Pięć literek, które mają moc

Parada Równości to zawsze mały kawałek kolorowego raju. Ale ci, którzy go sobie zrobili, często musieli przejść przez piekło.

 

Na platformie Stonewall widziałam tańczące Drag Queens, które pamiętam z Marszu Równości w Krakowie. Było przyjaźnie, przepięknie, normalnie. Wesoło. Podczas after party jedna z uczestniczek konkursu na najpiękniejszy strój trans nie wytrzymała napięcia i zdjęła z siebie ubranie, prezentując zebranym naturalne wdzięki. Została wprawdzie formalnie zdyskwalifikowana, ale wygrała na efekt wow. Widownia była zachwycona.
Nie było oficjalnego, sztywnego otwarcia. Każdy blok miał do zaoferowania coś innego. Byli politycy, był Strajk Kobiet, byli nawet Rodzice i Opiekunowie Niepełnosprawnych, przeróżne organizacje równościowe, fundacja Ocalenie. Żeby złapać wszystkie wrażenia na raz, trzeba by biegać od jednych do drugich. Parada w ciągu paru lat zmieniła się. Stała się bardziej „paradą totalną”, niż „paradą gejów”.
Jej społeczne postrzeganie też się zmienia, ale bardzo powoli. Tańczące pedały i rozwydrzona młodzież, której się nudzi – taki obraz najwyraźniej nadal pielęgnuje stołeczny ratusz, który tradycyjnie odmówił patronatu.
– Prawdziwy punkt zwrotny będzie, gdy przestaniemy być Marszem Równości, a zaczniemy być Pridem. Dziś nie mamy się czym cieszyć. Musimy ostro walczyć o swoje prawa – powiedział w rozmowie z Okiem.press Gustaw, jeden z organizatorów warszawskiej imprezy.
W 2018 niektórym nadal trzeba przypominać, że pod literkami LGBTQ nie kryje się żadna odgórnie sterowana ideologia, wymierzona w tradycyjną wspólnotę, ale to ludzie, twarze, imiona, historie walki ze wstydem. I jest ich, jak mawiał klasyk „niezliczona ilość”.

 

L… G! …BTQ

– O rany, ile ludzi! – Sergiusz rozgląda się dookoła, poprawiając trendziarskie oprawki, które od dziesięciu minut odkąd rozmawiamy zdążyło już pochwalić kilku facetów. Czuję, że mój dobry kolega, który na co dzień wydaje się nieco niepewny siebie, będzie dzisiaj prawdziwą gwiazdą.
– Dziesięć lat temu to zupełnie inaczej wyglądało… strach było przyjść…
Na rogu Plater i Świętokrzyskiej mijają nas dwie kolorowe platformy.
– Kurcze, a ja się na co dzień czuję, jakbym był the only gay in the village!
Od zawsze wiedział, że pociągają go mężczyźni. Wyoutował się w wieku 18 lat – tak dla porządku. Ma bardzo sprecyzowany gust, lubi określony typ. Od kilku lat nie był na Paradzie Równości, w międzyczasie mieszkał za granicą. Głównie pracuje w domu. Kiedyś więcej imprezował po klubach LGBT – można powiedzieć, że jest ich weteranem. Kilka razy został pobity w nieistniejącym już Paradise przy stadionie Skry.
– To klub, który miał chyba w Wawie najdłuższy żywot, ale tuż obok było zagłębie chłopców sportowców, jeszcze wtedy nie narodowców. Można było dostać w zęby.
Mówi o tym już nawet bez oburzenia, jakby bycie nieheteronormatywnym z definicji wiązało się z wyższym levelem trudności w życiu.
– To norma, jak się jest gejem, a co, nie jest tak?
Sergiusz to spełnienie koszmaru Witolda Waszczykowskiego. Homoseksualista, cyklista, wegetarianin, intelektualista. Pytam, czy po zwycięstwie PiS w wyborach odczuł zmianę atmosfery w powietrzu.
– No jasne, zrobiło się strasznie duszno. To, że teraz sobie tu idziemy, to karnawał. Ale jutro trzeba będzie wstać rano i wrócić do swoich obowiązków. Chciałbym móc wyjść na ulicę i fajniej się ubrać, bardziej odsłonić. Ale wiem, że u nas to nie przejdzie. Rozjeżdżamy się w dwie różne strony, Polska i reszta Europy.
Ze względu na to, że wyoutował się wcześnie, Sergiusz doświadczył przykrych niedogodności okresu przejściowego – kiedy w Polsce dopiero rodziła się świadomość różnorodności i kiedy dopiero uczono się równościowego języka. Na homofobiczne komentarze trudno się uodpornić, nawet jak jest się weteranem.

 

LGB… T! …Q

– Niewtajemniczonym mówię, że jestem po prostu lesbijką – mówi Anna, odgarniając blond grzywkę. Na Paradę przyszła, żeby zrobić przyjemność dziewczynie, z którą się obecnie spotyka.
Formalnie jest homoseksualną transseksualną kobietą. Do czasów, kiedy była Andrzejem, wraca niechętnie. Porównuje to do wyrwania zęba, który bardzo długo dokuczał. Nie ma ochoty jakoś szczególnie celebrować swojej przemiany. Mówi, że czuje raczej ulgę niż radość.
Dlatego nie założyła nic tęczowego, ma krótkie spodenki i niebieski T-shirt. Podkreśla, że nie ma problemu z samą imprezą – i ja jej wierzę. Cały czas ma jednak problem ze swoją przeszłością.
Najchętniej zamknęłaby ją na strychu i wyrzuciła klucz.
– Może to głupie, ale kiedy mówię, że „poszłam” albo „zrobiłam”, to nie czuję gdzieś tam w środku wstydu, że oszukuję rzeczywistość. Kiedyś nie było tak jak powinno. Po prostu. Nie lubię do tego wracać.
Teoretycznie wie, że liczy się płeć, z którą się identyfikuje, ale dopiero operacja dała jej spokój ducha. Jest po trzydziestce, pracuje w IT. Uważa siebie za liberałkę: obyczajowo i gospodarczo.
– Chyba nie będę pasować do twojego tekstu… Nie identyfikuję się z lewicą, chociaż moja obecna dziewczyna jest feministką. Nie chcę wnikać w szczegóły, ale z racji tego, w jakiej branży pracuję, jestem postrzegana jako „ta uprzywilejowana”, „ta co ma kasę”. Czyli co ja tam wiem o życiu. Fakt, szczęście miałam w jednym: kobieta, które chce zmienić płeć, musi wyłożyć o wiele więcej.
Próbuję drążyć, kto tak bardzo nadepnął jej na odcisk, ale Anna wykręca się ogólnikami.
– Faktycznie, coś tam się zmienia – rozgląda się wokół po lesie tęczowych flag. – Tak, no jest fajnie. Ale to nie moja estetyka. Nie lubię się wyróżniać…
Czas kuracji hormonalnej i dochodzenia do siebie po operacji określa jako „hibernację”. Nadal najlepiej czuje się w gronie kolegów z biura – tam ma swoją bezpieczną przestrzeń. To też głównie liberałowie, którzy szczerze obawiają się, czy rząd utrzyma liniówkę. Niektórzy z nich wiedzieli, czemu w 2014 zrobiła sobie długą przerwę, ale nawet ci, którzy dowiedzieli się po fakcie, przyjęli to bardzo pozytywnie. Śmieją się, że teraz podbija kobietom statystyki w IT, i że to nie fair.

 

LGBT… Q!

Filip to historia przemiany w przeciwną stronę.
Odwrotnie niż moja wcześniejsza rozmówczyni, nie chce jednak twardo identyfikować się z jedną określoną tożsamością płciową. Poprosił, żeby w tekście wystąpić pod literką Q, jak queer.
Zwykle nie ułatwia sytuacji nowo poznanym osobom, które często mają kłopot, żeby jakoś go genderowo przyporządkować, ale nie robi tego złośliwie, po prostu nie czuje potrzeby dookreślania.
– Jestem psiarzem, do niedawna byłem też studentem. Przez ostatni czas definiowałem się głównie przez te dwie tożsamości – mówi. Ma serdeczny, otwarty sposób bycia. To ten typ, o którym myślisz, że dogada się z każdym, każdego rozbroi.
Aktywnie działa na rzecz praw zwierząt. Tak się poznaliśmy. Wiele razy ratował mi honor, przypominając o zobowiązaniach, które wzięłam na siebie i potem zapominałam przez roztrzepanie. Ale mówi, że w ruchu proanimal mało kto chce się wychylać – priorytetem jest teraz przegłosowanie ustawy o ochronie zwierząt, więc dominują raczej nastroje „nie drażnić PiS”.
– Ruch jest zresztą podzielony w wielu aspektach – wzdycha. – Zupełnie jakby był tak duży, żeby móc sobie na to pozwolić… ale cóż, trzeba robić swoje. Dla mnie nie ma walki o prawa zwierząt bez walki o prawa ludzi.
Swoją partnerkę poznał również na imprezie równościowej. Zagadała, żeby pochwalić jego tęczowe sznurówki w glanach – i dostała je w prezencie.
Pochodzi ze wsi na północy Mazowsza. Takiej wierzącej, przesiadującej w kościele… i przepełnionej miłością bliźniego. – Mamy naprawdę światłych duszpasterzy. Nigdy nie spotkała mnie tam żadna przykra sytuacja.
Rodzice akceptują go w pełni. Może im się zwierzyć, kiedy zaliczą ze swoją dziewczyną kłótnię. – Często nawet biorą jej stronę!
W rodzinne strony jeździ bez obaw. Ale w Warszawie na wszelki wypadek stara się nie wychodzić sam po 22.00.

 

Każdy inny, wszyscy piękni

Kaja tańczy na trawniku. Ma kolorowy wianek na długich ciemnych włosach. Jest piękna.
– Kocham Paradę Równości, to moja impreza, tak bardzo moja!
Kaja walczy z dyskryminacją – dyskryminacją wszystkich. Jej instagramowy kanał Ciałopozytyw rozkręca się. Ma 1500 obserwujących, prawie tyle samo strona na Facebooku. Nie jestem pierwsza, media już zdążyły ją odkryć. Ruch Body Positive w Polsce nadal jest mikroskopijny w porównaniu z zachodnimi trendami. Dlatego Kaja robi świetną, emancypującą robotę, łamie internetowe stereotypy o kobiecie idealnej w klimacie akceptacji, solidarności i girl power.
Na Ciałopozytywie znajdziemy historie blizn, nadwagi, cellulitu, które zamiast zniszczyć kobietom życie, jednak wyzwoliły. Jest dziewczyna, której po wypadku trzeba było usunąć powiekę, ale nie chciała pozwolić, żeby jej rodzina zadłużyła się na całe życie na kosmicznie drogą operację plastyczną.
Jest też inna dziewczyna, która urodziła się, cytuję „z wytrzewionymi jelitami – czyli z flakami na wierzchu” – i codziennie dziękuje Bogu za swoją bliznę na brzuchu, bo ona pozwoliła jej normalnie żyć.
Kaja nie jest gołosłowna, sama też wystąpiła na profilu i podzieliła się historią swoich kompleksów.
Body positive nie odrywa uwagi od ciała, ale przenosi ją na inny poziom: uświadamia, jak bardzo wpływ na nasze postrzeganie siebie ma brak akceptacji społecznej.
Ciałopozytywni też przyszli solidaryzować się z LGBTQ, bo o dyskryminacji naprawdę wiedzą wszystko. Marsz rozpoczęłam właśnie z grupą znajomych Kai.
– Na razie działam w mediach społecznościowych, ale chcę zrobić całą stronę internetową. Jestem bardzo dumna z galerii przedstawiających części ciała – mówi pomysłodawczyni Ciałopozytywu. – Zbieram ręce, stopy, brzuchy. Od mężczyzn, kobiet, osób trans. Chciałabym w przyszłości zrobić też galerie z intymnymi częściami ciała, stworzyć przyjazne miejsce, które pokazuje, że nasza fizyczność jest różna. Na razie swoje historie opowiadają głównie kobiety, ale mam nadzieję, że mężczyźni też się przełamią. Męskie problemy z ciałem są zupełnie inne od naszych. Nadal jednak mężczyźni nie są aż tak bardzo oceniani przez pryzmat swojej fizyczności. W polityce czy biznesie wciąż patrzy się na urodę kobiety. A internet jest zalewany hasztagami z kanonami piękna.
Pomysł na stronę zrodził się, kiedy Kaja pracowała jako dietetyk. – Przychodziły do mnie szczupłe, zwykłe dziewczyny i domagały się diety odchudzającej. Taką krzywdę nam zrobiły nierealne wzorce kobiecości.
(…) Pod zdjęciami, które publikuję, staram się usuwać tzw. porady: „o, też miałam taki trądzik, powinnaś użyć takiej maści”. Nie o to tutaj chodzi.

Było tęczowo

Nie ma drugiego tak barwnego wydarzenia jak Parada Równości, które promowałoby równość wszystkich, bez względu na orientację seksualną, płeć, wiek, narodowość, pochodzenie, niepełnosprawność, czy też wyznanie.

 

Parada Równości, gromadząc tłumy ludzi z Polski i świata, wyruszyła z placu Defilad po godzinie 15:00. Nasza platforma była jedną z najbardziej obleganych, za co serdecznie dziękujemy!
Atmosfera podczas przemarszu była niesamowita, a radość i energia płynąca z uczestników Parady jedyna w swoim rodzaju.
Wśród uczestników Parady można było spotkać min. Katarzynę Piekarską, Joanna Senyszyn, Annę-Marię Żukowską, czy też Sebastiana Wierzbickiego, który został przez organizatorów Parady Uhonorowany tytułem „Przyjaciela Parady”. Tytuł ten został przyznany po raz pierwszy w historii Parady Równości. Federacja Młodych Socjaldemokratów zadbała oto, aby być widocznym i słyszalnym podczas wydarzenia. Gościem specjalnym SLD była przedstawicielka Partii Europejskich Socjalistów oraz organizacji Rainbow Rose – Vilma Vaitiekunaite. Rainbow Rose to organizacja networkingowa, która skupia europejki i europejczyków o poglądach lewicowych, którzy pragną wspierać walkę o prawa osób LGBT oraz sprzeciwiać się dyskryminacji i wykluczeniom.
Swojego wsparcia, jak zwykle, udzielił Komitet Honorowy, czyli grupa kilkudziesięciu osób życia publicznego, w tym m.in. Dorota Wellman, Agnieszka Holland, czy też Barbara Nowacka. Z ramienia SLD w Komitecie zasiadają: Katarzyna Piekarska, Joanna Senyszyn oraz Sebastian Wierzbicki.
Przed przemarszem złożono kwiaty pod tablicą znajdującą się na budynku Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, upamiętniającą Izabelę Jarugę-Nowacką, która w rządach koalicji SLD-UP pełniła funkcję min. Pełnomocnika Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Organizatorzy Parady podkreślają, że to dzięki jej interwencji, 11 lat temu nielegalnie zakazana przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, Parada Równości mogła bezpiecznie przejść przez Warszawę.
Po raz kolejny patronatu nad wydarzeniem odmówiła Prezydent m.st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz z Platformy Obywatelskiej.

Co lewica może zaoferować Warszawie czyli pięcioro zgodnych ludzi za stołem

„Co lewica może zaoferować Warszawie?” – na taki temat debatowali dzisiaj przedstawiciele i przedstawicielki wszystkich znaczących partii politycznych sytuujących się właśnie po lewej stronie sceny politycznej, na spotkaniu zorganizowanym przez Społeczne Forum Wymiany Myśli w Warszawie.

 

Notowałam wypowiedzi raczej dla porządku niż dlatego, żeby przedstawicielka Razem, działaczka Zielonych, lider Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, członkini Inicjatywy Polska czy też reprezentant SLD powiedzieli coś zaskakującego, coś, czego ich formacje już nie postulowały w studiach telewizyjnych czy na demonstracjach. Postulaty były to zresztą zupełnie słuszne, diagnozy właściwe. Tak, Warszawa potrzebuje prospołecznej polityki mieszkaniowej, wyrównywania różnic między dzielnicami, rozgrodzenia, większej roli samorządu na rynku pracy (klauzule społeczne!). Potrzebuje samorządowców, którzy nie będą obawiali się stosować już istniejącego prawa, zamiast przymykać oczy, gdy deweloperzy je łamią, i którzy będą chcieli kształtować miasto inaczej niż tylko pod kątem potrzeb najbogatszych. I nie tylko Warszawa potrzebuje polityczek i polityków, którzy tak, jak Hanna Gospodarczyk z Razem będą mówić, że jako socjaliści mają obowiązek występować po stronie pracujących i zmuszać kapitał do ustępstw, albo jak Piotr Ikonowicz wciągać zwykłych ludzi do aktywności.
Jedno wszakże stwierdzenie, które padło zza stołu, odnotowałam z niedowierzaniem (nie wzburzeniem, gdyż gorsze już rzeczy zdarzały się na polskiej lewicy). Oto oznajmił Sebastian Wierzbicki z SLD, a potwierdziła Dagmara Misztela z Zielonych, że najważniejsze było to, że delegaci pięciu partii usiedli, usłyszeli, że są zgodni w najważniejszych, ba, we wszystkich punktach i zadeklarowali gotowość do rozmów o dalszej współpracy. Sukcesem jest, zasugerowano, już wola rozmawiania, dzięki niej może powstaną trzy osobne listy wyborcze, a może jedna.
Otóż nie, warszawska lewico, to, że zasiedliście za jednym stołem i przez trzy godziny bardzo ożywionej momentami debaty nie oskarżyliście się po raz tysięczny o zdradę/oportunizm/brak doświadczenia/odwoływanie się do niewłaściwego elektoratu nie jest, w obecnym układzie sił, żadnym osiągnięciem. Do tego, by zrozumieć, że zajmujecie aktualnie (przynajmniej w słowach, bo w czynach rzadko macie okazję) podobne stanowisko w sprawach polityki społecznej, że podobnie widzicie swoje zadania w stołecznym samorządzie i że macie pod adresem PiS i PO zbliżone zarzuty, nie potrzebowaliście dzisiejszego spotkania. Wystarczyłoby wam doświadczenie dziesiątek demonstracji, na których zgodnie powiewały obok siebie wasze flagi, a aktywistki i aktywiści zbierali podpisy pod tymi samymi obywatelskimi inicjatywami. Dla ocenienia skutków obecnego rozdrobnienia dostateczna winna być świadomość tego, że wszystkie te protesty, poza najbardziej spektakularnymi, niczego nie były w stanie osiągnąć. Oraz doświadczenie pójścia w rozdrobnieniu do poprzednich warszawskich wyborów.
W tych natomiast, oprócz starych problemów, już towarzyszą wam – i będą się tylko wzmagały – naciski ze strony obozu liberalnego, który zaczął już drżeć o swojego faworyta i nawoływać: lewico, zrezygnuj nawet z pierwszej tury wyborów na prezydenta Warszawy, oddaj nam swoje głosy. I to za darmo, bo nawet nie w zamian za pustą obietnicę „zajęcia się problemami społecznymi” kiedyś, kiedy już uznamy polską demokrację za oficjalnie uratowaną. Wy o tym wiecie, na dzisiejszej debacie trafnie ocenialiście perspektywy rządów Rafała Trzaskowskiego. Wszyscy. Tak samo, jak zgodnie się uzupełniając wskazaliście, o jaki procent elektoratu mogłaby walczyć wasza lista, ilu radnych moglibyście mieć, ilu kandydatów potrzeba do skutecznego startu (w mieście i w dzielnicach).
Co jeszcze jest wam potrzebne, by wielogodzinne negocjacje o programie i możliwym kształcie list, które, jak zadeklarowała delegatka Razem, trwają, zaowocowały podjęciem choćby próby odejścia od dotychczasowych, jak widać nieskutecznych strategii? Jeszcze więcej ataków na „lewactwo”? Macie gwarantowane. Nowe doświadczenia bezradności w obliczu prawicowego szaleństwa? Tymi dzieliła się na debacie Paulina Piechna-Więckiewicz, mówiąc, że samotna radna-krytyczka neoliberalnego podejścia do miasta i mieszkańców sama nic nie może zrobić, nic zgłosić – ani projektu uchwały, ani projektu stanowiska.
Nie zaskoczyliście mnie propozycjami programowymi, zaskoczcie inaczej, pokazując, że naprawdę chcecie w następnej kadencji mieć narzędzia do wpływania na rzeczywistość. Mówiliście: pójście osobno jeszcze nie jest przesądzone. Udowodnijcie.

Wracają lewicowe nazwy

Prawda historyczna – wojewoda mazowiecki 12:0 – pisali aktywiści inicjatywy Historia Czerwona i Czarno-Czerwona po pierwszym orzeczeniu unieważniającym dekomunizacyjne zarządzenia Zdzisława Sipiery. Kolejne rozstrzygnięcia warszawskiego sądu sprawiły, że wynik ten brzmi już 37:0.

 

Na trzeci z kolei werdykt, oczekiwano ze szczególną niecierpliwością, bo dotyczył on ulic, w obronie których mobilizacja była szczególna: praskiej ul. Dąbrowszczaków, żoliborskiej ul. Tołwińskiego oraz muranowskiej ul. Lewartowskiego. A także ośmiu innych miejsc, w większości nazwanych imionami uczestników walki z hitlerowską okupacją Polski – uczestników niewartych zapamiętania, bo związanych z lewicą.

Ponownie, tak jak na poprzedniczh sesjach, sąd orzekł: decyzje wojewody w sprawie nazw ulic zostają unieważnione. Dlatego, że to obowiązkiem wojewody było szczegółowe zbadanie i uzasadnienie, w jaki sposób konkretny patron propagował komunizm. Notatki na stronie IPN, pod którymi nie podpisuje się żaden autor, to stanowczo za mało. Dlatego wyrzucone nazwy mają powrócić. Wojewoda Sipiera zamierza odwołać się od tej decyzji do Najwyższego Sądu Administracyjnego.

Chociaż więc nie jest to sukces ostateczny, obrońcy nazw ulic nie kryli dziś w sądzie radości.

– To triumf prawdy historycznej nad IPN-owskimi manipulacjami i próbami zadekretowania “jedynej słusznej” narracji. To zwycięstwo gwarantowanych konstytucyjnie praw samorządów do samostanowienia nad modelem odgórnego narzucania decyzji przez wojewodę. To sukces oddolnej mobilizacji i stanowczych działań na rzecz zachowania nazwy ulicy Dąbrowszczaków w Warszawie – piszą z kolei na Facebooku aktywiści inicjatywy „Łapy precz od ul. Dąbrowszczaków”.

– Sąd potwierdził, że wojewoda pisał uzasadnienia swoich decyzji na kolanie, i jeszcze kolanem te zmiany przepychał – skomentował dla „Gazety Wyborczej” Jan Mencwel, prezes Miasto Jest Nasze. Dodał, że to do mieszkańców powinna należeć decyzja o tym, kto nadaje się na patrona ulicy, a kto nie. Mieszkańcy Żoliborza, członkowie Stowarzyszenia Żoliborzan, obecni na sali sądowej, cieszyli się zatem, że ulica w ich dzielnicy będzie nadal nosiła imię Stanisława Tołwińskiego, Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, który wojewodzie nie pasował, gdyż w 1946 r. zapisał się do PPR.

Obrońcy nazw ulic czekają jeszcze tylko na ostatnie rozstrzygnięcie, m.in. w sprawie ul. Kruczkowskiego oraz ul. Batalionu Platerówek. Ma ono zapaść w czerwcu.
Tymczasem Instytut Pamięci Narodowej nie ustaje w wojnie z Dąbrowszczakami. Na trzydniową konferencję o nich zaprasza pod koniec czerwca jego oddział w Gdańsku. Ten sam, który „zasłynął” już m.in. regularnym publikowaniem „nieprecyzyjnych” statusów na Facebooku, reklamowaniem artykułów autora zachwycającego się kolaborantami Hitlera, a także obrażaniem mieszkańców miejscowości Czarne podczas dyskusji o „żołnierzach wyklętych”. Może być „ciekawie”…

„Dziękujemy wszystkim wspierającym naszą inicjatywę – bez Was ten sukces nie byłby możliwy.

„To nie koniec walki o przywrócenie patronatu Dąbrowszczaków nad praską ulicą. Wyrok nie jest prawomocny i prawdopodobnie wojewoda złoży od niego odwołanie. Mamy nadzieję, że dzisiejsze orzeczenie zostanie utrzymane i tabliczki z właściwą nazwą ulicy już niebawem wrócą na swoje miejsce. Oczywiście będziemy dalej monitorować sprawę i informować o dalszych rozstrzygnięciach.

„Tymczasem zachęcamy do śledzenia naszych innych działań, które jako Stowarzyszenie Ochotnicy Wolności podejmujemy na rzecz odkrywania i upowszechniania wiedzy o polskich bohaterkach i bohaterach walki z faszyzmem podczas hiszpańskiej wojny domowej” – czytamy na profilu fejsbukowym inicjatywa „Łapy precz od Dąbrowszczaków”.

Wielkie wzdęcie polskie

Uważnie obserwowałem minę Andrzeja Adriana Dudy, prezydenta Polski, podczas krótkiego spotkania z burmistrzem New Jersey Stevenem Fulopem, do którego doszło pod tamtejszym sławetnym pomnikiem katyńskim.

Miasta głowa polskiego państwa nadęła się, naburmuszyła, wydęła wargę jak imperator, bo wyraźnie chodziło jej o okazanie Fulopowi niechęci, wyższości i wzgardy. W tym samym czasie, po naszej stronie oceanu, jedna z grafik Muzeum II Wojny Światowej odwojowanego z rąk łże-eliy III RP przez dobrą zmianę została opatrzona napisem: „Być Polakiem to brzmi dumnie. Świat byłby lepszy, gdyby ludzie z innych krajów byli bardziej podobni do Polaków”. Po rządach PiS najtrwalszym śladem, jaki pozostanie, będzie ślad nacjonalistycznej ejakulacji.

Walka na miny Dudy z Fulopem, raczej jednostronna, bo reakcji po drugiej stronie nie było, mogła przywołać na myśl „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Prezydent Duda próbował Fulopa zgwałcić przez uszy i oczy, jak Miętus Syfona, bo nie tylko „strasznie polskie robił miny”, ale i pouczył burmistrza Jersey, co jest dla Polaków „ważne”. Fulop nie dał odporu. Przeciwnie, wziął, to znaczy przyjął książkę o Katyniu, wydaną po angielsku, którą mu polski prezydent ofiarował jak belfer niedouczonemu uczniakowi, żeby się podszkolił. Andrzej Duda, choć od czasu do czasu ma z PiS cokolwiek na bakier, jest jednak w swoim zachowaniu, w swoim – o ile tak to można określić – stylu bycia, krwią z krwi pisowskiej. A styl pisowski, to jest niestety, styl polski. Roszczenie, by w centrum podnowojorskiego miasta koniecznie stać musiał jakiś dęty polski pomnik, jest właśnie jednym z przejawów tego nadęcia i szkoda, że Fulop wycofał się z poprzedniej, zdecydowanej postawy, bo zmarnowana została lekcja zdrowego rozsądku, która się polskiej pysze nacjonalistycznej należała.

„Świat byłby lepszy…”

Ale wróćmy do Europy (mam na myślę kraje Unii Europejskiej), od której Polska, zbliżając się do niej cywilizacyjnie, oddala się jednocześnie kulturowo i mentalnie. Doceniam sport, ale podobnie nacjonalistycznej absolutyzacji sukcesów sportowych już się w Europie raczej nie spotyka. W Europie nie ma już takich prymitywnych, szowinistycznych namiętności stadionowych, które prowadzą do dewastacji stadionu i bliższego czy dalszego otoczenia. Sport w Polsce przestał być tylko sportem a stał się dla władzy platformą nacjonalistycznej agitacji. W Europie nie ma już – w tej skali – takiego oszalałego piractwa drogowego, jakie w Polsce szaleje na porządku dziennym. Ale poza piractwem jest także polski, krańcowo antyekologiczny fetyszyzm samochodowy (w Warszawie jest ponad dwa razy więcej aut prywatnych niż w o wiele bogatszym Berlinie) i polskie barbarzyństwo śmieciowe, wyrażające się choćby w koszmarnej pladze zaśmiecania lasów, czyli jednego z nielicznych atutów polskich, jakimi dysponujemy w porównaniu z ogołoconą z lasów resztą kontynentu. W Europie nie ma już dzikości obyczajów na takim poziomie, jaki występuje w Polsce, choćby w formach nocnych, alkoholowych zabaw ulicznych, jak to się choćby dzieje na warszawskich brzegach Wisły. W Europie ten rodzaj prorządowej służalczej, lizusowskiej aktywności społecznej, jaki jest w Polsce codziennością, nie występuje. W Polsce występuje poziom rytualnej religijności, godnej nazwania raczej religianctwem, którego wiele krajów Europy doświadczało najpóźniej w XIX wieku. To tylko czubek góry lodowej polskich „cnót”, bo ich pełna lista byłaby ogromna. W świetle tego, megalomańskie hasła w rodzaju tego, które upowszechnia pisowski dyrektor Muzeum w Gdańsku brzmi jak wyjątkowo przewrotne szyderstwo. W Polsce jest do wykonania kolosalna praca kulturowo-cywilizacyjna, która wymaga przyjęcia postawy rozsądnej pokory wobec faktów i wobec wymogów współczesności, jest potrzebna pedagogika rozsądku, a nie pedagogika „dumy” przeciwstawiana znienawidzonej przez PiS i resztę prawicy „pedagogice wstydu”. Polacy jako społeczeństwo mają kolosalnie wiele powodów do wstydu i bez przyjęcia tej prawdy będziemy w tym kraju tkwić w formach życia, których cywilizowana część Europa wyzbyła się już kilka dziesięcioleci temu. Dziś te formy są najzwyczajniej barbarzyńskie i czynią Polskę krajem anachronicznym, acz trzeba uczciwie dodać, że nie jest niestety tak, że to jedynie rządy PiS zahamowały kulturowo-mentalną modernizację Polski. Rządy innych formacji także nie czyniły zbyt wiele w tym celu, jednak PiS czyni stały ruch wstecz, próbuje odwojowywać nawet te rejestry, które wcześniej były wolne od nadmiaru nacjonalistyczno-klerykalnej presji ideologicznej. PiS zaprzęgło do tego dzieła całe zastępy fanatycznych, usłużnych propagandystów udających dziennikarzy.

Nowy kolektywizm

Nacjonalistyczny paroksyzm sięga każdej sfery. „Barwy biało czerwone” wciskane się wszędzie. Nowy, nacjonalistyczny kolektywizm ma zagarnąć, zawładnąć wszystkim. Pojawia się w reklamach, telewizyjnych i internetowych spotach społecznych, w trailerowych serwisach przed kinowymi seansami. Uruchamiane są wyłącznie zbiorowe emocje, stadne odruchy, kolektywne zainteresowania i pasje. Przeciwnie – kultura wszelkiego indywidualizmu, osobności, która była jednym z fundamentów duchowych etosu europejskiego, jest w najlepszym razie pomijana, sceptycznie tolerowana, pogardzana, w najgorszym – tępiona. Sens życia Polaka (nigdy w historii Polski nie używano tego określenia tak często, w licznych jego odmianach) jest sprowadzany do zgody ze zbiorowością. Pisowscy dziennikarze-propagandyści i politycy oburzają się na porównywanie klimatu obecnych rządów do „komunizmu” czy „faszyzmu”, ale to, co obserwujemy, co zostało uruchomione, bardzo tamte praktyki przypomina – „jednostka zerem, jednostka bzdurą”. Także włoski faszyzm ten model istnienia zbiorowości próbował narzucić narodowi, w którym zawsze bardzo rozpowszechnione były szczególne predylekcjami do nieco anarchicznego indywidualizmu i dało to efekt podobnie groteskowy jak w Polsce dzisiejszej. Trzydzieści lat po przemianie 1989 roku, polski akces do europejskiej wspólnoty poszanowania dla praw jednostki i dla wartości indywidualizmu jako formy życia jednostki przemienił się w nowy kolektywizm i narodową nachalność. Pochodzące sprzed ponad stu lat słowa z „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego, brzmią jakby zostały napisane dziś: „A co jest mi wstrętne i nieznośne, to jest to robienie Polski na każdym kroku i codziennie. To manifestowanie polskości. Bo to tak wygląda, jakby Polski nie było. Polaków nie było, jakby ziemi nawet nie było polskiej i tylko trzeba było wszystko pokazywać”.

Pozostaje mieć nadzieję, że potwierdzi swoją aktualność uniwersalna i odwieczna zasada „co za dużo, to niezdrowo”. I że ta wielka inżynieria społeczna, która stosuje PiS aplikując nam nieustające gody nacjonalistyczne, skończy się wielkim womitowaniem.