Polska nauka do poprawki

Nastały złe czasy dla polskiej edukacji. To już kolejny rząd, który lekceważy środowiska nauczycielskie i akademickie.

 

W V kadencji Senatu RP, w latach 2001-2005, pracowałam nad ustawą o szkolnictwie wyższym w Komisji Nauki, Edukacji i Sportu. Ustawa, uchwalona w 2004 r w czasie rządów SLD i Unii Pracy, tworzyła sprzyjające warunki prawne rozwoju polskich uczelni. Była w pełni akceptowana przez parlamentarzystów wszystkich opcji politycznych i środowiska uczelniane. W 2009 r rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego zmienił tę ustawę podporządkowując rozwiązania prawne idei neoliberalizmu oraz fetyszyzacji rankingów, punktów i grantów. Aktualnie obowiązująca ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym uchwalona przez PO hamuje rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce, upolitycznia i ogranicza obiektywne oceny rozwoju naukowego pracowników naukowych. Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że w skutek obowiązywania tej ustawy i podporządkowania logice biznesowej humanistyki i nauk społecznych, nastąpiła zapaść tych dziedzin.

 

Obowiązująca ustawa musi zostać zmieniona.

W warunkach obowiązującej ustawy uczelnie nie mają zapewnionych długofalowych warunków finansowania. Muszą zwalniać samodzielnych pracowników z tytułami profesorów i ograniczać zatrudnienie asystentów i adiunktów. Uczelnie nie mają środków finansowych na opłacanie recenzentom honorarium za recenzje wydawnictw i publikacji swoich pracowników. Nauczyciele akademiccy nie mają możliwości finansowych pokrywania kosztów publikacji i udziału w konferencjach naukowych. Uczelnia traktuje aktywność naukową jako prywatny problem pracownika. Liczba punktów zdobyta za opłaconą prywatnie publikację nie zawsze jest odpowiednikiem jej poziomu naukowego. Preferowane punktowo są publikacje w języku angielskim oraz w zagranicznych czasopismach. Nie jest cenione wsparcie naukowe przedsiębiorców przez polskich naukowców oraz przydatność publikacji naukowych dla praktyki gospodarczej w Polsce. Jakość dydaktyki nie jest traktowana priorytetowo. Funkcja wychowawcza uczelni jest zaniedbana i traktowana marginalnie. Pracownicy naukowo-dydaktyczni, aby móc dorobić do niskich pensji, muszą występować do rektora o wyrażenie zgody na pracę na drugim etacie. Od przychylności i subiektywnego kryterium oceny rektora zależy czy pracownik naukowo – dydaktyczny tę zgodę uzyska. Od lat w uczelniach trwa negatywna selekcja kadr ze względu na bardzo niskie płace. Niskie wynagrodzenia nie wystarczają na zakup książek, programów, komputerów, szkolenia. Tylko pasjonaci pracują w uczelniach. Zdolna młodzież poszukuje pracy poza uczelniami lub wyjeżdża zagranicę. Jest to proces o negatywnych skutkach dla naszego kraju i polskiej nauki.
System zarządzania nauką jest przestarzały, rozbudowany, niewydolny i kosztowny. Nie motywuje prowadzenia badań w przedsiębiorstwach o polskiej własności. Polska staje się przepompownią środków unijnych do zagranicznych ośrodków naukowych i beneficjentów rezultatów badań. Obowiązuje zbyt rozbudowana procedura składania i oceny wniosków o finansowanie badań naukowych. Wnioski składane do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowego Centrum Nauki, według obowiązujących instrukcji, muszą być przygotowane w języku angielskim, najczęściej na koszt naukowca, autora lub zespół autorski wniosku. Każdy wniosek zawiera oryginalny tytuł, tezy i cele badawcze, przedmiot i zakres badań, metody badawcze, system organizacji i zarządzania badaniami. Jest to cenne now how autora i uczelni. Z tego powodu cała treść wniosku powinna być chroniona przed konkurencją na rynku naukowym. Istnieją uzasadnione podejrzenia, że pomysły polskich naukowców są realizowane poza uczelnią, z której wywodzi się autor wniosku i wniosek. Recenzje projektów przez polskich naukowców są bardzo nisko opłacane. Uzyskanie przez polskie uczelnie i zespoły, w szczególności regionalne, środków na prowadzenie badań naukowych można porównać do loterii. Honorarium polskich naukowców za kierowanie zespołami badawczymi i udział w pracach naukowo – badawczych jest ograniczane oraz nieadekwatne do wkładu pracy i odpowiedzialności.
Pomimo zmiany rządu w 2015 r. nie zerwano ze szkodliwymi praktykami neoliberalnymi stosowanymi w szkolnictwie wyższym i nauce wdrożonymi przez rząd PO i PSL. Projekt ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce przedstawiony w Sejmie przez ministra Szkolnictwa Wyższego i Nauki Jarosława Gowina, wicepremiera w rządzie PIS, nie zmienia tego stanu. W ustawie zawarto złe rozwiązania w obszarze organizacji i zarządzania uczelniami. Zakłada się demontaż struktur organizacyjnych i funkcji sprawdzonych w historii szkolnictwa wyższego w Polsce. W myśl postanowień ustawy nastąpi obniżanie autonomii decyzyjnej polskich uczelni, obniżanie kryteriów naukowych wyboru na stanowiska rektorów, dyskryminowanie polskich naukowców i ich osiągnięć, niedofinansowanie nauki. Ustawa nie zawiera gwarancji stabilnego finansowania uczelni i badań naukowych. Proponowane rozwiązania doprowadzą do pogłębiania kryzysu polskiego szkolnictwa wyższego i nauki. Faworyzowanie uczelni uznanych za tzw. flagowe zablokuje rozwój regionalnych uczelni, nastąpi dalsza marginalizacja regionalnych ośrodków uniwersyteckich. Jak wynika z ostatniego raportu Polskiej Akademii Nauk dalszy podział na „Polskę A” i „Polskę B” oraz jego utrwalanie zakończy się w niedalekiej przyszłości zapaścią 122 miast. W sposób ukryty ustawa zakłada zróżnicowanie, skonfliktowanie i upolitycznienie środowiska polskich uczelni. To nie jest dobra zmiana, mimo wcześniejszych zapowiedzi. Konieczne jest porzucenie neoliberalnych dogmatów w nauce dotyczących „punktów w systemie”, finansowania badań w uznaniowych i nietransparentnych konkursach i zarządzania uczelnią przez osoby z zewnątrz uczelni. Wobec skrajnego niedofinansowania nauki w Polsce na tle innych państw UE, niezbędne jest także zwiększenie nakładów na badania zgodnie z unijnymi standardami zakładającymi przeznaczenia na ten cel co najmniej 3proc. PKB.

 

Projekt ustawy zakłada powstanie nowego, do końca nieokreślonego, organu zarządzającego uczelnią,

mianowicie rady uczelni. Najwięcej obaw wzbudza skład osobowy i funkcje rady uczelni, która będzie decydowała o wyborze rektora uczelni i zarządzała jej działalnością. Zakłada się, że ponad 50proc. składu rady będzie wywodzić się ze środowisk poza uczelnianych. Rodzi się pytanie kim będą członkowie rady uczelni wybierani ze środowiska zewnętrznego? Jakie będzie kryterium ich wyboru? Być może będą to politycy, którzy nie dostaną się do Sejmików i Parlamentu w nadchodzących wyborach oraz członkowie nowej partii Jarosława Gowina.
Zgodnie z projektem ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce do nowo powołanego organu zarządzającego – rady uczelni wejdzie od 6 do 8 osób powołanych przez senat uczelni z grona pracowników wraz z przewodniczącym samorządu studenckiego. Zgodnie z ustawą stanowić będą mniej niż 50proc. składu rady uczelni. Senat wskazywał będzie także interesariuszy, osoby spoza uczelni, wchodzące do rady uczelni. Przewodniczącym rady będzie osoba również pochodząca z zewnątrz. Rada uczelni, wyłaniać będzie dwóch kandydatów na rektora. Kolegium elektorów będzie wybierać rektora z dwóch osób narzuconych przez radę uczelni o mniejszościowym udziale nauczycieli akademickich. W tym układzie sił społeczność uczelniana nie będzie miała żadnego wpływy na wybór kandydatów i rektora uczelni. Senat uczelni, kolegium elektorów, a także pracownicy uczelni są w ustawie traktowani instrumentalnie. Aby móc wprowadzić swoich przedstawicieli, spoza grona pracowników uczelni, ustawowo obniżono wymagania w stosunku do kandydata na rektora. Rektorem może zostać osoba posiadająca stopień naukowy doktora nauk. Założono także uproszczoną, zależną od decyzji rektora, ścieżkę zdobywania tytułów profesora i stopnia doktora habilitowanego. Aby przygotować grunt do realizacji zamierzonego przejęcia uczelni przez partię i biznes, pierwszego rektora na okres roku będzie wskazywać, w trybie administracyjnym minister nauki i szkolnictwa wyższego, nawiązując z wybraną osobą stosunek pracy. Dlaczego minister wyznacza rektora ze swojej listy zamiast z grona społeczności akademickiej? W ten sposób uczelnie obdziera się z prestiżu jaki posiadają przez dziesięciolecia, wolności oraz autonomii decyzyjnej i demokratycznego systemu zarządzania. Jakim partnerem w stosunku do rektora, szanowanego naukowca, profesora zagranicznych uczelni, będzie asygnowany przez ministra, bez dorobku i doświadczenia naukowego, człowiek z zewnątrz uczelni. Dotychczas na stanowisku dziekana i rektora mogły pracować nauczyciele akademiccy posiadający tytuł profesora zwyczajnego i/lub doktora habilitowanego. W projekcie ustawy nie określono kryteriów zawodowych i naukowych w stosunku do osób z zewnątrz uczelni, tj. ponad 51proc. składu rady uczelni, która może przegłosować każdą decyzję rady i wybrać wskazanego przez nią rektora uczelni.
W projekcie ustawy zakłada się likwidację autonomii decyzyjnej wydziałów, jako podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni („Przesunięcie zarządzania z podstawowych jednostek na poziom całej uczelni”). W zamian zaproponowano w ustawie nowy poziom zarządzania w postaci rady uczelni, ciała nie związanego ze społecznością akademicką, ze składem osobowym stanowiącym mniej niż 50 proc. udziału pracowników uczelni i studentów.
Fikcją i propagandowym chwytem jest twierdzenia, że to wspólnota uczelni będzie wybierać władze uczelni i że zachowana zostanie tradycja wolności akademickiej i zrównoważonego rozwoju.
Zgodnie z projektem ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce rada uczelni, a de facto osoby spoza uczelni będzie uchwalać strategię uczelni, sprawować nadzór nad gospodarką finansową, sprawować nadzór nad zarządzaniem uczelnią, wskazywać kandydatów na rektora, opiniować plan rzeczowo – finansowy i sprawozdania z jego wykonania.
Czy osoby z zewnątrz, nie związane z uczelnią, sprawujące swoje funkcje w radzie uczelni z nadania ministra właściwego do spraw nauki i szkolnictwa wyższego będą posiadać odpowiednie kompetencje, prestiż i szacunek społeczności uczelnianej? Czy wezmą na siebie odpowiedzialność, w tym materialną za uczelnie?
Jest to zakamuflowana pięknymi słowami, najprostsza droga prowadząca do upadku uczelni państwowych, a następnie przejęcia ich majątku i funkcji przez sektor prywatny lub/i partyjne organizacje. Czy członkowie Prawa i Sprawiedliwości mają świadomość skutków zmiany systemu zarządzania państwowymi uczelniami?
W projekcie ustawy wprowadzono bardzo restrykcyjny system pracy nauczycieli akademickich określając liczbę godzin dydaktycznych. Zaplanowano 540 godz. dla asystenta i osób zatrudnionych na stanowisku równorzędnym, 360 godz. dla innego pracownika dydaktycznego, 240 godz. dla pracownika badawczo – dydaktycznego oraz obowiązek realizacji nadgodzin w wysokości maximum ¼ wymiaru zajęć dydaktycznych. Można zadać pytanie, kiedy pracownicy asystenci i inni pracownicy będą mieć czas na przygotowanie współczesnych, innowacyjnych treści wykładów, ćwiczeń, prezentacji oraz własny rozwój naukowy?
W projekcie ustawy dwa razy zwiększono czas pracy uprawniający nauczyciela akademickiego do płatnego urlopu dla poratowania zdrowia. Łączny czas trwania ograniczono do wymiaru jednego roku w okresie całego zatrudnienia, po 15 latach pracy. Jest to wielka krzywda, którą prawnie chce usankcjonować minister szkolnictwa wyższego i nauki. Wprowadzony zapis jest wyrazem braku szacunku do nauczycieli akademickich i ich ciężkiej, obciążonej chorobami zawodowymi, odpowiedzialnej pracy dydaktycznej, naukowej i wychowawczej. Pracując w warunkach założonych w projekcie ustawy nauczyciele nie dożyją do osiągnięcia 15 letniego stażu pracy. Nie do przyjęcia są bardzo niskie płace, nieadekwatne do posiadanego wykształcenia nauczycieli akademickich.

 

Czy na ten temat nie powinien wypowiedzieć się Związek Nauczycielstwa Polskiego?

W projekcie ustawy została zlikwidowana Centralna Komisja Kwalifikacyjna W jej miejsce zostaje wprowadzona Rada Doskonałości Naukowej (RDN). Zmiana dotyczy wyłącznie nazwy, bez zmiany istoty i funkcji oraz zasad działania członków Rady. W ustawie nadal utrzymany jest zapis, że RDN może odmówić wszczęcia postępowania w sprawie nadania tytułu profesora, a od jej decyzji przysługuje zażalenie do składu osobowego tej samej Rady Doskonalenia Nauki, bez ingerencji i kontroli właściwego ministra. Takie odwołanie z góry jest skazane na odmowę. Na postanowienia RDN o odmowie postępowania w sprawie nadania tytułu profesora wnioskodawcy przysługuje zażalenie wyłącznie do tego samego składu RDN. Jest to bezsensowny zapis, który nie zapewnia sprawiedliwej, obiektywnej oceny.
To był i jest zapis korupcjogenny, potencjalnie kreujący kliki osób o niskiej etyce zawodowej i moralności. Jak inaczej można ocenić sytuację, za rządów PO i PSL, kiedy jedna negatywna recenzja na sześć recenzji ogółem, w tym pięć pozytywnych decyduje o odrzuceniu wniosku o nadanie tytułu profesora. Na podkreślenie zasługuję fakt, że wśród 5 pozytywnych recenzji dwie są szczególnie ważne, ponieważ mają status recenzji napisanych przez superrecenzentów wyznaczonych przez CKK. To te recenzje, w przypadku wątpliwości, powinny decydować o pozytywnym głosowaniu nad zażaleniem złożonym do CKK. Opisuję ten nieetyczny mechanizm posiadając wiedzę z własnych doświadczeń. Osobiście zostałam skrzywdzona przez tryb postępowania i decyzję CKK za rządów PO i PSL. W środowisku naukowym jest wiele osób skrzywdzonych z tego powodu. Informowałam o fakcie ministra Jarosława Gowina przesyłając kopie zażalenia adresowaną do CKK z nadzieją, że w trwającej kadencji rządu Prawa i Sprawiedliwości nie będzie dochodzić do tego rodzaju nieprawidłowości. Od 2016 r. nie otrzymałam odpowiedzi na moje zażalenie. Kiedy działalność CKK, słusznie, została zawieszona Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie wydało decyzji o powtórnym rozpatrzeniu złożonych zażaleń i usunięcia nieprawidłowości. Sytuacja niesprawiedliwych ocen może się powtórzyć o ile nie nastąpi zmiana zapisu w projekcie nowej ustawy. Konieczne jest ustawowe wprowadzenie instrumentu kontroli RDN ze strony ministerstwa właściwego do spraw nauki i szkolnictwa wyższego. Nie było zasadne, przyjęte w projekcie ustawy, utajnianie nazwisk recenzentów. Cała procedura nadawania stopni i tytułów naukowych powinna być transparentna, obiektywna, sprawiedliwa i etyczna.
Procedura kontrolna działania Rady Doskonalenia Nauki nie jest zapisana w ustawie. W tym zakresie, w porównaniu do aktualnie obowiązującej ustawy – nic się nie zmieniło. Lobby dawnej Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej okazało się bardzo silne. Ona nadal działa. Właściwie RDN nadal będzie posiadać ustawową nieograniczoną władzę, bez jakiejkolwiek kontroli jej decyzji przez ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i nauki.
Ustawowo obniża się kryteria uzyskiwania stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego oraz zatrudniania osób na stanowiska profesorów uczelni. Wprowadzone zostały uznaniowe, a nie obiektywne, kryteria awansu naukowego. Doktor nauk może nabyć uprawnienia doktora habilitowanego w przypadku pracy w innym państwie, kierując zespołami badawczymi. Czyżby doktor nauk, kierując zespołami polskich naukowców i rozwiązując problemy naukowe i gospodarcze w Polsce, nie zasługiwał na to samo wyróżnienie? Dlaczego naukowcy pracujący w Polsce mają być dyskryminowani. Jest kolejny przykład lekceważenia polskich naukowców.
Nie można zatracić czujności słuchając pięknych i porywających propagandowych słów Pana Ministra Jarosława Gowina. Należy przeczytać ustawę – dokładnie, ze zrozumieniem i wyobraźnią skutków zawartych w niej zapisów. „Diabeł tkwi w szczegółach”. Np. stwierdzenie Pana ministra Jarosława Gowina, że „ustawa daje ośrodkom naukowym więcej niezależności: Konstytucja dla nauki zdecydowanie zwiększa autonomię uczelni” jest nieprawdziwe w świetle zapisów ustawowych. Zarządzane przez biznesmenów uczelnie zostaną doprowadzone do upadku a następnie do prywatyzacji ogromnego majątku państwowego. Są to tendencje wyniesione z rządów PO i PSL. Zostanie zniweczony dorobek wydziałów, jako gospodarzy majątku i środków finansowych. Wydziały zostaną zlikwidowane jakoby w imię integracji dyscyplinarnej uczelni. Jest to bardzo zły pomysł. Uczelnia może się rozwijać jako interdyscyplinarna organizacja bez likwidacji wydziałów. Zamierzona likwidacja wydziałów zmniejszy opór na drodze do liberalizacji i prywatyzacji uczelni. To jest właściwy cel.
Należy uszanować apel o zmiany w planie reformy nauki podpisany przez blisko 150 naukowców, pracowników instytucji naukowych i akademickich.
Mam nadzieję, że niezależnie od tego, która partia będzie u steru państwa polskie uczelnie pozostaną autonomiczne. Projekt ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” przedstawiony przez ministra i wicepremiera w rządzie PIS, Jarosława Gowina, bez istotnych zmian, nie powinien zostać przyjęty.

Taka piękna przemoc

Beata Szydło oficjalnie pogratulowała Radzie Miasta Zakopane. Oto jedyny samorząd, który nie wdrożył u siebie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i jest z tego dumny. Dumny jak cholera.

 

Dla wszystkich jest jasne, że Beata Szydło będzie kandydować z tamtego okręgu – zapewne nawet uda jej się zostać europosłanką z Małopolski. Ale są pewne nieprzekraczalne granice przyzwoitości. Właśnie zostały przekroczone.
Beata Szydło stwierdziła tajemniczo: – Muszę państwu przede wszystkim pogratulować, boście są odważni. No, jedyny samorząd w całej Polsce, który się sprzeciwił, ale górale, no wiadomo, jest naród odważny.
Później jeden z radnych wyjaśnił dziennikarzom, o co chodzi: – Miasto Zakopane jest jedyną gminą w Polsce, która nie wdrożyła ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – powiedział z dumą.
Zakopane jako jedyne nie powołało zespołów interdyscyplinarnych zgodnie z wymogami znowelizowanej 8 at temu ustawy. Zespoły te mają za zadanie monitorować lokalną społeczność, współpracują z OPS-ami i policją. W ich skład wchodzą kuratorzy, nauczyciele, psychologowie, pracownicy socjalni. Okazuje się, że w Zakopanem nie są potrzebni.
Iwona Anna Wiśniewska, dyrektor Ośrodka dla Osób Dotkniętych Przemocą z siedzibą w Krakowie, powiedziała TVN24: – Podhale jest jedynym takim miejscem, gdzie udaje się, że przemocy nie ma. Ponieważ stereotypowo myślimy, że kto baby nie bije, temu wątroba gnije. O nocleg i schronienie w Tatrzańskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej i Wsparcia Ofiar Przemocy w Rodzinie w Zakopanem nie prosi żadna góralka. Czemu góralki nie korzystają z ośrodka? – pyta retorycznie. Dobrze wie, czemu tak się dzieje. Opowiada historię sprzed kilku miesięcy. Historię kobiety, która zdecydowała się poprosić o pomoc. Raz.
– Jeden z pracowników socjalnych, do którego poszła, prosząc o pomoc, powiedział, że powinna iść do psychiatry, bo niemożliwe, żeby taki mężczyzna stosował przemoc – podsumowuje Wiśniewska.
Mówi, że góralki zwracają się o pomoc poza swoim rejonem. Bo policja odnotowuje rocznie około 70 przypadków przemocy domowej. Ale radni zamiast ustawę wdrożyć, chcą zaskarżyć ją do Trybunału Konstytucyjnego i liczą na to, że pomoże im w tym ich opiekunka i „matka Polka” – Beata.
To nie przypadek, że w tym samym czasie połowa Polaków opowiedziała się w sondażu SW Research dla „Rzeczpospolitej” za karceniem dzieci poprzez klapsy. Sondaż ten opublikowała na Twitterze zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich Sylwia Spurek z adnotacją: „Najsmutniejszy sondaż tego tygodnia – prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci”. Jakby tego było mało, do jej wypowiedzi odniósł się brunatny chłopiec Krzysztof Bosak, wiceszef Ruchu Narodowego – i uznał, że wyjaśni jej różnicę pomiędzy „stosowaniem klapsów” a „biciem”. Bo klaps to przecież nie przemoc, to życiowa konieczność i twarda polska pedagogika w praktyce.
„Ja sam dostawałem lanie i wyszedłem na ludzi” – to najczęstsze tłumaczenie zwolenników stosowania kar cielesnych. Przerażająca tendencja byłych ofiar, aby w dorosłym życiu stać się katami, w kraju nad Wisłą zyskuje oficjalną aprobatę rządzących.

Oporna śmieciowa reforma

Wprowadzenie sprawnie funkcjonującego systemu segregowania i odzyskiwania odpadów jest zadaniem zbyt skomplikowanym na miarę jednego pokolenia Polaków.

 

Zasadnicze cele reformy śmieciowej nie zostały osiągnięte. Nie udało się zlikwidować problemu „dzikich wysypisk”, doprowadzić do zbilansowania kosztów funkcjonowania systemu oraz stworzyć systemu uzyskiwania rzetelnych danych o uzyskanych poziomach recyklingu. Brakuje rzetelnej sprawozdawczości, a zamiast rosnąć, w Polsce spada wielkość odzyskiwania papieru, metali, tworzyw sztucznych i szkła. W rezultacie istnieje zagrożenie, że nasz kraj nie osiągnie w 2020 r. wyznaczonego przez Unię Europejską 50-procentowego poziomu recyklingu (obecnie wynosi u nas niespełna 30 proc.). Może to grozić wysokimi karami dla Polski.
Takie są właśnie wnioski, sformułowane przez Najwyższą Izbę Kontroli w tegorocznym raporcie o tym, jak w gminach segregowane są odpady i przestrzega się przepisów ustawy z 2013 r reformującej nasz system gospodarki śmieciami.

 

Pięć lat ciężkich prób

Nowy system gospodarowania odpadami gminy miały wdrożyć od 1 lipca 2013 r. , zgodnie z ustawą o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, wprowadzającą preferencje dla podziału śmieci na różne rodzaje.
Stosując ustawę gminy musiały oszacować koszty funkcjonowania gospodarki odpadami i wybrać metodę obliczania opłat. Koszty obejmują: odbieranie, transport, odzysk i unieszkodliwianie odpadów, tworzenie i utrzymanie punktów zbierania odpadów komunalnych oraz obsługę administracyjną. Co do zasady, opłaty powinny pokrywać szacowane koszty.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w latach 2014 – 2016 wzrosła ilość śmieci w Polsce, tak zmieszanych jak i posegregowanych, zebranych z podziałem na rodzaje. NIK zwraca jednak uwagę, że w większości kontrolowanych gmin w 2016 r. osiągnięto niższy poziom recyklingu i przygotowania do ponownego użycia papieru, metali, tworzyw sztucznych i szkła niż w 2015 r. Izba niestety nie zbadała, jak było z tym w ubiegłym roku. Obawia się jednak, że, jak stwierdza komunikat NIK: „istnieje zagrożenie niezrealizowania przez Polskę wyznaczonych przez Unię Europejską celów recyklingowych, które w 2020 r. mają osiągnąć poziom 50 proc.”.
W osiągnięciu wspomnianych celów może pomóc wprowadzony przez Ministerstwo Środowiska 1 lipca ubiegłego roku jednolity dla wszystkich gmin tzw. Wspólny System Segregacji Odpadów. Do zakończenia kontroli wszystkie kontrolowane gminy i spółki wdrożyły albo rozpoczęły wdrażanie tych wymagań.

 

Na chybił trafił

Raz w roku, do 31 marca gminy muszą składać marszałkowi województwa i wojewódzkiemu inspektorowi ochrony środowiska sprawozdania z gospodarowania odpadami komunalnymi. Choć wszystkie skontrolowane gminy dopełniły tego obowiązku, w połowie z nich podano nierzetelne dane.
NIK podaje przykład Wołomina, gdzie nie wykazano ponad 4 ton zmieszanych odpadów opakowaniowych, zawyżono o ponad 175 ton masę odpadów ulegających biodegradacji, oraz nie wykazano przeterminowanych leków, zużytych baterii i akumulatorów.
Podobnie, w połowie kontrolowanych gmin została sporządzona nierzetelnie coroczna analiza stanu gospodarki śmieciami. To ważne zadanie gmin, bo taka analiza jest podstawą planowania zadań na kolejny rok.
Tymczasem, brakowało danych o ilości odpadów wytwarzanych w gminie, liczbie mieszkańców oraz kosztach związanych z odbieraniem, odzyskiem i unieszkodliwianiem odpadów (w tych analizach były wyższe wielkości niż w sprawozdaniach z wykonania budżetu gminy).
Gminy mają również kłopot z określeniem liczby osób zobowiązanych do płacenia za wywóz śmieci. Tę nieprawidłowość NIK także wykryła w połowie kontrolowanych samorządów.
Izba zwraca uwagę na wysokie zaległości z tytułu opłat za gospodarowanie odpadami.
Najwyższe zaległości mają oczywiście duże miasta, w szczególności Wrocław i Warszawa (odpowiednio ponad 21 mln i ponad 12 mln zł. Jednakże we Wrocławiu, dzięki skutecznym działaniom windykacyjnym, te zaległości stale się zmniejszają.
Zaniechania i opóźnienia w ustalaniu liczby podmiotów zobowiązanych do ponoszenia opłat oraz brak skuteczności w egzekwowaniu tych opłat, przyczyniły się do tego, że w większości kontrolowanych gmin system gospodarowania odpadami był deficytowy. Natomiast, zgodnie z ustawą o utrzymaniu czystości, powinien być zbilansowany.

 

Z niewielką skutecznością

Odrębnym problemem są „dzikie wysypiska”, które bynajmniej nie zniknęły wraz z wprowadzeniem reformy gospodarowania śmieciami.
Jak podaje NIK, na przykład tylko w 13 gminach, od 1 stycznia 2015 r. do 30 czerwca 2017 r. wykryto 5 694 takich miejsc. Wywieziono z nich ponad 15,5 tysiąca ton odpadów. Kosztowało to gminy 5,5 mln zł.
Najwięcej dzikich wysypisk wykryto w Krakowie (3 056) i Warszawie (1 530 – czyli jednak dwa razy mniej niż w królewskim mieście).
Zdaniem NIK, działania gmin w celu wykrycia i likwidacji dzikich wysypisk nie zawsze były skuteczne.
„Trzeba przyznać, że walka z osobami, które przywożą w te miejsca odpady jest trudna. Mimo to gminy powinny ciągle obserwować takie miejsca z wykorzystaniem wszystkich możliwych środków technicznych jak i służb” – apeluje Izba.
A nielegalne, niczym niezabezpieczane wysypiska to nie tylko problem natury estetycznej. Niosą za sobą poważne skutki dla środowiska naturalnego.
Podstawowym zagrożeniem jest tu zwiększone prawdopodobieństwo wybuchu pożarów (choć w Polsce palą się przede wszystkim legalne wysypiska), skażenie ujęć wody, wylęganie się chorobotwórczych bakterii i toksyn.
Możliwości walki z nielegalnymi wysypiskami jest teoretycznie sporo. W Krakowie mieszkańcy mogą skorzystać z aplikacji „Kiedy wywóz” i zgłosić miejsce dzikiego wysypiska. Oprócz tego miasto, oprócz stacjonarnych punktów selektywnej zbiórki odpadów urządziło tzw. gniazda z pojemnikami na papier, szkło, metal i tworzywa sztuczne. W Warszawie można telefonicznie na numer 19 115 zgłaszać dzikie wysypiska. Wszystko to jednak niewiele pomaga.

Bez żadnego trybu

PiS tak się uparł na swój Centralny Port, że z tego wszystkiego zapomniał o konsultacjach społecznych.

 

Przewodniczący OPZZ, Jan Guz, skierował do ministra infrastruktury, Andrzeja Adamczyka, protest wobec trybu uchwalenia ustawy o Centralnym Porcie Komunikacyjnym. W sprawie projektu tej ustawy, której realizacja wywoła istotne skutki społeczne nie zostały bowiem przeprowadzone konsultacje społeczne.
Rada Ministrów zatwierdziła 26 kwietnia br. projekt ustawy o Centralnym Porcie Komunikacyjnym a tej decyzji nie poprzedziły konsultacje społeczne w trybie ustawy o związkach zawodowych. Rząd nie skierował też projektu tej ustawy do Rady Dialogu Społecznego. Mimo to, Prezes Rady Ministrów przekazał Sejmowi RP projekt ustawy o Centralnym Porcie Komunikacyjnym, który 10 maja br. uchwalił ustawę.
Ustawa o Centralnym Porcie Komunikacyjnym została przygotowana, aby stworzyć ramy prawno-organizacyjne dla realizacji inwestycji portu lotniczego, który decyzją rządu ma powstać w miejscowości Stanisławów w gminie Baranów, 40 km od Warszawy. Działania podejmowane w oparciu o tą ustawę związane z utworzeniem Centralnego Portu Komunikacyjnego będą miały niebagatelny wpływ na lokalne społeczności, w tym lokalne rynki pracy oraz na decyzje pracowników i rozstrzygnięcia majątkowe osób fizycznych i prawnych. Mimo to, według projektodawcy ustawa nie będzie miała wpływu na rynek pracy. A przecież w konsekwencji wykonania tej inwestycji zostanie m.in. przeniesiony cywilny ruch lotniczy z Lotniska Chopina w Warszawie, co będzie oddziaływać na rynek pracy na obszarze funkcjonowania tego lotniska oraz wpłynie na decyzje pracowników i ich rodzin. Społeczny wymiar inwestycji jaką jest budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego powoduje, że ustawa ustanawiająca reguły jej realizacji powinna zostać skonsultowana według OPZZ ze związkami zawodowymi. Rolą związków zawodowych jest przecież reprezentowanie pracowników oraz innych osób, obrona ich godności, praw oraz interesów materialnych i moralnych, zarówno zbiorowych, jak i indywidualnych. RDS, ewentualnie stosowny WRDS także powinny mieć prawo wyrażenia opinii w tej sprawie.
Biorąc pod uwagę powyższe argumenty, przewodniczący OPZZ zwrócił się do ministra infrastruktury o zajęcie stanowiska w tej sprawie. O problemie związanym z trybem uchwalenia ustawy o Centralnym Porcie Komunikacyjnym OPZZ powiadomił także przewodniczącą Rady Dialogu Społecznego, minister rodziny, pracy i polityki społecznej, Elżbietę Rafalską a także wiceministra infrastruktury i pełnomocnika ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego dla Rzeczypospolitej Polskiej, Mikołaja Wilda.

Ułatwienia, nowe standardy i restrykcje

Nowe przepisy sprawią, że skończy się dotychczasowa swoboda budowlana. Powstaną nowe standardy, a władze będą skuteczniej nadzorować procesy inwestycyjne.

 

Ożywieniu, kulejącego programu rządowego Mieszkanie Plus, ma służyć projekt ustawy o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących.
Rząd PiS zapowiadał już tę ustawę od dawna, ale poprzednie podejście było kiepskiej jakości, więc projektowane przepisy należało poprawić.

 

Ma być przejrzyściej

– W nowym tekście projektu ustawy uwzględniliśmy opinie zebrane w toku konsultacji i uzgodnień. Umożliwiamy uruchomienie gruntów, które do tej pory nie były brane pod uwagę przy budownictwie mieszkaniowym, a także terenów w administracyjnych granicach miast. Dla nabywców i najemców ustawa obniży ceny mieszkań i zwiększy ich dostępność – obiecywał, prezentując projekt wiceminister inwestycji i rozwoju Artur Soboń.
To nie koniec. Proces inwestycyjny będzie szybki, dostęp do gruntów – dużo łatwiejszy, a to z kolei wpłynie na większą podaż inwestycji mieszkaniowych i tym samym większą konkurencyjność rynku – zapowiada resort inwestycji i rozwoju.
Wszystkie te cudowne skutki mają nastąpić w wyniku zwiększenia udziału samorządów w procesie wydawania zgody na lokalizację inwestycji mieszkaniowej.
W zmienionym projekcie zrezygnowano z angażowania wojewody w proces decyzyjny. Zgoda na lokalizację inwestycji wydawana będzie przez radę gminy w formie uchwały – czyli, nie będzie to już decyzja czynnika administracyjnego lecz czynnika społecznego.
Ta zmiana ma swoje uzasadnienie, bo to samorząd najlepiej zna lokalne uwarunkowania, więc on powinien mieć decydujący głos w sprawie realizacji inwestycji na terenie, na którym działa. Taki mechanizm zwiększy przy tym udział lokalnej społeczności w podejmowanych przez radę gminy rozstrzygnięciach – bo radzie gminy można łatwiej patrzyć na ręce niż wojewodzie.
Wprowadzono również nowe uregulowania dotyczące rozszerzenia konsultacji publicznych. Mają one zagwarantować transparentność – i powszechny udział w podejmowanych przez gminę decyzjach mieszkaniowych.

 

Pod zwiększonym nadzorem

W proponowanych przepisach są jednak i większe niż dotychczas restrykcje
Uchwała rady gminy o ustaleniu lokalizacji będzie musiała być zgodna ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy – podczas gdy dziś przy wydawaniu warunków zabudowy, taki wymóg nie musi być spełniony.
Nowe przepisy mówią krótko: brak spełnienia standardów urbanistycznych zapisanych w ustawie uniemożliwi wydanie pozwolenia na użytkowanie budynku.
Oznacza to, że w efekcie nastąpi ograniczenie powstawania zabudowy kiepskiej jakości, poniżej standardów, pozbawionej dostępu do niezbędnej infrastruktury.
Jednocześnie, ustawa w praktyce nie pozwali na inwestowanie na terenach podlegających ochronie.
Ministerstwo podkreśla, że będą to rozwiązania służące redukcji negatywnego wpływu urbanizacji na środowisko.
„Pozwoli to również zapobiegać wyłączeniu przestrzennemu i powstawaniu „sypialnianych” dzielnic oraz obszarów, zamieszkanie w których stygmatyzuje, skutkując m.in. wykluczeniem społecznym” – stwierdza oficjalnie resort inwestycji i rozwoju.
– Oczekujemy od inwestorów spełnienia standardów urbanistycznych – zapowiada wiceminister Artur Soboń. Kto nie będzie ich spełniać – może zapomnieć o pozwoleniu.

 

Koniec swobody na budowie

W rezultacie, można się obawiać, że ubocznym, ale znaczącym skutkiem nowych regulacji będzie po prostu zmniejszenie rozmiarów budownictwa indywidualnego, które stanie w obliczu konieczności spełniania coraz bardziej restrykcyjnych norm. Będzie to drastycznie sprzeczne z zapowiadanym celem programu Mieszkanie Plus.
Takim efektem ministerstwo się jednak nie przejmuje – i zapowiada dalsze obostrzenia – oraz uzależnienie procesu budowlanego od władz administracyjnych. Tyle, że nie od centralnych czy wojewódzkich, lecz lokalnych.
Proponowane przepisy wprowadzają obowiązek dołączenia koncepcji realizacji całej inwestycji już na etapie składania wniosku przez inwestora.
Obowiązkowy będzie udział przedstawiciela władzy wykonawczej i stanowiącej gminy w zespole konkursowym oceniającym proponowane koncepcje urbanistyczno-architektoniczne.
Nastąpi zróżnicowanie standardów związanych z lokalizacją, w zależności od wielkości miejscowości. Ustawa będzie określać podstawowe standardy, ale w dodatku rada gminy będzie mogła określić własne, lokalne standardy. Projektowane przepisy dotyczące koncepcji urbanistyczno-architektonicznej będą jeszcze bardziej precyzyjne.
Słowem, w budownictwie, nastąpi znaczące ograniczenie swobody tego, kto będzie chciał budować. Zaczną obowiązywać nowe, bardziej szczegółowe normy, zwiększy się nadzór ze strony lokalnych władz.

 

Minister chce mieć wpływ

Te lokalne władze nie będą jednak mieć pełnej swobody w kształtowaniu inwestycji budowlanych na swych terenach. Ograniczą ją nie tylko nowe uregulowania, ale i zalecenia specjalnego ciała, mającego nadzorować budownictwo w Polsce.
Jest to, powołana już Główna Komisja Urbanistyczno-Architektoniczna, złożona z 17 osób, przeważnie specjalistów od budownictwa i architektury, kierowana przez dr arch. Tomasza Sławińskiego, autora kilkudziesięciu planów zagospodarowania przestrzennego oraz planów obszaru metropolitalnego i strategii rozwoju Warszawy. (To, jak się dziś rozwija pod względem budowlanym stolica, jest więc w dużym stopniu dziełem właśnie dr. Tomasza Sławińskiego).
Główna Komisja Urbanistyczno-Architektoniczna ma doradzać Ministrowi Inwestycji i Rozwoju w sprawach planowania i zagospodarowania przestrzennego. Jej członkowie są powoływani i odwoływani przez ministra.
Z projektowanych przepisów może wprawdzie wynikać, że władza centralna zamierza ograniczyć swój wpływ na kształtowanie budownictwa w Polsce, ale w rzeczywistości, za sprawą zależnej od siebie Głównej Komisji, zdoła go zachować.

Dla kogo te apteki?

Pod rządami PiS nie zniknęły największe problemy polskiego rynku farmaceutycznego, takie jak wysokie ceny leków nie refundowanych, nielegalny eksport czy kiepskie zaopatrzenie placówek aptecznych. Bardzo wzrosła za to liczba zgonów.

Prawie rok minął od wprowadzenia w życie rozwiązania „apteka dla aptekarzy” przygotowanego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To okres, po którym można już się pokusić o pierwsze podsumowania – i oceny tego, jak funkcjonuje nowy system.
Jego wdrożenie, poprzedzone wieloma dykusjami i polemikami, spowodowało znaczące zmiany w organizacji polskiego rynku farmaceutycznego.

Zamykanie rynku

Nowelizację ustawy prawo farmaceutyczne, która weszła w życie 25 czerwca ubiegłego roku, najbardziej odczuli właściciele pojedynczych aptek.
Przed nowelizacją, w naszym kraju funkcjonował system otwarty, w którym każdy mógł zakładać i prowadzić aptekę tam gdzie chciał. Rynek był wysoce konkurencyjny, na czym korzystały zwłaszcza duże sieci apteczne, mające odpowiednie mozliwości finansowe by skutecznie toczyć walki o klientów z aptekami rodzinnymi.
Zmiana prawa farmaceutycznego sprawiła, iż dziś apteki pracują w ramach systemu znacznie bardziej zamkniętego. Jednocześnie, obowiązują w nim restrykcyjne ograniczenia właścicielskie, ilościowe oraz geograficzne i demograficzne.
Właścicielem apteki może zostać teraz jedynie farmaceuta posiadający jednocześnie prawo wykonywania zawodu (a więc nie każdy farmaceuta). Oznacza to, że możliwość nabycia lub otwarcia apteki przysługiwać będzie jedynie grupie członków korporacji zawodowej – wobec kilkunastu milionów Polaków, którzy teroertycznie mogli zostawać dotychczas właścicielami aptek.

Sieci mogą mieć gorzej

Wprowadzenie zasady „apteki dla aptekarza” miało, zgodnie z intencjami projektodawców ustawy, doprowadzić do rozwiązania rozmaitych problemów polskiego rynku farmaceutycznego.
Zwolennicy wprowadzenia „apteki dla aptekarza”, a w tym i obecna ekipa rządząca, powoływali się na zagrożenie monopolizacją rynku usług farmaceutycznych i przejęcia go przez duże, międzynarodowe podmioty, ze szkodą dla aptek rodzinnych. Tymczasem jak wskazano w raporcie Fundacji Republikańskiej z września 2016 roku, takie zagrożenie było w istocie niewielkie – jeżeli w ogóle istniało.
Wówczas, w 2016 r., apteki sieciowe (około 390 konkurujących ze sobą, po części zagranicznych i działających niezależnie od siebie sieci, posiadających pięć i więcej aptek) stanowiły około 30 proc. rynku aptecznego. Dziś, w pierwszej połowie 2018 r., ta struktura nadal jest podobna.
Ponadto, przedsiębiorcy, a konkretnie Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, uważają, że rozwój sieci aptecznych to bynajmniej nic złego.
„Ograniczenia własnościowe i ilościowe wprowadzone „apteką dla aptekarza” stoją w rażącej sprzeczności z celami wyrażonymi w „Planie Morawieckiego”, a ich wejście w życie skutkuje zahamowaniem rozwoju sieci aptecznych. Należy przypomnieć, że sieci apteczne to w ogromnej mierze przedsiębiorstwa polskie – firmy rodzinne, często będące własnością farmaceutów, rozwijane od wielu lat wysiłkiem i pomysłowością swoich właścicieli, a także podmioty, które powstały i rozwinęły się w wyniku nabywania aptek od Skarbu Państwa, w ramach prywatyzacji Cefarmów” – wskazuje ZPiP.
Oczywiście właściciele obecnych aptek rodzinnych mają inne zdanie i boją się zagrożenia ze strony sieci aptecznych.
Natomiast wspomnianych, zagranicznych aptek, było i wciąż jest bardzo niewiele w Polsce. Własnością firm z udziałem kapitału zagranicznego było i jest zaledwie pięć sieci aptecznych (we wspomnianym raporcie wskazano, że łącznie do sieci z udziałem kapitału zagranicznego należało 600 spośród 14 780 aptek, czyli około 4 proc .polskiego rynku).
Na pewno została ograniczona konkurencja w branży aptecznej. A z punktu widzenia klientów aptek, nie jest to dobre zjawisko.

Aptek jeszcze przybywa

Innym ważnym argumentem na rzecz wprowadzenia ograniczeń własnościowych, było zwalczanie nielegalnego procederu wywozu leków z Polski. Takie przeciwdziałanie okazało się jednak nieskuteczne.
Najlepiej świadczyła o tym konieczność skierowania niedawno do parlamentu rządowych projektów, dotyczących monitorowania drogowego przewozu leków, a także kolejnej nowelizacji prawa farmaceutycznego. Obie ustawy wprowadzają szereg instrumentów prawnych wymierzonych właśnie w tzw. „odwrócony łańcuch dystrybucji” – czyli wywożenie za granicę leków z cenami refundowanymi przez państwo (czyli podatników).
Jedną z obaw, zgłaszanych w związku z wprowadzeniem reguły „apteka dla aptekarza” było zagrożenie, iż spadnie liczba aptek w naszym kraju. Siłą rzeczy powinny to bowiem spowodować ograniczenia terytorialne i własnościowe. Tymczasem, okazało się, że nic takiego nie nastąpiło.
Owszem, po wprowadzeniu w życie restrykcyjnych przepisów zmniejszyła się nieco liczba aptek w centrach miast. Wzrosła jednak w mniej zaludnionych regionach kraju – i per saldo, aptek w Polsce przybyło.
Stało się tak dzięki temu, że do czerwca 2017 roku, a więc jeszcze przed zamknięciem rynku aptecznego, złożono ponad tysiąc wniosków o otwarcie nowej apteki. Z naddatkiem zamortyzowało to spadek liczby aptek, wymuszony nowymi przepisami.
Złożone w ubiegłym roku wnioski są sukcesywnie realizowane, powodując, że wciąż otwiera się w Polsce około 30 nowych aptek miesięcznie.
To wprawdzie mniej niż przed zmianą zasad, kiedy otwierało się ich prawie 100 miesięcznie – ale to cały czas jest przyrost, na bardzo przecież nasyconym, polskim rynku aptecznym. Wkrótce się on jednak skończy. Okazało się bowiem, że wniosków o otwarcie apteki na nowych zasadach złożono w okresie lipiec 2017 – styczeń 2018 zaledwie 22 na terenie całego kraju!.
Nie ma wprawdzie jeszcze zweryfikowanych tegorocznych danych, które zapewne powiedzą o znacznym wzroście liczby wniosków – co będzie spowodowane tym, że potencjalni właściciele aptek zaczną coraz lepiej dostosowywać swoje działania do zmienionych przepisów, zaś przepisy te już przestaną być kłopotliwą nowością.
Tym niemniej, nie można oczekiwać, że liczba wniosków o otwarcie apteki wróci do poziomu z pierwszej połowy ubiegłego roku. Tymczasem, w drugiej połowie 2017 r. liczba zamknięć aptek utrzymywała się na zwykłym, wcześniejszym poziomie – około 80 miesięcznie na terenie całego kraju.
Może się więc okazać, że po wyczerpaniu rezerwuaru starszych wniosków złożonych przed zamknięciem rynku, czeka nas spadek liczby aptek w Polsce. Jest on już dziś zauważalny w niektórych największych miastach, zwłaszcza jeśli chodzi o apteki całodobowe. Stanowi to oczywiste utrudnienie dla mieszkańców, którzy muszą w nocy odbywać dłuższe podróże w celu zdobycia przepisanego specyfiku.

Na wsi trochę gęściej

Zwiększyła się nieco natomiast liczba aptek w małych miejscowościach. Przedstawiciele samorządu aptekarskiego na konferencji w Ministerstwie Zdrowia poinformowali o otwarciu ponad 200 aptek i punktów aptecznych na terenach wiejskich.
Ta liczba, choć w skali całego kraju niewielka, oczywiście cieszy. Nie jest jednak wykluczone, że to tylko jednorazowe wydarzenie, wnikające z chęci ucieczki przedsiębiorców przed restrykcyjną regulacją, a nie trwały proces. Przed wejściem w życie nowych przepisów, kto mógł, otwierał aptekę gdzie się dało, także na wsiach.
Można natomiast oczekiwać, że na wsiach będzie zwiększać się liczba punktów aptecznych (bo tylko tam wolno je otwierać), które regulacji „apteka dla aptekarza” nie podlegają.
Zapewne z czasem będą się one po cichu coraz bardziej upodabniać do zwykłych aptek – choć nie do końca, gdyż zgodnie z przepisami, punkt apteczny nie prowadzi sprzedaży leków w ampułkach, narkotycznych i psychotropowych, oraz zaliczanych do grupy leków bardzo silnie działających. Wiadomo jednak, że u nas przepisy sobie, a życie sobie, zaś sieci kontrolne są mocno nieszczelne.

Rządy PiS powodują wzrost zgonów

Niekorzystnymi symptomami są z pewnością są oznaki wzrostu cen leków nierefundowanych. Zauważalne jest też pogorszenie zaopatrzenia aptek. Praktycznie niemal nie zdarza się, że ktoś, kto ma zapisane trzy czy cztery leki, zdoła je wszystkie wykupić podczas jednej wizyty w aptece. Zwykle musi przychodzić następnego dnia – albo szukać innej apteki. Przydałoby się, gdyby rząd zwrócił uwagę na te problemy rynku farmaceutycznego.
Trudno jednak tego oczekiwać, skoro obecna ekipa wprowadza cięcia w wydatkach na leczenie Polaków, co szczególnie dotkliwie widać na przykładzie nowoczesnych leków onkologicznych.
Efekty już odczuwamy – w 2017 r. w Polsce skróciła się średnia długość życia i zanotowano aż 403 tys. zgonów. (o 15 tys. więcej niż rok wcześniej). Większa liczba osób w naszym kraju zmarła tylko w 1991 r., kiedy działał niszczący „Plan Balcerowicza”.