W Warszawie jest za dużo picu

O tym, kto jest naprawdę wiarygodny w sprawach reprywatyzacji, z kim i jak Sojusz Lewicy Demokratycznej jest gotów współpracować po wyborach oraz na co miasta stołecznego nie stać – z Andrzejem Rozenkiem, kandydatem SLD na prezydenta Warszawy rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

 

Strajk.eu: Pierwszy start w wyborach na prezydenta Warszawy nie był dla pana udany. Czego pana nauczyło tamto doświadczenie?

Andrzej Rozenek: To była partyzantka. Startowałem praktycznie bez poparcia partii politycznej i bez większych funduszy. Przekonałem się, że konieczne jest jedno i drugie, bo te wybory mają charakter partyjny, a bez pieniędzy nie da się dotrzeć do ludzi.
Jeśli wziąć pod uwagę te okoliczności, to mój wynik wcale nie był zły. Zdobyłem 2,3 proc., a mój ówczesny lider Janusz Palikot miał krótko potem w wyborach prezydenckich 1,6 proc. Teraz moja sytuacja jest zupełnie inna i jestem przekonany, że wynik też będzie lepszy.

 

Lewicowi wyborcy zaufają panu, a nie koalicji Wygra Warszawa i Janowi Śpiewakowi, społecznikowi, który już rozpoczął prekampanię?

Ta prekampania to przede wszystkim brutalne ataki. Między innymi na Andrzeja Celińskiego, który przez jeden z nich rozstał się z kandydowaniem. Nie sądzę, żeby chwyty takie jak odgrzebywanie sensacji w stylu „dziadka z Wehrmachtu” mieściły się w kanonie nowoczesnej lewicy i żeby podobały się lewicowym wyborcom. Pan Śpiewak uważa się pewnie za lewicę, ale swoim postępowaniem dowiódł, że nie ma z nią nic wspólnego.

 

Nie jest lewicowe mówienie o zablokowaniu budowy Nycz Tower, podejmowanie tematów mieszkalnictwa czy transportu zbiorowego?

To są oczywiste sprawy. Mówiąc o nich pan Śpiewak dowiódł tylko tyle, że coś o Warszawie wie. I dobrze, każdy kandydat powinien wiedzieć dużo o mieście, którego chce być prezydentem. Ale na lewicy w Polsce jest obecnie w zasadzie jedna znacząca siła i to jest moja partia – SLD.

 

Partie, które współtworzą koalicję Wygra Warszawa, twierdzą, że wręcz odwrotnie – prawdziwa lewica jest tam.

W tym określeniu „prawdziwa lewica” brzmi pogarda dla części elektoratu. Dla wyborców, którzy swoimi korzeniami, życiorysem, sięgają PRL. Wymazywanie Polski Ludowej z naszej historii, udawanie, że tamten okres nie miał nic wspólnego z lewicą jest w moim odczuciu czymś bardzo nagannym. Robi to nieustannie PiS oraz niektórzy z liderów tej tak zwanej nowej lewicy.
Ani prawica, ani ta pseudolewica nie dostrzegają, że ludzie w wieku 60 lat i więcej są tak samo ważnymi wyborcami, jak ci, którzy mają lat 20. Może nawet są ważniejsi, bo mają większe potrzeby, są to ludzie, którzy oddali Polsce bardzo wiele, a teraz są zepchnięci na margines. Państwo brutalnie zmienia nazwy ulic i burzy pomniki z tamtego okresu, potrafi nawet odbierać emerytury. Nie można mówić o lewicowości, zapominając o istnieniu tego elektoratu.

 

Co na poziomie samorządu zamierza pan dla nich zrobić?

Ludzie starsi powinni być darzeni szczególnym szacunkiem. To dzięki ich pracy i dokonaniom żyjemy w takim państwie, w jakim żyjemy. W programie SLD, pod nazwą Srebrnej Rewolucji, jest pełen pakiet rozwiązań dla nich.
Zapewniam, że ten elektorat będzie w moim programie nadzwyczaj mocno doceniony. O szczegółach nie chcę na razie mówić, ale mogę stwierdzić, że nie chodzi mi tylko o ruchy takie jak udogodnienia dla osób z niepełnosprawnościami, moim celem jest radykalna zmiana komfortu ich życia. Tak, jak w krajach skandynawskich, gdzie człowiek starszy nie czuje się człowiekiem gorszej kategorii.

 

Wspomniał pan o krajach skandynawskich tak samo, jak w 2015 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Z tym, że wtedy pan mówił, że tam można sobie pozwolić na socjal, bo długo pracowano na dobrobyt. Dla Polski pana zdaniem właściwsze byłyby podatek liniowy, uproszczenie procedur i walka z biurokracją.

Rzeczywiście, uznawałem niektóre pomysły liberalne gospodarczo za dobre, za skuteczne dla Polski w tamtym okresie. Dziś jednak odnotowujemy znaczący wzrost gospodarczy, a rząd chwali się, że ma mnóstwo pieniędzy. Więc nie ma mowy o tym, by socjal ograniczać.
SLD, kiedy będzie rządzić, odda to, co PiS zabrał – wolność, wolność mediów, wolność zrzeszania się. Równocześnie utrzyma wszystkie socjalne transfery wprowadzone przez obecny rząd. A jeśli stan finansów naprawdę jest tak dobry, to zamiast budować masowo strzelnice, inwestować w Wojska Obrony Terytorialnej i napychać kasą Rydzyka, należy pieniądze skierować do najbardziej potrzebujących, redukować nierówności. Tak postępuje lewica na całym świecie, a w Polsce nikt tego dotąd nie robił…

 

Nawet SLD, będąc u władzy.

Niestety w dużym stopniu to prawda. Wymówką było to, że na pewne posunięcia nie zgadzał się koalicjant, no i stan budżetu był wtedy fatalny. Dzisiaj takiego wytłumaczenia być nie może. Lewica nie może sobie pozwolić na bycie w rządzie, który nie będzie odpowiednio socjalny.

 

A więc nie może zawierać koalicji z Platformą Obywatelską.

To zależy. PO jest partią, która nie ma żadnego stałego programu, dostosowuje się do okoliczności. Ostatnio w związku z sondażami Grzegorz Schetyna chce skręcać na lewo. Dlaczego ludziom podoba się organizacja, która nie ma żadnego kręgosłupa ideowego, tego nie wiem. Ale dla nas to oznacza, że będziemy mogli jej stawiać warunki.

 

I SLD będzie w stanie na wpłynąć na PO, żeby wasz prospołeczny program był realizowany?

Jestem przekonany, że SLD wróci do Sejmu i nie wyobrażam sobie, by powstał rząd bez udziału Sojuszu. Tak wskazują obecnie sondaże. To daje nam silniejszą pozycję, niż by wprost wynikało z rozkładu mandatów.

 

W Warszawie też dopuszcza pan koalicję z PO?

Tylko wtedy, gdy nastąpi rachunek sumienia ze strony Platformy, będą wyciągnięte wnioski z afery reprywatyzacyjnej. Nie może być tak, że po Warszawie grasuje banda ludzi, którzy kradną kamienice, a osobę, która przeciwko temu protestuje, prawdziwą społeczniczkę, znajduje się spaloną w Lesie Kabackim.

 

Na razie najgłośniej sprawę reprywatyzacji rozgrywa Patryk Jaki.

Cała komisja Jakiego jest tworem bezprawnym – tak uważają konstytucjonaliści. Czy cokolwiek udowodniła, osądziła któregokolwiek sprawcę? Reprywatyzacją powinna zajmować się prokuratura, która może sformułować akt oskarżenia, i sąd, który jest w stanie skazać winnych. Komisja Jakiego to polityczna hucpa, za którą nie kryje się nic głębszego – jestem przekonany, że warszawiacy to rozumieją i nie dadzą się nabrać.

 

Trudno nie zgodzić się z taką oceną, ale aktualne sondaże są dla kandydata prawicy bardzo przychylne. Jak sprawić, by wyborcy uwierzyli, że lewica jest bardziej wiarygodna?

Mam nadzieję, że wyborcy będą pamiętać, że pierwszą osobą, która zwracała uwagę na temat reprywatyzacji, byłem ja. W 2014 r. przeprowadziłem kilkanaście konferencji poświęconych tej sprawie, omawiałem konkretne historie – od nieruchomości przy Noakowskiego, przy Twardej, po tę przy ul. Szarej. Mówiłem, że to, co się dzieje, to jawny przewał, alarmowałem: nie może być tak, że prywatyzowane są szkoły czy ogródki jordanowskie. Nikt się tym nie zainteresował! Gdzie wtedy był Patryk Jaki?
To ja wniosłem projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Napisano go na zlecenie Hanny Gronkiewicz-Waltz tylko po to, żeby PO mogła pokazywać, że jest. Wisiał w internecie przez lata, nikt go nie wprowadzał pod obrady. Za rządów PO, z Hanną Gronkiewicz-Waltz jako wiceprzewodniczącą partii! W końcu sięgnąłem po niego – akty prawne nie są w Polsce objęte prawami autorskimi – przedstawiłem projekt w Sejmie, komisja ustawodawcza go zaaprobowała. Nie jest tak, że problemy reprywatyzacyjne odkrył, a teraz rozwiązuje PiS.

 

To jakie zapisy powinny znaleźć się w dużej ustawie reprywatyzacyjnej – gdyby była wola polityczna jej uchwalenia?

To jest trudna sprawa, ogromne koszty dla budżetu państwa. Pytanie, jak to zrobić, by z jednej strony nie uwikłać się w rażące naruszenia prawa, a z drugiej nie oburzyć wyborców, którzy zapytają: dlaczego rozdajecie mienie jakimś spadkobiercom w trzecim-czwartym pokoleniu? Oni tego nie wypracowali! Z punktu widzenia lewicy faktycznie jest to ogromnie niesprawiedliwe.
Jestem za tym, by definitywnie zakończyć reprywatyzację, wypłacając np. jeden, pięć, może dziesięć procent wartości – ale nie w budynkach. Żeby miasta mogły się dynamicznie rozwijać, a ludzie, którzy mieszkają w tych kamienicach, nie martwili się już o przyszłość.

 

A dopóki ustawy nie ma, co pan, jako prezydent Warszawy, zrobi dla tych, którzy już zostali przez reprywatyzację pokrzywdzeni?

Z poziomu ratusza kompleksowe rozwiązanie problemu nie jest możliwe. Ustawa jest niezbędna.
Można natomiast dokładnie przyjrzeć się ludziom, którzy do tej pory zajmowali się mieniem miejskim. Mamy dość dowodów tego, że ich kompetencje są mizerne albo żadne. Po drugie, trzeba się zacząć zastanawiać nad tym, jak Warszawa powinna się rozwijać i trzymać się tego planu. Jeśli architekt miasta uznał, że są pewne ciągi przewietrzania miasta, to nie może być tak, że ktoś dostaje potem zgodę na budowę w tym miejscu drapacza chmur! Nycz Tower jest ewidentnym przykładem tego, że jednym wolno więcej niż innym. Konieczna będzie wymiana części urzędników. Nieuchronne będzie również składanie w niektórych przypadkach zawiadomień do prokuratury. Za moich rządów Warszawa będzie miastem uczciwym.

 

A czy będzie miastem dostępnym? Wygra Warszawa zapowiada wzniesienie 50 tys. mieszkań na wynajem, w których czynsz będzie znacznie niższy, niż na obecnym rynku. Co pan na to?

Nie będę się ścigał w populizmie. Nie obiecam ani piętnastu nowych nitek metra, ani 300 tys. mieszkań komunalnych, bo to są kpiny z wyborców.

 

50 tys. nowych mieszkań to kpiny z wyborców?

Oczywiście! Na początek trzeba uporządkować obecny zasób komunalny, ok. 100 tys. lokali. Potem trzeba się zastanowić nad tym, skąd Warszawa ma zdobyć pieniądze na wznoszenie kolejnych mieszkań. Nie stać nas na budowanie taniochy, żeby na siłę zrealizować obietnice z kampanii. Ludzi biednych należy traktować z szacunkiem. Nie będę wznosił slumsów ani baraków, tylko obiekty w odpowiednim standardzie, tanie w eksploatacji, zeroenergetyczne.

 

Mówi pan, że chce tworzyć lepszą Warszawę – co jeszcze w obecnym zarządzaniu miastem pozostawia wiele do życzenia?

Na Pradze są miejsca, gdzie nie ma nawet bieżącej wody. Co jest ważniejsze dla dziecka, które się tam wychowuje – fontanna przed blokiem czy ciepła woda i toaleta w domu? W Warszawie jest za dużo picu, a za mało się myśli o ludziach, o ich godnym życiu.
U mnie na pierwszym miejscu będzie człowiek, potem infrastruktura. W poprzednich kadencjach władze Warszawy zapominały, że gdy powstają nowe osiedla, to trzeba zadbać o otwarcie żłobków, przedszkoli, przychodni, doprowadzenie komunikacji miejskiej. Miasto rozwijało się jak w XIX w., kiedy nikt niczego całościowo nie planował.

 

Pan obiecał programy dla wszystkich osiemnastu dzielnic Warszawy. To ambitny projekt.

Program będzie wielopoziomowy – dla dzielnic, dla całej Warszawy, dla aglomeracji. Hanna Gronkiewicz-Waltz z wielkim trudem współpracowała z sąsiednimi miastami, chociaż mieszka w nich wielu ludzi, którzy przyjeżdżają do stolicy do pracy. Może nie musieliby np. jeździć swoimi samochodami, gdyby władze Warszawy widziały miasto w łączności z sąsiednim obszarem, od Pruszkowa i Ząbek, aż po Łódź czy Radom. Tego nie było.
Zadanie rozpoznania problemów mieszkańców Żoliborza, Ochoty czy Rembertowa otrzymały lokalne struktury SLD. Od nich będę w najbliższym czasie zbierał odpowiedzi na pytania o te problemy.

 

Dlaczego więc SLD nie współpracuje z lokalnymi ruchami miejskimi, od dawna działającymi w dzielnicach?

Tego nie wiem, nie brałem udziału w rozmowach z tymi organizacjami. Niemniej w SLD obowiązuje znane hasło „Nie ma wroga na lewicy”. Wszystkie ruchy miejskie, wszyscy ludzie lewicy będą wysłuchani i potraktowani poważnie. Chcemy z nimi współpracować.

 

To jednak nie to samo, co wspólna lista, o której tyle się mówiło. Także mając w pamięci fatalne doświadczenia z poprzednich wyborów, gdy głosy elektoratu lewicy podzieliły się między wiele organizacji.

Ja wyciągnąłem wnioski, nie tworzę już odrębnego bytu. SLD tworzy komitet wyborczy złożony z 24 podmiotów. Można sobie kpić z Socjaldemokracji Polskiej, Unii Pracy czy PPS, mówiąc, że te organizacje nie mają znaczenia. Niemniej to są legalne partie o godnej szacunku tradycji, często liczniejsze od wspomnianych przez panią podmiotów. Pozostałych trzeba pytać, dlaczego nie chcieli dołączyć do szerokiego frontu.

 

Jeśli już mowa o tradycji… Będzie pan jako prezydent Warszawy sprzeciwiał się tzw. dekomunizacji?

Samorząd może w tej sprawie zrobić bardzo wiele. Znamy przypadki skutecznego odwoływania się w sądzie od decyzji o zmianie nazwy ulicy, można bronić pomników. Na szczęście w Warszawie mamy jeszcze sporo miejsc pamięci mówiących o prawdziwej historii miasta, prawdziwej historii II wojny światowej. Trzeba dbać, by oszołomstwo spod znaku nacjonalistów nam tego nie zabrało.

 

Ratusz zaangażuje się w upamiętnianie lewicowych bohaterów?

SLD jest inicjatorem budowy w Warszawie pomnika lewicowego premiera, człowieka, bez którego nie byłoby niepodległej Polski – Ignacego Daszyńskiego. Mówienie tylko o Dmowskim i Piłsudskim jest zakłamywaniem historii. Niemniej chcę jeszcze raz podkreślić – skupię się na ludziach, nie na pomnikach czy infrastrukturze. Pilniejsze niż pomniki czy fontanny jest przyciąganie inwestorów, zagranicznych i krajowych.

 

Za hasłem „przyciąganie inwestorów” zwykle idzie w Polsce kolejne – „ulgi podatkowe”, a potem pojawia się problem z prawami pracowniczymi…

Mnie chodzi o nowoczesne korporacje i przedsiębiorstwa, które pracowników szanują. Żadnego XIX-wiecznego kapitalizmu i wyzysku, tylko kreatywność, świeże spojrzenie.

 

Takie warunki ratusz postawi inwestorom?

Jak najbardziej. Uważam, że czas podjąć poważną, ogólnopolską debatę o prawach pracowniczych i ich radykalnym zwiększeniu. Bez tego nie zatrzymamy wyjazdów młodych Polaków za granicę, a skutki takiego drenażu mózgów są opłakane dla państwa.

 

Samorządy w takim razie muszą dać dobry przykład i zaprzestać zatrudniania na umowach śmieciowych…

To jest chore, kiedy instytucje samorządowe czy państwowe sięgają po takie formy zatrudnienia. W poprzedniej kadencji Sejmu, będąc posłem, nie zatrudniałem nikogo na umowie śmieciowej, podobnie zresztą jak moi koledzy z klubu.
Mieliśmy przez to mniej pracowników, ale kiedy porównywałem efekty pracy naszych ludzi z tym, co tworzyli ludzie pseudozatrudnieni, wykorzystywani przez posłów innych partii, różnica była ogromna.
To też była dla mnie ważna lekcja, wnioski z której zastosuję w Warszawie.

Przeciw przemocy policji

W czwartek, 9 sierpnia 2018 r. ulicami Warszawy przeszedł marsz protestacyjny przeciwko upolitycznianiu policji, przeciw policyjnej przemocy. Ministrze Brudziński, widzimy, co robisz!

 

Upolitycznienie policji i przemoc stosowana przez policję nie jest wynalazkiem obecnej władzy. Dotąd boleśnie doświadczali jej członkowie organizacji anarchistycznych i ekologicznych, aktywiści ruchów lokatorskich protestujący przeciw eksmisjom, osoby bezdomne, ubogie, dotknięte różnymi formami wykluczenia. Jednak chyba nigdy po 1989 r. policja nie była w takiej skali wykorzystywana przeciw tak dużej części społeczeństwa, której jedyną przewiną jest brak akceptacji polityki obecnej władzy i dokonywanie różnych czynów obywatelskiego nieposłuszeństwa. I nigdy dotąd policyjna przemoc wobec obywateli nie była zjawiskiem nie tylko krytym, ale w pełni aprobowanym i wręcz chwalonym (vide wypowiedzi ministra Brudzińskiego).
Podsłuchy i inwigilacja działaczy opozycyjnych. Nachodzenie w domach, wypytywanie rodzin i sąsiadów. Nagminne legitymowanie i spisywanie bez podania podstawy faktycznej takiej interwencji. Wielogodzinne zatrzymania podczas demonstracji, bez stawiania zarzutów. Brutalne unieruchamianie osób nie stawiających oporu, najczęściej poprzez powalanie na ziemię i przyduszanie kolanami przez kilku funkcjonariuszy. Powodowanie dotkliwych obrażeń fizycznych. Wyrywanie i wyprowadzanie pojedynczych osób z tłumu demonstrujących. Zakuwanie w kajdanki, często z tyłu, co zgodnie z prawem może mieć miejsce wyłącznie wobec osób agresywnych i niebezpiecznych. Przemoc fizyczna we wnętrzach radiowozów. Wywożenie w nieznanym kierunku. Uniemożliwianie kontaktu z adwokatem. Zastraszanie. Upokarzające rewizje osobiste, całkowicie nieuzasadnione powagą zarzutów. Użycie gazu łzawiącego wobec demonstrantów pod Pałacem Prezydenckich, bez powodu i bez ostrzeżenia. Preparowanie absurdalnych oskarżeń (propagowanie ustroju totalitarnego, obraza pomników) i uruchamianie całej machiny policyjnych fachowców do ścigania takich „zbrodni”, jak namalowanie zmywalną farbą napisu PZPR czy ubranie w koszulkę z napisem „Konstytucja” pomnika prezydenta. Rewizje w samochodach i domach, grożenie wystawieniem listu gończego w przypadku nieobecności osoby inkryminowanej, rekwirowanie elektroniki, szukanie wszelkich „haków”. Totalna amnezja lub kłamstwa płynące z ust policjantów na salach sądowych.
To nasz obecny świat – świat aktywistów opozycji ulicznej, niemal niewidzialny dla mediów demokratycznego mainstreamu, lżony i zaszczuwany przez propagandę pisowską, nieznany szerszej opinii publicznej.
A w drugiej części świata – całkowita polityczna aprobata dla neofaszyzmu i totalna bierność policji lub wręcz wspieranie neofaszystowskich imprez. Tak było 11 listopada ubiegłego roku, gdzie na trasie tzw. Marszu Nieodległości nie uświadczyłeś ani jednego umundurowanego policjanta, a na interwencję policji wobec bicia i lżenia czternastu kobiet protestujących przeciw faszyzmowi trzeba było czekać godzinę. Tak było, o wstydzie, 1 sierpnia tego roku, w rocznicę Powstania Warszawskiego, gdy mimo rozwiązania marszu ONR przez Urząd Miasta Warszawy policja zapewniła jego uczestnikom eskortowane przejście do Placu Zamkowego. I tak było we Wrocławiu, podczas promocji książki inspirowanej hitlerowską „Mein Kampf”, gdzie po rozwiązaniu imprezy przez Urząd Miasta Wrocławia policja bez żadnej reakcji przyglądała się jej kontynuowaniu.
Dlatego protestujemy. Przeciw nierównemu traktowaniu przez policję różnych sił politycznych, na zlecenie ministra spraw wewnętrznych. Przeciw naginaniu przepisów. Przeciw stawianiu polecenia przełożonego ponad ochroną konstytucjonalnych praw obywatelskich. Przeciw używaniu policji do brudnych politycznych interesów ministra, nomen omen, Brudzińskiego czy jakiegokolwiek innego przedstawiciela obecnej władzy i każdej władzy w przyszłości.

 

„Nie” dla upolityczniania policji!

Dokładnie obserwuję działania władzy, która w sposób niebywały upolitycznia policję i rozpowszechnia publiczne kłamstwa, aby to ukrywać.
Dlatego też jutro wezmę udział w proteście pod siedzibą Komendy Stołecznej Policji.
Zapraszam przede wszystkim tych z Państwa, którzy zderzyli się z opresją funkcjonariuszy w trakcie protestów obywatelskich przeciwko marszom nienawiści faszystów i przeciwko władzy, która niszczy organy konstytucyjne RP.
Mimo nienotowanych dotąd braków kadrowych w policji, stać władze na żywopłoty złożone z tysięcy policjantów na prywatnych imprezach szeregowego posła PiS.
Wyraźnie widać, że głównym zadaniem policji dzisiaj nie jest ściganie przestępców, ale obsługa uroczystości partii rządzącej, oraz podsłuchiwanie, inwigilowanie i nękanie politycznej opozycji.
Nie ma mojej zgody na szczucie przez policję ludzi, pokojowo protestujących w obronie swoich konstytucyjnych praw.
Nie dla upolityczniania policji!

Adam Mazguła

Smutne myśli na rogu Lipskiego i Dąbrowskiego

Wysiadłem z tramwaju przy szpitalu MSWiA i w potwornym upale nieśpiesznie udałem się do antykwariatu na Dąbrowskiego, gdzie była jakaś interesująca książka.
Idę sobie – a tu nagle Jan Józef Lipski. Przez myśl mi przeleciało, że to może omamy wzrokowe pod wpływem upału, a może ta ohydna zaćma robi mi numery.
Nie. Stałem na ulicy Jarosława Dąbrowskiego, a na kamienicy była tablica prostopadłej ulicy (uliczki?) Jana Józefa Lipskiego. Pamiętam sprawę, ale nigdy tu jeszcze nie byłem.

 

Jak to się stało?

Jan Józef Lipski zmarł 10 września 1991 roku, zresztą po długiej chorobie, która jak pamiętam wyeliminowała go z życia społecznego i politycznego prawie na rok.
W 1997 roku grupa przyjaciół Jana Józefa – Zbigniew Bujak, Zofia Kuratowska, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki i Zbigniew Romaszewski – zgłosiła wniosek o nadanie jednej z ulic Warszawy imienia Jana Józefa Lipskiego.

 

Oczywiście straszny wstyd,

że nie zrobiły tego władze PPS i nie dopilnowały wykonania takiej decyzji. Oczywiście, biję się w pierś, bo to również moja wina, jako członka ówczesnych władz PPS. Tym bardziej było mi smutno na rogu Lipskiego i Dąbrowskiego.
Ostatecznie 12 kwietnia 1999 roku imieniem JJL nazwano uliczkę na Mokotowie. Może i jest w tym jakiś sens, bo JJL walczył w pułku „Baszta” na Mokotowie, choć nie wiem czy akurat w tym rejonie.
Ulica Jana Józefa Lipskiego jeśli ma 200 metrów to max, stoją cztery bloki z lat tak chyba 60. XX wieku i tyle.
Na apel czołowych działaczy KOR, KSS KOR, parlamentarzystów, czołowych polskich polityków władze Warszawy odpowiedziały i naznaczyły te 200 metrów uliczki na Mokotowie imieniem jednego z najbardziej zasłużonych opozycji z okresu PRL. Niby wszystko jest OK. I nic nie jest.
Taka uliczka i Taki Człowiek.
Smutne.

Nieodrobiona lekcja z historii

Policja państwowa zignorowała decyzję urzędu miasta Warszawy o rozwiązaniu marszu ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Zwołanego w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Złamała tym obowiązujące prawo.

 

Dzięki biernej postawie policji faszyzujące organizacje mogły demonstrować w centrum Warszawy swoją nienawiść do innych narodów i Polaków „gorszego sorta”.
Wsparcia w sporze z urzędem miasta Warszawy udzielił faszyzującym demonstrantom pan minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński. Podziękował jego uczestnikom, że „nie dali się sprowokować”.
Dał też sygnał policji państwowej żeby nie blokowała narodowców. Nawet jeśli eksponują hasła zabronione przez prawo. To jeszcze przez PiS nie zmienione.
Politycy PiS nie pierwszy raz kokietują radykalną, faszyzująca prawicę. Bo to przecież ich sojusznicy w walce z liberalno-demokratyczną opozycją parlamentarną z PO i Nowoczesnej. Wierni sojusznicy w walce z „lewactwem” i postkomuną.
Aktywiści „Młodzieży Wszechpolskiej” i ONR-u często krzyczą hasła z jakimi elity PiS identyfikują się, tylko jeszcze wstydzą się tego publicznie powiedzieć. Kalkulacja polityczna PiS-owkich elit nie jest wyrafinowana. Otworzymy parasol ochronny nad radykałami. Niech sobie demonstrują, a zwłaszcza niechaj kontrdemonstrują.
Niech rozbijają demonstracje KOD-u. Marsze i parady równości. Niech pogonią te feministki ze Strajku Kobiet. Władza i jej policja państwowa będzie arbitrem podczas tych politycznych meczów. W razie ewidentnych fauli usunie najbardziej zapalczywych z boiska. W razie politycznej potrzeby tych najbardziej aktywnych, choć granic demonstracyjnego fair play jeszcze nie przekraczających.
Postawa elit PiS przypomina nadzieje niemieckiego i włoskiego mieszczaństwa wobec rodzącego się tam faszyzmu. Nowy ruch przełamujący wszelkie niemożności i ospałość liberalnej demokracji miał też być batem na komunistów i skłóconych z nimi socjaldemokratów. Miał przetrzepać stare społeczne struktury i spacyfikować aktywną lewicę.
A po wykonaniu brudnej roboty miał być odesłany do rekwizytorni politycznego teatru. Rzeczywistość pokazała, że zachęcone szybkimi sukcesami panów Mussoliniego i Hitlera społeczeństwa włoskie i niemieckie skutecznie zbrązowiały. I im udzieliły politycznego poparcia. Chłopcy do bicia Żydów, lewaków i liberałów stali się warstwą panującą. Przywódcami globalnej wojny. Wiara pana ministra Brudzińskiego, że on i jego policja zawsze będą kontrolować radykalnych narodowców oparta jest na niewiedzy i wybujałej pysze rządzących obecnie Polską polityków.
Może zdarzyć się, że kiedy zechcą już zamknąć ów parasol ochronny, to okaże się, że dawno wypadł im z rąk.

Powstanie w Warszawie My, socjaliści

Ocena celowości wywołania i skutków Powstania Warszawskiego od lat dzieli Polaków i to nie według kryteriów politycznych, ale głównie poprzez udział emocji w ocenie historii. Potwierdzeniem tego są tegoroczne obchody 74. rocznicy wybuchu powstania w Warszawie. Trudno nam, Polakom być obojętnym wobec powstania. Dziesiątki tysięcy polskich rodzin straciło w Warszawie swoich bliskich. Wszyscy, którzy przeżyli, utracili dorobek życia i szanse na wiele lat. Wszyscy, którzy przeżyli, wyszli z powstania okaleczeni psychicznie, do dziś bowiem padają pytania, jaki to miało sens? Bilans ofiar jest znany – ponad 200 tysięcy cywilnych mieszkańców stolicy straciło życie, zrujnowane zostało milionowe miasto z zamiarem wykasowania go z mapy Europy. W trakcie dwumiesięcznych walk oddziały powstańcze straciły bezpowrotnie blisko 16 tys. żołnierzy – z czego 10 tys. poległych oraz 6 tys. zaginionych, których należy uznać za zabitych. Rannych zostało ok. 20 tys. powstańców – w tym 5 tys. ciężko. Do niemieckiej niewoli trafiło ok. 15 tys. żołnierzy (w tym ok. 900 oficerów i 2 tys. kobiet). Duże straty poniosły również oddziały 1. Armii Wojska Polskiego. W walkach o Pragę, a zwłaszcza podczas prób forsowania Wisły oraz wspólnych walkach z powstańcami na Czerniakowie, utraciły one blisko 5,5 tys. zabitych i rannych. Straty niemieckie wyniosły 2000 żołnierzy. Okupant niemiecki nie szczędził sił, aby odwet za powstanie był dotkliwy i wielowymiarowy, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Zarówno w Powstaniu, jak i wcześniej, od momentu wybuchu II wojny światowej podstawą ruchu oporu byli żołnierze środowisk socjalistycznych wywodzący się z PPS. Oni organizowali działania zbrojne w Gdyni w ramach akcji „Czerwonych Kosynierów” i w Warszawie w ramach „Robotniczych Batalionów Obrony Warszawy” w 1939 roku. Później opór socjalistów koncentrował się wokół organizacji Polskich Socjalistów, Gwardii Ludowej WRN, Robotniczej Partii Polskich Socjalistów. Był także obecny w obozie w Auschwitz. Socjaliści z wymienionych formacji wzięli udział w Powstaniu Warszawskim w ramach oddziałów Armii Krajowej na Żoliborzu, gdzie rozpoczęli powstanie, w Śródmieściu i na Mokotowie. Wielu z nich oddało życie za wolną Polskę.
Z ubolewaniem przyjmuję jednak zbyt daleko posunięty umiar w analizie i ocenie powodów decyzji politycznej i wojskowej w sprawie wybuchu powstania. Przez te lata powiedziano już wiele. Szczególnie cenię tutaj kolejne wydania znakomitej, obiektywnej pozycji Jana Ciechanowskiego „Powstanie Warszawskie”.
W jednym z wywiadów mówiąc o ówczesnej sytuacji Ciechanowski stwierdza: „Masakra Warszawy była owocem zupełnie nietrafnej oceny sytuacji pod względem politycznym i geostrategicznym. Nałożyły się na to ambicje jednego człowieka, Okulickiego. Powstanie nie musiało i nie powinno dojść do skutku”. Jest to kwintesencja jego głębokiego wywodu naukowego, którego nie przyjmują do dziś niektóre środowiska emigracyjne i prawicowe. Przed samym wybuchem Powstania wiadomo było, że Armia Czerwona przegrała z Niemcami jedną z największych bitew pancernych II wojny światowej pod Wołominem. Fakt ten skrzętnie ukrywa się do dziś. O ile w sprawie oceny skutków powstania mamy narodowy consensus – liczby nie kłamią, o tyle spory dotyczą diagnozy ówczesnej sytuacji i przyczyn wybuchu powstania. Siły polityczne prawicy prowadzą dziś grę zarówno osobą Józefa Piłsudskiego jak i wybranymi faktami z historii II RP. Również Powstanie Warszawskie jest przedmiotem tej gry. Dość subiektywne, odbiegające od rzeczywistości oceny ówczesnego stanu relacji pomiędzy członami koalicji antyhitlerowskiej i roli Polski na tym tle służą budowaniu tezy o słuszności decyzji. Wiemy już od dawna, że decyzja ta nie była słuszna. Kazimierz Pużak powiedział później: „To są sprawy bolesne. To są sprawy podejrzane… Wszystkich nas zaskoczyli…” Romantyczne wątki w naszej kulturze historycznej mają swoje znaczenie w zbiorowej świadomości obejmującej przeszłość, niewiele jednak znaczą w relacjach ze współczesnym światem dziś i w przyszłości.
Chciałbym wierzyć, że kolejne lata będą przynosiły w narodowej debacie o Powstaniu Warszawskim coraz więcej obiektywizmu. Należy składać hołd bohaterom, należy jednak trzeźwo oceniać stan faktyczny i podłoże polityczne podjętych wówczas, 1 sierpnia 1944 roku decyzji. Piszę to z wielką troską i odowiedzialnością, należę bowiem do rodziny, dla której mit Powstania Warszawskiego ma ogromne znaczenie.

Wygra Warszawa, przegra kuria

Komitet „Wygra Warszawa” zorganizował briefing pod Nycz Tower. Działacze koalicji poinformowali, że napisali list do papieża Franciszka z prośbą o powstrzymanie budowy wieżowca w centrum stolicy.

 

170-metrowe biurowce z serii „Nycz Tower” mają powstać w zabytkowej części Południowego Śródmieścia, na terenie należącym do warszawskiej kurii. Warszawscy radni przyjęli w ubiegłym roku plan zagospodarowania, który zezwolił na budowę. Aby kolosalna kościelna inwestycja (w sumie przewidziano 4 budynki) doszła do skutku, konieczne może być wyburzenie części starej zabudowy, pamiętającej jeszcze czasy powstania warszawskiego.
– Budowa Nycz Tower to nie tylko gwałt na urbanistyce Warszawy, nie tylko gwałt na lokalnej społeczności, która protestowała przeciw tej budowie. To też gwałt na historii Warszawy – mówił podczas konferencji Jan Śpiewak. – Chcemy deklaracji od obu kandydatów, zarówno Patryka Jakiego, jak i Rafała Trzaskowskiego, że nie podniosą ręki na warszawskie zabytki, na pamięć o powstaniu. Pytamy ich też o uległość wobec Kościoła katolickiego i wobec deweloperów. Nie ma na to naszej zgody. Suwerenem w Warszawie są warszawiacy, nie deweloperzy. Nie zysk kilku osób powinien decydować o tym, co się dzieje z sercem naszego miasta, z zabytkami, symbolami powstania warszawskiego – dodał lewicowy kandydat na prezydenta stolicy.
List do papieża, jako bezpośredniego zwierzchnika polskiego duchowieństwa, jest aktem buntu. Paulina Piechna-Więckiewicz obecna na briefingu stwierdziła, że w Warszawie w tej chwili jest dużo biurowców z przestrzenią do wynajęcia i miasto nie potrzebuje kolejnych, które będą swieciły pustkami: – Papież Franciszek jest w stanie wstrzymać tę inwestycję. To rzeczywista próba zatrzymania tej inwestycji, która niszczy tkankę miasta – powiedziała człnonkini Inicjatywy Polska. – Dlatego mówimy o hipokryzji, ukrywaniu za teoretycznie nowoczesną wizją miasta sojuszu Kościoła i państwa w imię zysku, a nie dobra wspólnego.
Koalicjanci słusznie zauważyli, że sprawie tej inwestycji PiS oraz PO zawarło porozumienie.
– Wiemy, że pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz udzieliła pisemnej zgody na wyburzenie budynku spółki „Srebrna” i zgodziła się na zabudowę tego terenu budynkiem do wysokości 200 m – powiedział Jan Śpiewak. – Widzimy, że Warszawą rządzi stale koalicja PO-PiS, koalicja prodeweloperska, która zgadza się przy najważniejszych inwestycjach – ma wspólne interesy. To jak w republikach bananowych, gdzie jedna partia polityczna chce zbudować wieżowiec, a inna we współpracy z kościołem wyburzyć historyczne miejsca.

Trudna rocznica

Dziś trudna rocznica. Szkoła, tradycja rodzinna, wszystko wokół, nauczyły nas myśleć o heroicznych zrywach jako o pięknej, wręcz zasadniczej treści konstytuującej naszą świadomość. O tym, kim jesteśmy. I – jak co roku – stajemy w chwili milczenia w momencie kolejnej rocznicy godziny „W”.

 

By uczcić co? Bezsensowny zryw? Pamięć ofiar, z których większości nikt nie pytał, czy chcą zostać ofiarami? Pamięć tych, którzy nie mogli doczekać się tego, że zginą? Pamięć tych, którzy wydali rozkaz na to, aby zaczęła sie samobójcza jatka. W sierpniu 1944, kiedy było już wiadomo, że hitlerowskie Niemcy tę wojnę przegrały i że tylko kwestią miesięcy jest, żeby poddały się? Pamięć tych, którzy uczynili z bezbronnych już wtedy ofiar – bo trupy nie mają nic do powiedzenia – oręż w walce z tymi, którzy budowali wtedy nową Polskę. Jedyną, jaka po Jałcie była możliwa?
Nie łudźmy się. Powstanie Warszawskie było nadaremne. Nie przyspieszyło klęski hitlerowskich Niemiec ani o dzień. Nawet o o dziesięć minut. Może – jeśli von Stauffenberg dziesięć dni wcześniej by zabił Hitlera – byłoby inaczej. Ale 1 sierpnia 1944 r. było doskonale wiadomo, że Führer ma się dobrze i wszystko, nad czym ma kontrolę będzie walczyć z zaciekłością ginącej bestii.
Nie ma też co czcić elity, która jakoby w tym powstaniu wyginęła. Bo w Powstaniu Warszawskim wyginęła nie żadna elita niosąca w sobie dziedzictwo polskości, ale tysiące ludzi, którzy polskość mieli w sercach, ale woleliby w tej Polsce żyć, a nie ginąć dla niej. Wbrew mitowi propagowanemu przez IPN, to nie Powstanie Warszawskie przeorało do gruntu tkankę polskiego społeczeństwa. Pod tym względem nie może się równać z tym, co stało się w latach 1863-1864.
Ale dość. Nie idzie o to, aby umniejszać. Uczcijmy tę smutną rocznicę, każdy na swój sposób. Niech trwa. I niech nie będzie orężem w przepychankach codzienności. To ją umniejsza.

Głos lewicy

Śpiewak ma trudniej

Dziennikarz Piotr Nowak komentuje na Facebooku wymianę kandydata SLD w Warszawie:
Andrzej Rozenek to bardzo kumaty facet. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zajmował się aktywizacją polityczną ludzi Polski Ludowej, którym PiS obniżył emerytury. Ujeżdżał po powiatach, spotykał się często w wypełnionych po brzegi salach. I patrząc na notowania SLD – wykonał dobrą robotę. To nie Jan Śpiewak odstrzelił rywala, lecz rywal padł po kolejnej kanonadzie we własną stopę. Trochę szkoda Andrzeja Celińskiego, to była z pewnością jedna z ciekawszych osobowości tej kampanii. Mam nadzieję, że zawalczy jako niezależny i zbuduje w końcu tę jedność demokratów. Śpiewak nie ma czego świętować, bo obok sympatycznego pana Andrzeja wyrósł mu poważny konkurent w walce o mieszczański elektorat.

 

Rewolucjonistka?

Łukaszowi Mollowi nie podoba się stawianie Korze pomnika politycznego: Maanam i Korę mam w zasadzie do odkrycia i będzie to odkrycie przyjemne, ale ja o czymś bardziej ogólnym. Żałobnicy niech lepiej nie czytają dalej. We wspomnieniach o Korze na wielką skalę przewijają się określenia, że była i pozostała do samego końca wielką rewolucjonistką, niepokorną bojowniczką, miłośniczką wolności. W ten sposób pisze o niej sam Lech Wałęsa. Przyznam, że irytuje mnie kombatancka otoczka, jaką wytwarzają wokół siebie Muńki, Kaziki, Skiby, Panasy, Kukizy i Kory. Oni naprawdę mają się za wiecznych buntowników, którzy muzyką obalili z papieżem i Reaganem komunę i nauczyli Polki i Polaków „kochać wolność”. Mam szacunek za muzykę i artystyczną inwencję w późnym PRL-u, ale gdy widzę ich jurorujących w głupawych talent shows, reklamujących kredyty, przeżywających religijne nawrócenia czy korwinistyczne fascynacje, to automatycznie ich muzyka dla mnie więdnie. Okazuje się, że ta post-hippisowska postawa skrywa w sobie konserwatyzm, zblatowanie z elitami i pospolitą pazerność, a z jej rewolucyjności zostaje noszenie na starość czerwonych spodni, tlenionych włosów i palenie zioła. Nie bagatelizuję tych obyczajowych zdobyczy, ale to, co idzie z nimi w parze sprawia, że polski rock lat 80. pozostaje dla mnie w przeważającej większości zjawiskiem podszytym fałszem.

 

Bronią pomnika

SLD.org.pl donosi: Pabianickie SLD nie poddaje się i zamierza dalej bronić Pomnika Bojowników o Wyzwolenie Społeczne i Narodowe, którego usunięcia domaga się prawica, w ramach „dekomunizacji” przestrzeni publicznej. Zgodnie z przyjętą przez PiS ustawą „dekomunizacyjną” pomnik, który figurował w ewidencji zabytków, został uznany za symbol komunizmu i miał zostać usunięty do końca marca 2018 roku, jednak działaczki i działacze pabianickiego SLD postanowili bronić zabytkowego pomnika. Pod koniec kwietnia przedstawiciele Sojuszu złożyli do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Łodzi, który bezpodstawnie wykreślił pomnik z ewidencji zabytków, tłumacząc, że jest on w złym stanie technicznym. Jednak opinii o złym stanie technicznym przeczy ekspertyza wykonana na zlecenie władz miasta.

 

Persona non grata

Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie negatywnie rozpatrzył skargę kasacyjną rosyjskiego dziennikarza Leonida Swiridowa, wydalonego z Polski z 2015 z inicjatywy ABW. Służby utrzymują, że miał zajmować się białym wywiadem. Swiridow nigdy jednak nie poznał dowodów, jakie przeciwko niemu przedstawiono, ponieważ całe postępowanie od początku było tajne. Dziennikarzowi nie udzielono również zezwolenia na przyjazd do Warszawy, aby mógł wziąć udział w rozprawie. Zakaz wjazdu wydany w 2015 może być przedłużony. Info za: strajk.eu

Głos lewicy

Prezydent nic nie znaczy

– Złodziejowi nie daje się pieniędzy na przechowanie i powierzenie Andrzejowi Dudzie, który łamie konstytucję, zmiany tej konstytucji jest czymś niewyobrażalnym – ocenił Włodzimierz Czarzasty w programie „Kwadrans Polityczny”.
– Prawo i Sprawiedliwość przyjęło takie stanowisko, że odrzuciło projekt referendum, pewnie wynika to z jakiejś gry politycznej – powiedział lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
– Niewątpliwie pokazali, że prezydent Andrzej Duda nic nie znaczy, co zresztą dla znacznej części społeczeństwa nie jest nowością – dodał Czarzasty.
– Dziwię się opozycji parlamentarnej, że nie operuje jasnym językiem: wszystkie winy zostaną rozliczone, a wszyscy winni, jeżeli będą na to zasługiwali trafią do więzienia – stwierdził przewodniczący Sojuszu.
– Chcę tylko powiedzieć prokuratorom i sędziom: wiecie dobrze, że prawo jest łamane, w związku z tym, jeśli się godzicie na współpracę z ludźmi, którzy łamią prawo, i dajecie swoje nazwiska do dyspozycji politycznej w Krajowej Radzie Sądownictwa albo w Sądzie Najwyższym, to wiedzcie o tym, że jeśli w sposób zbiorowy prawa nabyte się jakiejś grupie zabiera, to powinna być ustawa by w sposób indywidualny wam emerytury zabrano, czy ograniczono o połowę – ostrzegał.

 

Dawno temu

Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca porządkuje rzeczywistość polityczną:
Czytam wezwania z prawej i lewej do zakończeniu projektu III RP. Jest to ciekawe doświadczenie. Przypominam sobie dzięki temu, jak to się nam układa:
Dawno temu I RP, do rozbiorów,
potem Zabory,
potem II RP,
potem wojna,
potem PRL,
potem III RP.
Warto pamiętać, tak o poranku, kiedy kawa nie bulgocze jeszcze w ekspresie, że idea IV RP powstała na prawicy, w kręgach PiS (choć twórca tej koncepcji świadomie od niej się oddala). Sama obecność tego pojęcia w przestrzeni publicznej wpływała na nieustanną możliwość kontestacji III RP.
Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, można zapytać krojąc chleb na kanapki. Otóż ma: jeśli lewica bowiem (nawet ta, która nie jada świadomie chleba, więc nie robi sobie rano kanapek) ogłasza koniec III RP, to pośrednio przyznaje rację koncepcji IV RP, która od lat istnieje i jest mocno prawicowa. Tak działa ramowanie językowe, a nie wolny rynek.
Kiedy więc wyciągam z lodówki masło i dżem, to wydaje mi się, że skoro pragniemy końca III RP, to używajmy po prostu nazwy „Polska”, bez jakichkolwiek numerów z przodu lub też z tyłu. Mieszam więc łyżeczką kawę z miodem i myślę sobie, że taka Polska, to miejsce, gdzie mieszka każdy, kto chce być Polką lub Polakiem i nikt mu nie musi wydawać na to zgody, ani specjalnego glejtu.
A potem to już myślę sobie, że na obiad, to może nawet ziemniaki z kefirem, bo w końcu lato.

 

W obronie dziadka z chrzanem

Wszystkich zainteresowanych i wspierających zapraszamy w piątek 27 lipca o godz. 16:00 na Plac Bankowy gdzie odbędzie się protest w obronie Babci z czosnkiem i dziadka z chrzanem! Walkę o wolność handlu obnośnego czas zacząć!
Piotr Ikonowicz zaprasza na manifestację.

Cuda, cuda

Ogłaszają!

 

Przecieram oczy ze zdumienia i zastanawiam się, na jaki etap wkroczy na jesieni kampania wyborcza w Warszawie, skoro jest koniec lipca, a:
– kandydat Platformy Obywatelskiej chwali si znajomością dzieł Morina (chapeau bas, tylko w jaki sposób miałoby si to okazać pomocne na stanowisku prezydenta stolicy?), jadąc metrem, którego istnienie jak sugeruje ciężko przerażona mina dopiero niedawno odnotował;
– kandydat PiS z kolei całą Warszawę chce opasać metrem bez ładu i składu: podpowiadam – nie da się budować na czterech krańcach jednocześnie dwóch linii w ciągu dwóch kadencji. Nie w Warszawie, która i tak jest dostatecznie zakorkowana. Czy Patryk Jaki zamiast tego uruchomi zastępczą komunikację śmigłowcami?
– kandydat Wygra Warszawa zapowiada tysiące mieszkań socjalnych, ale przy okazji puszcza w eter oskarżenia rzucane na zasadzie „może się przyklei”. Powiązanie Andrzeja Celińskiego z generałem Robełkiem wykazało w zasadzie tyle, że obaj panowie mieli kiedyś robotę w tej samej firmie. Dlaczego miałoby to obciążać polityka SLD w kontekście reprywatyzacji, nie wykazano. Zatem wygląda to na brudny chwyt oparty jedynie na niesprawdzonych sugestiach.
– Z kolei kandydat SLD jak się odwinął „chujem” to na całego. Rzecznicy partii muszą teraz pluć sobie w brodę, że reklamowali go jako kandydata o wysokiej kulturze osobistej, unikajacego uwikływania się w dziecinne spory.
Czekam, aż zaczną rozdawa ćmieszkania, a co najmniej bilety miesięczne. Najlepiej na to metro, co w ciągu 8 lat opasze całą Warszawę.
Czym przebije pozostaych Piotr Ikonowicz? Strach si bać…