Świat od spodu (3)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy trzeci odcinek tego cyklu.

 

 

W piątek dostałem przelew, 244 funty. Agencja znowu nie wypłaciła mi zaległych poborów. Od kilku tygodni usiłuje wyegzekwować i jak dotychczas bez rezultatu. Dzisiaj środa, dzień w którym wysyłają mailem payslipy. Czekam, jeśli nie przyjdzie, to znaczy że kasy od nich już nie dostanę i będę musiał w jakiś inny sposób dochodzić swoich roszczeń. Z tych 244 funtów, uregulowałem bieżący czynsz za pokój i spłaciłem część zaległości, dałem gospodarzom 200 funtów.

 

Zostało mi niewiele ponad cztery dychy, trochę mało na przeżycie, tym bardziej że chciałem szukać pracy w Luton, a komunikacja publiczna jest tutaj dosyć droga. Wyczerpałem już wszelkie możliwości w Borehamwood, złaziłem całe miasto, zapuściłem się nawet do sąsiedniego Elstree. Bezskutecznie. Zostało cztery dychy i wybór, albo siedzieć w domu i trwać cały tydzień poddając się apatii, albo nie przejmować się dniem następnym tylko wsiąść w pociąg, pojechać i znowu z energią szukać zajęcia. Tak też zrobiłem. Zaraz po tym jak odebrałem pieniądze – jeszcze w piątek – wsiadłem w pociąg i zgodnie z planem pojechałem na poszukiwanie roboty.

 

***

Bilet w jedną stronę kosztuje 10.70, jeśli jednak kupuję od razu powrotny – tzw. return – to cena jest znacznie niższa i w zależności od humoru biletomatu, albo wynosi 12.70, albo 8.30. Nie jestem w stanie zrozumieć działania tego systemu, bo cena bywa różna nawet jeśli kupujemy bilet tego samego dnia tygodnia o tej samej porze. Stała cena dotyczy tylko przejazdów jednostronnych. Tym razem biletomat zażądał 12.70 za return, ale i tak wychodziło dużo taniej niż gdybym kupił dwa jednostronne.

Z Luton pojechałem autobusem do Dunstable, dzień wcześniej zadzwoniłem pod numer z ogłoszenia i umówiłem się na rozmowę w sprawie pracy. Nie mogłem kupić biletu powrotnego, ponieważ połączenie z tym miastem obsługuje kilku przewoźników. Mogłoby się okazać, że czekałbym na powrót do późnego wieczora, a chciałem jeszcze połazić po Luton. Kilka dni wcześniej kolega podesłał mi ogłoszenie, że w Dunstable poszukują ludzi do pracy na poczcie i że oferują kontrakt. Myślałem, że najprawdopodobniej sortownia lub sprzątanie, ale na miejscu okazało się, że jest to agencja pracy. Mam złe doświadczenia z tego typu pośrednikami (zerknąłem do skrzynki, wciąż nie ma payslipa), ale nie bardzo miałem też wyjście. Wszedłem i trafiłem na pracującą tam Polkę. Bardzo energiczna, około trzydziestki. Dała stos testów i formularzy, posadziła na krześle i kazała wszystko wypełniać. Przebieg pracy zawodowej i adresy pod którymi mieszkałem przez ostatnie pięć lat, pełny niemalże życiorys w rubrykach.

Skłamałem oczywiście, że dotychczas na terenie UK nie pracowałem, złożyłem kilkadziesiąt podpisów i rozwiązałem mało skomplikowany test matematyczny, który wyglądał mniej więcej tak, zadanie: 25+30 = ? I I należało zakreślić prawidłową odpowiedź: A) 11 B) 78 C) 55. Papierów tych było tak dużo, że ich wypełnienie zajęło dobrych kilkadziesiąt minut. Gdy już się uporałem, zaniosłem na biurko kobiety. Rzuciła okiem i powiedziała, że ma dla mnie pracę w warsztacie stolarskim. Stawka 11 funtów, trzynastogodzinny shift, od 17.00 do 6.00 rano. Jeśli chcę, to mogę zacząć już od poniedziałku. Bardzo się tym ucieszyłem, kasa dużo wyższa niż miałem na sprzątaniu, a warsztat stolarski jest znacznie przyjemniejszy niż chłodnia. Powiedziała też, że dadzą mi tam kontrakt. Trudno było w to uwierzyć. Dokładny namiar obiecała wysłać wieczorem, bo – jak powiedziała – musi wcześniej mnie sprawdzić w rejestrze. Zasiała pewien niepokój, nie wiedziałem czy poprzednia agencja nie wpisała mnie na jakąś czarną listę, czy mają taką możliwość by moje dane znalazły się w jakimś systemie? Zacząłem też się zastanawiać co będzie jeśli wyjdzie kłamstwo o tym, że wcześniej w Anglii nie pracowałem.

Z tymi rozterkami wyszedłem z agencji. Pojechałem jeszcze do Luton, odwiedziłem polski sklep na Wellington street, kupiłem dwie paczki ukraińskich papierosów po cztery funty (na więcej już nie mogłem sobie pozwolić) i wpadłem do banglijskiej knajpy na kurczaka z frytkami za całych funtów dwa. Na dworcu zorientowałem się, że rano, kupując bilet, nie zabrałem drugiego z automatu. Return jest drukowany na dwóch blankietach, a ja w pośpiechu złapałem jeden i pobiegłem na pociąg. Byłem na siebie wściekły, zostało mi już tylko czternaście funtów, z których przez bezmyślny pośpiech muszę wydać 10.70.

Niezależnie od tego czy dostanę tę pracę czy nie, bez pożyczki się nie obejdzie. Zamiast martwić się tym czy przyślą z agencji sms-a z adresem zacząłem kombinować skąd wezmę pieniądze.

 

***

Wadą nowej pracy była odległość. Nawet nie tyle odległość, co brak bezpośredniego dojazdu. Z Borehamwood do wskazanego miejsca miałem około 17 km, żeby jednak tam się dostać musiałem jechać pociągiem i dwoma autobusami. Według mapy google, czas podróży to około półtorej godziny, piechotą doszedłbym w trzy. Nie zamierzałem jednak zrezygnować.
W poniedziałek wyszedłem z domu trochę wcześniej, kilka minut po pierwszej. Znałem jedynie adres, nigdy wcześniej nie byłem w tej okolicy. Wziąłem zapas czasowy na wypadek gdybym się gdzieś pogubił. Za cholerę nie chciałem się spóźnić.

Bilety w jedną stronę kosztowały blisko 13 funtów i zupełnie inny zestaw przewoźników rano i inny wieczorem, więc return odpadał, a poza tym można z niego korzystać jedynie tego samego dnia. Kiedy pracuje się w nocy, powrót jest dnia następnego. Mógłbym ewentualnie kupić rano, co umożliwi popołudniowy dojazd, ale jedynie na pociąg. Tylko ten fragment podróży jest stały. Powrót zapowiadał się bardzo trudny, pierwszy autobus jest dopiero kilka minut po ósmej rano. Musiałbym po pracy czekać ponad dwie godziny. Po cichu liczyłem, że może ktoś z pracowników ma samochód, jeździ w kierunku jakiegoś większego dworca i mógłbym się z nim tam zabrać. Może nawet do St. Albans, miałbym już całkiem blisko – pomyślałem.
Pomimo tego koszmarnie drogiego dojazdu, policzyłem że i tak się opłaci. Przy trzynastogodzinnym shifcie i proponowanej stawce dniówka powinna wyjść o 40 – 50 funciaków więcej, niż miałem na chillu. Idealnym rozwiązaniem będzie przeprowadzka. Pierwszy tydzień chciałem jednak przetestować, popracować i sprawdzić jakie są dalsze perspektywy zatrudnienia.

 

***

Zatopiony w myślach dotarłem do miejsca w którym kobiecy głos z GPS powiedział – jesteś na miejscu. Miałem przed sobą cały kompleks różnego rodzaju hal, garaży, magazynów, zakładów, firm, hurtowni, sklepów i cholera wie czego. W tym przemysłowym gąszczu musiałem odnaleźć niewielki warsztat stolarski. Miałem półtoragodzinny zapas.
Zaczepiłem faceta w roboczym ubraniu i zapytam o tę stolarnię. Okazało się, że szuka tego samego warsztatu, również przysłała go ta sama agencja, też przyjechał do pracy, też w to miejsce i też jest Polakiem. We dwóch uporaliśmy się z labiryntem i zameldowaliśmy się w biurze pół godziny przed czasem. Zdziwiłem się że właścicielem również jest Polak, dopytał o nasze doświadczenie stolarskie. Powiedział, że potrzebuje stolarzy meblowych, fachowców, którzy bez przyuczenia staną do pracy przy maszynach. Żaden z nas nie miał jednak wymaganych kwalifikacji. Wiele lat pracowałem w różnego typu stolarniach i tartakach, będąc w Szwecji wykonywałem prace ciesielskie. Nie o takiego stolarza mu chodziło i przerysowując można to porównać do mechanika i zegarmistrza. Zawody zbliżone, a jakże różne.

To mnie pani z agencji poczęstowała – powiedział trochę do nas, a trochę do siebie zrezygnowany. W zasadzie bez owijania w bawełnę powiedział, że nie potrzebuje innych pracowników i nie może pozwolić sobie na naukę. Nie ma na to czasu. Żebyśmy nie byli jednak stratni, to możemy przepracować jedną zmianę i dostaniemy obiecana stawkę.

 

***

Kleiliśmy do rana korytka z płyt laminowanych umilając sobie czas rozmową. Okazało się, że chłopak, z którym tu przyszedłem od kilku miesięcy pracuje w takim systemie przez tę agencję. Wysyłają go tam, gdzie jest zapotrzebowanie na specjalistów o określonych kwalifikacjach. Pracuje jeden, dwa góra trzy dni w jednym miejscu, a gdy wychodzi że nie ma odpowiedniego przygotowania, pracodawca rezygnuje z jego usług, agencja natomiast wysyła go pod inny adres. Podobno nie ma przerw i zawsze pracuje pięć dni w tygodniu. Zaletą tego systemu są dużo wyższe zarobki. Specjaliści wynagradzani są znacznie lepiej i jak mówi, nie zdarzyło mu się pracować za minimalną – 7.83 na godzinę. Czasami, chociaż rzadko, trafiały się roboty nawet za 17 – 18 funtów na godzinę. Najczęściej jednak płacą trochę ponad dychę.

Wadą są ciągłe zmiany i szukanie dojazdów. Zalet jednak znacznie więcej. Daleko od lokalnych intryg i trudno w tak krótkim czasie narobić sobie wrogów, a i w nowej pracy zawsze szybciej płynie czas. Niezły patent pomyślałem i postanowiłem z również z niego skorzystać. Ale dopiero gdy wrócę z Francji.

 

***

Przyszedł payslip, jest 18.00 nigdy nie przysyłali tak wcześnie. Kwota do wypłaty 0.00. Wysłali informację, że dostanę zero funtów. Najwyraźniej nie zamierzają wypłacić mi zaległego wynagrodzenia, a wciąż są mi winni za dwie przepracowane po urlopie noce – 120 funtów, i overtime’a – 60 funtów. Chyba muszę poszukać jakiejś instytucji zajmującej się nieuczciwymi pracodawcami. Zrobię to jednak już po powrocie z Francji. Teraz mogę jedynie przestrzec przed nieuczciwym pośrednikiem. Agencja, która lubi skubnąć i podebrać pracownikom kasę nazywa się STAFFLINE. Uważajcie na nich. Przez STAFFLINE mam zaległość za pokój, nie mogłem uregulować jednego czynszu. Z agencją STAFFLINE miałem już wcześniej nieprzyjemne przejścia. Kiedyś próbowali skubnąć mi dodatek nocny. Znam wiele osób, które miały z nimi podobne przejścia.

Wspomniałem wcześniej, że wybieram się do Francji. Nie mam ani pracy, ani kasy, pomimo tego jutro lecę na kilka dni do Lyonu. Zatrzymam się u kolegi, który mnie zaprosił i kupił bilety. W mojej sytuacji taki wyjazd jest czymś zbawiennym, pozwoli spojrzeć na wszystko z dystansu. A Francja jest najlepszą odtrutką na angielską szarzyznę. Jeśli będzie tam jakaś praca, to oczywiście zostanę jeśli nie, to bilet powrotny mam wykupiony na poniedziałek.

 

c.d.n.

 

Nierówni lekarze

„The Guardian” donosi o najnowszych badaniach różnic w zarobkach ze względu na pochodzenie lekarzy w Wielkiej Brytanii. NHS Digital, czyli urząd statystyczny funkcjonujący przy tamtejszej służbie zdrowia zebrał dane o 750 tysiącach pracowników. Okazuje się, że zarobki ciemnoskórych lekarzy są niższe od zarobków białych o 10 tys. funtów rocznie, zaś różnica pomiędzy zarobkami pielęgniarek to 2,7 tys. funtów.

 

Eksperci cytowani przez „Guardiana” podkreślają, że to badanie o największym zasięgu w historii brytyjskiej służby zdrowia. Jego wyniki dają do myślenia: okazuje się, że nie tylko lekarze, pielęgniarki i położne są dyskryminowane ze względu na kolor skóry. Np. menedżerowie szpitali i klinik również zarabiają mniej jeśli są czarnoskórzy: to różnica rzędu prawie 6 tys. funtów rocznie.
Poza tym częściej wobec nich wszczynane są postępowania dyscyplinarne. A jeśli już postępowanie faktycznie kończy się karą, to jest ona niestety surowsza. Czarnoskórzy pracownicy częściej również doświadczają innych form dyskryminacji – np. są częściej kontrolowani. Podobnie rzecz ma się z Hindusami oraz pracownikami arabskiego pochodzenia.

Chaand Nagpaul, szef Brytyjskiego Towarzystwa Medycznego skomentował nierówności: – Ciemnoskórzy lekarze nadal podlegają dyskryminacji, której nie wolno akceptować. To niebywałe, że w Wielkiej Brytanii, w XXI w. istnieje tak wielka przepaść między białymi i czarnymi lekarzami, chociaż, bez względu na pochodzenie, opiekują się pacjentami na tym samym poziomie. Nikogo te dane nie oburzają tak jak mnie – czarnoskórej kobiety, która całe życie przepracowała w brytyjskiej służbie zdrowia jako pielęgniarka – dodała Donna Kinnair, szefowa Królewskiego Instytutu Pielęgniarstwa.

Lewica będzie rządzić

„Niech każdy obwód wyborczy, niech każda społeczność wie, że Partia Pracy (LP) jest gotowa!” – zapewnił 69-letni szef wyspiarskiej lewicy Jeremy Corbyn na partyjnym zjeździe w mieście Beatlesów. „Kiedy zbierzemy się za rok o tej porze, możemy być już rządem labourzystów!” – optymizm afiszowany w Liverpoolu nie jest bezpodstawny. Klęska negocjacji konserwatywnego rządu w sprawie Brexitu może przyśpieszyć wybory. Na przeszkodzie stoi jeszcze kwestia „antysemityzmu” LP i Corbyna, która nie przestała krążyć nad zjazdem, choć na porządku dziennym jej nie było.

 

Corbyn stał się „podejrzany” właściwie od początku swych rządów w Labour, to jest od trzech lat, ale im bliżej do spodziewanego sukcesu, tym częściej padają ze strony części społeczności żydowskiej oskarżenia o antysemityzm. W tym roku w marcu, w maju i sierpniu nastąpiły ataki medialno-polityczne na Corbyna i jego partię, i ciągle pojawiają się nowe. Zwykle polega to na wyciąganiu starych nagrań lub zdjęć, gdzie Corbyn odnosi się krytycznie do zbrojnej okupacji Palestyny przez Izraelczyków. Przed samym zjazdem pojawiło się wideo sprzed pięciu lat, na którym mówi, że „syjoniści nie mają poczucia ironii”, co miało być dowodem na jego antysemityzm.

Do tego Daily Mail opublikował zdjęcia z 2014 r., kiedy Corbyn podczas wizyty w Tunezji złożył wieniec na cmentarzu palestyńskim. Są tam m.in. groby bojowników Czarnego Września, grupy, która w 1972 r. dokonała zamachu na sportowców izraelskich podczas Igrzysk w Monachium. Zginęło wtedy 11 osób. W Anglii prasa żydowska zaczęła więc mówić o „śmiertelnym zagrożeniu”. Wcześniej domagała się, by LP przyjęła definicję antysemityzmu proponowaną przez Międzynarodowy Sojusz Pamięci o Holokauście (IHRA), jednak w lipcu komitet wykonawczy partii odrzucił część tej definicji, gdyż IHRA zaliczyła do antysemityzmu również krytykę polityki izraelskiego reżimu apartheidu, zgodnie z nową modą, która zrównuje antysyjonizm (sprzeciw wobec izraelskiego nacjonalizmu i rasizmu) z antysemityzmem.

 

Palestyńskie flagi

Corbyn może zapewniać ile chce, że „wyeliminuje antysemityzm z partii i przywróci zaufanie”, że „nigdy nie był i nie będzie” antysemitą, że „antyrasizm zawsze był priorytetem partii”. Jonathan Lansman, lider popierającego Corbyna ruchu Momentum, brytyjski żyd, może tłumaczyć, że „nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między walką z antysemityzmem a obroną praw Palestyńczyków”, ale to ciągle za mało. Brytyjskie środowiska syjonistyczne nie mogą przeboleć palestyńskiego zaangażowania Corbyna i jego ugrupowania. Nota bene w samej partii, szczególnie wśród członków Jewish Labour Movement, który wchodzi w jej skład, ta kwestia potrafi przybrać gwałtowny obrót – deputowana Margaret Hodge, członkini Labour od dawna, nazwała Corbyna „rasistą” i „antysemitą”…

Proizraelski Jewish Telegraph na pierwszej stronie określił zjazd labourzystów jako „konferencję nienawiści”, gdyż Corbyn w swym finalnym przemówieniu zapowiedział, że jak tylko powstanie rząd Labour, Palestyna zostanie natychmiast uznana, co ma wyrażać poparcie partii dla rozwiązania dwupaństwowego. Deklaracja Corbyna została przyjęta owacją i palestyńskimi flagami. Przy okazji jeszcze raz ogłosił, że „całkowicie potępia antysemityzm i nie będzie go tolerował”. W ciągu trzech lat Labour musiało opuścić sporo osób, oskarżanych o antysemityzm, ale kwestia palestyńska, jak dla każdej lewicy, pozostaje ważna. Na zjazd przyjechał przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon, który również z powodu opowiadania się po stronie okupowanych Palestyńczyków był oskarżany o antysemityzm, ale skwitował to krótko: „Zauważyłem, że Jeremy Corbyn jest obiektem podobnych obelg, co ja. To znak dobrego zdrowia”.

 

Labour jako wzór

Na zjazd LP w Liverpoolu oprócz Nieuległej Francji, przyjechali m.in. reprezentanci niemieckiej Die Linke, hiszpańskiego Podemosu i greckiej Syrizy, żeby rozmawiać o przyszłości europejskiej lewicy. Przede wszystkim byli zaintrygowani sukcesem Labour, jej „dobrym zdrowiem”: ponad 550 tys. członków, perspektywa rządzenia, a to wszystko przy ustawieniu się na lewo od tradycyjnej socjaldemokracji. W Europie socjaldemokraci, uznawani często w najlepszym wypadku za centrystów, ponoszą klęskę za klęską, jeśli nie liczyć Portugalii. Stąd pomysły stworzenia „sojuszu radykalnego”. Mélenchon zaproponował Corbynowi przystąpienie Labour do „lewicowej ligi kontynentalnej” (ruch A Teraz Lud), w skład której wchodzą Podemos, Bloco de Esquedra (Blok Lewicy) z Portugalii, duński Sojusz Czerwono-Zielony, szwedzka Partia Lewicy, Nieuległa Francja i fiński Sojusz Lewicowy.

Metamorfoza Labour, która przecież za czasów Blaira była w zasadzie partią prawicową, dokonała się dzięki fali „degażyzmu” – wyrzucenia starych działaczy w toku wewnętrznych wyborów i dyskusji, oraz chęci rozwinięcia swobodniejszych, bardziej demokratycznych sposobów funkcjonowania. Do Liverpoolu nie przyjechały delegacje europejskich partii socjaldemokratycznych, bo to już nie ich przedział polityczny. Skręt Labour w lewo przyciągnął młodych i tych, którzy dotąd nie chcieli brać udziału w wyborach. Dziś partia w sondażach idzie łeb w łeb z torysami (rządzącymi konserwatystami). Delegacje z kontynentu miały czego zazdrościć.

 

Nacjonalizujmy!

Corbyn nazwał politykę premier May „wandalizmem socjalnym”. To właśnie było tematem gospodarczej części zjazdu, najważniejszej dla przyszłości partii. „Nadchodzi prawdziwa demokracja przemysłowa” – ogłosił John McDonnell, który odpowiada w Labour za finanse. Ma opinię stojącego bardziej nawet na lewo niż Corbyn. To on stoi u źródła programu gospodarczego partii. Jeśli labourzyści dojdą do władzy, chcą, by prywatne przedsiębiorstwa scedowały co najmniej 10 proc. swego kapitału na pracowników, którzy mogliby w ten sposób dostawać dywidendy. Byłoby tego średnio ok. 500 funtów rocznie. Ponadto jedna trzecia miejsc w radach nadzorczych też miałaby przypaść pracownikom: „Akcjonariat pozwoli pracownikom mieć te same prawa, co inni akcjonariusze, będą też mieli wpływ na strategię swego przedsiębiorstwa” – argumentował McDonnell.

Przede wszystkim McDonnell przewiduje falę nacjonalizacji przedsiębiorstw niegdyś publicznych, jak koleje, dla których prywatyzacja stała się prawdziwą klęską. Poza tym mają być znacjonalizowane takie dziedziny jak dystrybucja wody, energii, czy poczta. „Niektóre gazety mówią, że wyborcy są przestraszeni (tymi planami). Ale mylą się (…). Z sondażu na sondaż widać, że własność publiczna dowodzi swej popularności. Ludzie mają dość nabierania się na prywatyzacje” – mówił. Oczywiście organizacje przedsiębiorców już protestują, w charakterystycznym stylu, jak CBI: „Dyktat akcjonariatu pracowniczego doprowadzi tylko do wyjazdu inwestorów, a jeśli inwestycje zmaleją, płace też spadną”. Labour zdaje się tego nie bać. Mówi o stworzeniu 400 tys. „zielonych” (ekologicznych) miejsc pracy. Ciekawe, że nawet niektórzy torysi popierają projekty gospodarcze LP, jak ekonomista Jim O’Neill z byłego rządu Camerona. Corbyn nie omieszkał tym się chwalić.

 

Optymizm z Brexitu

Ale skąd bierze się ten optymizm, który było widać w Liverpoolu? Skąd wiara, że w przyszłym roku może dojść do przedterminowych wyborów? Ano, najdłużej chyba wałkowano sprawę Brexitu, negocjowanego nieszczęśliwie przez rząd May. „Jeśli parlament odrzuci umowę z Unią, bądź rząd nie podpisze żadnej umowy, wywrzemy nacisk na przedterminowe wybory” – ogłosił Corbyn. Premier Theresa May, która przebywała wtedy w Nowym Jorku na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, odpowiedziała od razu, że wcześniejsze głosowanie powszechne „nie byłoby w interesie Zjednoczonego Królestwa”, ale ma „krótką” większość w parlamencie i może być doń zmuszona nie tylko przez Labour. Partia dała już do zrozumienia, że będzie głosować przeciw umowie, jeśli np. nie zachowa korzyści ze wspólnego rynku i unii celnej.

Od razu należy wyjaśnić, że Corbyn jest raczej eurosceptykiem, choć partia robiła kampanię na rzecz pozostania w Unii. Pogodził w partii środowiska zwolenników i przeciwników Unii, ale do głosu coraz bardziej dochodzą młodzi, dla których rozstanie z Unią pozbawia ich części perspektyw. Starsi są często anty-unijni, więc znaleziono rodzaj kompromisu. Jeśli do wcześniejszych wyborów nie dojdzie, Labour będzie popierać ideę nowego referendum na temat wyjścia z UE. To nowość, pewien zwrot, bo dotąd partia trzymała się wyników poprzedniej konsultacji. Rzecz jest hipotetyczna, ale Corbyn zgodził się zostawić „wszystkie opcje na stole”, trochę w duchu ekumenizmu. Inni, jak McDonnell, wykluczają nowe referendum.

„Celem Labour jest gruntowna zmiana kraju” – mówił Corbyn w zamykającym zjazd przemówieniu, wyraźnie dumny z dynamizmu i wyników partii. Przez zgromadzonych przebiegł dreszcz, gdy z głośników rozległa się piosenka „króla” soulu Sama Cooke’a – „długo na to czekaliśmy, lecz wiem, że zmiana jest w drodze”… Widząc chaos brytyjskich negocjacji w Brukseli, można się spodziewać, że po ośmiu latach przerwy Labour przejmie ster kraju. To może być kwestia kilku miesięcy, więc wzruszenie było uzasadnione.

Świat od spodu (2)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy drugi odcinek tego cyklu.

 

 

Najmniej efektywną formą szukania pracy jest chodzenie od drzwi do drzwi. Trzeba mieć dużo szczęścia, by wejść akurat w te, gdzie poszukują pracownika.

 

Owszem, będą mówić, że się zastanowią, powiedzą, żeby pójść tu czy tam, poproszą o numer telefonu, ale zazwyczaj niewiele z tego wychodzi. Poza nowymi znajomościami.
Jest jednak powód dla którego nie można z tej formy rezygnować. Zmusza ona do wyjścia z domu, nie pozwala popaść w marazm i apatię. A to największe zagrożenie dla bezrobotnego. Trzeba włożyć trochę wysiłku, by pomimo niechęci wstać z łóżka i wyjść. Oczywiście, na początku nie jest łatwo, by pokonać kilka wewnętrznych barier. Znalazłem jednak i na to sposób.

 

***

Zanim wyruszyłem, zjadałem porządne śniadanie i zaraz po wyjściu z domu odwiedzałem najbliższą perfumerię. Niedaleko jest Boot’s. Pryskałem się najdroższymi markami – to zawsze dodaje pewności siebie – i dopiero szedłem w miasto.
Znacznie łatwiej szuka się pracy z pozycji pewnego siebie człowieka sukcesu niż upokorzonego, zalęknionego, zagubionego i głodnego imigranta. Pełny żołądek, zapach kosztownych perfum i uśmiech dają tego namiastkę.
Wydawało mi się, że nie ma nic gorszego niż szukanie zajęcia ze smutkiem, lękiem i spuszczoną głową. Jak już wspomniałem, ta forma jest może najmniej efektywna, ale wypełnia dni i przełamuje ich monotonię. Poza tym, wykreowana rola człowieka sukcesu powoli i mnie zaczynała się udzielać. Nawet jeśli to ułuda, to siły których dodaje są jak najbardziej realne.
Wychodziłem każdego poranka i odwiedzałem coraz odleglejsze sklepy i knajpy, szukałem w witrynach ogłoszeń i zagadywałem robotników na budowach. Nie miałem czasu roztrząsać swojej kiepskiej sytuacji. Nie było czasu na marazm i chandrę. I już choćby dlatego nie mogłem zrezygnować z tej formy poszukiwań. Wracałem do domu wieczorem i następnego dnia szedłem znowu. Zmieniałem tylko kierunek. Od poniedziałku do środy obszedłem już chyba wszystkie knajpki w Borehamwood. Postanowiłem wyruszyć więc do innego miasta. Najlepiej do Radlett, jest na tyle blisko, że nie muszę jechać ani pociągiem, ani autobusem. Spokojnie dotrę tam pieszo. Najrozsądniej byłoby pojechać do Luton, jest tam kilka fabryk i mógłbym popytać mieszkających tam Polaków. Na razie nie stać mnie jednak na bilet. Wybiorę się, jeśli przyjdzie zaległa wypłata. W piątek. A dzisiaj – środa – powinien przyjść payslip. Pisząc ten felieton zerkam co chwile do skrzynki mailowej. Dotychczas nie ma. Jeśli do godziny 22.00 nie będzie to znaczy, że wypłaty raczej nie dostanę. W tej chwili jest 19.15 – czekam.

***

Szukanie pracy przez Internet jest bardziej efektywne, ale przykuwa do łóżka, rozleniwia i z każdym dniem coraz trudniej się pozbierać. Żeby szukać ogłoszeń w sieci, trzeba też znać odpowiednie adresy i w miarę sprawnie posługiwać się językiem. Nie bardzo nawet wiedziałem gdzie szukać stron z lokalnym rynkiem pracy, a i język mam opanowany w takim stopniu, że większość dnia marnuję na rozszyfrowywanie jakiegoś spamu i fake ogłoszeń, zamiast z góry je poodrzucać. Poruszam się po omacku, zarówno w necie, jak i w realu.

 

***

Dzisiaj ponownie poszedłem do food banku. Tym razem nie musiałem się już przełamywać. Szedłem śmiało jak do siebie. Nie pamiętałem jedynie, czy kazali przyjść we środę, czy w czwartek? Jedzenia mam jeszcze pod dostatkiem, zjadłem niewielką część tego co dali w poniedziałek – dlatego niespecjalnie przejmowałem się tym, że mogą kazać mi przyjść następnego dnia. Na miejscu powiedziałem pracującym wolontariuszkom, że miałem się zgłosić, ale nie pamiętam kiedy. Zaprowadziły do zatłoczonej sali. Około czterdziestu osób siedziało przy rozstawionych tam stolikach. Na blatach były dzbanki z sokami. Kazały zająć miejsce i powiedziały, że nic nie pomyliłem, że dzisiaj jest środa, a we środy organizują lunch dla wszystkich potrzebujących z okolicy. Super, pomyślałem. Było wczesne popołudnie, ale czułem już lekki głód.
Usiadłem przy najluźniejszym stoliku. Obok siedziała Hinduska, a naprzeciwko Angielka. Wypytały czy pierwszy raz tutaj, skąd jestem i takie tam. Gdy powiedziałem, że szukam pracy wytłumaczyły jak przeglądać lokalne portale internetowe i gdzie szukać odpowiednich grup z FB. Pokazały jak poruszać się w gąszczu ogłoszeń i jak z zalewu faków wyłowić te najbardziej atrakcyjne.
Kucharze zaczęli nalewać krem brokułowy, a pod sceną zainstalował się trzyosobowy zespół. Nie mogłem w to uwierzyć. To było niewiarygodne. Zorganizowali koncert do kotleta dla najuboższych. Na sali i tak było gwarno, miałem wrażenie, że każdy rozmawia z każdym. Znali się doskonale. Będąc tam po raz pierwszy zauważyłem już te relacje. Nic dziwnego, jeśli co środę spotykają się na takich lunchach. Trio grało najbardziej znane szlagiery; Living Doll – Cliffa Richarda, Dianę itp. Kawałki, które wszyscy znali, a niektórzy podchwycili i, pochyleni nad zupą śpiewali pod nosem. Niektórzy śmielej inni dyskretnie. Wszyscy wesoło się kiwali. Wolontariusze nakładali drugie dania. Wybór był ogromny. Kotlety, makaron z sosem, sałatki, warzywa i kilka potraw, których nie znam. Każdy dostawał tyle, ile tylko chciał. Na deser podali sałatkę owocową, ciasto i coś co nazywali „India sweet” (hinduska słodycz?). Nie mam pojęcia, czy to owoc, warzywo, zwierzę czy wypiek. Kształtem przypominało ziemniaka, a kolorem bezę. Było tak słodkie, że wykręcało twarz i dlatego nie potrafię powiedzieć czy było smaczne. Siedziałem, gadałem i jadłem, a po niecałych dwóch godzinach zebrałem się do wyjścia. Znowu ciężko było mi dojść do domu. Tym razem z przejedzenia.
Byłem zachwycony tym pomysłem i organizacją placówki. Food banki to nie tylko aprowizacja, ale miejsce integracji, wyjścia z domu, przebywania w grupie między ludźmi.

***

Coraz trudniej skupić się na pisaniu, zerkam co chwilę do skrzynki, ale maila z payslipem wciąż nie ma. Jest godzina 20.20. W piątek muszę opłacić pokój. Bieżący czynsz i jeden zaległy. Razem 260 funtów. Nie wiem, czy bardziej denerwuje się tym, że wyląduję na ławce, czy tym że nie dotrzymam obietnicy. Gospodarze, to naprawdę bardzo sympatyczni ludzie, nie chciałbym ich zawieść. A jeśli naprawdę nie przyjdzie? Wydaje się to coraz bardziej prawdopodobne, zazwyczaj był kilka minut po siódmej. Nie wiem nawet gdzie szukać pomocy. Do jakiej pójść instytucji czy organizacji, co zrobić? Czy wyprowadzić się jutro dyskretnie – czyli zwyczajnie zwiać i zamieszkać na jednym z londyńskich dworców, czy też porozmawiać z nimi prosząc o kolejny tydzień zwłoki? Kolejny… a co później?

 

***

Wiem, że poszukują pracowników w domu opieki. Potrzebny jest ktoś do pralni i sprzątania. Zajęcie dla mnie idealne. Wymagają jednak referencji z poprzedniego miejsca pracy i potwierdzenia adresu. Agencja nie wystawi mi jednak opinii, a gospodarze – mimo że by chcieli – to nie mogą potwierdzić adresu. Referencje chcą zresztą w każdym większym zakładzie, dlatego zacząłem już mówić, że dopiero przyleciałem do UK. Jeśli dostanę w końcu jakąś pracę, a kłamstwo się wyda nie wiem jakie mogą być konsekwencje.

 

***

21.00 – przyszedł payslip. Nie zgadza się jednak kwota. Przysłali 244 funty, nawet mieszkania nie zdołam w pełni uregulować. Brakuje zaległości o którą upominałem się od trzech tygodni i wypłaty za overtime’a, którego wziąłem w poprzedni wtorek. Wciąż jestem w „czarnej dupie”.

 

c.d.n.

Angielski sen (9 – ostatni) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opowiadające, jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś – wyjątkowo w poniedziałek – publikujemy dziewiąty – ostatni odcinek tego cyklu. Ale będzie ciąg dalszy – nie bójcie się.

 

 

Zanim wpłynie wypłata, dwa dni wcześniej dostajemy mailem payspily, czyli takie paski wypłaty, na których jest ilość przepracowanych godzin w tygodniu rozliczeniowym, podatki i oczywiście stawka godzinowa i łączna kwota. Kontraktowi dostają je we wtorki, a agencyjni w każdy środowy wieczór. Mail z payslipem dawał pewność, że pieniądze wpłyną i w jakiej kwocie.

 

W poprzednią środę nie dostałem powiadomienia. Do późnego wieczora sprawdzałem swoją pocztę. I nic. Spodziewałem się wypłaty za te dwie noce przepracowane po urlopie – to jakieś 120 funtów. Trochę zaniepokojony zacząłem rozpytywać znajomych czy oni dostali. Większość tak, chociaż nie wszyscy, ale uspokoili mnie, że wprawdzie rzadko, ale niekiedy zdarza się, że payslip nie przychodzi, a kasa i tak w piątek wpływa. Trudno – pomyślałem – i czekałem cierpliwie do piątku. Pieniędzy jednak nie było. Sytuacje tę opisałem w poprzednim odcinku.
Historia powtórzyła się w ostatnią środę. Znowu rozpytywałem wszystkich, jak to jest z tymi mailami i czy oni dostali? Okazało się, że nikt z agencyjnych nie dostał, a kontraktowi dostali z jednodniowym opóźnieniem – czyli właśnie we środę.

Tym razem jednak niepokój pozostał. Postanowiłem znowu pojechać do agencji i tym razem nie dać się zbyć. Zakończyłem shift o 6.00 rano, dwie godziny się przespałem, a kilka minut po jedenastej podjechaliśmy z kolegą do firmy. Oprócz panienki za biurkiem był także agencyjny manager. W nienaturalnie uprzejmy sposób zaczęli przepraszać i znowu gadać o awarii systemu, dopytywałem o szczegóły, a oni coś czarowali. W trakcie naszej rozmowy telefon zasygnalizował mi nową wiadomość w skrzynce. Spojrzałem – payslip, trochę zły, że zarwałem sen i jechałem taki kawał, rzuciłem okiem żeby sprawdzić czy wszystko się zgadza. Brakowało pieniędzy za te dwie przepracowane nocki – czyli brakowało poprzedniej wypłaty. Dostałem 280 funtów, a mam zaległość za mieszkanie i muszę oddać pieniądze, które pożyczyłem tydzień wcześniej. To łącznie 310 funtów szterlingów. Brakuje jak cholera, nie odpuszczę – pomyślałem i zacząłem głośniej się dopominać o kasę. Manager uprzejmie podsunął mi krzesło, odpalił komputer i zaczął przeglądać jakieś rubryki. Po chwili zapewnił mnie, że wyrównanie będzie w kolejnym tygodniu, że jest mu przykro i znowu usłyszałem „dont łory”.

To „dont łory” zadziałało na mnie jak płachta na byka. Dokładnie tak tydzień wcześniej zbyła mnie ta panienka z agencji. Krzyknąłem już do niego, że pieniądze mają być teraz – „now”
Jego uśmiechnięta i miła twarz, przybrała purpurowy kolor, znikła sympatyczna mina, a w jej miejscu pojawił się arogancki uśmiech i cyniczny wzrok. Powiedział, że wiedzą kim jestem, wiedzą co robię, znają moje teksty, czytają je od dawna, a firma zleciła mu przeprowadzenie ze mną rozmowy dyscyplinującej i ukaranie naganą. Ale, że on odpuścił, bo on jest „cool”.
Wróciłem do domu z niczym. To znaczy jedynie z payslipem wypłaty za jeden tydzień.

 

***

Zanim wszedłem wieczorem do mojej hali, odbębnić ośmiogodzinny shift, zawołał mnie główny szef nocnej zmiany – Dave. Poszliśmy do jego biura. Tam czekał już Alistair, ktoś jeszcze ważniejszy. Mleko się rozlało – pomyślałem i czekałem, kiedy wreszcie powiedzą, że wylatuję z roboty.

W nienaturalnie uprzejmy sposób wypytywali po co i dla kogo piszę, co mnie interesuje itp. Zapewniłem, że ich firma, konkretnie nazwa ich firmy jest na ostatnim miejscu moich zainteresowań, a w zasadzie w ogóle mnie nie obchodzi. Jestem zwykłym ekonomicznym imigrantem, który zaczyna na Wyspie życie od zera i jedynie to chcę opisać. Powiedziałem, że ich firma jest mi potrzebna tak jak im kliner: ważne żeby był i sprzątał, a nie ważne jak się nazywa i kto nim jest. Zapytali czy mogę się zobowiązać, że już nigdy o tym miejscu nie napiszę. Kiwnąłem głową i przystałem na ich warunki. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, poprosili bym wrócił do pracy. Zawarliśmy umowę – ja nie piszę o firmie, a oni pozwalają mi pracować. Trochę to utrudnia pisanie cyklu, ale istotą jest człowiek na obczyźnie, nie zaś firma o nazwie ABC, czy XYZ.

Wiedziałem jednak że moje dni w tej pracy są już policzone. Byli zbyt uprzejmi. Sądziłem, że chcą wywalić mnie w białych rękawiczkach, znaleźć pretekst. Bardzo ciężko przetrwałem swoją zmianę. Było mi potwornie zimno, zasypiałem na stojąco i z ledwością ogarnąłem swój rewir. Pomimo tego, nie przedłużałem przerw i rzetelnie wykonywałem swoje obowiązki. Nie chciałem dać im żadnego, najmniejszego merytorycznego powodu do zwolnienia. Pchałem więc wózki ze śmieciami i zamiatałem nieprzytomny z niedospania. Byłem wcześniej w agencji i po ostatniej zmianie spałem jedynie dwie godziny. Trochę jednak spokojniejszy, że przynajmniej przez jakiś czas będę mógł zarabiać kasę i obserwować otoczenie z pozycji niewidzialnego klinera, wróciłem do domu.

Pieniądze przyszły w piątek. Nie udało mi się opłacić w całości długu za pokój. Zapłaciłem za jeden tydzień i pooddawałem część długów.

Zostało mi trzydzieści funtów – trzy dychy na tydzień. Trudno, pomyślałem, ale miałem nadzieję, że w kolejny piątek zapłacą mi wreszcie tę zaległość. To by wreszcie wyprostowało moja sytuację.

 

***

Każdy pracownik ma swoja imienną, kartę magnetyczną do otwierania wejść i bramek zakładu. Zdziwiłem się, gdy w ten piątkowy wieczór karta nie zadziałała. To znaczy nie otworzyła bramki. Do holu wpuścił mnie pracownik ochrony i kazał zaczekać. Po chwili przyszedł jeden z managerów – Pete. Zawstydzony powiedział mi, że agencja anulowała mój kontrakt i zostałem zwolniony. Powiedział też że jest mu przykro, bo byłem bardzo dobrym pracownikiem i firma nie miała do mnie żadnych zastrzeżeń. Nie maja jednak wpływu na politykę agencji. Był zażenowany – zwyczajnie kłamał.

Chcąc nie chcąc wróciłem do domu.

 

 

Planujemy nowe otwarcie w cyklu „Angielskiego snu”. Pomysł jest taki, że zrobimy coś w rodzaju telewizyjnego reality show, ale w wersji prasowej, czyli – Wy Czytelnicy, towarzyszycie mi wszędzie, znacie myśli uczucia, emocje, widzicie świat moimi oczami i wspólnie pokonujemy jego niedogodności. Na bieżąco wiecie ile mam pieniędzy, co robię i co zamierzam. Wiecie kiedy jem, a kiedy głoduję, jakie mam problemy, troski i rozterki, ale zapewne wiele razy też się uśmiejemy.

Kamerą w tym „widowisku” będzie Wasza wyobraźnia i moje pióro. Bez reżyserii, oprawy i asekuracji. Jestem prawdziwym emigrantem i utrzymuje się jedynie z własnej tu pracy, którą kilka godzin temu straciłem.

Najprościej byłoby spakować walizki, wrócić do Polski, zamknąć za sobą brytyjską przygodę i przerwać cykl „Angielskiego snu” bez informowania Was o nowym pomyśle.

Mam w kieszeni trzydzieści funtów, nieuregulowane w połowie mieszkanie i niepewność, czy agencja zapłaci mi pozostałą część mojego uposażenia. Jestem więc w sytuacji i miejscu, w jakim znalazła się duża część emigrantów zarobkowych, czyli w „czarnej dupie” – I chyba nie może być lepszego miejsca na nowe otwarcie.

Pisząc ten tekst zakładam sobie pętlę na szyję, bo podejmuję przed Wami ogromne zobowiązanie. Czy mi się uda? Wierzę że tak.

Zaczynamy więc przygodę od nowa, od zera i z samego dołu. Jej tytuł to zatem „Świat od spodu” – „The World Below”. Będzie publikowany w dwóch wersjach językowych, po polsku i po angielsku. Wierzymy bowiem, że opisanie życia na Wyspach z perspektywy, której większość Wyspiarzy nie tylko nie zna, ale i się nawet zapewne nie domyśla, może być interesujące i dla nich.

Wracając na koniec do mojej poprzedniej pracy – już mógłbym spokojnie napisać nazwę firmy, już i tak mnie wyrzucili, ale w przeciwieństwie do Dave’a i Alistaira, dotrzymam słowa i jeśli nie będzie to konieczne, to nigdy nazwy firmy nie wymienię. Głupio wam, gentlemen?

PJ

 

Angielski sen (8) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy ósmy odcinek tego cyklu.

 

 

„Wszystko jest trudne, zanim stanie się łatwe” – ten fragment z Goethego przypomniał mi się podczas rozmowy z kolegą w pracy. Jest już w Anglii od piętnastu lat. Nie wie, czy wróci do Polski, czy też zostanie. Nie wie, bo jak powiedział, życie tu jest jednak łatwiejsze. Ale zgodnie z teorią Goethego, najpierw trzeba było się namęczyć.

 

Życie w UK może być proste jak londyńskie metro, które podobno jest najłatwiejsze na świecie – ale dopiero gdy się pozna i zrozumie zasady jego funkcjonowania. Warszawiak się uśmieje, bo wie, że nie ma nic łatwiejszego niż stołeczne dwie linie. Gdzie się tam można zgubić? Nawet jeśli, to w najgorszym wypadku za czwartym razem uda się pojechać we właściwym kierunku.

Faktycznie wiele problemów z którymi borykałem się na tu początku jest już za mną. Wracając do wcześniejszych tekstów uśmiecham się czytając o zapomnianych już perturbacjach. Podobno rozwijamy się i uczymy przez całe życie, a jeżeli tak, to na każdym jego etapie, aż do śmierci, pozostajemy niedorozwinięci. Warto o tym pamiętać zanim parskniemy śmiechem, gdy zobaczymy jak ktoś się męczy, bo nie wie jak zapłacić za przejazd w biletomacie.

Historię podobną przechodził prawie każdy, z kim rozmawiam i kto potrafi przyznać się do życia na styk, porażek, biedy, liczenia każdego pensa i kilkudniowych niekiedy głodówek.

Nie, wcale to nie oznacza, że już nauczyłem się tu żyć i funkcjonować Wciąż w wielu aspektach jestem jak ślepy, któremu mówią, by szedł kierując się namalowanymi na ścianie strzałkami. Ci, którzy są na tyle długo, że faktycznie poruszają się już bez problemu, opowiadają o różnicy w poziomie życia teraz i sprzed lat. Piętnaście lat temu za dwadzieścia funtów można było zrobić zakupy, które spokojnie wystarczały na tygodniowe życie dwóch osób. Minimalna stawka godzinowa była wprawdzie niższa, wynosiła niecałe pięć funtów (teraz 7,83), ale wartość tej piątki była nieporównywalnie wyższa. Do piątki jeszcze później wrócę, ale innej piątki – tej, którą na długo zapamiętam.

Właśnie spadek poziomu życia zmusza ludzi, którzy doskonale już opanowali brytyjską codzienność, do tego, by ponownie podjąć decyzję – zostać, czy wracać? Ponownie, ponieważ na początku emigracji prawie każdy codziennie nosi w głowie to pytanie. Ja również.

Zostałem już sam na nocnej zmianie. Skarpeta, który też był nocnym klinerem, po kilku latach pracy na chillu zmienił halę (warehouse) i zajęcie. Nie mając zmiennika zaczęto mi proponować bym przychodził do pracy również w dni wolne. Overtime lub extra shift – tak na to mówimy. Pracownik kontraktowy za dodatkowy dzień pracy ma znacznie wyższą stawkę, pięćdziesiąt procent za pierwszy i sto procent za kolejne. Pracownik agencyjny dostaje dokładnie tyle samo, co za normalny dzień, tyle że ma dodatkowe dniówki w tygodniu. Bardziej od pieniędzy ceniłem sobie dotychczas te dwie wolne noce. Od samego początku mój grafik ułożony był tak, że wypadały one w poniedziałek i wtorek. To był mój weekend. Ostatni shift kończyłem w poniedziałek o szóstej rano, a do pracy szedłem dopiero we środę o dwudziestej drugiej. Od poniedziałkowego poranka do wtorkowego przedpołudnia spałem jak niedźwiedź. We wtorek i środę poznawałem Anglię, cieszyłem się (lub smuciłem) życiem i pisałem „angielski sen”. I gdyby propozycja padła w innym terminie, zapewne od razu bym ja odrzucił. Teraz jednak na nią przystałem. Zdecydowałem się, ponieważ – to już chyba u mnie normalne – znowu zacząłem mieć problemy finansowe. Ktoś zapomniał wypłacić mi pieniądze za dwa dni pracy, co przy życiu na styk jest zwyczajną katastrofą.

Po urlopie zamknąłem tydzień rozliczeniowy dwoma przepracowanymi nockami. Pieniądze powinny wpływać co piątek z dwutygodniowym opóźnieniem. Gdy już się wejdzie w rytm, to nie ma najmniejszego znaczenia, za który tydzień płacą co tydzień.

Ponieważ jednak urlop rytm ten zakłócił, czekałem na kasę trochę bardziej i trochę mocniej niż w każdy inny, zwyczajny piątek. Dwie dniówki to jakieś 120 funtów. Umówiłem się z właścicielami mieszkania, że zapłacę połowę, a wyrównam w kolejnym tygodniu, wydatki rozplanowałem tak, żeby standardowo do czwartku wystarczyło. Oczywiście wiedziałem, że przy mojej dyscyplinie finansowej wszystkie te plany to o kant dupy, ale według kartki wyglądało, że przynajmniej frytki w robocie codziennie jeść będę. Najważniejsze, czyli papierosy mam jeszcze z Polski (tzn. z Ukrainy, Białorusi i Mołdawii, ale kupione w Polsce).

Pieniądze jednak nie przyszły. Zadzwoniłem do zatrudniającej mnie agencji, pani powiedziała, że sprawdzi i za dwie minuty do mnie oddzwoni. Czekałem czterdzieści i nic. Zadzwoniłem więc ponownie. Tym samym spokojnym głosem powiedziała, że zapomniała, ale że wszystko jest na pewno w porządku, a jeżeli coś nie jest, to i tak dostanę, ale za tydzień. Rzuciła jeszcze coś typu: „dont łory”, powiedziała „baj” i się rozłączyła.

Byłem wściekły, nie miałem nawet funta. Chyba każdy kto pracował na obczyźnie zdaje sobie sprawę, że pożyczka od kogokolwiek jest praktycznie niemożliwa. To muszą być naprawdę, bardzo, bardzo dobrzy znajomi. A i to pod warunkiem, że sami nie mają tygodnia pod znakiem planów, rachunków i opłat. No i oczywiście, jeśli się ich za bardzo sobą nie absorbuje. Poza tym nie chciałem już pożyczać. Przypomniały mi się wszelkie przejścia jakie z tą agencją dotychczas miałem. Przez pięć tygodni „zapominali” wypłacać mi dodatku nocnego, uwzględnić w grafiku zaplanowanego urlopu, przypomniałem sobie o koledze, któremu przez ponad miesiąc w ogóle nie wypłacali. To znaczy, przysyłali czeki, które natychmiast anulowali, bo przypominali sobie, że ma konto w banku. Ale na konto już mu nie wpłacali, bo przecież wysłali czek o którym zapomnieli, że go anulowali.

Wyrwał w końcu te pieniądze, podobnie jak i ja dodatek, ale kosztowało to masę nerwów i zaangażowania całej rzeszy ludzi, interwencji zakładu pracy i cholera wie jeszcze czego. Generalnie – chyba uporu.

Spodziewając się ponownej batalii, jak zawsze w takiej sytuacji, zadzwoniłem do Jarka. Też próbował się do nich dodzwonić z takim skutkiem, że w pewnym momencie wsiadł w samochód, podjechał po mnie i pojechaliśmy się kłócić z nimi już nie przez telefon. Na miejscu okazało się, że nie tylko ja wypłaty nie dostałem. A panienka zza biurka z uśmiechem zbywa oszukanych pracowników. Powiedziała, że to awaria systemu i że za tydzień uregulują wszystko.

„To nie mój problem” – odpowiedziała, gdy ktoś zwrócił jej uwagę, że przecież ci ludzie nie maja co jeść. Znowu interweniowaliśmy w kierownictwie firmy i teraz czekam kolejnego piątku, na wypłatę i wyrównanie. Chcąc nie chcąc pieniądze na przeżycie musiałem pożyczyć. Z właścicielami mieszkania umówiłem się, że zapłacę zaległość w dwóch ratach. Fantastyczni i o niespotykanej tutaj empatii ludzie – nie było najmniejszego problemu. Poczęstowali jeszcze albańskim bijurkiem.

Zweryfikowałem raz jeszcze plan finansowy na cały tydzień i postanowiłem tym razem podejść do niego na sztywno. Gdy miałem już tę pożyczona kasę, idąc ulicą znalazłem wspomniane na początku pięć funtów. Nie mogłem uwierzyć. Jeszcze nigdy w życiu nie znalazłem kasy wtedy, gdy była mi aż tak potrzebna i jeszcze nigdy w życiu znaleziona kasa, aż tak mnie nie ucieszyła.

Agencje pracy tymczasowej, to brytyjski fenomen luk prawnych i sposobów na omijanie praw pracowniczych. Jakiś czas temu wszedł przepis precyzyjnie określający, jak długo agencja może zatrudniać pracowników na warunkach gorszych niż pracownicy mający bezpośrednią umowę – kontrakt – z właściwym pracodawcą. To trochę ponad trzy miesiące. Na początku sprytne agencje podpisywały z ludźmi trzymiesięczne, cyklicznie odnawiane umowy, potem zmieniały stanowiska. Ktoś był trzy miesiące klinerem, na hali „A”, a po trzech miesiącach formalnie przechodził na halę „B” też jako kliner, ale pod już pod nazwą „hajdżin”. To wymagało jednak podpisu zainteresowanego pracownika. Teraz wykombinowali coś takiego, że nikt niczego nie przedłuża, nie zmienia stanowiska i nie odnawia umowy. Nie potrafię tego rozkminić. W zakładzie, w którym sprzątam, są osoby zatrudnione przez agencję od lat. Od lat dostają minimalną stawkę, znacznie niższą od tej wypłacanej na tym samym lub analogicznym stanowisku, ale pracownikowi kontraktowemu. I wbrew pozorom są wśród nich również rodowici Anglicy. Wszystko zgodnie z prawem. I na odwrót jednocześnie.

c.d.n.

 

Dziewczynki niemile widziane

Aktywistki z organizacji Jeena International, zajmującej się prawami kobiet z mniejszości narodowych w Wielkiej Brytanii alarmuje: duża część imigrantek korzysta z możliwości wykonania testu krwi NIPT. Pozwala ono na bardzo szybkie odkrycie płci dziecka. Wiele kobiet, głównie Hindusek i Chinek, kiedy dowiaduje się, że urodzi córkę, jest poddawanych presji przez mężów i rodziny. Nierzadko są zmuszane do usunięcia ciąży, ponieważ urodzenie chłopca pozwala na podwyższenie statusu społecznego.

 

– Nic dziwnego, że decydują się na aborcję. Nie mają innego wyboru. Nie chcą zawieść męża, zostać wyrzucone z domu i wylądować na ulicy – mówi Rani Bilkhu, prezeska organizacji.

Rzecznik Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej zaznaczył, że rząd przyjrzy się bliżej testom NIPT. W państwowych placówkach badania te wykonywane są głównie pod kątem wykrywania wad genetycznych, ale za dopłatą (w większości w prywatnych klinikach kosztuje to 150-200 funtów) można dowiedzieć się, czy „będzie chłopiec czy dziewczynka”.

Naz Shah, posłanka zajmująca się problemami równego traktowania, twierdzi, że należałoby ustawowo zakazać podawania informacji o płci uzyskanej w wyniku przeprowadzania badań NIPT.
Dziennikarskie śledztwo w programie „Victoria Derbyshire” BBC wykazało, że w Wielkiej Brytanii żyją tysiące kobiet, które zastosowało z premedytacją selekcję płci płodu. Wśród nich najwięcej było tych, które urodziły już jedno lub dwoje dzieci i kolejna ciąża okazała się „rozczarowaniem” z powodu braku męskiego potomka. Niektóre były zastraszane.

Dr Tom Shakespeare, konsultant „The Independent”, powiedział, że rząd prawdopodobnie zasłoni się tym, że ciężko mu będzie kontrolować prywatne ośrodki zdrowia, natomiast badania NIPT z pewnością wymagają wprowadzenia stosownych regulacji, bo za chwilę rozkwitnie turystyka selektywno-aborcyjna. Indie i Chiny dostrzegły już problem i zakazały selekcji, jednak rodziny imigrantów na Wyspach korzystają, że takich zakazów nie ma – najczęściej niestety kosztem kobiet.

O brytyjskich geniuszach, bankach i Labour Party (MIĘDZY)LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Jego felietony z cyklu „Angielski sen” pojawiają się w piątkowych wydaniach.
Tym razem jednak publikujemy „(Między)list”, stanowiący dodatek do tej serii. A w najbliższy piątek – siódmy odcinek „Angielskiego snu”.

 

 

Wróciłem z urlopu. Natychmiast sprawdziłem czy widok na High Street nie uległ zmianie, wszystko było na swoim miejscu. Rozpoznałem kilku stałych przechodniów, najbardziej jednak ucieszyło mnie że Janny’s Café wciąż jest na swoim miejscu. Tęskniłem za ich sadzonymi z frytkami. Teraz kilkanaście dni ponownej aklimatyzacji i wrócę do brytyjskiej codzienności. Przywykłem już do tego rytmu i odnajduje tu coraz więcej zalet. Cytując jednak klasyka: „Jedziemy do kraju kapitalistycznego, który ma tam swoje plusy. Rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”.

 

Więc teksty pochwalne zachowam na emeryturę, a teraz – jak zawsze przejadę się po lokalnych absurdach. Tak naprawdę w tym kraju nie trzeba mieć mózgu Bernarda Shawa, słynącego z krytycznej kpiny angielskiego stylu życia, nie trzeba być Monty Pythonem, by obśmiać tutejszą codzienność.

Wiem, wiem, zaraz zostanę uznany za ignoranta, który nie rozumie subtelności i drugiego dna autorów „Sensu Życia”, „Świętego Graala” i kilkunastu innych, średnio śmiesznych filmokabaretów.
Muszę was jednak zmartwić, Monty Python drugiego dna nie posiada, a ten „wyższośrodowiskowy” zachwyt spowodowany jest oryginalna modą. Niczym więcej.

Jedno z pierwszych zdań podczas imprezy czy spotkania pseudointelektualistów – choć wolę określenie kabotyn – brzmi: „Uwielbiam Monty Pythona”.

Prawdę mówiąc jedynie „Świętego Graala” udało mi się obejrzeć i nie zasnąć, a od tych brytyjskich komików zdecydowanie wolę stare odcinki „Kiepskich” – chociaż tam irytuje mnie dodawany w tle śmiech i to w miejscach, które akurat śmieszne nie są. W mojej subiektywnej ocenie zakwalifikowałbym ich na poziomie innego brytyjskiego komika Benny Hilla – którego popularność była tak olbrzymia, że w ramach resocjalizacji administracja więzienia umożliwiła oglądanie tych programów więźniom. Nie spodziewali się jednak, że zwykła awaria telewizora podczas programu komika doprowadzi do więziennego buntu.

Wielka Brytania wydała jedynie dwóch (O. Wilde i G.B. Shaw) – choć nie do końca Wielka Brytania, ale do tego jeszcze dojdziemy – którzy w sposób genialny kpili potrafili wykpić ten kraj, monarchię, rodzinę królewskiej i przywary Brytyjczyków. A jedyny człowiek, który ewidentnie zakpił i wyszydził angielską naukę to Issac Newton. Ten wybitny fizyk, tak naprawdę fizyką niespecjalnie się interesował. Zajmował się nią na odczepnego. Był przede wszystkim alchemikiem, a wszystkie zasady dynamiki wymyślił i zdefiniował na odczepnego, żeby królewscy przedstawiciele nauki odczepili się od niego i pozwolili w spokoju pracować nad kamieniem filozoficznym.

Przeciętnie wykształcony Anglik zapytany o brytyjskich pisarzy, jednym tchem wymieni Shakespeare’a, Wilde’a, Shawa, Dickensa, Conrada i Orwella. Joseph Conrad był jednak Polakiem, Georg Orwell – Hindusem, Wild i Shaw byli Irlandczykami. Jedynie BOZ – pseudonim literacki Dickensa – był Anglikiem. Wiele osób zapewne uśmiechnie się z tego nieuctwa wyspiarzy, pozwolę sobie jednak przypomnieć, że również w literackim panteonie polskich poetów czy pisarzy jednym tchem – i to na pierwszej pozycji wymieniamy obywatela Litwy – Adama Mickiewicza.

Dotychczas, przez pół roku mojej tutaj pracy poznałem tylko jednego Anglika, który wiedział kim był Oscar Wilde i co napisał. Przegadaliśmy kilka godzin o Dorianie Grayu, Bazylu i lordzie Henrym – byłem naprawdę pod ogromnym wrażeniem.

Od pół roku, czyli od momentu gdy zacząłem w UK pracę, usiłuję założyć konto angielskim w banku.

Bez rezultatu. Obeszliśmy z kolegą wszystkie możliwe placówki i nic. Miałem ze sobą stos dokumentów i zaświadczeń. Najważniejszy brytyjski dokument czyli National Insurance Number (NIN), który poświadczał również mój adres zamieszkania, zaświadczenie z pracy, że pracuje w systemie full time – pełny etat, czeki, na których również był adres pod którym mieszkam – i nic. Wszędzie nas zbywali. Tłumaczyłem im, że nie chcę żadnego kredytu, żadnej karty debetowej, a jedynie rachunek, na który będzie wpływała moja wypłata.
Gdy wreszcie w jednym z banków umówili się na rozmowę i powiedzieli, że dokumenty te są wystarczające, pojechaliśmy tam pełni nadziei, że wreszcie uda się to konto założyć. Podczas rozmowy pani konsultantka zażądała potwierdzenia adresu od mojego kolegi. Wprawiło nas to w osłupienie i wściekłość. Trzasnęliśmy drzwiami i opuściliśmy placówkę. Wszędzie domagali się dokumentu, którego świeży emigrant nie jest w stanie zdobyć – potwierdzenie adresu na podstawie opłaconego imiennie rachunku z instytucji miejskiej czyli z councilu.

Na samym początku firma przysyłała mi czeki, których realizacja była bardzo kosztowna. Ponad 10 procent. Z 220 funtów zarobionych przez pierwszy tydzień treningu, realizując czek w money shopie zapłaciłem 25 funtów prowizji.

Wymyśliliśmy więc, że moja wypłata będzie wpływać na konto znajomych. Rozwiązanie dobre, ale tylko na krótka metę. Po pierwsze sprawiam kłopot ludziom, których bardzo lubię, a po drugie staram się teraz o dodatek dla najsłabiej zarabiających. Kwota niebagatelna – 218 funtów miesięcznie. Koleżanka wrzuciła moje dane w specjalny szablon i wyskoczyło, że jak najbardziej się kwalifikuję. Pieniądze te znacznie podniosłyby mój komfort mojego życia. Ale żeby je dostać trzeba mieć własne konto.

Czego nie udało się załatwić w Anglii, załatwiłem w Polsce. Poszedłem do pierwszego lepszego banku, powiedziałem o co mi chodzi, a pan, zwany fachowo doradcą klienta, w ciągu pięciu minut założył mi brytyjskie konto. Kartę wydał od ręki, zarejestrował, sam wymyśliłem sobie PIN i tym sposobem załatwiłem sprawę, która w Zjednoczonym Królestwie była nie do załatwienia.
Dzisiaj w nocy idę do pracy, pierwszy raz po urlopie. To zwykle najgorszy dzień. Postaram się jednak jakoś go przetrwać. Wcześniej jeszcze spędzę dwie godziny w centrum handlowym w towarzystwie milczącego Hiszpana, wypije espresso, a potem poczłapiemy do naszych hal.

Mieszkając jeszcze w Luton znalazłem tam siedzibę Labour Party. Już sam budynek świadczy o angielskiej lewicy. Pozabijane dechami główne wejście, a pozostałe pozamykane na głucho. Wewnątrz tej „lewicowej” partii trwa wewnętrzna wojna pomiędzy Jeremym Corbynem – człowiekiem, który rozumie, czym jest lewica, a liberałem odpowiedzialnym za zbombardowanie Jugosławii i bezpodstawny atak na Irak – Tonym Blairem – zamożnym przedstawicielem klasy średniej, którego wpływy w ugrupowaniu labourzystów są nadal ogromne. Sam Blair przyznał, że przyłączył się do antyirackiej koalicji w oparciu o dokument przygotowany przez amerykańskiego studenta.

Pamiętam euforię polskich środowisk lewicowych, gdy Blair wygrał wybory i został premierem. Pamiętam jak sam w 1996 lub 1997 roku, podczas pierwszomajowej demonstracji niosłem transparent: „Good luck Tony Blair”.

Do tej pory mam kaca. Niespełna dwa lata po objęciu teki premiera Wielka Brytania była jednym z głównych agresorów w dawnej Jugosławii. To właśnie samoloty RAF-u zmiotły z powierzchni ziemi większość budynków mieszkalnych w Belgradzie. Polska telewizja była tak zaangażowana w ten konflikt, że w kółko opowiadała o tzw. higienicznych lub chirurgicznych bombardowaniach, których celem, były ponoć jedynie cele wojskowe.

Akurat byłem tam podczas tej higienicznej masakry. Żadna ze stacji nie wspomniała o tym, że jeden z pocisków trafił w polską ambasadę, że zbombardowano budynek stacji telewizyjnej RTS, w którym zginęło szesnastu młodych pracowników technicznych. Gdy świat trąbił, że chirurgiczny atak przypomina skalpel w reku pijanego w sztok lekarza, a bomby i rakiety co chwilę spadały na szkoły, żłobki czy szpitale, natychmiast polska telewizja dorabiała teorię, że w podziemiach tych budynków była siedziba Slobodana Miloševicia albo Ratko Mladicia czy Radovana Karadžicia.

Dziwiło mnie też, że kamery operatorów – tak chętnie filmujących samoloty F-16 – pominęły stojące obok samoloty Luftwaffe, których symbolem były czarne krzyże na skrzydłach (była to pierwsza interwencja zagraniczna Bundeswehry od 1945 roku). To był nieprawdopodobny widok, gdy eskadra takich bombowców przelatywała nad Belgradem i zrzucała wybuchowe ładunki.

Wracając jednak do tych „ukrytych pod dziecięcymi respiratorami bunkrów sztabowych”. Po pierwsze, żadnych sztabów tam nie było, a po drugie rakieta, która miała zniszczyć ten tajny bunkier serbskiego sztabu, musiała wcześniej przelecieć przez kilka szpitalnych sal i kilkanaście dziecięcych respiratorów – z czego zdjęcia zamieściłem oczywiście w książce. Książce, która o dziwo, znalazła się w zbiorach Brytyjskiej Biblioteki Narodowej. Wyobrażam sobie miny moich przełożonych, gdyby dowiedzieli się, że książka którą napisał kliner zasuwający z mopem po hali, leży sobie na półce obok dzieł Williama Shakespeare’a, Oscara Wilde’a, czy G.B. Shawa. Na szczęście jeszcze nie wiedzą. A wracając do Labour Party – kibicuję owszem Corbynowi, ale po nauczce jaką dostałem od Blaira, kibicuję mu asekuracyjnie. Poniżej zamieszczam zdjęcia siedziby Laburzystów w Luton.

 

Angielski sen (6)

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy szósty odcinek tego cyklu.

 

 

Znowu wziąłem tydzień urlopu. Bezpłatnego oczywiście. Musiałem przylecieć do Polski i pozałatwiać kilka spraw. Najważniejszy był dentysta. Z zupełnie niezrozumiałych przyczyn wypadł mi ząb. Przyczyna jest o tyle niezrozumiała, że dotychczas traciłem zęby w pijackich bójkach, lub podczas pijackich spotkań z płytą chodnikową.

 

Od jakiegoś czasu unikam jednak ulicznych mordobić. Wydaje mi się, że facet w moim wieku z poobijaną gębą, podbitym okiem i świeżo złamanym nosem, to dosyć idiotyczny widok. Przyczyny utraty tego zęba nie znam, mam jednak nadzieję, że to nie jest szkorbut, czarna ospa, trąd, dżuma albo cholera. Nie mogę tego jednak wykluczyć, mieszkam obecnie w kraju, gdzie sytuacje z naukowego punktu widzenia niemożliwe, są na porządku dziennym.

Żeby złapać jakieś choróbsko, wystarczy przejść się po magazynach, gdzie rozdzielamy produkty spożywcze do jednej z najbardziej renomowanych i najdroższych sieci handlowych. Chodząc po swojej hali przypomina mi się film „Pancernik Potiomkin” i scena z mięsem pełnym robaków, gdzie lekarz czy weterynarz usiłuje wmówić marynarzom, że jest to doskonałej jakości jedzenie.
Różnica jest taka, że ci marynarze widzieli te robaki, a potencjalni kupcy renomowanego marketu nie mają pojęcia skąd wygrzebane jest ciastko, które za chwilę podadzą dzieciakom.

Większość Europejczyków woli robić zakupy w sterylnych marketach niż w tureckich, czy hinduskich sklepach. Bo wiadomo z „białorasowego” punktu widzenia „ciapaty” lub „czarnoskóry” to oczywiście brudas. Więc i jedzenie musi być skażone. Nie wiem skąd wzięło się u rodaków to przekonanie. Wielokrotnie jeździłem do pracy z Hindusami, Pakistańczykami czy Banglijczykami i jedyny zapach jaki był wyczuwalny w samochodzie, to aromat choinki zapachowej. Bardzo ciekawą choinkę ma jeden z moich kolegów z nocnej zmiany – Abdoul z Dżammu (rejon Kaszmiru). Na jego odświeżaczach powietrza są zapisane sury koranu. Na co dzień mieszkam z Albańczykami i Cejlończykiem ze Sri Lanki. Ludzie ci naprawdę nie maja problemu z higieną. Będąc teraz w Polsce przejechałem się kilka razy busami. Smród niemytych ciał był odrzucający.

Zaryzykuje twierdzenie, że o wiele bezpieczniej jest robić zakupy w sklepach prowadzonych przez Turków czy Hindusów, niż w najlepszych i najdroższych sieciowych marketach.

W sklepie faktycznie estetyka i higiena jest na bardzo wysokim poziomie, obsługa podaje wędlinę w specjalnych rękawiczkach, towar kusi pięknym i świeżym wyglądem, estetycznie poukładany w sterylnych opakowaniach i na perfekcyjnie umytych ladach chłodniczych. Zapakowane higienicznie owoce przyciągają swoim pięknym wyglądem. Nikt nie zwróci uwagi na naderwaną krawędź czy lekko powiększona dziurkę. Kilka godzin wcześniej czyjś brudny paluch wygrzebał sobie kilka malin, jagód czy truskawek. Są patenty, by zrobić to nie niszcząc opakowania. Podobnie z różnego rodzaju puddingami czy deserami. Prawie w każdym deserku był czyjś oblizany paluch.

Jedzenie, które upadnie na posadzkę, nierzadko w plamę oleju, wyciekłą z nieszczelnego widlaka, wrzucamy z powrotem do koszyka, a klient, który brzydzi się kupować w hinduskim lub tureckim sklepie, przekonany o doskonałej jakości produktów, jedzie do renomowanego marketu (nie tam jakiegoś Lidla czy Tesco) i pakuje do koszyka produkty, w których zanurzyły się palce ludzi wszystkich 69 narodowości (z tylu krajów pracują ludzie w mojej firmie), przekonany o sterylności produktów. Kupuje wędlinę, którą wcześniej pakowacz kopnął pod paletę, ktoś inny wrzucił do worka ze śmieciami, kliner abo miotłą, albo ręcznie wygrzebał ten produkt i zapakował z powrotem do pudełka. Z kanapkami, serem, ciastkami, owocami i warzywami jest podobnie. Z tego, co wiem, w UK nie ma odpowiednika polskiego SANEPIDU. W przeciwnym razie firma zostałaby zamknięta już na samym początku funkcjonowania. Niestety, nie mogę jeszcze podać jej nazwy i nazwy sieci sklepów, które zaopatrujemy. Na wszystko jednak przyjdzie czas, dowiecie się, w których marketach lepiej nie kupować na przykład wina.

Toalety w magazynach to również ewenement. Po pierwsze jest ich mało – raptem trzy na kilkuhektarowe magazyny. Z tych trzech, podczas sprzątania, jedna lub dwie są wyłączone z użytku. Trudno więc dziwić się człowiekowi, którego dopadła biegunka, ledwo dobiegł do toalety, która okazała się zamknięta. Skorzystał z pierwszej lepszej możliwości, czyli ze pudełka z markowym winem. Ktoś inny nie zdążył nawet dobiec do jakiegokolwiek pudełka i grubszą potrzebę fizjologiczną załatwił na schodach. To akurat ucieszyło większość pracowników, ponieważ człowiek ów zasrał schody tuż obok office’u głównych managerów. Próbowali znaleźć winowajcę poprzez system kamer, ale sprzęt ten jest skalibrowany na pracownika, który po kryjomu zjada batonik.

Wracając jednak do mojej zimnej hali i tego nieszczęsnego szkorbutu, cholery, ospy czy dżumy.

Już od samego patrzenia można nabawić się jakiejś choroby. Wydaje mi się, że nasz magazyn nie jest ewenementem i w większości, jeśli nie we wszystkich, tego rodzaju halach czystość jest są na podobnym poziomie.

Świetnym przykładem higienicznej świadomości pracowników jest pewien Polak o ksywce Macierewicz. Pisałem kiedyś o nim na FB, to typowy Bronek Talar – 150 procent normy to jego codzienność. Głupota polega na tym, że firma płaci bonusy jedynie do 110 procent. Jednak przez takich jak on, normy wciąż są zawyżane. Kilka lat temu wynosiła ona tysiąc spakowanych produktów. Gdy Wielka Brytania otworzyła rynek pracy, napływająca fala Polaków i Rumunów, nie bacząc na zdrowie i strzelające jak korki szampana dyski w kręgosłupach, chcąc zaimponować brytyjskim managerom dawała z siebie wszystko, przekraczając wszelkie granice normy. Do tej pory, gdy pojawia się grupa nowych pracowników, to wyglądają jak roboty sfilmowane w przyspieszonym tempie, z obłędem w oczach pakujący kejdże z prędkością światła. Skończyło się tym, że obecnie norma wynosi dwa tysiące spakowanych produktów. Czyli drugie tyle. Pół biedy, jeśli trafią się komuś ciastka lub kanapki. Gorzej gdy wrzucą go na pakowanie mleka lub napoi.

Wracając jednak do wspomnianego Macierewicza. Facet twierdzi, że jest ze służb specjalnych, a ponieważ wykończył Caracale, to w obawie przed zemstą byłego ministra obrony narodowej – stąd wzięła się ta ksywka – ukrył się na tym brytyjskim zadupiu.

Facet ma racjonalne podejście nie tylko do limitów, ale również do higieny. Nigdy nie ściąga rękawiczek. Wiadomo, rękawiczka chroni ręce przed pobrudzeniem i jednocześnie chroni pokarm przed jedzeniem brudnymi rękami. Problem jednak polega na tym, że są to te same rękawiczki.

W zasadzie jestem w stanie go zrozumieć. W rękawiczkach idzie do toalety, niezależnie za jaka potrzebą. Słusznie, jeśli ktoś z czytelników był kiedyś w Anglii, to wie jak te ich toalety wyglądają. Staram się odwiedzać to miejsce jak najrzadziej, bo już z wejścia mam odruch wymiotny. Chroni się więc przezorny Macierewicz przed bakteriami coli nie zdejmując rękawic.

Ponieważ rozsądnie też gospodaruje czasem, do toalety chodzi tuż przed przerwą na lunch. Prosto z kibla idzie do kantyny, odgrzewa w mikrofalówce kurczaka, bierze w garść, nie za kość, czy końcówkę, tylko wpycha w usta dłonią odzianą w tę sama rękawiczkę. I słusznie, przecież wiadomo, że gołymi rekami jeść nie należy.

Dla przeciętnego Polaka, Wielka Brytania to kraj absurdów. Zapewne podobnie myślą o Polsce Anglicy. Teraz jednak, chcąc nie chcąc, musiałem na chwilę przylecieć do kraju.

Wizyta u angielskiego stomatologa jest zbyt droga. Dlatego zdecydowałem się na przylot. Przy moich zarobkach – 280 funtów tygodniowo – z czego połowę pochłania mieszkanie. Nawet bilet na samolot – 50 funtów – i kilkaset złotych zostawione w polskim gabinecie było – poza moim finansowym zasięgiem. Takie pieniądze mogłem jednak pożyczyć. Na wszelki wypadek wziąłem ze sobą wszystkie swoje oszczędności. Przez pół roku legalnej pracy na pełnym etacie wylądowałem w Modlinie z niebagatelną kwotą 22 funtów i siedemdziesięciu pensów.

Po dwóch godzinach lotu tanimi liniami spadłem wreszcie na pas startowy w Modlinie. Spadłem to właściwe słowo, bo w żaden sposób lądowaniem nazwać tego nie można. Zbliżając się do pasa, tuż nad płytą lotniska, pilot rozkołysał samolot w taki sposób, że wyglądało jakby skrzydło miało zaraz zahaczyć o ziemię. W oczach pasażerów widziałem przerażenie, niektórzy ukryli twarze w dłoniach, inni skuleni w pozycji embrionalnej schowali głowy pomiędzy kolanami. Rozkołysana maszyna,pieprznęła o pas z takim impetem, że aż zadzwoniły zęby przerażonych pasażerów. Przez chwile odbijał się jeszcze dwa czy trzy razy od pasa. Zupełnie jak dziecięca piłeczka z kauczuku.

Zastanawiałem się nawet czy gdy wymienię te dwadzieścia dwa funty w kantorze na złotówki wystarczy mi na bilet do Puław. Do Puław dojechałem, a gdy tylko pojawiłem się na osiedlu, wzbudziłem lekką sensacje wśród moich dawnych kumpli i sąsiadów – postaw piwo – to były pierwsze słowa które padły pod moim adresem – nie mam kasy – odpowiedziałem

Jak to nie masz, przecież pracujesz w Anglii – usiłowali wyciągnąć kilka złotych. Upierałem się jednak przy swoim. Oczywiście nie uwierzyli, że przyleciałem praktycznie bez grosza i poobrażani poszli żebrać pod markety. Wieść o moim powrocie, lotem błyskawicy rozeszła się wśród stałych bywalców „podblokowych” ławek, pierwszego dnia domofon dzwonił praktycznie non stop, a ja za każdym razem tłumaczyłem, że jestem bez forsy.

Kilka tygodni temu minęła też karencja ostatniej mojej wszywki. Nie czuje wprawdzie jakiegoś silnego parcia na butelkę, ale jestem doświadczonym nałogowcem i wiem jak podstępny bywa głód alkoholowy. Wszywka jest moją asekuracją. Taki bezpiecznik i dodatek do terapii. Koło ratunkowe w momentach kryzysu. Dotychczas się sprawdzało, a zaszywałem się już jedenaście razy.
Wróćmy jednak do zgromadzonego przeze mnie majątku. Dwadzieścia dwa funty i kilkadziesiąt pensów to nie jest oszałamiająca kwota jak na półroczną harówkę. Nie chodzę po sklepach, nie kupuję żadnych sprzętów, pracuje na starym laptopie, a ubierania przywożę z Polski i kupuję w sklepach, gdzie organizują obniżki, lub w lumpexach. W Anglii kupuję jedynie jedzenie, a tytoń i papierosy z przemytu. Nie chodzę na piwo, nie pije wódki, nie palę zioła ani nie kupuje koksu. Nie mam pojęcia, jakim cudem od piątku do środy – czasami czwartku wydaję sto pięćdziesiąt funtów, które zostają mi po opłaceniu mieszkania. Jedynym moim szaleństwem jest śniadanie i obiad w Janny’s Cafe oraz espresso w Coście, gdy czekam na swój shift. To szaleństwo kulinarne uprawiam od piątku do środy lub czwartku – czyli do czasu gdy mam jeszcze pieniądze.

Nie dziwiło mnie to, gdy mieszkałem jeszcze w Luton. Przez jakiś czas utrzymywałem dwóch poznanych tam kolegów. Bezdomnego Rosjanina z Kurska i bezrobotnego Marka spod Krakowa.

Zawsze idąc na obiad zabierałem ich ze sobą, a na odchodne dawałem im po kilka, kilkanaście funtów.

Marek mieszka w Luton od piętnastu lat. Chłopak – podobnie jak ja – ma problem alkoholowy. Utrzymuje się z ulicznego „co łaska”. Pomyślałem więc, że zaryzykuję i pogadam w swojej firmie czy nie przyjęliby go do roboty.

Ponieważ rąk do pracy ciągle brakuje, agencja bardzo chętnie przystała na te propozycję. Kupiłem mu bilety na autobus, pojechaliśmy i załatwiliśmy wszystkie formalności. Następnego dnia miał się stawić już w pracy. Wprawdzie pierwszy tydzień jest tzw. treningiem, czyli zwykłym szkoleniem, ale płacą jak za normalna pracę. W przeddzień szkolenia, spotkaliśmy się wieczorem i dałem mu kolejne dziesięć funtów na bilet. Jechałem na nocną zmianę, więc pomyślałem, że rano i tak się spotkamy, a ja będąc w pracy pogadam z ludźmi i załatwię mu transport. Jeśli nic by z tego nie wyszło, to musiałbym mu dać kolejną dychę na powrót do Luton. Liczyłem się nawet z tym, że będę musiał kupować mu bilety do pierwszej wypłaty. Dycha w jedną stronę. Transport załatwiłem mu jednak bez problemu, poczułem więc ulgę. Dla wyjaśnienia, nie kierowałem się żadnym altruizmem, traktowałem to jako sztafetę.

Gdy przyleciałem do Anglii dokładnie tak samo zajął się mna Jarek. Pozałatwiał mi wszystko, łącznie z mieszkaniem. Pomoc, która zaoferowałem Markowi, była zwykłą spłatą długu – sztafetą.
W dniu, gdy zaczynał trening, czekałem na niego pod zakładem. Nie przyjechał. Telefon miał wyłączony. Gdy wreszcie udało mi się do niego dodzwonić, ewidentnie pijackim głosem usiłował wmówić mi, że dziesięć funtów nie wystarczyło na bilet, dlatego nie przyjechał. Wiedziałem że kłamie, bo wielokrotnie jeździłem tą trasą i niezależnie czy jechałem pociągiem i autobusem, czy autobusem z przesiadką w drugi autobus, cena biletu wychodziła między 8.50, a 9.20 funta.

Jednak szansy na kontrakt nie ma.

c.d.n.

Angielski sen (5) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy piąty odcinek tego cyklu.

 

 

Kolejny tydzień mojej ekonomicznej emigracji. Imigracji z angielskiego punktu widzenia. Nie wydarzyło się nic specjalnego, żadnego trzęsienia ziemi. Po prostu, podobnie jak inni pracownicy – trwam. Trwam, bo nie mam innego pomysłu. Bardzo fajnie podsumował to jeden z moich kolegów. O czwartej nad ranem, gdy kończył swój shift zapytałem retorycznie: „Co, już koniec?” Odpowiedział: „Nie, jeszcze tylko jutro, przez tydzień i kolejnych dziesięć lat”.

 

Większość z nas każdego dnia, wbrew sobie, wbrew chęci rzucenia tego w cholerę, pokonując wszelkie opory, niechęć i odrazę, loguje się na swoim stanowisku pracy, by odbębnić te godziny. Wymaga to tytanicznego wysiłku. Zastanawiam się, w jakim stopniu i czy w ogóle, kiedyś odbije się to na psychice.
Nie sama praca jest jednak przyczyną tej frustracji. To atmosfera terroru wprowadzona przez management, zastraszenie i pełna inwigilacja. Każdy dzień jest tu jednakowy. Za każdym razem przed swoja zmianą mam ochotę wziąć sicka – to zwyczajne chorobowe, do trzech dni można to załatwić telefonicznie, bez żadnego lekarskiego zaświadczenia.
Gdybym tylko miał jakiś pomysł, zwiałbym stąd do wszystkich diabłów. Pomysłu jednak brak. Przez ostatnią dekadę zmieniły się nieco realia pracy i zarobków w UK. W tym czasie ceny artykułów spożywczych wzrosły o sto, a w przypadku masła nawet o dwieście procent. Realne zarobki natomiast podniesiono o jakieś trzydzieści procent.
Nie mam tego komfortu, że mogę zacisnąć zęby, przemęczyć się i odłożyć jakieś pieniądze. Cała tygodniowa pensja kończy mi się w środę lub czwartek. Fakt, mam kłopoty z racjonalnym gospodarowaniem pieniędzmi, ale jedyne moje szaleństwa to papierosy, obiad w barze za 2.90 czy zakładowej kantynie za 3.50. Po opłaceniu mieszkania nie jestem w stanie odłożyć ani jednego funta. Pozostało trwanie. Od piątku, do piątku.
Na szczęście nowe mieszkanie składa się w większości z zalet. Naprawdę z przyjemnością tam wracam. Bijurek stał się już moją codzienną potrawą. Dostaję solidną porcję zawsze gdy gospodarze pieką ten albańsko-turecko-bułgarski przysmak. A że pieką często, to mam go pod dostatkiem. Czasami zabieram go nawet do pracy. W zamian, gdy wychodzą po zakupy, zajmuję się ich kilkuletnim synem. Dzięki temu pamiętam już jak dzieciak ma na imię – Igen. Pozostało już tylko podstępem wydobyć imiona pozostałych domowników. Mam już nawet pewien pomysł.
Wprawdzie na samym początku przedstawialiśmy się sobie wzajemnie. Od tego czasu wszyscy w tym domu zwracają się do mnie po imieniu. Każdego dnia witają mnie słowami: „Hello Peter, how are you?” Z głupią miną odwzajemniam bezosobowo. Nawet mieszkający w sąsiednim pokoju Cejlończyk ze Sri Lanki i niemówiąca po angielsku kuzynka z Albanii mówią do mnie Peter. Byłem jednak tak bardzo zaaferowany wynajmem pokoju, że te ich imiona gdzieś mi umknęły.
Rodzinna atmosfera jest główną zaletą mojego nowego mieszkania. Zalet mieszkania przy High Street jest zresztą znacznie więcej.
Wychodzące na główna arterię miasta okno jest jak telewizor, którego nie można ani wyłączyć, ani przyciszyć. Na ulicy zawsze coś się dzieje. Ten niegasnący gwar fascynuje i hipnotyzuje jednocześnie. Niekiedy, choć rzadko, irytuje.
W wolne dni biorę kawę, popielniczkę – tak, tak, w moim pokoju można palić – i podglądam świat. Trochę jak telenowela. Niektórzy przechodzą regularnie, po kilka razy dziennie. Tych już rozpoznaję. Inni, zaciekawieni zwiedzają egzotyczne, głównie afrykańskie sklepiki. Jeszcze inni – tylko przemykają. Mieszanka kultur i narodowości z całego świata. Hałas trwa przez całą dobę, niezależnie od pory dnia, nocy czy pogody. Dopiero po tygodniu zorientowałem się, jak bardzo jest to uciążliwe. W dniu, w którym się wprowadziłem, zaczynałem swój roboczy tydzień. Noce spędzałem więc w pracy, a rano przyjeżdżałem tak zmęczony, że od razu padałem. Zresztą, w dzień hałas brzmi zupełnie inaczej. Noc tylko potęguje dźwięki.
Gdy po tygodniowym shifcie przyszły wyczekiwane dwa dni wolnego, próbowałem zasnąć przy akompaniamencie śmiechów, krzyków, autoalarmu, klaksonów, awantur, radości, tupania, strzelania, tłuczonych butelek, rozkładanych lub składanych kramów, głośnych rozmów i pijanych zaśpiewów. Męczyłem się tak do rana. Był to jedyny raz, gdy naprawdę kląłem to miejsce.
Naprzeciwko mojego pokoju jest knajpka – Jannys’ Cafe. Wpadam tam czasami na śniadanie lub obiad. To coś w rodzaju polskiego baru mlecznego. Czynna od szóstej rano, więc jeśli mam kasę, to wracając z pracy jem u nich śniadanie, a w wolne dni zachodzę na obiad. Sadzone z frytkami kosztują dwa dziewięćdziesiąt. Porcja naprawdę duża. Gdy zaszedłem tam po raz trzeci, nie musiałem już składać zamówienia. Pani za ladą pierwsza zapytała: „Two eggs and chips?” I tak zostałem ich stałym klientem.
W Luton też miałem taki, prowadzony przez Banglijczyków (mieszkańcy Bangladeszu) bar. Tam z kolei zamawiałem: „One piece chicken and chips” (kurczak z frytkami). I też po dwóch czy trzech wizytach też awansowałem do miana stałego klienta, który nie musi mówić czego chce.
Z baru widzę okna swojego pokoju. Jest tak blisko, że telefon łapie domowe wi-fi. To też zaleta High Street. Wszystkie rodzaje sklepów i usług, nawet szewc (tak, maja szewca w Borehamwood) są w zasięgu domowego wi-fi. To o tyle istotne, że wyłączyli mi telefon, coś z roamingiem, i już tylko internet łączy mnie ze światem.
Obok Janny’s Cafe jest turecki sklep. Czynny chyba non stop. Niezależnie o której godzinie wyglądam przez okno, zawsze jest otwarty. Nawet gdy przebudzę się w środku nocy i spojrzę za okno widzę wystawiony owocowo warzywny kram. W tureckim sklepie sprzedają tureckie specjały. Obok nich oczywiście polskie piwo, kefir, mleko i żółty ser. Jest też oczywiście tytoń prosto z przemytu. Za piętnaście funciaków można kupić u nich pięćdziesięciogramowy Amber Leaf. W normalnym sklepie, za trzydziestogramowa paczka kosztuje trzynaście funtów. Cena jak na Anglię jest więc bardzo atrakcyjna.
Bardzo ciekawa jest zabudowa, w skład której wchodzi dom, gdzie wynająłem pokój.
To coś w rodzaju polskiej szeregówki, ale zbudowanej na dachach sklepów. Drzwi od klatki schodowej wciśnięte są między dwie sieciówki – Subway i Greggs. Wchodząc na piętro, wchodzę jednocześnie na podwórko i parter domu. Ponieważ budynek zajmuje połowę szerokości dachu, druga połowa jest zwyczajnym podwórkiem. I to pokryte papą obejście służy dzieciakom za plac zabaw, a dorośli wystawiają stoliki i grillują, imprezują lub po prostu siedzą.
Mieszkańcy chyba dobrze się tu znają, krążą od stolika do stolika. Przysiadają, pożyczają przyprawy, częstują. Też już raz się załapałem na żeberka z rusztu. Po lewej stronie mieszkają Kongijczycy, z prawej wyglądający na Beduina starszy mężczyzna w dżelabie. Spotykam go każdego ranka, gdy wracam z roboty. Czyści i składa tę swoją białą sutannę, niekiedy spotykamy się w Janny’s Cafe, gdzie też chyba jest ich stałym klientem. Trzeci i czwarty dom zasiedliły polskie rodziny. Mężczyzn już poznałem, to Łukasz i Mariusz z żonami i gromadką dzieci. Mężczyźni między czterdziestką a pięćdziesiątką. Oni też są znakomicie zintegrowani z resztą mieszkańców.
Jeśli tylko nie pada, to dzieciaki z Polski, Albanii, Kongo i bóg wie skąd jeszcze, grają w piłkę. Ponieważ jest to jednak dach, a ogrodzenie na krawędzi nie jest zbyt wysokie, to zawsze są pod okiem któregoś z rodziców. Kilka razy widziałem Mariusza, który aktywnie przyłączył się do tej zabawy i ganiał z dzieciakami po całym dachu. Raz i mnie namówił. Kopałem więc z nimi przez chwilę. Widok chyba nie do zaakceptowania przez krajowych nacjonalistów.
Przed każdym domem stoją niezabezpieczone łańcuchami rowery, wózki, grille, narzędzia i najróżniejsze – ogrodowo-balkonowe – sprzęty. Z początku dziwiła mnie niefrasobliwość moich gospodarzy, którzy idąc z Igenem na lody zostawiali otwarte na oścież drzwi.
Nie znam też imienia Hiszpana, który, podobnie jak i ja, każdego wieczora czeka dwie godziny na swój shift. Pracujemy w tych samych magazynach, z tą różnicą że na innej hali – on ambiencie, ja na chillu. Nie spotkałem go dotychczas, ponieważ on poza centrum handlowe raczej się nie zapuszcza.
Przyjeżdża autobusem kilka minut po mnie. W zasadzie prawie nie rozmawiamy, na samym początku zamieniliśmy tylko kilka zdań, stąd wiem że Hiszpan – typowy Latynos nie jakaś podróbka z Pakistanu. Pisałem kiedyś o chłopaku, który twierdził że jest z Hiszpanem, a potem się okazało że to Pakistańczyk, który pracował chwilę gdzieś pod Barceloną. Przedstawiał się jako Hiszpan ponieważ sądził, że to zwiększy jego notowania w pracy na towarzyskiej giełdzie. On dla odmiany był bardzo rozmowny i po kilkunastu minutach wygadał się, że jest Urdu z Pakistanu. Cóż, większość z nas nosi jakąś maskę lub udaje kogoś, kim nie jest.
Mój nowy towarzysz, gdy tylko wysiada na przystanku rozgląda się szukając mnie wzrokiem. Jeśli siedzę na ławce, podchodzi, mówi jedynie: „All right”, po czym ściskamy sobie dłonie. Siada, zakłada słuchawki i w milczeniu delektujemy się ciszą. Gdy jestem w kawodajni – zamawia espresso, przysiada się do mojego stolika – nawet jeśli inne są wolne – i też siedzimy zajęci swoimi myślami. O 21.20 mówię zwykle „Let’s go”, on w milczeniu wstaje i razem, również w ciszy, idziemy do firmy. Odzywa się jedynie gdy chcę skrócić drogę i przejść przez park, w którym spędzałem ciepłe wieczory. Zawraca mnie i prosi byśmy szli ulicą.
Za kilka dni ponownie wybieram się do Polski. To będzie krótka wizyta i nie zakłóci cyklu angielskich snów. Mam do załatwienia kilka dosyć istotnych spraw. Znowu wziąłem w pracy wolne. Bezpłatny urlop bez ograniczeń, to jedyna zaleta pracy przez agencję. Po przejściu na kontrakt takiej możliwości już nie ma. Kliner jednak szansy na kontrakt nie ma.

c.d.n.