Ostrzeżenie

Rosjanie przestrzegają USA przed prowokacją ataku chemicznego i tworzą „tarczę” nad Syrią z okrętów swojej floty na Morzu Śródziemnym.

 

Rosjanie ściągając w ostatnich miesiącach i tygodniach okręty z Floty Czarnomorskiej, Floty Bałtyckiej, Flotylli Kaspijskiej i Floty Północnej utworzyli potężne zgrupowanie sił morskich, operujące we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Skład i wyposażenie okrętów pływających pod banderą św. Andrzeja opodal Syrii, sprawiają, że eskadra ta może skutecznie przeciwstawić się operującej na Morzu Śródziemnym 6 Flocie US Navy, mimo jej wzmocnienia nie tak dawno przez grupę lotniskowcową na czele z USS „Harry Truman”. Rosyjski MON i ambasador Rosji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ przestrzegają zachodnich partnerów przed wyreżyserowaną prowokacją chemiczną na wzór tegorocznej w Dumie i w Chan Szeikhoun z roku 2017. Inscenizacja ataku chemicznego na rebeliantów, przypisanego wojskom rządowym ma być kolejny raz pretekstem, do przygotowywanego według Moskwy ataku sił USA, Wielkiej Brytanii i Francji na Syrię.

 

Generał Konaszenkow ujawnia fakty zdobyte przez GRU

W niedzielę 26 sierpnia, na specjalnej konferencji prasowej oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MON, generał Igor Konaszenkow poinformował, o zdobytych zapewne przez rosyjski wywiad wojskowy (Gławnoje Razwiedywatielnyje Uprawlienje) danych świadczących o przygotowywanej prowokacji użycia broni chemicznej na terenie Syrii. Przypisane ma to być armii rządowej i stać się pretekstem do nalotów USA na ten kraj. Według Rosjan przedstawiciele „Białych Kasków”, dostarczyli duży ładunek środków trujących do miasta syryjskiego Sarakaib. Warto przypomnieć, że to pseudohumanitarna organizacja, finansowana między innymi ze środków budżetu USA, której członkowie spreparowali tzw. atak chemiczny na szpital w Dumie. Po wyzwoleniu terenów południowej Syrii z rąk terrorystów przez wojska rządowe i rosyjskie, ludzi tych armia Izraela ewakuowała, na prośbę Waszyngtonu, Kanady i krajów europejskich z terytorium Syrii do Izraela, potem przekazała do Jordanii.

Owe środki trujące dostarczono dwoma ciężkimi ciężarówkami do magazynów organizacji rebelianckiej „Achrar Asz-Szam”. Jak później uzupełniał generał Aleksiej Cygankow – dowódca Rosyjskiego Centrum Rozejmowego dla walczących stron w Syrii, ciężarówki eskortowało 8 członków organizacji „Białe Kaski”, a na składzie oczekiwali na nich dwaj wysokiej rangi dowódcy polowi rebeliantów. Później część ładunku była przewieziona w inne miejsce stacjonowania bojowników w południowej części prowincji Idlib, gdzie planuje się dokonać inscenizacji użycia broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej. Oczywiście, „przypadkiem”, tak jak w Dumie, nastąpi to w świetle kamer zachodnich stacji TV, dysponujących łącznością satelitarną i trafi na pierwsze strony gazet, ekrany wiodących stacji TV i portali internetowych. Wzburzona drastycznymi obrazami porażonych gazem dzieci i kobiet opinia publiczna państw zachodnich zażąda „reakcji cywilizowanego świata na barbarzyństwo reżimu Asada”. Rządzący tylko na to czekają i rozpoczną się wówczas na Syrię naloty USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Generał Konaszekow poinformował też, że do miejscowości Chabit przybyli brytyjscy specjaliści z prywatnej firmy wojskowej „Oliva”, powiązanej z brytyjskim wywiadem. Dostarczono zbiorniki z chlorem. Wszystko to ma służyć inscenizacji zastosowania przez siły rządowe nalotu „bombami beczkowymi” z gazem bojowym czy też ostrzału rakietowego chlorem.

Rosyjski wywiad odnotował też, że na wody Zatoki Perskiej wpłynął niszczyciel US Navy, USS „Sullivans” klasy „Arleigh Burke” z 56 rakietami manewrującymi UGM-109 „Tomahawk”, zaś do bazy USA w Katarze przybył bombowiec strategiczny B1B z 24 rakietami manewrującymi AGM-158 JASSM. Według Rosjan świadczyć to ma o przygotowaniu Amerykanów do ataku lotniczo-rakietowego na Syrię.

 

Wasilij Niebienzia ostrzega na forum ONZ o cynicznych planach Wielkiej Brytanii

28 sierpnia odbyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ w kwestii zaostrzającej się sytuacji w Syrii, a konkretnie w kontrolowanej przez rebeliantów prowincji Idlib, będącej jedną ze stref deeskalacji. Warto w tym kontekście zauważyć, że 23 sierpnia do Moskwy przybył szef sztabu armii tureckiej, generał Hulusi Akar. Towarzyszył mu kierujący wywiadem Hakan Fidan i minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu. Po drugiej stronie stołu do rozmów zasiadł generał Siergiej Szojgu – szef rosyjskiego MON, Siergiej Ławrow – szef MSZ i sam prezydent Rosji Władimir Putin. Rosjanie na przestrzeni ostatnich tygodni regularnie są atakowani w bazie Chmejmim nalotami samolotów bezpilotowych wypuszczanych przez rebeliantów z prowincji Idlib, a wojska syryjskie i ludność cywilna – w tym miasto Allepo – podlega ostrzałowi rakietowemu. Przeszło 40 sztuk rebelianckich BSL zestrzeliły rosyjskie systemy przeciwlotnicze „Pancyr-S”. Wojska syryjskie i Rosjanie koncentrują się więc do ofensywy. Na dużej części strefy deeskalacji Idlib zabezpieczanej przez wojska tureckie działa syryjska filia terrorystycznej Al-Kaidy, czyli Front An-Nusra – organizacja uznana przez ONZ za terrorystyczną. Rosjanie ustalili z Turkami zasady „oczyszczenia” prowincji z sił terrorystów, a Turcja wynegocjowała ochronę obszarów kontrolowanych przez podległych sobie i od lat sponsorowanych przez Ankarę niektórych syryjskich ugrupowań rebelianckich.

Na posiedzeniu RB ONZ dyplomaci krajów zachodnich wyrazili zaniepokojenie losem ludności cywilnej w tym kobiet i dzieci w obliczu zbliżającej się ofensywy wojsk rządowych. Ambasadorzy Wielkiej Brytanii, Francji i USA zagrozili użyciem siły w przypadku zastosowania przez żołnierzy prezydenta Asada zabronionej konwencjami broni chemicznej i wezwali kraje tzw. „Procesu Astańskiego”, gwarantów strefy deeskalacji Idlib (Iran, Rosja, Turcja) o powstrzymanie Damaszku przed agresją na własnych obywateli. W odpowiedzi ambasador Rosji przy ONZ Wasilij Niebienzia przypomniał kolejny raz, że Syria zlikwidowała swoje arsenały chemiczne i takowej broni nie posiada. Przypomniał też, że poprzednie ataki na Syrię dokonane przez USA, Wielką Brytanię i Francję nie opierają się o dowody, a o cynicznie zaplanowane prowokacje jak zdemaskowana przez Rosjan prowokacja „Białych kasków” użycia broni chemicznej w mieście Duma. Szczegółowo rosyjski ambasador poinformował społeczność międzynarodową, na bazie informacji zdobytych przez rosyjski wywiad, o przygotowywanej nowej inscenizacji użycia broni chemicznej przez wojska rządowe, co ma stać się pretekstem do nalotów na Syrię. Przestrzegł on „zachodnich partnerów” przed tym cynicznym krokiem. Ambasador Wielkiej Brytanii kategorycznie odrzuciła te oskarżenia, powołując się na brytyjski MON. Przed posiedzeniem RB ONZ wydała zaś oświadczenie, nazywając informacje rosyjskiego MON „śmiesznymi i absurdalnymi, „fake newsami”, typowymi dla standardów rosyjskiej propagandy”. W odpowiedzi, Wasilij Niebienzia poinformował, że „rosyjskie Ministerstwo Obrony nie ma w nawyku wydawać absurdalnych, śmiesznych, fejkowych oświadczeń. Może to zwyczaj MON innych krajów, ale na pewno nie Rosji. Jeśli rosyjski MON coś mówi, to wie co mówi”. Rosyjski ambasador wcześniej informował o prowadzonej przez władze Syrii, wspieranej przez Rosjan, szerokiej akcji powrotu uchodźców do domów i o odbudowie zniszczonego wojną kraju. Zaapelował o realną pomoc humanitarną ludności Syrii wracającej do domów, nie uzależnianą od decyzji politycznych regulujących kwestie powojenne.

 

Potężny zespół rosyjskiej floty ochroni Syrię?

Na wschodnim akwenie Morza Śródziemnego, według dostępnych w mediach specjalistycznych informacji, operuje wydzielony zespół Floty Rosyjskiej, w ostatnich tygodniach silnie wzmocniony, w składzie kilkunastu okrętów. Z uwagi na fakt, że okręt flagowy Floty Czarnomorskiej, krążownik „Moskwa”, skierowano do remontu, z Floty Północnej przybył tu jego „bliźniak” – krążownik „Admirał Ustinow”. Okręt ten uczestniczył 31 lipca w defiladzie okrętów w Petersburgu z okazji Dniu Marynarki Wojennej Rosji i świeżo wszedł do służby po wieloletnim remoncie kapitalnym. Dysponuje nowocześniejszym i groźniejszym wyposażeniem i uzbrojeniem niż starsza „Moskwa”. Rosjanie, jak w okresie „zimnej wojny”, sformowali zespół okrętów „przykryty” wielowarstwową obroną przeciwlotniczą. Daleką rubież zabezpiecza morski odpowiednik nie mającego konkurencji na świecie systemu S-300 „Fort” z krążownika „Marszał Ustinow”, o zasięgu rażenia celów lotniczych i rakietowych do 300 km. Okręt ten stanowi „jądro” zespołu. Kolejny krąg zabezpieczają systemy średniego zasięgu, czyli ok. 50 kilometrów typu „Sztil” na najnowszych fregatach jak „Admirał Essen” czy „Admirał Makarow”. Ostatnią linią zabezpieczenia przez środkami napadu powietrznego, w tym rakietami przeciwokrętowymi, stanowi szereg systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu typu „Kinżał” czy „Kortik”. Zespół rosyjskich okrętów może liczyć też na osłonę powietrzną z nieodległej bazy lotnictwa rosyjskiego w Syrii w Chmejmim. Okręty rosyjskie zdolne są do projekcji siły w promieniu do 2500 km, a więc dalece większym niż wsparcie operacji lądowej w prowincji Idlib. Rosyjskie „Kalibry” mają w zasięgu bazy lotnicze USA, Wielkiej Brytanii w Jordanii, Kuwejcie, Iraku, Katarze czy na Cyprze oraz w Arabii Saudyjskiej. Sięgają też baz okrętów NATO w Grecji, Włoszech czy portów Francji. Co istotne, Rosjanie mogą liczyć w zaistniałej sytuacji politycznej na życzliwą postawę Turcji, skądinąd członka NATO. Przez Cieśniny Dardanele i Bosfor, co sygnalizują niezależni eksperci, w ostatnich tygodniach intensywnie kursuje „Syryjski Ekspress”, czyli zespół rosyjskich okrętów transportowych i desantowych dostarczających zaopatrzenie dla armii rosyjskiej i syryjskiej z portów Morza Czarnego do Tartus. Na portalach militarnych z regionu pojawiły się zdjęcia prawdopodobnego przebazowania dodatkowych rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-300 WM „Antiej-2500”. Co do sił morskich w szczególności opodal Syrii znajdują się:
1. Krążownik Rakietowy „Marszał Ustionow” – okręt flagowy – świeżo po kapitalnym remoncie krążownik projektu 1164 „Atlant” zwany „mordercą lotniskowców”. Uzbrojony jest między innymi w 64 rakiety przeciwlotnicze S-300F „Fort” i 16 naddźwiękowych rakiet P-1000 „Vulkan” o zasięgu 1000 km, prędkości 2660 km/h przenoszących głowice bojowe o masie 500 kg lub jądrowe o sile 350 KT.
2. Niszczyciel rakietowy „Siewieromorsk”, okręt typu „Udałoj” – na pokładzie ma między innymi 2 śmigłowce, 8 rakietotorped „Rastrub” i 8 wyrzutni po 8 rakiet (łącznie 64) przeciwlotniczego systemu „Kindżał”, odpowiednik lądowego systemu krótkiego zasięgu „Tor”.
3. „Pytliwyj” – fregata rakietowa projektu 1135M „Kriwak III”, wyposażona między innymi w rakietotorpedy „Rastrub”
4. Fregata „Jarosław Mudryj”, to nowoczesny okręt z 8 wyrzutniami przeciwokrętowych manewrujących rakiet skrzydlatych Ch-35, 4 wyrzutniami z 8 rakietami systemu p-lot „Kindżał” , 2 systemami „Kortik” i śmigłowcem Ka-27.
5. Fregata „Admirał Makarow” – najnowszy rosyjski okręt wojenny tej klasy projektu 11356 zbudowany według współczesnych zasad projektowania. Powstał z nowoczesnych materiałów w technologii „stealth”. Wyposażony jest między innymi w 24 rakiety przeciwlotnicze systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i 8 rakiet „Kalibr” NKE lub „Oniks” oraz śmigłowiec Ka-31.
6. Fregata „Admirał Essen”, także okręt projektu 11356 – przenosi 8 manewrujących rakiet „Kalibr” o zasięgu ok. 2500 km lub przeciwokrętowych „Oniks”, 36 rakiet przeciwlotniczych systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i śmigłowiec Ka-31
7. Fregata „Admirał Grigorowicz – bliźniak „Admirała Essena” dane jw.
8, 9, 10 – małe okręty rakietowe „Wysznij Wołoczek”, „Grad Swijażsk” i „Wielikij Ustjug” – okręty projektu 21631 czyli „Bujan-M” . Małe okręty Flotylli Kaspijskiej, ale „zjadliwe” – na pokładzie przenoszą po 8 rakiet manewrujących „Kalibr NK” o zasięgu ok 2500 km
11, 12 to wyśmienite, groźne okręty podwodne o napędzie klasycznym „Wielikij Nowgorod” i „Kolpino” projektu 636 „Warszawianka”, każdy z 18 rakietami „Kalibr” różnych typów lub torpedami na pokładzie.
13 – podwodny krążownik o napędzie jądrowym projektu 949A „Antiej” przeznaczony do niszczenia lotniskowcowych grup uderzeniowych marynarki wojennej USA na czele z lotniskowcami klasy „Nimitz” – wyposażony w 72 rakiety skrzydlate P-800 „Oniks” o prędkości 2,6 Ma i zasięgu do 500 km
Na redzie bazy Tartus zaobserwowano też dwa trałowce Floty Czarnomorskiej „Walentyn Pikul” i „Turbinist” oraz duże okręty desantowe projektu 1171 „Nikołaj Filiczenkow” i „Orsk”.

Jak dobitnie widać, Moskwa w sposób zaplanowany i skoordynowany skoncentrowała potężny zespół floty, aby zniechęcić Amerykanów do kolejnych ataków na syryjskie wojska rządowe. Napływające jednak w ostatnich dniach informacje nie wskazują, aby Waszyngton spasował. Na terenie Syrii, kontrolowanym przez Kurdów i wojska USA, Francji oraz Wielkiej Brytanii, Amerykanie rozmieszczają radary obrony przeciwlotniczej, co może być elementem tworzenia przez nich „strefy zakazu lotów” i dalszej eskalacji rywalizacji militarnej z Rosjanami w Syrii. Jeśli nawet „strefa zakazu lotów” nie zostanie ogłoszona – wariant ofensywny, to instalacje te służą ewidentnie umocnieniu pozycji, skądinąd bezprawnej na gruncie prawa międzynarodowego, obecności wojsk USA, na zajętych przez Amerykanów i ich protegowanych obszarach Syrii.

Tak czy inaczej, wraz z rozpoczęciem się zbliżającej się w najbliższych dniach ofensywy wojsk rządowych i Rosjan na pozycje ugrupowań terrorystycznych w prowincji Idlib, rozgrywka mocarstw zaostrzy się. O wycofaniu się wojsk USA z Syrii, o co apelują Damaszek i Moskwa, uregulowania sytuacji w obozie uchodźców Rukban w kontrolowanej przez wojska USA i Wielkiej Brytanii na pograniczu z Jordanią nie ma mowy. A to z Rukban prowadzą rajdy terroryści ISIS i tam znikają przed syryjskim pościgiem, który jak się zapędzi, bombardowany jest przez samoloty US Air Force. Rozpoczęła się też eksploatacja syryjskich złóż ropy naftowej przez kontrolowanych przez USA rebeliantów SDF – w większości Kurdów. Do jakiej rafinerii trafia owa kradziona ropa jeszcze nie ustalono, ale to materiał na inny obszerny artykuł.

Sekret pastora Brunsona

Strzały w kierunku ambasady USA padły, gdy Ankara jeszcze spała. Ktoś otworzył ogień z przejeżdżającego auta, i choć pozostały po tym tylko dziury w ścianie, w kontekście obecnego napięcia między Turcją a Stanami Zjednoczonymi incydent wszystkim wyostrzył zmysły. „Ten atak to próba stworzenia chaosu” – mówił rzecznik tureckiego prezydenta. W istocie jednak czynnik chaosu już dawno wtargnął do regionu, a teraz grozi pęknięciem w NATO, które niemal niezauważalnie stało się nieuniknione.

 

Kryzys amerykańsko-turecki ma nieoczekiwanych beneficjentów. Przykładowo w mijającym tygodniu wyszła z więzienia i dostała pozwolenie na opuszczenie Turcji 34-letnia dziennikarka Mesale Tolu, Niemka pochodzenia tureckiego oskarżona o pracę propagandową i przynależność do tureckiej Marksistowsko-Leninowskiej Partii Komunistycznej, nielegalnej, bo uważanej za „terrorystyczną”. Tydzień wcześniej Turcy uwolnili dwóch greckich żołnierzy i szefa lokalnego oddziału Amnesty International. W ten sposób po kolei usuwają punkty zapalne w stosunkach z Europą. Potrzebują sojuszników w dyplomatyczno-gospodarczym konflikcie z imperium amerykańskim.

Inni jeszcze bezpośredni beneficjenci to zachodni turyści, dla których Turcja stała się bajecznie tania. Tę wakacyjną korzyść zawdzięczają prezydentowi Stanów Zjednoczonych, który jednym podpisem podwoił degrengoladę tureckiej liry, waluty, która nie przestaje odtąd wisieć na włosku. Donald Trump, podnosząc w tym miesiącu cła na turecką stal i aluminium nie myślał oczywiście o turystach. Oficjalnym powodem, oprócz jego mantry „America first”, tj. domniemanej ochrony amerykańskiego runku wewnętrznego, był los 50-letniego pastora Andrew Brunsona, którego Turcja nie chce uwolnić bez „odpowiedniej” wymiany. Niezależnie od tego, czy chodzi tu o niewinnego duchownego (jak twierdzą Amerykanie), czy o szefa „równoległej” siatki CIA w Turcji (to wersja tureckiej prokuratury), czy ów pretekst Trumpa jest wiarygodny, czy nie, w osobie Brunsona, choćby przez zainteresowanie mediów, ogniskuje się amerykańsko-turecki kryzys. Jego przyczyny znajdują się jednak gdzie indziej, daleko poza miejscem zatrzymania pastora.

 

Nóż w plecy

Dojście do władzy Donalda Trumpa w Ameryce sprawiło, że państwa przyklejone tradycyjnie do największego imperium mają tylko dwa sposoby na dobre z nim stosunki. Albo wykazują totalne poddanie, jak m.in. Polska ze swoją żałosną pozycją dalekiego satelity, albo są skazane na polityczną ekwilibrystykę: trzeba zadowolić Trumpa bez narażania się na kłopoty ze strony Kongresu (lub odwrotnie) i jeszcze uniknąć zmasowanej krytyki amerykańskich mediów, które zmieniły opozycję wobec prezydenta w obsesję. Ta sztuka udaje się tylko Beniaminowi Netanjahu. Reszta przekonała się już wymownie, że nawet ugruntowane historycznie sojusze zależą wyłącznie od imperialnego widzimisię. Turcja, która dysponuje drugą po Stanach najsilniejszą armią NATO, znalazła się w tym gronie jako pierwsza.

Kiedy Trump podpisał antytureckie sankcje polityczno-gospodarcze, prezydent Recep Erdoğan postanowił zadawać retoryczne pytania w New York Timesie: „Jesteśmy razem w NATO, a wy wbijacie nóż w plecy waszego strategicznego partnera? Jak coś takiego może być zaakceptowane?”. Do tego nie omieszkał „lojalnie” ostrzegać, że jeśli Stany uprą się przy „asymetrycznych stosunkach” (tj. wymaganiu podległości Turcji), przekonają się, że „Turcja ma alternatywy” i „zacznie szukać nowych przyjaciół i sojuszników”.

Tak naprawdę Turcy już od kilku lat mówią o różnych amerykańskich „nożach w plecy” i równie długo sondują sojusznicze alternatywy. Przełomem stała się wojna w Syrii i nieudany zamach stanu przeciw Erdoğanowi sprzed dwóch lat.

 

Co nie podoba się Turkom?

Właściwie Turkom nie podoba się Ameryka jako taka: dziś, jeśli wierzyć sondażom, tylko niecałe 10 proc. widzi w niej jeszcze sojusznika. To po części owoc nacjonalistycznej pro-Erdoğanowskiej propagandy, ale i dość trzeźwego spojrzenia geopolitycznego. Pierwszym „nożem w plecy” w politykę turecką było w trzecim roku syryjskiej wojny odwrócenie się Amerykanów od Państwa Islamskiego (PI), by sprzymierzyć się z syryjskimi Kurdami, za pomocą których USA opanowały syryjskie pola naftowe na wschodnim brzegu Eufratu. Wcześniej Turcja była pewna, że Amerykanie po cichu popierają PI przeciw władzom syryjskim, gdyż przecież właśnie ich obalenie było politycznym priorytetem USA. Dlatego Turcy bez przeszkód handlowali ropą z PI, próbowali się układać, a nawet otworzyć jego konsulat w Stambule. Z ich punktu widzenia było to wskazane tym bardziej, że PI walczyło z Kurdami, „odwiecznymi” wrogami Turcji wewnątrz i na zewnątrz kraju, jeśli tylko mają coś wspólnego z PKK, Partią Pracujących Kurdystanu, którą przecież również Amerykanie uważają oficjalnie za „terrorystów”.

I oto Stany Zjednoczone w 2014 r. wzięły sobie tych „terrorystów” za sojuszników i zaczęły i zbroić ich na potęgę, choć PYD – Partia Unii Demokratycznej syryjskich Kurdów w pełni dzieli idee (i ludzi) z turecką PKK, uważaną za „żywotne” zagrożenie dla państwa tureckiego. Był to olbrzymi szok dla tureckich polityków, chociaż zdawali sobie sprawę, że Amerykanie traktują Kurdów tylko jako instrumenty swej bieżącej polityki. Mało tego, nie dość, że Rożawa – federacja polityczno-terytorialna syryjskich Kurdów – rosła w siłę, a z nią PKK, to w lipcu 2016 r. doszło do zamachu na władzę Erdoğana, za którym, jak nie przestają podejrzewać Turcy, stali Amerykanie, konkretnie administracja Obamy i jej tajne służby.

Nawet jeśli nie zrobili tego bezpośrednio, to mieli przymknąć oko na działalność polityczną charyzmatycznego Fethullaha Gülena, zdeklarowanego wroga Erdoğana przebywającego na wygnaniu w Pensylwanii, który miał ten zamach zaplanować. Erdoğan, w końcu cieszący się autentycznym ludowym poparciem, nie mógł tego przełknąć, jednak miał nadzieję, że zmiana prezydenta USA przywróci dawny porządek. Tak się jednak nie stało. Turcja przesłała do Waszyngtonu 80 kartonów z dowodami zamieszania Gülena w fatalny zamach, by uzyskać jego ekstradycję, ale jak zwykle padło „nie ma mowy”.

 

Co nie podoba się Amerykanom?

Stany Zjednoczone, wcześniej nieco zdenerwowane ujawnianiem przez Turcję ich współpracy z PI, próbowały jakoś, jeszcze za czasów pierwszego szefa trumpowskiej dyplomacji Tillersona, załagodzić turecki gniew, oddając jej bez problemu Afrin (część kurdyjskiej Rożawy w Syrii), ale teraz wojsko tureckie stoi z naładowaną bronią dosłownie naprzeciw amerykańskiego na północy Syrii, gdyż USA nie chcą oddawać reszty posiadłości kurdyjskich w obawie utraty lokalnego sojusznika, który im pomaga okupować całą wschodnią Syrię. Ale ten potencjalny punkt zapalny to jeszcze nic, w porównaniu z regularnym już porozumiewaniem się Turcji z Rosją i Iranem, które stanowi zagrożenie dla całości interesów amerykańskich w Syrii.

Nie dość tego. Erdoğan mnoży deklaracje propalestyńskie chcąc wzmocnić swoje ambicje przywódcze w muzułmańskim świecie sunnickim, kosztem Arabii Saudyjskiej, która już jawnie idzie na współpracę z Izraelem. Inaczej mówiąc, szkodzi dwóm pierwszoplanowym sojusznikom USA w regionie. Ba, Turcja ogłosiła, że ma w nosie amerykańskie sankcje przeciw Iranowi, że będzie z nim mimo wszystko handlować, co całą trójkę Arabia-Izrael-Stany doprowadziło już do białej gorączki.

W końcu „bezczelna Turcja” poważyła się na coś, co sami Amerykanie uważają za „nóż w plecy” swych tradycyjnych wpływów: porozumiała się z Wenezuelą omijając amerykańskie embargo – prowadzi wspólne interesy petrochemiczne, zdecydowała się nawet przyjąć wenezuelskie złoto narodowe do swoich banków (zamiast szwajcarskich), by je uchronić przed ewentualnym zajęciem przez Zachód. Kupno przez Turcję rosyjskiego systemu antyrakietowego S-400, w zasadzie niezgodnego z systemami NATO, to już tylko wisienka na torcie amerykańskich zarzutów.

 

A pastor ?

Los pastora Brunsona, którym media tłumaczą kryzys amerykańsko-turecki, wydaje się mało ważny w porównaniu z tą geopolityczną szarpaniną. Z jakichś jednak powodów Turcy uważają go za bardzo istotną kartę przetargową – chcieli go najpierw wymienić za samego Gülena. Potem zaproponowali Trumpowi, że wymienią go za odstąpienie od procedury przeciw tureckiemu bankowi państwowemu Halkbank, na który USA chcą nałożyć dziesiątki miliardów dolarów kary za domniemane łamanie sankcji przeciw Iranowi, w końcu za uwięzionego w Stanach szefa tego banku. Znowu odpowiedzią była odmowa. Uderzenie gospodarcze Trumpa w Turcję motywowane „wolnością dla Brunsona” przynosi radość turystom, ale odbija się przede wszystkim na najmniej zarabiających Turkach i zwiększa bezrobocie – postać pastora stała się nagle ważna dla milionów ludzi.

Dla tureckich mediów, w ogromnej większości oddanych Erdoğanowi, pastor Brunson to nie żaden misjonarz, tylko wysoki oficer CIA. Jego domniemane zdjęcia z amerykańskiej inwazji Iraku, gdzie miał zajmować się rabunkiem złota irackiego banku centralnego, obiegają turecki internet. Podobnie jak zeznania różnych świadków, według których miał on porozumiewać się z ludźmi Gülena w Turcji w czasie przygotowań do zamachu stanu, utrzymywać kontakty z jego tajną organizacją i nawet z Kurdami z PKK. Być może administracja amerykańska „obudziła się” w kwestii Brunsona tylko dlatego, że należy on do tego samego małego Kościoła neoewangelickiego (ok. 70 tys. wyznawców), co nowy szef amerykańskiej dyplomacji i były szef CIA Mike Pompeo. Niemniej dla większości analityków, pozostaje on tylko poręcznym pretekstem dla konkretnych ruchów politycznych, nawet gdyby rzeczywiście krył się za nim jakiś szpiegowski sekret.

 

Chaos walutowy

Tak, czy inaczej, podziemna wojenka amerykańsko-turecka trwa. Załamanie tureckiej liry powinno teoretycznie zmusić Turcję do klasycznego rozwiązania, czyli pożyczki w Międzynarodowym Funduszu Walutowym (MFW), którego USA są głównym akcjonariuszem. Czyli – do upokorzenia. Na razie Turcy zagrali USA na nosie, przyjmując od Kataru, ostatnio wroga Arabii, 15 miliardów dolarów na ratowanie swej waluty (od MFW dostaliby w najlepszym przypadku nieco ponad 10), Chiny też pomagają, ale to oczywiście nie koniec historii.
Wraz z sankcjami przeciw Turcji, nowymi amerykańskimi groźbami przeciw jej walucie i wzrostem stóp procentowych w USA mocną słabną niemal wszystkie waluty krajów rozwijających się – rupia indyjska, argentyńskie i meksykańskie peso, brazylijskie reale, południowoafrykańskie randy. Niezadowolenie z amerykańskiej hegemonii może więc zrodzić nowe układy międzynarodowe, bardziej wielostronne. Wyjście Turcji z NATO nie jest tak nieprawdopodobne, jak się dziś uważa.

 

Prawda nas wyzwoli

Kilka dni temu Stanami Zjednoczonymi wstrząsnęła publikacja raportu, z którego wynika, że przez 70 lat wysocy hierarchowie Kościoła katolickiego na masową skalę zacierali ślady po molestowaniu seksualnym w Pensylwanii. Autorzy raportu wskazują, że pedofilami było co najmniej 300 kapłanów w sześciu diecezjach, a ich ofiarami były tysiące dzieci.
W konsekwencji kolejnych afer pedofilskich następuje w USA masowy odpływ wiernych. Katolicy odczuwają wstyd ze względu na masową skalę pedofilii wśród duchownych i jej ukrywanie przez hierarchię Kościoła. W ciągu ostatnich lat wyszło na jaw wiele przestępstw seksualnych duchownych, których efektem jest utrata przez Kościół kilku milionów wiernych.
Stany Zjednoczone to nie jedyny kraj, w którym ujawniono olbrzymią skalę pedofilii wśród księży katolickich, co doprowadziło do masowego odpływu wyznawców. Skandale dotyczące przestępstw seksualnych spowodowały kryzys w Kościele katolickim w Irlandii, w Niemczech, w Belgii czy w Holandii. We wszystkich tych państwach świeckie komisje ujawniały olbrzymią skalę pedofilii wśród księży i odsłaniały system ukrywania zboczeńców w sutannach. Wszędzie okazywało się, że nie tylko księża wykorzystywali seksualnie dzieci, ale i hierarchowie, biskupi, ukrywali przestępców, unikając współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości. Problem z Kościołem nie polega zatem jedynie na dużej skali pedofilii, bo pedofile zdarzają się w każdej grupie zawodowej i w każdym środowisku. Rzecz w tym, że Kościół chroni przestępców, a w system ukrywania winnych byli i są zaangażowani najwyżsi dostojnicy kościelni, z papieżami włącznie.
Polska jest jednym z ostatnich krajów o silnej pozycji Kościoła katolickiego, w którym księża pedofile pozostają w znacznej mierze bezkarni i w którym nigdy nie powstała żadna silna instytucja, badająca skalę przestępstw seksualnych wśród duchownych. Gdy – z rzadka – wychodzi na jaw skandal pedofilski, w który uwikłani są księża, hierarchia kościelna ogłasza, że to indywidualny przypadek, za który Kościół jako całość nie odpowiada. W ten sposób najwyżsi hierarchowie uciekają od odpowiedzialności, a kler zachowuje pozycję autorytetu moralnego. W wielu krajach Kościół pod wpływem nacisku opinii publicznej podejmował krytyczną pracę nad sobą – we Francji czy Holandii dzisiaj jest znacznie słabszy, ale w większym stopniu poddany społecznej kontroli i nadzorowi państwa.
W Polsce kler wciąż pozostaje samowolnym i uprzywilejowanym państwem w państwie, który w zarodku niszczy wszelkie krytyczne badania nad sobą. Episkopat boi się odkrycia olbrzymiej skali przemocy seksualnej wśród księży i efektu, który nastąpił w Irlandii, Niemczech czy USA. Nic nie wskazuje na to, aby liczba pedofilów w sutannach była w naszym kraju mniejsza niż w innych krajach, tym bardziej, że w ukrywanie przestępców seksualnych bezpośrednio uwikłany był polski papież Jan Paweł II. Niestety Kościół wciąż uparcie odmawia współpracy ze świeckimi organami ścigania przy badaniu przestępstw seksualnych, a kolejne rządy boją się wystąpić przeciwko hierarchii kościelnej. Dlatego najwyższy czas na powołanie świeckiej komisji, która zajęłaby się pedofilami w sutannach. Pozwoliłaby ona na odsłonięcie prawdziwej skali pedofilii wśród kleru i systemu ukrywania przestępców, a zarazem prawdopodobnie doprowadziłaby do masowego odpływu wiernych z Kościoła.
Czas, aby prawda nas wyzwoliła!

Dyspozycyjny Facebook

Największy na świecie portal społecznościowy przestał ukrywać, że jego celem jest prowadzenie cenzury według kryterium geopolitycznych interesów. Facebook poinformował, że 652 konta i strony zostały usunięte ze względu na powiązania z irańskimi ośrodkami medialnymi.

 

To największa w historii Facebooka akcja, w której portal jednoznacznie staje po jednej ze stron konfliktu w ramach międzynarodowego porządku. Przedsiębiorstwo Marka Zuckerberga dołączyło do administracji prezydenta Donalda Trumpa, który od początku swojej kadencji robi wszystko by ponownie znaleźć się z Iranem na wojennej ścieżce.

Na celowniku organów cenzury znalazła się grupa stron i profili wchodzących w skład grupy Liberty Front Press, która, według władz portalu, miała być środkiem propagandy tworzonej przez ośrodki rządowe w Teheranie. Na 74 fanpejdżach, 70 kontach i trzech grupach na Facebooku oraz 76 kontach na Instagramie publikowane były treści polityczne dotyczące Bliskiego Wschodu, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Ameryki Łacińskiej. Jak podają przedstawiciele firmy FireEye, która na zlecenie Facebooka namierzyła i opisała rzekomą siatkę wpływu, za pomocą wymienionych środków komunikacji opisywano tam wydarzenia z perspektywy propalestyńskiej, proirańskiej i konsekwentnie antyizraelskiej i antysaudyjskiej, a nawet – o zgrozo – broniono sensu porozumienia nuklearnego z Iranem, co wskazywałoby, że beneficjentem takiego przekazu jest Teheran. „Wskazywałoby”, gdyż sama firma skromnie stwierdza, że ma jedynie „umiarkowaną pewność” i żadnych rozstrzygających dowodów tego, że grupa działa na zlecenie konkretnego podmiotu związanego z tamtejszym rządem.

Drugim celem była niesformalizowana pod żadną nazwą grupa 12 fanpejdży i 66 profili na Facebooku oraz dziewięciu na Instragramie. Zdaniem ludzi Zuckerberga miały one brać udział w cyberatakach, a osoby posługujące się nimi dokonywały również włamań na konta i rozprzestrzeniały złośliwe oprogramowanie.

Trzecim zasobem, który został poddany cenzurze była grupa 168 stron i 140 kont na Facebooku, oraz 31 na Instagramie. Użytkownicy założyli 25 wydarzeń, a prowadzone przez nich strony miały około 813 000 subskrybentów. Facebook powiedział, że kampania w większości zawierała treści o polityce Bliskiego Wschodu w języku arabskim i perskim, ale także udostępniała treści dotyczące polityki w Wielkiej Brytanii i USA. Tutaj pojawia się również wątek finansowy. Jak podaje portal, użytkownicy wydali na reklamę „zawrotną” kwotę 6000 USD w dolarach amerykańskich, lirach tureckich i rupiach indyjskich od lipca 2012 r. do kwietnia 2018 r.

Najbardziej tajemniczym aspektem jest czwarta grupa usuniętych trasmitorów treści, która miała być powiązana z rosyjskimi służbami wywiadu wojskowego – niezależnie od irańskich kampanii. Jak twierdzi Facebook, w grupie tej były profile usunięte jeszcze przed wyborami w USA w 2016 r. Jednak ich ostatnia działalność koncentrowała się na pisaniu o wydarzeniach w Syrii i na Ukrainie, z prorosyjskiej perspektywy.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że niedawno Facebook bez podania przyczyny wykasował profil Venezuelanalysis – jedynej anglojęzycznej witryny, która stara się z perspektywy życzliwej dla rewolucji boliwariańskiej opisywać wydarzenia w Wenezueli.

Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej właściciel Facebooka Mark Zuckerberg powiedział, że jest dumny z cenzorskiego aktu, oraz zaznaczył, że jeszcze wiele zostało do zrobienia. „Kwestia bezpieczeństwa nie jest czymś, co można w pełni rozwiązać” – powiedział CEO największego portalu typu social media. Można więc spodziewać się kolejnych cięć.

Bomba w Jemenie

Jak ustalili dziennikarze CNN, bomby, które saudyjskie lotnictwo zrzuciło na cele w Jemenie 9 sierpnia zostały wyprodukowane w Stanach Zjednoczonych. Pewnie mało kto przejąłby się taką informacją, gdyby nie fakt, że jedna z nich spadła na autobus szkolny, zabijając 40 dzieci w wieku od 6 do 11 lat. Kolejne 79 osób odniosło poważne rany. Warto zatem zapytać się o odpowiedzialność producentów broni za śmierć niewinnych ofiar.

 

Według śledztwa, które CNN przeprowadziło wspólnie z lokalnymi dziennikarzami, nie ma wątpliwości, że na szkolny autobus spadła ważąca niemal 230 kg bomba wyprodukowana przez amerykańskie zakłady Lockheed Martin. Tysiące takich bomb zasiliły arsenał Arabii Saudyjskiej w 2015 r., kiedy administracja Baracka Obamy podpisała z Saudyjczykami umowę na sprzedaż broni o wartości ponad 115 miliardów dolarów. Co prawda dostawy wstrzymano w drugiej połowie 2016 r., po tym, jak w wyniku saudyjskiego nalotu zginęło 155 cywilów, jednak zostały one wznowione wraz z objęciem rządów w USA przez Donalda Trumpa.

Ujawnienie informacji o pochodzeniu bomby wywołało polityczną burzę w Stanach Zjednoczonych. Rzecznik prasowy Lockheed Martin odmówił komentarza, odsyłając dziennikarzy do Pentagonu. Ten podkreślił, że bomby wyposażone są w laserowy system naprowadzania, co skutecznie ogranicza liczbę przypadkowych ofiar. Zdaniem Departamentu Obrony, amerykańska administracja nie może ponosić odpowiedzialności za cele bombardowane przez saudyjskie lotnictwo.

Czy rzeczywiście odpowiedzialność producentów broni i rządów, które ją sprzedają kończy się na jej bezpiecznym dostarczeniu kontrahentowi? Jak podaje Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem w Sztokholmie, sprzedaż broni w skali globalnej nieprzerwanie rośnie od początku XXI w. Odwrócenie negatywnego – z perspektywy producentów – trendu z końca zimnej wojny, kiedy państwa raczej ograniczały swoje arsenały zbrojne niż je powiększały, zawdzięczamy tzw. wojnie z terroryzmem. To właśnie po 11 września 2001 r. USA i pozostałe państwa zaczęły zbroić się na potęgę. Na szczęście nadal jest daleko do 1984 r., kiedy światowy handel bronią osiągnął historyczną wielkość, jednak wartość sprzedawanego sprzętu i wyposażenia rośnie z każdym rokiem.
Listę największych eksporterów broni otwierają Stany Zjednoczone. W latach 2013-2017 sprzęt wojskowy „made in USA” stanowił 34 proc. globalnego handlu bronią, co oznaczało wzrost amerykańskiego eksportu o 4 proc. Było to możliwe w dużej mierze dzięki intratnym kontraktom, które USA podpisały z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Oba te państwa stanowiły odbiorców ponad jednej czwartej całego amerykańskiego eksportu. Oba też biorą czynny udział w interwencji zbrojnej w Jemenie, zwalczając sprzymierzonych z Iranem rebeliantów Huti. Arabia Saudyjska to także główny odbiorca broni z Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Kanady. Z kolej Zjednoczone Emiraty Arabskie dodatkowo importują broń m.in. z Włoch i Szwecji. Trudno zatem dziwić się, że wojna w Jemenie nie doczekała się większych protestów ze strony tzw. Zachodu. Nikt nie lubi gryźć ręki, która go żywi.

Drugim największym eksporterem broni jest Rosja. Jednak w jej przypadku widoczny jest znaczny, bo przekraczający 7 proc., spadek udziału w globalnej sprzedaży. Zaważyła na tym głównie korekta polityki Indii, które jeszcze do niedawna były odbiorcą 35 proc. całego rosyjskiego eksportu, by obecnie przerzucić się na sprzęt amerykański. W pierwszej dziesiątce eksporterów broni znajdują się również Francja, Niemcy, Chiny, Wielka Brytania, Hiszpania, Izrael i Holandia. Co ciekawe, wyłączywszy Rosję (22 proc. globalnego eksportu), pozostałe osiem państw sprzedaje łącznie mniej niż Stany Zjednoczone.

Najwięcej broni trafia do regionów, gdzie liczba konfliktów jest największa a państwa są gotowe inwestować w modernizację wojska. W latach 2013-2017 ponad 42 proc. dostępnego na rynku sprzętu i amunicji wysłano do Azji i Oceanii, co wiązało się z dużymi zakupami przez Indie, Chiny i Pakistan. Jeśli jednak spojrzeć na wieloletni wzrost nakładów na uzbrojenie, palmę pierwszeństwa zdobywa Bliski Wschód. To właśnie tego regionu dotyczyła niemal jedna trzecia światowego handlu bronią, oznaczając wzrost o 103 proc. w porównaniu z latami 2008-2012. Znaczne spadki zanotowano z kolei w eksporcie broni do Ameryki Południowej, Afryki i Europy.

Nie trzeba skomplikowanych obliczeń, aby zauważyć, że największe zyski czekają producentów broni na Bliskim Wschodzie. Ciągnąca się w nieskończoność wojna domowa w Syrii, konflikt w Jemenie czy wyścig zbrojeń między Iranem a Arabią Saudyjską to doskonała informacja dla takich firm, jak Lockheed Martin. Niemal połowa amerykańskiej broni trafiła do tego regionu. W porównaniu z latami 2008-2012, w okresie 2013-2017 USA zwiększyły eksport broni do Arabii Saudyjskiej o 448 proc.! Jak stwierdza cytowany już Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem, „sprzedaż broni jest często wykorzystywana przez Stany Zjednoczone jako narzędzie polityki zagranicznej, służącej do budowy nowych strategicznych sojuszy”. Tak było w przypadku Arabii Saudyjskiej, ale i Indii, które do 2017 r. kupiły o 557 proc. więcej amerykańskiej broni w porównaniu z okresem wcześniejszym.

Cywilom w Syrii czy Jemenie zapewne bez różnicy czy spadają na nich amerykańskie, rosyjskie czy brytyjskie bomby. Trudno jednak uwierzyć zapewnieniom mocarstw o czynionych wysiłkach na rzecz pokoju, skoro znaczna część ich przemysłu opiera się na produkcji broni. Innymi słowy, im więcej konfliktów, im dłużej one trwają, tym większe zyski. Oczywiście pod warunkiem, że toczą się one wystarczająco daleko od naszych granic.

Mało spraw potrafi zjednoczyć strony politycznego sporu jak sprzedaż i skup broni. W Polsce nikt nie ośmieli się zapytać czy miliardy złotych przeznaczonych na wojsko nie lepiej zainwestować w edukację lub służbę zdrowia. Także w USA przemysł zbrojeniowy stanowi oczko w głowie zarówno demokratów, jak i republikanów. Doskonale dbają o to producenci broni. W ostatnich latach Lockheed Martin niemal równomiernie podzielił 2,5 mln dolarów pomiędzy polityków Partii Demokratycznej i Republikańskiej.

Mało kto zatem na poważnie bierze możliwość pociągnięcia producentów broni do odpowiedzialności karnej. Chcąc dodatkowo zabezpieczyć ich interesy, w 2005 r., z poparciem obu głównych partii politycznych, prezydent George W. Bush podpisał ustawę, która zabrania skarżenia takich firm, jak Lockheed Martin, za śmierć spowodowaną przez ich produkty. Była to reakcja na decyzje amerykańskich sądów, nakazujące firmom tytoniowym wypłatę odszkodowań dla palaczy. W 2014 r. sąd w Miami nakazał JR Reynolds, drugiemu pod względem obrotów producentowi papierosów w USA, wypłatę 23,6 mld dolarów za śmierć palacza. Zarządzona kwota była trzykrotnością rocznych przychodów firmy. Papierosów i palaczy nie ubyło na rynku, wzrosła jednak sama świadomość społeczna dotycząca zagrożeń płynących z tego nałogu. Podobnie możliwość skarżenia firm zbrojeniowych o współodpowiedzialność za śmierć niewinnych ofiar nie zmniejszyłaby liczby dostępnej na rynku broni, lecz zapewne ograniczyłaby swobodę, z jaką sprzedaje się ją wszystkim, którzy są gotowi zapłacić odpowiednią cenę.

Turecka odpowiedź

Dochodzi do kolejnych napięć w obozie euroatlantyckim. Po nałożeniu wysokich ceł na tureckie towary przez USA, Ankara odpłaca pięknym za nadobne. Wszystko to na tle konfliktu dyplomatycznego.

 

Prezydent Turcji Recep Erdoğan wydał decyzję o znacznym podniesieniu poziomu taryf na część amerykańskich towarów. O 60 proc. wzrośnie cło na tytoń z USA, o 140 proc. – na alkohol i aż o 160 proc. na auta. Tureckie władze nie kryją, że jest to zamierzona odpowiedź na wcześniejsze działania USA. Wiceprezydent Fuat Oktay oznajmił wprost, że Ankara kieruje się „zasadą wzajemności” wobec Amerykanów. Jego zdaniem administracja USA dopuszcza się celowych ataków na turecką gospodarkę.

Oktay miał na myśli podniesienie ceł na import z Turcji do Stanów Zjednoczonych. Rozporządzenie w tej sprawie podpisał w ubiegłym tygodniu prezydent Donald Trump. Taryfy na turecką stal sięgają teraz 50 proc., a na aluminium – 20 proc. Cła i sankcje to środek najczęściej stosowany przez Trumpa wobec państw, z którymi pozostaje w konflikcie politycznym lub handlowym.

Wojenny budżet

716 miliardów. To suma, która od 1 października 2018 roku będzie wydawana na potrzeby armii USA. To nie jest największy budżet w historii Stanów Zjednoczonych, ale wsparty został bardzo wojowniczą retoryką.

 

Ta ogromna suma pójdzie na modernizację amerykańskich siła zbrojnych i zwiększenie ich liczebności. Ogranicza współpracę z Rosją w ramach Porozumienia o otwartych przestworzach (umożliwia kontrolę wzajemną państw sygnatariuszy) i, jakżeby inaczej, grozi kolejnymi sankcjami wobec tych, którzy prowadzą działalność „na korzyść rosyjskiego wywiadu” i sektora zbrojeniowego.

Dokument został podpisany w Forcie Drum, bazie amerykańskiej na północy stanu Nowy Jork. Amerykański prezydent podkreślił, że podpisany przez niego dokument jest największą inwestycją w amerykański sektor wojenno-przemysłowy w najnowszej historii kraju. (W 2011 roku Barack Obama podpisał budżet na 724,6 mld dolarów).

„Na następny rok mamy 716 miliardów dolarów, żeby dać wam najlepsze samoloty, czołgi i rakiety [do użycia] w dowolnym punkcie Ziemi” – mówił Donald Trump w swym przemówieniu skierowanym do wojskowych w bazie Fort Drum.

Na podstawie podpisane go dokumentu zarobki wojskowych wzrosną o 2,6 proc, 40 mld pójdzie na wzmocnienie sił powietrznych (m.in. na zakup 77 myśliwców F-35), za 24,1 mld zostanie zbudowanych 13 nowych okrętów i zmodernizowane zostaną stare.

Wiele uwagi amerykański lider poświęcił w swym przemówieniu konieczności zwiększenia mocy sił kosmicznych, ponieważ, jak się wyraził, „by zachować dominację Ameryki, musimy być przed wszystkimi. Zwykła przewaga nie wystarczy, Ameryka musi panować w kosmosie”. 65 mld wydanych zostanie na opracowanie nowych głowic jądrowych małej mocy, które będą na uzbrojeniu łodzi podwodnych. Zakupionych zostanie 135 czołgów „Abrams” i 360 innych pojazdów bojowych. Przewiduje się też finansowanie badań nad rozwojem dronów.

Liczba żołnierzy zwiększy się o 15,6 tysięcy ludzi.

Co istotne dla naszego regionu Europy, 250 milionów dolarów zostanie przeznaczonych na pomoc wojskową dla Ukrainy, łącznie z bronią ofensywnego charakteru, a także przewidziane są wspólne manewry amerykańskich i miejscowych wojsk na Ukrainie i w Gruzji.

Świat stał się mniej bezpieczny.

5 dni sprzed 10 lat

Warto rocznicowo prześledzić tę „zakłamaną wojnę”, jej genezę, przygotowania, przebieg i konsekwencje. I przypomnieć złowrogą postać Micheila Saakaszwiliego, który łamiąc pokój olimpijski rozpętał ten nieszczęsny konflikt. Zwłaszcza teraz, gdy w polskich mediach utrwala się na dobre stronnicza narracja mówiąca o rosyjskiej agresji. Przypomnijmy, jak owa „agresja” przebiegała.

 

Amerykanie dają Gruzji prezydenta i zbroją sojusznika.

W listopadzie 2003 roku w wyniku inspirowanego i wspieranego przez USA przewrotu zwanego „rewolucją róż” w Gruzji obalony zostaje prorosyjski prezydent, były szef dyplomacji ZSRR, Eduard Szewardnadze. Do władzy dochodzi mieszkający od wielu lat w USA 34-letni Michel Saakaszwili – absolwent prawa na Uniwersytecie Columbia . Od tego momentu Stany Zjednoczone zaczynają na szeroką skalę finansować i prowadzić szkolenie armii gruzińskiej według standardów NATO. Już w latach 2002-2004 zrealizowano program GTEP (Georgia Sustainment and Stability, szkoląc armię gruzińską w szerokim zakresie z użyciem ciężkiego sprzętu włącznie. W latach 2004-2008 tysiące żołnierzy gruzińskich przeszkolono tak na poligonach w Gruzji, jak i w USA, w tym w Fort Bragg i Fort Benning. Tuż przed rozpoczęciem przez Gruzinów wojny o Południową Osetię na poligonie w Waziani (okolice Tbilisi) ćwiczyło 1000 żołnierzy US Army i 600 gruzińskich wojskowych. 4 Brygada gruzińska, prowadząca główne natarcie na Cchinwali w całości była przeszkolona przez instruktorów USA z przeznaczeniem do służby w Iraku.

Ogromna rolę odegrało też kilkuset instruktorów wojskowych z Izraela na czele z gen Gal Hirschem byłym dowódcą 91 Dywizji Galilejskiej, gen Izraelem Ziv i gen Yoram Yair z izraelskiego kontrwywiadu (Szin-Bet) . Ministrem obrony Gruzji był również były obywatel Izraela – stąd masa najnowocześniejszego uzbrojenia armii gruzińskiej pochodziła właśnie ze źródeł izraelskich, w tym z firm „Rafael” czy „Elbit”. Reasumując, pod względem wyszkolenia, organizacji i taktyki walki, armia gruzińska odpowiadała standardom NATO, wzbogaconym doświadczeniami armii izraelskiej.

 

Wyposażenie

Od momentu zdobycia władz przez proamerykańskiego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego, wdrożono niezwykle ambitny i kosztowny plan zbrojeń. Ustanowiono wręcz rekord wzrostu nakładów militarnych w skali świata, zwiększając jego wielkość o 30 razy – z 30 mln dolarów w 2003 r. do 940 mln dolarów w 2007 roku, co stanowiło 8 proc. PKB Gruzji i 25 proc. jej wszystkich dochodów budżetowych.

Stworzono i świetnie wyekwipowano liczne jednostki komandosów oraz oddziały specjalne wyszkolone przez instruktorów z USA i Izraela. Łącznie w przededniu wojny armia gruzińska miała na wyposażeniu: 235 czołgów T-72 w tym 169 nowocześnie zmodernizowanych przez firmy izraelskie do standardu SIM-1. Wojska zmechanizowane wyposażone były w bojowe wozy piechoty: 60 BMP-1, 74 BMP-2 i 45 transporterów opancerzonych BTR-80 i 20 MTLB oraz 100 tureckich wozów pancernych „Otokar Cobra”. Liczna, w dużej części zakupiona na Ukrainie była gruzińska artyleria. Gruzini posiadali 12 ciężkich dział kalibru 203 mm 2S7 „Pion”, 3 MSTA-S kalibru 152 mm, 45 czeskich haubic samobieżnych „Dana” i 13 poradzieckich „Akacja” kalibru 152 mm. Gruzini na stanie mieli również 90 haubic holowanych D-30 i 40 D-44. Artyleria rakietowa to kilkadziesiąt wyrzutni rakiet niekierowanych typu BM-21 „Grad”, czeskie RM-70, jugosłowiańskie M-87 Orkan i M-63 Plamen.

Lotnictwo gruzińskie liczyło 14 samolotów szturmowych SU-25, zakupionych w Czechach, na Ukrainie i w Bułgarii. Siły te uzupełniało 6 samolotów szkolno-bojowych L-39C Albatros. Eskadra śmigłowców bojowych składała się z 6-MI-8, 2 MI-14, 3 MI-24P, 5 MI-24W. Transport lotniczy zapewniało 16 śmigłowców MI-8 oraz 8 amerykańskich UH-1H i 6 Bell 212.

Dość silna była gruzińska obrona przeciwlotnicza wyposażona w ukraińskie systemy średniego zasięgu 9K37 „Buk” (dwie baterie) oraz systemy krótkiego zasięgu 9K33 „Osa” (dwie baterie) i jedną baterię izraelskich Rafale „Spyder”. Uzupełniała je artyleria lufowa i naramienne wyrzutnie przeciwlotnicze 50 zestawów „Igła” , 40 polskich rakiet „Grom” oraz 15 starych „Strieła 1”.
Armia gruzińska wyposażona była też w nowoczesną zachodnią broń strzelecką, karabiny maszynowe i snajperskie oraz środki łączności oraz rozpoznania w tym izraelskie drony rozpoznawcze.

 

Gruzini atakują Cchwingali – terrorystyczny ostrzał miasta, panika, eksodus ludności ostetyjskiej, apokaliptyczna noc

Łamiąc porozumienia międzynarodowe oraz wielowiekowe zasady pokoju olimpijskiego, 8 sierpnia 2008 r., w dniu otwarcia Igrzysk XXIX Olimpiady rozgrywanych w Pekinie, armia gruzińska wykonując rozkaz prezydenta Saakaszwilego rozpoczęła niespodziewany atak na Południową Osetię. Gdy większość przywódców świata, w tym prezydent Rosji, przebywali w stolicy Chin, obserwując uroczyste otwarcie olimpiady, prezydent Gruzji licząc na zaskoczenie i paraliż decyzyjny Rosjan prowadził swój, jak zakładał, zwycięski blitzkrieg.

Od godziny 23.30 7 sierpnia do 4 rano 8 sierpnia na Cchwingali – stolicę Południowej Osetii oraz na pozycje armii osetyjskiej spadła artyleryjsko-rakietowa nawała ogniowa gruzińskiej artylerii. Ostrzał miasta przez systemy niekierowanych rakiet typu BM-21 „Grad” miał charakter terrorystyczny, wywołał wiele pożarów zniszczeń budynków mieszkalnych. Zginęło ok. 1200 mieszkańców miasta. Wybuchła panika i rozpoczął się masowy eksodus Osetyjczyków z miasta. Armia gruzińska nacierała dwoma brygadami zmechanizowanymi, wspartymi liczną bronią pancerną oraz brygadą artylerii. Ogółem w pierwszej linii Gruzini dysponowali 12 tys. żołnierzy i 75 czołgów. W pierwszych godzinach Gruzini osiągnęli wiele sukcesów, w tym wdarli się do stolicy Osetii Południowej – Cchwingali.

Po piekielnej dla Cchwingali i Osetyjczyków nocy, gdy rosyjski batalion sił pokojowych płk Konstatina Tamermana znalazł się w okrążeniu wojsk gruzińskich stracił wielu żołnierzy i większość sprzętu wyruszyła odsiecz, ruszyła nocą brawurowo zdobywając kluczowy Tunel Rocki, mimo strat pod ogniem artylerii gruzińskiej i udanych akcji komandosów gruzińskich Rosjanie ruszyli na pomoc miastu i swoim „mirotworcom”… W jedną stronę ciągnęło wojsko, w druga kolumny przerażonych Osetyjczyków uciekających przed wojną

 

Rosyjski kontratak

Strona rosyjska i Osetyjczycy w ujęciu strategicznym zostali totalnie zaskoczeni. Całkowicie zawiodło rozpoznanie , (rosyjski wywiad wojskowy GRU) i to tak agenturalne jak i zwiad satelitarny oraz nasłuch radiowy. Jednak rosyjska 58 Armia dowodzona przez generała Anatolia Chrulewa, w obliczu narastającego o miesięcy napięcia dysponowała szczegółowymi, wielokrotnie przećwiczonymi planami interwencji zbrojnej na terenie Osetii Południowej. W stałej gotowości utrzymywano dwa wzmocnione bataliony piechoty zmechanizowanej, które w ciągu kilku godzin miały wkroczyć do Osetii Południowej. Reszta oddziałów miała tam dotrzeć w terminie od 1 do 3 dni. Przerzucono też w obszar armii ok. 3 tys. spadochroniarzy 7 Gwardyjskiej Dywizji Powietrzno-Szturmowej. Kluczowym było utrzymanie i zabezpieczenie przez Osetyjczyków i Rosjan 4 kilometrowego Tunelu Rockiego pod masywem górskim – jedynej drogi jaką mogła dotrzeć odsiecz. Trudną rolę miał do wypełnienia rosyjski batalion pokojowy, dowodzony przez pułkownika Konstantina Timermana. Atakowany od pierwszych godzin przez Gruzinów, stracił kilkudziesięciu żołnierzy zabitych i cały sprzęt pancerny. Jednak mimo wezwań do kapitulacji, batalion przyjął obronę okrężną i odpierał kolejne szturmy armii gruzińskiej.

Osetyjczycy w samych Cchwingali przy miażdżącej przewadze atakujących Gruzinów w dużej mierze zostali rozbici, mimo walecznej obrony wyparci w kierunku na miasto Dżawa. Jednak te kilka godzin powstrzymywania Gruzinów pozwoliło, aby poderwane w trybie alarmowym, czołowe oddziały rosyjskie ze składu 19 Dywizji Zmechanizowanej przeszły tunel i około południa w dynamicznym, nieubezpieczonym marszu rozpoczęły przemieszczanie się tzw „drogą zarską”. Rosyjska artyleria już ok. 13.00 udzieliła wsparcia kontratakującym Osetyjczykom.

Do kontrataku przystąpiło też rosyjskie lotnictwo bombardując lotniska, radary, bazy wojskowe i wykryte gruzińskie oddziały. Improwizacja tych nalotów, w połączeniu z silną gruzińską obroną przeciwlotniczą, sprawiły, że Rosjanie ponieśli bolesne straty. Gruziński system p-lot „Buk” zestrzelił m.in. bombowiec strategiczny TU-22M3. Rosjanie stracili kilka samolotów uderzeniowych SU-24 i szturmowców SU-25. Interweniowało centralne dowództwo i od trzeciego dnia wojny operacjami lotniczymi dowodził bezpośredni sztab WWS w Moskwie.

Po „krwawej łaźni” 9 sierpnia zgotowanej rosyjskiemu lotnictwu przez gruzińską obronę przeciwlotniczą skierowano na nią uwagę i od popołudnia 9 sierpnia 2008 i 10 sierpnia za pomocą rakiet przeciwradiolokacyjnych Ch-58, nowoczesnych bombowców ze stacją zakłóceń WRE typu Su-34 oraz akcjami komandosów gruzińską obronę p-lot unicestwiono.

Zmieniono strategię i taktykę nalotów oraz skierowano w obszar walk najnowsze samoloty uderzeniowe z zasobnikami walki radiowo-elektornicznej typu SU-34. 9 sierpnia, nad ranem kompania czołgów w brawurowym rajdzie przebiła się do broniącego się rosyjskiego batalionu sił pokojowych dostarczając leki i amunicję. Rosjanie postawili na szybkość działania, aby jak najszybciej przebić się, do wysyłającego dramatyczne prośby o pomoc płk. Timermana. Zaowocowało to stratami kolumn marszowych, które dostawały się na drodze zarskej, pod ostrzał silnej i licznej artylerii gruzińskiej. Grupa komandosów gruzińskich przeprowadziła udaną zasadzkę i zaatakowała kolumnę sztabową 58 armii. Zniszczono Rosjanom kilkanaście wozów bojowych i ciężarówek. Poległo wielu oficerów sztabu, a sam generał Anatolij Chrulew został ranny, uratował go zasłaniając własnym ciałem kierowca. Poległ dowódca 135 pułku major Wietczinow osłaniając towarzyszących sztabowi dziennikarzy. Jednak wykonywane z dużym poświęceniem ataki lotników rosyjskich na szturmowych samolotach SU-25 , zdławiły ogień gruzińskiej artylerii. Z czasem ogień kontrbateryjny rozpoczęła przemieszczona rosyjska artyleria i Rosjanie 10 sierpnia powoli zaczęli wypierać Gruzinów z zajętych terytoriów.

Czerwona gorączka opanowała całą Amerykę

Wirus antyrosyjskości po raz kolejny dotarł do Stanów Zjednoczonych. Choroba, na którą chronicznie cierpi Polska, zaczęła obecnie zbierać żniwo w USA. Trudno wyrokować czy i jak długo będzie na nią odporny Donald Trump, tym bardziej, że pierwsze jej symptomy można zaobserwować już nie tylko w jego macierzystej Partii Republikańskiej, ale także w łonie samej prezydenckiej administracji.

 

„Byliście państwo świadkami prawdopodobnie jednego z najbardziej haniebnych wystąpień amerykańskiego prezydenta podczas spotkania z rosyjskim przywódcą, z pewnością najbardziej haniebnego z tych, które obserwowałem” – to słowa Andersona Coopera, gwiazdy publicystyki CNN, który w ten sposób skomentował niedawną konferencję Trumpa z Władimirem Putinem w Helsinkach. Jego zdaniem, podobnie jak zdaniem większości liberalnych i konserwatywnych komentatorów w USA, już samo spotkanie z rosyjskim prezydentem nosiło znamiona zdrady narodowej. Czarę goryczy przelało zaś odżegnanie się Trumpa od kategorycznego oskarżenia Moskwy o ingerowanie w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 r.

To właśnie niespodziewana wygrana Trumpa sprzed dwóch lat skierowała uwagę amerykańskich publicystów i polityków w stronę Rosji. Wytłumaczenia sensacyjnej skądinąd porażki Hilary Clinton zaczęto doszukiwać się nie w zmęczeniu części społeczeństwa liberalną gospodarką, lecz w ingerencji rosyjskich hakerów. Wytłumaczenie proste, ale nader skuteczne. Tworzone przez Moskwę strony internetowe i fałszywe profile w mediach społecznościowych, krytykujące Clinton i sprzyjające Trumpowi, miały zatem przechylić szalę zwycięstwa na korzyść tego drugiego. Z pomocy Rosjan Trump miał korzystać także bezpośrednio, wysyłając swoich ludzi na spotkania m.in. z rosyjskim ambasadorem. Wysocy członkowie kampanii Trumpa spotykali się również z przedstawicielami Izraela i Arabii Saudyjskiej, ale o tych kontaktach media amerykańskie informują jakby mniej.

Nie ulega wątpliwości, że wiele z kont w mediach społecznościowych zostało założonych w Europie Wschodniej, przede wszystkim w Macedonii. To stąd wynajęci internauci podrzucali fałszywe, ale i prawdziwe oskarżenia wobec kandydatki Partii Demokratycznej. Jak się okazało, znaczna część z nich była powiązana z rosyjskimi służbami. Trudno jednak zmierzyć ich rzeczywisty wpływ na przebieg prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych. Co prawda, źródła internetowe odgrywają coraz większą rolę w kształtowaniu sympatii politycznych, jednak konserwatywni biali wyborcy w średnim wieku – a tacy stanowili większość elektoratu Trumpa – nadal czerpią wiedzę przede wszystkim z „tradycyjnej” telewizji, zwłaszcza z Fox News. Trudno także jednoznacznie wykluczyć podobną działalność służb innych państw. Jednak mówi się i pisze wyłącznie o Rosji.

Od momentu wyboru Trumpa na prezydenta, amerykańskie media nie ustają w sugerowaniu, że zawdzięcza on swój urząd przede wszystkim Rosjanom. Co jakiś czas pojawia się także plotka o kompromitujących nagraniach wideo, którymi Kreml szantażuje amerykańskiego prezydenta. Ma to tłumaczyć jakoby nad wyraz pojednawczy stosunek Trumpa do Putina. Przy czym jeszcze kilka lat temu te same media przyklaskiwały tzw. resetowi w relacjach USA z Rosją, zapoczątkowanemu przez poprzedniego prezydenta Baracka Obamę. Prawda, że od tego czasu Krym znalazł się pod okupacją rosyjską, jednak i pozostali główni partnerzy USA, w tym Chiny, wcale nie prowadziły wyjątkowo pokojowej polityki. Tymczasem Xi Jinping, który niedawno załatwił sobie dożywotnie przywództwo i zakończył liberalny zwrot w kraju, przedstawiany jest przez amerykańskie media niczym mąż opatrznościowy światowego pokoju i wolnego handlu.

„Czerwona gorączka”, jak zwykło nazywać się antyrosyjskie nastroje, nie jest niczym nowym w USA. Już pod koniec XIX w. prasa amerykańska rozpisywała się na temat rosyjskich anarchistów, którzy mieli masowo przybywać do Stanów Zjednoczonych po to tylko, aby je zniszczyć od wewnątrz. Po zakończeniu I wojny światowej kraj opanował strach przed bolszewikami, skrywającymi się pod płaszczykiem imigrantów z Europy Wschodniej. To wówczas rozpoczęto deportacje z USA na niespotykaną dotąd skalę. Kilkaset mężczyzn i kobiet zostało wydalonych do Rosji tylko dlatego, że wzięli udział w strajku lub czytali socjalistyczną prasę. Dodatkowo wielu z nich niezgodnie z prawem pozbawiono amerykańskiego obywatelstwa. Kolejny ras antyrosyjski wirus zaatakował USA w latach 50., kiedy senator Joseph McCarthy „czyścił” państwowe urzędy z radzieckich szpiegów. Wystarczyło, aby ktoś wziął udział w spotkaniu Partii Komunistycznej USA, aby stracić pracę czy nawet trafić do więzienia. Mechanizm zawsze był ten sam: uwagę zmęczonego i poróżnionego społeczeństwa kierowano w stronę kozła ofiarnego, zaś każdą próbę krytyki istniejącego systemu uważano za „antyamerykańskie” zachowanie.

Nic tak nie spaja społeczeństwa jak wróg zewnętrzny, o czym wielokrotnie przekonywaliśmy się i nadal przekonujemy w Polsce. Prawda ta jest jeszcze dłużej znana w USA. Dlatego demokraci przy każdej okazji wypominają Trumpowi „prorosyjską” postawę. Ich zdaniem ma być ona spłatą długu za pomoc w wygraniu wyborów prezydenckich. Naprawdę zaś chcą w ten sposób odwrócić uwagę od własnych błędów, które doprowadziły ich do utraty Białego Domu i większości w Kongresie. Antyrosyjski wirus zainfekował nawet znaczną część Partii Republikańskiej. Konserwatywne elity przestraszyły się posądzenia o wspieranie „antyamerykańskiej” polityki obecnej administracji. Dotychczas bowiem to właśnie republikanie lubowali się w oskarżaniu o „antyamerykańskość” swoich przeciwników. Co więcej, część administracji prezydenckiej, w tym sekretarz stanu Mark Pompeo, przestraszyła się medialnej nagonki i zdystansowała się od pojednawczych słów Trumpa.

Polityka wewnętrzna i zagraniczna Donalda Trumpa obfituje w błędy i nagłe zwroty. Również sam prezydent pozostawia wiele do życzenia. To za jego przyczyną światem targają obecnie konflikty i emocje, których można by z łatwością uniknąć. Ta negatywna ocena nie zmienia jednak faktu, że sprowadzanie go do roli rosyjskiej marionetki – a taki wydaje się być przekaz głównych amerykańskich (ale i polskich) mediów – to droga prowadząca do pogłębienia już istniejących problemów i tworzenia nowych. Tymczasem poprawa stosunków na linii USA – Rosja leży nie tylko w interesie obu państw, ale także Polski i całej Unii Europejskiej. Uświadomienie sobie tej prostej prawdy to najlepsza szczepionka przeciwko antyrosyjskiemu wirusowi.

Przed wizytą w Izraelu

Czy w czasie rozmów ministra Jacka Czaputowicza w Tel Awiwie padnie pytanie o Rosję: „Czy przyjaciel naszych przyjaciół teraz ma być również i naszym przyjacielem”?

 

Mam zastrzeżenia do poglądu, że oto dopiero niedawno obszar Pacyfiku stał się ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych niż Europa. Obszar Pacyfiku stał się dla Stanów szczególnie ważny już po II wojnie światowej. O tym, że centrum zainteresowania polityki światowej przesunie się z Europy na Pacyfik pisał w Polsce bezpośrednio po wojnie katolicki myśliciel i w wizjoner Jerzy Braun. Ze znaczenia tego regionu zdawali sobie doskonale sprawę także politycy radzieccy. Co się zaś tyczy Europy Środkowej (obszar między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją), to znalazła się ona po II wojnie (z wyjątkiem Grecji i Jugosławii) za zgodą mocarstw zachodnich w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Natomiast po upadku państwa radzieckiego, cała Europa Środkowa włączona została do Zachodu, zredukowane zostały w środkowoeuropejskim regionie pływy rosyjskie.

O wpływy w Europie Środkowej walczą obecnie: USA, Unia Europejska (w skład której wchodzi już większość państw środkowoeuropejskich), Turcja, Chiny i oczywiście Rosja, która stara się odzyskać utracone pozycje. Jeżeli chodzi o Amerykanów to ich największym zmartwieniem w Europie była od pewnego czasu i chyba jest nadal możliwość zbytniego zbliżenia Unii Europejskiej (w tym przede wszystkim Niemiec) z Rosją. Oznaczać by to mogło podział wpływów w Europie Środkowowschodniej między Niemcami a Rosją. Stąd m.in. ważność Europy Środkowej dla Stanów Zjednoczonych i amerykańskie zainteresowanie tym regionem. Pisał o tym wielokrotnie George Friedman. Stąd ponawiające się amerykańskie próby osłabienia Unii Europejskiej (z przerwą na prezydenturę B. Obamy), a szczególnie Niemiec i Francji.

Tym też tłumaczyć trzeba amerykańską obecność w Europie Środkowej: polityczną, gospodarczą i militarną – ta ostatnia ma ostrze przede wszystkim antyrosyjskie. Polityka rosyjska z kolei zmierza w zasadzie do nawiązania bliskich relacji z Unią Europejską, a szczególnie z Niemcami, jakkolwiek niektóre jej posunięcia to chęć wyłuskiwania z Unii poszczególnych państw, partii politycznych i ruchów społecznych. W sumie zarówno USA, jak i Rosja prowadzą politykę osłabiania Unii Europejskiej.

Niezależnie od zmieniających się indywidualnych politycznych preferencji kolejnych prezydentów amerykańskich, istnieją stałe interesy Stanów Zjednoczonych w różnych częściach świata, które częstym zmianom nie podlegają. Rodzi się pytanie, na ile zmieni się polityka amerykańska w Europie Środkowej po spotkaniu Trump-Putin w Helsikach. Szczyt dotyczył w dużym stopniu Bliskiego Wschodu, a, jak zauważa wielu obserwatorów, podjęte, lub zapoczątkowane tam decyzje mieć będą implikacje globalne. Stałym i podstawowym składnikiem polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie było dotąd sojusznicze poparcie dla Izraela.

W momencie kiedy Stany Zjednoczone dzielą się odpowiedzialnością za bezpieczeństwo Izraela z Rosją, wiele rzeczy się zmienia. Rosja ustanowiła w Syrii swe przyczółki, a Stany najwidoczniej nie są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwa swemu sojusznikowi – Izraelowi. Zarówno Stany, jak i Izrael zdają sobie sprawę, że bez Rosji nie ustabilizują sytuacji w tym regionie, bo o ostatecznym uregulowaniu konfliktów w ogóle nie ma mowy.

Głównymi sojusznikami Stanów na Bliskim Wschodzie są, obok Izraela – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Trwałość tego sojuszu nie jest jednak wieczna. Stany Zjednoczone posiadają od pewnego czasu własne, olbrzymie zasoby ropy i gazu, mogą więc zrezygnować z bliskowschodniej ropy bez uszczerbku dla swego bezpieczeństwa energetycznego. W razie dalszego wycofywania się w bliżej nieokreślonej przyszłości Stanów z Bliskiego Wschodu, globalna rola Rosji będzie rosła i doczekać się możemy jeszcze entuzjastycznych komentarzy w zachodnich mediach na temat Rosji i demokratycznego porządku w tym kraju.

Sytuacją w świecie po szczycie Trump-Putin w Helsinkach oraz niepewną przyszłością polskiego bezpieczeństwa zaniepokojeni są polscy emerytowani dyplomaci, czemu dali wyraz w opublikowanym w prasie Stanowisku Konferencji Ambasadorów 20 lipca br. Stanowisko podpisane zostało przez 29 ambasadorów, w tym dwóch wybitnych dyplomatów, wykształconych jeszcze solidnie w Polsce Ludowej: Jerzego Marię Nowaka i Andrzeja Towpika. W Stanowisku czytamy pod adresem obecnego polskiego rządu m.in.: „Próby skłonienia USA ofertami finansowymi do rozszerzenia na naszym terytorium obecności wojskowej nie wpływają korzystnie na pozycję Polski w relacjach z innymi członkami NATO. Bezpieczeństwo Polski powinno uwzględniać dwa filary – USA i Europę”. Oraz: „Wysiłek społeczny przeznaczenia 2 proc. PKB na sferę obrony nie przekłada się na wzrost potencjału militarnego sił Zbrojnych RP”.

Nasuwa się rzeczywiście pytanie na co te pieniądze są wydawane, skoro wyników brak? W najbliższym czasie dowiemy się też czy Stany Zjednoczone ustanowią swą stałą obecność na wschodniej flance NATO oraz czy sprzedadzą Polsce broń i czy zdecydują się na modernizację naszej armii. Skoro bowiem Rosja staje się, przynajmniej na Bliskim Wschodzie, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, to może należy się spodziewać, że także w polsko-rosyjskich stosunkach nastąpi era ocieplenia. Po co więc byłaby ta cała antyrosyjska narracja w poprzednich latach? Trudno przy tym uwierzyć, że poprawa stosunków amerykańsko-rosyjskich następuje tak nagle i że już wcześniej o pewnych sprawach nie rozmawiano. Przecież prezydent Trump już od początku swej prezydentury pragnął wycofać amerykańskie oddziały z Syrii!

John R. Bradley, brytyjski ekspert ds. Bliskiego Wschodu zauważył, że porozumienie USA, Rosja, Izrael w sprawie konfliktu w Syrii oznacza, że prezydent Baszszar al-Assad utrzyma się przy władzy, a Syria staje się rosyjskim protektoratem. Rząd syryjski zaoferuje gwarancje dotyczące bezpieczeństwa Izraela, a Stany Zjednoczone porzuciły wspieranych przez siebie rebeliantów w południowo-zachodniej Syrii.
Dzięki porozumieniu Rosja otrzymuje potwierdzenie swego statusu w Syrii i ciepłowodny port na wybrzeżu Morza Śródziemnego, a USA ma zamiar wycofać swe oddziały z operacji w Syrii. (John R. Bradley, „Assad is back for good In Syria – and with Trump’s Blessing”, The Spectator, 21 July 2018). Media dorzucają stale dodatkowe, potwierdzające te wieści informacje. Tak np. amerykańska gazeta Washington Post stwierdziła 27 lipca, iż nie można wykluczyć, że Donald Trump w rozmowie z Putinem zaakceptował wcześniejszą nieformalną umowę między Izraelem a Rosją. Władze Izraela zgodziły się w niej uznać jurysdykcję prezydenta Assada nad południowo-zachodnią Syrią w zamian za gwarancję Kremla, że jednostki irańskie rozlokowane będą w Syrii nie bliżej niż 80 km od granicy z Izraelem.

Inne źródło z kolei informuje, że Rosja rozmieści swą policję wojskową na Wzgórzach Golan i otworzy osiem punktów obserwacyjnych, by uniknąć możliwych prowokacji, natomiast siły irańskie w Syrii wycofają się na odległość 85 km od okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan („Rosjanie wchodzą do Izraela, portal WGospodarcze,pl, 2 sierpnia 2018).
W Polsce, po stronie rządowej także zaobserwować można zaniepokojenie, chociaż przesłania je dyskusja polityków i publicystów na inne ważne tematy. Większość polityków i publicystów nie zauważa jak gdyby, że w świecie nastąpić może (nie twierdzę, że na pewno nastąpi) poważna zmiana sojuszy).

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz udał się natychmiast do Waszyngtonu, by zorientować się w aktualnej sytuacji. Rozmawiał w Białym Domu z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Johnem Boltonem na temat dwustronnych stosunków. Po tej rozmowie, korespondentom polskich mediów min. Czaputowicz oznajmił, że podczas planowanego spotkania prezydentów Polski i USA zapaść mogą konkretne decyzje w sprawie stałej, a nie rotacyjnej – jak obecnie – obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski. Jak ustaliła PAP, w ostatecznym projekcie ustawy o wydatkach na obronę narodową USA w roku bieżącym znalazła się poprawka zobowiązująca ministra obrony do poinformowania o możliwości i celowości stałego stacjonowania w Polsce amerykańskiej grupy bojowej (brygady). Minister Czaputowicz oświadczył polskim korespondentom, że został zapewniony, iż nie ma żadnych obaw co do pewności, że Stany Zjednoczone pozostają naszym sojusznikiem. („USA: Minister Czaputowicz spotkał się z Boltonem”, WGospodarce.pl, 27 lipca 2018).

Zapewne po to, by rozwiać jeszcze inne wątpliwości minister Czaputowicz w najbliższych dniach złoży wizytę w Izraelu (11-13 sierpnia). Wśród ujawnionych w prasie tematów rozmów w Izraelu brak co prawda tematyki szczytu w Helsinkach i „wojskowych Rosjan w Izraelu”, ale należy się domyślać, że padnie tam pytanie czy Rosja, „przyjaciel naszych przyjaciół zostać ma także naszym przyjacielem”.