Podziel się z nami pieniędzmi

Eliksir szczęścia, czyli biuro wynajmowane na godziny – nowa ideologia mająca zwiększać sprzedaż, święci triumfy.

 

Ekonomia współdzielenia, modny od paru lat termin, to przykład tego, jak wymyśla się ideologię, żeby ułatwić sobie zarabianie pieniędzy.
Tu w rzeczywistości nikt się niczym nie dzieli – z wyjątkiem użytkowników, którzy dzielą się swoimi pieniędzmi z twórcami serwisów ułatwiających świadczenie różnych usług. Stworzono jednak chwytliwą nazwę, sugerującą altruizm, bezinteresowną pomoc, życzliwość – czyli to wszystko, z czym chce być kojarzony niemal każdy z nas.

 

Emocje ponad wszystko

Nie jest to niby nic nowego, bo techniki sprzedażowe robią się coraz bardziej wyrafinowane. Od lat stawia się na emocje. „Emocje” to jeden z najważniejszych terminów współczesnego marketingu. Jesteśmy nauczani tego, że emocje trzeba mieć, że nie wolno ich hamować. Przeciwnie, należy je wyrażać – im głośniej i aktywniej tym lepiej.
Ten zaś, w kim emocje raczej nie buzują, uważany jest za odmieńca, człowieka nieszczęśliwego, który powinien nad sobą popracować, żeby te emocje stworzyć i obudzić – a jeśli to niemożliwe, to ma je przynajmniej udawać.
Tak więc, i w pojęciu „Ekonomii współdzielenia” zawarte są emocje, te reklamowane jako dobre, takie, z których powinniśmy być dumni, szczycić się tym że je mamy – i dawać temu wyraz, postępując w odpowiedni sposób, czyli kupując usługi, które bazują na tychże dobrych emocjach.
Sam mechanizm jest oczywisty. Od tysiącleci byli przecież żebracy udający kalectwo lub dzieci mające za sprawą opiekunów wzbudzać litość u obcych, by ci emocjonalnie sypnęli groszem.
Ideologie też się zdarzały. Gdy w Anglii wymyślono kobiecy zespół Spice Girls, to wokalistkom przypisano pseudofilozofię „girlie power”, złożoną z sloganów o niezależności, sile i przebojowości kobiet oraz o tym, że – oczywiście – mają one święte prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich emocji.
Ba, pojawiła się nawet jakaś profesorka, która stworzyła książkę „Dziewczęcy bohater. Nowa siła w kulturze popularnej”. W ślad za tym wymyślono feministyczny striptiz, a nawet feministyczną pornografię – wszystko gwoli podniesienia sprzedaży.
Opłaciło się, bo Spice Girls zostały najlepiej sprzedającą się żeńską grupą wszechczasów – czemu oczywiście sprzyjało i to, że kompozytorzy oraz tekściarze stworzyli dla nich parę niezłych piosenek.

 

Jesteście wspaniali, kupujcie!

Dzisiejsza ekonomia współdzielenia bazuje na tych wszystkich doświadczeniach – i twórczo je rozwija.
Stara się udawać poważną naukę (oczywiście przy założeniu, że ekonomia jako taka w ogóle jest nauką – bo co do do tego nie ma pełnej zgody), podpiera się rzekomymi badaniami, mającymi niby pokazywać, jak różne dobre cechy ludzkiego charakteru (zwłaszcza chęć dzielenia się) wpływają na działania gospodarcze.
Jak na razie cały ten mechanizm wymyślania bajek funkcjonuje sprawnie. Normalne, znane od pokoleń działania, takie jak umawianie się w parę osób na wspólny dojazd samochodem, oferowanie komuś noclegu z nadzieją, że gość kiedyś również odwdzięczy się noclegiem, czy wypożyczanie jakichś maszyn, prezentowane są jako epokowy przełom w ekonomii i życiu społecznym.
Możemy zatem przeczytać, że ekonomia współdzielenia to „zjawisko społeczne i ekonomiczne, polegające na fundamentalnej zmianie modeli organizacyjnych i dystrybucyjnych”, że „bazuje na skłonności ludzi do pomagania innym i dzielenia się swoim czasem oraz zasobami”, że jest to „nowy model ekonomiczny, który w miejsce konkurencji stara się wprowadzić współpracę”, że „coraz więcej ludzi jest przesyconych poziomem konsumpcji i wolą współużytkować rzeczy niż posiadać je na własność” i tak dalej.
Jednym słowem: ludzie, jesteście wspaniali! Dlatego na pewno kupicie usługi, które wam oferujemy.
Nabywców usług, oferowanych w ramach ekonomii współdzielenia, nie brakuje. Ludzie umieja przecież liczyć i widzą, że dzięki korzystaniu z nich mogą trochę zaoszczędzić. Dlatego właśnie według stanu na koniec pierwszego półrocza 2018 r., w Polsce podróżowało BlaBlaCarem podobno o 25 proc. więcej pasażerów niż rok temu.

 

To, co dobre

Nieco gorzej idzie z tzw. coworkingiem, czyli wynajmem biur różnym firmom i osobom na godziny, co również prezentowane jest jako przykład ekonomii współdzielenia.
W Polsce ta usługa rozwija się nieco opornie, bo jednak przedsiębiorstwa są przyzwyczajone, że mają powierzchnie biurowe do swego wyłącznego użytku, zaś rozmaici freelancerzy na ogól zarabiają tak kiepsko, że wolą pracować w domu niż w wynajmowanym biurze.
Dlatego też sprzedaż usługi coworkingu jest intensywnie wspierana pseudoideologią i całkiem serio prezentowanymi wywodami, mówiącymi, iż wynajmowanie biur różnym firmom, zmienia ludzi na lepsze.
Podobno więc przeprowadzono nader gruntowne badania w skali światowej, które jakoby wykazały, że zdaniem aż 92 proc. osób korzystających z przestrzeni wspólnych, ich środowisko pracy stało się bardziej przyjazne i pozwala im budować relacje wykraczające poza pracę.
Blisko 83 proc. respondentów z kolei zadeklarowało, że w wynajętym biurze czują się bardziej zmotywowani do osiągania celów, a 67 proc. z nich nawiązało owocną współpracę w ciągu roku z osobami współdzielącymi z nimi to środowisko biurowe. Koncepcja polegająca na dzieleniu się przestrzenią wspólną, zamiast oddawaniu jej do wyłącznego użytku pracowników jednej firmy, ma też pomagać w budowaniu długotrwałych relacji.
– Zainteresowanie ekonomią współdzielenia w ostatnim czasie pokazuje, że jesteśmy bardziej otwarci na innych ludzi oraz mamy do nich dużo więcej zaufania, niż do tej pory uważano. Udostępniamy swoje mieszkania, jesteśmy partnerami w podróży, dzielimy ze sobą przestrzeń pracy. Niezależność i wyłączność przestaje być cechą dominującą w naszym społeczeństwie, wolimy korzystać ze wsparcia oraz wiedzy innych osób – mówi Marta Bloch, ekspertka od coworkingu.

 

Jeszcze więcej szczęścia

Najnowsze badania miały zaś wykazać, że wynajem biur na godziny jest lekiem na samotność i depresję – czyli ponoć pozwala skutecznie walczyć z jednymi z największych bolączek cywilizowanego świata. Okazało się bowiem, że 83 proc. osób korzystających z wspólnych przestrzeni biurowych czuje się mniej samotna, a aż 98 proc (sic!) uważa się z tego powodu za bardziej szczęśliwych.
Wspólne biura to jednak nie wszystko. W Polsce już ponad połowa mieszkańców mieszka w aglomeracjach miejskich. W dużych miastach zaczynają więc powstawać mieszkania działające na zasadzie coliving.
Żyjący w pojedynkę, często szukają współlokatorów, aby nie tylko móc podzielić się z nimi kosztami wynajmu, ale również mieć towarzystwo. To pokazuje, że w stosunkowo nowych modelach biznesowych polegających na współdzieleniu, to nie czynnik finansowy, ale ludzki odgrywa tu najważniejszą rolę – takie właśnie odkrywcze teorie snują specjaliści od colivingu i coworkingu.
Można im powiedzieć, że mieszkanie razem dla towarzystwa i obniżki kosztów, to model nie taki całkiem nowy, bo znany już od czasów starożytnych.
Z nowszych epok, jako lekturę obowiązkową dla sprzedawców usług coworkingu czy colivingu warto zaś polecić „Lalkę”. Studenci Maleski, Patkiewicz i trzeci niewymieniony z nazwiska z pewnością mieszkali razem nie tylko dla niższych kosztów, ale i dla fajnego towarzystwa.

Nie zwalnia, ale już bierze wodę

Nasza gospodarka przypomina szybko płynący okręt, w którym pojawia się jednak coraz więcej dziur.

 

Tymi dziurami są niewypłacalności. Po podsumowaniach pięciu miesięcy tego roku nie widać jak na razie branż, w których nie mielibyśmy do czynienia ze wzrostem niewypłacalności.
Niestety, we wszystkich sektorach gospodarki następował on w tempie dwucyfrowym, stąd w całej gospodarce było ich o 17 proc. więcej niż przed rokiem.
To zjawisko stanowi polski ewenement. – W szerszej, światowej skali nie mamy do czynienia z aż tak ewidentną zmianą – zauważa Tomasz Starus z firmy ubezpieczeń handlowych Euler Hermes.

 

Plajtują prawie wszędzie

Od początku roku opublikowano informacje o niewypłacalności 406 polskich przedsiębiorstw wobec 347 w tym samym okresie ubiegłego roku (wzrost o 17 proc.). Chodzi tu o niewypłacalności obejmujące niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców.
Natomiast w samym maju 2018 r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 70 przypadkach niewypłacalności.
Tak więc, dynamika wzrostu liczby niewypłacalnych polskich firm nie zwalnia. W maju największy przyrost ich liczby miał miejsce, jak zauważa Euler Hermes, w produkcji i usługach – czyli praktycznie niemal wszędzie.
Wspólne są też tego przyczyny: niska rentowność i słaba kondycja finansowa plajtujących polskich firm (no bo, gdyby było inaczej, to by nie upadły) oraz ich otoczenia biznesowego. Do tego dochodzi wzrost kosztów działalności w budownictwie czy koncentracja w handlu, oznaczająca, że producenci mają coraz mniejsze szanse na wyższe ceny.

 

Niebezpiecznie na giełdzie

W usługach największa grupa niewypłacalnych firm, to przedsiębiorstwa specjalizujące się w obsłudze nieruchomości i inwestycji, naprawie i konserwacji maszyn, zbieraniu odpadów, naprawie samochodów, gastronomii i turystyce, reklamie i doradztwie dla firm.
Natomiast w produkcji najwięcej niewypłacalnych firm zajmowało się wytwarzaniem wyrobów dla budownictwa (z betonu, tarcicy, tworzyw sztucznych), obróbką metali, produkcją profili, konstrukcji i narzędzi, produkcją żywności.
Najwyższy wzrost liczby niewypłacalności dotyczy jak zwykle spółek akcyjnych – za pięć miesięcy wzrost aż o 53 proc. rok do roku, podczas gdy niewypłacalnych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością było w tym czasie więcej o 10 proc. W jakimś stopniu potwierdza to także słabość polskiego rynku kapitałowego.
Najtrudniej dobrze prosperować w województwach pomorskim, wielkopolskim oraz kujawsko-pomorskim. Tam liczba niewypłacalności rośnie najszybciej.

 

Wielcy upadają głośniej

Jeśli chodzi o efekt skali, to najwięcej niewypłacalności stosunkowo dużych firm wskazać można w budownictwie. Największa z tej branży „upadła spółka” osiągała nie tak dawno obroty rzędu 300 mln złotych.
W obróbce oraz handlu złomem i metalami, obroty niewypłacalnych firm wynoszą od 100 do 200 mln złotych. W produkcji materiałów budowlanych plajtują zaś przedsiębiorstwa z obrotami rzędu 60-100 mln złotych.
Polskim fenomenem jest tradycyjnie to, że mieszkaniówka bije kolejne rekordy, natomiast najczęściej wspomina się o kłopotach budownictwa – i wskazuje systemowe przyczyny jego problemów, takie jak wzrost kosztów materiałów czy wynagrodzeń pracowniczych i generalnie niedobór pracowników. Budownictwo jest najbardziej widoczne z powodu przeciągających się i zawieszanych remontów oraz odkładanych inwestycji.
Inne obszary gospodarki też jednak mają problemy – i w przekroju kilku miesięcy okazuje się, że pośród nich nie ma wyraźnie bezpiecznych branż.
– Główne przyczyny kłopotów to niska rentowność prowadzonej działalności, zwiększanie jej skali a nie wypracowywanego zysku, konkurowanie głównie ceną a nie innowacyjnością czy sprawnym serwisem – mówi Tomasz Starus.
Zwiększone obroty to wprawdzie dobra wiadomość – ale przed przychodami zwiększają one najpierw koszty, uwydatniając słabość finansową wielu polskich firm.

 

Nie wytrzymują zmian przepisów

Na to wszystko nakłada się ciągła przebudowa prawa w wielu dziedzinach: podatków, prawa pracy, ochrony danych osobowych.
Teoretycznie samo w sobie nie powinno to rodzić problemów dla przedsiębiorców, ale na pewno nie pomaga słabszym firmom, które ledwo trwają, a nawet mówiąc wprost – wegetują na rynku. Wielu przedsiębiorców wybiera w takiej sytuacji drogę niewypłacalności.
Często odbywa się to kosztem dostawców, narażając ich na straty i w efekcie powodując efekt domina. Nic nie wskazuje na to, aby w najbliższej przyszłości ten element ryzyka miał stracić na aktualności.