Kim w Pekinie

Do stolicy Chin przybył przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-Un. Jego wizyta wpisuje się w ciąg działań mających doprowadzić do trwałego odprężenia na Dalekim Wschodzie, zainicjowanych przed rokiem jego noworocznym orędziem. Wskazuje też wyraźnie, że wbrew temu, co może myśleć sobie prezydent USA Donald Trump, nie jest to tylko rozgrywka między Waszyngtonem a Pjongjangiem, ale znaczący – jeśli nie zasadniczy – głos ma jeszcze jeden partner.

Wizyta Kim Dzong Una zaplanowana została na trzy dni – potrwa do 10 stycznia. Do ostatniej chwili była utrzymywana w tajemnicy – oficjalne media poinformowały o niej dopiero gdy południowokoreańska agencja Yonhap zauważyła, że specjalny pociąg przewodniczącego Kima przekroczył granicę w Dandong. Zauważono to dzięki wielkiej koncentracji sił bezpieczeństwa wokół stacji. Kim Dzong Un nie lubi bowiem latać samolotem – preferuje poruszać się swoim specjalnym, zielono-żółtym pociągiem. W ten sam sposób udał się do Pekinu w ubiegłym roku.

Przez pierwsze sześć lat, odkąd przejął władzę w Pjongjangu po swoim ojcu, Kim nie podróżował za granicę w ogóle. W ciągu ubiegłego roku był jednak w Pekinie i spotykał się z prezydentem Xi Jinpingiem trzy razy. Pokazuje to wyraźnie, jak ważnym partnerem są dla niego Chiny. Znamienne też jest, że do kolejnej wizyty dochodzi w czasie, gdy planowane jest drugie spotkanie między przywódcą KRLD i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Domyślać się należy, że ma ona być przede wszystkim sygnałem, że Kim nie jest osamotniony, że Stany Zjednoczone nie mogą starać się go wyizolować i rozgrywać w pojedynkę, lecz cały proces wpisuje się bardzo szeroki kontekst regionalny, gdzie nie tylko Waszyngton ma swoich zależnych od siebie sojuszników. Warto zwrócić zresztą uwagę, że w podobną stronę zmierzają też enuncjacje prezydenta Korei Południowej Mun Dze Ina, który w ubiegłym roku kilkakrotnie roztaczał wizje planu pokojowego i przyszłego rozwoju regionalnego, także w wymiarze budowy rodzaju wspólnoty ekonomicznej, właśnie wymiarze regionalnym.

Noworoczne orędzie przewodniczącego Kim Dzong Una na rok 2018 okazało się sygnałem przełomu. Tegoroczne wpisywało się w proces odprężenia na Półwyspie Koreańskim, ale także zawierało istotne elementy. Przede wszystkim było sygnałem, że Pjongjang nie ma zamiaru podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi, powtarzające argumentację, jak pojawiła się po północnokoreańskiej stronie po wypowiedzi doradcy prezydenta USA Johna Boltona, który pozwolił sobie na stawianie ultymatywnych warunków. Również więc i teraz przewodniczący Kim zaznaczył, że gotów jest na denuklearyzację, ale nie może to być rozbrojenie jednostronne, lecz muszą mu towarzyszyć gwarancje ze strony USA i konkretne kroki ze strony Waszyngtonu eliminujące zagrożenie wobec państwa północnokoreańskiego. Oprócz tego Korea Północna oczekuje, że jej zaangażowanie w proces rozbrojenia spowoduje zniesienie sankcji ekonomicznych, te jednak są w dalszym ciągu utrzymywane i strona amerykańska nie sprecyzowała, w którym momencie je zniesie.

Wyjdą, nie wyjdą?

Ogłoszone przez prezydenta USA wycofanie wojsk z Syrii to najprawdopodobniej blef. Kolejna szopka – tym razem noworoczna. Amerykańskie „jastrzębie” nie opuszczą Bliskiego Wschodu, nawet po sromotnej klęsce. Przegrany konflikt będą ciągnąć bez końca pod dowolnym pozorem. Interes ekonomiczny i polityczny klasy rządzącej USA zbyt ściśle zrósł się z przemysłem wojennym i kulturą globalnej dominacji.

 

19 grudnia prezydent Donald Trump zapowiedział wycofanie wojsk amerykańskich z Syrii, o czym większość mediów donosiła w tonie mniej lub bardziej autentycznego szoku. Pilni obserwatorzy polityki Trumpa nie powinni czuć się zdziwieni, ponieważ obietnica “sprowadzenia amerykańskich chłopców do domu” była jedną z jego flagowych obietnic, złożonych podczas kampanii wyborczej w 2016 r. Powszechne zaskoczenie może wynikać z przekonania, że obecność US Army w Syrii jest albo “stanem naturalnym”, którego nikt nie będzie kwestionował, albo jest nieodwołalna ze względu na amerykański “interes narodowy” lub “politykę bezpieczeństwa”, pod którą podpisuje się cała klasa polityczna Stanów Zjednoczonych. Fakt, że wojska lądowe USA przebywają na terytorium Syrii wbrew prawu międzynarodowemu, wymawiając się “wojną z terroryzmem”, nigdy nie miał dla polityków w USA szczególnego znaczenia. A amerykański ekscepcjonalizm? Owszem, ten jest w pewnym sensie stanem dla nich naturalnym.

Trump jednak definitywnie zmierza do spełnienia swoich zapowiedzi wyborczych i traktuje to pryncypialnie, chociaż czas pokaże, czy jego “osiągnięcia” nie będą wyłącznie efemeryczne. Realizacja głośnych obietnic będzie dla jego elektoratu probierzem jego wiarygodności w “walce z elitami”, a to jego główne paliwo polityczne. Obiecał “usiąść przy jednym stole z Kim Dzong Unem” – usiadł. Obiecał odgrodzić USA murem od imigrantów z południa i zmierza do tego “po trupach”, nawet za cenę finansowego paraliżu administracji. Teatralne wywracanie zastanego porządku przynosi jednak mizerne skutki. Dobrze to widać w polityce zagranicznej. Antagonizowanie NATO i Unii Europejskiej robi wrażenie, ale nie zanosi się na żadne konsekwencje. Wojna taryfowa z Chinami nie ma prawa zakończyć się jakąkolwiek korzyścią gospodarczą. Po szczycie w Helsinkach prezydent chciał zapraszać Putina do USA – przyboczni mu to jednak wyperswadowali. Taktyką Trumpa jest wywoływanie zamieszania. Nauczył się też, że jeżeli zmuszony jest się wycofać z wcześniejszej decyzji, zawsze można to na Twitterze przedstawić jako kolejny sukces.

 

„Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro”

Sprawa wyjścia z Syrii sygnalizowana była przez Trumpa przez cały 2018 r. Ostateczną decyzję ogłosił 19 grudnia, uzasadniając to twierdzeniem, że Państwo Islamskie – zgodnie z planem – zostało pokonane, nie ma zatem powodu, by “amerykańscy chłopcy” nadal się narażali. Jest to oczywiście bezczelna manipulacja, bo fakt, że IS zostało prawie całkowicie wyparte z Syrii, jest w lwiej części osiągnięciem koalicji sił rządowych, Rosji i Iranu, a poza nimi – Kurdów, przez USA jedynie dozbrajanych. Postanowienie Trumpa należało traktować zupełnie poważnie, ponieważ w jego konsekwencji dymisję ze stanowiska sekretarza obrony złożył James Mattis, publikując list otwarty, w którym oględnie dał do zrozumienia, że opuszcza urząd, bo polityka prezydenta stanowi w jego mniemaniu akt nielojalności wobec sojuszników. Mattis jednocześnie streścił w liście swoją doktrynę w pełni wyrażającą neokonserwatywną agendę, która od czasu ataku na Irak w 2003 r. w pełni określała rolę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie – tak za prezydentury G.W. Busha, jak i Baracka Obamy. W tym sensie można uznać, że jego rozstanie z Trumpem, wieńczące już wcześniej tlący się spór, jest wyrazem próby odejścia obecnego prezydenta od polityki, na której opiera się funkcjonalna jedność całego amerykańskiego establishmentu.

Iście rozbrajająca wydaje się łatwość, z jaką wszystkie liberalne media w USA stanęły po stronie Mattisa. Przypomnijmy, że chodzi o byłego generała, któremu dorobiono przezwisko “wściekły pies”, który lata temu doprowadził do rzezi irackiej Faludży, twierdził, że “zabijanie może być niezłą zabawą” i zawsze uchodził za bezwzględnego “jastrzębia”, dążącego do zapewnienia Waszyngtonowi dominacji nad światem dzięki sile militarnej (zresztą dał temu wyraz w swoim piśmie do Trumpa). Człowiek ten w narracji NYT, WP, CNN, MSNBC momentalnie przedzierzgnął się w “jedyny głos rozsądku” w ekipie Trumpa, fachowca i patriotę drżącego o “bezpieczeństwo kraju” i “stabilność regionu”. Radio CBS określiło go nawet mianem “kogoś w rodzaju Demokraty”, przyjmując za dobrą monetę wcześniejszą „obelgę” Trumpa.

Na prezydenta spadła miażdżąca krytyka nie tylko ze strony Demokratów, ale i Republikanów. Nie oszczędziła mu jej również zaskoczona generalicja. Część najwyższych kadr wojskowych pogniewała się co prawda również na Jamesa Mattisa, za to, że swojej rezygnacji nie konsultował z nimi, chociaż ogółem generałowie uznali decyzję o “natychmiastowym” wycofaniu się z Syrii za niedopuszczalny akt głupoty politycznej. Trump szybko zdał sobie sprawę, że może trwale zepsuć sobie relacje z dowództwem. To była oczywista krótkowzroczność. Drużyna Trumpa na czele z Johnem Boltonem nie przestanie prawdopodobnie dążyć do wojny z Iranem, dlatego tak czy inaczej będą musieli zachować gotowość w regionie, a odpuszczenie Syrii wydawało się w tych okolicznościach strzałem w stopę.

Załagodzeniu konfliktowej sytuacji zaradzić miała najpewniej niespodziewana wizyta Trumpa w amerykańskiej bazie lotniczej w Iraku podczas świąt Bożego Narodzenia. Prezydent zaskoczył wszystkich, pojawiając się tam ni stąd ni zowąd i pozując do selfie z żołnierzami. Wygłosił do nich płomienną mowę zapewniając ich, że Amerykanie “nie są już przegrywami”, że pokonali IS i że – co najważniejsze – z Iraku nie będzie żadnego wycofania. Nadal nie jest pewne, czy rząd Iraku został w ogóle powiadomiony o przyjeździe Trumpa, a ten nawet nie znalazł czasu na spotkanie z premierem Mahdim. Zostało to bardzo źle przyjęte, wzmogły się i tak wysokie antyamerykańskie nastroje: to skandal, zamach na suwerenność, USA nie chcą uznać, że amerykańska okupacja ich kraju się zakończyła. Cóż, chyba jednak do niej daleko, zwłaszcza, że dzień wcześniej irackie media poinformowały, że Amerykanie uruchomili dwie nowe bazy wojskowe w pobliżu granicy z Syrią.

Następne dni przyniosły kolejne zwroty. Znany republikański senator Lindsey Graham, były wojskowy i lobbysta sektora zbrojeniowego, pochwalił Trumpa za wizytę w Iraku i oświadczył, że zamierza się spotkać z prezydentem, aby odwieść go od planów porzucenia bliskowschodnich sojuszników, zwłaszcza syryjskich Kurdów. Do spotkania rzeczywiście doszło 30 grudnia, a po jego zakończeniu Graham zapewniał media, że prezydent zmienił zdanie i na razie pełnego wycofania wojsk nie będzie, bo trzeba dokończyć walkę z IS. Wyjście się odbędzie, ale stopniowo, bez pośpiechu.

Ostatniego dnia 2018 r. Donald Trump opublikował serię tweetów, w których nadal pysznił się “swoimi osiągnięciami” w walce dżihadystami. Tym razem przyjął jednak bardziej zachowawczą narrację, twierdząc: “ISIS w większości zostało pokonane. Powoli wysyłamy żołnierzy do domów, do ich rodzin, a jednocześnie walczymy z resztami ISIS”. Trump zaczął więc stopniowo wycofywać się, ale nie z Syrii, a z własnej decyzji, tradycyjnie już odwracając kota ogonem, by odtrąbić w ten sposób kolejne „zwycięstwo”. 2 stycznia wyznał już otwarcie, że plan powrotu żołnierzy nie ma żadnych “ram czasowych”. 4 stycznia potwierdził to Departament Stanu. “Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro” – wykręcał się POTUS. Skończyło się więc “szopką noworoczną”. Niewykluczone, że Mattis ewakuował się w ogóle niepotrzebnie.

 

Deep State

Prezydent zdaje sobie oczywiście sprawę z niechęci amerykańskiego społeczeństwa do przedłużających się interwencji USA na Bliskim Wschodzie, a doskonale potrafi grać pod publiczkę – stąd „zawrót głowy od sukcesów”. Możliwe, że cała zagrywka od początku była blagą, ponieważ podana przez niego liczba 2000 żołnierzy, którzy mieli wrócić do domów w ramach “pełnego wyjścia z Syrii”, zdaje się nie odpowiadać rzeczywistości. W samej Rakce, którą Amerykanie odbili z rąk IS, dokonując zbrodni wojennych na cywilach, znajduje się oficjalnie ponad 500 żołnierzy. Washington Post ustalił zaś, że realna ich liczba może sięgać nawet 4000! Oznacza to, że Trump będzie mógł wycofywać się z Syrii praktycznie w nieskończoność, tak jak Obama z Iraku.
Tak właśnie działa “deep state”, czyli konglomerat grup interesu “wrośniętych” w ciągu dekad w aparat państwowy, funkcjonujących nawet poza pozorami demokratycznej kontroli. Należą do nich oczywiście CIA i “kompleks wojskowo-przemysłowy”, dla których skompromitowane marzenia o militarnej hegemonii globalnej i świecie jednobiegunowym pozostają niezmiennie racją bytu. Wątpliwe, by Trump realnie myślał o ich pokonaniu. Po pierwsze, żaden z niego “antyimperialista”. Jego zapowiedzi z 2016 r., że ograniczy interwencje zagraniczne, należy skonfrontować z jego parciem ku wojnie z Iranem, groźbami wobec Wenezueli i obsesją na punkcie Amerykańskiej supremacji. Trump chce przede wszystkim samodzielnie określać swoje cele i swoich wrogów.
Po drugie, wszelkie jego “antyimperialistyczne” gesty pozostają tylko gestami, łącznie z zapowiedziami normalizacji stosunków z Koreą Płn po szczycie w Singapurze w czerwcu 2018 r. Wielkie media lubią głosić, że denuklearyzacja nie postępuje, bo Kim Dzong Un zdradził USA, a Trump okazał się naiwniakiem. Prawda jest taka, że czerwcowa deklaracja zakładała obustronne ustępstwa, a USA nie zamierzają ich traktować poważnie, dlatego porozumienie utkwiło w martwym punkcie. Sekretarz stanu Mike Pompeo ostentacyjnie lekceważy Pjongjang. Po Singapurze Trump rozpromieniał chwilową glorią “gołąbka pokoju”, a teraz wraca zwyczajowa agenda neokonserwatywna.

Kolejnym przykładem z minionego roku jest dyskusja nad budżetem zbrojeniowym. Jeszcze w grudniu prezydent się oburzał, że USA wydadzą w tym roku 716 mld USD na “obronność”. “To obłęd!” – uniósł się Trump. Zapowiedział, że do 2020 r. wydatki te spadną do 700 mld. Towarzyszyła temu wręcz deklaracja rozbrojenia: “Prezydent Xi, ja i prezydent Putin zaczniemy rozmowiać o tym, jak sensownie powstrzymać wielki i niekontrolowany wyścig zbrojeń”. Efekt? Kilka dni później po spotkaniu Trumpa z senacką komisją ds. sił zbrojnych Biały Dom ogłosił, że w 2020 r. wydatki zbrojeniowe wzrosną do rekordowego poziomu 750 mld USD!

Amerykanie nie wyjdą z Syrii ani z Iraku niezależnie od tego, ile jeszcze wolt wykona sam Trump, bo to nie on trzyma wojenny ster. Sam fakt, że w ogóle nie było mowy o wstrzymaniu działań lotnictwa, wiele świadczy. To ono stanowiło główną siłę USA i gdyby nie ta siła, nie powiódł by się szturm na Rakkę. Bez uwzględnienia lotnictwa, operującego głównie właśnie w oparciu o bazy w Iraku, mówienie o wycofaniu się z Syrii było pozbawione sensu.

Paradoksalnie, “wojna na górze” toczona między Trumpem a establishmentem ukształtowanym za Obamy, sprzyja tylko konsolidacji środowiska “neoconów”, którzy z przekonaniem zaczęli sposobić się do marszu na Teheran – wymarzony cel samej Hillary Clinton. Nikt już nie wierzy, że USA są w Syrii, żeby “krzewić” tam demokrację. W 2009 r. kiedy Clinton kierowała Departamentem Stanu, najbardziej wpływowy waszyngtoński think tank Brookings Institution opublikował raport pt. “Which Path to Persia” (Którędy do Persji). Stwierdzano tam jednoznacznie, że aby obalić rząd w Iranie, Amerykanie muszą się pozbyć z Syrii Baszszara al-Asada.

Co najmniej od 2007 r. trwała współpraca USA, Arabii Saudyjskiej i Izraela przy zbrojeniu w Syrii islamskich ekstremistów powiązanych z Al-Kaidą – ustalił to wówczas dziennikarz New Yorkera. Nic dziwnego, że bardzo szybko po wybuchu “rewolucji” przeciwko al-Asadowi okazało się, że “demokratyczni rebelianci” składają się prawie wyłącznie z dżihadystów. W 2016 r. przestało być wyłącznie tajemnicą poliszynela, że CIA z Arabią Saudyjską de facto przygotowało wojskowe zaplecze rebelii – przyznał to w końcu New York Times, a senator John McCain potwierdził, że Amerykanie przyczynili się do powstania IS.

 

Wojna bez końca

W obecnym układzie Amerykanie nie mają szans na poważne zagrożenie Iranowi. Przede wszystkim przegrali starcie w regionie – nie usunęli i nie usuną al-Asada z Damaszku. Iran znalazł się w koalicji zwycięzców, choć o podziale łupów jeszcze nie zdecydowano. Swoim miotaniem się od ściany do ściany Trump rzeczywiście nadwyrężył zaufanie sojuszników w regionie. Przede wszystkim Kurdów, którzy przekonali się, że są traktowani instrumentalnie i po raz kolejny zdecydowali się na współpracę ze swoim “śmiertelnym wrogiem”, Armią Syryjską. Prezydent Turcji Erdogan już myślał, że dostał od Trumpa Kurdów “na talerzu”. Niektóre media początkowo donosiły, że początkowa zapowiedź Trumpa była własnie ukłonem wobec Turcji. Amerykanie faktycznie dokonali przegrupowań na północy Turcji korzystnych dla Erdogana. Lecz teraz i tak będzie on miał powody do dalszego zbliżenia z Rosją i Iranem.

Jakby tego było mało, rząd Iraku właśnie oświadczył, że nie będzie uznawał amerykańskich sankcji wobec Iranu i zapowiedział zbliżenie z Teheranem, a Irakijczycy coraz głośniej dają do zrozumienia, że nie życzą sobie dłużej baz USA. Zjednoczone Emiraty Arabskie zapowiedziały ponowne otwarcie ambasady w Damaszku. Układ na planszy geopolitycznej jest dla waszyngtońskiego imperializmu coraz mniej korzystny.

Nie ma jednak jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Amerykanie, mimo że nieustannie przegrywają militarnie i politycznie, uparcie stosują strategię z Iraku i Afganistanu? Metoda frontalnego uderzenia, po którym następuje niekończąca się wojna partyzancka, nigdy nie przyniosła zamierzonego efektu w postaci trwałej instalacji posłusznego im rządu. To powieść się nigdy nie mogło – śmierć, zniszczenie, cierpienie i regres cywilizacyjny na terenach “wyzwalanych” przez USA, nigdy pozwoliły im przysposobić sobie żadnej bazy społecznej. Nie udało się to nawet z szyitami, których uwolnili od Saddama Husajna. Taktyka tworzenia ludobójczych sił, takich jak IS, które potem się zwalcza, żeby uzasadnić swoją obecność w regionie, to szczyt politycznej aberracji i syndrom konającego imperium, które potrafiąc jedynie siać spustoszenie, uniemożliwia sobie samemu osiągnięcie pośród tego chaosu nawet typowo ideologicznych celów, skrojonych pod opinię publiczną. Lata prowokowania wojen na Bliskim Wschodzie pod hasłem “wojny z terroryzmem” doprowadziły do niespotykanej w dziejach erupcji terroru.

Można starać się wyjaśnić tę niszczycielską manię jako sztukę dla sztuki, lepiej jednak jako sztukę dla zysku. Wojna jest trwale wpisana w interes amerykańskiej klasy rządzącej. Wydatki na “obronność” liczone w setkach miliardów dolarów mówią same za siebie. Również sam kapitalizm wojenny niweczy imperialną strategię USA. Biznes zbrojeniowy inwestujący w najbardziej zyskowne rodzaje najnowocześniejszego sprzętu które mają odstraszać Rosję i Chiny oraz zmiatać rządy mniejszych państw za jednorazowym, chirurgicznym uderzeniem, nie jest w stanie przygotować armii pozbawionej zaplecza społecznego do prowadzenia przewlekłej wojny partyzanckiej, wymagającej zupełnie innej taktyki. Celem imperializmu jako najwyższego stadium kapitalizmu jest wyłącznie niszczenie. A potem się zobaczy.

Którędy, Europo?

Z europosłanką Marią João Rodrigues, wiceprzewodniczącą frakcji Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D), rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

 

Czy lubi pani Fado?

Jestem Portugalką, ale w kategoriach emocjonalnych nie jestem jego największą wielbicielką Fado. To specyficzna tradycja Portugalii, wywodząca się ze splotu różnych wpływów kulturowych, ale jest smutne. A ja nie bardzo przepadam za takim stanami emocjonalnymi. Bliższe są mi emocje ludzi, którzy wyglądają ku lepszej przyszłości. To także część portugalskiej tradycji.

 

Moje pytanie nie było jednak przypadkowe. Pani jest z jednej strony Europy, ja – z drugiej strony Unii Europejskiej. Chcą się do niej dostać setki tysięcy ludzi, często ryzykując swoje życie. Z drugiej strony ci, którzy są w UE, coraz bardziej jej nienawidzą. Dlaczego?

Bardzo długo Unia Europejska była bardzo atrakcyjna. Wiele nowych państw chciało do niej dołączyć. To się jeszcze nie skończyło. Kraje bałkańskie, które jeszcze do Unii nie należą, nadal mają takie ambicje. Zatem nadal jest ona projektem atrakcyjnym. Muszę jednak przyznać, że Unie nie nie spełnia wszystkich oczekiwań, jakie w niej pokładamy. Potrzebujemy więc innej Unii. Myślę, że teraz nadszedł czas, aby postępowe siły zjednoczyły się w Europie, aby zmienić kierunek jej rozwoju. To jest konieczne. Musimy zmienić Europę.

 

Dziś uczestniczyliśmy w konferencji zatytułowanej „Za zjednoczoną Europą Socjalną”. Mówiono tam, że jesteśmy razem, że wracamy do starych wartości Unii, ale wielu uczestników tej dyskusji miało do tego wyraźnie sceptyczny stosunek. Że to tylko takie frazesy. Pojawia się więc pytanie, czy my, socjaliści, powinniśmy podtrzymywać ten stan Unii Europejskiej, czy mamy go zmieniać. Bo przez wielu naszych krytyków jesteśmy – jako Postępowi Socjaliści i Demokraci – postrzegani jako beneficjenci, rentierzy „dobrej” Unii. Jak mamy ją więc zmieniać.

To była konferencja na naprawdę wysokim szczeblu. Uczestniczyłam w wielu konferencjach na podobne tematy w całej Europie, mam zatem skalę porównawczą, aby powiedzieć, że to w czym brałam udział dziś to nie było prawienie okrągłych frazesów. Na dzisiejszej konferencji udało nam się określić nowe cele przed nami i potrafiliśmy przedstawić przygotowywane przez nas rozwiązania, dzięki którym zmienimy kierunek, w którym zmierza Europa. A potrzebne są konkrety. Jesteśmy pomiędzy globalnymi potęgami. Niektóre z nich zatapiają się w nacjonalistycznych iluzjach. Mówię tu o takich sprawach jak „America First”, ale też o tym jak swoją rolę w świecie widzą Chiny czy Rosja. Musimy zapewnić warunki, w których nasz europejski sposób życia będzie respektowany i będzie mógł trwać. To ważny powód sprawiający, że Unia Europejska musi być silna. Tylko w ten sposób będziemy w stanie rozmawiać z innymi globalnymi siłami, powiedzieć im, że my chcemy tu żyć tak jak żyjemy i oczekujemy, że to zostanie uszanowane. To musi być wyraźnie stawiane podczas negocjowania wielkich umów handlowych. Jest to oczywiste, że jeśli chcemy aby te umowy wpisywały się w nasze standardy, również nasze standardy stosunku ochrony środowiska, musimy używać pełnej siły Unii. Żadne z państw europejskich, nawet najsilniejsze,nie będzie miało tej siły negocjacyjnej.

Drugi powód, to skuteczność naszych działań wobec zmiany klimatu. Dziś dla każdego jest oczywiste, że ona następuje. Przyjęta została Deklaracja Paryska wyznaczająca nowe standardy, i Europa wzięła na siebie rolę lidera ich wcielania w życie. Ma to kluczowe znaczenie dla uratowania naszej planety. Chcemy też wspierać ludzi dotkniętych tą polityką. Jeśli pracownicy tracą miejsca pracy na skutek wdrażania nowej polityki energetycznej, jest oczywiste, że muszą oni otrzymać wsparcie umożliwiające im znalezienia nowego zatrudnienia. Tak rozumiem postępowe, europejskie podejście do zmiany polityki energetycznej.

Trzeci obszar, nie mniej istotny, ważny przede wszystkim dla młodych ludzi, to transformacja cyfrowa. W tym zakresie nasze podejście jest bardzo różne od tego, jak widzą tę sprawę Amerykanie czy Chińczycy. Wiemy, że chińska polityka w tym zakresie nie respektuje wolności osobistych, w Stanach Zjednoczonych prywatne dane osobowe są wykorzystywane w celu generowania zysków dla wielkich operatorów cyfrowych. Tymczasem podstawą podejścia europejskiego jest ochrona prywatności, zapewnienie, że nikt nie będzie manipulował naszą demokracją. W naszym rozumieniu rewolucja cyfrowa dokonująca się na naszych oczach ma służyć poprawie jakości życia, poprawić dostęp do służby zdrowia, do edukacji, do usług publicznych, do poprawy naszej samorządności. Wierzę głęboko, że tym okresie PES powinna stać się liderem zmian wynikających z transformacji naszego cyfrowego otoczenia w Europie.

 

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości globalna sytuacja będzie wyglądać tak, że jej aktorami będą Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Chiny. W jakimś stopniu może też Rosja i Indie. A tymczasem UE nie ma nadal wspólnej polityki wobec Chin. Chiny preferują stosunki bilateralne, czyli rozgrywają poszczególne państwa. Wręcz przekupują je, oferując duże kontakty. Na przykład na zakup samolotów od Airbusa, innych technologii od Niemiec. Jednocześnie, jeżeli się pojawi jakaś okazja, ja ta dzięki której Chiny mogą kupić port w Pireuse, traktują to jako soldy. W rezultacie UE jako całość jest wobec Chin dość bezbronna.

Należy wyjaśnić, na czym polega europejska strategia rozwijania stosunków z Chinami. Nie ulega wątpliwości, że są one jednym z najważniejszych graczy na świecie, a będą jeszcze ważniejszym. Pierwsza rzecz, to potrzeba bardziej skoordynowanego stanowiska. Musimy też monitorować chińskie inwestycje bezpośrednie w Europie. Generalnie, musimy zwracać uwagę na to, czy zewnętrzni inwestorzy w Europie nie naruszają naszych strategicznych interesów. Musimy panować nad naszą przestrzenią, która nie jest tylko rynkiem czy strefą walutową. Unia Europejska musi więc zachowywać się jako wspólna, geopolityczna jednostka. I powinno się to opierać tylko na grze ekonomicznych interesów, ale podlegać demokratycznej kontroli i brać pod uwagę również wymiar społeczny i kulturowy. Najwyższy czas, aby Unia stała się wreszcie takim organizmem strategicznym. Z tego powodu musimy określić spójną strategię wobec innych globalnych graczy. Jeśli idzie o Chiny, chcę przypomnieć, że mamy z nimi strategiczne partnerstwo. Brałam udział w przygotowaniach do europejsko-chińskich szczytów. Musimy powiedzieć stronie chińskiej, że oczekujemy wzajemności, że nie mogą oczekiwać od nas pełnego otwarcia naszego rynku podczas gdy swój trzymają zamknięty. Z drugiej strony muszę podkreślić, że należy przede wszystkim skupić się na pozytywnych aspektach współpracy między Europą a Chinami i je przede wszystkim rozwijać. Skupić się na tym, co jest naszym wspólnym interesem. Chiny zobowiązały się wdrażać porozumienie paryskie i agendę na rzecz trwałego rozwoju. Chiny pojęły wysiłek, aby stworzyć spójny system ochrony społecznej. W naszym najlepiej pojętym interesie jest, aby Chinom udało się te cele zrealizować. Podniesienie standardów społecznych w Chinach zmniejszy ich skłonność do dumpingu i wpłynie na zrównoważenie ich konkurencyjności w stosunku europejskiego modelu społecznego. Dlatego to są obszary, w których musimy z Chinami współpracować. Musimy także zachęcać na Chiny aby wspierały system światowy oparty na wielostronności, na który czynią zakusy takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Rosja. Ostatnia sprawa związana jest z chińskim projektem Jedwabnego Pasa i Szlaku. To nie jest tylko frazeologia. To projekt, dzięki któremu Chiny chcą zdefiniować swoje miejsce w świecie. Na ten projekt Unia powinna odpowiedzieć równie ambitnym projektem. Musimy wspierać naszych sąsiadów, starać się ustanawiać pokój i inspirować rozwój wśród nich. Odnosi się to do Bałkanów, także do Ukrainy, ale też do Afryki.

 

Prezydent Trump publicznie cieszył się z Brexitu. Kiedy do niego dojdzie, UE straci państwo, które nie tylko jest wielką gospodarką, ale dysponuje i bronią jądrową i wielką armią. Czy zatem Unia powinna budować własne siły zbrojne, skoro dotychczasowy sojusznik – USA – jest wobec UE sceptyczny, a jeden z jej filarów wypada poza nią. Czy my, socjaliści, powinniśmy popierać budowanie wspólnej europejskiej armii?

Proszę mi pozwolić zacząć od powiedzenia kilku słów o Brexicie. Musimy respektować podjętą w demokratyczny sposób decyzję Brytyjczyków. Należę jednak do tych, któzy są zdania, że była ona podjęta w oparciu o mylące informacje, albo wręcz brak informacji. Co się rzeczywiście stanie – nie wiemy, bo nadal czekamy na decyzję brytyjskiego parlamentu. Dopiero po niej nastąpi decyzja Parlamentu Europejskiego. Dostrzegamy, że administracja prezydenta Trumpa w sposób jednoznaczny wspiera zerwanie Wielkiej Brytanii z UE, co wskazuje, że że założeniem jej polityki jest dzielenie Unii, jej osłabianie. Tu sygnał głębokiej zmiany amerykańskiej polityki, która dotąd zawsze wspierała UE i sprzyjała europejskiej integracji. Dlatego PES zupełnie otwarty krytykuje stanowisko prezydenta Trumpa. Jeśli prezydent Tramp powiada, że Brexit może być przykładem dla innych członków Unii, uważam że to zupełnie błędne podejście. Wierzę, że za tym przykładem nikt inny nie podąży. Wszystkie sondaże opinii to potwierdzają. Obywatele Europy mogą być krytyczni wobec Unii, ale wiedzą też, że jest im potrzebna. A to wielka różnica.
Druga sprawa polega na tym, że Brexit zaowocował pewnym paradoksem. Właśnie wobec Brexitu i polityki prezydenta Trumpa staje się powodem, dla którego Europa tym bardziej powinna tworzyć własny potencjał obronny. Nie w takim rozumieniu, że miałby on zastąpić NATO, ale je uzupełnić, równocześnie dając nam autonomię w podejmowaniu decyzji. Z tego powodu widać jasno, że coraz więcej europejskich przywódców deklaruje wsparcie dla tworzenia wspólnego europejskiego potencjału obronnego. Na koniec chciałabym podkreślić, że dzięki temu projektowi będziemy mogli wyznaczyć wspólne standardy i wzmocnimy naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Będzie lepsza koordynacja, nie mówiąc o tym, że będzie to kolejny krok eliminujący możliwość wewnątrzeuropejskich wojen, takich jak te w ubiegłym wieku.

 

Wróćmy do sprawy wspólnej Europy. Jestem częstym gościem w Azji, w Chinach, w Wietnamie, w Korei. Tam nasza Europa postrzegana jest na dwa sposoby. Z jednej strony region czysty ekologicznie, uregulowany, utrzymujący wysokie standardy, w którym nie ma podróbek, ale również jako taki „dom spokojnej starości”. Z drugiej strony – jako region nadal innowacyjny, produkujący patenty. Bardzo się ucieszyłem, że socjaliści optują za zwiększaniem programu Erasmus, ale Chińczycy wysyłają studentów na najlepsze amerykańskie, europejskie czy australijskie uczelnie, a jednocześnie mają program ściągania ich z powrotem. Czy my, socjaliści moglibyśmy stworzyć taki program, żeby nie tylko integrować naszych studentów, ale zapobiegać drenażowi mózgów? Dlaczego pozwalamy na to, że „produkując” dobrych studentów, także dzięki Erasmusowi, a równocześnie pozwalamy „podbierać” nam absolwentów.

Wskazuje pan na bardzo istotny problem. Przekuwanie edukacji i wiedzy w instrument, który będzie służył poprawie naszych standardów życia powinno być centralnym celem postępowej orientacji w Europie. To była sprawa, w którą byłam bardzo zaangażowana już w czasach, gdy była tworzona Strategia Lizbońska. W tedy strategiczne podejście do tych problemów było wypracowywane przez UE po raz pierwszy. Wtedy przyjęliśmy, że chcemy być kontynentem, którego siłą opiera się na edukacji i wynikającej z niej innowacyjności. Wówczas jeździłam po całej Europie prezentując tę strategię. Byłam również w Polsce, na spotkaniu z ciałem, które nazywało się Polska Rada Lizbońska. Wówczas udało się zmobilizować bardzo silne wsparcie dla tego podejścia. Potem jednak, na skutek kryzysu finansowego, Europa wytraciła moment. Musimy teraz wrócić do tego, aby wykorzystać edukację i innowację w celu generowania wzrostu, tworzenia nowych miejsc pracy, zielonej transformacji. Mamy wielki potencjał badawczy, mamy pokolenie najlepiej wykształcone w całej historii, ale nie umiemy dyrygować tą orkiestrą. Nie umiemy wspierać współpracy pomiędzy badaczami, przemysłem i innymi środowiskami. A to powinna być jeden z naszych centralnych celów na nadchodzący czas, aby taką współpracę tworzyć. Musimy ukierunkować na rzecz tego procesu dokonującą się właśnie rewolucję cyfrową. Europa jest zacofana w stosunku do Stanów Zjednoczonych i Chin w drugiej fazie tej rewolucji. Polega ona na usieciowianiu i udostępnianiu w sieci nowych obszarów. Mówimy o wprowadzaniu do sieci naprawdę gigantycznych ilości informacji, która powinna trafić w chmury obliczeniowe, tworzyć sztuczną inteligencję. Powinniśmy naprawdę skupić się na inicjowaniu rozwoju w tym kierunku, ale i na takim nim kierowaniu, aby wpisywał się w potrzeby naszego, europejskiego sposobu życia.

 

Dziękuję za rozmowę. I chciałbym wyrazić równocześnie nadzieję, że nasza europejska, wspólna ale i różnorodna inteligencja będzie lepsza niż sztuczna inteligencja stworzona przez Amerykanów czy Chińczyków. Bo w tej różnorodności kryje się jej wartość dodana.

 

 

Wywiad został przeprowadzony podczas konferencji „Za zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która odbyła się w Krakowie, 30 listopada 2018 r.

Trump pozbawia złudzeń

Największym sukcesem Donalda Trumpa w minionym roku było uprzytomnienie światu, że Stany Zjednoczone to państwo, jak każde inne. które w walce o swoje interesy nie cofnie się przed niczym.

 

W roku 2018 na dobre rozstaliśmy się z mitem Stanów Zjednoczonych jako bezpiecznej przystani dla imigrantów i uchodźców. Rozstanie przyszło o tyle trudniej, że wiele w tym micie było prawdy. Od początku swojej państwowości USA prowadziły dość liberalną politykę imigracyjną, zachęcając śmiałków do przyjazdu i spełnienia swojego „American dream”. Oczywiście amerykańska brama nigdy nie była rozwarta na oścież. Na przestrzeni lat z prawa do osiedlenia się w USA wykluczano kolejne grupy etniczne – począwszy od czarnoskórych i Azjatów, a skończywszy na mieszkańcach Europy Południowej i Wschodniej. Niemniej, na tle pozostałych państw Ameryka jawiła się jako kraj otwarty i przyjazny dla obcokrajowców.

I za taką ją uważano aż do nadejścia Donalda Trumpa. To właśnie wykrzykiwana podczas setek spotkań z wyborcami niechęć do imigrantów i uchodźców, wyzywanie ich od „gwałcicieli i morderców”, a w końcu obietnica budowy muru na granicy z Meksykiem, doprowadziły Trumpa do zaskakującego zwycięstwa w wyścigu o Biały Dom w 2016 r. Nic zatem dziwnego, że nowy prezydent rozpoczął swoją kadencję od zamknięcia amerykańskich granic przed obywatelami sześciu państw muzułmańskich. Chcąc uniknąć oskarżeń o kierowanie się religijnymi przesłankami, na czarną listę wpisano także Korę Północną, Wenezuelę i Czad. Mimo że prezydenckie rozporządzenie spotkało się z oporem ze strony poszczególnych sądów stanowych, Trump uzyskał efekt, na którym zależało mu najbardziej – pokazał Amerykę jako twierdzę, do której dostęp uzyskają tylko nieliczni.

Tak jak rozpoczął swoje rządy, tak też zakończył miniony rok. W grudniu w amerykańskich ośrodkach dla nielegalnych imigrantów zmarła dwójka dzieci – uchodźców z Gwatemali, które wraz z rodzicami szukały w USA schronienia przed głodem i przemocą. Pierwszą z ofiar była siedmioletnia Jakelin Caal, czekająca w El Paso na deportację. Z kolei w wigilię zmarł Felipe Gomez Alonzo, ośmiolatek, przetrzymywany gdzieś przy granicy z Meksykiem. Chociaż zatem winę za śmierć dzieci nie ponoszą wprost amerykańskie władze, to Trump i jego poplecznicy chętnie wykorzystują podobne przypadki do wyartykułowania swoich poglądów. I rzeczywiście. Nie trzeba było długo czekać, aby w serii tweetów prezydent obwinił o śmierć najpierw rodziców zmarłej dwójki, a zaraz potem „żałosnych demokratów”, którzy blokują budowę muru na granicy z Meksykiem.

Nieprzyznanie przez Kongres środków na przygraniczny mur spowodowało tzw. government shutdown, który od 22 grudnia paraliżuje działalność federalnych służb i instytucji. Nie działają urzędy, muzea, ambasady i konsulaty. Ich pracownicy zaś nie otrzymują pensji. To już drugi taki przypadek w 2018 r. Co prawda pierwszy trwał zaledwie trzy dni (20 – 23 stycznia), lecz i tak można było mówić o poważnym kryzysie, biorąc pod uwagę, że przewagę w Kongresie posiadali wówczas republikanie. Obecny paraliż federalnych instytucji przeciąga się, gdyż Izba Reprezentantów znajduje się pod rządami demokratów, a ci w roku poprzedzającym wybory prezydenckie nie mają najmniejszej ochoty na zgniłe kompromisy z Białym Domem. Jeśli jednak ktoś myśli, że cała sytuacja martwi Trumpa, to jest w poważnym błędzie. Dla prezydenta niemoc rządu federalnego to doskonała okazja, aby jeszcze raz zrzucić winę na imigrantów. Wszak cały problem wziął się z potrzeby budowy muru, aby uchronić USA przed rzeszami „zwierząt”, „morderców i gwałcicieli”. Właśnie tak o imigrantach mówi się obecnie w Stanach Zjednoczonych i co najgorsze – na nikim nie robi to już wrażenia.

Drugim mitem, który pożegnaliśmy w 2018 r., jest mit Ameryki jako państwa walczącego o demokrację i wolność na świecie. Z dokładnie takimi hasłami USA zaangażowały się w pierwszą wojnę światową, której stulecie zakończenia hucznie obchodziliśmy w minionym roku. Tak też przedstawiano wszystkie kolejne konflikty, w których brały udział Stany Zjednoczone, począwszy od drugiej wojny światowej, przez Wietnam, a na „wyzwoleniu” Iraku w 2003 r. skończywszy. Miniony rok przyniósł jednak otrzeźwienie. Amerykańskie wsparcie dla brutalnej saudyjskiej interwencji w Jemenie uzmysłowiło wszystkim, że także USA posiadają swoje interesy. I że te interesy Ameryka będzie realizowała za wszelką cenę. Przypomnijmy – według ostrożnych szacunków, od stycznia 2016 r. zginęło w Jemenie co najmniej 56 tys. osób. Wiele z nich to ofiary saudyjskich nalotów i amerykańskich bomb. Wartość kontraktu na dostawy broni, który kilka lat temu Waszyngton podpisał z Rijadem, już przekroczyła 9 mld dolarów, a ostatnio Saudyjczycy ujawnili plany wydania ponad 110 mld na dalsze zbrojenie. Czy można więc dziwić się, że los tysięcy jemeńskich ofiar i rannych mało interesuje amerykańskich decydentów?

Podobną lekcję amerykańskiej real politik odbierają właśnie Kurdowie. Skuszeni obietnicami autonomii, a nawet niepodległości, przez wiele lat wzorowo odgrywali rolę najwierniejszego sojusznika USA w regionie. Także w Syrii Amerykanie mogli liczyć na kurdyjskie wsparcie. Jednak tuż przed świętami Trump ogłosił – niespodziewanie nawet dla niektórych członków swojego gabinetu, w tym i byłego już sekretarza obrony gen. Jamesa Mattisa – natychmiastowe wycofanie wojsk USA z Syrii. W konsekwencji Kurdowie zostali pozostawieni na łasce Turcji. W tej sytuacji nie mieli innego wyjścia niż prosić o protekcję swojego dotychczasowego przeciwnika – prezydenta Baszszara al-Asada. W ten oto sposób „ten bydlak” – jak jeszcze całkiem niedawno mówił o nim Trump – stał się (wspólnie z Rosjanami) gwarantem przeżycia najwierniejszego sojusznika Waszyngtonu.

Porzucenie sojusznika to żadna nowość w amerykańskiej polityce zagranicznej. Taki los spotkał m.in. Wietnam Południowy, którego przedstawicieli nawet nie zaproszono do rokowań z komunistycznym rządem Ho Chi Mina w 1973 r. Wówczas porozumienie USA z Wietnamem Północnym nagrodzono pokojową Nagrodą Nobla, podzieloną między Henriego Kissingera i Le Duc Tho. Stany Zjednoczone opuściły swojego wasala, jednak zdołały zachować twarz i pozycję na arenie międzynarodowej. Tym razem jest inaczej. Tym razem bowiem Amerykanie zostawiają swojego sojusznika na pastwę przeciwników bez żadnego celu i planu. Niczym znudzone dziecko, Trump zabiera swoje zabawki z piaskownicy i nie oglądając się za siebie wraca do domu.

Jeśli Trump bez najmniejszych skrupułów pozostawił Kurdów w regionie o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, to jak w takim razie wierzyć w zapowiedzi budowy „Fortu Trump” w peryferyjnej – dla USA – Polsce? W weekendowym numerze niemieckiego „Spiegla” dobrze poinformowana publicystka Christiane Hoffmann pisze, że w razie potrzeby, obecny gospodarz Białego Domu bez mrugnięcia okiem wycofa amerykańskie wojska z naszego kraju. Zapewne ma rację. Przecież łatwo sobie wyobrazić jak w zbliżającej się kampanii prezydenckiej Trump ponownie uderzy w izolacjonistyczne tony i dla poklasku zarządzi odwrót z „niewdzięcznej” Europy. W polskim rządzie wydają się tego nie dostrzegać, nadal karmiąc się mitem Stanów Zjednoczonych jako światowego strażnika wolności i demokracji. Tymczasem o takiej postawie już ponad pół wieku temu pisał Stanisław Cat-Mackiewicz, że „przypomina los służącej, która by dla swoich państwa harowała od świtu do nocy, a na pierwszego płaciłaby sobie pensję z własnej książeczki oszczędnościowej”.

Jak każde imperium w historii świata, także Stany Zjednoczone realizują własne interesy. Bez oglądania się na mniejsze państwa – czy to sojuszników, czy przeciwników. „Albo jesteście z nami, albo jesteście przeciwko nam” – te słowa prezydenta George’a W. Busha najlepiej oddają zasady, jakimi kieruje się amerykańska polityka zagraniczna. Od końca drugiej wojny światowej, USA były zaangażowane militarnie w niemal 190 konfliktach, za każdym razem bezwzględnie broniąc własnych celów, często dalekich od wyidealizowanej wizji świata opartej na poszanowaniu praw człowieka. Dzięki obecnej polityce Trumpa prawda ta dociera powoli do dotychczasowych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Pytanie czy i kiedy dotrze także do Warszawy?

Tragiczna historia dwójki dzieci z Gwatemali oraz zaangażowanie USA w Jemenie i Syrii – na pierwszy rzut oka to dwa odrębne tematy. Łączy je jednak sposób, w jaki traktuje je obecna amerykańska administracja. Przewodnie hasło Trumpa, czyli „America First”, oznacza bowiem nie tylko bezwzględną politykę imigracyjną, ale także bezwzględną politykę zagraniczną. Gabinet Trumpa nie zamierza przejmować się śmiercią dzieci w ośrodkach dla nielegalnych imigrantów, tak samo jak nie uroni łzy nad losem Kurdów w Syrii. Polityka międzynarodowa w rozpoczętym właśnie roku jeszcze bardziej niż w poprzednim będzie cierpiała na brak idealizmu, w który mimo wszystko przyjemnie było wierzyć. Jak odnajdzie się Polska w tej pozbawionej złudzeń rzeczywistości?

Płacz nad rozlanym mlekiem

Wielkie larum podniosło się w polskich mediach po rezygnacji gen. Mattisa ze stanowiska sekretarza obrony i decyzjach prezydenta Trumpa o wycofaniu wojsk amerykańskich z Syrii.

 

Tuż przed tymi wydarzeniami ukazała się w „Trybunie” obszerna wypowiedź Longina Pastusiaka „Trump = zagrożenie”, której tytuł odpowiada przede wszystkim poczynaniom prezydenta USA w sprawie paryskiego układu klimatycznego.

Pozostałe elementy amerykańskiej polityki autor tak tłumaczy: „Hasło wyborcze Trumpa „America First” („Ameryka Przede wszystkim”) powtarzane również i dziś było i jest wieloznaczne. Może oznaczać priorytet amerykańskich interesów w świecie, jak również zwrot ku sprawom wewnętrznym, kosztem obrony interesów globalnych… Trump jest drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych [po B. Obamie – Z.T.], który próbuje dostosować politykę zagraniczną USA do realnej tzn. relatywnie słabnącej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie… Donald Trump będzie odważniejszy w tej sprawie. Może go to doprowadzić do konfliktu z częścią establishmentu amerykańskiego, który chciałby utrzymać silną pozycję, prymat Stanów Zjednoczonych w globalnym układzie sił.”

Powyższa argumentacja interesów USA nie pozbawiona jest przecież logiki, ale jej konsekwencje wywołały alarmistyczne teksty w „Gazecie Wyborczej”: „Trump opuszcza Syrię”, „Nawet generał Marines porzuca Biały Dom”, Trump zabiera armię z Afganistanu”.

 

Warto jednak pamiętać,

że obecność już pierwszych pięćdziesięciu amerykańskich żołnierzy na terenie Syrii w 2015 roku budziła sporo kontrowersji, gdyż USA nie posiadały zgody na wysłanie wojsk od syryjskich władz (w odróżnieniu od Rosjan). W kolejnych latach, niewielki stosunkowo amerykański udział w likwidacji ISIS różnił się zasadniczo od zmasowanych NATO-wskich bombardowań Syrii i zwalczania, różnymi sposobami, rządów Baszara Al-Asada. Obecnie Trump odpuścił, mając w tej części świata liczących się sojuszników.

Do podobnej konkluzji zaczyna dochodzić w sprawie Afganistanu po kiepskich doświadczeniach od 2001 roku, nie wspominając już o dawnych radzieckich. Wydaje się, że będzie dążył do resetu z Rosją, co mu dotychczas różnymi sposobami, i z rozlicznych powodów, uniemożliwiano.

 

Natomiast nie jest prawdą,

jak przedstawia Onet klawiaturą Grzegorza Węglarczyka, że „Odejście Mattisa to koszmarnie zła wiadomość dla NATO, a więc i dla Polski… problem Trumpa może się okazać problemem nas wszystkich.” I dalej: „Nadchodzi sztorm. Pozostaje nam mieć nadzieję, że Ameryka nadal w tym sztormie będzie bezpiecznym portem, nie mamy bowiem innego wyboru i innego portu nie widać nigdzie na horyzoncie”.

Jaki sztorm panie Węglarczyk?

Gdzie pan go widzi, skoro nawet ważny generał Włodzimierz Pacek, kreśląc różne scenariusze, nie spodziewa się regularnej wojny, bo Rosja nie ma żadnego interesu, żeby zajmować terytorium Polski. „W dzisiejszej Europie nie ma powodu, żeby bać się wojny, która czyha na nasze życie. Jeżeli dzisiaj mówimy o zagrożeniach wojennych, to jest to raczej Azja, region Morza Południowochińskiego. Ale i Europa nie może być zupełnie spokojna… Krym jest z punktu widzenia interesów rosyjskich kluczowy ze względu na strategiczne miejsce. To coś zupełnie innego.

Polska nie jest z punktu widzenia Rosji takim strategicznym miejscem. Jest nim Białoruś”.

Aby jednak utrzymać się w obowiązującej antyrosyjskiej narracji generał dodaje: „Obawiam się, że gdzieś tam w Rosji chodzi po głowach taki scenariusz wojny zastępczej na terytorium Europy wikłający także Stany Zjednoczone. Myślę, że i Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, bo dzielą swoje wysiłki i swój potencjał i na Europę, i na Azję.”

 

Pewne jest natomiast jedno,

że aktualnie w głowach, nie tylko polskich, polityków i publicystów dokonał się kopernikański przewrót oglądu politycznego świata. Poprzednio obowiązywał zero-jedynkowy, w konsekwencji dobro bądź zło, a więc USA – Rosja, dalej: nieprzerwanie dobry prezydent Stanów Zjednoczonych i zawsze zły Putin. I jeszcze więcej: Ameryka zapewniająca światu bezpieczeństwo i Rosja stanowiąca nieustanne zagrożenie. A obecnie dotychczasowe „albo-albo” zastąpiono krytyczną oceną polityki tak Trumpa, jak i Putina, niosących podobno równie poważne zagrożenia. Longin Pastusiak dodaje: „Charakterystyczne, że Trump w swojej polityce zagranicznej nie podnosił kwestii praw człowieka, co było zawsze standardowym hasłem w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych”.

 

Ta, tak pięknie brzmiąca, kwestia

w nadzwyczaj selektywny sposób była realizowana, oszczędzając przychylnych USA dyktatorów, którym jeden włos z głowy nigdy nie spadł za dziesiątki tysięcy zamordowanych politycznych przeciwników. Służyła także wnoszeniu demokracji do licznych krajów, ale metodami zbrojnymi. Natomiast w stosunku do byłych krajów socjalistycznych i ZSRR – skądinąd odpowiadając prawdzie – spełniała przede wszystkim rolę pokojowego środka walki politycznej. Jeszcze innym hasłem, służącym, w założeniu, obronie demokracji, był słynny „Pax Americana” do którego pragnie powrócić pewna część wpływowych amerykańskich elit, bowiem zapewniał dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych w sferze militarnej i ekonomicznej. Skutkowało to także w konsekwencji oglądem USA jako żandarma świata.

 

Świat jednak się zmienił,

nie ma już ZSRR z jego ideologiczno-imperialną doktryną, jest Rosja zajęta wieloma swoimi problemami i troską o własne bezpieczeństwo, Chiny kreują się na ekonomicznego hegemona świata, a tuż za nimi podążają Indie, Japonia i Brazylia. Wg. rankingu Banku Światowego na dwadzieścia krajów o największym PKB, zaledwie osiem pochodzi z Europy (a tak na marginesie, w czasach PRL nie zajmowaliśmy co prawda propagandowego, dziesiątego miejsca na świecie, a tylko siedemnaste, ale od naszej transformacji wypadliśmy na stałe poza tę grupę). Trump, bez względu co się o nim mówi, to rozumie, i w nowy sposób kreuje politykę zagraniczną, ekonomiczną oraz cele militarne USA. Uważa, trawersując słowa Henry Temple, że „Stany Zjednoczone nie mają wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Stanów Zjednoczonych”.

 

A u nas prawie bez zmian,

bo jak inaczej nazwać spreparowaną przez Onet informację o wywiadzie Lecha Wałęsy dla rosyjskiej państwowej agencji prasowej RIA Nowosti. Przypomina jota w jotę – pogratulować – najgorsze praktyki peerelowskiej propagandy, która uniemożliwiając czytelnikowi zapoznanie się z „nieprawomyślnym tekstem” atakowała go bez umiaru. Tak się stało i teraz, bowiem Onet nie przedstawił ani całego wywiadu, ani też obszerniejszych fragmentów. Z obawy, że Wałęsa powiedział coś, o czym internauci nie powinni wiedzieć, bo im się jeszcze na temat Rosji coś pomiesza w głowach?

Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że chwalił Putina i krytykował sojusz Polski z USA, a to zupełnie wystarczające powody do onetowskiej autocenzury. Ale na tym nie koniec, portal jeszcze i poucza, i ostrzega: „polscy politycy nie tylko mają prawo, ale wręcz powinni udzielać wywiadów rosyjskim mediom. Każde słowo rozsądnej krytyki postępowania rosyjskich władz, które uda się przemycić do Rosjan, jest na wagę złota….Udzielając wywiadów rosyjskim mediom państwowym należy jednak mieć pełną świadomość, że to zawsze pułapka”.

Kontynuuje tę światłą myśl, że o Rosji należy mówić tylko krytycznie, również na Onecie, Sławomir Sierakowski opowiada o Nord Stream 2: „Rura, która ma być położona na dnie Bałtyku jest dokładnie tak zaprojektowana i po to budowana, żeby wyeliminować Polskę i Ukrainę i umożliwić Rosji sprzedaż jeszcze większej ilości gazu do Niemiec i Unii Europejskiej”. Pan Sierakowski nie jest jednak tak młodym człowiekiem, aby nie pamiętał zdwojonych wysiłków władz państwowych III RP, wspieranych przez liczne media, na czele z „Gazetą Wyborczą”, zmierzających do uniemożliwienia Rosjanom położenia drugiej nitki rurociągu „Przyjaźń”, którym surowiec płynąć miał przez Polskę na zachód Europy. Ile się to wtedy wszyscy natrudzili, opowiadając nawet istne bajki o montowanym, wzdłuż rurociągu, światłowodzie będącym szpiegowskim narzędziem, zagrażającym bezpieczeństwu naszego ukochanego kraju. No i sukces został osiągnięty: Rosjanie nakładem wielokrotnie wyższych kosztów obeszli polskie terytorium kładąc Nord Stream na dnie morza, a my obeszliśmy się brakiem zysków za prawo do tranzytu surowca. Nauczeni naszą wyjątkową życzliwością powtarzają ten manewr raz jeszcze. Największy paradoks polega jednak na tym, że jak sam Sierakowski przyznaje, „Merkel popiera ten projekt, bo jest bardzo opłacalny dla niemieckiego biznesu”, nie wiadomo zresztą dlaczego, bo nam się opłaca sprowadzać gaz zza oceanu. Naszą politykę ekonomiczną wyznacza nienawiść do Rosji, która w tym wypadku przypomina znane powiedzenie, że zrobię mamie na złość i odmrożę sobie uszy.

 

Jednak coś się pomału zmienia,

bo naczelny rusofob „GW” Wacław Radziwinowicz nadzwyczaj rzadko daje głos, a ostatnio był on nawet, w związku z obchodami 100-lecia urodzin Aleksandra Sołżenicyna, pozytywny dla Putina i Miedwiediewa. Ale jeszcze większe wrażenie zrobił skrót z raportu Fundacji Batorego „Polska wobec Rosji. Radykalizm bez polityki” autorstwa Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Tytuł artykułu Kremlowi jak zawsze przywala (do tytułu ma prawo redakcja, a w „GW” jest ono często nadużywane), ale można odnaleźć w nim szereg opinii, propozycji i zaleceń, które stwarzają szansę na pewną zmianę naszej polityki zagranicznej na tym kierunku. Dla wyjaśnienia, nie tylko obecnych rządów PiS, czy byłych PO, ale prawie wszystkich od 1990 roku. Czy tak się stanie, to tylko Bóg raczy wiedzieć.

 

Dla wyjaśnienia

dodać należy, że w polskiej polityce zagranicznej sami to przysłowiowe mleko rozlewamy, później o te czyny obwiniamy innych, a gdy jeszcze kolejni mówią, abyśmy sami posprzątali, to stać nas jedynie na płacz i żebranie o pomoc.

Perspektywy Trójmorza

Pani ambasador USA Georgette Mosbacher powiedziała w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że ideę Trójmorza ogłoszono dopiero? przy okazji wizyty w Polsce prezydenta Donalda Trumpa. Nie mam zamiaru z tym twierdzeniem zbytnio polemizować, bo idea integracji środkowo-europejskiej jest dla mnie od dawna ważna. Warto jednak wspomnieć, że o Trójmorzu była mowa już kilka lat przed wizytą amerykańskiego prezydenta, za rządów PO-PSL, łącznie z unijnymi planami infrastrukturalnymi w Środkowej Europie na osi Północ-Południe.

 

Warto także przypomnieć, że integracja środkowoeuropejska, którą planowali w Londynie podczas II wojny światowej przywódcy rządów emigracyjnych z naszego regionu nie doszła do skutku, bo Stany Zjednoczone (i Wielka Brytania) odmówiły jej w pewnym momencie poparcia. Przede wszystkim dlatego, że nie zgodził się na nią Stalin. Tym razem Amerykanie nie musieli pytać Rosji o zgodę, a wcześniej nasz region wszedł do Unii Europejskiej, także nie pytając o tę zgodę. Integracja środkowoeuropejska ma więc obecnie kilku sponsorów, a wśród nich Chiny (format 16+). Trzeba przyznać natomiast, że zanim prezydent Trump poparł ideę Trójmorza, koncepcję integracji środkowoeuropejskiej znaleźć można było w tekstach Amerykanina George’a Friedmana publikowanych i omawianych w polskiej prasie, a przede wszystkim w jego książce „Następne sto lat”. Realizowana obecnie idea Trójmorza jest nieco inna niż wizja Friedmana, bo nie nawiązuje ani do Józefa Piłsudskiego, ani do Międzymorza, przez co staje się do przyjęcia nie tylko w Polsce, ale i w pozostałych krajach regionu. Bo oprócz Polski, Niemiec, Austrii i Rumunii nazwisko Marszałka jest źle kojarzone, albo wręcz nieznane. Podobnie, niezbyt przychylnie, przyjmowane było w regionie pojęcie Międzymorza, bo kryje się w nim nieudolnie skrywana chęć polskiej dominacji. Przed próbami dominacji w procesie integracji regionu ze strony jakiegokolwiek kraju przestrzegał już podczas II wojny światowej Oskar Halecki – zapewne ktoś dotarł do jego tekstów i zrozumiał przesłanie. Jest jeszcze jedna ważna różnica między wizją Europy Środkowej G. Friedmana na najbliższe dziesięciolecia a obecnie popieranym przez Stany projektem Trójmorza. Friedman kładł nacisk na aspekty militarne, pomijając ekonomiczne, a Pani ambasador Mosbacher na plan pierwszy – jak się wydaje – wysuwa gospodarkę (plus sprawy obronne). Przy czym jedno jest wspólne, w obydwu koncepcjach ważne miejsce zajmują zakupy przez Polskę broni w Stanach Zjednoczonych. I jeszcze jedno: o ile Friedman przewidywał z satysfakcją osłabienie Francji (co już ma miejsce) i Niemiec, a także samej Unii (patrz np. kłopoty z Brexitem) to Mosbacher stwierdza, że USA wspierają koncepcję Unii Europejskiej, jakkolwiek nie zawsze z Unią się zgadzają. Niezależnie od zmian w polityce amerykańskiej będących odzwierciedleniem poglądów kolejnych prezydentów, istnieją niewątpliwie stałe interesy amerykańskie w Europie Środkowej ( i w świecie). Do nich w Europie należy przeciwdziałanie zbytniemu zbliżeniu Niemiec i Francji, a także całej Unii do Rosji. Pisał o tym Friedman, twierdząc przy tym, że w latach 20. będziemy świadkami samoistnego osłabienia Rosji, ale nieco inaczej ujmuje to Pani Mosbacher, kładąc nacisk na rosyjskie zagrożenia militarne. Nie wykluczone, że na krótką metę wydaje się to być zgodne z interesem Polski i Europy Środkowej, by Niemcy i Rosja nie „dogadywały się” ponad naszymi głowami. Niemniej jednak w dalszej perspektywie chodzi przede wszystkim o to, by połączone siły Unii Europejskiej i Rosji nie konkurowały na globalnej arenie z USA oraz, by to Amerykanie uprzedzili Unię Europejską w zbliżeniu i współpracy gospodarczej z Rosją, bo chyba nikt nie wierzy, że wrogość między Zachodem a Rosją trwać będzie wiecznie. Należy się domyślać, że każde z trzech mocarstw wspierających integrację środkowoeuropejską (Stany, UE, Chiny) inaczej ją sobie wyobrażają. W tym kontekście, zasadniczą sprawą w polskiej polityce zagranicznej jest zrozumienie i obrona stanowiska, że Polska i Europa Środkowa, a więc i Trójmorze, to część Unii Europejskiej, a Trójmorze nie jest dywersją w łonie Unii. Nie jest też skierowane przeciw Rosji. Jest natomiast przede wszystkim projektem gospodarczym w Europie Środkowej na osi Północ-Południe. Państwa Europy Środkowej powinny dbać o to, by ewentualna wzajemna rywalizacja wspomnianych wcześniej trzech mocarstw w regionie miała dodatni wpływ ( a nie ujemny, co też jest możliwe) na rozwój i spójność regionu. „Wzmocnieniu wewnętrznych więzów” w regionie sprzyjać będą, uważa Pani Mosbacher , inwestycje i zapowiada, że Stany pracować będą nad tym, by przekonać do Trójmorza te kraje regionu, które do końca nie są przekonane do tej idei. (Do zdecydowanie przekonanych należy Polska i Rumunia).

Amerykańskie firmy zainwestowały dotąd w samej Polsce 43 miliardy dolarów. Dopływ nowych, kolejnych inwestycji , w tym amerykańskich, jest Polsce i Europie Środkowej potrzebny zważywszy chociażby na fakt, że projekt budżetu Komisji Europejskiej na lata 2021-27 zmniejsza pulę na politykę spójności o ok. 10 proc. , przy czym cięcia dla krajów Europy Środkowej są znacznie większe. Dla Polski o ok. 23 proc. , czyli zmniejszenie z 83,9 mld euro w budżecie 2014-20 do 64,4 mld euro w latach 2021-27 (w cenach z 2018 r.). Po 24 proc. tracą Czechy, Węgry, Litwa, Estonia. Słowacja – 22 procent. Przewidziany jest niewielki, bo 8 proc. wzrost dla Bułgarii i Rumunii. Z planów cięć w polityce budżetowej Unii niezadowolone są: Chorwacja, Łotwa i Słowenia. (Tomasz Bielecki, Budżet UE będzie skąpy i opóźniony, Gazeta Wyborcza, 3 grudnia 2018). Czy w sytuacji zmniejszenia puli polityki spójności uda się europejskiej lewicy realizacja hasła Europy socjalnej? 31 listopada 2018 roku, na spotkaniu w Krakowie przedstawicieli europejskiej lewicy, Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Bogusław Liberadzki zaprezentował w tej sprawie stanowisko Socjalistów i Demokratów. Powiedział, że Unia Europejska znajduje się w momencie „w którym należy zdecydować o radykalnym zwiększeniu programów socjalnych. Zazdroszczą nam i chcą naszego niepowodzenia nasi najwięksi globalni rywale: prezydent Trump, prezydent Putin”. Liberadzki przedstawił nową koncepcję podziału środków z budżetu Unii. Według niej tyle samo środków co dotychczas należy przeznaczyć na politykę spójności i na politykę rolną, trzy razy więcej na program Erasmus, dwa razy więcej na badania i innowacyjność. (Trzeba nam Europy socjalnej, Trybuna, 3-4 grudnia 2018). W jakim stopniu te lewicowe ambitne plany zostaną przyjęte i zrealizowane zależy od rezultatów wyborów do parlamentu Unii Europejskiej w przyszłym roku. Do Unii, której zagraża populizm. Kolejne ważne wybory w 2019 roku to wybory do polskiego parlamentu. Można żywić nadzieję, że wygrają w nich siły ceniące wolność słowa , a równocześnie dające odpór tendencjom neoliberalnym. Siły szanujące polską konstytucję i równocześnie dbające o zdobycze socjalne. Połączenie tych dwóch wartości: wolności słowa i szacunku dla konstytucji przy równoczesnej obronie praw socjalnych zagwarantować może tylko zdecydowane zwycięstwo lewicy, na co, jak na razie w Polsce raczej się nie zanosi. Konieczne będą „zgniłe” kompromisy. Zagraża nam zarówno populizm, jak i neoliberalizm, większego wyboru tu nie ma. Chodziło by o to, aby z rozwoju Polski i Europy Środkowej korzystały całe społeczeństwa, a nie wyłącznie „stare” (neoliberalne) elity, czy tylko „nowe” (populistyczne).Dlatego w integrującej się Europie Środkowej potrzebna jest współpraca partii lewicowych, a więc nie tylko na forum Unii Europejskiej, ale także bezpośrednio w regionie, po to, by sprostać podwójnemu zagrożeniu: ze strony neoliberalizmu i populizmu. Polsce i Europie Środkowej potrzebne są niewątpliwie nowe fundusze i nowe inwestycje. Należy umiejętnie korzystać z możliwości jakie daje przynależność do Unii Europejskiej, współpraca gospodarcza ze Stanami, a także z Chinami. Błędem byłoby postawienie wyłącznie na sojusz z USA, kosztem dobrych relacji z Unią Europejską, Niemcami i Francją oraz rezygnacja z obiecujących kontaktów z Chinami. W polityce zagranicznej i międzynarodowej współpracy gospodarczej nie ma miejsca na sentymenty, wszyscy oczekują korzyści. Pani Ambasador Mosbacher mówiąc o Trójmorzu stwierdza: „Im silniejszy jest ten region, tym lepiej dla światowego bezpieczeństwa. Chcemy w to inwestować, ponieważ, szczerze mówiąc, przekłada się to również na bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych. Infrastruktura Trójmorza to także kwestia zwrotu kapitału, o którym zawsze myśli biznes. Biznes szuka możliwości, a ze 110 milionami mieszkańców te możliwości są ogromne”.(Rzeczpospolita, tamże).

Kraje Europy Środkowej przez wieki rozwijały swe relacje z sąsiadami głównie na linii Wschód-Zachód. Idea Trójmorza idzie naprzeciw naturalnym obecnie potrzebom rozwijania infrastruktury i wszechstronnej współpracy na osi Północ-Południe. Państwa naszego regionu powinny wykorzystać historyczną szansę jaką daje wsparcie światowych mocarstw dla koncepcji środkowoeuropejskiej integracji. Współpracy gospodarczej w regionie towarzyszyć będzie rozwój zaniedbanych dotąd kontaktów międzyludzkich, wymiana kulturalna i naukowa. Należy się cieszyć z faktu, że już 70 tysięcy młodych Ukraińców studiuje na polskich uczelniach, ale powodem do zadowolenia byłaby także podobna liczba młodych ludzi studiujących w Polsce z obszaru Trójmorza, a także spora liczba Polaków studiujących na zagranicznych uczelniach w regionie. Zrozumienie i wsparcie świata dla integracji środkowoeuropejskiej (co nigdy wcześniej nie miało miejsca) jest ważne. Ostatecznie jednak, sukces idei Trójmorza zależeć będzie przede wszystkim od zamieszkałych tu ludzi. A zaniedbania w kontaktach międzyludzkich są ogromne! I jedno nie ulega wątpliwości – Trójmorze powinno służyć przede wszystkim narodom naszego regionu.

Opuszczą Syrię

Takiego ruchu Donalda Trumpa nie spodziewali się ani sojusznicy USA, ani działacze jego własnej partii. Ulubionym sposobem, na Twitterze, amerykański przywódca oznajmił, że jego kraj wygrał wojnę z Państwem Islamskim, a więc nie ma powodu, by dalej utrzymywać kontyngent w Syrii.

 

– Pobiliśmy ich, zadaliśmy im poważny cios, odebraliśmy im terytorium. Nadszedł czas, by nasze wojsko wróciło do domu – mówi Trump w nieco ponad minutowym filmie na portalu społecznościowych. – Zwyciężyliśmy – powtarza następnie, ogłaszając całkowite i ostateczne pokonanie Państwa Islamskiego. To ocena sytuacji, z którą nie zgadzają się nawet eksperci związani z Republikanami. Terroryzująca cały świat organizacja straciła większość zajmowanych ziem. Żaden jednak poważny analityk zajmujący się Bliskim Wschodem nie zaryzykowałby stwierdzenia, że sunnicki ekstremizm w brutalnej formie nie może się w Syrii i Iraku odradzać. Według „Al-Dżaziry” część doradców Trumpa do ostatniej chwili próbowała go przekonać, by nie wygłaszał swojego twitterowego oświadczenia. Jak widać, bez efektu.

US Army była zaangażowana w walkę z IS od 2014 r. Wtedy Amerykanie rozpoczęli naloty na Państwo Islamskie, w roku następnym skierowali do Syrii wojska lądowe. Równocześnie USA wspierało i szkoliło syryjską opozycję walczącą z Baszszarem al-Asadem. Oświadczenie Trumpa o wycofaniu się zostało przyjęte z niedowierzaniem. Część republikańskich deputowanych do Kongresu wezwała prezydenta, by swoją decyzję uzasadnił w bardziej formalny sposób, zwołując oficjalną konferencję prasową. Wszak zaledwie w ubiegłym tygodniu wysłannik USA przy koalicji walczącej z IS, Brett McGurk, zapewniał: „myślę, że uczciwym będzie powiedzenie, że Amerykanie pozostaną nawet po fizycznym pokonaniu kalifatu, do momentu, gdy będziemy pewni, że ich klęska jest nieodwracalna”. Tymczasem z najnowszych doniesień agencji informacyjnych wynika, że USA i wycofają z Syrii wojska lądowe, i zakończą operacje w powietrzu.

Z planowanego wycofania się Amerykanów najbardziej cieszy się Turcja. Recep Tayyip Erdogan już kilka dni temu zapowiadał, że „w każdej chwili” może rozpocząć operację przeciwko kurdyjskim Powszechnym Jednostkom Obrony na wschodnim brzegu Eufratu. Sugerował, że odbył na ten temat rozmowę z Trumpem i usłyszał zapewnienia, że Amerykanie nie wystąpią w obronie swoich kurdyjskich partnerów w walce z IS. Prezydent USA twierdzi teraz, że podjął w sprawie zaangażowania w Syrii samodzielną decyzję i sugestie Erdogana nie miały wpływu na jego postawę. Faktem jednak pozostaje, że jeśli Amerykanie odejdą, sytuacja Kurdów stanie się tragiczna. – Co to oznacza? Zielone światło dla tureckiej inwazji, nieuchronna czystka etniczna i koniec projektu demokratycznego konfederalizmu. Wszystko to w przeddzień ostatecznego pokonania ISIS rękami sił kurdyjskich – komentują na Facebooku redaktorzy profilu Kurdystan.info, specjalizującego się w najnowszych informacjach i analizach sytuacji Kurdów.

Zadowolenie z odejścia Amerykanów wyraża również Moskwa. Dla wspieranego przez Rosję prezydenta Syrii Baszszara al-Asada, wycofanie się USA ze wschodniego brzegu Eufratu to szansa na odzyskanie kontroli nad tymi terytoriami, o znaczeniu zarówno strategicznym, jak i gospodarczym. Skorzysta również drugi protektor Syrii i wielki regionalny konkurent Izraela – Iran. Kreml skomentował dziś, że odejście Amerykanów znad Eufratu to szansa na „polityczne zakończenie konfliktu w Syrii”.

Część amerykańskich sojuszników już zdystansowała się od ruchu Trumpa – Wielka Brytania oznajmiła, że nie zgadza się ze stwierdzeniem, że Państwo Islamskie zostało pokonane. Izrael ustami premiera Netanjahu zapowiedział uważne przyjrzenie się decyzji USA i podjęcie własnych kroków w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Francja zapowiedziała natomiast, że z Syrii się nie wycofa.

Trump = zagrożenie

Obecny postzimnowojenny świat nie jest idealny ani w pełni stabilny. W porównaniu z przeszłością mniej mamy wojen międzynarodowych. Natomiast dużo jest zbrojnych konfliktów wewnętrznych np. w Afryce.

 

Prezydent Donald Trump już w kampanii wyborczej 2016 r. mówił o swoich zastrzeżeniach do istniejącego układu międzynarodowego. M.in. powiedział, że NATO jest sojuszem „przestarzałym”. Na konwencji Partii Republikańskiej w lipcu 2016 r. opowiedział się za ograniczeniem udziału Stanów Zjednoczonych w globalnych kryzysach i układach handlowych. Rywalka Trumpa w walce o prezydenturę Hillary Clinton zarzucała mu, że jest „zbyt nieobliczalny” by być naczelnym dowódcą i zagraża bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych i świata. Jako prezydent elekt zapowiedział, że zerwie umowy międzynarodowe, które uzna za niekorzystne dla Stanów Zjednoczonych. Wymienił m.in. umowę paryską o zmianach klimatycznych oraz układ o wolnym handlu w rejonie Pacyfiku (TPP) podpisany w lutym 2016 r. przez 12 państw w tym przez Stany Zjednoczone.

Donald Trump jest unikalną postacią na fotelu prezydenckim w Białym Domu. Objął najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych mając stosunkowo niewielkie doświadczenie w sprawach polityki zagranicznej i ograniczone obycie międzynarodowe. Również jego elektorat wyborczy w większości składał się z ludzi starszych, rejonów wiejskich i małomiasteczkowych, bez wyższych studiów a więc mniej zaineresowanych światem zewnętrznym i globalnymi sprawami.

Hasło wyborcze Trumpa „America First” („Ameryka Przede wszystkim”) powtarzane również i dziś było i jest wieloznaczne. Może oznaczać priorytet amerykańskich interesów w świecie jak również zwrot ku sprawom wewnętrznym, kosztem obrony interesów globalnych. Trump jest drugim po Baracku Obamie prezydentem, który zdaje sobie sprawę ze zmniejszającej się roli USA w międzynarodowym układzie sił. Jednym z tych wniosków jest pewne ograniczenie globalnej obecności amerykańskiej w świecie, globalnych ambicji w polityce amerykańskiej.

Donald Trump jest drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych, który próbuje dostosować politykę zagraniczną USA do realnej tzn. relatywnie słabnącej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie. Pierwsze takie próby podjął Barack Obama. Donald Trump będzie odważniejszy w tej sprawie. Może go to doprowadzić do konfliktu z częścią establishmentu amerykańskiego, który chciałby utrzymać silna pozycję, prymat Stanów Zjednoczonych w globalnym układzie sił. Zgodnie z głoszonym w kampanii wyborczej hasłem „America First” Trump jest zwolennikiem polityki selektywnego i warunkowego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w świecie i skoncentrowania swej uwagi na sprawach wewnętrznych, zgodnie z życzeniem 70% jego elektoratu. Nic więc dziwnego, że pierwszą jego decyzją w sprawach międzynarodowych było podpisanie 23 stycznia 2017 r. dekretu o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z transpacyficznej umowy o wolnym handlu (TPP). Było to świadectwo ekonomicznego nacjonalizmu i protekcjonalizmu. Był to dowód, że retoryka kampanijna Trumpa przekształca się w konkretne decyzje prezydenta, broniące interesów Stanów Zjednoczonych.

Od początku prezydentury Trumpa było oczywiste, że występuje chaos w kształtowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej, co innego mówił Trump, co innego głosili zagranicą członkowie jego administracji, a konstytucyjny organ odpowiedzialny za realizację polityki zagranicznej USA czyli Departament Stanu milczał. Kierownictwo Departamentu Stanu nadal było nieskompletowane. Nic więc dziwnego, że zadawano sobie pytania w USA i na świecie: kto jest odpowiedzialny w Waszyngtonie za formułowanie amerykańskiej polityki zagranicznej. Od czasu objęcia prezydentury przez Donalda Trumpa prestiż Stanów Zjednoczonych na świecie obniżył się, a polityka zagraniczna USA jest nadal w pewnym stopniu nieprzewidywalna.

Coraz więcej znaków zapytania pojawiło się odnośnie stanowiska Trumpa wobec nuklearnego wyścigu zbrojeń. Z jednej strony prezydent mówił, że byłoby dobre, gdyby kraj nie posiadał broni atomowej, z drugiej zaś podkreślał, że nie dopuści do sytuacji, w której jakikolwiek kraj wszedłby w posiadanie arsenału nuklearnego większego od amerykańskiego. Nigdy nie będziemy w tyle za żadnym państwem, nawet sojuszniczym w kwestii potencjału nuklearnego – powiedział. Jako prezydent opowiada się za zwiększeniem potencjału nuklearnego USA.

W wywiadzie dla agencji Reutera, w lutym 2017 r. Trump oświadczył, że chce rozszerzyć arsenał nuklearny USA, by zapewnić, że będzie on największy. My nigdy nie będziemy w tyle za żadnym państwem, nawet sojuszniczym, nie będziemy w tyle w kwestii potencjału nuklearnego – dodał amerykański prezydent.

Trump ze swym wybujałym ego nie ukrywał, że chce przejść do historii Stanów Zjednoczonych jako prezydent, który osiągnął wiele sukcesów. Jego sprzeczne jednak oświadczenia i liczne niezgodne z prawdą wypowiedzi nie ułatwiały mu drogi do tego celu. Brakuje mu długofalowej wizji. Jest skazany na komentowanie bieżących wydarzeń i do tego zdarza się, że komentarze są sprzeczne ze sobą. Przykładem tego może być niejasna polityka administracji Trumpa wobec konfliktu w Syrii.

Już po kilku miesiącach prezydentury było widoczne, że prezydent Trump nie ma długofalowej wizji polityki zagranicznej. Nie przedstawił swojego poglądu na sprawę pokoju na Bliski Wschodzie, na ustabilizowanie sytuacji w Afganistanie, czy na wojnę domową w Jemenie. Przyrzekł wprawdzie rozprawić się z państwem islamskim ISIS. Nie podjął jednak działań przeciw destabilizującej działalności Boko Haram w Afryce.

Od początku administracji Trumpa w Białym Domu ścierały się dwie odmienne wizje polityki zagranicznej USA. Jedna „America First”, w której liczy się wyłącznie interes USA, często krótkoterminowy i oparty na kalkulacji ekonomicznej a nie geostrategicznej, w której reguły międzynarodowe, wartości i wieloletnie sojusze są postrzegane jako coś przestarzałego, coś co można łatwo zmienić. W której instytucje międzynarodowe nie liczą się prawie wcale, a interesy załatwia się z innymi mocarstwami na zasadzie bilateralnej wymiany.

Druga wizja dużo bardziej tradycyjna, republikańska polityka zagraniczna, zakładająca szczególną rolę Stanów Zjednoczonych w utrzymaniu ładu światowego. Jest ona oparta na systemie sojuszy budowanym przez USA przez ostatnie 70 lat, w którym ważniejsze są podstawowe wartości i reguły współpracy międzynarodowej oraz długofalowy interes strategiczny USA, a nie bieżące korzyści. Jest to polityka, którą w administracji Trumpa najlepiej reprezentuje sekretarz obrony gen. James Mattis”. Ten, bardziej twardy kurs w polityce zagranicznej reprezentuje także wiceprezydent Mike Pence, który 17 kwietnia 2017 r., w czasie wizyty w Korei Płd. powiedział: „Era strategicznej cierpliwości skończyła się.

Którą jednak z tych wizji reprezentuje prezydent Trump trudno byłoby jednoznacznie powiedzieć, ponieważ nie wykazał się on dotąd jakąś spójna koncepcją polityki zagranicznej. Nie ma on doświadczenia w polityce zagranicznej, nie zaprezentował się dotąd jako nawet kandydat na męża stanu w polityce międzynarodowej.

Już w okresie kampanii wyborczej Donald Trump zgłaszał zastrzeżenia do paryskiego układu z grudnia 2015 r. dotyczącego klimatycznego porozumienia, które podpisał jego poprzednik Barack Obama. Uważał, że za tym układem kryją się interesy Chin by osłabić konkurencyjność towarów amerykańskich na rynkach światowych. Kiedy został prezydentem Stanów Zjednoczonych nadal podtrzymywał swe zastrzeżenia i zapowiedział wycofanie USA z tego porozumienia. Do Trumpa wystąpił przewodniczący Komisji Europejskiej Donald Tusk z apelem”: „Nie zmieniaj politycznego klimatu na gorszy”.

1 czerwca 2017 r. Trump w swoim wystąpieniu uznał, że ustalenia paryskie są niekorzystne dla gospodarki amerykańskiej mimo, że 195 państw przystąpiło do tego układu pozwalającego utrzymanie na ziemi temperatury nie wyższej niż 2 stopnie Celsjusza ponad średnią temperaturę sprzed epoki przemysłowej. W ten sposób Stany Zjednoczone obok Nigerii i Syrii stały się trzecim państwem poza paryskim układem klimatycznym. Trump zapowiedział, że Stany Zjednoczone będą chciały zawrzeć nową „bardziej sprawiedliwą” umowę, ale nie przedstawił szczegółów „Jako ktoś, kto troszczy się o nasze środowisko nie mogę z czystym sumieniem poprzeć porozumienia, które karze Stany Zjednoczone” – powiedział i dodał, że porozumienie paryskie „w mniejszym stopniu dotyczy klimatu a większym stopniu powala innym krajom zyskać przewagę finansową nad Stanami Zjednoczonymi”. Prezydent wstrzymał dotacje dla ONZ-towskiego programu Green Climate Fund, który to fundusz jego zdaniem kosztuje „ Stany Zjednoczone ogromne pieniądze”. Prof. Roman Kuźniar słusznie zauważył że „ekipie Trumpa generalnie brakuje strategicznego, globalnego zmysłu, jakiekolwiek wizji porządku międzynarodowego”.

Trump powiedział, że występując z układu klimatycznego wypełnia swój święty obowiązek „obrony Ameryki i jej obywateli”. Przy tym kłamliwie twierdzi, że wychodząc z międzynarodowego układu, „będziemy mieć najczystsze powietrze. Będziemy mieć najczystszą wodę”.

Opinia międzynarodowa i amerykańska skrytykowała decyzję prezydenta Trumpa. Sondaże wykazały, że 69% Amerykanów popiera paryskie porozumienie klimatyczne. 7 na 10 Amerykanów wyraża opinię, że zmiany klimatyczne są wynikiem działalności człowieka. Przeciw wycofaniu się USA z paryskiego układu był sekretarz stanu Rex Tillerson, córka prezydenta Ivanka, główny ekonomista prezydenta Gary Cohn. Również decyzję Trumpa skrytykował jego poprzednik Barack Obama mówiąc, że porozumienie paryskie „zostawiło bezpieczny świat naszym dzieciom”, Ostro i krytycznie o decyzji amerykańskiego prezydenta wypowiedzieli się przywódcy polityczni wielu państw i obiecali realizować postulaty międzynarodowego porozumienia z Paryża. Prof. Jeffrey Sachs powiedział, że zaniechanie przez Trumpa walki z zmianą klimatu jest „zbrodnią przeciw ludzkości”.

Decyzja Trumpa o wycofaniu się z paryskiego układu klimatycznego przyczyni się do osłabienia międzynarodowej pozycji i prestiżu Stanów Zjednoczonych. Zadaniem komentatorów wzmocni również pozycje Chin jako lidera w walce z globalnym ociepleniem.

Polityka Trumpa przyczyniła się do obniżenia prestiżu Stanów Zjednoczonych w świecie i obniżenia wiarygodności USA, jako sojusznika. W czasie prezydentury Trumpa Ameryka stwarza wrażenie, że kieruje większą uwagę na sprawy wewnętrzne. Świadczy o tym m.in. decyzja o wycofaniu się z paryskiego porozumienia o zmianach klimatycznych z układu tzw. Transpacyficznym Partnerstwie, o wycofaniu się z UNESCO i zmniejszenie składki na rzecz ONZ oraz pomoc gospodarczą dla zagranicy. Zapowiedź Trumpa o przeniesieniu ambasady USA z Tel-Awiwu do Jerozolimy skomplikowała jeszcze bardziej proces pokojowy na Bliskim Wschodzie. Charakterystyczne, że Trump w swojej polityce zagranicznej nie podnosił w kwestii praw człowieka, co było zawsze standardowym hasłem w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

Trump przypisywał sobie sukcesy w walce z ISIS, choć nie tylko Stany Zjednoczone walczyły z ekstremizmem islamskim. Zaszokował kraje Afryki obraźliwymi wypowiedziami na temat Afrykanów. Zmieniał swoja opinie na temat Rosji i Chin od przyjaznej do wrogiej. Opowiadał się za wzrostem budżetu obronnego, modernizacją sił zbrojnych i lansował hasło: „fire and fury”. Tym hasłem groził m.in. Korei Płn. jeżeli nie wstrzyma dalszego rozwoju swego programu rakietowo-nuklearnego.

Mimo, ze Trump jest wyjątkowo egocentryczny, dotąd nie pojawiło się pojęcie „doktryna Trumpa”, „planu Trumpa” czy nawet „Trumpismu”. Trump jest po prostu Trumpem. Wyznaje zasadę, że należy odpowiadać pięknym za nadobne „uderzaj silniej aniżeli uderzono ciebie”, jest jego mottem.

Donald Trump zdaje sobie sprawę, że szczytowy okres wpływów Stanów Zjednoczonych w świecie już minął. Stany Zjednoczone są nadal potężne, ale nie wszechpotężne. Ale w retoryce politycznej nadal posługuje się hasłem „America First” („Ameryka przede wszystkim”) i lansuje pogląd o wszechmocy i wyjątkowości Ameryki. Grozi także np. Korei Północnej o możliwości posłużenia się ogromną siłą niszczącą, którą Stany Zjednoczone dysponują. Narcystyczny Trump, jako prezydent umacnia nacjonalizm i egoizm amerykański nie zdając sobie sprawy, że osłabia to pozycje i autorytet kraju i osobiście jego na arenie międzynarodowej. Tak niskich notowań, zarówno w kraju jak i na świecie, jakie ma prezydent Donald Trump nie miał żaden z jego poprzedników w ciągu ostatnich 100 lat.

Armia suwerenności czy nowego konfliktu?

Kosowo ma armię wbrew NATO, ONZ, UE i Serbii

 

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Parlament Republiki Kosowa w piątek, 14 bm., przyjął ustawy w sprawie sił bezpieczeństwa KSF (alb. Forca e Sigurisë së Kosovës FSK, Kosovo Security Force ), nadając dotychczas istniejącym lekko uzbrojonym oddziałom porządkowym atrybuty armii. Zostały one uchwalone bez udziału posłów popieranej przez Belgrad „Srpskiej Listy”, którzy zbojkotowali sesję, nie biorąc w niej udziału.

 

Armia legalna czy nie?

Uchwalając ustawy o zmianie uprawnień KSF, parlament zlekceważył obowiązujące przepisy konstytucyjne – twierdzą niektórzy kosowscy prawnicy – które wymagały uzyskania dwóch trzecich głosów ze 120, w tym dwóch trzecich od 20 parlamentarzystów pochodzących z mniejszości narodowych, nie-Albańczyków. Na podstawie tych przepisów Serbowie, mający 10 miejsc przeznaczonych dla mniejszości narodowych, dotychczas skutecznie blokowali takie inicjatywy ustawodawcze.

Parlamentarzyści z „Srpskiej Listy” zapowiedzieli zaskarżenie tych ustaw do Trybunału Konstytucyjnego Kosowa.

Kadri Veseli, przewodniczący kosowskiego parlamentu, zaraz po glosowaniach oświadczył, że „ Od tego momentu oficjalnie mamy armię Kosowa” . Obecny podczas sesji prezydent Kosowa Hashim Thaci wyraził zadowolenie i następnie w mundurze wziął udział w wojskowym capstrzyku. Albańscy mieszkańcy Kosowa byli zachwyceni powołaniem regularnej armii twierdząc, że „teraz możemy powiedzieć, że jesteśmy państwem, bo nie ma państwa bez armii” .

Innego zdania są Serbowie zamieszkujący Kosowo, którzy obawiają się, że głównym celem tego ruchu jest przeprowadzenie czystki etnicznej w zdominowanej przez nich północnej części kraju. W ramach protestu w Mitrowicy i okolicznych miejscowościach masowo wywieszono serbskie flagi. Z kolei Prisztina i inne kosowskie miasta zostały udekorowane amerykańskimi flagami na znak wdzięczności dla Stanów Zjednoczonych, popierających nie tylko niepodległość Kosowa, ale również utworzenie przez nie armii.

Serbski prezydent Aleksandar Vućić powiedział na konferencji prasowej w piątek wieczorem, że Armia Kosowa jest nielegalna. Według niego takie posunięcie zagraża pokojowi i bezpieczeństwu. Dodał również, że „dziś stało się jasne, że USA, Wielka Brytania i Niemcy, jeśli chodzi o armię Kosowa, stoją za kosowskimi Albańczykami. Nie jesteśmy tym zaskoczeni” .

 

Możliwa destabilizacja Bałkanów?

W telewizyjnym przemówieniu do Serbów, Vućić stwierdził, że powołanie armii jest sprzeczne zarówno z prawem międzynarodowym (rezolucją 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która nie dopuszcza istnienia armii w tym kraju) jak i konstytucją Kosowa”. W związku z tym Serbia żąda natychmiastowego zwołania nadzwyczajnej sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Vućić ogłosił, że Belgrad nie będzie brał udziału w dialogu z Prisztiną, dopóki nie wycofa się ona z wszystkich swoich wcześniejszych decyzji, w tym o nałożeniu 100 procentowych ceł na towary z Serbii.
Międzynarodowi obserwatorzy podkreślają, że dialog pomiędzy Prisztiną a Belgradem – zapoczątkowany w 2011 roku – ustał, gdy we wrześniu około stu członków sił specjalnych ROSU (Regionalna Jednostka Wsparcia Operacyjnego, odpowiednik amerykańskiego SWAT) zajęło serbską elektrownię wodną w Gazivodzie. Potem Serbia lobbowała skutecznie przeciwko członkostwu Kosowa w Interpolu, na co Kosowo odpowiedziało retorsyjnym obłożeniem serbskich i bośniackich towarów 100 procentowym cłem.

Wszystko to dzieje się w dziewięć dni po oświadczeniu premier Serbii Any Brnabić, która ostrzegła, że powołanie armii w Kosowie może spowodować „interwencję militarną Belgradu”. Później stanowisko to nieco złagodzono, wyjaśniając, że Serbia stanowczo sprzeciwia się temu posunięciu, ale jednocześnie ostrzega, że może to zdestabilizować sytuację na Bałkanach. Jest to odczytywane i rozumiane jednoznacznie jako przeszkoda w normalizacji serbsko-kosowskich relacji. Zapewnienia ze strony przedstawicieli rządu Kosowa, że armia ta ma być jedynie siłami pokojowymi, które nigdy nie zostaną skierowane przeciwko jakiemukolwiek narodowi na niewiele się zdają. Zwłaszcza, że wypowiada je premier Kosowa, Ramush Haradinaj, przeciwko któremu w Serbii wydano nakaz aresztowania pod zarzutem popełnienia zbrodni wojennych. Wobec tych faktów prezydent Vućić zapowiedział, że będzie kontrolował serbskie wojska stacjonujące wzdłuż granicy z Kosowem w ciągu najbliższych trzech dni.

Analitycy z Bałkanów twierdzą, że jakiekolwiek działania armii Serbii liczącej 28 000 żołnierzy przeciwko Kosowu są wysoce nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę aspiracje Belgradu do członkostwa w UE. Kosowo utworzy ministerstwo obrony, a przyszła armia ma składać się z 5 000 zawodowych żołnierzy i 3000 rezerwistów. Przedstawiciele rządu w Prisztinie zapewniają, że proces tworzenia armii potrwa co najmniej 10 lat. Dowodzona przez NATO międzynarodowa, wojskowa misja pokojowa KFOR – odpowiedzialna za utrzymanie bezpieczeństwa i spokoju – w Kosowie liczy około 4000 żołnierzy.

 

Kto za, kto przeciw?

Proces przekształcenia sił bezpieczeństwa w Kosowie w regularną armię był i jest wspierany przez USA. Ambasador Philip S. Kosnett w Prisztinie powiedział, że naturalnym rozwiązaniem dla Kosowa, jako suwerennego, niezależnego państwa jest posiadanie zdolności do obrony. „Pamiętajmy, że bezpieczeństwo kraju zależy od jakości jego relacji z NATO – i pokojowych, obopólnie korzystnych stosunków z sąsiadami – tak samo jak od siły i profesjonalizmu sił zbrojnych” – napisał w piątek na Twitterze.

Włoska agencja prasowa ANSA, powołując się na własne źródła, podaje, że decyzja parlamentu kosowskiego została poparta przez Stany Zjednoczone, Wielka Brytanię i Niemcy. Jednak fakt ten może opóźnić akcesję zarówno Kosowa jak i Serbii do UE.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wezwało Misję ONZ w Kosowie do podjęcia prób demilitaryzacji i likwidacji wszelkich formacji zbrojnych. Utworzenie w Prisztinie pełnoprawnej armii stanowi rażące naruszenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ten krok ma na celu poważne zaostrzenie sytuacji na Bałkanach – informuje rosyjska agencja TASS.

Sekretarz Generalny NATO, Jens Stoltenberg wyraził ubolewanie z powodu powołania armii przez władze Kosowa. „Choć przemiana sił bezpieczeństwa w Kosowie jest z zasady kwestią, o której decyduje Kosowo, jasno stwierdziliśmy, że posunięcie to nastąpiło w niewłaściwym momencie” – napisał sekretarz NATO w pisemnym oświadczeniu. Wezwał wszystkie strony do zadbania o to, aby decyzja parlamentu kosowskiego „nie zwiększała napięć w regionie”. Stoltenberg podkreślił, że Rada Północnoatlantycka w ramach swojego międzynarodowego mandatu będzie musiała ponownie zbadać stopień zaangażowania paktu w KSF. Zapewnił przy tym, że KFOR dalej będzie gwarantował bezpieczeństwo Kosowa, a stanowisko władz amerykańskich „poważnie zastanawia” .
Unia Europejska ostrzegła również Kosowo, by wywiązywało się ze swoich zobowiązań wynikających z pierwszego porozumienia zawartego w Brukseli w kwietniu 2013 r. dotyczących uzgodnień w zakresie bezpieczeństwa. Podobnie jak NATO, Unia Europejska nadal podziela pogląd, że „mandat KSF powinien zostać zmieniony jedynie poprzez wspólny i stopniowy proces ustaleń zgodnych z konstytucją Kosowa” – czytamy w piątkowym w oświadczeniu UE.

Specjalny przedstawiciel Sekretarza Generalnego ONZ i szef UNMIK (Misja Tymczasowej Administracji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Kosowie ), Zahir Tanin odniósł się w piątek do rezolucji 1244 RB ONZ, która powierzyła społeczności międzynarodowej za pośrednictwem pokojowych sił KFOR odpowiedzialność za bezpieczeństwo w Kosowie. Powiedział on, że ONZ „zachęca wszystkie strony do powstrzymania się od działań, które mogłyby zaostrzyć napięcia a wszystkie problemy należy rozwiązywać poprzez dialog polityczny”.

Sekretarz generalny ONZ, Portugalczyk Antonio Guterres wyraził również zaniepokojenie powołaniem armii przez władze najmłodszej republiki w Europie.

I tak oto w 20 lat po powstaniu kosowskich Albańczyków przeciwko Serbom i dekadzie od uzyskania niepodległości, inicjatywa Kosowa, została uznana za „historyczne wydarzenie”, które albo wzmocni suwerenność tego młodego, malutkiego kraju, albo rozsadzi wciąż bardzo gorący bałkański kocioł.

Rosjanie u brzegów

Mogą Amerykanie latać wzdłuż Krymu, przy bazach Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku, no to teraz Rosjanie polatają wzdłuż Florydy i przy największej bazie US Navy w Norfolk. Niby zasada „lustrzanego odbicia” jest powszechnie znana, to jednak Amerykanie zareagowali nerwowo i zgoła mało dyplomatycznie.

 

Prawie drugie Pearl Harbor?

7 grudnia Amerykanie obchodzili uroczyście kolejną rocznicę ataku lotnictwa pokładowego Cesarskiej Marynarki Wojennej Japonii na bazę Floty Pacyfiku na Hawajach w 1941. Dla USA był de facto początek II wojny światowej i jedna z największych klęsk militarnych w jego historii. Okazało się wówczas, ze nie ma baz bezpiecznych w 100 proc., a płomień wojny może zawitać na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Tymczasem, w tym czasie amerykańskiej zadumy, 10 grudnia br. do Wenezueli przyleciała grupa samolotów rosyjskich WajennoKosmiczieskich Sił – w celu prowadzenia manewrów i ćwiczeń nad Morzem Karaibskim.

I nie były to zwykłe samoloty. W skład rosyjskiego zespołu weszły dwa potężne, strategiczne bombowce typu Tu-160 („Władymir Sudec” i „Nikołaj Kuzniecow”) oraz najcięższy w linii samolot transportowy na świecie typu An-124 „Rusłan”. Całość uzupełniał wiozący żołnierzy obsługi lotniczej pasażerski samolot dalekiego zasięgu Ił-62 należący do WKS.

Samoloty rosyjskie wystartowały z baz na Półwyspie Kola, przeleciały wokół Norwegii, nad Morzem Północnym opodal Wielkiej Brytanii, dalej nad Oceanem Atlantyckim, tankując w powietrzu, przyleciały do Wenezueli.

Reakcja Amerykanów była natychmiastowa i wysoce niedyplomatyczna. Media tradycyjnie rozpętały histerię, „The New York Times” informował, że na horyzoncie rosnącego napięcia między USA i Rosją, Rosjanie przebazowali bombowce z bronią jądrową na pokładzie do Wenezueli. Oprócz tradycyjnego „wyrażenia zaniepokojenia rosyjskimi działaniami” przez Pentagon, szef Departamentu Stanu Mike Pompeo na Twitterze napisał: „Rosyjski rząd wysłał bombowce na pół świata do Wenezueli. Narody Rosji i Wenezueli powinny wiedzieć, że tak właśnie jest: dwa skorumpowane rządy marnują fundusze państwowe oraz tłumią wolność i prawa swobody, podczas gdy ich obywatele cierpią”.

I gdzie tu szefowi amerykańskiej dyplomacji równać się z wiedzą i kulturą bycia ministra Siergieja Ławrowa? Wszak Panowie się jeszcze nie raz się spotkają na płaszczyźnie międzynarodowej współpracy i jak sekretarz stanu USA przywita szefa dyplomacji „skorumpowanego rządu marnującego pieniądze podatnika”? Skąd taka niedyplomatyczna wściekłość? Wyjaśnię w dalszej części

 

Rosja i Chiny wspierają chavistów

Rządy lewicowego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, następcy legendarnego charyzmatycznego Hugo Rafaela Cháveza napotykają na szereg obiektywnych problemów. Stany Zjednoczone jawnie od lat wspierają opozycję i dążą do obalenia lewicowych władz. W sierpniu 2017 prezydent Donald Trump groził Wenezueli wręcz „opcją militarną”, wywołując skandal na arenie międzynarodowej. Kraj posiadający największe złoża ropy naftowej na świecie, pogrążony jest jednak w głębokim kryzysie ekonomicznym, szaleje inflacja, poziom życia bardzo się obniżył, a przeszło 3 miliony obywateli z przyczyn ekonomicznych i politycznych represji udało się na emigrację. W Wenezueli dochodzi tu do prób puczu wojskowych, zamachów na Maduro, burzliwych wystąpień opozycji i represji wobec niej ze strony rządzących.

Sojusznikiem Maduro są jednak Chiny, które włożyły w gospodarkę wenezuelską od 42 do 48 miliardów dolarów. Prezydent Chin Xi Jinping to strategiczny przyjaciel Wenezueli, choć nie jedyny. Kilka dni temu w wenezuelską gospodarkę zainwestowała również Turcja, a prezydent Recep Erdoğan osobiście spotkał się z prezydentem Wenezueli, kreśląc plany ekonomicznego wsparcia i tureckich inwestycji. 7 grudnia Nicolás Maduro wylądował w Moskwie, gdzie spotkał się z prezydentem Władimirem Putinem. Po spotkaniu wenezuelski prezydent ogłosił, że podpisał z Rosją umowy inwestycyjne na wartość 5 miliardów dolarów w sektorze naftowym (które wyłoży rosyjski gigant naftowy Gazprom). Dodatkowo Rosjanie zainwestowali dodatkowo miliard dolarów w górnictwo, w szczególności w wenezuelski sektor wydobycia złota.

W cieniu rozmów liderów państw, co mało kto dostrzegł, odbyło się też spotkanie ministra obrony Wenezueli generała Vladimira Padrino Lopeza z ministrem obrony Rosji generałem Siergiejem Szojgu. Omawiano tam kwestie dostaw rosyjskiej broni. Jednak z ust Siergieja Szojgu padło znamienne stwierdzenie, że „Rosja jest zainteresowana korzystaniem przez jej lotnictwo wojskowe i okręty marynarki wojennej z wenezuelskich lotnisk i portów nad Morzem Karaibskim”. I oto już po 3 dniach rosyjskie samoloty strategiczne lądowały już na lotnisku opodal Caracas.

Co nie mniej ciekawe, Iran zadeklarował skierowanie swoich 2-3 okrętów do portów Wenezueli w ramach wsparcia Maduro, oskarżającego USA i personalnie Johna Boltona o organizację wojskowego zamachu stanu mającego na celu obalenie rządów chavistów. Mamy oto klasyczne starcie ekonomiczne o bogatą w ropę Wenezuelę pomiędzy USA a blokiem państw mniej lub bardziej „antyamerykańskich” – Chiny, Rosja, Turcja i Iran.

 

Rosyjskie „Białe łabędzie” – czym są i co mogą

Tu-160 zwane przez Rosjan z racji wyglądu i malowania „białymi łabędziami” to największe i najpotężniejsze samoloty bojowe w historii lotnictwa. Zaprojektowane i wybudowane w schyłkowym okresie ZSRR były i są postrachem USA i NATO.

Pierwotnie 19 T-160 weszło na wyposażenie 184 Gwardyjskiego Pułku Ciężkich Bombowców stacjonującego w Priłukach w Ukraińskiej Republice ZSRR.

W ramach schedy bo byłym Związku Radzieckim przypadły niepodległej Ukrainie. Amerykanie mieli cały czas owe samoloty na oku i w ramach Programu Kooperatywnego Zmniejszania Zagrożeń (Program Nunna-Lugara, (Cooperative Threat Reduction – CTR) w latach 1998-2001 – zapłacili Ukrainie miliony dolarów, aby 9 bombowców pocięto na złom. 8 Tu-160 Ukraina w 1998 przekazała Rosji w zamian za umorzenie kilkumiliardowego długu za dostawy gazu.

Dziś te niesamowite maszyny stanowią wyposażenie 121 Gwardyjskiego Sewastopolskiego Pułku Ciężkich Bombowców, stacjonującego w bazie Engels. Pułk posiada na stanie 16 szt „białych łabędzi”. W roku 2017 Rosjanie podjęli decyzję wznowienia produkcji zmodernizowanej wersji Tu-160M2 w ilości aż 50 od 2021 roku.

Tu-160 posiada 4 osobową załogę. Długość kadłuba sięga 54 metrów, a rozpiętość skrzydeł o zmiennej geometrii od 35 m, do (przy skrajnym położeniu 55 metrów). Maksymalna masa tego największego bombowca w historii świata to 275 ton. Pomimo to, rosyjski kolos wyposażony w 4 silniki turboodrzutowe NK-32, o sile ciągu 137 kN każdy, osiąga dwukrotną prędkość dźwięku tj. 2230 km/h. Amerykański odpowiednik, bombowiec strategiczny B1B tylko 1300 km/h. „Biały łabędź” według rosyjskiej nomenklatury to nosiciel rakiet (rakietonosiec). Samolot wyposażony jest w system nawigacyjno-celowniczy umożliwiający lot na bardzo małej wysokości z omijaniem przeszkód terenu. System składający się z około 100 komputerów pozwala również precyzyjnie trafiać w cele, niezależnie od pory dnia i pogody. Do zapewnienia łączności służy wielokanałowy cyfrowy kompleks łączności radiowej z elementami łączności satelitarnej. Do własnej obrony samolot używa systemu walki radioelektronicznej, umożliwiającego lokalizację pracujących stacji radiolokacyjnych oraz generowanie na ich pasmach pracy silnych zakłóceń.

W dwóch bębnowych komorach samolot przenosi 12 rakiet manewrujących wykonanych w technologii stealth, czyli o obniżonej wykrywalności przez radary typu Ch-101 (z głowicą konwencjonalną) lub Ch-102 (z głowicą jądrową o sile 250 kt lub 1 Megatony). Dla przykładu bomba atomowa zrzucona przez Amerykanów na japońskie miasto Hiroszimę, Little Boy miała moc 15 kt. Amerykańska bomba zabiła w ciągu jednego dnia ponad 100 tysięcy Japończyków, na chorobę popromienną i inne powikłania będące bezpośrednim skutkiem wybuchu zmarło w ciągu kilku kolejnych lat dodatkowo około 65 tysięcy ludzi. Wyliczono po latach, że bomba ta uśmierciła 54 proc. populacji Hiroszimy, nie licząc osób poranionych zarówno fizycznie, jak i psychicznie, którzy mimo wszystko przeżyli. Wielu Japończyków straciło wzrok, kończyny, utraciło najbliższych, nie licząc również wielu przypadków śmierci zmutowanych płodów ludzkich i noworodków, jako późniejszych, daleko idących następstw wybuchu. Można sobie tylko wyobrazić co może zrobić rosyjska rakieta, skoro jej głowica jest 50 razy mocniejsza, trafiając np. w Boston. Każdy z dwóch rosyjskich bombowców jakie dziś bazują w Wenezueli może unicestwić po 12 celów. Dwa samoloty lecące z dwukrotną prędkością dźwięku w wciągu kilku minut znajdą się gdzieś nad bezkresem Oceanu Atlantyckiego i z odległości 5500 km, bo taki zasięg mają Ch-102, mogą odpalić, prawie niewykrywalne przez radary 24 rakiety mknące tuż nad powierzchnia wody z prędkością 270 m/s. Gdyby się to udało, jest to wyrok śmierci dla 20 miast wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i około 50 milionów zamieszkujących je mieszkańców. Boston, Waszyngton, Nowy York, Norfok, Filadelfia, Baltimor itd. Zamieniłyby się w kupę radioaktywnych płonących gruzów.

Apokaliptyczny scenariusz. Co z niego wynika? Otóż tym posunięciem Rosjanie przypomnieli Amerykanom, że dysponują realnymi narzędziami zagrażającymi samemu terytorium USA.
Jest to swoisty rewanż, za amerykańskie manewry lotnicze na Ukrainie. Do tej pory to amerykańskie samoloty wojskowe patrolowały obszar przyległy do Okręgu Kaliningradzkiego, startując np. z baz w Polsce. Patrolowały wybrzeże rosyjskie na Morzu Czarnym startując z baz w Rumunii czy we Włoszech (Sigonella). Niemal każdego dnia samoloty szpiegowskie RC-135, zwiadowcze Boeing P-8A Poseidon należące do US Navy czy strategiczny dron rozpoznawczy „Global Hawak” krążą wzdłuż granic Ukrainy i Rosji, wokół Krymu i na wysokości baz Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku. Rosjanie jedynie co mogli, to rozbudowywać wzdłuż wybrzeża siły OPL, rozmieszczając kolejne kosztowne jednostki wyposażone w przeciwlotnicze systemy rakietowe S-300 WM „Antiej-2500” i S-400 „Triumf”.

Teraz wydatki poniesie podatnik amerykański. Amerykanie będą musieli doposażyć i odnowić zasady użycia własnych myśliwców bazujących na lotniskach znajdujących się terytorium macierzystym uwzględniając możliwości bojowe bombowców Tu-160 i rakiet Ch-102. Jedynym antidotum, a i tu o ograniczonym zakresie, pozwalającym na relatywnie wczesne wykrycie rakiet manewrujących są latające radary czyli słynne E-3 Sentry AWACS. Póki Rosjanie będą w „gościnie” na terytorium Wenezueli, jeden taki samolot wskazane, aby był w powietrzu. Muszą zatem Amerykanie na przyszłość mieć odpowiednią ich liczbę na terenie USA. Skoro będą tam, to będzie ich mniej nad Morzem Śródziemnym, Morzem Czarnym, czy nad Europą Wschodnią czy Syrią. Amerykanie muszą też pomyśleć o utworzeniu strefowej, nowoczesnej obrony przeciwlotniczej składającej się z systemu radarów i rakiet przeciwlotniczych. Tak oto Rosjanie „przebili piłkę na drugą stronę boiska”. Do tej pory to Moskwa „łatała” własne granice i uszczelniała OPL, teraz czeka to Amerykanów.

Ma Tu-160 i swój mankament, jakim jest spore echo radarowe – świeci na radarach jak przysłowiowa stodoła, ale rosyjski samolot nie jest bombowcem, nie musi nadlecieć nad cel, lecz pędzi z dwukrotną prędkością dźwięku, a do celu wysyła manewrujące trudno wykrywalne przez radary rakiety manewrujące o zasięgu 5500 km. Rosjanie przećwiczyli tego typu operacje kilkukrotnie w Syrii, gdy startujące z baz pod Murmańskiem Tu-160, lecąc wokół Norwegii, Wielkiej Brytanii, wlatywały na Morze Śródziemne przez Cieśninę Gibraltarską i odpalały Ch-101, które z „chirurgiczną precyzją” celnością do 10 metrów niszczyły cele terrorystów na terenie Syrii.

 

Asymetryczna odpowiedź – „aerodromy padskoka”?

Oczywiście nikt nie mówi o budowie stałej rosyjskiej bazy lotniczej w Wenezueli, co wiązałoby się z wielkimi kosztami i utrzymaniem tam licznego komponentu lotniczego pozwalającego skutecznie bazę ochronić. Z wojskowego i ekonomicznego punktu widzenia jest to niecelowe bo bardzo kosztowne. Nikt jednak nie powiedział, że Rosjanie nie stworzą w ramach „asymetrycznej odpowiedzi” na wyjście USA z traktatu RSMD (traktat o likwidacji rakiet średniego i krótkiego zasięgu), budową na terenie Wenezueli, Nikaragui i Kuby tzw. „aerodromów padskoka”., czyli odpowiednio doposażonych lotnisk, ze szkieletową obsługą i odpowiednio zaopatrzonymi magazynami, na których w każdej chwili mogą wylądować i zostać przygotowane do dalszego lotu samoloty Dalnoj Awiacji Wazduszno-Kosmieczieskich Sił. 12 grudnia rosyjskie Tu-160, latając przeszło 10 godzin nad Morzem Karaibskim, ćwiczyły wspólne loty i procedury w eskorcie wenezuelskich Su-30 i F-16.

Tak więc osłonę myśliwską zapewnią Rosjanom lokalni sojusznicy.

Równolegle z przebazowaniem rosyjskich bombowców Tu-160 do Wenezueli, na nieodległej Kubie przebywał szef rosyjskiego wywiadu zagranicznego Siergiej Naryszkin. Odbył tam spotkania na najwyższym szczeblu w tym z Raúlem Castro i przewodniczącym rady państwa Miguelem Díaz-Canelem . Rosjanie prawdopodobnie przygotowują tam jakiś poważny projekt. Szykowana jest też w 2019 wizyta prezydenta Władimira Putina na Kubie, podczas której mają być podpisane ważne umowy.

 

Co dalej?

W 2001 roku Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush jednostronnie wypowiedział traktat ABM o zakazie broni antybalistycznej. Zawarty w 1972 r. pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim traktat zabraniał budowy broni i systemów chroniących przed rakietami balistycznymi. Miało to zapobiec naruszeniu równowagi sił między supermocarstwami. Układ ten, jak twierdzili Amerykanie, uniemożliwiał im budowę ogólnokrajowego systemu obrony przeciwrakietowej, który ma chronić USA przed atakiem ze strony tzw. państw nieprzewidywalnych – Korei Północnej czy Iranu. Prezydent Rosji Władimir Putin ostrzegał, że narusza to strategiczny balans między USA i Rosją co doprowadzi to wyścigu zbrojeń. Putin mówił też, że Rosja będzie musiała odpowiedzieć na działania USA i zrobi to w sposób „asymetryczny”. W obliczu zacofania technologicznego, wielkiego kryzysu finansowego i ogólnego upadku w jakim było państwo rosyjskie w latach 90 tych XX w., czyli w okresie prezydentury Borysa Jelcyna, Waszyngton uznał słowa Putina za blef. Wojskowi stratedzy USA twierdzili, że współczesna Rosja nie jest wstanie wybudować i sfinansować budowy odpowiednika amerykańskiej „tarczy antyrakietowej”. Sytuacja taka pozwoli zatem na wyjście Stanów Zjednoczonych na niekwestionowaną pozycję globalnego supermocarstwa i osiągniecie bezdyskusyjnej przewagi militarnej nad Rosją, czyniąc jej potencjał nuklearny bezużytecznym. Mylili się – w 2018 roku Rosjanie odpowiedzieli „asymetrycznie” na budowę amerykańskie „tarczy antyrakietowej” w tym jej elementy w Polsce i Rumunii systemami ofensywnymi zdolnymi ją przełamać. To co zaprezentowali Rosjanie to prawdziwa rewolucja techniczna. Pokazano systemy rakiet hiperdźwiękowych, „Kindżał” czy manewrujące moduły nuklearne „Awangard” Od istniejących rodzajów sprzętu bojowego „Awangard” wyróżnia się zdolnością do latania w gęstych warstwach atmosfery na międzykontynentalnych odległościach z hiperdźwiękową prędkością przekraczającą liczbę Macha ponad 20 razy. Podczas ruchu do celu głowica wykonuje głębokie manewrowanie – zarówno poprzeczne, jak i pionowe. To sprawia, że jest odporna na wszelkie środki obrony powietrznej i obrony przeciwrakietowej”.

Należy się zatem spodziewać, że po deklaracji prezydenta Donalda Trumpa o wyjściu z drugiego traktatu ograniczającego zbrojenia nuklearne jakim jest traktat RSMD, Rosjanie nie rzucają słów na wiatr. Odpowiedzą „asymetrycznie” i owe lotniska „padskoka” nad Morzem Karaibskim to jedna z opcji. Tak czy inaczej, Amerykanie muszą wydać niebawem kolosalne pieniądze na modernizację i rozbudowę obrony przeciwlotniczej terytorium macierzystego, bo wizyty „białych łabędzi” nad Morzem Karaibskim mogą stać się częstsze. Rosjanie wznowili bowiem w 2017 roku ich produkcję w wersji zmodernizowanej (Tu-160M2) w wielkich Zakładach KAPO im. S.P. Gorbunowa w Kazaniu (należące do koncernu OAO Tupolew) a pierwszy samolot przedseryjny już wyprodukowano.