FIFA wybrała ofertę USA, Kanady i Meksyku

Obradujący w Moskwie kongres FIFA wybrał organizatora MŚ 2026. Zwyciężyła wspólna kandydatura Stanów Zjednoczonych, Kanady i Meksyku. Wielkim przegranym jest Maroko, które starało się o mundial po raz piąty.

 

W odróżnieniu do poprzednich wyborów gospodarzy mistrzostw świata, gdy dochodziło do skandalicznych machinacji, przekupstw i korupcji wśród głosujących członków Komitetu Wykonawczego FIFA, tym razem światowa federacja postanowiła rozstrzygnąć tę kluczową dla piłkarskiej rodziny kwestię w powszechnym głosowaniu z udziałem wszystkich 210 zrzeszonych w FIFA krajowych federacji. Wykluczono jednak siedem z nich – cztery kraje ubiegające się o organizację imprezy oraz trzy terytoria zależne od USA (Guam, Puerto Rico i Samoa Amerykańskie z Wyspami Dziewiczymi). A to oznaczało, że do zwycięstwa konieczne było uzyskanie poparcia co najmniej 104 federacji.

Mimo marketingowych zabiegów Marokańczyków większość kochających ponad wszystko pieniądze piłkarskich działaczy optowała za amerykańską kandydaturą, bo obiecywała wpływy z turnieju szacowane na co najmniej 14 miliardów dolarów, dwukrotnie więcej niż konkurenci. Na wszelki wypadek do wyborczej walki włączył się nawet prezydent USA Donald Trump, który na Twitterze w swoim stylu napisał: „Stany Zjednoczone przedstawiły solidną kandydaturę razem z Kanadą i Meksykiem. Byłoby wstydem, gdyby kraje które wspieramy występowały przeciwko kandydaturze amerykańskiej. Po co mielibyśmy je wspierać, gdyby one nas nie popierały (również w ONZ)?”. Jego agitacja była zbędna, bo po porównanie obu ofert eksperci FIFA zdecydowanie wyżej ocenili organizacyjny i finansowy potencjał Amerykanów.

W głosowaniu wspólna kandydatura amerykańsko-kanadyjsko-meksykańska uzyskała poparcie 134 federacji, natomiast marokańska tylko 65. Tak więc za osiem lat piłkarski mundial po raz drugi w historii gościć będzie w Stanach Zjednoczonych (wcześniej odbył się w tym kraju w 1994 roku), po raz trzeci w Meksyku (wcześniej był gospodarzem turniejów w 1970 i 1986 roku) i po raz pierwszy w Kanadzie. Ale tak naprawdę wkład Meksykanów i Kanadyjczyków będzie symboliczny, bo w tych krajach zostanie rozegranych tylko dwadzieścia z osiemdziesięciu meczów, wyłącznie w fazie grupowej.
Pierwsze mistrzostwa świata z udziałem 48 zespołów w lwiej części odbędą się na terenie Stanów Zjednoczonych, bo w tym kraju odbędzie się 60 mundialowych meczów, w tym wszystkie w fazie pucharowej. Dla kibiców będą to jednak kosztowne mistrzostwa.

Jak wyhodować sobie wroga

Gdy „komuniści” z Północy przekroczyli 38 równoleżnik, byli witani jak wyzwoliciele.

 

Jeszcze w lipcu 1945 roku administracja USA spodziewała się, że japońska armia stacjonująca w chińskiej Mandżurii stawi armii radzieckiej twardy opór. Podobnie silnej japońskiej obrony spodziewano się w Korei. Dlatego Pentagon uznał, że USA nie ma strategicznych interesów w Korei. Pozostawiono ją Armii Czerwonej, zakładając, że się tam silnie wykrwawi. Poza tym Korea była wtedy uważana za peryferie imperium japońskiego, obszar geopolitycznie drugorzędny.

Wszystko zmieniało się po dwóch zrzuconych bombach atomowych na Japonię i po szybkim opanowaniu przez armię radziecką graniczącej z Koreą Mandżurii. Ku zaskoczeniu wszystkich, stacjonująca tam, świetnie wyposażona japońska Armia Kwantuńska nie stawiała większego oporu.

W nocy 10 sierpnia 1945 roku administracja USA uznała, że jednak warto by okupować Koreę wspólnie z ZSRR. Dwaj niższej rangi oficerowie otrzymali rozkaz pilnego opracowania planów podziału tego kraju. Ponieważ nie mieli szczegółowych map Korei, tylko całego regionu, to z tej perspektywy zauważyli, że 38 równoleżnik przecina Półwysep Koreański na pół. Szybko zaproponowali taki podział, zwłaszcza, że stolica kraju przypadła strefie amerykańskiej. O opinię Koreańczyków nikt nie dbał.

Amerykanie bali się, że Rosjanie nie przyjmą tej propozycji, tylko przejmą cały kraj. Wszak Armia Czerwona przekroczyła wtedy już granicę chińsko-koreańską. A wojska amerykańskie ulokowały się na wyspach japońskich.

Ale Stalin zgodził się na taki podział i Amerykanie poczuli się szczęśliwi. Minął miesiąc aż pierwsi ich wojskowi wylądowali na koreańskiej ziemi. Byli totalnie nieprzygotowani do zarządzania Koreą. Nie znali koreańskiego ani podstaw kultury tego kraju. Wielu z nich z obrzydzeniem i przerażeniem obserwowało biedny, wyniszczony przez japońską okupację kraj. Nie chcieli się też koreańskości uczyć, bo uważali swój pobyt za tymczasowy. Dopiero przyszła wojna zmusiła ich do tego.

 

Najgorszy z możliwie najgorszych

Po II wojnie światowej Amerykanie kreowali w Azji Południowo-Wschodniej nowych miejscowych liderów lub popierali tam zastanych. Zwykle wybierali wedle swoich upodobań nie zważając na miejscowe realia. Nic dziwnego, że zwykle ich typy przegrywały, a Stany Zjednoczone wraz z nimi. Tak było poparciem dla chińskiego generalissimusa Czang Kaj – szeka. Pomimo miliardowych dotacji i sprzętu wojsowego przegrał on z wojskami Mao Zedonga.

Tak było z południowowietnamskim premierem Ngo Dinh Diemem. Ten uprzejmy katolik doskonale dogadujący się z prezydentem Kennedym był tak znienawidzony przez obywateli swego kraju, że ułatwił zwycięstwo komunizującym nacjonalistom z Północy.

Przybyli w 1945 roku do Korei Amerykanie zlekceważyli liderów miejscowego antyjapońskiego ruchu oporu. Przywieźli za to z USA siedemdziesięcioletniego Li Syng – mana. Człowieka początkowo otwartego, inteligentnego. Pierwszego Koreańczyka, który zrobił doktorat w Princeton. Jednak po powrocie do Korei poczuł się on jej niekontrolowanym władca. I całą swą energię poświęcił na walkę z konkurentami politycznymi.

Zwłaszcza z działaczami Koreańskiej Republiki Ludowej. Był to utworzony na terenie całego kraju wspólny, patriotyczny front nacjonalistów o różnorodnych poglądach politycznych oraz liderów ugrupowań partyzanckich. Li Syng-man walczył z nimi pod hasłami walki z każdym przejawem „komunizacji” Korei, choć większość z nich była daleka od komunizmu. Ale o tym, kto może być „komunistą” decydował już Li Syng-man.

Po drugiej stronie 38 równoleżnika radzieccy wojskowi zaakceptowali istniejące struktury KRL. Radzieccy w tym regionie zwykle współpracowali z całymi partiami lub ruchami politycznymi. Dzięki zręcznej polityce, często intrygom, podporządkowywali sobie lokalnych liderów tych ruchów. Jeśli któryś nie spełniał ich oczekiwań, to wywyższali następnego.

W tym czasie dla Stalina priorytetem były państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Chciał je włączyć do swej strefy wpływów. Chiny chciałby mieć podzielone między zwalczającymi się komunistami Mao i nacjonalistami Czanga. Stalin obawiał się samodzielności Mao, bał się silnych, zjednoczonych Chin. Podobnie postrzegał Koreę. Dlatego do końca lat czterdziestych na północy tego kraju panowała względny spokój polityczny i rozwój gospodarczy. Znacjonalizowano przemysł, ale niekonfliktowo, bo był on własnością japońskich okupantów. Przeprowadzono reformę rolną, ale zabrano ziemię przede wszystkim japońskim właścicielom i kolaborantom. Trudno dzisiaj uwierzyć, ale wtedy na północy było bogaciej niż na południu. A nawet były tam większe swobody demokratyczne.

Południowokoreański, importowany z USA reżim Li Syng-mana i amerykańskie władze walcząc z „komunistami” szukały dodatowego poparcia. Najszybciej i najsilniej uzyskały ze strony byłych projapońskich kolaborantów. Urzędników japońskiej administracji, kadr technicznych w fabrykach. Amerykanie traktowali Japończyków inaczej niż Niemców. Nie przeprowadzili ani w Japonii, ani w Korei „defaszyzacji”. Nie było japońskiej Norymbergi.

Reżim Li Syng-mana podporządkował sobie kolaboracyjną policję i służby specjalne. Blokował przeprowadzenie reformy rolnej. Wszelkimi środkami zwalczał konkurentów politycznych, dopuszczając się licznych zbrodni. Walczył też z odradzającymi się związkami zawodowymi. Patronujący mu amerykańscy zarządcy nie zwracali na to uwagi. W lipcu 1948 roku doprowadzili do wyborów parlamentarnych. W sierpniu ogłoszono powstanie Republiki Południowej Korei. Prezydentem został Li Syng-man.

Zaraz potem nowy, „demokratyczny” prezydent całą swą uwagę skupił na wprowadzeniu w swym kraju bezlitosnej dyktatury. Dymisjonował wszystkich próbujących niezależności ministrów. Krwawo stłumił bunty lewicowców w Josu na południu kraju. W październiku 1949 roku w więzieniach południowokoreańskich znajdowało się ponad 90 tysięcy przeciwników politycznych.
Korea Północna swą niepodległość ogłosiła we wrześniu 1949 roku . Rządzony już wtedy przez ekipę Kim Il-sunga , zwanego w naszym kraju Kim Ir-senen, kraj też nie był demokratyczny. Tam również bezwzględnie rozprawiano się z przeciwnikami politycznymi. Ale czyniono to bardziej skrycie. Bez pomocy dawnej kolaboracyjnej policji i projapońskiej administracji. Doradcy radzieccy intensywnie szkolili dawnych koreańskich partyzantów budując profesjonalną armię. Jesienią 1949 roku w sąsiednich Chinach ostatecznie zwyciężyła Armia Ludowo-Wyzwoleńcza przewodniczącego Mao. Wiele zdobytego od wojsk generalissimusa Czanga amerykańskiego sprzętu wojskowego, Mao przekazał sojuszniczej armii koreańskiej. Minął rok i został użyty przeciwko wojskom USA.

 

Czekali na wyzwolenie

Od połowy 1949 roku wojna między obu nowymi państwami koreańskimi wisiała w powietrzu. Najsilniej marzyli o niej masowo prześladowani przez reżim Li Syng-mana obywatele Republiki Południowej Korei. Raz po raz dochodziło do zbrojnych incydentów wzdłuż granicznego Równoleżnika. Północnokoreańskie rozgłośnie radiowe miesiącami zapowiadały rychłe wyzwolenie braci z południa. Aktywizowała się na południu antyrządowa partyzantka.

W roku 1950 Amerykanie rozpoczęli wycofywanie swego wojska z Korei. Musieli też tak uczynić, bo wojska radzieckie demonstracyjnie opuściły już Północna Koreę. Pozostawili wyszkolona armię i miejsce dla chińskich doradców wojskowych. Amerykanie pozostawili południowym Koreańczykom jedynie lekki sprzęt wojskowy. Skorumpowani południowokoreańscy wojskowi masowo handlowali wojskowymi racjami żywnościowymi i podarowaną odzieżą. A prezydent Li skupiał swą uwagę na rozwoju tajnej policji politycznej.

Dlatego kiedy 25 czerwca wojska północnokoreańskie wkroczyły na teren południowego sąsiada i nie natrafiły na silny opór wojska i społeczeństwa. Często witano je radośnie.

 

Jak było potem przeczytacie w następnym numerze „Trybuny”

Piękny gest Kima

W Singapurze doszło do historycznego spotkania Kim Dzong-una z Donaldem Trumpem. Świat patrzy na Amerykę z nadzieją na odwilż po okresie agresywnej polityki imperialnej.

 

We wtorek w Singapurze przywódcy Korei Północnej i USA po raz pierwszy uścisnęli sobie dłonie podczas oficjalnego spotkania. Towarzyszyło temu podpisanie dokumentu, w którym Kim Dzong-un zobowiązuje się do likwidacji skromnego arsenału nuklearnego posiadanego od niedawna przez KRLD. Donald Trump obiecał, że szczegóły porozumienia zostaną przedstawione później. „Świat ujrzy wielkie zmiany” – zapewnił Kim. Oświadczył, że oba kraje „zostawiają przeszłość za sobą”. Prezydent USA określił Kim Dzong-una jako „dojrzałego negocjatora” i obiecał, że zaprosi go do Stanów Zjednoczonych.

Złożenie podpisów przez obu przywódców odbyło się przed kamerami i w asyście z jednej strony Kim Ju-dzong, siostry prezydenta KRLD, z drugiej – sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo. Trump nie krył zadowolenia z przebiegu wydarzenia. Powiedział, że jest „zaszczycony” spotkaniem z północnokoreańskim liderem, chociaż – prawdopodobnie z powodu wielkich emocji – na temat przyszłych perspektyw wyrażał się bardzo ogólnikowo, wręcz enigmatycznie: „Jesteśmy bardzo dumni z tego, do czego dzisiaj doszło. Mając takie relacje… chcemy czegoś dokonać i dokonamy tego”. Dodał, że „poszło lepiej, niż można się było spodziewać”.

Wcześniej we wtorek miały miejsce rozmowy określone jako „roboczy lunch”. Trump komentował je wyrażając wielkie zadowolenie: „Jest wielki postęp”, „wszystko idzie w jak najlepszym kierunku”. Przyznał jednak: „droga do tych rozmów była bardzo trudna”. „Przeszkodą były stare uprzedzenia i doświadczenia, ale je przezwyciężyliśmy i dlatego dziś tu jesteśmy”

Mówiąc o trudnościach prezydent USA miał na myśli zapewne własne – zeszłoroczne – groźby militarnego ataku na KRLD, gdy ostrzegał Kim Dzong-una, że spadnie na niego „ogień i furia” Ameryki. Wstępem do obecnej odwilży było historyczne spotkanie przywódcy Korei Północnej z prezydentem Korei Południowej. Wypada teraz żywić wielką nadzieję, że po epokowym przełomie w Singapurze, USA poważnie rozważy swój stosunek do reszty świata, przed wszystkim zaprzestanie polityki destabilizacji Bliskiego Wschodu, a Trump przemyśli sprawę otwarcia się na prawa człowiek w kraju i zagranicą. Podczas spotkania z Kimem nie padały jednak żądne sugestie na temat możliwości denuklearyzacji USA. Ameryka jest uzbrojona w atom po zęby, posiada ponad 4 tys. zdatnych do użycia głowic, którymi – jak widać – skutecznie potrafi grozić innym krajom.

 

Wspólne Oświadczenie Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda J. Trumpa i Przewodniczącego Kim Dzong Una z Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej po Szczycie w Singapurze

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald J. Trump i Przewodniczący Komisji Spraw Państwowych Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (KRLD) Kim Dzong Un 12 czerwca 2018 roku w Singapurze odbyli pierwszy, historyczny szczyt. Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un przeprowadzili wszechstronną, dogłębną i szczerą wymianę opinii w sprawach związanych z ustanowieniem nowych relacji między USA i KRLD oraz zbudowaniem trwałego i silnego ładu pokojowego na Półwyspie Koreańskim. Prezydent Trump zobowiązał się do zapewnienia KRLD gwarancji bezpieczeństwa, a Przewodniczący Kim Dzong Un ponownie podkreślił swoje zdecydowane i twarde zobowiązanie do całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Wierząc, że ustanowienie nowych relacji między USA i KRLD przyczyni się do pokoju i dobrobytu Półwyspu Koreańskiego i całego świata oraz uznając, że budowa wzajemnego zaufania może pomóc w denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un oświadczają, co następuje:
1. Stany Zjednoczone oraz KRLD zobowiązują się do ustanowienia nowych relacji między USA i KRLD zgodnie z pragnieniem pokoju i dobrobytu, wyrażanym przez narody obu krajów.
2. Stany Zjednoczone i KRLD połączą wysiłki na rzecz budowy trwałego i stabilnego ładu pokojowego na Półwyspie Koreańskim.
3. Potwierdzając Deklarację z Panmundżomu z 27 kwietnia 2018 roku, KRLD zobowiązuje się do starań na rzecz całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.
4. Stany Zjednoczone i KRLD zobowiązują się do odzyskania szczątków jeńców wojennych/zaginionych w akcji, w tym do jak najszybszej repetriacji szczątków osób już zidentyfikowanych.

Potwierdziwszy, że szczyt USA-KRLD, pierwszy w historii, jest wydarzeniem epokowym o wielkim znaczeniu i przezwyciężającym dekady napięć i wrogości między obu krajami, w celu otwarcia nowej przyszłości Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un zobowiązują się do pełnego i szybkiego wdrożenia zapisów niniejszego wspólnego oświadczenia.
Stany Zjednoczone i KRLD zobowiązują się do zorganizowania negocjacji stanowiących kontynuację ich spotkania, pod przewodnictwem Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo oraz odpowiedniego wysokiej rangi urzędnika KRLD, w najbliższym możliwym terminie w celu wdrożenia ustaleń szczytu USA-KRLD.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald J. Trump oraz przewodniczący Komisji Spraw Państwowych Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-un zobowiązali się do współpracy na rzecz rozwoju nowych relacji między USA i KRLD oraz na rzecz promowania pokoju, dobrobytu i bezpieczeństwa na Półwyspie Koreańskim i na świecie.

12 czerwca 2018 roku
Wyspa Sentosa, Singapur

Dowcip roku

Ambasador Iranu poprosił Polskę, jako niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, by wpłynęły na Stany Zjednoczone w sprawie relacji z jego krajem.

 

Istota apelu polega na tym, by Polska skłoniła USA do przestrzegania zawartych wcześniej przez Stany Zjednoczone umów międzynarodowych, w tym podpisana przed trzema laty z trudem wynegocjowana umowę z Iranem. Umowa ta zakładała zdjęcie sankcji nałożonych na ten kraj przez społeczność międzynarodową w zamian za zmniejszenie produkcji uranu i odstąpienie od programu nuklearnego. Umowa uchroniła świat i region przed eskalacją napięcia i konfliktem zbrojnym na trudna do przewidzenia skalę i była postrzegana jako sukces pokojowego kursu międzynarodowej polityki.

Jednak na początku roku prezydent Trump jednostronnie zerwał tę umowę i na dodatek próbuje zmusić Europę, by poszła w jego ślady, choć wszelkie instytucje kontrolujące zapewniają, że Iran wywiązuje się ze swych zobowiązań. Ocenione to zostało jednoznacznie jako przygotowanie do interwencji militarnej w Iranie.

Na specjalnej konferencji prasowej ambasador Iranu w Polsce – Ramin Mehman Parast zaapelował do Polski o mediację między jego krajem a USA, by przestrzegały one międzynarodowych umów przez siebie podpisanych.

– Gdybyśmy byli przekonani, że bezpośrednie negocjacje z Amerykanami mają jakikolwiek sens, to byśmy je podjęli. Ale widzimy, że bez względu na to, co się ze Stanami Zjednoczonymi wynegocjuje, to nie można im ufać. Od Polski, jako od niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ oczekujemy, że będzie skłaniać Stany Zjednoczone do przestrzegania i egzekwowania postanowień ONZ – powiedział ambasador.

Na razie brak oficjalnych sygnałów, jak na tę propozycje zareaguje strona polska.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ambasador Iranu zbyt wielkie nadzieje pokłada naszym kraju. Lokajski stosunek Polski do USA raczej wyklucza możliwość wpływu na Donalda Trumpa.

Zbrodnie w Rakce

Raport organizacji broniącej praw człowieka na temat skutków oblężenia syryjskiej Rakki w 2017 r. nie pozostawia wątpliwości: USA i koalicjanci mogą zostać oskarżeni o zbrodnie wojenne.

 

Międzynarodowa organizacja pozarządowa Amnesty International przeprowadziła dochodzenie terenowe wśród ruin syryjskiego miasta Ar-Rakka, niegdyś stolicy tzw. Państwa Islamskiego, z którego dżihadyści zostali w zeszłym roku wyparci przez koalicję USA, Wielkiej Brytanii, Francji i kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych. Miasto było oblegane od czerwca do października 2017 r. Krwawe starcia z wykorzystaniem amerykańskiego lotnictwa zakończyły się kapitulacją ISIS, a jego ocalałym bojownikom pozwolono opuścić Rakkę. AI opisała przerażający los mieszkańców podczas oblężenia miasta. Organizacja posłużyła się określeniem „rzeź cywilów”.

Wbrew temu, co deklarowali amerykańscy politycy i dowódcy wojskowi, koalicja kontrolowana przez USA prowadziła walkę z islamistami wykazując się rażąco lekceważącym podejściem do życia zwykłych mieszkańców. W czasie oblężenia przedstawiciele Departamentu Obrony USA zapewniali, że koalicja prowadzi precyzyjne uderzenia pozwalające im skutecznie niszczyć oddziały ISIS przy minimalizacji ofiar cywilnych. Było zupełnie inaczej: bez wahania używano artylerii i lotnictwa w gęsto zamieszkałych dzielnicach. Wnioski raportu AI jednoznacznie temu przeczą, opierając się głównie na zeznaniach świadków. To potwierdzenie dramatycznych doniesień, jakie podawali obrońcy praw człowieka i część arabskich mediów (a na ich podstawie także nasz portal) już wcześniej.

Dyplomatyczna buta

Amerykańscy ambasadorowie strzelają gafę za gafą. Tłumaczyć je można jako przypadkowe wpadki, ale w swojej istocie pokazują one, jak amerykańska dyplomacja widzi relacje między Stanami Zjednoczonymi a ich sojusznikami. A może raczej – wasalami.

 

Jest takie powiedzenie, że dyplomata najpierw dwa razy pomyśli zanim nic nie powie. Do amerykańskich ambasadorów najwyraźniej się ono nie stosuje.

 

Jerozolima

Najpierw szef nowo otwartej placówki w Jerozolimie – jakby mało zła stało się na skutek decyzji prezydenta Donalda Trumpa o finalizacji przeniesienia jej siedziby z Tel Awiwu – David M. Friedman pozwolił sobie wręczyć wielkoformatowe zdjęcie, na którym wyretuszowano panoramę miasta w taki sposób, jak chcieliby je widzieć izraelscy nacjonaliści: usunięto z niego meczet Al-Aksa i zastąpiono go symulacją Trzeciej Świątyni żydowskiej. Zdjęcie ambasadora Friedmana przyjmującego to dzieło z rąk przedstawicieli żydowskiej organizacji charytatywnej Achija w Bnei Brak pojawiło się na ultraortodoksyjnym portalu Kikar Haszbat. Zostało to odebrane jako wyraz amerykańskiego poparcia dla przejęcia przez Izrael całości Jerozolimy. W kontekście niedawnego przeniesienia ambasady jest to zresztą zupełnie zrozumiała interpretacja. W konsekwencji palcówka musiała się potem tłumaczyć, że USA podtrzymują stanowisko w sprawie utrzymania status quo na Wzgórzu Świątynnym, że ambasador nie wiedział, co jest na symulacji wyobrażone i jakie implikacje wynikają z zastąpienia meczetu odbudowaną Świątynią Jerozolimską Heroda Wielkiego, której zburzenie przez Rzymian w 70 r. n.e. nota bene wyznacza koniec istnienia państwa żydowskiego w Palestynie i początek Diaspory. Tłumaczenie skądinąd mało przekonujące, bo ambasador Friedman jest znany jako przeciwnik rozwiązania opartego na dwu państwach – izraelskim i palestyńskim – i aktwny działacz organizacji American Friends of Bet El Institutions wspierającej żydowskie osadnictwo na Terytoriach Okupowanych (Zachodnim Brzegu), finansowanej m.in. przez zięcia prezydenta Jareda Kushnera. Przyjmowanie, że ktoś taki nie wie, co oznacza odbudowa Świątyni Jerozolimskiej dowodzi albo wielkiej naiwności albo braku lepszych argumentów.

 

Berlin

Następna poważna wpadka była dziełem amerykańskiego ambasadora w Niemczech, Richarda Grenella. Rozpoczął on swoją misję w Berlinie nieledwie miesiąc temu i od tego czasu już zdążył udzielić wywiadu ultraprawicowemu portalowi Breitbart w którym zapowiedział, że będzie aktywnie wspierać „twardą prawicę”. Zainicjował także niespotykaną w dyplomatycznym świecie praktykę przyjmowania w ambasadzie szefów rządów odwiedzających niemiecką stolicę (m.in. premiera Izraela Benjamina Netanjahu i kanclerza Austrii Sebastiana Kurza) – jakby nie był w niej akredytowany w charakterze ambasadora lecz miał funkcję amerykańskiego namiestnika.

Niemiecka lewica zareagowała bardzo ostro. Martin Schulz z SPD określił Grenella jako „kolonialnego urzędnika skrajnej prawicy” a deputowana partii Die Linke Sahra Wagenknecht stwierdziłą: „Jeśli rząd poważnie traktuje suwerenność demokratyczną naszego państwa, nie powinien zapraszać Grenella na rozmowy przy kawie, tylko natychmiast wyrzucić z kraju”. Zresztą, nawet dla CDU/CSU zachowanie posła jest co najmniej kłopotliwe. W konsekwencji Auswärtiges Amt znalazł się w kłopotliwej sytuacji i musiał zwrócić się do ambasadora o wyjaśnienie powodów dla których „nie zachowuje neutralności przedstawiciela dyplomatycznego”.

 

Warszawa, a raczej jeszcze Waszyngton

Przygotowująca się do objęcia placówki w Polsce nominatka Donalda Trumpa Georgette Mosbacher podczas przesłuchania w Senacie przypisała wzrost antysemityzmu w Europie ustawie o IPN i zapowiedziała, że „będzie wyrażać zaniepokojenie zagrożeniem instytucji demokratycznych w Polsce”. Polskim mediom zapowiedziała też, że będzie starać się o to, aby Polacy kupowali więcej amerykańskich towarów, co w atmosferze rozpoczynającej się wojny celnej pomiędzy USA a UE jest niedwuznacznym akcentem. Nie rzecz tu w sprawach merytorycznych – czy w Polsce praworządność jest zagrożona, czy też nie i czy Polska powinna wyłamywać się z unijnej solidarności, czy nie – ale, podobnie jak w przypadku ambasadora Grenella, o zachowanie neutralności. Polski MSZ znalazł się więc w sytuacji równie kłopotliwej jak niemiecki. Wprawdzie nie pojawiły się głosy postulujące wycofanie agrément dla pani Mossbacher, bo polskiej opozycji krytyka rządu i jego polityki do nowej ambasador raczej nie zniechęci, ale wiceminister spraw zagranicznych Bartosz Cichocki podczas swojej wizyty w Departamencie Stanu musiał kluczyć, jak tu zaprotestować (bo to musiał zrobić), a równocześnie nie obrazić Wielkiego Sojusznika, robiąc dobrą minę do złej gry udawać, że to tylko deszcz pada a Wielki Sojusznik nadal uważa Polskę za ważny kraj z którym łączą go „szczególne więzy”.

 

Dyplomatyczna buta

Truizmem i banałem jest stwierdzenie, że status dyplomaty wymaga taktu i wyczucia. Daje on bardzo konkretne przywileje, włącznie z immunitetem, ale i narzuca bardzo konkretne ograniczenia. Rzecz jasna – dyplomaci reprezentujący swoje kraje mają wykonywać zadania związane z realizacją ich polityki, a co za tym idzie, nierzadko również wiążące się z ingerowaniem w sprawy wewnętrzne państw przyjmujących i ich życie polityczne. Jeśli to jednak czynią, powinni robić to dyskretnie, bez rozgłosu, a nie publicznie się z tym obnosząc, bo tym stawiają państwo przyjmujące, choćby i sojusznicze, w kłopotliwej sytuacji a swojemu krajowi przynoszą szkodę wizerunkową. Niedawne gafy amerykańskich ambasadorów w Izraelu, Niemczech i Polsce (in spe) pokazują, że powyższe uwagi dla amerykańskich dyplomatów nie mają znaczenia. Częściowo można to tłumaczyć amerykańską praktyką powoływania na stanowiska ambasadorskie nie zawodowych dyplomatów ale osobistości zasłużone dla kampanii wyborczej prezydenta, którym arkana tego zawodu mogą być obce, ale nie wyczerpuje to istoty problemu. Bo ta leży gdzie indziej i polega na tym, jak Waszyngton patrzy na resztę świata. Nieporadni ambasadorowie tylko tę prawdę swoimi gafami ujawniają.

Nie odbierajcie dzieci

Narody Zjednoczone zaapelowały do USA o „natychmiastowe” zaprzestanie siłowego dzielenia rodzin, które nielegalnie przekroczyły granicę. Ravina Shamdasani, rzeczniczka Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka, oskarżyła Stany Zjednoczone o „poważne pogwałcenie praw dzieci”. USA to jedyny kraj na świecie, który do tej pory nie ratyfikował międzynarodowej Konwencji Praw Dziecka.

 

Od dojścia Trumpa do władzy obowiązuje „zero tolerancji” dla nielegalnej imigracji.
Na początku maja Jeff Sessions, szef departamentu sprawiedliwości, ogłosił najnowszą „zerową tolerancję” wobec zatrzymanych: będą systematycznie oskarżani o nielegalne przekroczenie granicy, zanim zechcą zwrócić się o azyl.

– Jeśli będzie przemycać dzieci, będziemy was ścigać. A dziecko będzie od was oddzielone, jak wymaga prawo” (które weszło w życie za Obamy, ale było rzadko stosowane) – mówił Sessions. Chodzi głównie o rodziny z łacińskiej Ameryki Środkowej, z Gwatemali, Salwadoru i Hondurasu, które proszą o azyl ze względu na „wiarygodny strach o życie”. W tych trzech krajach przemoc grup kryminalnych sieje prawdziwy terror.

Odbieranie rodzicom dzieci nasiliło się od października zeszłego roku, to już kilkaset przypadków.
Dochodzi do rozdzierających scen, szczególnie, gdy matkom zabierają 2, 3-latki, a nawet młodsze. – Dzieci nigdy nie powinny być więzione z racji swego statusu migracyjnego, czy rodziców – mówiła Shamdasani. – Stany Zjednoczone powinny natychmiast skończyć z praktyką separowania rodzin i zaprzestać kryminalizowania tego, co jest jedynie wykroczeniem administracyjnym, tj. nielegalnego pobytu lub przekroczenia granicy – podkreśliła.

Atomowa krewetka

Dyktatorski reżim Kim Dzong-una jest dzieckiem USA.

 

Historia Korei to los krewetki żyjącej między dwoma wielorybami. Chińskim, tym większym oraz japońskim, mniejszym, ale czasami wyjątkowo brutalnym. Dzieje polityczne Korei to los powstających na półwyspie, ciągle kłócących się królestw. Wzmacniających się pomocą wielkich sąsiadów. Czasy przypominające polskie rozbicie dzielnicowe, krwawe rządy piastowskich książąt.
Od końca XIV wieku, w okresie zjednoczenia państwa zwanego Joseon, nastąpił tam skok cywilizacyjny. Koreańczycy przejęli od chińskich sąsiadów pismo, technologie produkcji jedwabiu i ceramiki, i przede wszystkim system konfucjański. Konfucjanizm ukształtował moralność, relację rodzinne, międzyludzkie in system polityczny.

Wszystkie zdobycze chińskiej cywilizacji Koreańczycy sprawnie zaadoptowali, ale też rozwinęli nadając im własne, charakterystyczne cechy. Stali się mistrzami w produkcji celadonu, przecudnej ceramiki. Ceniony jest koreański jedwab. Wcześniej od Gutenberga zaczęli stosować ruchome czcionki do druku książek. Pierwsi na świecie zbudowali okręt z żelaza. Aby podtrzymać narodową odrębność kultywowali lokalne zwyczaje, swoją kuchnię, charakterystyczne stroje. Rozwinęli narodowe sztuki walki. Przez lata byli bitnymi żołnierzami i najemnikami wzmacniającymi wojska państw sąsiednich.

Zgodnie z systemem konfucjańskim, traktującym społeczeństwo jako wielką rodzinę, królowie Korei byli wasalami „starszego bratniego narodu”. Nie przynosiło hańby, przeważały korzyści. W czasach pokoju chiński brat zadowalał się często symbolicznym trybutem i spokojem na granicy. Wojny cesarstwa wymuszały dodatkowe haracze i wsparcie koreańskiego wojska. Polityki zagranicznej koreańscy królowie nie prowadzili, bo była domeną „starszego brata”.

Aż do końca XIX wieku Koreańczycy byli feudalnym, wiejskim społeczeństwem. Zamieszkującym położony na peryferiach ówczesnego świata półwysep. Przełom nastąpił kiedy brat chiński zaczął być kolonizowany przez zachodnie mocarstwa, a japoński sąsiad, rozpoczął forsowną modernizację adoptując zdobycze zachodniej cywilizacji.

Do roku 1876 Koreańczycy traktowali Japonię jako równe, przyjacielskie państwo. Toczyli w XVI wieku z Japończykami wojny, ale ich odpierali. Niestety, w styczniu tego roku japońskie wojska lądują w Korei. Tokio korzysta z upadku cesarstwa chińskiego i kopiuje politykę zachodnich mocarstw wobec Chin. Zmusza Koreę do zawarcia „traktatu o przyjaźni i handlu”. Przyznającego Japończykom dostęp do koreańskich portów, rynków zbytu. Stawiającego Japończyków ponad tamtejszym prawem, nadającego japońskim firmom eksterytorialny status.

Kiedy Koreańczycy poczuli cenę japońskiej przyjaźni spróbowali szukać pomocy. Pospieszyła z nią ekspansywna Rosja, okupujące Chiny mocarstwa zachodnie, i nowy gracz w tym regionie – USA. Zmobilizowało to Japończyków. Po wielkim zwycięstwie w wojnie z Rosją, armia japońska wkroczyła w 1904 roku do Korei. Sześć lat później usunięto tam ostatniego tytularnego władcę Korei. Okupacja japońska trwała do roku 1945.

W tym czasie Japończycy dopuścili się tam licznych aktów ludobójstwa. Stosowali rabunkową gospodarkę, zwłaszcza w czasie wojny z USA, doprowadzając Koreańczyków do strukturalnej nędzy. Lata okupacji wywołały powszechną, odczuwalną do dzisiaj, nienawiść do Japończyków. Zwłaszcza, że Japonia nigdy nie przeprosiła Koreańczyków za ludobójstwo i zbrodnie wojenne ówczesnej administracji i armii.

 

Kraj pachnący inaczej

O istnieniu Korei władze USA przypomniały sobie w sierpniu 1945, roku kiedy skapitulowała Japonia. I Amerykanie rozpoczęli okupację Japonii. W tym czasie armia radziecka rozbiła w graniczącej z Koreą Mandżurii stacjonującą tam japońską Armię Kwantuńską. Zajęła też północne, najbardziej uprzemysłowione prowincje chińskie. Zdobyte terytorium i zdobyczną broń przekazała oddziałom Mao Zedonga walczącym o władzę z armią popieranego przez USA Czang Kaj – szeka.

Zgodnie z umowami zwycięskiej alianckiej trójki, czyli ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii, pokonana Japonia miała stać się łupem Stanów Zjednoczonych. Wielka Brytania pragnęła powrotu do zajętych przez Japonię swych dawnych azjatyckich kolonii. Okupywana przez Japończyków Mandżuria i inne terytoria chińskie miały wrócić do prawowitych właścicieli reprezentowanych wtedy przez generalissimusa Czanga. O przyszłości Korei, wówczas japońskiej prowincji, administracje USA i Wielkiej Brytanii zwyczajnie zapomniały.

Generalissimus Stalin skupiał wtedy swą uwagę na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo-Wschodniej. W Azji chciał mieć po swojemu rozumiany spokój. Idealnym dla ówczesnych stalinowskich interesów był stan przewlekłej wojny domowej w Chinach. Zakończony podziałem na dwie strefy. Amerykańską z Czang Kaj-szekiem i proradziecką z Mao Zedongiem lub innym, bardziej lojalnym wobec Kremla przywódcą chińskiej partii komunistycznej. Stalin nie ufał przewodniczącemu Mao, bał się silnych Chin. Wiedział, że na wschodzie może być tylko jedno słońce. To kremlowskie.

Granicząca z Mandżurią, sąsiadująca z ZSRR, Korea była obiektem zainteresowania Kremla. Stalin wspierał antyjapońską, komunizującą partyzantkę. Miał w zasobach kadrowych koreańskich polityków, wojskowych oraz kadry zaznajomione z kulturą i tradycjami tego kraju.
W roku 1945 takich kadr Amerykanie nie mieli. We wrześniu przysłali na południe Korei swych pierwszych wojskowych. Aby przejęli ten teren od obecnej tam administracji japońskiej. I ci od razu popełnili kolosalne błędy.

 

Słoń w składzie porcelany

Wychowani w Ameryce znali Azję przede wszystkim od japońskiej strony. Nienawidzili jej za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. I wielce podziwiali ją już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. Polubili japońskie poddaństwo, służalczość wobec zwycięzców. Bo przebiegli Japończycy szybko zauważyli, że traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArthura jak szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie swojego kraju.

Pierwsi amerykańscy wojskowi, którzy przybyli do Seulu przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedny kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalanym węglem drzewnym.

Ale najbardziej szokował Amerykanów w Korei zapach ludzkiego gówna. Powszechnie używanego wtedy jako nawóz, zwłaszcza na karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Zresztą, nawet gdyby chcieli, to nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć, bo przybywający jesienią 1945 roku Amerykanie nie znali języka koreańskiego ani koreańskiej kultury. A miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających zachodnie języki wymordowali.

Amerykanie mieli za to kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że ta prześcigała się w pokazowej lojalności wobec nowych władców.

I dla świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów. I znienawidzoną przez Koreańczyków, kolaborującą z japońskimi okupantami, miejscową policję też.

To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów.

Bo to przecież było tak, jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej, pozostawiono u nas „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.

Co było potem, poczytacie w następnym numerze „Trybuny”.

Mediów rasizm powszedni

Dwa wydarzenia znalazły szczególne miejsce w amerykańskich mediach w ubiegłym tygodniu. Rasistowski tweet aktorki Roseanne Barr i ostateczna liczba ofiar huraganu Maria w Puerto Rico (terytorium zależne USA), która przekroczyła 4,6 tys. Pierwszej sprawie CNN poświęciła niemal 5 godzin, drugiej zaledwie 12 minut.

 

Dlaczego Roseanne Barr wzbudziła takie zainteresowanie mediów? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to ulubiona aktorka Donalda Trumpa, o czym ten wielokrotnie przypominał podczas swoich wystąpień. Po drugie, serial, w którym grała tytułową rolę, postrzegany jest jako apoteoza amerykańskiej klasy robotniczej. Biorąc pod uwagę, że obecny prezydent nie należy do ulubieńców amerykańskiego mainstreamu, zaś wzloty i upadki robotniczych rodzin już dawno przestały ekscytować tamtejszą telewizję, powyższe powody wystarczyły, aby aktorka i firmowany przez nią sitcom znalazły się na cenzurowanym.

Zresztą nie trzeba było długo czekać, aby Roseanne Barr sama ostatecznie się skompromitowała. „Bracia Muzułmanie i Planeta Małp miały dziecko – VJ” – napisała aktorka na Twitterze 29 maja, określając w ten rasistowski sposób Valerie Jarrett, bliską doradczynię prezydenta Baracka Obamy, która urodziła się w Iranie. Reakcja stacji ABC była natychmiastowa. Jeszcze tego samego dnia poinformowano o zdjęciu serialu z anteny, mimo że reaktywowany na początku tego roku bił rekordy oglądalności.

Nie był to pierwszy przypadek, kiedy Barr powiedziała lub napisała coś obraźliwego o czarnoskórych, muzułmanach czy kobietach. Mentalnie, aktorka wciąż tkwi w połowie lat 90., kiedy jej serial święcił triumfy, także w Polsce. Tymczasem to, co w epoce skandali seksualnych Billa Clintona i dominacji anglosaskiej – tzn. białej – kultury w sferze publicznej mogłoby wywołać dyskretny uśmiech i aprobujące skinienie głową, obecnie, po pierwszym afroamerykańskim prezydencie i akcji MeToo, (słusznie) zostało uznane za przekroczenie granicy dobrego smaku.

Czy jednak w swojej nagonce na Barr same amerykańskie media nie przekroczyły pewnej granicy? Otóż tego samego dnia, w którym celebrytka opublikowała swój rasistowski komentarz, do mediów trafiła informacja o ostatecznej liczbie ofiar zeszłorocznego huraganu Maria w Puerto Rico. Dotychczas służby federalne doliczyły się 64 ofiar. Teraz okazuje się, że liczba ta jest 70 razy wyższa (!) od oficjalnych szacunków i wynosi 4 645. Dla porównania: W atakach terrorystycznych z 11 września 2001 r. zginęło 2 977 osób, zaś huragan Katrina, który w 2005 r. spustoszył Nowy Orlean, pochłonął 1 833 istnień.

Co znamienne, szczegółowe badania nad skutkami huraganu w Puerto Rico przeprowadziła nie żadna instytucja rządowa, lecz naukowcy z Uniwersytetu Harvarda. W podsumowującym ich wielomiesięczną pracę raporcie straty materialne oceniono na 90 miliardów dolarów. Zwrócono także uwagę, że „opieka medyczna nie funkcjonowała na całej wyspie, a wiele z domostw było pozbawionych wody, elektryczności i zasięgu telefonicznego przez wiele tygodni po przejściu huraganu”. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy bezpośrednio ponosiły władze federalne, które zareagowały z wielkim opóźnieniem i nieadekwatnie do skali zniszczeń. Wszyscy też pamiętają przylot prezydenta Trumpa i jego zachowanie na spotkaniu z mieszkańcami, kiedy to rozdawał im jedzenie w sposób przypominający karmienie zwierząt w zoo.

Tymczasem, najpopularniejsze serwisy informacyjne w USA poświęciły raportowi łącznie niewiele ponad pół godziny. Najwięcej, o huraganie informował MSNBC – 21 minut. CNN przeznaczył na tę sprawę 12 minut, zaś konserwatywny i sympatyzujący z Trumpem Fox News zaledwie 48 sekund! Z kolei tweet Barr był komentowany i rozkładany na czynniki pierwsze przez wszystkie trzy stacje przeszło dziesięć godzin. Zdaniem ekspertów, dane te nie powinny dziwić, zważywszy, że i wcześniej temat zniszczeń w Puerto Rico nie cieszył się wielkim zainteresowaniem mediów.

Tweet Roseanne Barr był rasistowski i słusznie został skrytykowany przez amerykański mainstream. Czy jednak medialna nagonka nie była swego rodzaju odwetem na prezydencie Trumpie i na samej klasie robotniczej, którą sitcom idealizował, a której media głównego nurtu nadal nie potrafią wybaczyć, że nie zagłosowała na Hillary Clinton? Stąd cicha satysfakcja, że ABC szybko zdjęła popularny serial z anteny a biedota dostała nauczkę.

Czy równie rasistowskie, co komentarz Barr, nie było zachowanie mediów, które przymknęły oczy na tragedię Puerto Rico? Wątpliwe, aby w równym stopniu zmarginalizowały sprawę, gdyby wyspa – terytorium zależne USA – była zamieszkana przez bardziej białą i bardziej majętną ludność. Kolor skóry i pieniądze nadal bowiem odgrywają istotną rolę, również w zainteresowaniu mediów. Te zaś z taką samą niechęcią odnoszą się do biednych białych amerykańskich robotników, co do latynoskich mieszkańców Puerto Rico. W końcu i jedni, i drudzy nie przyciągną reklamodawców.

Cukiernik miał prawo

Zapadł wyrok w precedensowej sprawie cukiernika Jacka Phillipsa z Kolorado, który w 2012 roku odmówił upieczenia weselnego tortu dla homoseksualnej pary. Zasłonił się wówczas uczuciami religijnymi. Sędzia stanowy wydał wyrok niekorzystny dla cukiernika, ale ten się odwoływał i dopiął swego. Sąd Najwyższy stanął po stronie wolności religijnej, a przeciw prawom osób LGBT.

 

Para gejów, która zamówiła u Phillipsa tort, zamierzała pobrać się w Massachusetts – w tym stanie w 2012 roku małżeństwa jednopłciowe były już legalne. Natomiast przyjęcie weselne zaplanowano w Kolorado, skąd pochodzą małżonkowie. Para oskarżyła Phillipsa o dyskryminację i w 2013 rację przyznał jej sędzia Komisji Praw Obywatelskich Stanu Kolorado. Cukiernik zdecydował się na wieloletnią batalię sądową – sprawa tortu dla LGBT stała się już sprawą honoru ewangelikalnego chrześcijanina.

Cukiernika reprezentowała mecenas z konserwatywnego Stowarzyszenia w Obronie Wolności – Kristen Waggoner. Argumentowała, że cukiernik jest jak artysta – i podobnie jak malarzowi albo rzeźbiarzowi przysługuje mu margines swobody ekspresji – „torty na zamówienie są dziełami sztuki”. Sędzia Anthony Kennedy zgodził się z tą argumentacją: „Postępowanie Komisji Praw Obywatelskich w sprawie zawierało wyraźne i niedopuszczalne elementy wrogości w stosunku do jego szczerych przekonań religijnych, które motywowały jego decyzję” – można przeczytać w uzasadnieniu.

Jednocześnie jednak uznał, że sprawa ta nie stanowi precedensu i w podobnych przypadkach wyroki mogą się różnić: