Komu sprzyja Gowin?

Odpowiedź jest prosta – nie demokracji, lecz biznesowi. Z uczestnikami Wolnych Dni Akademii na Uniwerystecie Jagiellońskim rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figaj (strajk.eu).

 

Które zapisy tzw. ustawy Gowina najbardziej panów oburzyły, skłoniły do podjęcia akcji protestacyjnej?

Prof. Tomasz Majewski: Kluczowy jest dla nas zapis mówiący o Radach Uczelni – wprowadza on gremia składające się w ponad 50 proc. z osób spoza uczelni. Nadawanie uprawnień decyzyjnych (a nie doradczych) takim ciałom jest niedopuszczalne. Otwiera on łatwą przestrzeń do instrumentalizacji publicznych uniwersytetów.
Obawiacie się upolitycznienia nauki? Czy może przewidujecie, że dojdzie do jej komercjalizacji?

TM: Możliwe jest i jedno, i drugie. Z jednej strony do rad mogą wejść osoby związane z biznesem, a środowisko biznesowe w polskich realiach nie jest znane z gestów takich jak ufundowanie uczelnianej katedry albo przekazanie któremuś z uniwersytetów znacznej donacji. Z drugiej do rad uczelni z łatwością trafią byli politycy samorządowi lub krajowi ze swoimi interesami i „znajomościami”, na którym zależy rektorom. Rada mogłaby istnieć jako gremium doradcze, powoływane fakultatywnie przez zainteresowane tym uczelnie – nie obligatoryjnie.

 

Gdzie jeszcze widzicie w zapisach ustawy zagrożenia?

TM: Aberracją jest pomysł „dostosowania polskiego rejestru dyscyplin do listy OECD”. Tradycje badawcze i podział dyscyplin, który jest efektem logiki badań, mają ustąpić przed porównywalnością wyników badań dopasowaną do R& D, czyli logiki wdrożeń dla biznesu. Bez zgody środowiska naukowego status samodzielnej dyscypliny mają stracić m.in. historia sztuki, archeologia czy łączone na siłę kulturoznawstwo i etnologia. Propozycje nowych dyscyplin humanistycznych można określić jako zbitki – filozofia z religioznawstwem, językoznawstwo z literaturoznawstwem czy wspomniana archeologia z historią… To dyscypliny tylko pozornie bliźniacze. Faktycznie charakteryzują się odmiennymi przedmiotami i metodami badań, oraz innymi „reżimami” publikowania.

Dezydery Barłowski: Ogromne kontrowersje budzi przede wszystkim kwestia likwidacji mniejszych ośrodków akademickich, do czego bez wątpienia doprowadzi ta ustawa. Jest to nie tylko wielka strata dla Akademii jako takiej, ale też uderzenie w całą społeczność tzw. „Polski B”. Likwidacja tych ośrodków przyczyni się do większego rozwarstwienia społecznego, które i tak jest bardzo niepokojące. Sprawa ta stanowi kwestię dość dziwną, jeśli zwrócimy uwagę na to, że właśnie z „małych ośrodków” pochodzi większość elektoratu rządzącej partii.
TM: To nie wszystko. Wcześniejsza emerytura dla kobiet-samodzielnych pracowników naukowych w wieku 60 lat powinna być możliwością, nie obligiem. Kuriozalne są poprawki do ustawy do artykułu 20 ustęp 1 i ustęp 7 z 30 maja b. r., które w sposób zakamuflowany odbierają starszym pracownikom uprawnienia w zakresie procedury wyboru elektorów mających wpływ na wybór rektora. Niedopuszczalne jest rozszerzanie uprawnień ministra, który chciałby „szczegółowo określać” program studiów, a także decydować o tym, czy mniejsza uczelnia będzie mogła otworzyć kierunek „niepokrywający się z dyscyplinami” z nowego rejestru. Otwiera to szerokie pole do ideologizacji nauczania i będzie wywierać „efekt mrożący” na pracowników naukowych – o to najwyraźniej ministrowi chodzi.

Wspomnę wreszcie o zapisach wskazujących na nowy tryb ewaluacji publikacji, które doprowadzą do obniżenia znaczenia i rangi języka polskiego w publikacjach naukowych. Odzyskanie niepodległości umożliwiło otwarcie polskich uczelni, rozwijanie terminologii naukowej w języku polskim, co jest szczególnie istotne dla nauk humanistycznych i nauk społecznych. Tak uczcimy setną rocznicę?

 

Jaka jest świadomość tych zagrożeń w społeczności krakowskich uczelni? A może ustawa ma na uniwersytetach swoich zwolenników?

DB: Projekt ministra Gowina różni się od wielu innych, jakie w ostatnich latach przepychał rząd, tym, że pracowano nad nim w sposób naprawdę „inteligentny”, rzec można – przebiegły. Minister wybierał sobie takich rozmówców, którzy byli mu na rękę.Ustawa 2.0 zwiększa władzę rektorów oraz tzw. wielkich ośrodków, więc na „szerokie konsultacje” zapraszano przychylne osoby z takich grup, a pojawiające się głosy sprzeciwu były wręcz ignorowane. Tak było np. z głosem profesorów UJ sprzeciwiających się likwidacji kulturoznawstwa. Zupełnie jakby np. o prawach i losie kobiet dyskutował i decydował Episkopat – brzmi znajomo, prawda? Do tego kluczowe prace nad projektem odbywają się teraz – w najgorętszym miesiącu na uczelni, gdy studentki i studenci skupieni są na sesji egzaminacyjnej, a pracownice/pracownicy i doktorantki/doktoranci, również zaangażowani w sesję, dodatkowo mają setki obowiązków formalnych, papierkowych.
Niemniej w krakowskim środowisku akademickim znalazła się grupa kilkuset osób, które nie są obojętne na przyszłość Uczelni. W pierwszej kolejności należy wymienić studentki i studentów UJ, UEK i AGH, którzy odważnie zdecydowali się na okupowanie budynków UJ – dzięki takim ludziom demokracja w tym kraju jeszcze jakoś się trzyma, a to, że mogę ich jako doktorant wspierać jest dla mnie wielkim honorem. Z kadry akademickiej samego Wydziału Polonistyki UJ pod listem wsparcia protestujących podpisało się kilkadziesiąt osób.

Jeśli przed tym protestem świadomość zagrożeń wynikających z ustawy nie była marginalna, ale nie była też szczególnie duża, to teraz świadomość członków społeczności uczelni wzrasta z godziny na godzinę.

 

Czy zgodziliby się panowie, że Ustawa 2.0 to nie początek, a kontynuacja szkodliwych dla polskiej nauki tendencji? Jeśli tak, to dlaczego dopiero teraz środowisko akademickie protestuje?

TM: Tak, reforma Gowina nie jest początkiem procesu niekorzystnych zmian legislacyjnych. To, że właśnie teraz rozpoczęły się protesty wynika m.in. z tego, że jej wprowadzenie oznaczałoby ostateczne spacyfikowanie wspólnoty akademickiej próbującej kontynuować krzewienie etosu Uniwersytetu jako wspólnoty poszukującej w coraz bardziej niekorzystnym otoczeniu prawno-finansowo-organizacyjnym. Otoczenie to zmierza do administracyjnego narzucania pracownikom nauki reguł niezgodnych z najgłębszymi wartościami akademickimi.
Wskażmy najważniejsze momenty, w których wdrażano zmiany szkodliwe dla polskiej Akademii.

TM: Reforma z roku 1990 była otwarciem śluzy dla „wolnej amerykanki rynkowej” w tworzeniu uczelni niepublicznych – wygenerowała boom edukacyjny bez rządowych nakładów na naukę i za cenę obniżenia jakości kształcenia. Reforma z 2011 minister Kudryckiej narzuciła nam szereg szykan administracyjnych i sposoby ewaluacji, które zaowocowały „punktozą” i „grantozą”. Wymusiła patrzenie na pracę naukową w kategoriach indywidualnych karier i brutalnej rywalizacji o nikłe zasoby finansowe na badania.

Dobrym elementem tamtej reformy było powołanie Narodowego Centrum Nauki, które ma coraz lepszy system oceny i ewaluacji projektów badawczych, wzmocniło pozycję wielu młodych badaczy, gdyż granty zatrzymały ich w polskim systemie nauki. Ale system grantowy ma ogromny minus – jest nim obciążanie naukowców ogromną pracą administracyjną przy obsłudze grantów i zmuszanie ich do samodzielnego poszukiwania środków na własne badania. Można to nazwać outsorcingiem funkcji badawczych. Do tego dochodzi prekaryzacja i niepewność zatrudnienia dla naukowców, którzy muszą stale „przyprowadzać pieniądze” z zewnątrz na uczelnie, w formie pozyskanych grantów.

 

Wtedy jednak środowisko naukowe nie protestowało tak stanowczo, jak obecnie.

TM: Bo żadna z wcześniejszych reform nie ingerowała tak głęboko w samostanowienie uczelni. Słynne zdanie ministra Gowina o „rozhermetyzowaniu uczelni” oznacza, że ludzie nauki nie powinni zarządzać sami, winni to robić za nich biznesmeni i politycy. Ustawa 2.0 ingeruje w to, gdzie i w jakim języku mamy publikować, określa za nas i bez naszej zgody, jaką dyscyplinę mamy obecnie reprezentować i z jakiej będziemy uzyskiwać stopnie naukowe.

 

Jeśli reforma Gowina nie uzdrawia sytuacji w polskiej nauce, to w jakim kierunku powinny iść zmiany, które by jej faktycznie pomogły? Bo to, że zmiany są konieczne, nie budzi raczej wątpliwości.

TM: Przede wszystkim reforma powinna być odroczona co najmniej o rok i faktycznie przedyskutowana ze środowiskami, które odnoszą się do niej krytycznie i pokazują jej negatywne konsekwencje. Nie tylko z grupami zgadzającymi się z ministrem, takimi jak prezydium KRASP, rektorzy uczelni czy fasadowy Parlament Studentów Polskich kierowany przez osobę kandydującą z list partii Gowina. W sprawie rejestru dyscyplin humanistycznych i społecznych należy uwzględnić np. głosy Komitetów Naukowych PAN i Towarzystw Naukowych, a następnie powrócić do pracy nad Polskim Współczynnikiem Wpływu, zamiast transferować olbrzymie publiczne środki do prywatnych konsorcjów posiadających bazy typu „SCOPUS”.
Z naszej strony dość jasnym postulatem pozytywnym jest również zwiększenie finansowania nauki. A nadto należy od nowa pomyśleć o Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej – bo ona dyskryminuje naukowców polskich pracujących od lat w trudnych warunkach polskiej Akademii. Powinno się wprowadzić osobą pulę na rozwijanie Centrów Badawczych, ustalić równy wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn.

 

A co z zarządzaniem uczelniami, jaką alternatywę można przedstawić dla gowinowskich Rad Uczelni?

TM: Dążenie do poprawy administrowania uniwersytetem nie może odbywać się na zasadzie „komercjalizacji”, osłabiania praw pracowniczych i likwidacji zarządzania kolegialnego. Wręcz przeciwnie, konieczna jest większa kolegialność! Wartością wspólnoty akademickiej jest właśnie jej modus operandi – konieczność stałej rozmowy z osobami o przeciwnych poglądach, nie zaś podejmowanie decyzji „ponad głowami”.

 

Przypomnijmy na zakończenie, jakie działania protestacyjne zostały podjęte na Uniwersytecie Jagiellońskim.

DB: W piątek 8 czerwca przed Collegium Novum odbyła się pikieta, której organizatorami byli m.in. Jakub Baran i Joanna Grzymała-Moszczyńska. W proteście uczestniczyło kilkaset osób – duża część to pracownicy/ce i studenci/tki Wydziału Polonistyki UJ, lecz pojawiło się też wiele osób spoza uniwersytetu. Równolegle studentki i studenci UJ, UEK i AGH rozpoczęli protest okupacyjny w sali 16 Wydziału Polonistyki przy ul. Gołębiej 20, który przeniósł się do pobliskiego budynku UJ przy ul. Grodzkiej. Odbywa się tam też „Akademicki Piknik Okupacyjny” –warsztaty, wykłady, debata na tematy związane ze zmianami w szkolnictwie wyższym. Do protestu na bieżąco przyłączają się przedstawiciele uczelnianych związków zawodowych, lecz główną siłą napędową są w tej chwili zaangażowane studentki i studenci. To oni/one okupują przestrzenie akademii, oni/one planują kolejne działania i to dzięki im my, jako doktoranci/tki, oraz pracownicy/pracownice możemy włączać się w solidarny protest. Razem nie zamierzamy się poddawać!

 

Dziękuję za rozmowę.

Protest środowiska akademickiego,rozpoczęty na Uniwersytecie Warszawskim i podjęty przez szereg ośrodków akademickich w całym kraju, wsparty przez związki zawodowe, relacjonowany na bieżąco na naszym portalu, trwa.
11 czerwca w mediach pojawiły się informacje, iż prezydent Andrzej Duda rozważa nawet zawetowanie gowinowskiej ustawy 2.0. Akademicki Komitet Protestacyjny wzywa do ogólnopolskiej mobilizacji 13 czerwca.

Balkon z widokiem na demokratyczną uczelnię

– To ostatni dzwonek, by wyrazić sprzeciw wobec złych zmian w nauce i szkolnictwie wyższym. Być może środowisko akademickie właśnie to zrozumiało – powiedziała mi Karolina Grzegorczyk, studentka w Instytucie Kultury Polskiej UW, aktywistka Uniwersytetu Zaangażowanego. W momencie, gdy piszę te słowa – także uczestniczka protestu przeciwko reformie Jarosława Gowina, jedna z tych, którzy spędzają noc na balkonie siedziby rektora uniwersytetu. Tego, że zaprotestują, nie spodziewał się nikt. I tylko dzięki temu w ogóle udało im się zacząć.

 

W środę, o wpół do dziesiątej grupa studentów/ek, doktorantek/ów, wykładowców i wykładowczyń akademickich weszła na balkon pierwszego piętra Pałacu Kazimierzowskiego, jednego z zabytkowych budynków na kampusie głównym Uniwersytetu Warszawskiego. Rozwinęli transparenty: „Żądamy demokratycznych uniwersytetów” wielkimi czarnymi literami na czerwonym tle, obok „Samorządność naszą bronią” uzupełnione antyfaszystowskim emblematem trzech strzał.

Mają jedenaście postulatów. Najbardziej nośne – chcemy zachowania autonomii uniwersytetów od politycznych nacisków, oczekujemy, że akademia będzie bardziej demokratyczną społecznością, nie godzimy się na likwidowanie uczelni w mniejszych miastach i tym samym wzmacnianie nierówności w dostępie do oświaty na poziomie wyższym. To oczekiwania, które odnoszą się wprost do ustawy Gowina. Szumnie nazywana „Nauką 2.0” ustawa, jaką pomysłodawca chciałby przepchnąć do początku przyszłego roku akademickiego, przewiduje bowiem wprowadzenie Rad Uczelni złożonych w połowie z ludzi z zewnątrz, na kształt rad nadzorczych. Do tego planowane jest pozbawienie słabszych uczelni możliwości nadawania stopnia doktora habilitowanego, co będzie oznaczało, że karierę naukową poza najważniejszymi ośrodkami robić będzie bardzo trudno.

Ale program protestujących przewiduje również walkę o zwiększenie nakładów na szkolnictwo wyższe, by szło na ten cel przynajmniej 2 proc. PKB, postulat wzmocnienia praw pracowniczych na uczelniach, uzdrowienie kwestii socjalnych (więcej akademików i domów młodych naukowców, waloryzacja stypendiów), gwarancji, by badacze w dziedzinach humanistycznych i społecznych mogli publikować po polsku.

To hasła w kontrze nie tylko do działań PiS. Bo, jak podkreśla Karolina Grzegorczyk, zapisy z ustawy Gowina częściowo są kontynuacją zmian wprowadzonych przez minister Barbarę Kudrycką, o silnym neoliberalnym, urynkowiającym charakterze. Konsekwencje tych zmian będą odczuwalne przez najbliższe dekady, mówi.

 

Balkon należy do nas wszystkich

Już kilkanaście minut po starcie protestu Straż Uniwersytecka próbowała usunąć transparenty, ale demonstranci jej to uniemożliwili. Przed dziesiątą obok strażników stanął rektor UW Marcin Pałys, nad wyraz stanowczy: – Jeśli będziecie organizować życie w moim gabinecie tak, jak się państwu podoba, będzie potrzeba użycia Straży Uniwersyteckiej. Proszę o zawieszenie tego protestu, o wyłonienie trzyosobowej reprezentacji.

– Uniwersytet jest nas wszystkich i wszyscy chcemy się wypowiedzieć, żeby nikt nami nie rządził po swojemu – odpowiada Sebastian Słowiński ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego. Zebrani powtarzają: protest nie będzie zawieszony. Ostatecznie delegacja zostaje wyłoniona, spotyka się z rektorem w gabinecie, napięta atmosfera ustępuje. Ale transparenty i manifestanci nie opuszczają balkonu.

Co dalej? Naradzają się i głosują, siedząc na materacach, opierając się o zabytkowe barierki, albo po prostu stojąc obok cokolwiek ponurego czarnego transparentu z napisem Nauka Niepodległa i zapasów prowiantu (dominują chipsy, profesor Andrzej Leder żartem skomentuje potem: czasy się zmieniają, kiedy studenci strajkowali na UW w latach 80., sympatycy przynosili im głównie chleb i zupę w słoikach). Część stoi, bo na balkonie nie ma miejsc do siedzenia dla około trzydziestu osób. Do tego naturalny odruch ciekawości, skłaniający, by wstać i wyglądać na dół: zbierają się zwolennicy? Dotarły do społeczności akademickiej informacje o dalszych planach na Wolne Dni Akademii, bo tak nazwano protest?

Kiedy obwieszczają, że protest będzie kontynuowany na warunkach, które akceptuje rektor, a więc powstanie pisemny wniosek i zostaną wskazani organizatorzy, a na balkon można wchodzić i wychodzić od siódmej do dwudziestej, na dole jest mniej więcej tyle osób, co na górze. Potem, w niektórych momentach, obserwatorów i sympatyków przybędzie, ale tłum się nie zgromadzi. Wśród tych, którzy staną na chodniku przed Pałacem Kazimierzowskim, usiądą w cieniu budynku naprzeciwko albo na drodze wewnętrznej, kiedy z miniwykładami będą występowali Maciej Gdula, Andrzej Leder i Ewa Majewska, na oko najwięcej jest dziewczyn-studentek. Dają się zauważyć osoby, które, widać po przypinkach, na niejednej demonstracji już były w ciągu ostatnich dwóch lat: Czarny Protest, tęcza, strajk kobiet…

 

Otworzyć ludziom oczy

– Dlaczego tu jestem? Bo… zgadzam się z tymi jedenastoma punktami programu, z którymi oni występują – mówi mi jedna z uczestniczek protestu, w oczekiwaniu na wystąpienie prof. Ledera, trochę niepewnie, jakby w podświadomym przekonaniu, że protest na uczelni to coś tak niespotykanego, że aż dziwnego, trudnego do uzasadnienia… Kilkanaście razy zresztą zobaczę momenty zdziwienia, nieoczekiwane powitania: „Cześć! Ty też tu jesteś?”, „To ty, też przyszedłeś?”.

Mówi mi na balkonie Tadek, student, aktywista w Studenckim Komitecie Antyfaszystowskim: ogólnie społeczność akademicka, jak zwykle, chyli się ku bierności. Nic nie robią, ani nie są za, ani przeciw, ani nie wiedzą, o co chodzi. Poza rektorem, który jest za, bo tak naprawdę to on napisał tę ustawę, i może częścią pracowników naukowych, którzy dostrzegają, że zapisy nowego prawa dotyczą bezpośrednio ich pracy. Ten protest jest też po to, żeby otworzyć ludziom oczy, zacząć prawdziwą debatę.

Mówi Karolina Grzegorczyk: świadomość sensu zmian jest wśród moich rówieśników bardzo różna. W tej ustawie są zapisy, które są oburzające, ale godzą w wartości abstrakcyjne, jak autonomia nauki, nie ma wielu punktów, które dotykają codziennego życia studentów. Większa mobilizacja jest widoczna w środowiskach, które są aktywne na innych polach, czy to feministycznym, czy antyfaszystowskim, czy też ściśle związanym z kwestiami szkolnictwa wyższego.

 

Co myśli rektor, co myśli doktorant

– Środowisku dobrze zrobiłoby spotkanie w równościowej formule poza tradycyjnymi hierarchiami, w której głos każdego i każdej może zostać wysłuchany. Co innego służy naukom ścisłym, a co innego humanistyce. O czym innym myśli rektor, o czym innym doktorant – tak Łukasz Moll, lewicowy aktywista, który niedawno skończył pisanie pracy doktorskiej, odpowiada mi na pytanie o to, czy popiera sformułowane w Warszawie postulaty i jak naprawdę uzdrawiać polską naukę. – Sprzeciw wobec reformy Gowina to dobry moment, żeby zacząć dyskusję. Mam nadzieję, że inne uczelnie pójdą za przykładem UW, bo to ostatni dzwonek, żeby w tej ustawie coś wyprostować, wywrzeć nacisk na parlament i prezydenta. Potrzebni będą lokalni liderzy, za którymi pójdą mniej rozpoznawalni pracownicy, doktoranci czy studenci.

Ale nawet media sprzyjające protestowi zdają się nie wierzyć, że podobny scenariusz byłby możliwy, nazywając protest na balkonie„rozpaczliwą odpowiedzią” na niechcianą ustawę. Morale rośnie w ciągu dnia. Kiedy prof. Andrzej Leder dzieli się wspomnieniami i refleksją o strajkach studenckich, okraszony refleksją nad tym, czym jest autorytaryzm i jak jest powoli budowany we współczesnej Polsce, atmosfera jest już radośniejsza. Do protestujących docierają kolejne wyrazy poparcia: od Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, NSZZ „Solidarność”, partii Razem, wreszcie od studentów i młodych naukowców z innych ośrodków, którzy w internecie z radością udostępniają zdjęcia, piszą: dziękujemy! Nareszcie!

A przecież protestujący muszą też widzieć ludzi, kompletnie obojętnie załatwiających swoje sprawy w biurach na parterze Pałacu Kazimierzowskiego, wchodzących i wychodzących bez najmniejszego zainteresowania zbiegowiskiem i transparentami.

Nie mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że kilkadziesiąt metrów od rektoratu na ławeczkach młodzi ludzie cieszą się słoneczną pogodą, kompletnie nieświadomi tego, jak spektakularną akcję zorganizowali ich koleżanki i koledzy.

Kiedy wieczorem w dniu rozpoczęcia protestu pod Pałac Kazimierzowski przychodzi pikieta z poparciem, wołając „Wolność, równość, autonomia”, protestujący – kilkanaścioro osób, które zostają na balkonie na noc – odwdzięczają się śpiewem „Solidarność naszą bronią”. Podchwytują zaintonowany przez przybyłych, tym razem już nie studentki, a głównie ludzi, którzy już edukację dawno skończyli, okrzyk „Gowin precz!”.

To nie jedyny bardziej radykalny akcent niż wystąpienia poranne. – Od tego, jakie wartości zostaną nam przekazane na uniwersytecie, zależy to, jak będzie wyglądał ten kraj. Jeżeli już od pierwszych dni będziemy uczeni, że nasz głos nic nie znaczy, mamy posłusznie i grzecznie słuchać poleceń i nie protestować w sprawach, które nas dotyczą, ludzie zakodują to sobie, będą cisi i potulni. Nie będą mieli chęci, odwagi, woli, żeby się sprzeciwiać – ostrzega młoda działaczka.

Używa czasu przyszłego niestety na wyrost: wieczorem protest na UW nie jest już niespodzianką, zainteresowanie nim deklaruje na Facebooku ponad tysiąc osób, ale ostatecznie przyszło w geście solidarności, znowu, kilkadziesiąt. Tyle, jak na razie, ma „wolę, by się sprzeciwiać”. Ale protest nie skończy się na jednym dniu. Będzie trwał, a balkon wierzy, że nie okaże się głosem wołającym na puszczy.

Na razie rząd i twórcy ustawy Gowina sprawę ignorują. Państwowe media nawet nie wspomniały, że „nauka 2.0”, która niedawno przeszła jak burza przez odpowiednią sejmową komisję, znalazła swoich aktywnych krytyków. Także resort nauki nieszczególnie się przejmuje: zdaniem wiceministra Piotra Mullera zapisy ustawy albo nie są wcale sprzeczne z oczekiwaniami protestujących, albo też oni sami nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą.

O wolne uczelnie

Kilkudziesięcioro studentów i studentek, doktorantek i doktorantów, pracowników i pracownic naukowych Uniwersytetu Warszawskiego manifestuje na terenie uczelnianego kampusu przeciwko „ustawie Gowina”.

 

Około czterdziestu osób przybyło o 9.30 do siedziby rektora UW – Pałacu Kazimierzowskiego. Są wśród nich wykładowcy i wykładowczynie, doktorantki i doktoranci oraz studenci i studentki, z różnych wydziałów, a także z uczelni spoza Warszawy. Protest jest odpowiedzią na tzw. ustawę Gowina, która 31 maja została skierowana do dalszych prac przez Komisję Edukacji, Nauki i Młodzieży. Bez skorygowania zapisów, jakie spotykają się ze sprzeciwem akademików, a nawet z negatywnymi ocenami Biura Analiz Sejmowych.
Rektor, który reformę Gowina popiera, zasugerował spotkanie w gabinecie z delegacją protestujących. Na balkonie pojawiły się kolejne transparenty: „Samorządność naszą bronią” oraz „Nie oddamy autonomii”.
Organizatorzy podkreślają: inicjatywa nie ma partyjnego charakteru. Jej uczestników łączy przekonanie, iż uniwersytet powinien być dobrem wspólnym, gwarantującym dostęp do edukacji na poziomie wyższym niezależnie od miejsca zamieszkania, a także swobodę badań naukowych, niezależną od polityków. Wśród postulatów protestu wymieniono również zapewnienie akademikom godnych warunków socjalnych, podniesienie nakładów na naukę, wzmocnienie praw pracowniczych na uczelniach i gwarancje publikowania w języku polskim.
„Ustawa 2.0 pozbawi większość studentów i pracowników wpływu na los uczelni” – napisali organizatorzy w swojej odezwie.