekunów było prawdziwą traumą.

Co gorsza, rząd USA był zmuszony przyznać, że ponad 700 dzieci pozostało w osobnych centrach detencyjnych dla nieletnich, bo „nie ma możliwości” połączenia ich z rodzinami. W 431 przypadkach opiekunowie nieletnich już zostali deportowani poza granice USA. Prawnicy i fundacje wspierające rodziców są pełni złych przeczuć. Nie wykluczają, że odzyskanie dzieci będzie wymagało prawdziwej detektywistycznej pracy. Zgłaszane są również przypadki, w których nieletnich przekazano opiekunom innym niż rodzice, a ci obecnie oprotestowują taką decyzję.

Tymczasem Donald Trump ma już inne tematy do omawiania na Twitterze…

Palestyna liderem 80 proc. świata

Grupa 77, koalicja w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych obejmująca ponad 80 proc. ludności świata, przyznała przedstawicielstwu Palestyny funkcję przewodnictwa całemu blokowi w 2019 r. Obecnie pełni ją Egipt.

 

To kolejny dowód uznania dla Palestyńczyków ze strony społeczności międzynarodowej oraz kolejny cios dla Izraela i bliskowschodniej polityki Stanów Zjednoczonych.
O decyzji Grupy 77 poinformował Riyad Mansour, stały przedstawiciel Palestyny w ONZ, w telefonicznej rozmowie z The New York Times. – Będziemy prowadzić negocjacje w imieniu 135 państw – oświadczył Mansour w wypowiedzi dla dziennika.

Grupa 77 to koalicja krajów rozwijających się, obejmująca głównie regiony Globalnego Południa, lecz również wschodzące potęgi, takie jak Chiny. 77 to liczba krajów, które zawiązały ten sojusz w ONZ w 1964 r. Od tamtego czasu blok rozrósł się prawie dwukrotnie i obecnie liczy sobie 135 członków, w tym Palestynę. Koalicja, posiadająca własne struktury w ONZ, wspierała w minionych dekadach procesy dekolonizacyjne i walkę o globalną sprawiedliwość gospodarczą, próbując równoważyć reguły narzucane przez ekonomicznie najsilniejsze państwa świata. Włączała się również w walkę z apartheidem w RPA i podobne formy ucisku w innych krajach.

Palestyńskie przewodnictwo ma znaczenie głównie symboliczne. Od 2012 r. przedstawicielstwo Ramallah ma w ONZ status państwa-obserwatora, czyli niepełne członkostwo. Może brać udział w sesjach Zgromadzenia Ogólnego i zabierać głos, chociaż nie ma prawa głosu. Ma też wstęp do ważnych instytucji ONZ, m.in. UNESCO i Miedzynarodwego Trybunału Karnego.

Decyzja Grupy 77 jest bez wątpienia świadectwem wzrostu znaczenia Palestyny na arenie międzynarodowej. Mansour dał do zrozumienia oznacza to wzmocnienie pozycji jego kraju wobec Izraela i USA: – Oni twierdzą, że nie jesteśmy państwem – mówił w rozmowie z NYT – Teraz robimy wszystko jak normalne państwa, więc państwem jesteśmy (…) Najwyższy czas, by kraje regionu [Bliskiego Wschodu] wystąpiły otwarcie i okazały rzeczywistą pomoc narodowi Palestyny, zamiast nieustannie przemawiać z oddali.

Międzynarodowa rola Palestyny rośnie w sytuacji, gdy jej relacje dypolatyczne ze Stanami Zjednoczonymi praktycznie ustały. Stało się tak z inicjatywy Ramallah po tym, jak prezydent Donald Trump przeniósł na początku roku ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, której wschodnia arabska część jest okupowana przez Izrael od 1967 r., tak jak większość ziem palestyńskich.

Uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela przez USA zostało potepione przez społeczność międzynarodową.

Trump szczycił się wcześniej ambicjami doprowadzenia do pokoju palesteńsko-izraelskiego, jednak jego jednostronna proizraelska polityka nie sprzyja temu. USA wystąpiły z Rady Bezpieczeństwa na znak protestu wobec potępienia Izraela przez ONZ za majową masakrę Palestyńczyków w Strefie Gazy. Stany Zjednoczone od początku również sprzeciwiały się przyznaniu Palestynie statusu państwa-obserwatora w ONZ.

Przez serca do żołądków

Dawno nie słyszeliśmy tak zgodnych opinii wyrażanych przez prominentnych polityków Zachodu i Chin. Tak było podczas spotkania prezydenta Xi Jinpinga z przewodniczącym Rady Europejskiej – Donaldem Tuskiem, przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem, dyrektorem generalnym UNESCO Audrey Azoulay i Jim Young Kimem – prezesem Banku Światowego.

 

„Obecnie możemy obserwować odradzającą się tendencję do izolacji oraz unilateralizmu”, – powiedziała dyrektor generalna UNESCO, Audrey Azoulay. „Międzynarodowa społeczność powinna odznaczać się otwartością, powinna także wspierać multilateralizm oraz popierać dialog, co jest ważnym elementem globalnego zarządzania” – dodała Azoulay.

Jim Yong Kim podziękował Chinom za długotrwałe wspieranie Banku Światowego, zwłaszcza programu zwiększenia kapitału banku i reform tej instytucji. Skrytykował tendencje protekcjonistyczne obecne dzisiaj w polityce prezydenta USA Donalda Trumpa.

A przewodniczący Donald Tusk kolejny raz jeszcze przypomniał, że sprzeciwianie się unilateralizmowi, protekcjonalizmowi oraz utrudnianiu handlu jest wolą dzisiejszego świata. Jego głos zgodny był z deklaracjami przywódców licznych państw, zwłaszcza Japonii i Kanady.

Okazuje się, że amerykański hegemonizm handlowy zjednoczył przeciwko prezydentowi Trumpowi wszystkich światowych liderów gospodarczych i liczne instytucje symbolizujące liberalny Zachód. Być może protekcjonistyczna polityka administracji Trumpa przyniesie gospodarce amerykańskiej korzyści, ale mogą okazać się krótkoterminowe.

Jej negatywnym dla gospodarki USA efektem będą nowe, globalne koalicje gospodarcze oparte na zasadzie „win-win”, czyli każdy partner odnosi w nich interesujące go zyski. Czasem niewysokie, ale sprzyjające innym korzyściom. Koalicje omijające USA.

Kosztem ubocznym wojen celnych prezydenta Trumpa z Chinami, Unią Europejską i wieloma innymi partnerami może być też pogorszony wizerunek USA na arenie międzynarodowej. Widoczna już niechęć wielu światowych instytucji do współpracy z administracją Trumpa może przenieść się na inne amerykańskie instytucje, co pogorszy globalną pozycję USA.

„Ludzkie serca są największą siłą polityczną”, powiedział kiedyś prezydent Xi. Co przypomniał podczas spotkania prezes Kim. Proponując aby współpraca globalnych liderów opierała się na fundamencie „serca”, czyli takich wartości jak wolny handel multilateralizm i stały dialog przy zachowaniu regionalnych specyfik i odrębności.

Taka współpraca i wzajemny szacunek stworzą podstawy do wielu zysków dla wszystkich partnerów. Każdy kompromis gospodarczy lepszy jest od wojny.

 

Przy pisaniu tego artykułu autorka korzystała z publikacji „People’s Daily” – „Rénmín Rìbào”.

Przełom pod ostrzałem

Czarne chmury zbierają się nad porozumieniem Trump-Kim. Podkopują je sami Amerykanie – zgodnie z własną wieloletnią tradycją. Politycy i największe media bez skrupułów wciskają nam kit na temat na temat programu jądrowego Korei Północnej.

 

Czerwcowy szczyt, na którym Donald Trump i Kim Dzong Un uścisnęli sobie dłonie był wydarzeniem po pierwsze epokowym, po drugie – od początku do końca skrojonym pod media. Dziwnym może się zatem wydawać, że dzisiaj, miesiąc po tych wydarzeniach, temat prawie całkowicie spadł z agendy zarówno publicystycznej, jak i politycznej – przynajmniej po stronie amerykańskiej. Powody są zasadniczo dwa. Trump to przede wszystkim polityczny enfant terrible. Jego prezydentura ma to do siebie, że postać ta – generalnie nieprzygotowana do pełnienia tej roli – sama, zupełnie spontanicznie, tworzy co chwila sytuacje o randze epokowych wydarzeń, pakując przy tym siebie, swój kraj i resztę świata w epickie kłopoty. Złaknione emocji media podążają więc za Trumpem jak za Godzillą dewastującą na swej drodze coraz to nowe przyczółki ludzkości, nawet jeśli niechcący zostawił on po sobie coś tchnącego nadzieją.

Powód drugi jest taki, że przyjacielski gest otwarcie się USA na Koreę Północną był dyplomatyczną improwizacją, działaniem pozbawionym szerszego planu, nastawionym głównie na wypromowanie prezydenta w wątpliwej roli „zbawcy świata”. Po pierwsze, otoczenie prezydenta w ogóle nie utożsamia się z tą misją – realne dogadanie się z KRLD nigdy nie interesowało ich środowiska politycznego. Wywodzą się oni na ogół z republikańskich „jastrzębi”, dla których państwo Kimów zawsze pozostanie śmiertelnym wrogiem i celem zniszczenia. Dotyczy to zwłaszcza Johna Boltona, który znany jest ze swojego entuzjazmu wobec idei zbrojnego najazdu na Koreę Północną. Za pierwszej kadencji George’a W. Busha był osobiście odpowiedzialny za rozbicie wstępnego układu denuklearyzacyjnego, którą ówczesna administracja odziedziczyła po Clintonie. Szczyt singapurski był więc kaprysem Donalda Trumpa, ewentualnie zagrywką PR, nie zaś efektem trwałych dążeń politycznych stronnictwa, jakie prezydent reprezentuje – stronnictwo takie prawdopodobnie w ogóle nie istnieje.

Po drugie, kroki dyplomatyczne podjęte przez dyplomację USA wobec KRLD po Singapurze natychmiast napotkały strukturalną barierę i grożą zatrzymaniem procesu, co – tak jak w przeszłości – oznacza jego odwrócenie. Kroki te oficjalnie miały na celu doprecyzowanie postanowień obustronnej deklaracji z 12 czerwca i podjęcie konkretnych działań zmierzających do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Wbrew temu, co można było usłyszeć w amerykańskich mediach, misja ta, podjęta przez Mike’a Pompeo, zakończyła się chwilowym fiaskiem, ponieważ polegała na kontynuacji podejścia stosowanego za Busha. I tak jak wówczas, nie była obliczona na realny efekt, a bardziej na spektakl polityczny, po którym rządzący spodziewają się zebrać oklaski.

Wreszcie po trzecie, cała dotychczasowa prezydentura Trumpa jest przedstawieniem, nie posiada głębszego politycznego dna. Owszem, z grubsza odpowiada poglądom prawicy „jaskiniowej”, ale nie stoi za nią żadna wpływowa grupa interesu. Wall Street wolałoby zapewne tradycyjnego republikanina, a lobby wojskowo-zbrojeniowe – Hillary Clinton.

 

Dwa kroki w przód, jeden do tyłu

Sekretarz stanu Mike Pompeo spotkał się na początku lipca z Kim Jung Czolem, jednym z najważniejszych oficjeli w KRLD i szefem tamtejszego wywiadu. Mieli rozmawiać o perspektywach wyłączenia części północnokoreańskiej infrastruktury nuklearnej, oficjalnego zakończenia wojny 1950-1953 r. między dwiema Koreami (pokoju nigdy nie podpisano) i przekazania USA szczątków amerykańskich żołnierzy z czasów tego konfliktu 1950-1953 r. Odlatując z Pjongjangu do Tokio Pompeo chwalił się dziennikarzom, że wszystko jest na dobrej drodze do pełnego sukcesu: rozmowy odbyły się „w dobrej wierze”, były „produktywne”, na ważnych obszarach dokonano „poważnego postępu”, niemniej jednak „nadal jest nad czym pracować”. W takim też duchu relację z tej wizyty zdały media.

Niestety diametralnie inaczej oceniła ją strona koreańska. Ministerstwo spraw zagranicznych uznało rozmowy z Pompeo za „godne ubolewania”, a ich wynik za „bardzo niepokojący”. Dyplomacja KRLD oświadczyła: może on doprowadzić do „niebezpiecznej sytuacji, w której osłabnie nasza wola do denuklearyzacji, która wcześniej była zdecydowana”.

Oficjalne oświadczenie mówi: „Oczekiwaliśmy od strony amerykańskiej konstruktywnych kroków służących budowie zaufania utrzymanego w duchu, w jakim upłynął szczyt naszych przywódców (..) Myśleliśmy również o zastosowaniu zasady wzajemności”. Najwidoczniej stało się inaczej. Przedstawiciel ministerstwa pisze dalej: „Postawa USA na pierwszym spotkaniu najwyższego szczebla (między naszymi krajami) okazała się jednak godna ubolewania”. Dodaje nawet: „Nasze nadzieje i oczekiwania były tak naiwne, że można je nawet zwyczajnie głupimi”.

Z relacji ministerstwa wywnioskować można, że podczas rozmów rozegrał się stary scenariusz, który już przynajmniej dwukrotnie wcześniej doprowadził do zerwania porozumienia USA z KRLD. Pompeo zaczął mianowicie stawiać Koreańczykom jednostronne wymagania, które naruszały zasadę partnerstwa. Strona północnokoreańska wyszła z propozycją zamknięcia jednej z baz do testowania rakiet dalekiego zasięgu i rozpoczęcie działań zmierzających do zwrócenia szczątków amerykańskich żołnierzy. Za najważniejsze jednak uznano prace nad przypieczętowaniem pokoju z Koreą Południową, co zakładało aktywny udział strony amerykańskiej. W tej właśnie kwestii Pompeo zaczął się wykręcać, znajdując ku temu – jak określono to w oświadczeniu – szereg „warunków i wymówek”, by oddalić sprawę porozumienia pokojowego. Asymetria ta wyjątkowo uraziła Koreańczyków, bo wykonali poważny krok naprzód, zamykając już część swoich tuneli wykorzystywanych do prac nad technologią balistyczną. Uznali to za tak istotny wkład ze swojej strony, że nie zrównoważyła tego zapowiedź odwołania wspólnych sierpniowych manewrów US Army i armii południowokoreańskiej. W geście zaufania Korea odwołała coroczne obchody rocznicy wojny koreańskiej, która zawsze przepojona była antyamerykańską symboliką i retoryką.

Bezprecedensowo złagodzono sposób mówienia o USA w północnokoreańskiej telewizji.

Jeżeli faktycznie tak przebiegły rozmowy, należy przyjąć, że Stany Zjednoczone niecały miesiąc po podpisaniu deklaracji singapurskiej zaczęły lekceważyć jej warunki. Owszem, jej postanowienia były ogólnikowe, lecz jednocześnie jasne, zrozumiałe dla każdego myślącego człowieka, poważnie traktującego możliwość porozumienia. Punkt trzeci deklaracji mówi o „pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego”, poprzedzony jest jednak oświadczeniem, że obie strony będą budować „nowe relacje oparte na dążeniu do pokoju i dobrobytu” oraz „warunki trwałego pokoju na Półwyspie”. Tymczasem po raz kolejny strona amerykańska uznała, że oni są od brania, a druga strona od dawania.

Nabrali najwyraźniej przeświadczenia, że powodzenie szczytu w Singapurze dało już Korei Płn. tak dużo, że zechce ona ten sukces zachować za wszelką ceną, godząc się nawet na nierówne traktowanie przez USA. Była to płocha nadzieja, bo z przeszłych rokowań wiadomo, że by tak nie było. KRLD od zawsze brała pod uwagę tylko porozumienie rozbrojeniowe dokonujące się na warunkach partnerskich – dlatego właśnie wszystkie przeszłe jego projekty upadły. Dzisiaj to Korea Płn., powszechnie uznana przez „wolny świat” za nieludzki reżim zagrażający światowemu bezpieczeństwu, trzyma się zasady wzajemności i dąży do budowy obopólnego zaufania, podkreślając we wspomnianym oświadczeniu, że mimo nieprzejednanej postawy amerykańskiego sekretarza stanu, nadal pokłada „pełną wiarę w prezydencie Trumpie”. Wyraża też nadzieję, że Waszyngton nie ulegnie „wiatrom wiejącym przeciwnie do woli przywódców”.

 

Negocjacje dla naiwnych

Wersję KRLD należy uznać za wiarygodną z jednego kluczowego powodu: wpisuje się ona w schemat działania powtarzany przez Amerykanów od 25 lat: stawiania dodatkowych warunków nieprzewidzianych wcześniejszymi umowami i tendencyjnej, politycznie motywowanej interpretacji faktów, przy jednoczesnym podporządkowaniu sobie społeczności międzynarodowej. Tym sposobem USA już trzykrotnie niweczyły wysiłki Korei Płn. zmierzające do wywiązania się ze wstępnych porozumień denuklearyzacyjnych. Za każdym razem wiązało się to z obsesją przyłapania KRLD na „niecnych praktykach”, które można by ukazać jako niebezpieczne lub wbrew zasadom układów międzynarodowych.

Jeden z takich przypadków „wrobienia” Korei Płn. miał autora w osobie samego Johna Boltona, obecnie doradcy Donalda Trumpa. W 2002 r. Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji George’a W. Busha, dotarł do odtajnionej i niekonkluzywnej notatki CIA sugerującej, że KRLD pozyskuje wzbogacony uran metodą odwirowania i dzięki temu mniej więcej do 2005 r. może uzyskać zdolność wytwarzania dwóch głowic nuklearnych rocznie. Środowisko wywiadu było bardzo podzielone w kwestii ostatecznych wniosków płynących z tego krótkiego, ogólnikowego dokumentu. Niemniej jednak Bolton uznał, że nareszcie otrzymał – jak sam się potem wyraził – „młot, którym mógł roztrzaskać wstępne porozumienie” denuklearyzacyjne z Kim Dzong Ilem, do jakiego wcześniej udało się doprowadzić Billowi Clintonowi. Stricte polityczną motywację Boltona potwierdziła w swoich pamiętnikach była sekretarz stanu Condoleeza Rice. I tak, aby wypromować bushowską doktrynę „walki z terroryzmem” i z „osią zła”, Bolton, nadużywszy informacji uzyskanej od wywiadu, doprowadził do celowego zerwania układu z KRLD. Nastąpiło to jesienią 2002 r. podczas wizyty asystenta sekretarza stanu Jamesa Kelly’ego w Pjongjangu, podczas której Koreańczycy mieli przedstawić plan dalszego samorozbrojenia. Kelly otrzymał wyraźne instrukcje, by porozumienie odrzucić.

Historia torpedowania przez Stany Zjednoczone porozumień denuklearyzacyjnych z Koreą Płn. sięga początków lat 90. XX wieku. Istniejący wtedy traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej wymagał od KRLD raportowania działań podejmowanych w ramach programu nuklearnego do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – IAEA. Sprawozdanie dostarczone przez Koreę Płn. w 1992 r. stało się przedmiotem trwającej kilka lat kontrowersji. W oparciu o rozbieżnie interpretowane dane amerykański wywiad, w warunkach mocno podzielonych głosów w swoim gronie, uznał ostatecznie, że Korea wcześniej podała fałszywie niską ilość plutonu uzyskanego przez swych naukowców przed 1991 r. IAIE zażądała dodatkowych inspekcji, których KRLD odmówiła, zatem Agencja postraszyła Koreę Radą Bezpieczeństwa ONZ. W 1993 r. Pjongjang oświadczył, że padł ofiarą politycznego ataku i wycofał się z układu o nierozprzestrzenianiu. Doprowadziło to do utrwalenia mitu złowrogich intencji KRLD na arenie międzynarodowej. Przetrwał on, mimo, że dalsza analiza amerykańskich laboratoriów wykazała, że Korea Płn. faktycznie nie posiadała ilości plutonu umożliwiającej produkcję choćby jednej bomby. Pjongjang nie złamał zasad.

Klęską zakończyło się również Porozumienie Sześciostronne, które zawiązało się w 2005 r. Był to układ zawarty między Koreą Płn a Koreą Płd., Japonią, USA, Chinami i Rosją zmierzający do nuklearnego rozbrojenia KRLD i normalizacji stosunków z państwem Kim Dzong Ila. W 2007 r., na drugim etapie wdrażania porozumienia, wszystko zdawało się być na dobrej drodze. KRLD doprowadziła nawet do uzgodnionego zamknięcia ośrodka pozyskiwania plutonu w Jongbjon. Jednak w 2008 r. USA rządzone jeszcze przez Busha, wspierane przez prawicowe rządy Korei Płd. i Japonii, zaczęły wyrażać obawy, że Pjongjang znów niewiarygodnie raportuje swoją aktywność nuklearną. Zażądano kontroli. Problem w tym, że zgodnie z podpisaną umową procedury weryfikacyjne przewidziano na trzecim, a nie drugim etapie wdrażania układu. Stany próbowały więc jednostronnie zmienić warunki porozumienia i wymóc uległość na Korei Płn. Pjongjang, uczulony na nierówne traktowanie, zdecydowanie odmówił, odczytując tę sytuację jako atak polityczny i próbę podporządkowania. Porozumienie zaczęło się rozpadać. USA chciały skusić KRLD ofertą wykreślenia jej z listy „państw wspierających terroryzm”. Kim Dzong Il zgodził się w końcu na kontrolę, lecz w ostatnim momencie Stany podniosły poprzeczkę, starając się narzucić własne, rozszerzone warunki, wykraczające poza proponowane przez Koreę Płn. To był gwóźdź do trumny całego układu. Upadł on w grudniu 2008 r., już po wyborze Obamy na następcę Busha. USA doprowadziły tym samym do odwrócenia postępów na drodze do denuklearyzacji KRLD. Pjongjang ponownie uruchomił zakład w Jongbjon, a prace nad bombą przyspieszyły. Waszyngton udowodnił swą wrogą postawę, a Korea nie miała powodu rezygnować ze swojego głównego środka odstraszania.

 

Z igły widły (i fake newsy)

Niezbywalnie wrogi stosunek establishmentu republikańskiego do Korei Płn. to jedno. Czasy Billa Clintona dawno już jednak minęły i Demokraci, orbitujący dziś głównie wokół jego żony, próbują wyprzedzić swych politycznych rywali w podżeganiu do wojny z KRLD. W sytuacji niedawnego napięcia między Trumpem a Kim Dzong Unem, ocierającego się o groźby konfliktu nuklearnego, senatorowie Demokratów próbowali nie dopuścić do porozumienia w Singapurze. Wyrażali się zdecydowanie krytycznie o jego wyniku, oskarżając Trumpa o działanie na szkodę bezpieczeństwa narodowego. Działania te są oczywiście motywowane walką polityczną z prezydentem. W kwestii koreańskiej Demokraci wyraźnie zaczynają zachodzić go z prawej strony. Wtórują im w tym przychylne im media, które w połowie lipca zaczęły rozsiewać pogłoski, jakoby strona północnokoreańska łamała warunki układu z Trumpem. Warto wyjaśnić tę sprawę również dlatego, że wspomniane fake news powtarzane były bezkrytycznie przez czołowe polskie ośrodki prasowe.

CNN, NBC News i Wall Street Journal w sensacyjnym tonie donosiły, że Pjonjang zdradza Amerykę. W przedstawionej przez nie wersji sprawa była prosta: najnowsze zdjęcia satelitarne dowodzą, że Korea Płn. zamiast likwidować swój program nuklearny, rozbudowuje go. Ergo: Kim zdradził, Trump dał się nabić w butelkę. Powołując się na zdjęcia opublikowane 26 czerwca NBC pytało retorycznie: „Jeżeli Korea Północna rzeczywiście się denuklearyzuje, to czemu rozbudowuje centrum badań nuklearnych?” WSJ orzekł: „Korea Północna rozbudowuje główny ośrodek produkcji rakiet. Nowe zdjęcia satelitarne pokazują, że Pjonjang kontynuuje program budowy broni jądrowej, jednocześnie prowadząc rozmowy z Waszyngtonem”.

Manipulacje te są o tyle bezczelne, że powołują się na zdjęcia opublikowane w serwisie 38north.org, poświęconym sprawom Korei Północnej, gdzie towarzyszy im opis autorstwa trzech analityków. Wyraźnie piszą oni, że uwidocznionych na fotografiach nowych budynków w kompleksie Jongbjon „nie powinno się interpretować w jakimkolwiek związku z deklaracjami o denuklearyzacji ze strony Korei Północnej”. Są to bowiem części infrastruktury, które dobudowano wiosną 2018 r., zgodnie z projektem zatwierdzonym w roku poprzednim. Przeciwko naciąganym wnioskom mediów protestował też sam Joel Wit, założyciel 38north.org, współautor projektu porozumienia z KRLD za Clintona. Mówił: „Stanowczo nie zgadzam się z narracją mediów”. Trudno mu się dziwić. Jego serwis publikuje wyłącznie sprawdzone, rzetelne materiały autorstwa poważanych ekspertów, stawiając problematykę Korei Północnej w racjonalnym świetle. Tymczasem ekspertyzy te stają się przedmiotem politycznej manipulacji – niegodnej, lecz skutecznej, opartej bowiem na skądinąd słusznym założeniu, że odbiorca sensacyjnej informacji nie sprawdzi jej u źródła. Tak kłamią naczelne tuby „wolnego świata”.

 

Denuklearyzacja na serio

Deklaracja podpisana przez Donalda Trumpa i Kim Dzong Una jest wielkim krokiem naprzód ku normalizacji stosunków Pjongjangu z resztą świata. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy strona amerykańska potraktowała Koreę Płn. serio i na partnerskich zasadach. W ciągu całych dekad nieudanych pertraktacji na tym Pjonjangowi zależało najbardziej. Było w tym sukcesie sporo przypadkowości i charakterystycznej dla Trumpa przekory. Nie zmienia to jednak faktu, że przekroczono granicę, za którą cały świat zobaczył, że otwierają się nowe możliwości w stosunkach międzynarodowych. Dlatego też społeczność międzynarodowa oraz publiczność obserwująca ten spektakl w Korei Południowej i USA z pełną satysfakcją przyjęła czerwcowy przełom.

Należy jednocześnie pamiętać, to o czym wspomina Joel Wit: w Singapurze KRLD nie zobowiązała się do bezwarunkowego demontażu programu jądrowego, z którego to założenia zdają sie wychodzić największe media. „Pełna denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego” zajdzie tylko, jeżeli USA dołożą starań do stworzenia „nowych obopólnych relacji opartych na dążeniu do pokoju”, co oznacza szereg ustępstw ze strony Amerykanów. Jeżeli rzeczywiście zależy im na światowym bezpieczeństwie, zrobią to.

Program broni nuklearnej był oczkiem w głowie Kim Ir Sena i jego następców. Nie bez powodu. Ich kraj, zrujnowany upadkiem ZSRR, opuszczony przez Chiny, otoczony przez wrogie środowisko polityczne w regionie, nieustannie mierzący się z groźbami USA, widzący kolejne wojenne eskapady Wuja Sama obracające w perzynę całe kraje na Bliskim Wschodzie, wiedział, że może mieć tylko jeden atut, jeżeli w pertraktacjach międzynarodowych ma rozmawiać ze światem zewnętrznym jak równy z równym. Ta nieprzejednana postawa doprowadziła ich do upragnionego historycznego sukcesu w Singapurze. Trzeba jednocześnie przyznać, że Koreańczycy zagrają va banque i podejmą wielkie ryzyko, jeżeli odważą się zupełnie pozbyć arsenału nuklearnego – zdają sobie bowiem sprawę, jak USA potraktowały Libię pułkownika Kaddafiego.

Do pełnej normalizacji stosunków droga nadal daleka i nic nie jest przesądzone. Porażka ostatniej misji Pompeo nie nastraja optymistycznie. Wrogi stosunek do pomysłu godzenia się z KRLD ma cała klasa rządząca w USA, łącznie z ludźmi Trumpa. Podobnie do tematu podchodzą – jak widzieliśmy – czołowe liberalne media, które obecnie chętnie traktują porozumienie singapurskie jako „dogadywanie się Trumpa z krwawym dyktatorem”. Ten niekorzystny układ równoważony jest przez przychylność światowej opinii publicznej, z którą ośrodki te się liczą. Niestety obecny prezydent USA jest nieprzewidywalny. Czy odważy się zakwestionować własne osiągnięcie o epokowej randze?

Nastał moment, w którym wielkie znaczenie będzie miała współpraca międzynarodowych społeczności działających na rzecz rozbrojenia i bezpieczeństwa nuklearnego, również występujących pod egidą ONZ. Korea Płn. od dawna próbuje nawiązać wspólne działania z IAIE w zakresie przeciwdziałania katastrofom jądrowym. To najlepsza chwila na podjęcie działań posuwających naprzód sprawę normalizacji stosunków przez światowe środowiska pozapolityczne, eksperckie, również z innych dziedzin, np. gospodarki, dialogu międzykulturowego. Ludziom myślącym zazwyczaj zależy na powodzeniu globalnego procesu pokojowego.

Waszyngton dusi Gazę

Coraz bardziej proizraelska polityka Waszyngtonu oznacza wielkie kłopoty dla najbardziej potrzebujących w Strefie Gazy. Z powodu drastycznych cięć amerykańskich funduszy pomocowych, służba zdrowia znajduje się w stanie zapaści.

 

Od ponad dziesięciu lat Izrael prowadzi ciągłą blokadę Strefy Gazy. W tej sytuacji 80 proc. populacji tego terytorium zależy faktycznie od zagranicznej pomocy humanitarnej. Na początku tego roku, w związku m.in. z decyzja o przeniesieniu ambsady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy i odpowiedzi w postaci zerwania stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi przez władze Autonomii Palestyńskiej, prezydent Donald Trump nakazał jednocześnie rewizję – a w praktyce likwidację – rządowych programów pomocowych dla Gazy. Zostało wstrzymanych 125 mln USD, które miały zostać wydanych na zaspokojenie podstawowych potrzeb mieszkańców Strefy w ramach wsparcia humanitarnego i zainwestowanych w projekty rozwojowe. USA obcięły również finansowanie UNRWA – agencji pomocy ONZ na rzecz uchodźców palestyńskich.

Pierwszymi bezpośrednimi ofiarami cięć są pacjenci służby zdrowia, która już teraz jest w bardzo złym stanie. Według danych WHO w ubiegłym roku 2 tys. mieszkańców Strefy ubiegało się o możliwość jej opuszczenia, by udać się na leczenie. Izrael niestety wydał na to pozwolenie tylko dla niewiele ponad połowy z ubiegających się. 54 osoby zmarły, zanim pozwolono opuścić im granicę Strefy.
W 2016 r. rozpoczęto program wsparcia gazańskiej służby zdrowia przez USAID, który miał trwać pięć lat i kosztować 50 mln USD. Pomocą miał objąć 20 tys. pacjentów, a w przypadku zajścia sytuacji nadzwyczajnej, miał zostać rozszerzony nawet do 250 tys. osób. Po marcu 2018 został wstrzymany.

W ostatnich dniach organizacje oferujące dożywianie i rehabilitację dzieci w Gazie obsługiwały dosłownie ostatnich pacjentów. Na pomoc kolejnym zwyczajnie nie mają pieniędzy. Dyrektor jednej z organizacji pomocowych Międzynarodowe Oddziały Medyczne działającej w Gazie twierdzi, że jeżeli finansowanie nie zostanie wznowione w ciągu najbliższych trzech miesięcy, ogromna większość ludzi w Strefie zostanie w zasadzie pozbawiona nawet najbardziej podstawowych świadczeń medycznych.

Ostatnie miesiące były okresem, w którym gazańskie szpitale musiały przyjąć znacznie większą niż zwykle liczbą rannych z powodu ataków izraelskiego wojska na ciągnące się tygodniami zgromadzenia Palestyńczyków u granic Strefy upamiętniające 70. rocznicę Nakby. Dogorywająca służba zdrowia musiała znaleźć środki na pomoc dodatkowym 4 tys. rannych.