Ustawa Gowina, statuty – nasze

Wszystko wskazuje na to, że pomimo ogólnopolskich protestów środowiska akademickiego ustawa o nauce i szkolnictwie wyższym przejdzie przez legislacyjne sito. Po drodze była i ciągle jest naprędce poprawiana, łagodzona w szczegółach pod wpływem rozmaitych głosów krytycznych i sprzecznych interesów.

 

Ostatecznie zadowoleni nie są z niej ani jej najzagorzalsi zwolennicy, ani najbardziej nieprzejednani krytycy. W zasadzie nie wiadomo już, jaki konkretnie cel spełniać ma taka ustawa, jaką spójną i całościową wizję szkolnictwa wyższego reprezentuje? Jednak właśnie dlatego, że mamy do czynienia ze niezidentyfikowanym obiektem ustawowym, przyszły rok akademicki możemy wykorzystać do tego, by zreperować go pod wieloma względami na poziomach naszych uczelni. Umożliwić mogą nam to prace nad ich statutami. Ważne, żebyśmy zaczęli już teraz. W warstwie systemowej walka między przeciwnikami i zwolennikami ustawy zakończyła się remisem, który nie satysfakcjonuje żadnej ze stron i na którym nie zyskuje szkolnictwo wyższe jako całość.

 

Przeciąganie liny

Pomimo że w toku prac i pod wpływem krytyki nacisk na międzynarodową konkurencyjność elitarnych ośrodków nieco osłabł, to protestującym nie udało się wywalczyć gwarancji, że uczelnie regionalne mają zapewnione perspektywy rozwoju. To największa porażka ruchu protestacyjnego. Z drugiej strony na froncie dotyczącym przyszłych modeli zarządzania uczelniami, udało się wywalczyć znaczące ustępstwa. Przede wszystkim osłabiono zagrożenie płynące dla autonomii uczelni ze strony nowego organu – rady uczelni – w którym dominującą rolę mieli odgrywać przedstawiciele spoza środowiska akademickiego. Nie powiodła się natomiast próba ograniczenia potencjalnie absolutystycznych uprawnień, jakie ustawa przyznaje rektorom. Nic dziwnego, że środowiska rektorskie żarliwie popierały zmiany i to one mogą czuć się największymi zwycięzcami przeciągania liny, które trwało przez ostatnich kilkanaście miesięcy. Z zapowiedzianych podwyżek cieszyć mogą się głodzeni dotychczas niskimi płacami pracownicy naukowi. Powody do zadowolenia mają także przyszli doktoranci, którzy objęci zostaną obligatoryjnym stypendium. Za pozytywną zmianę można uznać ograniczenie krytykowanej punktozy publikacyjnej – większy nacisk położono na jakość, a nie na ilość publikacji. Jednak pomimo tych pojedynczych plusów, pod względem systemowym ustawa nie stwarza warunków do równomiernego i stabilnego rozwoju ośrodków akademickich, grozi ograniczeniem dostępu do studiów na peryferiach, utrwala zależność finansowania badań od uznaniowego systemu grantowego, przymusza do wzmożonego uczestnictwa w międzynarodowym obiegu publikacyjnym (bez zapewnienia ku temu wymaganego wsparcia), wreszcie – daje rektorom szerokie uprawnienia, które trafiwszy w niepowołane ręce, mogą skutkować wieloma antyspołecznymi i wynikającymi z określonych preferencji światopoglądowych zmianami.

 

Przekuć miecze na lemiesze

Ruch protestacyjny nie powinien jednak składać przedwcześnie broni. Bez względu na to, czy będziemy kontynuować walkę na froncie ministerialnym – domagając się na przykład nowelizacji ustawy, kiedy wyjdą na jaw jej niedoróbki – na naszych uczelniach powinniśmy przekuć mecze na lemiesze.

 

Rektorzy – „my” czy „oni”?

Jest to tym bardziej istotne, że nowa ustawa daje uczelniom niespotykaną jak dotąd swobodę w określaniu swojego ustroju, wzorców zarządzania czy reprezentowanych wartości. Potencjalnie sprzyja ona rzeczywiście pogłębianiu autonomii uczelni poprzez odejście od modelu centralistycznego, który narzuca wszystkim jeden model funkcjonowania.
W praktyce jednak – wobec silnie wyeksponowanej w ustawie pozycji rektora i dekompozycji istniejących struktur wspólnoty akademickiej – może ona sprzyjać oligarchizacji. Zwłaszcza, że zapisane w ustawie przepisy przejściowe dają rektorom możliwość zawiązania zamkniętego układu, swoistej koterii, która zorganizowałaby uczelnię na nowo bez rzeczywistej partycypacji wspólnoty. Rektor z dotychczasowym senatem, niewybieranym od nowa na okoliczność fundamentalnych zmian w ustroju uczelni, mogą w łatwy sposób obsadzić w radzie uczelni przedstawicieli biznesu, Kościoła, albo po prostu swoich kolesi. Mogą, jeśli środowisko akademickie pozostanie uśpione. Dlatego prace nad nowym statutem to dobry moment do jego pobudki.

 

Zasiąść przy stole

Ale nie tylko groźba oligarchizacji powinna motywować nas do działania. Do wspólnoty akademickiej powinniśmy kierować przekaz alarmujący, że to od nowego statutu będzie zależała liczba wydziałów i ich kształt, istnienie instytucji zakładu, tryb wyboru rektora i dziekanów, szczegółowy sposób powoływania członków rady uczelni, model organizacji dydaktyki, implementacja nowego podziału na pracowników naukowo-dydaktycznych i dydaktycznych, ryzyko cięć kadrowych, sposób organizacji Szkół Doktorskich i perspektywy stypendiów za osiągnięcia, proporcje podziału dotacji statutowej dla konkretnych dyscyplin, lepsze zabezpieczenie przed molestowaniem seksualnym i mobbingiem w pracy – i wiele, wiele innych kwestii. Aby móc o nich porozmawiać, musimy najpierw zadbać o miejsce przy konsultacyjnym stole dla wszystkich zainteresowanych. Nie możemy zakładać, że władze rektorskie oddadzą nam je same z siebie. Być może gdzieś tak się stanie, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że byłoby to pod prąd logiki stojącej za ustawą.
Perspektywa otwarcia dyskusji może ich przerażać także dlatego, że będzie oznaczała feudalny opór ze strony dotychczasowych struktur wydziałowych, które zachowają się z gruntu konserwatywnie. Dlatego tak ważne jest wytrącenie im zawczasu z rąk argumentu, że dążenie do partycypacji umotywowane jest chęcią torpedowania wszelkich zmian i troski wyłącznie o swoje wpływy.

 

Akademickie Komitety Przyszłości

Opisywaną tu strategię przyjęliśmy na Uniwersytecie Śląskim. W czerwcu włączyliśmy się do ogólnopolskich działań Akademickiego Komitetu Protestacyjnego przeciwko ustawie Gowina. Zorganizowaliśmy dwie demonstracje – najpierw w trakcie koncertu z okazji 50-lecia uczelni, a następnie pod rektoratem. Nasze przedstawicielki były obecne na ogólnopolskim zjeździe AKP. Wysłaliśmy do pracowników uczelni mailing z naszym listem do władz rektorskich, w którym przedstawiliśmy część naszych postulatów możliwych do spełnienia na uniwersytecie bez względu na dalsze losy ustawy. Zebraliśmy pod nim podpisy 170 pracowników naukowych, doktorantek i studentów z kilku wydziałów. Następnie sami zaczęliśmy animować dialog o przyszłości uczelni. Odbyliśmy spotkanie ze związkiem zawodowym. W międzyczasie zmieniliśmy nazwę, ale pozostaliśmy przy starym skrócie: nazywamy się teraz Akademicki Komitet Przyszłości UŚ.
Gdy będzie trzeba, wrócimy do formuły protestacyjnej. Na razie zakładamy jednak, że władze rektorskie zrozumieją, że zaangażowanie wspólnoty akademickiej w prace nad statutem może pomóc rozładować napięcia społeczne i wypracować ustrój uczelni, który będzie odpowiadał na nasze obawy, potrzeby, ale i marzenia.
Staramy się otwarcie dyskutować o naszych doświadczeniach, poznawać nawzajem swoje perspektywy – wymyślać uniwersytet od nowa w sposób dialogiczny i nastawiony na kompromis.

Chcielibyśmy, żeby tryb prac nad statutem był bliski naszym własnym praktykom. Rezultaty tej działalności – prowadzonej w niesprzyjającym okresie wakacyjnym i bez znajomości finalnego kształtu ustawy – są całkiem obiecujące.

Poprzez uzupełnianie naszej wiedzy i doświadczeń, zyskujemy większą świadomość tego, jak dotąd działał uniwersytet i co może się na nim zmienić. Zyskujemy poczucie, że nasza praca nie musi być wyalienowanym wypełnianiem zewnętrznych wymogów – że możemy wziąć odpowiedzialność za ich współkształtowanie i sprofilować je nie tylko pod kątem naszych oczekiwań, ale mając na uwadze również jakość naszych przyszłych publikacji czy prowadzonych przez nas zajęć dla studentów.

Wychodząc z „idiotyzmu wydziałowego życia”, w którym widzimy tylko drzewa, a gubimy z pola widzenia las, udało nam się wypracować pierwsze postulaty, odnoszące się na razie przede wszystkim do trybu prac nad nowym statutem. Postulujemy większą jawność prac toczących się już teraz prac – z wykorzystaniem specjalnie do tego przygotowanej strony internetowej i gazetki. Chcielibyśmy, żeby kanały te nie służyły wyłącznie komunikowaniu przez władze rektorskie swojej wizji, ale były otwarte na dialog. Będziemy również przekonywać władze uczelni, że warto zatroszczyć się o bardziej aktywne pozyskiwanie zainteresowania proponowanymi zmianami – w tym celu zgłaszamy postulat przeprowadzenia piętnastominutowych spotkań informacyjnych o statucie i możliwościach zaangażowania w prace we wszystkich grupach zajęciowych. Nie zapominamy o tym, że w procesie tym powinniśmy zadbać o równą i szeroką reprezentację wszystkich grup związanych na uniwersytecie, ponieważ wierzymy, że perspektywa studenta czy doktorantki jest równie wartościowa, co punkt widzenia dziekanów czy rektorów.

Zabiegamy o to, żeby wszystkie chcące się zaangażować osoby mogły korzystać z merytorycznego wsparcia na regularnie organizowanych spotkaniach – brak znajomości przepisów prawa nie może być podstawą do dyskredytacji czyjejś wizji.

Aby zabezpieczyć się przed oligarchizacją, chcemy, żeby nasz uniwersytet zapisał w statucie prodemokratyczne rozwiązania związane zarówno z uchwaleniem statutu, jak i wyborami rektora i członków rady uczelni. Uważamy, że ogólnouczelniane referendum o charakterze opiniodawczym zapewniłoby nowemu statutowi silniejszą legitymizację i byłoby właściwym zwieńczeniem postulowanego przez nas trybu prac. Co do kandydatur na rektora i do rady uczelni, jesteśmy zdania, że określona liczba podpisów z poparciem pracowników z kilku wydziałów umacniałaby pozycję wybranych kandydatów poprzez zapewnienie silniejszego wpływu wspólnoty akademickiej na proces wyborczy.

Obecnie rozmawiamy już o swojej wizji statutu. Zastanawiamy się, w jaki sposób mógłby on sprzyjać demokratyzacji struktur, większej jawności czy wspieraniu jakości badań i kształcenia, praw pracowniczych oraz przeciwdziałaniu dyskryminacji. Widzimy tu pole do naprawy niektórych złych zapisów ustawy (np. zagwarantowanie, że wobec wprowadzenia niższego wieku emerytalnego kobiet niż mężczyzn, pracownice naukowe nie będą wypychane na wcześniejsze – i niższe – emerytury), wyeliminowania zdarzających się patologii (np. ustawiane konkursy, niewłaściwie prowadzone sprawy o molestowanie, prekaryzacja pracowników) czy otwarcia nowych możliwości rozwoju. Robimy to wszystko dlatego, że choć niebawem znajdziemy się w rzeczywistości ukształtowanej przez ustawę Gowina, to wierzymy, że łatwiej będzie nam w niej funkcjonować, jeśli uzupełnimy ją naszymi statutami. Nic o nas bez nas!

Gowin idzie dalej

Nie pomogły prowadzone do ostatnich chwil protesty w ośrodkach akademickich, nie trafiły do ministra Gowina krytyczne argumenty. Ustawa 2.0, popychająca polską naukę dalej w neoliberalnym kierunku, została 3 lipca przed północą przegłosowana w Sejmie.

 

Protestacyjne pikiety odbywały się niemal do ostatnich chwil przed głosowaniem – w Krakowie aktywistki i aktywiści Akademickiego Komitetu Protestacyjnego demonstrowali przed biurem poselskim Jarosława Gowina, 2 lipca miały miejsce także happeningi we Wrocławiu i w Warszawie. Studentek, doktorantów, wykładowczyń i wykładowców nie opuszczała nadzieja, że rządząca partia – mimo arogancji, z jaką Gowin traktował protestujących – uwzględni głos tej części środowiska akademickiego, która w czerwcu zmobilizowała się w proteście przeciwko ustawie. Działacze kilkunastu komitetów protestacyjnych argumentowali, że „konstytucja dla nauki”, zamiast ratować polskie szkolnictwo wyższe, otworzy drogę do upolitycznienia uczelni, zniszczy mniejsze, regionalne uniwersytety i ostatecznie podporządkuje polską naukę doraźnym interesom biznesu.

Gowin miał za sobą rektorów, którym ustawa znacząco poszerza zakres uprawnień. Związki zawodowe podzieliły się w ocenie nowych przepisów – Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki ZNP dostrzegła w ustawie szereg pozytywnych, propracowniczych i prodoktoranckich rozwiązań, ale już Związek Nauczycielstwa Polskiego na UW, centrala „Solidarności” czy też mazowieckie struktury OPZZ zadeklarowały solidarność z protestującymi. Ministerstwo Nauki mogło jednak pozwolić sobie na zignorowanie protestów głównie dlatego, że AKP, chociaż organizowały spektakularne protesty i zaktywizowały studentów czy doktorantów w stopniu niebywałym na polskich uczelniach, nadal nie były ruchami aktywizującymi większość swoich społeczności akademickich.

W tym kontekście warto odnotować, że protestującym mimo wszystko udało się odnieść pewien sukces – w wersji ustawy, jaką Gowin chciał przepchnąć w Sejmie jeszcze w czerwcu, Rada Uczelni kontrolująca uniwersytet na wzór korporacyjnej rady nadzorczej, miała w 51 proc. składać się z osób spoza uniwersytetu. W wersji zmienionej po protestach akademicy i „zewnętrzni eksperci” (np. biznesmeni czy byli politycy) będą mieli po połowie miejsc.

Za ustawą padły 233 głosy, przeciwko – 195. Zdecydowała postawa PiS – 219 obecnych na sali posłów i posłanek w komplecie oddało głosy „za”. Co znamienne, na sali nie było ani Jarosława Kaczyńskiego, ani czołowych przedstawicieli tzw. „frakcji profesorskiej” w PiS, którzy w czerwcu przyłączyli się do krytyki ustawy. Do tego doszły głosy niezrzeszonych, Wolnych i Solidarnych, dwóch przedstawicieli klubu Kukiz’15 i jeden reprezentant PO. Opozycja parlamentarna zmobilizowała się dość znacząco – przeciwko „konstytucji dla nauki” był prawie cały klub PO, komplet posłów i posłanek Nowoczesnej, PSL i trzyosobowe koło Ryszarda Petru.

Teraz ustawą zajmie się Senat, potem pozostanie tylko podpis Andrzeja Dudy. Co dalej planują aktywiści z uczelni? „Nie ustaniemy w naszych staraniach o zapewnienie społeczności akademickiej opieki i ochrony, na jaką ona zasługuje. Nie zrobiło tego ministerstwo, nie zrobili posłowie – zrobimy to my” – czytamy w liście warszawskiego AKP. Aktywistki i aktywiści powtarzają w nim raz jeszcze swoją druzgocącą ocenę ustawy. „Edukacja wyższa stanie się dobrem luksusowym, dostępnym tylko nielicznym – tym szczęśliwie urodzonym w Warszawie i paru innych metropoliach bądź dość zamożnym, by się do nich przenieść. Badacze dotąd mogący demokratycznie współdecydować o przyszłości uczelni stracą odtąd wszelką możliwość podmiotowego głosu na rzecz scentralizowanej władzy” – piszą.

Protest nie wygaśnie

Głosowanie nad ustawą 2.0, przeciwko której protestowali w ostatnich tygodniach studenci, doktoranci i wykładowcy, zostało przełożone na lipiec. Działaczki i działacze jedenastu lokalnych Akademickich Komitetów Protestacyjnych zawieszają swoje wystąpienia w poczuciu, że okupacja budynków uniwersyteckich okazała się skuteczna; zapowiadają także, że ruch na uczelniach nie wygaśnie.

 

Protestujący na uniwersytetach nie pozostawiali na ustawie suchej nitki. Prof. Tomasz Majewski z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wyliczył w rozmowie ze Strajkiem.eu cały szereg rozwiązań, które zaszkodzą polskiej Akademii: wprowadzenie instytucji Rad Uczelni złożonych w ponad połowie z osób spoza uniwersytetów (co nieuchronnie zaowocuje upolitycznieniem nauki lub podporządkowaniem jej doraźnym interesom biznesu), zmiany w klasyfikacji dyscyplin naukowych nieuwzględniajace ich specyfiki i przedmiotu badań, rozszerzenie uprawnień ministra i danie mu bezpośredniego wpływu na programy studiów.

– Uderzenie w samorządność i autonomię uniwersytetów w Polsce zagraża nam wszystkim, nawet przy korzystnym dla pewnych kręgów przekierowaniu wąskiego, niewystarczającego dla realnego rozwoju nauki strumienia finansowego. Jakkolwiek nie zgadzam się ze wszystkimi postulatami, głoszonymi przez protestujących, to jednak pewna wyrwa w murze akademickiego milczenia została zrobiona – powiedział z kolei Strajkowi.eu Piotr Kuligowski, doktorant na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, kierujący grantem Narodowego Centrum Nauki. – Co do samej reformy zaś, jej największą wadą jest brak realnej podstawy materialnej. Nie można od naukowców oczekiwać więcej, nie oferując w zamian realnego wsparcia instytucjonalnego dla ich pracy, np. w postaci mniejszego pensum dydaktycznego czy systemowego wsparcia dla zagranicznych publikacji.

Głosy krytyki były do ostatniej chwili dezawuowane przez Jarosława Gowina, który twierdził, że w protest zaangażowała się tylko garstka studentów, z których część związana jest z lewicowymi organizacjami politycznymi, co w mniemaniu konserwatywno-liberalnego ministra miało dodatkowo odbierać im wiarygodność. Mimo to w ostatniej chwili do ustawy wprowadzono prawie 200 poprawek, dostarczając je na posiedzenie sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży tak, że posłowie i posłanki opozycji nie mieli praktycznie szans się z nimi zapoznać. Niektóre uwzględniały jeden z najgłośniej artykułowanych postulatów – zmieniały koncepcję Rady Uczelni, która w nowej wersji miała już być zdominowana przez samych akademików, a nie „zewnętrznych ekspertów” i „menadżerów”.

Gowin poszukiwał również poparcia dla swojej ustawy w ławach opozycji, wiedząc, że nie może liczyć na stuprocentowe poparcie posłów PiS. Bez powodzenia – zarówno PO, jak i Nowoczesna zapowiedziały głosowanie przeciw. Obie partie opozycji skalkulowały, że w danym momencie opłaci się im stanąć po stronie protestujących, chociaż ogólnie nie są przeciwne neoliberalnym rozwiązaniom w nauce – szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer w rozmowie z oko.press podkreślała, że nadal widzi w ustawie „wartościowe i dobre zapisy”.

Dalsze prace nad ustawą zostały przełożone na lipiec. Niewykluczone, że Gowin czeka, aż do pełni zdrowia wróci Jarosław Kaczyński, podobno wielki zwolennik „konstytucji dla nauki”. Niemniej ministerstwo utrzymuje, że nic się nie stało – „nie ma mowy o żadnym wycofaniu projektu”.

Komu sprzyja Gowin?

Odpowiedź jest prosta – nie demokracji, lecz biznesowi. Z uczestnikami Wolnych Dni Akademii na Uniwerystecie Jagiellońskim rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figaj (strajk.eu).

 

Które zapisy tzw. ustawy Gowina najbardziej panów oburzyły, skłoniły do podjęcia akcji protestacyjnej?

Prof. Tomasz Majewski: Kluczowy jest dla nas zapis mówiący o Radach Uczelni – wprowadza on gremia składające się w ponad 50 proc. z osób spoza uczelni. Nadawanie uprawnień decyzyjnych (a nie doradczych) takim ciałom jest niedopuszczalne. Otwiera on łatwą przestrzeń do instrumentalizacji publicznych uniwersytetów.
Obawiacie się upolitycznienia nauki? Czy może przewidujecie, że dojdzie do jej komercjalizacji?

TM: Możliwe jest i jedno, i drugie. Z jednej strony do rad mogą wejść osoby związane z biznesem, a środowisko biznesowe w polskich realiach nie jest znane z gestów takich jak ufundowanie uczelnianej katedry albo przekazanie któremuś z uniwersytetów znacznej donacji. Z drugiej do rad uczelni z łatwością trafią byli politycy samorządowi lub krajowi ze swoimi interesami i „znajomościami”, na którym zależy rektorom. Rada mogłaby istnieć jako gremium doradcze, powoływane fakultatywnie przez zainteresowane tym uczelnie – nie obligatoryjnie.

 

Gdzie jeszcze widzicie w zapisach ustawy zagrożenia?

TM: Aberracją jest pomysł „dostosowania polskiego rejestru dyscyplin do listy OECD”. Tradycje badawcze i podział dyscyplin, który jest efektem logiki badań, mają ustąpić przed porównywalnością wyników badań dopasowaną do R& D, czyli logiki wdrożeń dla biznesu. Bez zgody środowiska naukowego status samodzielnej dyscypliny mają stracić m.in. historia sztuki, archeologia czy łączone na siłę kulturoznawstwo i etnologia. Propozycje nowych dyscyplin humanistycznych można określić jako zbitki – filozofia z religioznawstwem, językoznawstwo z literaturoznawstwem czy wspomniana archeologia z historią… To dyscypliny tylko pozornie bliźniacze. Faktycznie charakteryzują się odmiennymi przedmiotami i metodami badań, oraz innymi „reżimami” publikowania.

Dezydery Barłowski: Ogromne kontrowersje budzi przede wszystkim kwestia likwidacji mniejszych ośrodków akademickich, do czego bez wątpienia doprowadzi ta ustawa. Jest to nie tylko wielka strata dla Akademii jako takiej, ale też uderzenie w całą społeczność tzw. „Polski B”. Likwidacja tych ośrodków przyczyni się do większego rozwarstwienia społecznego, które i tak jest bardzo niepokojące. Sprawa ta stanowi kwestię dość dziwną, jeśli zwrócimy uwagę na to, że właśnie z „małych ośrodków” pochodzi większość elektoratu rządzącej partii.
TM: To nie wszystko. Wcześniejsza emerytura dla kobiet-samodzielnych pracowników naukowych w wieku 60 lat powinna być możliwością, nie obligiem. Kuriozalne są poprawki do ustawy do artykułu 20 ustęp 1 i ustęp 7 z 30 maja b. r., które w sposób zakamuflowany odbierają starszym pracownikom uprawnienia w zakresie procedury wyboru elektorów mających wpływ na wybór rektora. Niedopuszczalne jest rozszerzanie uprawnień ministra, który chciałby „szczegółowo określać” program studiów, a także decydować o tym, czy mniejsza uczelnia będzie mogła otworzyć kierunek „niepokrywający się z dyscyplinami” z nowego rejestru. Otwiera to szerokie pole do ideologizacji nauczania i będzie wywierać „efekt mrożący” na pracowników naukowych – o to najwyraźniej ministrowi chodzi.

Wspomnę wreszcie o zapisach wskazujących na nowy tryb ewaluacji publikacji, które doprowadzą do obniżenia znaczenia i rangi języka polskiego w publikacjach naukowych. Odzyskanie niepodległości umożliwiło otwarcie polskich uczelni, rozwijanie terminologii naukowej w języku polskim, co jest szczególnie istotne dla nauk humanistycznych i nauk społecznych. Tak uczcimy setną rocznicę?

 

Jaka jest świadomość tych zagrożeń w społeczności krakowskich uczelni? A może ustawa ma na uniwersytetach swoich zwolenników?

DB: Projekt ministra Gowina różni się od wielu innych, jakie w ostatnich latach przepychał rząd, tym, że pracowano nad nim w sposób naprawdę „inteligentny”, rzec można – przebiegły. Minister wybierał sobie takich rozmówców, którzy byli mu na rękę.Ustawa 2.0 zwiększa władzę rektorów oraz tzw. wielkich ośrodków, więc na „szerokie konsultacje” zapraszano przychylne osoby z takich grup, a pojawiające się głosy sprzeciwu były wręcz ignorowane. Tak było np. z głosem profesorów UJ sprzeciwiających się likwidacji kulturoznawstwa. Zupełnie jakby np. o prawach i losie kobiet dyskutował i decydował Episkopat – brzmi znajomo, prawda? Do tego kluczowe prace nad projektem odbywają się teraz – w najgorętszym miesiącu na uczelni, gdy studentki i studenci skupieni są na sesji egzaminacyjnej, a pracownice/pracownicy i doktorantki/doktoranci, również zaangażowani w sesję, dodatkowo mają setki obowiązków formalnych, papierkowych.
Niemniej w krakowskim środowisku akademickim znalazła się grupa kilkuset osób, które nie są obojętne na przyszłość Uczelni. W pierwszej kolejności należy wymienić studentki i studentów UJ, UEK i AGH, którzy odważnie zdecydowali się na okupowanie budynków UJ – dzięki takim ludziom demokracja w tym kraju jeszcze jakoś się trzyma, a to, że mogę ich jako doktorant wspierać jest dla mnie wielkim honorem. Z kadry akademickiej samego Wydziału Polonistyki UJ pod listem wsparcia protestujących podpisało się kilkadziesiąt osób.

Jeśli przed tym protestem świadomość zagrożeń wynikających z ustawy nie była marginalna, ale nie była też szczególnie duża, to teraz świadomość członków społeczności uczelni wzrasta z godziny na godzinę.

 

Czy zgodziliby się panowie, że Ustawa 2.0 to nie początek, a kontynuacja szkodliwych dla polskiej nauki tendencji? Jeśli tak, to dlaczego dopiero teraz środowisko akademickie protestuje?

TM: Tak, reforma Gowina nie jest początkiem procesu niekorzystnych zmian legislacyjnych. To, że właśnie teraz rozpoczęły się protesty wynika m.in. z tego, że jej wprowadzenie oznaczałoby ostateczne spacyfikowanie wspólnoty akademickiej próbującej kontynuować krzewienie etosu Uniwersytetu jako wspólnoty poszukującej w coraz bardziej niekorzystnym otoczeniu prawno-finansowo-organizacyjnym. Otoczenie to zmierza do administracyjnego narzucania pracownikom nauki reguł niezgodnych z najgłębszymi wartościami akademickimi.
Wskażmy najważniejsze momenty, w których wdrażano zmiany szkodliwe dla polskiej Akademii.

TM: Reforma z roku 1990 była otwarciem śluzy dla „wolnej amerykanki rynkowej” w tworzeniu uczelni niepublicznych – wygenerowała boom edukacyjny bez rządowych nakładów na naukę i za cenę obniżenia jakości kształcenia. Reforma z 2011 minister Kudryckiej narzuciła nam szereg szykan administracyjnych i sposoby ewaluacji, które zaowocowały „punktozą” i „grantozą”. Wymusiła patrzenie na pracę naukową w kategoriach indywidualnych karier i brutalnej rywalizacji o nikłe zasoby finansowe na badania.

Dobrym elementem tamtej reformy było powołanie Narodowego Centrum Nauki, które ma coraz lepszy system oceny i ewaluacji projektów badawczych, wzmocniło pozycję wielu młodych badaczy, gdyż granty zatrzymały ich w polskim systemie nauki. Ale system grantowy ma ogromny minus – jest nim obciążanie naukowców ogromną pracą administracyjną przy obsłudze grantów i zmuszanie ich do samodzielnego poszukiwania środków na własne badania. Można to nazwać outsorcingiem funkcji badawczych. Do tego dochodzi prekaryzacja i niepewność zatrudnienia dla naukowców, którzy muszą stale „przyprowadzać pieniądze” z zewnątrz na uczelnie, w formie pozyskanych grantów.

 

Wtedy jednak środowisko naukowe nie protestowało tak stanowczo, jak obecnie.

TM: Bo żadna z wcześniejszych reform nie ingerowała tak głęboko w samostanowienie uczelni. Słynne zdanie ministra Gowina o „rozhermetyzowaniu uczelni” oznacza, że ludzie nauki nie powinni zarządzać sami, winni to robić za nich biznesmeni i politycy. Ustawa 2.0 ingeruje w to, gdzie i w jakim języku mamy publikować, określa za nas i bez naszej zgody, jaką dyscyplinę mamy obecnie reprezentować i z jakiej będziemy uzyskiwać stopnie naukowe.

 

Jeśli reforma Gowina nie uzdrawia sytuacji w polskiej nauce, to w jakim kierunku powinny iść zmiany, które by jej faktycznie pomogły? Bo to, że zmiany są konieczne, nie budzi raczej wątpliwości.

TM: Przede wszystkim reforma powinna być odroczona co najmniej o rok i faktycznie przedyskutowana ze środowiskami, które odnoszą się do niej krytycznie i pokazują jej negatywne konsekwencje. Nie tylko z grupami zgadzającymi się z ministrem, takimi jak prezydium KRASP, rektorzy uczelni czy fasadowy Parlament Studentów Polskich kierowany przez osobę kandydującą z list partii Gowina. W sprawie rejestru dyscyplin humanistycznych i społecznych należy uwzględnić np. głosy Komitetów Naukowych PAN i Towarzystw Naukowych, a następnie powrócić do pracy nad Polskim Współczynnikiem Wpływu, zamiast transferować olbrzymie publiczne środki do prywatnych konsorcjów posiadających bazy typu „SCOPUS”.
Z naszej strony dość jasnym postulatem pozytywnym jest również zwiększenie finansowania nauki. A nadto należy od nowa pomyśleć o Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej – bo ona dyskryminuje naukowców polskich pracujących od lat w trudnych warunkach polskiej Akademii. Powinno się wprowadzić osobą pulę na rozwijanie Centrów Badawczych, ustalić równy wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn.

 

A co z zarządzaniem uczelniami, jaką alternatywę można przedstawić dla gowinowskich Rad Uczelni?

TM: Dążenie do poprawy administrowania uniwersytetem nie może odbywać się na zasadzie „komercjalizacji”, osłabiania praw pracowniczych i likwidacji zarządzania kolegialnego. Wręcz przeciwnie, konieczna jest większa kolegialność! Wartością wspólnoty akademickiej jest właśnie jej modus operandi – konieczność stałej rozmowy z osobami o przeciwnych poglądach, nie zaś podejmowanie decyzji „ponad głowami”.

 

Przypomnijmy na zakończenie, jakie działania protestacyjne zostały podjęte na Uniwersytecie Jagiellońskim.

DB: W piątek 8 czerwca przed Collegium Novum odbyła się pikieta, której organizatorami byli m.in. Jakub Baran i Joanna Grzymała-Moszczyńska. W proteście uczestniczyło kilkaset osób – duża część to pracownicy/ce i studenci/tki Wydziału Polonistyki UJ, lecz pojawiło się też wiele osób spoza uniwersytetu. Równolegle studentki i studenci UJ, UEK i AGH rozpoczęli protest okupacyjny w sali 16 Wydziału Polonistyki przy ul. Gołębiej 20, który przeniósł się do pobliskiego budynku UJ przy ul. Grodzkiej. Odbywa się tam też „Akademicki Piknik Okupacyjny” –warsztaty, wykłady, debata na tematy związane ze zmianami w szkolnictwie wyższym. Do protestu na bieżąco przyłączają się przedstawiciele uczelnianych związków zawodowych, lecz główną siłą napędową są w tej chwili zaangażowane studentki i studenci. To oni/one okupują przestrzenie akademii, oni/one planują kolejne działania i to dzięki im my, jako doktoranci/tki, oraz pracownicy/pracownice możemy włączać się w solidarny protest. Razem nie zamierzamy się poddawać!

 

Dziękuję za rozmowę.

Protest środowiska akademickiego,rozpoczęty na Uniwersytecie Warszawskim i podjęty przez szereg ośrodków akademickich w całym kraju, wsparty przez związki zawodowe, relacjonowany na bieżąco na naszym portalu, trwa.
11 czerwca w mediach pojawiły się informacje, iż prezydent Andrzej Duda rozważa nawet zawetowanie gowinowskiej ustawy 2.0. Akademicki Komitet Protestacyjny wzywa do ogólnopolskiej mobilizacji 13 czerwca.

Balkon z widokiem na demokratyczną uczelnię

– To ostatni dzwonek, by wyrazić sprzeciw wobec złych zmian w nauce i szkolnictwie wyższym. Być może środowisko akademickie właśnie to zrozumiało – powiedziała mi Karolina Grzegorczyk, studentka w Instytucie Kultury Polskiej UW, aktywistka Uniwersytetu Zaangażowanego. W momencie, gdy piszę te słowa – także uczestniczka protestu przeciwko reformie Jarosława Gowina, jedna z tych, którzy spędzają noc na balkonie siedziby rektora uniwersytetu. Tego, że zaprotestują, nie spodziewał się nikt. I tylko dzięki temu w ogóle udało im się zacząć.

 

W środę, o wpół do dziesiątej grupa studentów/ek, doktorantek/ów, wykładowców i wykładowczyń akademickich weszła na balkon pierwszego piętra Pałacu Kazimierzowskiego, jednego z zabytkowych budynków na kampusie głównym Uniwersytetu Warszawskiego. Rozwinęli transparenty: „Żądamy demokratycznych uniwersytetów” wielkimi czarnymi literami na czerwonym tle, obok „Samorządność naszą bronią” uzupełnione antyfaszystowskim emblematem trzech strzał.

Mają jedenaście postulatów. Najbardziej nośne – chcemy zachowania autonomii uniwersytetów od politycznych nacisków, oczekujemy, że akademia będzie bardziej demokratyczną społecznością, nie godzimy się na likwidowanie uczelni w mniejszych miastach i tym samym wzmacnianie nierówności w dostępie do oświaty na poziomie wyższym. To oczekiwania, które odnoszą się wprost do ustawy Gowina. Szumnie nazywana „Nauką 2.0” ustawa, jaką pomysłodawca chciałby przepchnąć do początku przyszłego roku akademickiego, przewiduje bowiem wprowadzenie Rad Uczelni złożonych w połowie z ludzi z zewnątrz, na kształt rad nadzorczych. Do tego planowane jest pozbawienie słabszych uczelni możliwości nadawania stopnia doktora habilitowanego, co będzie oznaczało, że karierę naukową poza najważniejszymi ośrodkami robić będzie bardzo trudno.

Ale program protestujących przewiduje również walkę o zwiększenie nakładów na szkolnictwo wyższe, by szło na ten cel przynajmniej 2 proc. PKB, postulat wzmocnienia praw pracowniczych na uczelniach, uzdrowienie kwestii socjalnych (więcej akademików i domów młodych naukowców, waloryzacja stypendiów), gwarancji, by badacze w dziedzinach humanistycznych i społecznych mogli publikować po polsku.

To hasła w kontrze nie tylko do działań PiS. Bo, jak podkreśla Karolina Grzegorczyk, zapisy z ustawy Gowina częściowo są kontynuacją zmian wprowadzonych przez minister Barbarę Kudrycką, o silnym neoliberalnym, urynkowiającym charakterze. Konsekwencje tych zmian będą odczuwalne przez najbliższe dekady, mówi.

 

Balkon należy do nas wszystkich

Już kilkanaście minut po starcie protestu Straż Uniwersytecka próbowała usunąć transparenty, ale demonstranci jej to uniemożliwili. Przed dziesiątą obok strażników stanął rektor UW Marcin Pałys, nad wyraz stanowczy: – Jeśli będziecie organizować życie w moim gabinecie tak, jak się państwu podoba, będzie potrzeba użycia Straży Uniwersyteckiej. Proszę o zawieszenie tego protestu, o wyłonienie trzyosobowej reprezentacji.

– Uniwersytet jest nas wszystkich i wszyscy chcemy się wypowiedzieć, żeby nikt nami nie rządził po swojemu – odpowiada Sebastian Słowiński ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego. Zebrani powtarzają: protest nie będzie zawieszony. Ostatecznie delegacja zostaje wyłoniona, spotyka się z rektorem w gabinecie, napięta atmosfera ustępuje. Ale transparenty i manifestanci nie opuszczają balkonu.

Co dalej? Naradzają się i głosują, siedząc na materacach, opierając się o zabytkowe barierki, albo po prostu stojąc obok cokolwiek ponurego czarnego transparentu z napisem Nauka Niepodległa i zapasów prowiantu (dominują chipsy, profesor Andrzej Leder żartem skomentuje potem: czasy się zmieniają, kiedy studenci strajkowali na UW w latach 80., sympatycy przynosili im głównie chleb i zupę w słoikach). Część stoi, bo na balkonie nie ma miejsc do siedzenia dla około trzydziestu osób. Do tego naturalny odruch ciekawości, skłaniający, by wstać i wyglądać na dół: zbierają się zwolennicy? Dotarły do społeczności akademickiej informacje o dalszych planach na Wolne Dni Akademii, bo tak nazwano protest?

Kiedy obwieszczają, że protest będzie kontynuowany na warunkach, które akceptuje rektor, a więc powstanie pisemny wniosek i zostaną wskazani organizatorzy, a na balkon można wchodzić i wychodzić od siódmej do dwudziestej, na dole jest mniej więcej tyle osób, co na górze. Potem, w niektórych momentach, obserwatorów i sympatyków przybędzie, ale tłum się nie zgromadzi. Wśród tych, którzy staną na chodniku przed Pałacem Kazimierzowskim, usiądą w cieniu budynku naprzeciwko albo na drodze wewnętrznej, kiedy z miniwykładami będą występowali Maciej Gdula, Andrzej Leder i Ewa Majewska, na oko najwięcej jest dziewczyn-studentek. Dają się zauważyć osoby, które, widać po przypinkach, na niejednej demonstracji już były w ciągu ostatnich dwóch lat: Czarny Protest, tęcza, strajk kobiet…

 

Otworzyć ludziom oczy

– Dlaczego tu jestem? Bo… zgadzam się z tymi jedenastoma punktami programu, z którymi oni występują – mówi mi jedna z uczestniczek protestu, w oczekiwaniu na wystąpienie prof. Ledera, trochę niepewnie, jakby w podświadomym przekonaniu, że protest na uczelni to coś tak niespotykanego, że aż dziwnego, trudnego do uzasadnienia… Kilkanaście razy zresztą zobaczę momenty zdziwienia, nieoczekiwane powitania: „Cześć! Ty też tu jesteś?”, „To ty, też przyszedłeś?”.

Mówi mi na balkonie Tadek, student, aktywista w Studenckim Komitecie Antyfaszystowskim: ogólnie społeczność akademicka, jak zwykle, chyli się ku bierności. Nic nie robią, ani nie są za, ani przeciw, ani nie wiedzą, o co chodzi. Poza rektorem, który jest za, bo tak naprawdę to on napisał tę ustawę, i może częścią pracowników naukowych, którzy dostrzegają, że zapisy nowego prawa dotyczą bezpośrednio ich pracy. Ten protest jest też po to, żeby otworzyć ludziom oczy, zacząć prawdziwą debatę.

Mówi Karolina Grzegorczyk: świadomość sensu zmian jest wśród moich rówieśników bardzo różna. W tej ustawie są zapisy, które są oburzające, ale godzą w wartości abstrakcyjne, jak autonomia nauki, nie ma wielu punktów, które dotykają codziennego życia studentów. Większa mobilizacja jest widoczna w środowiskach, które są aktywne na innych polach, czy to feministycznym, czy antyfaszystowskim, czy też ściśle związanym z kwestiami szkolnictwa wyższego.

 

Co myśli rektor, co myśli doktorant

– Środowisku dobrze zrobiłoby spotkanie w równościowej formule poza tradycyjnymi hierarchiami, w której głos każdego i każdej może zostać wysłuchany. Co innego służy naukom ścisłym, a co innego humanistyce. O czym innym myśli rektor, o czym innym doktorant – tak Łukasz Moll, lewicowy aktywista, który niedawno skończył pisanie pracy doktorskiej, odpowiada mi na pytanie o to, czy popiera sformułowane w Warszawie postulaty i jak naprawdę uzdrawiać polską naukę. – Sprzeciw wobec reformy Gowina to dobry moment, żeby zacząć dyskusję. Mam nadzieję, że inne uczelnie pójdą za przykładem UW, bo to ostatni dzwonek, żeby w tej ustawie coś wyprostować, wywrzeć nacisk na parlament i prezydenta. Potrzebni będą lokalni liderzy, za którymi pójdą mniej rozpoznawalni pracownicy, doktoranci czy studenci.

Ale nawet media sprzyjające protestowi zdają się nie wierzyć, że podobny scenariusz byłby możliwy, nazywając protest na balkonie„rozpaczliwą odpowiedzią” na niechcianą ustawę. Morale rośnie w ciągu dnia. Kiedy prof. Andrzej Leder dzieli się wspomnieniami i refleksją o strajkach studenckich, okraszony refleksją nad tym, czym jest autorytaryzm i jak jest powoli budowany we współczesnej Polsce, atmosfera jest już radośniejsza. Do protestujących docierają kolejne wyrazy poparcia: od Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, NSZZ „Solidarność”, partii Razem, wreszcie od studentów i młodych naukowców z innych ośrodków, którzy w internecie z radością udostępniają zdjęcia, piszą: dziękujemy! Nareszcie!

A przecież protestujący muszą też widzieć ludzi, kompletnie obojętnie załatwiających swoje sprawy w biurach na parterze Pałacu Kazimierzowskiego, wchodzących i wychodzących bez najmniejszego zainteresowania zbiegowiskiem i transparentami.

Nie mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że kilkadziesiąt metrów od rektoratu na ławeczkach młodzi ludzie cieszą się słoneczną pogodą, kompletnie nieświadomi tego, jak spektakularną akcję zorganizowali ich koleżanki i koledzy.

Kiedy wieczorem w dniu rozpoczęcia protestu pod Pałac Kazimierzowski przychodzi pikieta z poparciem, wołając „Wolność, równość, autonomia”, protestujący – kilkanaścioro osób, które zostają na balkonie na noc – odwdzięczają się śpiewem „Solidarność naszą bronią”. Podchwytują zaintonowany przez przybyłych, tym razem już nie studentki, a głównie ludzi, którzy już edukację dawno skończyli, okrzyk „Gowin precz!”.

To nie jedyny bardziej radykalny akcent niż wystąpienia poranne. – Od tego, jakie wartości zostaną nam przekazane na uniwersytecie, zależy to, jak będzie wyglądał ten kraj. Jeżeli już od pierwszych dni będziemy uczeni, że nasz głos nic nie znaczy, mamy posłusznie i grzecznie słuchać poleceń i nie protestować w sprawach, które nas dotyczą, ludzie zakodują to sobie, będą cisi i potulni. Nie będą mieli chęci, odwagi, woli, żeby się sprzeciwiać – ostrzega młoda działaczka.

Używa czasu przyszłego niestety na wyrost: wieczorem protest na UW nie jest już niespodzianką, zainteresowanie nim deklaruje na Facebooku ponad tysiąc osób, ale ostatecznie przyszło w geście solidarności, znowu, kilkadziesiąt. Tyle, jak na razie, ma „wolę, by się sprzeciwiać”. Ale protest nie skończy się na jednym dniu. Będzie trwał, a balkon wierzy, że nie okaże się głosem wołającym na puszczy.

Na razie rząd i twórcy ustawy Gowina sprawę ignorują. Państwowe media nawet nie wspomniały, że „nauka 2.0”, która niedawno przeszła jak burza przez odpowiednią sejmową komisję, znalazła swoich aktywnych krytyków. Także resort nauki nieszczególnie się przejmuje: zdaniem wiceministra Piotra Mullera zapisy ustawy albo nie są wcale sprzeczne z oczekiwaniami protestujących, albo też oni sami nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą.

O wolne uczelnie

Kilkudziesięcioro studentów i studentek, doktorantek i doktorantów, pracowników i pracownic naukowych Uniwersytetu Warszawskiego manifestuje na terenie uczelnianego kampusu przeciwko „ustawie Gowina”.

 

Około czterdziestu osób przybyło o 9.30 do siedziby rektora UW – Pałacu Kazimierzowskiego. Są wśród nich wykładowcy i wykładowczynie, doktorantki i doktoranci oraz studenci i studentki, z różnych wydziałów, a także z uczelni spoza Warszawy. Protest jest odpowiedzią na tzw. ustawę Gowina, która 31 maja została skierowana do dalszych prac przez Komisję Edukacji, Nauki i Młodzieży. Bez skorygowania zapisów, jakie spotykają się ze sprzeciwem akademików, a nawet z negatywnymi ocenami Biura Analiz Sejmowych.
Rektor, który reformę Gowina popiera, zasugerował spotkanie w gabinecie z delegacją protestujących. Na balkonie pojawiły się kolejne transparenty: „Samorządność naszą bronią” oraz „Nie oddamy autonomii”.
Organizatorzy podkreślają: inicjatywa nie ma partyjnego charakteru. Jej uczestników łączy przekonanie, iż uniwersytet powinien być dobrem wspólnym, gwarantującym dostęp do edukacji na poziomie wyższym niezależnie od miejsca zamieszkania, a także swobodę badań naukowych, niezależną od polityków. Wśród postulatów protestu wymieniono również zapewnienie akademikom godnych warunków socjalnych, podniesienie nakładów na naukę, wzmocnienie praw pracowniczych na uczelniach i gwarancje publikowania w języku polskim.
„Ustawa 2.0 pozbawi większość studentów i pracowników wpływu na los uczelni” – napisali organizatorzy w swojej odezwie.