Polska-Rosja. Rozgrywki, animozje czy złudzenia

Najłatwiej mieć przyjaciół daleko. Francja, Węgry, czy nawet USA to od zawsze wprost wymarzeni przyjaciele Polski.

 

Trudne sąsiedztwo

Czy mieliśmy kiedyś z tymi krajami kiedyś jakieś spory graniczne? Nigdy. Najtrudniej bywało nam zawsze z Niemcami, Rosją i Ukrainą, (choć trudno zaprzeczyć, że ta ostatnia funkcjonuje w naszej historii, jako część dawnej Rzeczypospolitej). Przelano tam mnóstwo krwi – ale jednak trzeba przyznać, że to podobna do naszej mentalność i kultura. Pretensje do Polski miewa też Litwa, choć nasz naród nie wie do końca, o co właściwie Litwinom chodzi.
Oczywiście wszyscy wolimy tłumaczyć sobie, że po prostu mamy, „wrednych” sąsiadów. Szkopuł w tym, że oni mniemają o nas to samo. Napoleon mawiał, że aby prowadzić politykę, należy siąść nad mapą i popatrzeć, gdzie jesteśmy – bo właśnie to określa politykę państwa. Nasza aktualna klasa polityczna stara się mniemać, że „wrednych” sąsiadów da się może odsunąć lub napuścić na nich mocniejsze państwa.
Co do „odsuwania” sąsiadów: śmiem wątpić, by komuś się to udało. W przypadku naszych stosunków z Rosją winne jest budzenie zjaw, animozji i lęków, które dawno winny być pogrzebane. Wielkie historyczne krzywdy – choć prawdziwe – nie powinny jednak aż tak ciążyć na naszych wzajemnych odnoszenia. Rzeczywiste problemy między Polską i Rosją znajdują się dziś w zupełnie innych sferach, natomiast budzenie złych duchów przeszłości tylko utrudnia ich rozwiązywanie na bieżąco. Przepędźmy zjawy ciemnych nocy, budzenie tych potworów służy wyłącznie politykierstwu do osiągania drobnych wiktorii.

 

Wspólny wróg

W czym jak, w czym, ale nasza współczesna „grupa trzymająca władzę” w znajdowaniu wrogów spisuje się akurat na piątkę.
Józef Stalin powiedział kiedyś do swojego Biura Politycznego: „Jesteście jak ślepe kocięta, nie potraficie znaleźć wroga,, – on to potrafił. Wiadomo, nic tak nie jednoczy układu jak wspólny, wróg. Dlatego, gdy ongiś rozstrzeliwano wrogów bolszewizmu, ci umierali z imieniem Stalina na ustach. Nie przypuszczali , że zaliczono ich do kategorię wrogów, bo taki był polityczny zamysł ,,Ojca Narodów,,.
W tej chwili Rosja ma realne problemy z granicami – ale nie na zachodzie, ale na południu i dalekim wschodzie. Zbrojny, fanatyczny islam już od dawno prowadzi z nią otwartą wojnę. Zaś daleki wschód to wielkie Chiny, których rosnący potencjał burzy równowagę sił na przedpolach wielkiej Syberii.. Brak przyrostu naturalnego nawet w Polsce jest problemem, a co dopiero w Rosji – to już wręcz narodowa tragedia. Wielkie obszary Syberii wyludniają się. A co będzie za 20 lat, gdy większość kraju Chabarowskiego będą stanowić Chińczycy, którzy demokratycznie wybiorą swojego własnego gubernatora? Od lat już tam, rosyjskie kobiety chętniej wychodzą tam za mąż za Chińczyków, bo to po prostu robotne chłopy. Z tego powodu Putin ma słaby sen.
Gdyby nie polskie podjudzanie przeciw Rosji, Żyrinowski i jego wielkoruscy pobratymcy nie mieliby ze swoim ultra nacjonalizmem racji bytu, a tak dostarczamy im oręża. Nasza napuszona wrogość zasadza się przede wszystkim na budowaniu szowinizmu poprzez upraszczanie historii, to budują do nas wrogość i scala putinowski blok polityczny trzymający władzę. Prawda jest jednak taka, że mamy dziś wprost wymarzoną sytuację geopolityczną. Między nami a Rosją powstały państwa buforowe, które w swoim własnym interesie blokują ewentualne imperialne zapędy wielkiego sąsiada.

 

Ktoś zapyta: „a co z Bratnią Ukrainą”?

Przecież została ona rozgrabiona przez Rosję. Cóż, to nie my dawaliśmy jej gwarancje bezpieczeństwa i zwartości terytorialnej. To wielcy tego świata podjęli się tej roli, z której dziś nie kwapią się wywiązać. By wystąpić na Mundialu, trzeba pokazać umiejętności i wiarę we własne siły. By rozwiązywać skutecznie problemy naszego Ukraińskiego sąsiada, trzeba mieć pieniądze i sprawną armię. Nie mamy sprawnej i wyposażonej armii, ale za to nie mamy własnych pieniędzy. Tymczasem szczęśliwie, choć wstydliwie wykluczono Polskę z grupy państw negocjujących układ pokojowy dla Ukrainy. Sami Ukraińcy zresztą to zrobili. Nasze paternalistyczne ciągoty, że będziemy Ukrainę promować i ją wprowadzać do europejskich struktur, sama Ukraina już dawno „olała”. I dobrze, bo tu nie da się wynegocjować dobrego układu.
Popatrzmy na innych naszych sąsiadów: Węgry, Słowację, Czechy. Te państwa również są Ukrainie życzliwe, ale nie narzucają się jej jak Polska. Problem ukraiński jest złożony i tak jak każdy konflikt małżeński – nie da się rozwiązać z zewnątrz. Kto za mocno miesza się do sporów małżeńskich, może dostać po głowie i od jednej i od drugiej strony.
Złożoność problemu ukraińskiego polega na tym, że żyją tam miliony obywateli tego kraju, etnicznie będący Rosjanami. Tak jak Słowacja i Czechy dokonały rozwodu swoimi własnymi siłami, tak podobny podział musi dokonać się również na Ukrainie. Jeżeli brak takiej woli na miejscu – należy pomóc w utrzymaniu separacji i na tym poprzestać.
Straszenie nas przez polską prawicę i obóz władzy, że Rosja zajmie Ukrainę i później zajmie też Polskę – jest właśnie esencją polityki szukania wroga. Rosja nie podejmuje nawet wysiłku, by zajmować po kolei etniczne ukraińskie części tego państwa. Wcale nie jest zainteresowana „zjadaniem Ukrainy po kawałku”, ów konflikt traktuje teraz wręcz, jako drugorzędny wobec swojego zaangażowania w Syrii. Ta opinia jest tylko moja, bo cała polska klasa polityczna twierdzi inaczej, budzenie strachów zjednuje każdemu politykowi nimb zapobiegliwego męża stanu, a ja jestem skromnym mężem swojej żony i to mi wystarcza.
Polska nie ma z Rosją żadnych własnych bieżących geopolitycznych sporów. Nasze pretensje w większości kręcą się wokół przeszłości – i to głownie tej stalinowskiej. Łatwo oskarżamy Rosjan o wszelkie niegodziwości i wrogość, ale zdajmy sobie sprawę, że nie jest to takie proste, ten bolszewicki krwawy reżim tworzyli też Polacy, Dzierżyński wręcz zbudował fundament trwałości tego systemu. Zresztą największą ofiarą tej rewolucji byli sami Rosjanie i Ukraińcy. My Polacy wiele ucierpieliśmy od bolszewizmu, ale nie można wszystkich win automatycznie przenosić na Rosjan. Niemcy jednak potrafią to rozróżnić. W tej chwili nasze napięcie w stosunkach Z Federacją Rosyjską wynika z faktu, że Rosja działa w Syrii i jest to wyzwaniem dla USA. Czy my mamy środki i wolę polityczną by wikłać się tą rywalizację. Konflikt wynika z tego, że USA rywalizują w Syrii z Federacją Rosyjską, więc korzystają z napuszonej polskiej wrogości do Rosji, umieszczając na naszym terenie swoje siły zbrojne. Węgry, Słowacja, Czechy już nie okazują takiego nastawienia. W moim przekonaniu rozgrywki na tym poziomie nie są naszą domeną, nie jest to nasz wagomiar.. Tylko współpraca z Unią gwarantuje nam stabilną przyszłość, a właśnie Unię najbardziej lekceważymy. Mimo wszystkich słabości Unii sytuacja jest jak w starym przysłowiu ,,lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć”.
Tak jak rozgrywki mundialowi szybko pokazały, gdzie nasze miejsce, tak i aktualna rozgrywka polityczna daleko przekracza nasze możliwości i zdolności. Sztuką jest budowanie relacji z bliskimi sąsiadami, z dalekimi one zawsze same z siebie się ułożą.

Wsparcie z Tel-Awiwu

Węgierski premier w ostatniej kampanii wyborczej korzystał z nagrań wykonanych przez firmę wywodzącą się z izraelskich służb. Użył ich do oczerniania organizacji pozarządowych i pozbycia się ich z kraju.

 

Wiosenne wybory parlamentarne na Węgrzech, wygrane ponownie przez partię Fidesz, rozegrały się w dużej mierze w atmosferze medialnej nagonki na organizacje pozarządowe broniące praw człowieka. Zdaniem Viktora Orbána miały one rzekomo zagrażać bezpieczeństwu wewnętrznemu Węgier. W kampanii wyborczej wykorzystano m.in. nagrania, na podstawie których oczerniano grupy powiązane z Georgem Sorosem. Dzisiaj, dzięki śledztwu przeprowadzonemu przez reporterkę magazynu Politico, wiadomo, że nagrania zostały wykonane przez działających po przykrywką agentów, pracowników izraelskiej firmy zajmującej się działalnością wywiadowczą.

Dziennikarka Lili Bayer, kontaktując się z byłym pracownikiem firmy Black Cube z siedzibą w Tel-Avivie, ustaliła, że od grudnia 2017 r. do marca 2018 r. agenci korzystający z fikcyjnych tożsamości europejskich i arabskich spotykali się z ludźmi Sorosa w prestiżowych hotelach Budapesztu, Amsterdamu, Londynu, Wiednia i Nowego Jorku, wypytując ich o politykę ich organizacji na terenie Węgier. Wykonane ukrytym sposobem nagrania z tych spotkań zostały upublicznione po raz pierwszy na trzy tygodnie przed węgierskimi wyborami w mediach kontrolowanych przez rząd Orbána oraz w „Jerusalem Post”. Przemontowany materiał był interpretowany przez polityków partii Fidesz w sposób sugerujący, że fundacja Open Society Foundations George’a Sorosa posiada na Węgrzech „2 tysiące ludzi mających trzy cele: obalenie rządu Orbána, rozebranie ogrodzenia na granicy i sprzyjanie imigracji”.

Organizacja wydała w tej sprawie oświadczenie, że jedna z kobiet, była dyrektor finansowa Soros Fund Management, której wypowiedź wykorzystano w nagraniach, nie twierdziła tak w rzeczywistości, jej słowa poddano manipulacji i jest to nadinterpretacja motywowana politycznie.

Zamieszana w tę sprawę firma Black Cube była już uwikłana w skandale polityczne. M.in. zbierała informacje o byłych urzędnikach administracji Baracka Obamy, zaangażowanych w negocjacje w sprawie umowy nuklearnej z Iranem. Z usług Black Cube korzystał też Harvey Weinstein, wpływowy producent filmowy z Hollywood, by inwigilować kobiety oskarżające go o molestowanie seksualne. We wszystkich tych przypadkach, tak jak i w sprawie węgierskiej agenci firmy posługiwali się fikcyjnymi tożsamościami i przedstawiali się jako przedstawiciele nieistniejących spółek mieszczących się rzekomo pod adresem Warwick Street 46 w Londynie.

Źródło Lily Bayer poinformowało ją, że Black Cube składa się z byłych pracowników izraelskiego wywiadu wojskowego i wykonując nagrania wykorzystane przez węgierski rząd po raz pierwszy posłużyła w grze wyborczej. Rzecznik rządu Viktora Orbána odmówił komentarza na ten temat. Przedstawiciel Black Cube odmawia podawania tożsamości klientów firmy powołując się na przyjętą przez nią politykę.

Publikacja nagrań wykonanych po kryjomu przez agentów izraelskiej firmy były częścią ataku na węgierskie organizacje pozarządowe. W jej wyniku fundacja Sorosa wycofała się z Węgier, a rząd zgodnie z obietnicami wyborczymi zaostrzył politykę antyimigracyjną wprowadzając drakońskie prawo zgodnie z którym za jakąkolwiek pomoc nielegalnym imigrantom na Węgrzech grozi kara pozbawienia wolności.

Plan M – w poniedziałek

Gdy w piątkowy poranek weekendowe wydanie Trybuny docierało do kiosków, przywódcy państw Unii Europejskiej właśnie kładli się spać po nieprzespanej nocy. Targi i spory dotyczące imigrantów zajęły im całą noc. W piątek media odtrąbiły sukces szczytu i zakończenie ciągnącego się od trzech lat kryzysu migracyjnego. Czy rzeczywiście był to sukces? I czyj sukces?

 

Słowo „sukces” było bardzo potrzebne wielu politykom europejskim. Przede wszystkim tym nastawionym wrogo do migrantów. Włoski premier stwierdził, że Włochy nie są już same. Miał zapewne na myśli zakaz cumowania do brzegów Italii statków z wyłowionymi z morza Afrykanami. Zadowolona była Angela Merkel. Bez odtrąbienia „sukcesu” nie było pewności czy sklecony z takim trudem niemiecki rząd, nie upadnie. No i szczęśliwi byli premierzy Węgier i Polski, Viktor Orbán i Mateusz Morawiecki. Ich twarde „nie” dla przyjęcia choćby jednego uchodźcy, również z terenów objętych wojną, od piątku stało się zgodne z prawem obowiązującym w całej Unii.

Szefowie uczestniczący w szczycie Rady Europejskiej zadecydowali o rezygnacji z tak zwanych „obowiązkowych kwot”. Czyli próby rozładowania skupisk uchodźców w Grecji, Włoszech i Hiszpanii. Zakończył się więc bój o 8 do 10 tysięcy uchodźców, które w 2015 roku premier Ewa Kopacz zgodziła się przyjąć w Polsce. Okazało się, że niestety wygrał Kaczyński, mówiący o chorobach, wirusach i bombach roznoszonych przez migrantów. A nie Ci, którzy powoływali się na solidarność społeczeństw państw Unii Europejskiej.

Co w zamian? Unia ma sfinansować sieć obozów na terenie Włoch, Grecji i Hiszpanii. Na razie jest to tylko luźna zapowiedź. Nie wiadomo jak takie obozy miałyby wyglądać. I jaka byłaby przyszłość ich mieszkańców. Zgodzono się również na tworzenie obozów poza granicami Unii Europejskiej, najpewniej w Afryce Północnej. Tam miałby docierać statki organizacji humanitarnych z rozbitkami. Dimitris Awramopulos, komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa w Komisji Europejskiej, zapewnia co prawda, że zamysłem Unii nie jest stworzenie europejskiego modelu Guantánamo. Ale portal Onet.pl zwraca uwagę na złowieszczo brzmiącą (zwłaszcza w Polsce) nazwę takich ośrodków. Disembarkation platforms – to w dosłownym tłumaczeniu „platformy rozładunku”. Owe „platformy rozładunku” to póki co tylko mglista koncepcja. Władza urzędników brukselskich nie sięga do Afryki, a jak wiadomo: „do tanga trzeba dwojga”.

Uzgodniono, że przyjmowanie uchodźców będzie autonomiczną decyzją każdego unijnego państwa. A więc deklaracja rządzącej w Polsce prawicy, że Polska nie przyjmie żadnego uchodźcy nie może być od piątku przedmiotem krytyki ze strony Unii.

Co prawda Polskę, Węgry i Czechy zelektryzowała sobotnia deklaracja kanclerz Angeli Merkel, że te trzy państwa znalazły się w gronie 14 krajów członkowskich Unii, które na szczycie zadeklarowały przyjęcie imigrantów znajdujących się obecnie na terenie Niemiec. Przedstawiciele Polski, Węgier i Czech natychmiast zdementowali słowa Pani Kanclerz. Ale po piątkowym „sukcesie” takie deklaracje i tak nic nie znaczą.

Konkluzje po szczycie? Sukces – na potrzeby coraz liczniejszych wyborców przeciwnych obecności migrantów w Europie. I pat – w znalezieniu konstruktywnych propozycji składających się na politykę migracyjną Unii Europejskiej.

Kary za pomoc

Zgodnie z obietnicą złożoną przez Viktora Orbána podczas ostatnich wyborów wygranych przez Fidesz, węgierski rząd przygotowuje projekt ustawy wymierzonej w organizacje pomagające uchodźcom.

 

Napływ uchodźców z Bliskiego Wschodu przybywających do Węgier znacznie zmalał odkąd w 2016 r. południową granicę kraju szczelnie ogrodzono wzmocnionymi i regularnie patrolowanymi zasiekami. Węgierski rząd nie przestaje jednak wykorzystywać tematu imigrantów do politycznej nagonki na swoich przeciwników. Opracowano właśnie założenia nowej ustawy, która zmierza do kryminalizacji działań nastawionych na pomoc uchodźcom uznanym za „nielegalnych imigrantów”. Projekt ten bierze „na celownik” przede wszystkim tych, którzy przerzucają ludzi przez granicę lub finansują tę aktywność. Jednak za przestępstwo może też zostać uznane nawet drukowanie ulotek z informacjami dla uchodźców, dostarczanie im jedzenia lub oferowanie pomocy prawnej.

Całość projektu nie jest jeszcze znana, jednak węgierski dziennik Magyar Hirlap twierdzi, że za taką działalność będzie grozić nawet kara jednego roku pozbawienia wolności. Rząd Orbána zamierza też zmienić konstytucję tak, żeby skutecznie uniemożliwić relokację uchodźców z pozostałych krajów UE do Węgier.

Komentatorzy są zgodni, że nowe represje wymierzone są przede wszystkim w działalność Open Society Foundation finansowaną przez George’a Sorosa. Nowe prawo jest otwarcie nazywane

„Ustawą antysorosową. Zapowiedź bezpardonowej walki z polityczną działalnością miliardera węgierskiego pochodzenia była jednym z głównych wątków niedawnej kampanii wyborczej partii Orbána. George Soros jest konsekwentnie demonizowany w oczach opinii publicznej. Politycy Fideszu i prorządowe media przedstawiają go jako wroga Węgier zagrażającego bezpieczeństwu wewnętrznemu kraju i jego chrześcijańskiej tożsamości. Głosowanie parlamentarne w sprawie ustawy przewidującej nowe represje jest zaplanowane na przyszły tydzień.

Głos prawicy

Ci straszni przybysze

„Najwyższy Czas!” – dwutygodnik konserwatywny zżyma się na uchodźców:
Nie wyszło z przymusową relokacją, nie wyszło z wymuszeniami. Eurokraci dalej myślą, w jaki sposób skłonić państwa do przyjęcia tysięcy uchodźców z obozów w Grecji i Włoch. Z nową propozycją wystąpiła aktualnie sprawująca prezydencję Bułgaria. Specjaliści wycenili imigranta na kwotę 30 tys. euro.
Po czterech latach od wybuchu kryzysu imigracyjnego członkom Unii udało się znacznie poprawić szczelność granic. Oczywiście do Europy w dalszym ciągu przybywają nielegalni uchodźcy, ale jest ich już znacznie mniej.
Ostatnie doniesienia z Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu każą przypuszczać, że do Europy może ruszać kolejna fala migracji. Nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy nie powtórzy się sytuacja z 2015 r., kiedy na nasz kontynent w sposób zupełnie niekontrolowany przybyły tysiące mieszkańców Afryki i Azji, a wśród nich bojownicy ISIS i innych organizacji terrorystycznych.
Bułgaria, która sprawuje aktualnie prezydencje w Radzie UE, proponuje wprowadzenie nowego mechanizmu relokacji uchodźców. Będzie on polegał na automatycznym rozdziale przybyszów między członków wspólnoty. Jeśli dane państwo odmówi przyjęcia ustalonej liczby imigrantów, będzie zobligowane zapłacenia kary w wysokości 30 tys. euro za każdą osobę.
Mechanizm ma być stosowany w momentach kryzysowych. Warto przypomnieć, że na forum UE pojawiała się już wcześniej podobna propozycja. Wtedy jednego imigranta wyceniano na 250 tys. euro.
Polska i Węgry w ostatnim czasie po raz kolejny potwierdziły, że nie zamierzają przyjmować żadnych imigrantów. Z kolei Grecja wciąż ponawia apele o przyjęcie osób, które przebywają w obozach na jej terytorium.

Posadź Szyszkę

Tymczasem Radio Maryja daje głos exministrowi Janowi Szyszce:
Jeśli zostanie wstrzymana ingerencja na terenie Puszczy Białowieskiej, to spowoduje, że zginą kolejne tysiące hektarów siedlisk, które są ważne z punktu widzenia Unii Europejskiej. W 2016 roku zarejestrowaliśmy zniknięcie ponad 3 tys. ha gruntów, a w ślad za tym ginęły również i gatunki – podkreślał w poniedziałkowej audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja prof. Jan Szyszko, b. minister środowiska.
W rozmowie z politykiem Prawa i Sprawiedliwości poruszono temat Puszczy Białowieskiej. Prof. Jan Szyszko powiedział, że docierają do niego niepokojące informacje – „podobno dyrektor generalny Lasów Państwowych cofnął rozporządzenie poprzedniego dyrektora, tzw. decyzję nr 51, która cofa wszelkiego rodzaju działania na terenie Puszczy Białowieskiej. Jest to nie tylko niepokojąca wiadomość, ale również wiadomość, która jest wbrew prawu Unii Europejskiej”.
– Wyrok z 17 kwietnia 2017 r. wyraźnie mówi, że Polska musi przestrzegać prawa UE i zapewnić trwałość występujących siedlisk oraz gatunków. W tej chwili, z tego co się dowiedziałem, na terenie Puszczy Białowieskiej jest zinwentaryzowane nawet 55 tys. drzew chorych, zasiedlonych przez organizmy patogenne i szkodliwe, które trzeba za wszelką cenę usunąć. W związku z tym wstrzymanie tej decyzji to jest następne zamieranie milionów metrów sześciennych. Jest to sytuacja tragiczna, dlatego że nadal będą ginęły siedliska, które zostały wyznaczone w ramach Natury 2000 i w związku z tym będzie to bardzo mocno obciążało stronę polską. Jest to niepokojąca wiadomość. Druga rzecz, która do mnie dotarła – minister środowiska organizuje specjalną komisję, która ma zająć się sprawą Puszczy Białowieskiej i w ramach tej komisji nie ma przedstawicieli miejscowej ludności, a przecież ten stan środowiska przyrodniczego na terenie puszczy jest pochodną użytkowania w przeszłości Puszczy Białowieskiej przez lokalną ludność – wskazał gość Radia Maryja.
Jak tłumaczył, jeśli stanie się tak, że zostanie wstrzymana jakakolwiek ingerencja na terenie puszczy, „to aktywność m.in. tego słynnego kornika drukarza w stosunku do świerka spowoduje, że zginą kolejne tysiące hektarów siedlisk, które są ważne z punktu widzenia UE”.