Nikt nie chce zatrudnić farbowanego lisa

Były reprezentant Polski Eugen Polanski od czerwca pozostaje bez klubu. Piłkarz jest skłonny przyjąć ofertę nawet w egzotycznych krajach, tylko w Polsce grać nie chce, bo w Lotto Ekstraklasie za mało płacą. To już woli zakończyć karierę.

 

Eugen Polanski urodził się w Sosnowcu jako Bogusław Eugeniusz Polański. Jego ojciec był również piłkarzem występującym na poziomie polskiej III ligi[24]. W wieku trzech lat wyemigrował z rodzicami do Niemiec. Rodzina zamieszkała w miejscowości Viersen w pobliżu granicy z Holandią. Podczas wyrabiania nowych dokumentów w Niemczech, tamtejsi urzędnicy uznali, że nie ma niemieckiego odpowiednika imienia Bogusław, więc do nowych dokumentów wpisano Eugen jako odpowiednik jego drugiego imienia. Polanski ukończył niemieckie gimnazjum im. Erazma z Rotterdamu w Viersen, a następnie wyższą szkołę zawodową ekonomii i administracji w Moenchengladbach.

Do 2011 roku w publicznych wypowiedziach stanowczo twierdził, że chociaż urodził się w Polsce, to czuje się Niemcem i chciałby reprezentować barwy drugiej ojczyzny. Ale ponieważ jego usługami w kadrze Niemiec nie było zainteresowania, w 2011 roku zmienił zdanie, wystąpił o polski paszport i dostał powołanie od ówczesnego selekcjonera Franciszka Smudy. Nie był jedynym graczem pozyskanym w ten sposób dla reprezentacji, ale to jemu najczęściej przypisywano łatkę „farbowanego lisa”, przypominając jego wcześniejsze zapewnienia o przywiązaniu do Niemiec. Zagrał jednak w Euro 2012, potem znalazł się też w kadrze Waldemara Fornalika, a nawet Adama Nawałki, lecz w maju 2014 roku niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z dalszych występów w biało-czerwonych barwach. Potem tej decyzji żałował, przepraszał za krytyczne wypowiedzi i był gotów wrócić, lecz drzwi do polskiej kadry pozostały dla niego zamknięte.

Latem tego roku Polanskiemu wygasł pięcioletni kontrakt z Hoffenheim, a klub nie wyraził zainteresowania jego przedłużeniem. 32-letni środkowy pomocnik liczył, że szybko znajdzie nowego pracodawcę, lecz minęło kilka miesięcy, a on wciąż jest bezrobotny. Latem chęć jego zatrudnienia wyraziła Pogoń Szczecin, ale 19-krotny reprezentant Polski uznał, że byłaby to dla niego sportowa degradacja, skoro do tej pory w 1. Bundeslidze zaliczył 254 mecze i strzelił czternaście goli. Jeden sezon grał też w hiszpańskiej La Liga w barwach Getafe. Pewnie dlatego oczekuje gaży w wysokości 15 tys. euro tygodniowo netto. To jednak nie tylko dla polskich klubów stanowczo zbyt wygórowane żądanie.

 

Co w debiucie pokaże Brzęczek?

Jerzy Brzęczek już w swoim debiucie w roli selekcjonera biało-czerwonych może zapisać się w historii polskiego futbolu. Wystarczy, że w piątek 7 września wygra z Włochami, a okaże się lepszy od ośmiu swoich poprzedników na tej posadzie. Żadnemu z nich w debiucie nie udało się wygrać.

 

Brzęczek w XXI wieku jest dziewiątym selekcjonerem naszej piłkarskiej reprezentacji. Przed nim funkcję tę sprawowali: Jerzy Engel, Zbigniew Boniek, Paweł Janas, Leo Beenhakker, Stefan Majewski, Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik i Adam Nawałka. Wszystkich tych szkoleniowców łączy wspólne niepowodzenie, bo żadnemu nie udało się wygrać meczu w swoim debiucie w roli trenera biało-czerwonych.

 

Engel zaczął od 0:3 z Hiszpanią

Jerzy Engel przejął kadrę po Januszu Wójciku i do pierwszego meczu poprowadził ją 26 stycznia 2000 roku w wyjazdowej potyczce z Hiszpanią. Porażka 0:3 była najłagodniejszym wymiarem kary dla biało-czerwonych. Żaden z kolejnych selekcjonerów już tak dotkliwie w debiucie nie przegrał. Mimo tej klęski Engel zdołał potem zmontować solidną ekipę i wywalczył z nią awans do finałów mistrzostw świata w Korei Południowej i Japonii. Był to niewątpliwy sukces, bo nasza reprezentacja była nieobecna na tej największej piłkarskiej imprezie od 1986 roku. W azjatyckim czempionacie Engel jako trener zupełnie się jednak pogubił. Do dzisiaj tak naprawdę nie znamy przyczyn tej mundialowej klęski, bo raport Engela, o ile w ogóle takowy powstał, nigdy nie został upubliczniony.

Rozczarowanie kibiców i mediów słabym występem biało-czerwonych było tak duże, że władze PZPN dla uspokojenia nastrojów poświęciły Engela dymisjonując go z posady. Jego miejsce zajął człowiek o najmocniejszej pozycji w polskiej piłce, czyli Zbigniew Boniek. Była to zadziwiająca roszada, bo żeby zostać selekcjonerem kadry narodowej i spełnić swoje największe trenerskie marzenie, Boniek musiał zrezygnować z dającej mu potężną władzę w PZPN funkcji wiceprezesa ds. marketingu. Nie była to jednak najlepsza decyzja w jego życiu, o czym przekonał się już w debiucie. Wprawdzie 21 sierpnia 2002 roku zestawiony przez niego zespół zremisował 1:1 z zawsze mocną Belgią, ale stylem gry nie zachwycił i fali pomundialowej krytyki nie stłumił. Boniek poprowadził zespół jeszcze w czterech spotkaniach i niespodziewanie rzucił posadę pod jakimś wymyślonym ad hoc pretekstem. Na poprzednie stanowisko wiceprezesa jego towarzysze z zarządu PZPN już go nie przywrócili i musiał potem przez dziesięć lat tkwić na uboczu, zanim w 2012 roku wreszcie zdobył niepodzielną władzę w związku, z owoców której czerpie przyjemność do dzisiaj.

Po rezygnacji Bońka ówczesny prezes PZPN Michał Listkiewicz posadę trenera kadry powierzył Pawłowi Janasowi, który po długich wahaniach porzucił dla nowego wyzwania wygodne życie dyrektora sportowego Amiki Wronki. Zaczął jednak tak sobie, bo 12 lutego 2003 roku biało-czerwoni pod jego wodzą wywalczyli bezbramkowy remis z Chorwacją. Potem „Janosik” przegrał eliminacje do Euro 2004, ale za to wywalczył awans do mistrzostw świata 2006 roku w Niemczech. Na tej imprezie wypadł jednak nie lepiej od Engela i po mundialu został zwolniony.

 

Beenhakker przegrał 0:2 z Danią

Jego miejsce zajął słynny holenderski szkoleniowiec Leo Beenhakker, światowa sława, chociaż w 2006 roku już mocno przyblakła. O polskim futbolu pojęcie miał niewielkie i zanim sam zdobył niezbędną wiedzę, kadrę na swój debiutancki mecz powołał na podstawie podpowiedzi swoich współpracowników. Nie były one trafne, bo 12 sierpnia 2006 roku nasza reprezentacja pod wodzą Beenhakkera w kiepskim stylu przegrała na wyjeździe z Danią 0:2. Potem Holender, który dostał najwyższą gażę w historii polskiego futbolu (ok. 900 tys. euro rocznie) już tak doradcom nie ufał i jako pierwszy w historii wprowadził biało-czerwonych do finałów mistrzostw Europy. Na turnieju w Austrii i Szwajcarii sukcesu nie odniósł, mimo to prezes Listkiewicz nie pozbawił go posady. Zrobił to dopiero jego następca Grzegorz Lato, ale dopiero wtedy, gdy nasz zespół stracił szanse na awans do MŚ 2010 w RPA. Eliminacje dokończył Stefan Majewski, który na dzień dobry 10 października 2009 roku przegrał z Czechami 0:2.

Polska już wtedy miała zapewniony udział w kolejnych finałach mistrzostw Europy, jako współgospodarz turnieju. Prezes Lato na selekcjonera wybrał Franciszka Smudę i jak się potem okazało, był to wybór kompletnie nietrafiony. Nowy trener kadry zadebiutował 14 listopada 2009 roku, a biało-czerwoni pod jego wodzą przegrali u siebie z Rumunią 0:1. Co było potem wciąż doskonale pamiętamy.

 

Debiut Brzęczka: 7 września 2018

Po dymisji Smudy Lato funkcję selekcjonera powierzył Waldemarowi Fornalikowi, ale on też zaczął pracę z kadrą od porażki, przegrywając 15 sierpnia 2012 roku na wyjeździe ze słabiutką Estonią 0:1. Fornalik nie zdołał wywalczyć awansu do mistrzostw świata 2014 roku w Brazylii, a że prezesem był już wtedy nie Lato, tylko Boniek, było oczywiste iż na posadzie się nie utrzyma. Miejsce Fornalika zajął Adam Nawałka i na początku nic nie zapowiadało, że reprezentacja pod jego wodzą awansuje do Euro 2016, gdzie dojdzie aż do ćwierćfinału, a potem w cuglach wygra też eliminacje do mistrzostw świata 2018 roku w Rosji. Nawałka w roli selekcjonera zadebiutował 15 listopada 2013 roku, a zestawiony przez niego zespół przegrał we Wrocławiu w żenującym stylu ze Słowacją 1:3. Dla Jerzego Brzęczka pamiętną datą będzie 7 września 2018 roku, bo tego dnia w Bolonii zadebiutuje jako selekcjoner biało-czerwonych w spotkaniu z Włochami o pierwsze punkty w rozgrywkach Ligi Europy.

 

Kadra Polski już bez Piszczka

Łukasz Piszczek ogłosił, że definitywnie rezygnuje z gry w reprezentacji Polski. Zadebiutował w niej 3 lutego 2007 roku w wygranym 4:0 towarzyskim meczu z Estonią, po raz ostatni wystąpił w przegranym na mundialu w Rosji 0:3 spotkaniu z Kolumbią.

 

Piszczek był jednym z kluczowych zawodników naszej kadry przez jedenaście lat. W sumie w biało-czerwonych barwach wystąpił w 65 meczach i zdobył trzy bramki, zagrał też w czterech wielkich piłkarskich turniejach – Euro 2008, Euro 2012, Euro 2016 i mistrzostwach świata 2018 w Rosji. O swojej rezygnacji poinformował za pośrednictwem Facebooka.

„W życiu czasami trzeba podejmować ciężkie, ale racjonalne decyzje. Po długich przemyśleniach ja taką podjąłem. Moja przygoda z reprezentacją dobiegła końca. 11 lat zawsze z dumą reprezentowałem Polskę w seniorskiej reprezentacji. Był to wyjątkowy czas. Będę go zawsze bardzo miło wspominał. Dziękuję przede wszystkim Kibicom za wsparcie, Trenerom: Leo Beenhakkerowi, Franciszkowi Smudzie, Waldemarowi Fornalikowi i Adamowi Nawałce dziękuję za zaufanie. Zawsze starałem się nauczyć od nich jak najwięcej, czerpać z ich doświadczenia i wiedzy. Dziękuję wszystkim osobom związanym z każdym sztabem szkoleniowym i moim kolegom z boiska, z którymi wspólnie miałem zaszczyt reprezentować Polskę w tych 65 meczach z orłem na piersi. Zostawię w swojej pamięci mecze, w których swoją grą dawaliśmy wszystkim Kibicom wiele radości. Trenerowi Jerzemu Brzęczkowi i naszej reprezentacji życzę przede wszystkim dużo sukcesów” – napisał w swoim poście Piszczek (pisownia oryginalna).

Jego decyzja nie jest wielkim zaskoczeniem, bo zapowiadał rezygnacji jeszcze przed mundialem w Rosji. Co prawda Jerzy Brzęczek po przejęciu reprezentacji w wywiadach zapewniał, że żaden z piłkarzy kadry Adama Nawałki nie zamierza rezygnować z gry w narodowej drużynie, także Piszczek, tyle że on potrzebuje trochę więcej czasu na odreagowanie nieudanego występu w mistrzostwach świata.

Piłkarz Borussii Dortmund w opublikowanym na łamach portalu SportoweFakty.pl wywiadzie stanowczo jednak tej opinii nowego selekcjonera zaprzeczył i zapewnił, że jego decyzja jest ostateczna i nie przewiduje w przyszłości powrotu do reprezentacji nawet w trybie alarmowym. „W każdej kadrze po mundialu ktoś decyduje się o zakończeniu kariery. Mesut Oezil, Andres Iniesta, z różnych powodów. W dzisiejszej piłce to powszechne. Mam 33 lata, na Euro za dwa lata na pewno nie dam rady zagrać. Teraz są eliminacje i musi stworzyć się nowa drużyna, więc nie ma sensu, by miejsce w niej zajmował ktoś, kto na turniej na pewno nie pojedzie. Robię miejsce innym” – powiedział Piszczek.

Piłkarz ma jeszcze do wypełnienia dwa lata kontraktu z Borussią Dortmund. W tym klubie zamierza też zakończyć karierę.

 

Piast rządzi w lidze

W poprzednim sezonie zespół Piasta Gliwice niemal do ostatniej kolejki musiał walczyć o utrzymanie. Nowe rozgrywki podopieczni Waldemara Fornalika rozpoczęli jednak z rozmachem wygrywając trzy pierwsze spotkania.

 

Zagłębie Lubin przyjechało na mecz do Gliwic w roli lidera ekstraklasy, ale gospodarze ustępowali im jedynie gorszym bilansem bramkowym. Trener „Miedziowych” Mariusz Lewandowski chyba trochę się przestraszył potyczki z Piastem, bo zaczął majstrować w swojej dobrze funkcjonującej w dwóch poprzednich spotkaniach piłkarskiej maszynerii. No i przedobrzył, bo wprowadzone przez niego zmiany w taktyce i ustawieniu zespołu nie przyniosły mu żadnej korzyści, za to wydatnie ułatwiły zadanie drużynie prowadzonej przez byłego selekcjonera reprezentacji Polski. Po meczu trener „Miedziowych” nie zwalał jednak winy na swoich podwładnych, tylko przyznał się po męsku do błędu. „Gratuluję Piastowi zwycięstwa. Wygrali z nami zasłużenie, byli drużyną lepszą przez cały mecz. Porażkę biorę na siebie, bo nie trafiłem z wyborem składu i zmianami” – stwierdził na pomeczowej konferencji Lewandowski.

Fornalik nie krył zadowolenia ze zwycięstwa, ale też nie omieszkał przypomnieć, że w maju jego piłkarzy nie ceniono nawet w Piaście, a władze klubu rozważały też zmianę szkoleniowca. „Uważam, że w ludzi trzeba wierzyć. Łatwo jest krytykować, trudniej dostrzec pozytywy. Mamy zespół, który teraz wygrywa, ale który zapewne przegra jeszcze niejedno spotkanie. Ta grupa ludzi się jednak świetnie rozumie i dobrze razem funkcjonuje. Jeden pomaga drugiemu, a wszystko podporządkowane jest dobru drużyny” – zdradził tajemnicę sukcesów gliwiczan trener Fornalik.

Były selekcjoner biało-czerwonych znów jest na trenerskim topie i na razie nie musi martwić się o przyszłość. Takiego kłopotu nie ma też tymczasowy trener Legii Aleksandar Vuković, który zastąpił zwolnionego Deana Klafuricie i poprowadził zespół w spotkaniu z Lechią Gdańsk. Bezbramkowy remis klęską nie jest, ale kibice stołecznej drużyny nie byli zachwyceni ani wynikiem, ani stylem gry zespołu. Vuković zdradza już aspiracje do wzięcia drużyny na „pełny etat”, wątpliwe jednak by dostał taką szansę akurat w Legii.

Najbardziej nieszczęśliwym trenerem w naszej ekstraklasie w tej chwili jest bez wątpienia Kosta Runjaić, pod wodza którego dobrze grająca w poprzednim sezonie Pogoń Szczecin zaliczyła falstart w obecnych rozgrywkach, przegrywając z kretesem trzy pierwsze spotkania. Klęska 0:3 z Zagłębiem Sosnowiec zepchnęła „Portowców” na ostatnie miejsce w tabeli. Zero punktów, zero strzelonych goli i sześć straconych to nie jest bilans, który pozwala trenerowi w naszej lidze na spokojny sen.

 

Udany start Lecha

Po dwóch kolejkach liderem jest Zagłębie Lubin, ale oprócz „Miedziowych” kompletem punktów na koncie mogą pochwalić się też zespoły Lecha Poznań i Piasta Gliwice. Na drugim biegunie znalazły się drużyny Cracovii i Pogoni Szczecin i Zagłębia Sosnowiec.

 

Dwa zwycięstwa w pierwszych dwóch meczach – ostatni raz piłkarze Lecha Poznań tak udanie rozpoczęli zmagania w ekstraklasie w sezonie 2012-2013. Wtedy „Kolejorz” zaczął od wygranej u siebie z Ruchem Chorzów 4:0, a tydzień później pokonał w Warszawie Polonią 2:1. Dobra passa urwała się już w trzeciej kolejce, bo z Górnikiem Zabrze lechici wywalczyli tylko bezbramkowy remis. Teraz może być podobnie, bo w trzeciej kolejce poznański zespół zagra na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław, który obecny sezon także zaczął obiecująco. „Wysokie miejsce w tabeli w tym momencie nic nam nie daje. Nieważne jak się zaczyna, tylko jak się kończy. Żeby skończyło się dobrze, musimy teraz doskonalić nasz sposób gry i ciężko pracować na treningach. Innej drogi do sukcesu nie widzę” – przekonuje trener lechitów Ivan Djurdjević.

Ale zanim gracze „Kolejorza” wyjdą na murawę stadionu we Wrocławiu, w czwartek 2 sierpnia przyjdzie im stoczyć rewanżową potyczkę w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z białoruskim Szachtiorem Soligorsk. W pierwszym meczu padł remis 1:1, więc ekipa „Kolejorza” ma dobrą pozycję wyjściową w rewanżu. No i nie będzie musiała grać z Białorusinami, jak z Cracovią, przy pustych trybunach. Wojewoda wielkopolski skrócił nałożoną na klub karę zamknięcia trybun. Awans do III rundy w tej sytuacji jest obowiązkiem graczy Lecha.

Po dwóch kolejkach ekstraklasy za wcześnie jest na wyciąganie jakiś ogólnych wniosków, nie da się jednak nie zauważyć fatalnego startu Cracovii. Przed sezonem trener „Pasów” Michał Probierz odważnie zapowiadał, że jego zespół będzie walczył o najwyższe cele, na razie jednak krakowski zespół trzyma w tabeli czerwoną latarnię. W trzeciej kolejce zagra u siebie z Arką Gdynia, potem czeka go wyjazd do Szczecina, a na koniec serii potyczka w Krakowie z sensacyjnym liderem Zagłębiem Lubin. Niewykluczone, że po tych pięciu kolejkach wielu kibiców odetchnie z ulgą, że to nie Probierza prezes PZPN Zbigniew Boniek wybrał na nowego selekcjonera reprezentacji Polski.

Tylko trzy zespoły w dwóch pierwszych kolejkach wywalczyły komplety punktów – poza wspomnianymi już Zagłębiem Lubin i Lechem jeszcze tylko Piast Gliwice. Trener Waldemar Fornalik po poprzednim sezonie znalazł się w niekomfortowej sytuacji, bo władze klubu rozważały zatrudnienie innego szkoleniowca. Ostatecznie były selekcjoner reprezentacji Polski utrzymał posadę i przez wakacje poukładał zespół na nowo. Na razie przynosi to dobre efekty.

 

Koniec ery Adama Nawałki

We wtorek w samo południe na Stadionie Narodowym w Warszawie prezes PZPN Zbigniew Boniek poinformował, że Adam Nawałka nie będzie dalej trenerem reprezentacji Polski.

 

Adam Nawałka przejął reprezentację Polski po Waldemarze Fornaliku w październiku 2013 roku i prowadził już w 50 meczach, z których 29 biało-czerwoni wygrali, 13 zremisowali, a w 10 doznali porażek. Bilans bramkowy też jest korzystny – 99:49. Pod wodza Nawałki nasza narodowa drużyna awansował do Euro 2016 i dotarła w tym turnieju do ćwierćfinału, w którym w rzutach karnych uległa późniejszym zwycięzcom Portugalczykom. Warto też pamiętać, że Nawałka zapisał się w historii naszego futbolu jako pierwszy selekcjoner, który pokonał reprezentację Niemiec. Udane eliminacje do tegorocznego mundialu także należy zapisać po stronie jego plusów.

Niestety, wszystkie te dokonania przekreślił nieudany występ biało-czerwonych w Rosji, po którym na Nawałkę spadła potężna fala krytyki, której chyba się nie spodziewał i z którą jak się okazało nie potrafił się oswoić. Jeśli wierzyć słowom prezesa Bońka Nawałka mógł zachować posadę, bo w PZPN czekała już na niego nowa umowa. Oczywiście podyktowana przez szefa związku, a zatem dla selekcjonera z pewnością niezbyt korzystna.  Stąd jego stanowcze: „Nie, dziękuję, pięć lat wystarczy”.

Ale na konferencji prasowej Nawałka wygłosił pod adresem prezesa PZPN same peany: „Odpowiedzialność za drużynę była głównym powodem tej decyzji, aby ktoś inny przejął reprezentację. Prezes bardzo pozytywnie wpływał na to, co się działo i bez prezesa Bońka te sukcesy nie miałyby miejsca” – przekonywał Nawałka, który na stanowisku pozostanie jeszcze do końca lipca.

Kto go potem zastąpi, na razie wie chyba tylko prezes Boniek. I wygląda na to, że to on dokona wyboru nowego selekcjonera, bo PZPN nie planuje żadnego konkursu. „Mogę was uspokoić, że będę kierował się doświadczeniem i intuicją. Nowy trener musi mieć koncepcję. Już teraz na moim biurku jest sześć-siedem CV przedstawionych przez różne agencje. Ale ja chcę trenera, z którym sam będę mógł porozmawiać. Nie wiem jeszcze czy postawię na Polaka, czy obcokrajowca” – zakomunikował sternik polskiego futbolu.

Boniek przeciął też przy okazji wątpliwości wobec przyszłej roli w kadrze Roberta Lewandowskiego. „On jest fantastycznym zawodnikiem i już teraz mogę zapewnić, że nowa drużyna będzie budowana wokół jego osoby” – zapewnił. Dzień wcześniej podobne słowa o Lewandowskim wygłosił nowy trener Bayernu Monachium Niko Kovac, informując przy okazji, że odbył z polskim napastnikiem telefoniczną rozmowę, po której ma podstawy sądzić, że „Lewy” zostanie w Bayernie na kolejny sezon.

I tak oto kończy się „rosyjska burza” w polskim futbolu, która zapowiadała wielkie zmiany, a zmiotła z pokładu tylko trenera kadry, bo on wszystkie winy wziął na siebie.

Upadek Ruchu Chorzów

Dwa spadki rok po roku zepchnęły chorzowski klub na peryferia polskiego futbolu. Na trzecim poziomie rozgrywek 14-krotny mistrz kraju jeszcze w swojej blisko stuletniej historii nie grał. Tonący w długach Ruch stoi nad przepaścią.

 

Kryzysy w 98-letniej historii chorzowskiego klubu zdarzały się co jakiś czas, zawsze ich powodem był brak pieniędzy, ale aż do sezonu 1986-1987 jakimś cudem udawało się drużynie uniknąć degradacji z najwyższej klasy rozgrywkowej. Tym razem się nie powiodło – chorzowianie dwukrotnie przegrali po 1:2 w barażu o utrzymanie z Lechią Gdańsk i wylądowali w II lidze. Wśród graczy roniących łzy po spadku był Krzysztof „Gucio” Warzycha, dziś żywa legenda „Niebieskich”, ale też jeden ze sprawców obecnego upadku. Wtedy, 31 lat temu, Ruch poniósł się z kolan błyskawicznie, bo po roku wrócił do ekstraklasy z impetem i z marszu zdobył mistrzostwo Polski, a wspomniany „Gucio” został królem strzelców z dorobkiem 24 goli.

 

Pechowiec Warzycha

W następnym sezonie chorzowianie zagrali w europejskich pucharach i odpadli w potyczce z CSKA Sofia, wtedy występującym karnie pod nazwą Sredec Sofia, ale z takimi wybitnymi graczami w składzie, jak Christo Stoiczkow i Ljubosław Penew. Ten pierwszy rok później wyląduje za cztery miliony dolarów w Barcelonie i zostanie gwiazdą tego klubu. Jego tropem pójdzie też gwiazdor Ruchu Krzysztof Warzycha, którego za jedną czwartą tej kwoty kupił Panathinaikos Ateny. „Gucio” już do końca poważnej piłkarskiej kariery grał w tym klubie stając się jego najskuteczniejszym strzelcem i jednym z najwybitniejszych graczy w historii.

Niestety, erze narodzin i burzliwego rozwoju wilczego kapitalizmu w Polsce „Niebiescy” znów popadli w finansowe tarapaty i w 1995 roku po raz drugi w historii spadli z ekstraklasy. Tym razem znowu szybko podnieśli się z upadku i po roku gry w II lidze ponownie wrócili do ligowej elity. W sezonie 1999-2000 Ruch zakończył rozgrywki w ekstraklasie na trzecim miejscu i od tamtej pory już więcej razy na podium nie stawał, a w 2003 roku po raz trzeci zaliczył spadek do niższej ligi. Tym razem na dłużej, bo zadłużony po uszy klub ledwie wybronił się przed degradacją do trzeciej ligi. Wrócił do elity dopiero w w sezonie 2007-2008, a i to z problemami, bo PZPN z powodu ciążących na chorzowskim klubie długów nie chciał mu przyznać licencji. Ostatecznie „Niebiescy” dostali zgodę i przez następne 10 lat rywalizowali w ekstraklasie, z każdym rokiem jednak ich finansowa sytuacja robiła się coraz gorsza.

 

Pod ciężarem długów

Wiosną 2016 roku Ruch otrzymał od samorządu miejskiego, który jest udziałowcem klubu, pożyczkę w wysokości 18 mln złotych. Zastrzyk gotówki na chwilę uspokoił burzliwe nastroje piłkarzy, którzy pod wodzą trenera Waldemara Fornalika zdołali zakończyć rozgrywki na ósmym miejscu. Kłopoty jednak się nie skończyły, wręcz przeciwnie. Latem 2016 roku rezygnację z kierowania klubem po czterech latach złożył jego prezes i współwłaściciel Dariusz Smagorowicz. Zastąpił go Janusz Paterman, którego jednak po miesiącu rada nadzorcza odwołała i w jego miejsce prezesem ustanowiła innego z głównych akcjonariuszy klubu Aleksandra Kurczyka.

Tak zaczęła się wojna działaczy o władzę nad klubem. W lutym 2017 roku Paterman, właściciel m.in. sieć kawiarni i restauracji na Górnym Śląsku, odkupił udziały od Smagorowicza i został największym akcjonariuszem, a także ponownie prezesem klubu. On też ujawnił, że na Ruchu ciąży dług w wysokości 36 mln złotych. PZPN ukarał natychmiast chorzowian odjęciem czterech punktów oraz obowiązującym od połowy lutego 2017 półrocznym zakazem transferowym. W maju 2017 radni Chorzowa zgodzili się za zakup z budżetu miasta pakietu akcji Ruchu za dwa miliony złotych. Te pieniądze pozwoliły na spłatę należności wymaganych do uzyskania licencji. Po zakończeniu sezonu zasadniczego odszedł z klubu Waldemar Fornalik, którego w roli trenera zastąpił ściągnięty z Grecji Krzysztof Warzycha. Niestety, „Gucio” nie okazał się trenerskim geniuszem i po raz drugi w życiu przeżył spadek z Ruchem do niższej ligi.

 

Piłkarze wbili ostatni gwóźdź

Ostatnie dwa lata to w historii Ruchu okres nieustającego gaszenia pożarów. Ekipa Patermana musiała zmagać się nie tylko z pozostawionym przez poprzedników garbem długów, ale też niechęcią obecnych władz PZPN, przeciwko którym w walce wyborczej opowiedział się Smagorowicz. Swoje trzy grosze dorzucili też piłkarze. Pamiętną porażkę 0:6 ze Śląskiem Wrocław poprzedziła karczemna awantura wywołana przez część zawodników dążących do rozwiązania kontraktów z winy klubu. Sytuacja powtórzyła się rok później w I lidze, gdy zespół już pod wodzą słynącego z silnej ręki Dariusza Fornalaka niespodziewanie przegrał na swoim stadionie z również walczącą o utrzymanie Pogonią Siedlce 0:6, a w następnej kolejce na wyjeździe 1:6 z Miedzią Legnica. Po tych porażkach było już jasne, że zespół spadnie z ligi i trener Fornalak dostał przyzwolenie na wystawianie do gry młodych piłkarzy, którzy maj być trzonem kadry Ruch w trzeciej lidze. Kibice na razie od klubu się nie odwrócili, swoje wsparcie podtrzymują też władze Chorzowa. Ale przyszłość „Niebieskich” mimo to nie rysuje się na razie w jasnych barwach.

Nieciecza bez piłkarskiej ekstraklasy

Po trzech latach mały stadion w liczącej 700 mieszkańców Niecieczy stracił status obiektu piłkarskiej Lotto Ekstraklasy. Grające na nim zespoły Bruk-Betu i Sandecji Nowy Sącz zostały zdegradowane.

W sobotę zakończyła się rywalizacja w grupie spadkowej Lotto Ekstraklasy. O stawkę bój stoczono jedynie w Gliwicach, gdzie Piast bił się z Bruk-Betem Nieciecza o utrzymanie w lidze. Drużyna „Słoników” miała nad gliwiczanami punkt przewagi i do szczęścia wystarczał jej remis. PZPN do sędziowania tego spotkania posłał najlepszego arbitra Szymona Marciniaka, ale na boisku nie działo się nic nadzwyczajnego.

Gospodarze, których trenerem jest Waldemar Fornalik, poprzednik Adama Nawałki na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski, okazał się lepszy o klasę. Piast już do przerwy prowadził 2:0 po golach Mateusza Maka i najlepszego na boisku Słowaka Martina Bukaty, a po zmianie stron dwa kolejne trafienia dorzucili Słoweniec Szasza Żyvec i Hiszpan Gerard Badia i Piast wygrał 4:0. Była to dopiero czwarta wygrana tej drużyny na swoim boisku w całym sezonie.

Piłkarze Bruk-Betu nie walczyli jakoś przesadnie walecznie – dość powiedzieć, że trzy żółte kartki w tym spotkaniu sędzia Marciniak pokazał wyłącznie graczom Piasta. Niewykluczone, że było to efektem ciężkiej kontuzji najlepszego w ostatnich tygodniach gracza „Słoników” Bartosza Śpiączki, którego zawodnicy Piasta mocno zdemolowali już w pierwszej minucie spotkania. „Został odwieziony do szpitala, ma rozbitą głową i poważny wstrząs mózgu. Straciliśmy na początku spotkania największego bojownika w drużynie, ale to nas nie usprawiedliwia. Piast dzisiaj po prostu się po nas przebiegł” – stwierdził po mecz trener Bruk-Betu Jacek Zieliński. W tym sezonie to trzeci szkoleniowiec zatrudnionym przez klub z Niecieczy – przed nim pracowali tu Maciej Bartoszek (do 20 lutego br. roku) i Mariusz Rumak, pod wodzą którego zespół rozpoczął rozgrywki.

Bruk-Bet żegna się zatem po trzech latach z ekstraklasą, a wraz z nim do I ligi spada też beniaminek Sandecja Nowy Sącz, która z braku własnego stadionu spełniającego wymogi licencyjne przez cały sezon korzystała gościnnie ze stadionu w Niecieczy.

Wyniki 37. (ostatniej) kolejki

Grupa spadkowa:
Piast Gliwice – Bruk-Bet Nieciecza 4:0
Gole: Mateusz Mak (23), Martin Bukata (35), Sasza Żivec (78), Gerard Badia (90).
Widzów: 6249.
Arka Gdynia – Śląsk Wrocław 0:1
Gol: Daniel Łuczak (1). Widzów: 6222.
Cracovia – Pogoń Szczecin 1:4
Gole: Krzysztof Piątek (45 karny) – Kamil Drygas (9), Adam Frączczak (20, 60 i 78).
Widzów: 2193.
Lechia Gdańsk – Sandecja Nowy Sącz 1:1
Gole: Flavio Paixao (56) – Wojciech Trochim (29). Widzów: 12 080.