Triumf lewicy

– Nasz nowy narodowy projekt to dążenie do autentycznej demokracji – powiedział po wyborczym zwycięstwie Andrés Manuel López Obrador. Lewicowy kandydat, zgodnie z prognozami, zwyciężył w pierwszej turze wyborów prezydenckich z Meksyku.

 

To będzie najbardziej lewicowy rząd Meksyku od kilku dekad. Liczenie głosów ciągle trwa, ale kontrkandydaci Andresa Manuela Lopeza Obradora, popularnie po prostu AMLO, już uznali swoją porażkę. Według aktualnych wyników cząstkowych AMLO zaufało ponad 53 proc. wyborców. Drugi Ricardo Anaya, konserwatysta, uzyskał poparcie tylko 22 proc. – To nowy początek dla Meksyku – ocenił, bez żadnej przesady, lider Partii Pracy Jeremy Corbyn, gratulując Lopezowi Obradorowi sukcesu na Twitterze. – Jego wybór na prezydenta, z wynikiem ponad 50 proc. głosów, pierwszy raz w najnowszej historii Meksyku daje ubogim i wykluczonym prawdziwy głos – dodał.

W przemówieniu wygłoszonym do tłumu szczęśliwych wyborców AMLO wezwał do pojednania po bardzo agresywnej kampanii (znaczonej nawet morderstwami aktywistów, zginęło ich co najmniej 130). Oznajmił, że jego marzeniem jest „przejście do historii jako dobrego prezydenta Meksyku”, a jego partia Ruch na rzecz Odnowy Narodowej (Morena) chce zbudować prawdziwą demokrację. Zapowiedział, że w pierwszej kolejności zacznie działać na rzecz walki z ubóstwem. Żyje w nim ponad 50 mln z 127 mln Meksykanów i Meksykanek, a w ostatnich latach liczba ta tylko narastała. Lopez Obrador nieustannie podkreśla również, że zamierza naprawdę walczyć z korupcją, bezkarnością zorganizowanych grup przestępczych i lokalnymi układami polityczno-przestępczymi. W przemówieniu powyborczym mówił również o swobodzie zrzeszania się i wolności słowa.

Przełomowe jest nie tylko zwycięstwo AMLO, ale i skład jego rządu. Dla kraju, gdzie przemoc wobec kobiet jest plagą przybierającą przerażające rozmiary, symbolem o potężnym znaczeniu jest wejście do gabinetu AMLO aż ośmiu polityczek. M. in. Olga Sanchez Cordero będzie pierwszą w historii sekretarz ds. wewnętrznych, Luisa Maria Alcalde przejmie kluczowy resort pracy i polityki społecznej, Gracieli Marquez Colin powierzono sprawy gospodarcze.

AMLO w pierwszych publicznych wystąpieniach uspokajał północnego sąsiada: Meksyk chce utrzymywać dobre stosunki z USA (a ostatnio, z powodu wypowiedzi Trumpa i jego polityki migracyjnej, były one fatalne). Donald Trump na Twitterze pogratulował mu wyborczego sukcesu, ale lewicowi komentatorzy przewidują, że te dobre relacje długo nie potrwają. Jeśli nowy prezydent Meksyku naprawdę wdroży ambitne programy społeczne, pomagające – jak np. w Brazylii pod rządami Luli – wyjść z nędzy, może błyskawicznie zostać oskarżony o dążenie do „komunizmu” i zaatakowany, czy to sankcjami, czy to przez odpowiednio przygotowaną „demokratyczną opozycję”.

Jeszcze jedna wojna?

„Zbrojną koalicję, należy budować zbrojną koalicję przeciw Iranowi” – powtarzał podczas swojej europejskiej podróży swym rozmówcom izraelski premier Benjamin Netanjahu w Berlinie, Paryżu i Londynie. A nie minął nawet miesiąc od zerwania przez Trumpa porozumienia atomowego z Iranem. Jeszcze Europejczycy myślą o jego ratowaniu, jak też swoich irańskich kontraktów, a Izrael już ciśnie. Netanjahu wyrwał się przed amerykańską orkiestrę, jakby był dyrygentem. Iran znalazł się na celowniku, a Europa już oberwała. Ten kryzys szybko się nie zakończy.

 

„Śmierć Izraelowi!, „Śmierć Ameryce!” – krzyczeli w odpowiedzi rytualne slogany Irańczycy w Teheranie i innych miastach: to był Dzień Al-Kuds (Jerozolimy), świętowany tłumnie każdego roku od początku rewolucji. W stolicy spłonął szmaciany Trump owinięty w izraelską flagę. „Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael chcą pogrążyć Iran nie wiedząc, że narażają własne bezpieczeństwo” – ostrzegał Ali Laridżani, szef irańskiego parlamentu. „Chcemy żyć w pokoju. Nie chcemy wojny, nie jesteśmy zwierzętami. (…) Ale dzisiaj Izrael chce zniszczyć wszystkie kraje wokół, będziemy się bronić” – mówił do ludzi przez megafon.

Jak niemal wszystkie ostatnie kryzysy, nagonka na Iran wiąże się z wojną w Syrii. Na początku czerwca izraelski minister obrony Awigdor Libermean spotkał się ze swym rosyjskim odpowiednikiem w Moskwie i obaj podpisali zaskakujące porozumienie: Izrael będzie mógł atakować jednostki irańskie w Syrii, ale nie będzie ruszał wojsk syryjskich. Min. Siergiej Szojgu przypomniał słowa prezydenta Putina, że Rosja chciałaby wycofania się Iranu z Syrii, tak samo jak Amerykanów i Turków, którzy (w przeciwieństwie do Irańczyków) przebywają tam nielegalnie. W imperium amerykańskim patrzą na ten układ tak samo nieufnie, jak w Teheranie: obie strony zastanawiają się w co gra Rosja, bo jeśli chodzi o Izrael, wiadomo.

 

Bez konkurencji

Antyirańska obsesja Izraela dała o sobie ponownie znać pod koniec kwietnia, gdy na parę dni przed ogłoszeniem decyzji Trumpa o zerwaniu układu atomowego z Iranem, premier Netanjahu odegrał medialny teatrzyk, że Iran chce zbudować bombę atomową z „dowodami”, które miały znajdować się w archiwum z dokumentami sprzed 2003 r., zdobytym przez Mosad. W Europie rewelacje izraelskiego premiera raczej zlekceważono, ale potraktowano je jako niezawodną zapowiedź fatalnej decyzji Trumpa. A ten zerwał układ podpisany trzy lata temu przez wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa, gwarantujący, że Iran nie będzie używał atomu do celów wojskowych. Otwartym wrogiem tego układu był od początku Izrael, przeciwny zniesieniu sankcji nałożonych na Teheran.

Państwo żydowskie jest nieoficjalnym mocarstwem atomowym, ma (wg różnych źródeł) 0d 80 do 400 głowić jądrowych. W przeciwieństwie do Iranu, nie podpisał Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej i nie zgadza się na żadnych międzynarodowych inspektorów. Według specjalistów od obronności, ma też mini-bomby jądrowe i neutronowe najnowszej generacji. Produkuje pluton i tryt w ilości wystarczającej do produkcji stu dalszych bomb atomowych. Dostał od Niemiec okręty podwodne zdolne do ich przenoszenia, ma rakiety balistyczne Jerycho 3, samoloty… Ma za sobą imperium amerykańskie i przychylność wielu rządów w Europie. W zeszłym roku Polska wzięła udział w największych manewrach lotniczych w historii Izraela Blue Flag 2017, obok Amerykanów, Niemców i Francuzów…

„Teheran dobrze wie, że Izrael wycelował weń 200 głowic, i że my mamy ich tysiące” – pisał w roku zawarcia układu atomowego Colin Powell, dawny amerykański sekretarz obrony, zapamiętany głównie z odgrywania teatru w ONZ, przed napaścią na Irak. Izrael chce uderzenia w Iran, bo widzi w nim przyszłe zagrożenie i konkurencję na Bliskim Wschodzie. W zasadzie to samo, co widział kiedyś w Iraku.

 

W imię Boga

Izraelskie siły nuklearne są zintegrowane z systemem elektronicznym NATO, w ramach „Indywidualnego Programu Współpracy” z Izraelem, który do sojuszu nie należy, ale ma stałe przedstawicielstwo przy jego Kwaterze Głównej w Brukseli. Według planu testowanego w czasie amerykańsko-izraelskich ćwiczeń Juniper Cobra 2018, siły amerykańskie i natowskie w Europie, szczególnie te stacjonujące we Włoszech, poparłyby Izrael w wojnie z Iranem. Wojna mogłaby się zacząć od ataku izraelskiego na irańskie ośrodki atomowe, jak w 1981 r. na Osirak w Iraku. W przypadku irańskich represji Izrael mógłby użyć broni jądrowych.

Od czasu, gdy Trump zerwał układ z Iranem i przeniósł ambasadę do Jerozolimy, sondażowe oceny jego polityki zagranicznej są mniej krytyczne (45 proc. popiera go, 47,5 proc. odwrotnie). Ma poparcie dla swojej polityki gospodarczej, więc proizraelska linia polityczna może zapewnić mu powodzenie w przyszłych wyborach. Bezwarunkowe poparcie dla Izraela wyrażają konserwatywni wyborcy z południa, pobożni, ewangeliccy syjoniści chrześcijańscy, którzy są bardziej proizraelscy od proizraelskiego lobby w Stanach i są ich dziesiątki milionów. Czekają na oczyszczającą wojnę światową, Armageddon, który, jak wierzą, rozegra się właśnie w Izraelu. To jest elektorat Trumpa.

 

Iran ma się poddać

Mike Pompeo, do niedawna szef CIA, namaszczony przez Trumpa na nowego sekretarza stanu, wyjaśnił, o co chodzi Ameryce dając wykład „Po umowie: nowa strategia irańska” w prawicowej waszyngtońskiej Heritage Foundation, pod koniec maja. Było to wojenne ultimatum domagające się totalnej kapitulacji rządu irańskiego wobec „najsilniejszych sankcji w historii” i presji wojskowej na wszystkich frontach Bliskiego Wschodu. Pompeo wyjaśniał, że to nie amerykańskie wojny narobiły zamieszania w regionie, lecz knowania Iranu, który na nikogo nie napadł.

Wśród 12 żądań, które wyliczył pod adresem Iranu, było wycofanie oddziałów, które na prośbę rządu w Damaszku pomagają Syrii walczyć z Państwem Islamskim i Al-Kaidą, koniec programu atomowego, koniec budowy rakiet balistycznych, zaprzestanie pomocy Hezbollahowi w Libanie i rezygnacja z wpływów w Iraku. Byłoby najlepiej, gdyby Iran się nie rozwijał, nie bronił i uznał zwierzchność imperium – sugerował Pompeo. „Dzisiejszy świat nie akceptuje Stanów Zjednoczonych decydujących za innych. Są kraje niezależne” – odpowiedział mu prezydent Hasan Rouhani. Rzecznik irańskiego MSZ dodał, że Irańczycy pozostaną w Syrii dopóki będą tam terroryści i zechce tego rząd syryjski, a „ci, którzy są w Syrii bez zgody rządu syryjskiego, powinni natychmiast opuścić ten kraj ” – mówił, mając na myśli 2 tys. Amerykanów okupujących wschód kraju i jego pola naftowe.

 

Rosyjska zdrada

Pompeo oskarżył Iran nawet o popieranie ostro antyirańskiej Al-Kaidy, podczas gdy w Syrii czynnym pomaganiem Al-Kaidzie zajmował się Izrael, a Iran ją zwalczał. Wściekły dyskurs Waszyngtonu wyładował się też na Europie, która stała się ofiarą antyirańskich „sankcji wtórnych” na bezprecedensową skalę. Po zelżeniu sankcji na skutek układu atomowego z 2015 r. Stany Zjednoczone handlowały z Iranem na niecałe 200 milionów dolarów, a Europa na 25 miliardów. A teraz musi zrywać obiecujące kontrakty, jeśli nie chce być ukarana. Cokolwiek kolonialna eksterytorialność prawa USA wszystko załatwi. Unia buntuje się prosząc pokornie Stany Zjednoczone o zezwolenia na handel z Iranem, zniesienie tych „sankcji wtórnych”, ale USA nie mają powodu, by jej słuchać. Wszyscy mają wiedzieć, że Iran jest ważną sprawą.

I w czasie całego tego zamieszania okazało się, że Iran i Rosja mają rozbieżne interesy w Syrii. Irańska prasa raczej z rozczarowaniem przyjmowała ostatnie wiadomości na temat pewnego zbliżenia izraelsko-rosyjskiego. I teraz ten układ, „jak nóż w plecy”. W Iranie dualny podział polityczny na konserwatystów i reformistów odpowiada mniej więcej republikanom i demokratom w Stanach.

Prasa konserwatywna na ogół przemilczała układ Liberman-Szojgu, a reformistyczna wzywa do ostrożności wobec Rosji lub ją usprawiedliwia. Rosjanie są pewni, że Iran nie będzie mocno protestował, bo jest niejako zdany na Rosję, nie ma wielu sojuszników. Rosjanie zrozumieli, że by zrobić jakiś porządek w Syrii, muszą liczyć się z Izraelem. „Rosja jest strategicznym partnerem Iranu, ale jeśli Rosjanie obrócą się w kierunku Ameryki i Izraela, Iran przemyśli swoje stosunki z Rosją” – mówił Hosejn Kanani Moghaddam, analityk od konserwatystów.

 

Wielki zawód

Dla milionów Irańczyków pokojowy układ atomowy był szansą na poprawę poziomu życia. Zdejmowane sankcje ruszyły irańską gospodarkę, ale zbyt wolno. W ostatnich miesiącach to tu, to tam, zbierają się kierowcy ciężarówek, rolnicy, emeryci i nauczyciele, nierzadko nieopłaceni, by protestować przeciw warunkom życia i pracy. Doszły do tego manifestacje z powodów ekologicznych, bo susza, burze piaskowe, zanieczyszczenie powietrza, brak wody. Na początku roku przez Iran przetoczyła się fala protestów socjalnych, gdzieniegdzie gwałtownych, przeciw sytuacji gospodarczej kraju, zginęło 25 osób. I oto Trump zrywa układ i nakłada wyjątkowe sankcje, co nie polepsza perspektyw. Przestraszone europejskie koncerny po kolei wycofują inwestycje z Iranu. Staje się on ekonomicznie i medialnie „trędowaty”.

Iran zareagował odmową zmiany swego planu balistycznego i przygotował się do wznowienia wzbogacania uranu. To wszystko nie łamie ciągle przestrzeganej umowy z 2015 r., ale pokazuje, że Teheran będzie się stawiał. Liczy na zrozumienie państw europejskich, choć premier Netanjahu odwiedzając w tym tygodniu Niemcy, Francję i Wielką Brytanię nawoływał do czegoś odwrotnego, całkowitego zerwania układu atomowego i groźby interwencji. Straszył Merkel, że Niemcy zaleje fala syryjskich uchodźców, jeśli będzie nowa wojna, której można uniknąć zrywając kontakty z Iranem. „Koalicja zbrojna” jest na razie tylko jego marzeniem, ale Iran musi teraz uważać.

Kronika zapowiedzianego przewrotu

Prawnik prezydenta USA był gościem organizacji dążącej do zbrojnego obalenia irańskiego rządu. Zapewniał, że Ameryka w pełni ich popiera.

 

Rudolph Giuliani, były burmistrz Nowego Yorku, obecnie reprezentant prawny prezydenta Donalda Trumpa, znalazł się wśród mówców na konferencji, którą w Paryżu zorganizowała zbrojna grupa Ludowi Mudżahedini Iranu,dążąca do siłowego obalenia obecnej władzy w Teheranie.

Zwracając się do słuchaczy Giuliani powiedział wprost, że rząd Trumpa nie będzie szczędził wysiłków, by doprowadzić do upadku rządów ajatollahów.

– Mamy dziś realną szansę na zmianę reżimu w Iranie – mówił konserwatywny eksburmistrz Nowego Jorku – Prezydent Trump nie odwróci się plecami do bojowników o wolność.

Ci „bojownicy o wolność”, czyli Ludowi Mudżahedini Iranu (MEK), to przebywająca od lat na wygnaniu grupa polityczna przeciwna rządom teokratów w swoim kraju, stawiająca sobie za cel przejęcie władzy w Teheranie na drodze przewrotu. Do 2012 r. MEK znajdował się na oficjalnej amerykańskiej liście organizacji terrorystycznych. Początkowo było to ugrupowanie inspirowane marksizmem, w latach 70. XX w. przeciwstawiało się rządom szacha i uczestniczyło w rewolucji 1979 r., zajmując pozycje antyimperialistyczne. Szybko jednak popadli w konflikt z ajatollahem Chomeinim i udali się na wygnanie. Stopniowo utracili marksistowski charakter i zeszli na pozycje całkowicie oportunistyczne. Hasła walki klas i rewolucji społecznej zastapili mówieniem o prawach człowieka i ochronie „własności osobistej”. Uznali USA i Izrael za swoich sprzymierzeńców.

W 2012 r. amerykański magazyn New Yorker ustalił, że za rządów George’a W. Busha tajne służby USA szkoliły MEK na terenie stanu Nevada, zarówno w zakresie działań zbrojnych, jak i w czynnościach wywiadowczych. Miało to miejsce w czasie, gdy MEK ofichalnie uchodził za terrorystów.

Giuliani pojawił się na paryskim wydarzeniu MEK w towarzystwie innych osobistości z USA. Byli to: przyjaciel Trumpa Newt Gingrich, były dyrekror FBI Louis Freeh i były ambasador USA przy ONZ Bill Richardson. Jednak wpływowi amerykańscy politycy od lat utrzymują kontakty z MEK i uczestniczą w organizowanych przez nich wydarzeniach. Na zeszłorocznej konferencji w Paryżu przemawiał John Bolton zanim jeszcze objął funkcję doradcy prezydenta USA. Bolton, który jest znanym zwolennikiem obalenia teherańskiego rządu na drodze militarnej, zwrócił się wówczas do członków MEK, oświadczając, że do 2019 r. to oni będą rządzić Iranem.

Wojna ponad wszystko

Gwałtowne zetknięcie związków zakłamania i hipokryzji z cząstkami obrzydliwości powoduje wytrącanie się gigantycznych ilości dwuszambianu liberalizmu. Zwłaszcza w amerykańskich mediach.

 

Powoli opada dym po szczególnej sławy spotkaniu pomiędzy przewodniczącym Kim Dzong-unem i prezydentem Donaldem Trumpem. Fakt faktem – nic wielkiego w sensie politycznych transgresji się nie stało, ale symbolicznie był to akt niezwykle cenny.

Czteropunktowy dokument, coś na kształt listu intencyjnego, który sygnowali obaj pierwszoplanowi bohaterowie szczytu pozostaje raczej mało znaczącym, niezwykle ogólnym komunikatem woli, co do której chciałoby się wierzyć, iż jest szczera. Jednak sama ta scenka rodzajowa i towarzyszące jej wyjaśnienia, które Trump składał potem dziennikarzom są gigantycznym krokiem w kierunku zmiany, niezwykle napiętej wszak do niedawna, atmosfery. Pierwszy raz od pół wieku pojawiła się szansa na podpisanie traktatu pokojowego miedzy KRLD a Republiką Korei oraz USA. Formalnie biorąc bowiem państwa te wciąż znajdują się w stanie wojny pomiędzy sobą.

Myśląca i przejęta część ludzkości mogła zatem, choćby na chwilę, odetchnąć z ulgą.

O ból głowy zadbali jednak szybko inni, a mianowicie amerykańscy dziennikarze, a zaraz za nimi cały globalny zaciąg głupków, którzy jeśli choć raz dziennie nie przeklną przeciwko Trumpowi, nie spluną przez lewe ramię na Putina i rzucą lotką w portret Kaczyńskiego popadają w polityczno-bytowe delirium tremens. Wymienione powyżej nazwiska tym się między innymi wyróżniają, że wokół siebie wytworzyły dwa kościoły – jedne adorujące ich bez opamiętania, a drugie – obłędnie opozycyjne; oba składające się z wyznawców odrzucających krytyczne myślenie jako grzech przeciw dobru i pięknu.

Kościół antytrumpowskiej opozycji zwący się #resistance musiał więc i tę okazję wykorzystać do tego, by agresywnie nawracać przeciw obecnemu głównemu najemcy lokalu przy Pennsylvania Avenue 1600 w Waszyngtonie. Wydawać by się mogło, że jest to wyzwanie wcale poważne, istna ewangelizacyjna próba sił. Nieprawda! Kto śmiał snuć takie przypuszczenia, ten zdradza brak wiary, a więc pierwszy stopień do ateuszostwa i zła, kto wie, może nawet gorszego niż zajęcie Krymu.

Do boju ruszyli wszyscy amerykańscy kaznodzieje tego nurtu. W oczach ludzi przytomnych ośmieszając się, w oczach swych wyznawców ubogacając ich dzień powszedni takim samym że intelektualnym chlebem.

Np. Rachel Maddow (bezpodstawnie oskarżana o lewicowość), znana prezenterka sympatyzującej z partią Demokratyczną (bezpodstawnie oskarżaną o lewicowość) telewizji MSNBC (bezpodstawnie oskarżanej o lewicowość) wygłosiła kazanie w tej materii fundamentalne; to ona wyznaczyła wektor lamentu, który pomniejsi księża i ministranci mieli powielać.
A było to tak. Trump wrócił z Singapuru, ćwierknął na Twitterze, że super się udało wszystko, a wtedy nasza gwiazda objawiła w swoim cyklicznym show, iż amerykański prezydent dokonał poważnych zbrodni przeciw interesom narodu i państwa, którym jakoby przewodzi. Powiedziała m. in., że jego działania „były podważeniem jednego z najważniejszych filarów międzynarodowej polityki bezpieczeństwa USA” oraz, że podporządkował się woli północnokoreańskiego dyktatora i niemal został przez niego wykorzystany, a Stany Zjednoczone ośmieszone.
Mówiła przez 17 minut, ciągle budując napięcie epitetami i sugestiami jakości wyżej przywołanych. W końcu, po kolejnym głębokim wdechu, ujawniła, iż wszystkiemu winna jest kilkukilometrowa granica, którą KRLD dzieli z Federacją Rosyjską. I z tego właśnie skrawka ziemi Maddow wywiodła i dała do zrozumienia, iż działaniami Donalda Trumpa kieruje nie kto inny jak Władimir Władimirowicz Putin.

„Rosja ma taką malutką granicę z Koreą Północną, długości 11-tu mil. Znajduje się na niej jedno kolejowe przejście graniczne. Historia ostatnich dziesięcioleci obu tych krajów jest trudna i złożona. Ale Rosja przecież wyraźnie nadwyręża swoje granice, wypycha USA i wpływy Zachodu. Zwłaszcza amerykańska i obecność militarna w pobliżu tego, co Rosja uważa za obszar własnej strefy wpływów jest dla niej groźna. I jedną ze spraw, na które Rosja bardzo nalegała, było zarzucenie przez Stany Zjednoczone wspólnych ćwiczeń wojskowych z Koreą Południową. Stany Zjednoczone już od 70 lat utrzymują te działania jako filar strategii bezpieczeństwa narodowego USA. Aż do ostatniej nocy, kiedy to Trump, niejako od niechcenia oznajmił, że to już koniec! Odwołał je. Dał tym Korei Północnej coś, czego desperacko pragnęła i dlaczego jej przywódcy zrobiliby prawie wszystko. Tylko że dał im to za darmo. Dlaczego?” – zapytywała ze spektakularnym przejęciem Maddow.
No, to już chyba wiecie dlaczego i przez kogo? A jeśli się nie domyślacie, to znaczy, że hodują Was pod Petersburgiem.

Wielu liberalnych komentatorów amerykańskich postanowiło ostentacyjnie powtórzyć to oburzenie, choć bez wspominek o długości granicy, które widać nawet kaznodzieje w terenie uznali za nazbyt trudne dla mniej wartościowego elementu tubylczego. Zajęli się więc twittem Trumpa, w którym obwieścił, iż odwołuje „gry wojenne” (war games) w Korei Płd. Polegały one m.in. na tym, że cykliczne prowadzono manewry, w których symulowano totalne zniszczenie KRLD i zagładę jej ludności. Ryk spowodowany był użyciem sformułowania „gry wojenne” zamiast zakłamanego „typowe manewry wojskowe”. Ale to nie wszystko, niektóre media zaczęły nawet snuć wnioski, iż spotkanie Trumpa z Kimem może mieć bardzo negatywne skutki dla środowiska naturalnego i przyspieszyć – nomen omen – ocieplenie klimatu.

Wszystko to warto odnotować oczywiście choćby dla porządku, lub też dlatego, że masowa percepcja czegoś co można nazwać procesem wewnątrzpolitycznym w Polsce jest taka sama jak w USA; opiera się na wyznawcach Kaczyńskiego lub obrońcach demokracji i praworządności sprawiających wrażenie ustawicznie znarkotywzowanych. Nawet jeżeli Kaczyński powie, że dwa razy dwa równa się cztery, to nikt nie przejdzie nad tym do porządku dziennego: Karnowscy uznają to za wiekopomne odkrycie godne Nobla, a drudzy, a Piątek napisze kolejną książkę o straszliwej rosyjskiej prowokacji zakonspirowanej w tabliczce mnożenia.

Przede wszystkim jednak należy na to zwrócić uwagę, bo trudno o bardziej dowodny przykład na to, iż kto nie myśli samodzielnie, ten zawsze przegrywa.

Zero według Trumpa

Fala krytyki spadła na Donalda Trumpa, który w niedzielę na Twitterze wezwał do tego, aby osoby, które nielegalnie przekroczyły granicę, były wydalane z terytorium Stanów Zjednoczonych bez procesów sądowych i wdrażania procedur.

 

„Nie możemy pozwolić, aby wszystkie te osoby robiły najazd na nasz kraj” – napisał na Twitterze.

Wezwał też do odsyłania wszystkich nielegalnych imigrantów, którzy przekroczą granicę, powołując się na to, że przyjmowanie ich jest nieuczciwością wobec ludzi, którzy legalnie starają się o obywatelstwo i są skłonni na nie czekać latami.

Opinia publiczna ledwo zdążyła pochwalić Trumpa za dekret, który pozwolił dzieciom nielegalnych imigrantów odebranym na granicy połączyć się znów ze swoimi rodzicami (niejako przeoczono przy tej okazji fakt, że ten sam dekret umożliwiał bezterminowe przetrzymywanie w aresztach całych rodzin migrantów). Prezydent USA poczuł się w obowiązku przypomnieć, że nadal obowiązuje polityka „zero tolerancji”.

– To niezgodne z prawem i niekonstytucyjne – tak twitterową sugestię o natychmiastowym odsyłaniu migrantów skomentował Omar Jadwat, dyrektor Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich. – Każdy urzędnik, czy sędzia, który składał przysięgę i obiecywał przestrzegać prawa, powinien jednoznacznie odrzucić nakazy Trumpa.

W tygodniu utworzono federalną grupę zadaniową, która ma zająć się ponownym łączeniem rozdzielonych imigranckich rodzin. W ostatnich tygodniach amerykańska straż graniczna odebrała rodzinom około 2,3 tys. dzieci. Mimo to nie należy oczekiwać, że polityka „zero tolerancji” w jakikolwiek sposób złagodnieje. Organizacje broniące praw człowieka zadeklarowały, że będą interweniować w każdej sytuacji, w której dzieci będą przebywały w ośrodkach dla imigrantów dłużej niż 20 dni i w każdej sytuacji, kiedy aresztowanym za nielegalne przekroczenie granicy nie zostanie zagwarantowane przesłuchanie przed sędzią imigracyjnym przed deportacją.

Wyścig technologii na syryjskim niebie

Jak atakować przeciwnika z powietrza nie ponosząc przy tym strat? Izraelskie, amerykańskie i rosyjskie systemy prześcigają się we wprowadzaniu nowych rozwiązań, które uczynić mają obronę przeciwlotniczą przeciwnika bezsilną.

 

Wielokrotnie Państwo czytali w różnorodnych serwisach informacyjnych o izraelskich skutecznych nalotach na cele w Syrii. Wielu laików dziwiło się, dlaczego syryjska obrona przeciwlotnicza jest tak nieskuteczna, a obecne w Syrii rosyjskie jednostki, wyposażone w tak reklamowane systemy przeciwlotnicze dalekiego zasięgu S-400 „Triumf” również zawodzą. Otóż, drodzy czytelnicy, nic nie zawodzi. Przysłowiowy „diabeł, tkwił w szczegółach” technicznych i prawa międzynarodowego. W ramach obrony przeciwlotniczej terytorium syryjskiego toczy się swoisty wyścig technologiczny.

 

Spoza zasięgu prawa

Naloty lotnictwa izraelskiego wykonywane były, co do zasady, za pomocą nosicieli – samolotów, które nie wchodziły w przestrzeń powietrzną Syrii. Operowały nad Izraelem, nad terenami okupowanymi jak Wzgórza Golan, czy też znad bezsilnego sąsiedniego Libanu. Tym samym de iure nie naruszały syryjskiej przestrzeni powietrznej, więc nie mogły być zaatakowane. Formalnie Izrael nie jest w stanie wojny, więc „prewencyjnie” nie można atakować jego samolotów, bo nie wiadomo czy odbywają loty ćwiczebnie czy też lecą aby bombardować Syrię. Jak zatem izraelskie F-16 „Sufa” czy F-15E mogły niszczyć odległe o setki kilometrów obiekty? Otóż czyniły to za pomocą wystrzeliwanych rakiet manewrujących. Choć izraelskie rakiety, jak np. „Delialh” czy „Popeye”, nie mają takiego zasięgu i nie są tak ciężkie, jak amerykańskie AGM-109 „Tomahawk”, to jednak realizowały swoje zadania niszcząc magazyny z bronią, zabijając syryjskich czy irańskich żołnierzy.

Antidotum na nie, okazała się dostawa dla armii syryjskiej rosyjskich przeciwlotniczych zestawów artyleryjsko rakietowych typu „Pancyr-S”. Dwa dwulufowe działka 30 mm i 12 rakiet o zasięgu 36 km na każdym pojeździe oraz radiolokator pozwalający równolegle naprowadzać rakiety na 4 cele okazały się zabójczą bronią dla rakiet manewrujących. Nawet gdy zabrakło rakiet, to „ściana ognia” stawiana przez działka o szybkostrzelności 5000 pocisków na minutę niszczyły kolejne pociski. Mobilne, bo na podwoziu samochodowym Kamaz, przemieszczające się po Syrii pojazdy stały się pogromcami rakiet manewrujących tak Izraela jak i USA oraz Wielkiej Brytanii.

 

Szybujące bomby

Jak każda akcja, zrodziło to reakcję. Izraelczycy pozyskali z USA bomby szybujące GBU-39 SDB. Owe 250 funtowe bomby, to lekka odmiana bomb JDAM. Zasięg ok. 80 km. Izrael pracuje nad bombami „Spice” które mają niszczyć cele w ruchu. W trakcie lotu bomby, obrazy są analizowane i porównywane, a dane wprowadzane do systemu sterowania bomby. Dysponuje ona również systemem nawigacyjnym INS/GPS. Systemy „Spice” mogą być zrzucane z odległości ok. 60 km, a średni błąd trafienia wynosić ma wg Izraelskiego koncernu Rafael, mniej niż 3 m. Izraelczycy wprowadzili już wcześniej bomby „Spice-2000”, z ładunkiem bojowym o masie około 908 kg, a obecnie wdrożone mają zostać lżejsze „Spice-1000”, z ładunkiem bojowym o masie około 454 kg .

Pozwalało to izraelskim samolotom nie wchodzić w obszar obrony systemu przeciwlotniczego „Pancyr”, a sama bomba, ze względu na niską powierzchnię odbicia okazała się celem niezwykle trudnym do trafienia. Co istotne, bomby szybujące są wielokrotnie tańsze od rakiet: bomba JDAM to ok. 30 tys. dolarów, a rakieta manewrująca „Tomahawk” – 2 miliony dolarów. To tymi bombami zniszczono cele irańskie na południe od Allepo czy wokół Damaszku.

Wyciągając wnioski, Rosjanie błyskawicznie przyspieszyli swoje prace badawcze i opracowali podobną broń, którą oficjalnie pokażą w sierpniu i zakończą próby państwowe w listopadzie 2018 na imprezie branżowej „Armia-2018”.

 

 

 

Rosjanie nie gorsi

Rosyjska bomba szybująca „Grom” przewyższa swoich zachodnich konkurentów pod wieloma względami. Budowana będzie w trzech wariantach. Lekka – 488 kilogramów, pośrednia i najcięższa – 598 kg. W przeciwieństwie do bomby produkcji USA, rosyjska bomba szybująca przenosi trzykrotnie większy ładunek. W zależności od wersji, będzie to 315, 370 i 480 kg. Bomba rosyjska kierowana i naprowadzana jest za pomocą rosyjskiego odpowiednika GPS, satelitarnej nawigacji GLONASS. Precyzja rażenia bomby, tzw. uchyb kolisty, to do 11 metrów od punktu celowania. Przy tej masie głowicy bojowej, jest to bez znaczenia. Zasięg rosyjskich bomb jest zróżnicowany, gdyż jedna z wersji przewiduje oprócz rozkładanych skrzydeł także silnik startowy i kształtuje się od 65 km do 120 km. Bomba jest uniwersalna i przewidziana dla wielu rosyjskich samolotów, w tym wielozadaniowych Su-30SM, najnowszych myśliwców Su-35S, bombowców taktycznych Su-34, frontowych lekkich MiG-35SMT, czy mających już swoje lata Su-24M2 stanowiących do dziś trzon rosyjskiego taktycznego lotnictwa uderzeniowego. Bomba, co ciekawe, testowana była tez przez myśliwce pokładowe typu Su-33 z lotniskowca „Admirał Kuzniecow”.

Sama bomba skonstruowana jest w systemie modułowym. Z tyłu moduł napędowy lub sterujący, moduł planowania lotu i naprowadzania na cel oraz z przodu głowice (odłamkowo burząca, termobaryczną lub zapalająca). Bombę zrzuca samolot jak bombę jądrową, tzn. wykonując tzw. „górkę” wyrzucając ją niejako w górę jak z katapulty i zawracając. „Grom” może być zrzucany na cel znajdujący się z tyłu samolotu bez dodatkowych manewrów stabilizacji, a wg Rosjan precyzyjność bombardowania się zwiększa.

Rosyjskie Wojenno-Wozdusznyje Siły pozyskają zatem broń uzupełniającą do stosowania pomiędzy klasycznymi bombami, a rakietami manewrującymi, jakich u Rosjan jest cała gama.

 

Precyzja celowania

Dotychczas, z piorunującą skutecznością podczas wojny w Syrii, rosyjskie samoloty Su-24M2 czy Su-34 stosowały system naprowadzania „Gefest”, wspomagany przez satelitarny system nawigacji GLONASS. Satelitarne naprowadzanie pozwala tak dobrać wysokość i prędkość samolotu, że nawet gdy zrzuca się zwykłe „głupie” bomby ,trafiają one z precyzją do 10 metrów od punktu celowania. Jest to szalenie ekonomiczna metoda, acz posiadająca wadę, jaką jest wchodzenia samolotu nad cel broniony przez systemy obrony przeciwlotniczej. Trzeba je wcześniej wykryć, zakłócić lub unicestwić (jeśli chodzi o systemy rażące na pułapie powyżej 4000 m). To pułap bezpieczny, jakiego nie osiągają rakiety przenośne typu „Stinger” produkcji USA. „Gefest” pozwala rosyjskim pilotom w Syrii latać powyżej skutecznego zasięgu rakiet przenośnych i skutecznie niszczyć wyznaczone cele należące do ugrupowań terrorystycznych walczących w tym kraju.

Obniżenie pułapu stanowi zawsze zagrożenie i może kończyć się tragedią, jak pamiętne zestrzelenie Su-25 nad prowincją Ildib w lutym 2018 i bohaterska śmierć broniącego się na ziemi do końca, zestrzelonego pilota majora Romana Filipowa.

„Grom” pozwoli rosyjskim samolotom na bezpieczne bombardowanie – z chirurgiczną precyzją – punktów dowodzenia, silosów rakiet międzykontynentalnych, ważnych obiektów przemysłowych i energetycznych osłanianych przez systemy przeciwlotnicze bez wchodzwnia w zasięg ich rażenia. Co ciekawe, sami Rosjanie dysponują skuteczna obroną przed tą bronią w postaci „tandemu” składającego się z systemów przeciwlotniczych dalekiego zasięgu S-400 „Triumf”, zdolnych niszczyć wykonujące „górkę” samoloty na dystansie do 400 km, systemów „Pancyr” najnowszej generacji zdolnych niszczyć same bomby.

USA poza RPC ONZ

„Stronniczość Rady przeciw Izraelowi jest niedopuszczalna” – oświadczył Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu, informując o decyzji waszyngtońskiej administracji. Zerwanie z uczestnictwem Amerykanów w Radzie przypadło w dzień po żywej krytyce ONZ „okrutnej” polityki USA zabierania dzieci nielegalnym imigrantom na granicy meksykańskiej. Nikki Haley, ambasador amerykańska w ONZ, i Mike Pompeo zapewnili jednak, że przyczyną jest brak odpowiednich reform Rady, które zapobiegłyby międzynarodowej krytyce Izraela.

 

Rada Praw Człowieka ONZ z siedzibą w Genewie została utworzona 12 lat temu, by promować i chronić prawa człowieka na świecie, lecz jej raporty bywały sprzeczne z priorytetami polityki amerykańskiej. Ambasador Izraela w ONZ Danny Danon wyraził satysfakcję z wycofania się USA, które według niego sprzeciwiły się „ślepej nienawiści instytucji międzynarodowych wobec Izraela”. Premier państwa żydowskiego Benjamin Netanjahu pogratulował USA „odwagi” i nazwał Radę „organizacją antyizraelską”.

Sprzeciw wobec decyzji amerykańskiej wyraziło już wiele organizacji ochrony praw ludzkich. Human Rights Watch (HRW) ostro skrytykowała USA. Kenneth Roth, szef HRW, powiedział, że Rada „odegrała ważną rolę w takich krajach jak Korea Północna, Syria, Birma (Mjanma) i Sudan Południowy”. „Ale Donald Trump jest zainteresowany wyłącznie obroną Izraela” – dodał z widoczną goryczą.

Amnesty International przyznała, że „Rada nie jest doskonała”, jednak „jest ważną siłą na rzecz międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości”. „Wycofując się, Stany Zjednoczone z premedytacją szkodzą prawom człowieka wśród wszystkich narodów świata i ich walce o sprawiedliwość” – oświadczył Salil Shetty, sekretarz generalny Amnesty. Od dojścia do władzy Donalda Trumpa imperium amerykańskie wycofało się już m.in. z UNESCO, odcięło finansowanie organom ONZ, zerwało z paryską umową klimatyczną i obaliło układ atomowy z Iranem, któremu ONZ patronowała.

Odejście USA z Rady Praw Człowieka miało już precedens. Radę bojkotowała administracja George’a Busha, zanim Barack Obama zdecydował o powrocie Stanów do Rady.

„We are America!”

Amerykański minister wojny gen. James „Mad Dog” Mattis po raz kolejny dał dowód, iż jego główną kompetencją jest prowojenne podżegactwo.

 

Tym razem sekretarz obrony USA przykuł uwagę mediów swoim performancem w trakcie ceremonii związanej z końcem roku akademickiego na uczelni wojskowej US Naval War College w Newport, w stanie Rhode Island.

„Wściekły Pies” Mattis zaczął od grillowania Rosji. Oskarżył prezydenta tego kraju o rozliczne ułomności charakteru i kompetencji, a potem podsumował, iż „jego celem jest podważenie moralnego autorytetu Stanów Zjednoczonych” i „próby rozbicia NATO”.

– Chodzi wyłącznie o pomniejszenie międzynarodowej atrakcyjności zachodniego modelu demokratycznego. Jego celem jest podważenie moralnego autorytetu Stanów Zjednoczonych. Działania te mają na celu nie tyle podważenie naszej zbrojnej przewagi, ile skompromitowania nas, naruszenia wiary w nasze ideały – zagrzmiał Mattis.

Ma się rozumieć, dodał co nieco o „systematycznym naruszaniu norm prawa międzynarodowego” przez Rosję, nawiązał w ten sposób do aneksji Krymu i działań władz Federacji Rosyjskiej, która wspomaga rebelię na wschodzie Ukrainy. Nawiązał też do kwestii wojennej awantury, wywołanej przez Gruzję w 2008 r.

– Po drugiej wojnie światowej, to właśnie Rosja po raz pierwszy siłą dokonała zmian granic. Chodzi o Gruzję i Ukrainę. Jednocześnie blokowała dyplomatyczny i ekonomiczny potencjał swoich sąsiadów, jak również ich rozwój w zakresie polityki własnego bezpieczeństwa – podsumował.

To jednak tylko pierwsza część wypowiedzi amerykańskiego sekretarza obrony. Potem zabrał się za Chiny. Oświadczył m. in., że „Pekin ma niebezpieczne plany przebudowania istniejącego światowego porządku”.

– Wydaje się, że modelem postępowania politycznego, który przyjęły obecne władze w Chinach jest dynastia Ming. Niemniej, stosując go używają więcej siły i są bardziej roszczeniowe.

Demonstrują żądania wobec innych narodów, by stały się im podległe (…) Jest to niedopuszczalne! – komentował Mattis.

Dodatkowo oskarżył Chiny o „agresywną politykę militaryzacji’ odnosząc się do rozlokowania sprzętu wojskowego przez to państwo na sztucznych wyspach utworzonych na Morzu Południowochińskim, jak również zarzucił Pekinowi „drapieżną ekspansję gospodarczą”, która polegać ma głównie na „skupowaniu długów krajów w regionie”.

Po takim dictum wypada przejść do elementarnej dekonstrukcji tych wypowiedzi, gdyż niemal każde zdanie zawiera kłamstwo lub oczywistą manipulację.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wypowiedź ta jest swoistym ostrzeżeniem ze strony części klasy rządzącej w USA pod adresem Donalda Trumpa. W jego gabinecie pełno jest jastrzębi takich jak właśnie James Mattis, którego – sądząc po jego wypowiedziach – wojna nuklearna z Rosją jest po porostu mokrym snem. Choć i tak, po prawdzie, to nie on jest z tego całego towarzystwa najgorszy. Dość wspomnieć o niedawno mianowanym na głównego doradcę ds. bezpieczeństwa Johnie Boltonie – człowieku-wojnie i głównym animatorze działań wymierzonych w Iran oraz bezczelnemu propagatorowi jankeskiego imperializmu i tamtejszej ideologii ekscepcjonalizmu.

Trump, jak się zdaje, czasem jednak wierzgnie temu gangowi trepów i neo-conów i zrobi coś, co powoduje u nich zgrzytanie zębami, wrzody i gazy. Można to było obserwować tuż po podpisaniu bardzo wstępnego i bardzo ogólnego listu intencyjnego pomiędzy prezydentem USA i przywódcą KRLD. Ryki, płacze, jęki i stękania amerykańskich liberałów były tak wielkie, że nawet wieloletnie już żałobne utyskiwania obozu smoleńskiego razem wzięte jawią się przy tym jako szept. Ale to temat na osobny komentarz.

Drugą taką rzeczą, obwieszczoną zaraz po szczycie Kim-Donald była obleczona w fałdy woalu zapowiedź potencjalnej możliwości przeprowadzania podobnego spotkania z Władimirem Putinem. W mediach amerykańskich pojawiła się informacja, iż Waszyngton i Moskwa „badają” (are exploring) taką ewentualność.

No i tego demokratyczny świat nie mógł już wytrzymać. Na takie bezeceństwa dławiące prawa człowieka i wolności obywatelskie oraz obrażający demokrację ludzie przyzwoici patrzeć nie mogą. Toteż omawiany generał o wdzięcznym przezwisku musiał czym prędzej obwieścić miastu i światu, że to tylko wypadki przy pracy, tak naprawdę wszystko jest po staremu – wojna z Rosją cały czas jest opcją, z Chinami zresztą też, my jesteśmy najlepsi, a świat jest piękny tylko wtedy, gdy my nim rządzimy i rządzić będziemy dalej, bo tak musi być, żeby w ogóle jakoś było i bez gadania, to co nam wolno, to innym nie, bo my jesteśmy piękni i mądrzy, a poza tym, sami wiecie – Bitch, we’re America! Tak właśnie mógłby brzmieć ściśnięty imadłem cały nadęty speech Jamesa Mattisa.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że było to rzeczywiście groźne kiwanie palcem w stronę Donalda Trumpa, ale też ważne przypomnienie dla wszystkich myślących ludzi – Ameryka nie odpuści. Mattis i jemu podobni naprawdę wydają się marzyć o zawróceniu rzeki kijem albo bombą atomową i powstrzymaniu prężnego rozwoju ludowych Chin oraz stabilizacji w Rosji tudzież w choćby jednym kraju na Bliskim Wschodzie. I nawet jeżeli teraz nie mogą zademonstrować swojego potencjału, wszak nie z byle powodu Mattis zyskał przydomek „Wściekły Pies”, to jeszcze rykną. A wtedy popamiętamy. Niewykluczone, że tak właśnie się stanie.

A teraz nieodzowne słowo o bzdurach, których ten człowiek nawygadywał studentom w Newport. Nie będę rozbierał wszystkiego na czynniki pierwsze, gdyż nie mam na to już siły.
Postawię więc tylko jedno pytanie – jak można być tak skundlonym człowiekiem, by stojąc na straży prowojennej polityki zagrażającej realnie istnieniu rodzaju ludzkiego na Ziemi, mieć czelność zarzucać podważanie moralnego autorytetu USA? Przepraszam, czego?!

Uprzejmie przypominam, że to właśnie państwo winne jest tysięcy zbrodni wojennych i cierpieniu milionów ludzi na cały świcie. USA sieje terror, dewastację i śmierć na wszystkich kontynentach. W 1945 r. zrzuciło dwie bomby atomowe na Japonię, przeprowadziło dziesiątki zamachów stanu w Ameryce Południowej, w Wietnamie zrzuciło więcej bomb niż wszystkie państwa w trakcie drugiej wojny światowej razem wzięte, zniszczyły Irak, Afganistan i Libię oraz pół Syrii, wcześniej Jugosławię, Obama zrzucił 100 tys. bomb, a Trump bombarduje z taką częstotliwością, że zaraz zabraknie amunicji! I to jest ten moralny autorytet, który Rosja pozwala sobie podważyć. Jak to piszą w internetach: Dziękuję Pan Mattis!

Syryjski scenariusz

O wojnie domowej w Jemenie pisze się i mówi prawie wcale. Nie jest to bynajmniej wyłącznie polska specyfika. Światowe media też wolą zajmować się innymi, lepiej „sprzedającymi” się tematami. Tymczasem w tym trwającym już sześć lat konflikcie, jak w soczewce skupiają się polityka imperialna mocarstw, impotencja organizacji międzynarodowych i tragedia ludności cywilnej.

 

Początek wojny domowej w Jemenie sięga roku 2011. Wówczas to na fali „Arabskiej Wiosny” do ustąpienia z urzędu został zmuszony prezydent Ali Abdullah Saleh, rządzący niepodzielnie krajem od 1978 r. Podobnie jak w innych państwach regionu, także tutaj liczono na poważne przemiany demokratyczne i społeczne. Jednak nadzieje na reformy przygasły już rok później. Przeprowadzone w 2012 r. wybory prezydenckie wygrał bowiem dotychczasowy zastępca Saleha, Abdrabbuh Mansur Hadi. Brak zmian, niestabilna sytuacja polityczna, a przede wszystkim klęska głodu, podkopały pozycję nowego prezydenta. Ostatecznie Hadi musiał uciekać z kraju, gdy wspierani przez Iran rebelianci Houthi zdobyli jemeńską stolicę we wrześniu 2014 r., a więc w zaledwie dwa lata po wyborach prezydenckich.

 

Saudyjskie poczucie obowiązku

Hadi schronił się w Arabii Saudyjskiej, która poczuła się w obowiązku do podjęcia interwencji zbrojnej. Oficjalnie saudyjskie siły otrzymały za zadanie przywrócenie do władzy prawowitego prezydenta. Nieoficjalnie jednak chodziło przede wszystkim o zniwelowanie wpływów Iranu w regionie. Z tego też powodu do Saudów przyłączyły się wkrótce inne państwa sunnickie, w tym Zjednoczone Emiraty Arabskie. Nowa koalicja mogła ponadto liczyć na wsparcie techniczne i wywiadowcze, a prawdopodobnie także zbrojne, ze strony Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji.

W konsekwencji międzynarodowego zaangażowania, wojna w Jemenie zaczęła się toczyć według scenariusza syryjskiego. Trudno jednoznacznie wskazać, która strona konfliktu odpowiada za większe zbrodnie, która przysporzyła cywilom większego cierpienia. Wydawałoby się jednak, że koalicja pod wodzą Arabii Saudyjskiej, wspierana przez światłe zachodnie mocarstwa, będzie przynajmniej starała się prowadzić wojnę w „cywilizowany” sposób. Nic bardziej mylWnego. Jak alarmuje ONZ, to właśnie koalicyjne siły mają na sumieniu większość ofiar śmiertelnych wśród dzieci. Bezwzględne tłumienie rebelii już doprowadziło do śmierci ok. 10 tys. osób, zaś niemal 3 mln musiało opuścić swoje domy. Jak wygląda „humanitarna” saudyjska interwencja w Jemenie można było przekonać się w październiku 2016 r., kiedy podczas jednego zaledwie ataku ich lotnictwa zginęło co najmniej 140 cywilów.

 

Okno na świat. A raczej na pomoc

Trudno zatem dziwić się, że rozpoczęcie ofensywy sił koalicyjnych na port Al-Hudajda w ubiegłym tygodniu wywołało trwogę wśród jego mieszkańców. Od początku trwania wojny domowej miasto to stało się domem dla ponad 600 tys. osób, z czego połowa to dzieci. Al-Hudajda to także jedyny funkcjonujący port, przez który do Jemenu trafia ponad 70 proc. wszelkiej pomocy humanitarnej. Pierwsze dni walk potwierdziły obawy mieszkańców i organizacji międzynarodowych. Jak podają agencje informacyjne, w kulminacyjnym momencie ataku sił prorządowych na rebelianckie pozycje w ciągu zaledwie pół godziny przeprowadzono 30 nalotów. Houthi nie pozostali dłużni. Do soboty, 16 czerwca, liczbę ofiar śmiertelnych szacowano na co najmniej 280.
Organizacje humanitarne wezwały do zaprzestania walk, lecz ich apel pozostał bez odpowiedzi. Po raz kolejny skompromitowała się Rada Bezpieczeństwa ONZ, która nie była w stanie wypracować konkretnego stanowiska. Przygotowany przez Szwedów pierwotny tekst rezolucji wzywał siły koalicyjne do zaprzestania ofensywy i umożliwienia statkom z żywnością i lekami bezpiecznego wyładunku. Rezolucję oprotestowali jednak przedstawiciele USA i Wielkiej Brytanii – sojusznicy Arabii Saudyjskiej i cisi członkowie koalicji. Pod ich naciskiem, Rada Bezpieczeństwa wydała jedynie rezolucję apelującą do obydwu stron o „poszanowanie międzynarodowego prawa humanitarnego”.

 

Al-Hudajda albo śmierć

Ambasador Zjednoczonych Emiratów Arabskich przy ONZ przyznał, że walki będą trwały aż do całkowitego opanowania miasta przez siły koalicyjne. Jego zdaniem, zdobycie Al-Hudajdy jest bowiem jedyną szansą na jak najszybsze zakończenie wojny w Jemenie. Przedstawiciele Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża alarmują natomiast, że mieszkańcy Al-Hudajda przygotowują się na najgorsze. W jednym z opublikowanych w mediach społecznościowych wpisie pracownik Czerwonego Krzyża pisał: „Ludzie żyją w slumsach, na obrzeżach miasta, żywiąc się okruchami chleba, które wygrzebują ze śmieci. Pieniędzy mają tylko na kupno oleju w plastikowych torebkach, co starcza na przygotowanie jednego posiłku dziennie”.

Eksperci ostrzegają, że zamknięcie portu w Al-Hudajdzie nawet na jeden dzień może doprowadzić do wybuchu kryzysu humanitarnego w mieście. Wśród jego pierwszych ofiar będą dzieci, stanowiące obecnie niemal połowę wszystkich mieszkańców. Już teraz widok głodnych kilkulatków snujących się po ulicach miasta nie jest niczym zaskakującym – o czym alarmują obecni na miejscu przedstawiciele organizacji międzynarodowych. Jak wielkie grozi im niebezpieczeństwo dowodzą szacunki ONZ, według których walki o portowe miasto mogą kosztować życie nawet ćwierć miliona osób.

Sytuacja w Jemenie niebezpiecznie zaczyna przypominać tę w Syrii. Tak, jak walki o Aleppo na chwilę przykuły uwagę mediów, tak teraz ofensywa sił koalicyjnych w Al-Hudajdzie ma szansę zaistnieć w światowych serwisach informacyjnych. Co jednak z tego medialnego zainteresowania wyniknie? Zupełnie nic, czego zapewne dopilnują mocarstwa, które wybrały Jemen na swój poligon doświadczalny. Póki cywile giną w Al-Hudajdzie, Sanie i innych „egzotycznych miejscach”, nie zaś w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu, wszystko jest w porządku. Prawa człowieka to wciąż przywilej nielicznych.

Czarne chmury nad Białym Domem

Niegdysiejszy szef sztabu wyborczego Donalda Trumpa Paul Manafort trafił do aresztu. W ocenie sędziego federalnego pogwałcił ugodę z sądem, na mocy której pozostawał na wolności, oczekując na proces.

 

Konkretnie Manafort miał wpływać na osoby, które najprawdopodobniej zostaną powołane na świadków w jego procesie, jaki ma być rozpoczęty we wrześniu. Jak podała Agencja Reutera, prokuratura stanęła na stanowisku, że biznesmen przez ponad miesiąc starał się nakłonić te osoby do składania fałszywych zeznań, komunikując się z nimi przez telefon lub komunikatory z szyfrowaniem. – To była trudna decyzja i długo nad nią myślałam. Nie mam na nią ochoty, ale nie mogę udawać, że niczego nie zauważam – uzasadniała dziś swoją decyzję sędzia Amy Berman Jackson. Natychmiast po tym, gdy skończyła przemawiać, Manafort został przewieziony do aresztu, gdzie może pozostać na co najmniej trzy miesiące.

Obrońcy Manaforta przekonywali, że mężczyzna nie wie, kto zostanie powołany na świadka w jego sprawie i dlatego nie można mówić o próbach wpływania. Pytają także, dlaczego prokuratura nie ujawniła tożsamości świadków i nie wydała ich klientowi zakazu kontaktu z nimi. Manafort nie przyznaje się do żadnego ze stawianych mu zarzutów: niezgłoszenia działalności w charakterze tzw. obcego agenta (foreign agent), prania brudnych pieniędzy, składania fałszywych zeznań. W osobnym procesie w lipcu w przyszłym roku w Wirginii będzie jeszcze odpowiadał za przestępstwa gospodarcze.

Śledztwo przeciwko biznesmenowi prowadzi specprokurator Robert Mueller, ten sam, który ma dowieść, że sztab Trumpa w toku kampanii utrzymywał kontakty z Rosją (zarzuty stawiane Manafortowi w śledztwie nie są jednak związane z samymi wyborami w 2016 r.). Najpewniej uderzenie w Manaforta ma skłonić go do złożenia obszernych zeznań obciążających z kolei obecnego prezydenta. Ze śledczymi Muellera współpracują już były narodowy doradca ds. bezpieczeństwa Michael Flynn i były doradca ds. polityki zagranicznej George Papadopoulos. Manafortowi w obu procesach, jakie mu wytoczono, grozi dożywotnie więzienie – w jednym maksymalny wyrok to 20 lat, ale w drugim – kara łączna 270 lat.

Donald Trump skomentował aresztowanie na Twitterze w typowym dla siebie stylu. Przekonywał przy tym, że lobbysta pracował dla wielu powszechnie szanowanych w USA polityków i wtedy jego aktywność nie budziła żadnych wątpliwości. Na konferencji prasowej przed Białym Domem Trump przekonywał za to dziennikarzy – mijając się z prawdą – że Manafort… nie miał nic wspólnego z jego kampanią, a jego praca dla kandydata, a potem prezydenta miała trwać zaledwie 49 dni.