Będzie „adekwatna odpowiedź”

Rosjanie zapowiedzieli „adekwatne” działania na wrogi krok Izraela – zabicie 14 rosyjskich pilotów i zestrzelenie samolotu.

 

Rzecznik ministerstwa obrony Rosji, Generał Igor Konaszenkow, na specjalnej konferencji prasowej potwierdził fakt zestrzelenia nad Syrią rosyjskiego samolotu w wyniku działań lotnictwa Izraela. „17 września o godzinie 22.00 cztery izraelskie samoloty F-16 atakując, zrzuciły kierowane bomby na cele syryjskie w pobliżu miasta Latakia” – powiedział.

„Podejście do celów zostało przeprowadzone na niewielkiej wysokości nad Morzem Śródziemnym.

Jednocześnie izraelskie samoloty celowo stworzyły niebezpieczną sytuację dla okrętów nawodnych i samolotów na tym obszarze. Bombardowanie przeprowadzono w pobliżu francuskiej fregaty „Auvergne” oraz w bezpośrednim sąsiedztwie samolotu Ił-20 rosyjskiego lotnictwa wojskowego, który w eskorcie myśliwców schodził do lądowania.

Lecąc pod radarową osłoną rosyjskiego samolotu izraelscy piloci podprowadzili go pod ostrzał syryjskiej obrony powietrznej. W rezultacie Ił-20, którego skuteczna powierzchnia odbijająca fale radarowe jest o rząd wielkości większa niż F-16, został zestrzelony przez syryjski pocisk rakietowy C-200 który samonaprowadził się na rosyjski samolot.

Izraelskie środki kontroli powietrznej i piloci F-16 nie mogli nie widzieć rosyjskiego samolotu, ponieważ przybył on tu i schodził do lądowania z wysokości 5 km. Niemniej jednak celowo przeprowadzili tę prowokację.

Dowództwa rosyjskiej grupy wojsk w Syrii nie ostrzeżono o planowanej operacji.

Powiadomienie „gorącą linią” otrzymano mniej niż minutę przed atakiem, co uniemożliwiło wyprowadzenie rosyjskiego samolotu do strefy bezpiecznej.

Obecnie trwa akcja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie katastrofy samolotu IL-20.

Uważamy prowokacyjne działania danych Izraela za wrogie. W wyniku nieodpowiedzialnych działań izraelskich wojskowych zabito 15 rosyjskich żołnierzy.
Jest to absolutnie niezgodne z duchem rosyjsko-izraelskiego partnerstwa.

Zastrzegamy sobie prawo do odpowiedniej reakcji” – powiedział generał.

Od jakichkolwiek działań, które spowodowały zestrzelenie rosyjskiej maszyny odżegnała się Francja, choć Rosja uważa, że z fregat „Auvergne” także były wystrzelone pociski.

W Syrii sytuacja ulega przyspieszonej ewolucji. Spotkanie prezydentów Rosji – Władimira Putina – i Turcji – Recepa Tayyipa Erdoğana – w Soczi przyniosło kolejne ustalenia, w wyniku których Rosjanie zrezygnowali z operacji w prowincji Idlib. Zająć mają ją wojska tureckie. Ma również być stworzona strefa zdemilitaryzowana. „Do 10 października ze strefy, szerokiej na 15-20 km, ma być wycofana ciężka broń. Strefa ma być stworzona do 15 października” – poinformował prezydent Putin. Strefę będą patrolować wojska tureckie i rosyjskie. – Nie dojdzie do nowej operacji zbrojnej syryjskiego wojska z sojusznikami w Idlibie, ostatniej dużej rebelianckiej enklawie w Syrii – powiedział po spotkaniu prezydentów Rosji i Turcji minister obrony Rosji Siergiej Szojgu.

Emerytury kołyszą Rosją

Przeciętny, a zatem dość bierny odbiorca treści produkowanych przez rosyjskie środki masowego przekazu w gruncie rzeczy nie zdaje sobie sprawy, jak się sprawy mają z propozycją podwyższeniem wieku emerytalnego (mężczyźni do 65, kobiety do 60) i podniesieniem VAT o 2 proc. Z prostej dość przyczyny – państwowe, najbardziej rozpowszechnione media mówią o tym mało, na dodatek posługując się specyficznym językiem. Tymczasem sprawa ta może określić charakter i kierunki rozwoju Rosji w najbliższym okresie, a nastroje społeczne buzujące wokół reformy emerytalnej mogą niedługo stać się katalizatorem wielu ważnych procesów.

 

Zacznijmy od parlamentu rosyjskiego – Dumy. Proponowany przez rząd projekt został poparty przez klub parlamentarny mający większość – Jedną Rosję. Wszystkie partie opozycyjne głosowały jednomyślnie przeciw. Podczas głosowania obowiązywała dyscyplina partyjna. Część – nieduża – deputowanych Jednej Rosji, którzy wiedzieli, jakie są nastroje ich wyborców, co do tego pomysłu zastosowała unik tyleż skuteczny, co tchórzliwy: nie przyszli, zazwyczaj uciekając na zwolnienie lekarskie. Jakież było zdumienie obserwatorów, gdy okazało się, że jedyną deputowaną z prokremlowskiej Jednej Rosji, która jawnie zagłosowała przeciw, była Natalia Pokłonska.

 

Celebrytka i nonkonformistka

Pokłonska to człowiek z ciekawą historią. Po przyłączeniu Krymu zgłosiła się na stanowisko prokuratora generalnego Krymu. Nie dlatego, że stało za nią doświadczenie. To bardzo młoda osoba, w 2014 roku miała 34 lata. Być może uznała, że to jej obowiązek, może miała nadzieję na wielka karierę, teraz to nieistotne. W każdym razie jako prokurator realizowała oczywiście wszelkie projekty zgodne z linią Kremla i rosyjskojęzycznej większości mieszkańców Krymu. Pozostawiając na boku oceny jej motywacji, pamiętać trzeba, że w owym czasie to stanowisko było dość „gorące” i w dosłownym sensie tego słowa wymagało odwagi.

W ciągu niedługiego czasu Pokłonska stała się celebrytką, ale nie wykorzystała swojej sławy, by chadzać w świetle reflektorów. Została deputowaną do rosyjskiej Dumy i tam objęła stanowisko przewodniczącej komisji do spraw zbadania wiarygodności oświadczeń majątkowych przedstawionych, zgodnie z obowiązującym prawem, do publicznej wiadomości przez deputowanych. Jest też zastępczynią przewodniczącego komisji Dumy do spraw bezpieczeństwa i przeciwdziałania korupcji. Te stanowiska nawet nie tyle ważne, ile dające człowiekowi je piastującemu dużą władzę.
Pokłonska to nie bohaterka z lewicowej bajki. Ultrareligijna konserwatystka, miłośniczka monarchii, wsławiła się swoja bezpardonową walką z filmem „Matylda” o romansie cara Mikołaja II z polską tancerką i kobietą dość swobodnych obyczajów, Matyldą Krzesińską. Pokłonska uznała, że pokazanie takich bezeceństw z życia prawosławnego świętego (a Mikołaj II i jego rodzina zostali zaliczeni w poczet świętych) to świętokradztwo i obraza religii. Zrobiła co w jej mocy, by filmu zakazać, co dodało mu oczywiście tylko widzów. Ale jej upór i cenzorskie zapędy, wprawdzie w granicach prawa, nie dodały Pokłonskiej uroku.

I nagle, podczas głosowania w sprawie emerytur, jako jedyna podniosła rękę w sprzeciwie. To zrobiło wrażenie. Tym bardziej, że jej koledzy z partii rozpoczęli na nią po prostu zwykłą, obrzydliwą nagonkę, z żądaniami zdania mandatu, ukarania dyscyplinarnego, a może i karnego. Słowem, w ruch poszły wszelkie działania mające charakter szczucia na kogoś, kto śmiał się wyłamać, pokazując swoim kolegom, że można głosować zgodnie z własnym sumieniem, kiedy przychodzi do spraw ważnych. Koledzy jej tego nie przebaczą – jesienią odbędzie się zebranie klubu parlamentarnego, który postanowi, co z dysydentką zrobić. Takich rzeczy się raczej nie przebacza. Co oczywiście, w przypadku jakichś drastycznych kar, skompromituje do reszty cała ta partyjną frakcję w oczach opinii społecznej.

To jednak nie zmienia fakt, że postawa Pokłonskiej stała się czynnikiem, który sprowokował dyskusję o roli parlamentu i partii Jedna Rosja w życiu kraju. A wnioski z niej wynikające nie były dla rosyjskiej władzy wesołe – parlament rosyjski stracił nawet ten nikły szacunek, jakim cieszył się jeszcze niedawno. Gdyby na jego miejsce wkroczyła niechęć, a nawet nienawiść, to jeszcze pół biedy. Zawsze to jakaś forma aktywności. Nie, Duma jest Rosjanom obojętna. 78 proc. pytanych nie zna nazwiska posła ze swojego kręgu. 45 proc. uważa, że obecna Duma nie różni się niczym od poprzedniej. Jeśli 61 proc uważa parlament za instytucję potrzebną, to już 30 proc. twierdzi, że nie jest on potrzebny (wzrost o 6 proc.). 68 proc. nie interesuje się działalnością parlamentu, zainteresowanych jest tylko 28 proc. Wszystko to razem daje obraz Dumy jako struktury, co do której Rosjanie nie mają ani złudzeń, ani oczekiwań. A głosowanie za zwiększeniem wieku emerytalnego te wskaźniki może jeszcze dramatycznie pogorszyć.

Zaś klub parlamentarny, jak i cała partia Jedna Rosja mogą zjechać znacznie w oczach opinii publicznej. To wyjdzie na najbliższych wyborach i może być dla władzy dużym problemem.

 

Dziarscy staruszkowie

Bardzo ciekawe są obserwacje rosyjskich oficjalnych mediów i ich reakcje na powszechne niezadowolenie społeczeństwa.

We wszystkich kanałach, jak już zaroiło się od krzepkich staruszek i żwawych staruszków, którzy do kamer opowiadają, że nawet nie myślą o tym, by iść na emeryturę, bo nie wyobrażają sobie życia bez pracy, jakże przyjemnej i wcale niemęczącej. Lekarze wykładają o pożytkach płynących z aktywności do późnej starości. Czołowi dziennikarze robili nadzwyczaj łagodne, bez jednego trudnego pytania, wywiady z urzędnikami państwowymi, wyjaśniającymi na czym polegać ma reforma.

Z języka mediów zniknęło całkowicie pojęcie „podwyższenia wieku emerytalnego”, pojawiły się sformułowania „zmiany w prawie emerytalnym”. Mówiono też o „zmianie parametrów systemu emerytalnego”. Jeśli wspominano o protestach społecznych, to z komentarzem, że „Rosjanie nie są na razie gotowi do emerytalnej reformy”. Wszystko to naraz oczywiście zostało przez obywateli dostrzeżone bez najmniejszego trudu i wyśmiane na wszelkie możliwe sposoby. Za śmiechem idzie też wyraźne rozdrażnienie i gniew. Adresat jest, zgodnie z rosyjską tradycją i stosunkiem do władzy nie Putin, który rozsądnie trzyma się z boku tego sporu, ale rząd Dmitrija Miedwiediewa, traktowany jako reprezentant i obrońca oligarchicznych kręgów władzy. Internet pełen jest dowcipów, karykatur, ale i poważnych analiz, co z tego może wyniknąć. Wnioski z nich wypływające powinny już dawno zapalić czerwone światełko ostrzegawcze w rządzie rosyjskim.
Spostrzeżenie niejako na marginesie: polskie media piszą o tym konflikcie mało bądź wcale. Są bowiem w idiotycznej sytuacji: z jednej strony chętnie wzięłyby udział w nagonce na obecną rosyjską władzę, a przede wszystkim na Putina. Z drugiej – polskie neoliberalne media głównego nurtu nie mogą przecież otwarcie popierać Rosjan protestujących przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego, skoro całkiem niedawno ze wszystkich sił popierały taką samą polską reformę, a wszystkich, którzy występowali przeciw, krytykowano jako niedokształconych prymitywów, nie rozumiejących, że to absolutna konieczność.

 

Putin

Wszyscy wciąż czekają w napięciu, jakie stanowisko w tym sporze zajmie Władimir Putin. Owszem, kiedy domagano się na pierwszej fali niezadowolenia dymisji Miedwiediewa, rosyjski prezydent demonstracyjnie zaczął pokazywać się w mediach z premierem, pokazując, że jest odporny na naciski, a lojalność wobec współpracowników i przyjaciół jest wysoko na liście jego priorytetów. Jednak prędzej czy później będzie musiał zając jakieś stanowisko. Znakomita większość obserwatorów jest zdania, że rosyjski przywódca wystąpi jako czynnik łagodzący napięcie społeczne, proponując bardzo łagodny wariant przedłużenia wieku emerytalnego: może o rok albo dwa.

Są jednak i tacy poważni politolodzy, którzy oczekują, że Putin zdymisjonuje rząd Miedwiediewa, ponieważ nie ma innego wyjścia. Niechęć, a nawet nienawiść ludzi do oligarchii, jednoznacznie kojarzonej z rządem, osiągnęła taki poziom, że nie da się jej załagodzić. Mało tego, autorzy takich koncepcji są przekonani, że reforma jest pułapką, jaką neoliberalne kręgi władzy zastawiły na Putina wierząc, że jeśli ją poprze, straci zaufanie ludzi i droga do zmiany władzy będzie otwarta. W myśl tych koncepcji, dymisja rządu Miedwiediewa będzie tylko pierwszym krokiem, po którym muszą nastąpić kolejne: bezpardonowa rozprawa z oligarchami, przynajmniej z tymi, których lojalność wobec zachodnich neoliberałów przeważa nad lojalnością wobec Rosji i jej obywateli.
Pod pojęciem rozprawy należy rozumieć nacjonalizację ich majątków, co do złodziejskiego pochodzenia których nikt w Rosji nie najmniejszych wątpliwości. Jednak oczekuje się, że byłaby to wojna między, nieco upraszczając, Putinem a oligarchami, na pełną skalę. Tych, którzy się nie podporządkują, należy, jak uważają autorzy tych koncepcji, po prostu aresztować i po krótkich procesach wysłać tam, gdzie ich miejsce od dawna – do kolonii karnych i więzień. I dopiero wtedy, po czystce oligarchów i ich zwolenników, Putin stanąłby na czele rosyjskiego społeczeństwa, które przystąpi do budowy Rosji sprawiedliwej i prospołecznej.

Niezależnie od prawdopodobieństwa poszczególnych scenariuszy, nie ulega wątpliwości, z jakiej gleby wyrastają. To nastrój społecznej nienawiści wobec oligarchów i neoliberalnych koncepcji, które formułują od lat jelcynowskiej smuty. I nawet jeśli oczekiwania na coś w rodzaju wielkiej rozprawy z przeciwnikami Putina są przesadzone, to napięcie społeczne jest faktem, którego władza nie może zignorować.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.

Rosjanie nie chcą pracować dłużej

Nie tylko w Moskwie, ale w wielu większych miastach Rosji przetacza się fala demonstracji ludzi, którzy nie chcą pracować dłużej.

 

Organizatorami protestów jest lewicowa opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna. Władza robi dobrą minę do złej gry, choć widać pewną nerwowość w szeregach rosyjskich neoliberałów. Mityngi protestacyjne zorganizowano w 90 miastach Rosji, jak podają źródła związane z komunistami. Według obserwatorów w demonstracjach uczestniczą ludzie do tej pory politycznie bierni, nie będący członkami lewicowych organizacji.

Według danych niezależnego ośrodka badania opinii publicznej Lewada Center 37 proc. Rosjan gotowych jest wyjść na ulicę protestując przeciwko reformie emerytalnej.

Protesty miały ostatnio miejsce m. in. w Czelabińsku, Jakucku, Tule, Niżnym Nowgorodzie i w Moskwie. W Penzie policja zatrzymała organizatora protestów z Lewego Frontu, Wiktora Chomca.
Komunistyczna Partia Rosyjskiej Federacji występuje z żądaniem przeprowadzenia ogólnorosyjskiego referendum, choć już trzykrotnie odrzucano jej wniosek pod formalnymi zarzutami. KPRF przeformułowała więc referendalne pytanie i ponownie złoży je do odpowiednich organów.

Putin trzyma czy Putina trzymają?

To było całkiem niedawno, 18 marca 2018 roku, 123 dni temu. Siedziałem jako gość w studiu jednego z popularnych programów publicystycznych w rosyjskiej państwowej telewizji. Była głęboka noc, ale niewiele osób spało. Trwała właśnie wyborcze podsumowanie po wyborach prezydenta Rosji.

 

Dostępne były wyniki z 90 proc. punktów wyborczych i wątpliwości być nie mogło: wygrał, z miażdżącą przewagą, Władimir Putin. Euforia panowała nie tylko w studiu, ale, jak sądzę, w większości rosyjskich domów. Putin cieszył się ogromnym poparciem. Prowadzący program, wyraźnie podekscytowany, na wszelkie sposoby odmieniał, zresztą nie tylko on, słowo „zaufanie”. Miał rację – Rosjanie wyrazili swoje zaufanie do Putina, jego polityki i osiągnięć jego ekipy.

Kiedy wreszcie zapytał mnie o zdanie, powiedziałem, że bardzo im zazdroszczę, ale i współczuję. Zazdroszczę, bo jeżeli te cele, które przed sobą postawili, uda im się zrealizować, to będą mieli słuszne powody do dumy na cały świat. Jednak, dodałem, jeżeli się nie uda, a potrzeba w tym celu gigantycznej pracy, to będę im bardzo współczuł. Powiedziałem też, że jeżeli dla nich słowem kluczem dzisiejszych wyborów jest „zaufanie”, to ja bym ich namawiał do zwrócenia uwagi na inne. Na „odpowiedzialność”, rozumianą jako odpowiedzialność wybranych przed swoimi wyborcami, bo to uważam za ważniejsze. Prowadzący grzecznie podziękował za wypowiedź, ale entuzjazmu z siebie dla niej nie wykrzesał.

 

Dziś, jak się okazuje, byłem jednak złym prorokiem.

Jeszcze przez niemal 100 kolejnych dni dla Rosji wszystko układało się znakomicie: polityka zagraniczna szła jak po maśle, kolejne sankcje już na nikim nie robiły wrażenia, bo wiadomo, że gospodarka sobie z nimi radzi, choć je odczuwa, jedna z najważniejszych i najbardziej politycznie prestiżowych inwestycji – most krymski – został oddany przed terminem, budząc uznanie na całym świecie nad osiągnięciami rosyjskiej myśli inżynieryjnej, mistrzostwa świata w piłce nożnej przeszły śpiewająco, no, idylla po prostu. I nagle, jak grom z jasnego nieba: rząd przedstawił założenia reformy emerytalnej oraz podniesienia podatku VAT o 2 proc, z 18 do 20.

Efekt był podobny do wybuchu bomby w centrach tysięcy miast i wsi Rosji. Fala oburzenia wezbrała nie tylko w sieciach społecznościowych, ale też w samorządach, objęła niemal wszystkie środowiska od zwykłych robotników do elit naukowych i nawet (choć nie wyrażali tego, co zrozumiałe, tak gromko) struktur siłowych. Rzecz nie tylko w samej, jakże łatwo wytłumaczalnej niechęci do dłuższej pracy, której warunki pozostawiają w Rosji bardzo wiele do życzenia, ale w całym tle tego ogólnonarodowego gniewu.

 

Precz z oligarchią!

Cała, niedługa, ale intensywna wyborcza kampania kandydatów na prezydenta przebiegała pod hasłem walki o sprawiedliwsze państwo. A pojęcie to rozumiano w Rosji nader prosto – odsunąć od wpływów, koryta i złodziejskich ścieżek tę cała kastę neoliberalnych oligarchów, których gigantyczne majątki, mentalność i powiązania tkwią korzeniami w latach jelcynowskiej smuty, którą pamiętający ją Rosjanie postrzegają jako najgorszy koszmar ich życia. I mają rację.

Powrócić do państwa opiekuńczego, silnego, i sprawiedliwego społecznie. Niewielu marzyło o odbudowie ZSRR, ale odwołania do czasów, kiedy gwarantowano ludziom ich podstawowe prawa, były częste. Autentyczne poparcie Putina przez wszystkie lata jego rządów były oparte o funkcjonujący od wieków schemat dobrego jedynowładcy i złych bojarów czy też urzędników otaczających w tym wypadku prezydenta.

W marcowych wyborach Putin wygrałby z każdym ale jednak warto było zwrócić uwagę na ważne zjawisko. Kiedy w wyścigu pojawił się niespodziewanie kandydat Komunistycznej partii Rosyjskiej Federacji (KPRF), Paweł Grudinin, w ciągu pierwszych dni zbierał w sondażach 30 proc głosów. Gdyby był drugi z rezultatem, jakim do tej pory nie mógł się pochwalić żaden z kontrkandydatów – to mogło namieszać na rosyjskiej scenie politycznej. Tym bardziej, że w trakcie kampanii najbardziej merytoryczną i doskonale udokumentowaną krytykę dotychczasowych rządów przedstawili właśnie komuniści. Obóz rządzący rzucił więc na Grudinina wszystkie swoje propagandowe siły, wyśledzono mu konta w Szwajcarii, przenicowano jego życie prywatne. Grudinin zachował swoje drugie miejsce w wyścigu, ale z rezultatem około 17 proc.

 

Mleko się jednak rozlało

Publiczne żądania rozliczenia oligarchów, wezwania do nacjonalizacji ich, najczęściej nakradzionych w najbardziej bezczelny sposób majątków zaczęły żyć w przestrzeni publicznej własnym życiem. Wysuwałem wówczas przypuszczenie, że Putin i jego otoczenie nie będą mogli zlekceważyć tych głosów.

I oto 31 marca sąd aresztował braci Magomiedowych: Zijawudina i Magomieda, Dagestańczyków z pochodzenia, oligarchów dysponujących gigantycznym majątkiem i jeszcze większymi wpływami.
Żeby dobrze zrozumieć, co to znaczy w rosyjskich warunkach, przytoczę długi dość spis funkcji i posiadanych udziałów w najróżniejszych strukturach, w tym strategicznych z punktu widzenia najżywotniejszych interesów rosyjskiego państwa.

Założona i kierowana przez nich spółka „Summy” ma udziały w firmie transportowej FESCO, która świadczy usługi transportowe na morzu, kolejach i w transporcie drogowym. Jaki to gigant, niech świadczy fakt, że dysponuje własną flotą, siecią pociągów i szeroko rozbudowaną siecią transportu drogowego z flotą samochodów, stacji obsługi i terminali. „Summa” ma też udziały w „Zjednoczonej Kompanii Ziaren” koordynującej produkcję i handel, w tym zagraniczny, rosyjskiego ziarna. Jeśli dodać, że Rosja od kilku lat jest w czołówce eksporterów zbóż na świecie, widać skalę przedsiębiorstwa i wpływy tych, którzy niż kierują. „Summa” jest udziałowcem Jakuckiej Kompanii Paliwowo-Energetycznej i jest operatorem w porcie przeładunkowym w Rotterdamie, a także kontroluje Noworosyjski Port Handlowy, jeden z największych strategicznych portów nie tylko w Rosji. W Europie zajmuje on trzecie miejsce pod względem wielkości przeładunków.

Równie ważne, jeśli nie ważniejsze, jest we władzach jakich struktur zasiadł jeden z Magomiedowów.

Ma Fundację charytatywną „Peri” obracająca miliardami rubli. Jest też partnerem Rad Opiekuńczych Ogólnorosyjskiego Instytutu Kinematografii, Akademii Dyplomatycznej MSZ Rosji, Fundacji Europejskiego Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, członkiem Rosyjskiej Rady do Spraw Międzynarodowych. W część tych podmiotów ładuje oczywiście ogromne pieniądze, ale też zamian spotyka się z bardzo wpływowymi ludźmi, którzy, co tu kryć, są mu ogromnie zobowiązani za jego wielką szczodrość i chętnie ułatwiają mu działalność biznesową, a w przypadku kłopotów, zapewne też równie chętnie kontaktują z kimś, kto problemy takiego wielkiego i szczodrego biznesmena potrafi rozwiązać. Media są pełne opisów, jak różne interesy braci Magomiedowów były obiektem zainteresowania organów ścigania, ale za każdym razem kończyło się to niczym.

Tak to wygląda w całej Rosji. Oligarchowie opletli ją cała siecią wzajemnych powiązań, wpływów korupcyjnych lub korupcjogennych układów, co powoduje, że są nie tylko bezkarni, ale praktycznie są ponad każdą władzą. A ich rodziny, kapitały i powiązania towarzyskie są nie w Rosji, a na Zachodzie, gdzie zresztą transferują swoje mniej lub bardziej legalne zyski. Za granicę wędrują niebotyczne pieniądze. Oficjalnie mówi się, że w latach 200-2017 za granicę wywędrowało 430 miliardów dolarów. Nieoficjalnie, że około tryliona dolarów. Osobiście skłonny byłbym skłaniać się ku danym nieoficjalnym.

To wszystko naraz rodzi już nawet nie niechęć prostego narodu, a nienawiść. 1 proc. Rosjan ma 76 proc. majątku narodowego, reszta musi nacieszyć się pozostałymi 24 procentami.

 

I nic z tego

Kiedy więc aresztowano braci, a media zaczęły bezlitośnie sprawdzać powiązania biznesmenów z politykami z pierwszych stron gazet, natychmiast wskazano, że biznes Magomiedowów rozwinął się doskonale za czasów rządów Dmitrija Miedwiediewa, a ich „opiekunem” był wicepremier Arkadij Dworkowicz. To pierwszy wicepremier, bliski współpracownik Miedwiediewa, ale też doradca Putina. Zaczęły pojawiać się głosy, że to pierwszy krok do rozprawy z kastą oligarchów, a dymisja Miedwiediewa i jego ekipy jest przesądzona.

Zaraz po pierwszych publicznie wyrażonych w tym duchu oczekiwaniach, przez najbliższe trzy dni na ekranach telewizorów w głównym wydaniu „Wiadomości” Putin pojawiał się obowiązkowo w towarzystwie Miedwiediewa i nie szczędził mu na wizji uśmiechów i gestów sympatii. Takich rzeczy przypadkowi się tam nie zostawia, jeśli tylko można. Było zatem już wiadomo, że na odsunięcie Miedwiediewa i neoliberałów nie ma co liczyć. Owszem, podczas powoływania nowego rządu nazwisko Dworkowicza zniknęło, ale pozostali wszyscy ci, których neoliberalne poglądy są drogowskazem postępowania: przede wszystkim Siluanow jako minister finansów, pojawi się zaś Kudrin jako szef Izby Rozrachunkowej.

Prawdą jest też, że pierwsze wystąpienia Putina po wyborze na prezydenta wskazywały, że wyciągnął wnioski z żądań bardziej socjalnego kursu rosyjskiego państwa. Wyznaczył zadania, by dwukrotnie zmniejszyć w Rosji obszar biedy (która w ostatnich latach znów zaczęła rosnąć), wydłużyć przeciętną długość życia w Rosji do 80 roku życia, rozwijać infrastrukturę, szczególnie medycynę i oświatę. Dlatego postawienie na Miedwiediewa i jego najwierniejszych pretorianów neoliberalizmu wiele osób zaskoczyło. Lojalność rosyjskiego prezydenta wobec swoich przyjaciół z czasów jeszcze leningradzkich imponuje, rzadko bowiem w świecie polityki trafiają się ludzie, dla których przyjaźń nie jest pustym słowem. Lecz chronienie ich wtedy, kiedy wydają się ostatecznie skompromitowani – dziwi. A Miedwiediew po szeroko i dobrze przygotowanym ataku ze strony Nawalnego nie cieszył się w społeczeństwie ani szacunkiem, ani sympatią.

 

Grom z jasnego nieba

Komunikat o rządowej propozycji podwyższeniu wieku emerytalnego był dla wielu Rosjan ogromnym szokiem. Dzisiaj wiek emerytalny to 55 lat dla kobiet i 60 dla mężczyzn. Rząd Miedwiediewa zaproponował, by kobiety przechodziły na emeryturę w wieku 63 lat, a mężczyźni w wieku 65.

To prawda, że średnia długość życia w Rosji zwiększyła się do 72 lat, że system emerytalny trzeszczy w szwach, że etapy dochodzenia do wyznaczonych granic wieku emerytalnego rozciągnięto w czasie (kobiety za 15 lat, mężczyźni za 10) ale to nie pomogło w uspokojeniu nastrojów społecznych.

Petycja sprzeciwu, pod którą podpisy zbierane są w Rosji słusznie wskazuje, że wg oficjalnych danych w 62 regionach Rosji średnia długość życia jest mniejsza niż 65 lat, a w trzech regionach nie osiąga nawet poziomu 60 lat. Oznacza to, że „przy zachowaniu tendencji demograficznych do 65 lat nie dożyje 40 proc. mężczyzn i 20 proc. kobiet. Realizacja propozycji o podwyższeniu wieku emerytalnego oznacza, że znaczna część rosyjskich obywateli nie dożyje do emerytury”.

Twórcy petycji (a podpisało się pod nią już niemal 3 miliony ludzi) zwraca też uwagę, że mówienie o braku pieniędzy w systemie jest nieprawidłowe, ponieważ znacząca część zatrudnionych odbiera pensje w szarej strefie. Z 77 milionów pracujących podatki od pensji płaci jedynie 33,5 miliona. Oznacza to, że co roku na fundusz emerytalny nie wpływa 2,2 tryliona rubli.

Na pomoc bitemu rządowi rzuciły się państwowe media, czyli do tej pory jedna z najlepiej pracujących machin propagandowych na świecie. Jednak sposób, w jaki to zrobiono, każe wątpić w tak jeszcze niedawno przenikliwie myślących polittechnologów rosyjskich. W programach państwowej telewizji zaroiło się nagle od rześkich staruszków i staruszek, utrzymujących, że na starość nie tylko można, ale należy pracować, pojawili się znani lekarze przekonujący, że jedynym sposobem na przedłużenie życia jest aktywność, nie dodając wszakże, że nie chodzi o regularne chodzenie do znienawidzonej i otępiającej roboty. Celebryci, całe życie będący pupilkami wszelkich reżimów, zapewniali, że nie wyobrażają sobie zaprzestania pracy, zapominając, że to, co robili całe życie, nie da się porównać z krwawą harówką zwykłych ludzi.

Mistrzostwem kompromitacji był występ samego ministra finansów Antona Siluanowa u jednego z najpopularniejszych, do tej pory mądrych i przenikliwych dziennikarzy telewizyjnych Władimira Sołowjowa. Siluanow mówił rzeczy okropne, które starsi Polacy znają z kłamliwych reklam telewizyjnych, które serwowano nam podczas zachwalania programu OFE. Minister bez zmrużenia oka przekonywał, że dzięki reformie emerytalnej i podwyższeniu VAT o 2 proc emeryci nareszcie będą mogli podróżować, pomagać dzieciom i wnukom oraz godnie odpoczywać. I to wszystko naraz. Na tym samym jednym tchu przekonywał, że pieniądze z podwyżek VAT i oszczędności z późniejszego przechodzenia na emeryturę pójdą na podwyższenie emerytur, szkolnictwo, medycynę, oświatę i w ogóle infrastrukturę społeczną. Średnia emerytura – wywodził pan minister – wzrośnie już za pięć lat do 20 tysięcy rubli (1172 zł). Nic nie mówił, jaką jej część zje inflacja, a także w jaki sposób z 2 proc. VAT oraz oszczędności na funduszu emerytalnym zamierza jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zrobić z Rosji kraj nowoczesnej medycyny, znakomitych dróg, szczęśliwych starców jeżdżących na wakacje za granice wielkimi grupami. Sołowiow słuchał zaś neoliberalnego ministra i ani razu nie zadał choćby jednego trudnego pytania. Ani jednego. Łykał te propagandowe kocopoły bez uniesienia brwi choćby na moment.

Alarm podnieśli deputowani samorządowi. Ogromną popularność zdobył komunistyczny deputowany z Saratowa Nikołaj Bondarenko. Jego emocjonalne i bardzo krytyczne wystąpienie pod adresem oligarchicznego państwa na sesji miejscowego parlamentu zdobyło szturmem internet. I co? Jeden z deputowanych tegoż lokalnego parlamentu, przedstawiciel rządzącej partii Jedna Rosja Iwan Kuzmin złożył doniesienie do organów ścigania, by sprawdzili treść wystąpienia deputowanego pod kątem ekstremizmu. Deputowanego. Za wystąpienie w lokalnym parlamencie. Doprawdy, ożywione stereotypy rosyjskiego urzędnika, którego służalczość wobec władzy przeważy wszelkie normy i zasady nie tylko demokracji, ale też przyzwoitości, nie przestają zadziwiać.
Trudno, żeby rosyjscy obywatele tego propagandowego walenia jak tępym obuchem po łbie nie zauważyli. Paradoksalnie przez ostatnie lata putinowskie państwo wychowało sobie świadomych, wiedzących czego od niego chcą obywateli. I teraz zbiera tego owoce. To już nie tylko sprzeciw wobec pomysłów rządowych jest problemem. Teraz wszyscy rządzący w Rosji muszą się mocno zastanawiać, co dalej.

 

Ruch Putina

Internauci czym prędzej przypomnieli rosyjskiemu prezydentowi jego wystąpienie sprzed pięciu lat, w którym mocno podkreślał, że dopóki on będzie prezydentem, o żadnym podwyższeniu wieku emerytalnego mowy być nie może. Sytuacja zrobiła się tak napięta, że rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow pośpieszył z zapewnieniem, że prezydent nie miał nic wspólnego z tym projektem. 20 lipca Putin publicznie powiedział, że projekt mu się nie podoba, ale trzeba myśleć o przyszłości. Myślę, że do aktywnego poszukiwania wyjścia z tej sytuacji zmuszają też wyniki notowań popularności czołowych rosyjskich polityków.

Putin, do tej pory kąpiący się w uwielbieniu obywateli, nagle spadł wyraźnie w notowaniach (z 60 proc w styczniu br. do 48 proc. w lipcu – wg instytutu Lewady). O Miedwiediewie nawet nie ma co wspominać – ufa mu ledwie 9 proc obywateli. Premier zajmuje też pierwsze miejsce wśród polityków, którym obywatele nie ufają.
Duma przyjęła projekt w pierwszym czytaniu. Obowiązywała dyscyplina głosowania. Z Jednej Rosji wyłamała się deputowana Pokłonska, która głosowała przeciw, kilku poszło demonstracyjnie na zwolnienia lekarskie. Jedna Rosja to jedyny klub, który był za reformą. Pozostałe partie zagłosowały przeciw, co oczywiście niczego nie zmienia, ale pokazuje nastroje na politycznej scenie, tak do tej pory skonsolidowanej wokół prezydenta.

Wszyscy zadają sobie pytanie: co w tej sytuacji zrobi Władimir Putin?

Optymiści przekonują, że wystąpi przed Dumą z jasnym komunikatem, że to szkodliwa reforma i uratuje emerytów, swoje poparcie i spokój Rosji. Ale jeżeli tak, to będzie musiał zrobić następny krok i pójść na wojnę z neoliberałami i oligarchią. Czy go na to stać? Neoliberalna oligarchia rosyjska wciąż jest potężną siła, ma ogromne pieniądze, wpływy i powiązania, w tym również międzynarodowe.

Może też Putin pójść na kompromis i trochę złagodzić założenia reformy emerytalnej i podwyżki VAT. Czy to jednak wystarczy, by uratować swoja popularność? Gniew społeczny jest silny, a wszyscy dotychczasowi opozycjoniści antysystemowi, którzy do tej pory wzywali do protestów pod jakimiś wymyślonymi hasłami, teraz będą mieli całkiem realne paliwo i pretekst do wyciągnięcia ludzi na ulice. Każdy kompromis jest zgniły, więc może niczego nie załatwić.

Może też prezydent zaproponować całkiem nowe rozwiązania. Zmianę systemu podatkowego, nacjonalizację nielegalnie zdobytych majątków oligarchów lub choćby wyraźne podporządkowanie ich interesom państwa. Ale to byłaby prawie rewolucja.

Jeżeli nic się nie zmieni, oznaczać to będzie, że w Rosji neoliberalizm zwyciężył na najbliższe lata.

Nic z tego dobrego nie wyniknie ani dla Rosji, ani dla świata. Dla Rosji, bo wiadomo jak ten system działa. Czy raczej nie działa. Dla świata – bo oznaczać to może, że Rosja chce zająć miejsce USA na świecie nie proponując niczego zasadniczo nowego, co tak bardzo jest światu potrzebne. To fatalna wiadomość.

Złapał Kozak…

Podczas, gdy większość światowych mediów zastanawia się o czym tak naprawdę rozmawiali obydwaj przywódcy w Helsinkach, część prasy amerykańskiej i prasa izraelska wiedziała i wie dość sporo.

 

Bezpośrednio przed szczytem izraelska gazeta „The Jerusalem Post” pisała, że kilka dni wcześniej premier Benjamin Netanyahu spotkał się na Kremlu z Putinem. Oczywiście Netanyachu rozmawiał także kilkakrotnie na temat bezpieczeństwa Izraela z Trumpem. Dlatego gazeta przewidywała, że bardzo ważnym tematem szczytu będzie przyszłość Syrii i rola Iranu w regionie. Spekulowała przy tym, że Putin zaoferuje pozbycie się irańskich sił z Syrii, jeżeli Trump wywrze nacisk na Zachód, by złagodzić ekonomiczne i dyplomatyczne sankcje nałożone na Rosję po jej inwazji i aneksji Krymu. (Herb Keinon, „Netanyahu talks to Trump before Trump-Putin Summit”, The Jerusalem Post, July 15, 2018).

Bezpośrednio po szczycie, w tym samym dniu, amerykański „New York Post” napisał, że zwycięzca szczytu może być tylko jeden – Izrael. Obydwaj przywódcy zapewnili, że będą wspólnie pracować na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa Izraela. Putin wezwał do pełnego poszanowania Porozumienia z 1974 roku dotyczącego rozdzielenia wojsk na Wzgórzach Golan; zapewni to pokój na Wzgórzach i bardziej przyjazne relacje między Syrią i Izraelem oraz bezpieczeństwo Izraelowi. Putin wezwał do koordynacji działań militarnych Rosji i Stanów w kryzysie syryjskim. Jak wiadomo, dotychczas w tej 8. letniej wojnie obydwa państwa popierały zwalczające się strony. Izrael spodziewa się korzyści po spotkaniu dwóch przywódców. (Marisa Schultz, „Why Israel stands to benefit from Trump – Putin summit”. New York Post, July 16, 2018).

Większość obserwatorów twierdzi, że zwycięzcą szczytu okazał się Putin, a nie Trump. Wykluczyć się jednak nie da, że wyniki szczytu będą korzystne także dla Izraela. Styl jednak w jakim ten ewentualny sukces został osiągnięty budzi poważne wątpliwości. Izraelska gazeta Haaretz dzień po szczycie niezwykle krytycznie oceniła postawę Trumpa w Helsinkach: „Z wyjątkiem twardych zwolenników, Ameryka z trudem wybaczy prezydentowi, który stojąc przy autorytarnym przywódcy, jakim jest Władymir Putin, zdecydował się raczej go bronić niż skarcić, zamiast tego walił (bashed) w swój własny kraj”. Jeżeli nawet Trump niczego Putinowi nie zawdzięcza, (podkreślenie moje, M.P.) to wyglądał i mówił tak, jak gdyby był jego lokajem lub marionetką, co już wcześniej przewidziała Hilary Clinton. (Chemi Shalev, „In Helsinki, Trump Hazed America as if He Were Putin’s Puppet” , Haaretz, Jul 17, 2018). Co i komu Trump zawdzięcza czytamy w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd”, jakiego udzielił wybitny znawca Bliskiego Wschodu, ambasador Krzysztof Płomiński: „Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem”. (Rozmawiał Robert Walenciak, „Ropa, Religia, Narody, Interesy”, Przegląd Nr 28, 8-15.07.2018). Wygląda więc na to, że Donald Trump spłaca teraz swe długi.

Dowiemy się kiedyś zapewne czy w Helsinkach dyskutowano o Unii Europejskiej, Europie Środkowo-Wschodniej, czy o Polsce i co postanowiono. Świat obserwował będzie z niepokojem treść dialogu, jaki prowadzić będą Rosja i USA. Za ustępstwa rosyjskie wobec USA i Izraela na Bliskim Wschodzie, Europa, a szczególnie nasz region zapłacić może jakąś cenę. Pytanie – jaką? Na naszym polskim podwórku słychać niezdarne próby usprawiedliwiania postawy Trumpa w Helsinkach ( a to, że jest pod stałą presją krytyków i nie wytrzymał tej presji, albo, że właściwie „Polacy nic się nie stało”). Jest jednak oczywiste, że Stany Zjednoczone nie chcą już być przywódcą świata zachodniego, dobrowolnie z tego przywództwa zrezygnowały, choć pozostało jeszcze ich przywództwo w NATO. Natura nie lubi próżni i to miejsce zapełni zapewne po jakimś czasie Unia Europejska (a w niej Niemcy i Francja). Do Europy Środkowej weszły już gospodarczo Chiny (formuła 16+1 niewiele się różni od 12tki państw Trójmorza). Potwierdzeniem chińskich intencji było sofijskie forum gospodarcze 16+1, na którym (7 lipca) premier Chin Li Keqiang zachęcał do dyskusji o problemach dotychczasowej integracji Środkowej Europy i promowaniu osiągnięć regionu. Chiny oraz 16 państw Środkowo-Wschodniej Europy chciałyby widzieć zjednoczoną, dobrze funkcjonującą Unię Europejską. Integracja środkowoeuropejska nie jest konkurencją czy alternatywą dla Unii Europejskiej. Chiny postrzegają Europę jako globalny „biegun pokoju” i proponują zaproszenie państw trzecich do współpracy z „16+1”, w domyśle chodzi o Niemcy, Francję, Włochy. „Wojna celna USA z Chinami, zaproszenie państw bałkańskich do Unii Europejskiej, obietnice kredytów dla państw Trójmorza składane przez prezydenta Donalda Trumpa wzmocniły pozycję Forum 6+1, Czy uda im się wykorzystać to zainteresowanie – czas pokaże”.(Anna Sobczyńska, „Chiny zapraszają”, Trybuna, 16-17 lipiec 2018 – przy pisaniu tekstu pani A. Sobczyńska wykorzystała publikacje z „People’s Daily”).

Unia Europejska, w przeciwieństwie do USA i Rosji w sposób otwarty, bez tajemnic, nawiązuje ściślejsze niż dotąd stosunki z Chinami. W dniu szczytu w Helsinkach w Chinach wizytę złożyli Jean-Claude Juncker, Przewodniczący Komisji Europejskiej i Donald Tusk, Przewodniczący Rady. Podpisano wiele umów. Chiny szukają w UE sojusznika w wojnie handlowej z USA i chcą zrównoważyć straty w relacjach gospodarczych z USA. Dyskutowano m.in. o sytuacji w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym także o Ukrainie. A więc nie tylko Stany Zjednoczone i Rosja interesują się naszym regionem i całą Europą!

W świetle rozpętanej przez Donalda Trumpa wojny handlowej i obłożenia towarów z UE dodatkowymi cłami, szczególne znaczenie miała będzie umowa podpisana 17 lipca 2018 roku między UE a Japonią przez Junckera i Tuska oraz japońskiego premiera Shinzo Abe. Powstaje strefa wolnego handlu obejmująca ponad 600 milionów ludzi. Japonia, bliski sojusznik USA, nie zapytała się w tym przypadku o zgodę swego wielkiego brata.

Po szczycie Trump-Putin w Helsinkach obudziliśmy się, bez własnej woli, w innym zupełnie świecie.

Szkodliwy prezydent

Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) Marcin Bosacki, były ambasador Polski w Kanadzie i były rzecznik MSZ.

 

JUSTYNA KOĆ: Dziwna konferencja dwóch głównych przywódców światowych mocarstw. Czy możemy mówić o nowym otwarciu w relacjach USA-Rosja?

MARCIN BOSACKI: Raczej nowym, dziwacznym rozdziale. Dużą osobliwością jest fakt, że po raz pierwszy w historii nie był to szczyt prezydenta USA, przywódcy Zachodu i prezydenta Rosji czy kiedyś I sekretarza ZSRR, tylko szczyt Władimira Putina z Donaldem Trumpem, przypadkowym prezydentem USA, który sam zrzekł się miana lidera Zachodu, a i o własnym kraju mówił głównie krytycznie. Zaskakujący jest fakt, że konferencja prasowa przywódców nie była poświęcona Syrii, Ukrainie, Unii, wojnie handlowej, głównie sprowokowanej działaniami prezydenta Trumpa, a w 80 proc. dotyczyła tego, czy sztab wyborczy Trumpa i on sam współpracował z wywiadem rosyjskim kierowanym przez Putina podczas kampanii wyborczej w 2016 roku.

Zaskakujący zarówno sam temat, jak i fakt, że obaj prezydenci mówi praktycznie to samo: nie było zmowy, dowody są nieprawdziwe, a tezy specjalnego prokuratora Muellera przedstawione w ubiegły piątek, 3 dni przed szczytem, są absurdalne.

Trump skonfrontowany przez jednego z dziennikarzy amerykańskich z bardzo podstawowym pytaniem, komu wierzy, czy Rosjanom, czy wywiadowi amerykańskiemu, Trump odpowiedział krytyką FBI i chwaleniem Putina. Wezwany, aby zwrócił się do Putina i zaapelował, aby ten nigdy nie manipulował w ten sposób przy amerykańskich wyborach, nie zrobił tego.

 

Chyba nikt się nie spodziewał, że tak ta konferencja będzie wyglądać?

Przyznam, że z bliska patrzyłem na w tego rodzaju szczyty jako dziennikarz, a później jako dyplomata co najmniej kilkanaście razy – i ten był zarówno najbardziej fascynujący z powodu poziomu kompromitacji przywódcy USA, jak i najbardziej miałki. Merytorycznie nie przyniósł nic. Najbardziej konkretne zdanie, jakie powiedzieli obaj panowie, dotyczyło powołania grupy roboczej złożonej z przedstawicieli rad bezpieczeństwa obu krajów. To znaczy, że nic nie ustalono.

Od piątku, kiedy ujawnione zostały materiały, wszyscy wiemy, że Trump wygrał wybory między innymi dlatego, że otrzymał tajne dane strategii, głównie internetowej, jego kontrkandydatki Hillary Clinton. Te dane wykradł wywiad wojskowy Rosji i przekazał sztabowi Trumpa.

Ta konferencja przypominała mi konferencję po meczu na mundialu, gdzie jeden z zawodników strasznie zawalił na boisku, udawał, że był faulowany, nie strzelił karnego, i jego trenera. Na miejscu zawodnika widziałem Trumpa, a trenerem był Putin, trenerem, który broni zawodnika, mimo jego oczywistej kompromitacji. Nigdy nie spodziewałem się, że Ameryka może być tak upokorzona na arenie międzynarodowej, jak podczas tej konferencji.

 

Co to oznacza dla świata?

Wielu konkretów nie mamy do komentowania. Obaj niby się zgodzili, że należy dążyć do zakończenia krwawego konfliktu w Syrii oraz do bezpieczeństwa Izraela. Ale już w tej pierwszej sprawie Putin mówił rzeczy, które dla większości agencji w USA są nie do przyjęcia. Mówił np. o konieczności zakończenia operacji antyterrorystycznej w południowo-zachodniej Syrii. Tam nie ma żadnej operacji antyterrorystycznej, tylko jest wyrzynanie całych miast przez siły Assada z ogromnym wsparciem Rosji. Co więcej,

Ameryka jeszcze kilka tygodni temu naciskała na Rosję, aby zorganizować tam tzw. safe zone, strefę, która jest wolna od nalotów. Teraz żadne konkrety nie padły.

 

Kto wygrał?

Putin osiągnął to, co chciał, czyli spotkanie z prezydentem USA. Na oczach całego świata uzyskał uznanie, że to Rosja jest głównym partnerem Ameryki do rozwiązywania problemów tego świata.

Co ważne, Putin też może uważać, że okres, który rozpoczął się ponad 4 lata temu od najazdu na Krym i rozbudzenia walk we wschodniej Ukrainie, co skutkowało m.in. wykluczeniem Rosji z G8, przynajmniej się kończy.

Co Trump uzyskał poza możliwością dość pokracznego krytykowania swojej opozycji oraz służb wywiadowczych w USA, zaiste nie wiem. Nie widzę żadnych koncesji Putina dla interesów USA, a nawet osobiście dla Trumpa.

 

Wiemy, że Trump krytykuje gazociąg Nord Stream 2. Była o tym mowa także na konferencji, ale Trump unikał jasnych wypowiedzi.

Wypowiedź amerykańskiego prezydenta o NS2 pokazuje, że cała sprawa – wbrew polskim nadziejom – nie była częścią przemyślanej strategii USA realizowanej przez Trumpa, tylko kolejną okazją do krytyki Niemiec. Gdy Trump stanął koło Putina, już się tak zdecydowanie nie wypowiadał przeciw temu niewątpliwie szkodliwemu gazociągowi. To kolejna nauczka – nie można nic trwałego budować na tym, co Trump mówi, to polityk chaotyczny i pozbawiony stałych poglądów.

 

A sprawa Ukrainy? Były powszechne obawy, że Trump może pójść na jakąś formę wymiany pomocy w Syrii za ustępstwa w sprawie Ukrainy.

Były takie obawy, że Trump np. uzna, że Krym jest częścią Rosji albo wstrzyma pomoc wojskową dla Ukrainy czy ćwiczenia wojskowe NATO z udziałem wojsk USA w Polsce i naszym regionie. To nie nastąpiło, co jest dobre. Tylko tak naprawdę nie wiemy, o czym dokładnie rozmawiano. Główna, dłuższa rozmowa była w 4 oczy, a konferencja prasowa skupiła się na temacie wyborów w USA, natomiast dla obserwatorów jasne jest, że większość ważnych tematów została omówiona na spotkaniu w cztety oczy. To nie jest dobre, nawet abstrahując od coraz bardziej prawdopodobnej hipotezy, że Putin ma na Trumpa „haki”.

Trump nie jest ekspertem w polityce międzynarodowej. Putin jest, bo – po pierwsze – był oficerem wywiadu przed dwie dekady, a teraz jest przywódcą jednego z najważniejszych światowych graczy, też od blisko dwóch dekad. Brak doradców przy głównym stole może niepokoić, to był fakt, który na pewno osłabił USA na tym szczycie.

 

To, co się dzieje, może świadczyć, że demokratyczny świat traci najważniejszego żandarma, jakim była Ameryka przed dekady?

Nie używałbym słowa żandarm, ale rzeczywiście Ameryka była od 1945 czy nawet 41, kiedy przystąpiła do II wojny, głównym filarem świata zachodniego, czyli świata demokracji, rządów prawa i kapitalizmu. I teraz Donald Trump ten porządek świata i tę rolę odrzuca, o czym świadczy bardzo uporczywa propaganda, którą Trump od kilku tygodni uprawiał głównie na Twitterze, ale też podczas konferencji przy szczycie NATO i przed poniedziałkowym spotkaniem. On chce świat zmienić, ale nie bardzo wie, jak.

Ma instynkty, moim zdaniem złe i naiwne, ale nie ma planów geopolitycznych, które chce realizować. To, że odrzuca rolę USA jako lidera świata Zachodu, to, że uważa Unię Europejska za przeciwnika, to, że uważa, że za pogorszenie stosunków USA-Rosja winne są Stany Zjednoczone, świadczy o tym, że mamy na stanowisku prezydenta najważniejszego mocarstwa człowieka, który nie rozumie tego, jaką rolę Ameryka odgrywała w świecie. I że ten porządek zapewniał światu pokój i rozwój przez 70 lat.

 

To może być groźne dla Polski?

Ogromnie. Trump będzie rządził jeszcze co najmniej 2,5 roku. Przez ten czas można zrobić wiele złego, żeby zniszczyć spójność Zachodu. Dla Polski byłoby to niezwykle groźne, bo dobrobyt i bezpieczeństwo Polski było możliwe przez ostatnie ćwierć wieku właśnie dlatego, że mieliśmy zagwarantowane geopolityczne bezpieczeństwo dzięki sojuszowi USA i Europy w sprawach fundamentalnych.

Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych.
Polska, gdyby mogła politycznie działać, powinna łagodzić napięcia między Waszyngtonem z jednej, a Berlinem, Paryżem, w pewnym sensie także Londynem, Madrytem i Rzymem z drugiej strony. Niestety, rząd PiS na własne życzenie pozbawił Polskę wpływów na arenie międzynarodowej, m.in. rozmontowywaniem rządów prawa i demokracji czy nieszczęsną ustawą o IPN. Teraz rząd PiS może się właściwie tylko przyglądać. By Polska, zgodnie z naszym interesem narodowym, w tej godzinie próby przystąpiła do prób ratowania spójności Zachodu, musimy najpierw zmienić w wyborach władze w Warszawie.

MŚ 2018: Rosja żegna, Katar już czeka

Piłkarski mundial w Rosji zakończył się sukcesem organizacyjnym i frekwencyjnym, co z satysfakcją podkreślił podczas pożegnalnej uroczystości w Teatrze Bolszoj prezydent Władimir Putin. Następny turniej odbędzie się w listopadzie i grudniu 2022 roku w Katarze.

 

Wypowiedź rosyjskiego prezydenta podczas uroczystości w Teatrze Bolszoj agencje przekazały w nocy z soboty na niedzielę. „Jesteśmy wdzięczni za miliony dobrych słów wypowiedzianych przez gości mistrzostw pod adresem Rosji i naszego narodu. Jesteśmy zadowoleni, że spodobała im się jego gościnność i otwartość oraz przyroda, kultura i tradycje naszego wielkiego kraju. Obmyślimy teraz dla tych wszystkich, którzy pokochali Rosję, maksymalnie komfortowy dla nich reżim wizowy, żeby ułatwić im możliwość kontynuacji znajomości z naszym krajem” – powiedział Władimir Putin, który stwierdził też, że jednym z sukcesów mundialu jest rozwianie mitów na temat Rosji.

Szef komitetu organizacyjnego mistrzostw świata Aleksiej Sorokin poinformował, że liczba sprzedanych biletów na wszystkie mecze wyniosła blisko trzy miliony, a trybuny stadionów były zapełnione w 98 procentach.

FIFA na pożegnanie zrobiła natomiast psikusa europejskim krajom. Jej prezydent Gianni Infantino oficjalnie poinformował, że kolejny mundial, w Katarze, odbędzie się w nietypowym terminie, bo w dniach od 21 listopada do 18 grudnia. Turniej potrwa 28 dni, czyli o cztery krócej niż finały mistrzostw świata w Brazylii i aż o sześć dni niż mistrzostwa świata w Rosji.

Powód tej decyzji jest od dawna znany, dokładnie od 2010 roku, bo wtedy FIFA przyznała Katarowi organizacje MŚ 2022. Już wtedy wiadomo było, że trzeba będzie zmienić tradycyjny termin rozegrania mundialu, bowiem w czerwcu i lipcu w pustynnym Katarze panują takie wysokie temperatury, że nawet na ultra nowoczesnych stadionach budowanych w tym kraju nie da się grać w piłkę.

W 2015 roku Komitet Wykonawczy FIFA podjął decyzję, że finał turnieju odbędzie się 18 grudnia, w dniu święta narodowego Kataru. Odrzucono wtedy sugestie UEFA, aby finał odbył się 23 grudnia, a żądań stawianych przez organizacje zrzeszające europejskie kluby, w których domagały się one przeniesienia turnieju na kwiecień, w ogóle nie wzięto pod uwagę. Przyjęty przez FIFA listopadowo-grudniowy terminu oznacza, że większość europejskich lig będzie musiała uwzględnić w swoich terminarzach blisko dwumiesięczna przerwę na mistrzostwa świata. Trzeba te będzie zmodyfikować kalendarz gier w Lidze Mistrzów mi Lidze Europy.

Zlekceważenie interesów krajów europejskich przez FIFA trochę dziwi zważywszy na fakt, że w końcowej fazie rosyjskiego mundialu walczyły już wyłącznie zespoły ze Starego Kontynentu. W półfinale Francja pokonała Belgię 1:0, a Chorwacja po dogrywce Anglię 2:1. W meczu o 3. miejsce Belgowie wygrali z Anglikami 2:0. Niedzielne spotkanie finałowe Francji z Chorwacją zakończyło się po zamknięciu wydania.

 

Z potrzeby chwili

To, że amerykański prezydent znajdzie się znów na kolizyjnym kursie ze swoimi sojusznikami wisiało w powietrzu zanim bruselski szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego się rozpoczął. Ale mało kto przypuszczał, że ta kolizja osiągnie aż taki wymiar. A ustalenia, którymi szczyt się zakończył zapewne nie stanowią definitywnego zażegnania sporu wewnątrz NATO.

 

Problemy zapowiadały już wcześniejsze wypowiedzi Donalda Trumpa, sygnalizujące że nie tylko nie zamierza wycofywać się z nacisków na swoich europejskich sojuszników niechętnych do powiększania budżetów wojskowych do uzgodnionego w 2014 r. poziomu 2 proc. Teraz Trump oczekiwał już nie 2, tylko 4 procent.

– Wiele krajów nie płaci, ile powinny – oświadczył Trump już na wstępie szczytu, podczas śniadania z sekretarzem generalnym Sojuszu Jensem Stoltenbergiem. – A mówiąc wprost, wiele krajów winnych jest nam przeogromne pieniądze za wiele lat wstecz, kiedy zalegały z płaceniem, a Stany Zjednoczone musiały za nie zakładać. Pierwszy dzień szczytu zakończył się zatem zwarciem.

W czwartek, na zakończenie niejawnych sesji Trump przed odlotem do Londynu otrąbił sukces, triumfalnie oświadczając, że „wierzy w NATO” oraz że szczyt zakończył się decyzją o natychmiastowym podniesieniu swoich budżetów obronnych do 2 proc.

 

Etap

Jak to będzie – jeszcze się okaże, szczyt, jak to szczyt, musiał się czymś zakończyć. Cokolwiek odbywa się z udziałem prezydenta Trumpa musi być sukcesem. Europejscy przywódcy też zapewne nie chcieli doprowadzać do tego aby szczyt kończył się w atmosferze fiaska. Nie mówiąc o tym, że byłby to poważny cios tak i Sojusz, jak i w samego Trumpa zadany mu na trzy dni przez oczekiwanym spotkaniem z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Cokolwiek by nie było mówione o manifestujących się wewnątrz Sojuszu podziałach i różnicach poglądów na jego funkcjonowania, byłoby i skrajnie nielojalne, i biłoby nie tylko w Trumpa, ale i w samo NATO, osłabiając pozycję wszystkich jego państwa. Przez helsińskim spotkaniem w interesie wszystkich było, żeby Sojusz zachowywał chociaż pozór wewnętrznej spójności. Na to zapewne liczył amerykański prezydent stawiając swoje warunki.

Czym innym jest jednak potrzeba chwili, czym innym długodystansowe działania, a w tej materii brukselski szczyt niewiele przesądził.

 

Konflikt wizji, konflikt interesów

Filozofia, w myśl której Europa za amerykański udział w jej ochronie – według Trumpa stanowiący od 70 do 90 proc. kosztów – musi się zmniejszyć na rzecz znacznie bardziej substancjalnego wkładu Europy, gdyż nie może odbywać się to na koszt amerykańskiego podatnika to zwykły bluff. Faktycznie, USA są pod względem siły militarnej największym komponentem Sojuszu, większym od wszystkich pozostałych razem wziętych, nie określa wcale, kto komu powinien płacić. Przyrównywanie NATO do „międzynarodowej firmy ochroniarskiej”, jak określa amerykańskie podejście niemiecki dziennik „Handelsblatt” jest z gruntu fałszywe, bo to USA mają ambicję być globalnym mocarstwem tak gospodarczym jak i militarnym i nie wynika z tego, że na ten cel Europa musi płacić haracz. Bez trwałych punktów oparcia w Niemczech – jak choćby baza w Rammstein – USA o tej pozycji ani w regionie europejskim, ani w Środkowej Azji nie mogłyby myśleć. A w skali budżetu samej organizacji – dość skromnego, bo liczącego niecałe 5 mld dolarów, Stany Zjednoczone wkładają ok. 22 proc. – tyle, ile wynika z kalkulacji opartej przede wszystkim na PKB państw członkowskich.

Druga obserwacja, której nie sposób się oprzeć, jest taka, że uparte naciski, aby Europa płaciła USA za ich zaangażowanie w jej ochronę, to w gruncie rzeczy element toczącej się już na całego wojny celnej pomiędzy USA a resztą świata, w której na razie jedynym „osiągnięciem” amerykańskiej polityki było właśnie popchnięcie Europy bliżej do Chin, a nawet Rosji. Logika – wojujecie z nami na pieniądze, to płaćcie za ochronę jest tu aż nadto widoczna.

 

Fałszywe opozycje

Postawienie przez Trumpa pytania, jak to jest, że Zachodnia Europa jednocześnie boi się Rosji i chce aby NATO było parasolem ochronnym przed nią, a równocześnie aprobuje budowę gazociągu Nord Stream 2, którym popłynie rosyjski gaz , a i w innych obszarach – nawet pomimo sankcji – podtrzymuje współpracę gospodarczą z rosyjskimi podmiotami, które pojawia się w komentarzach jest zupełnie błędna. Jest to bowiem logiczna antyteza jedynie z perspektywy Waszyngtonu widzącego świat tylko z perspektywy siebie jako samotnego hegemona i jego posłusznych wasali lub wrogów oraz wschodnioeuropejskich pionków w tej rozgrywce, tak zaimpregnowanych rusofobią, że gotowych akceptować wszystko, co Wielki Brat zarządzi – żeby dopłacać mu za obecność amerykańskich dywizji, żeby łożyć na obronę terytorialną, żeby kupować droższy skroplony gaz i niszczyć sektory własnej gospodarki żyjące nie tak dawno jeszcze z eksportu na Wschód.

Z perspektywy centrum Europy takiej opozycji właśnie nie ma. Z Berlina czy Paryż świat i system globalnego bezpieczeństwa to wielka sieć naczyń połączonych, w której takich wykluczających się opcji nie ma, bo być nie może. Bo jest to gra nie na zero-jedynkowe rozstrzygnięcia stawiające każdą sprawę na ostrzu noża, jak najwyraźniej wyobraża sobie politykę globalną Trump (i wielu innych amerykańskich polityków), ale na dążenie do tworzenia całych układów równowag. A jedną z nich jest też równowaga w relacjach z Rosją. To kanclerz Merkel rozumie doskonale – w końcu zęby na tym zjadła.

Że Polska nie wyciągnęła przez wieki wniosku, że skoro ma się na wschód od siebie sąsiada (w stosunku do którego czuje odwieczną zawiść, bo wskutek jakiejś tragicznej pomyłki dziejów zastąpił w XVI w. jej nieodżałowaną rolę „wielkiego państwa na wschodzie”), trzeba nauczyć się z nim żyć, bo z dnia na dzień nie zniknie, ani nie pogrąży się w wiecznej smucie – to oczywistość, z którą nad Wisłą nie da się dyskutować. Ale taki poziom zaufania do merkantylizacji obronności, jaką serwuje Europie Trump uznać za wartą cokolwiek gwarancję – to dowód skrajnej naiwności. Opieranie strategii własnego bezpieczeństwa na sojuszu z państwem, które potrafi swoją doktrynę sojuszniczych zobowiązań zredukować do kwestii zakupu „usługi ochroniarskiej” to skrajna niefrasobliwość. Nietrudno sobie wyobrazić, że sojusz taki z dnia na dzień może przestać istnieć. A co pozostanie – lepiej nie myśleć.

Strefa Erdogana i Putina

„Na 31 mln dorosłych Polaków jest te 5 mln, którzy głosują na PiS i jak widać, to wystarcza. Pytanie, co się dzieje z tymi pozostałymi 26 mln” – z politologiem, prof. Radosławem Markowskim rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co)

 

JUSTYNA KOĆ: Co to za gra, która toczy się między prezydentem a parlamentem, czyli de facto jego macierzystą partią, o referendum konstytucyjne?

PROF. RADOSŁAW MARKOWSKI: Trudno się połapać, o co tu chodzi. Chyba warto zrobić krok w tył i powiedzieć, że niebywałym infantylizmem politycznym jest to, żeby referendum, w którym jednym z pytań jest tak fundamentalne pytanie, jak to o konstytucję, zabagniać czternastoma innymi mniej lub bardziej marginalnymi zagadnieniami. Większość z nich jest bezsensowna, np. pytanie o prawa nabyte. Jedno pytanie można by zadawać w oddzielnym referendum po odpowiednim przygotowaniu, np. czy prerogatywy prezydenta w obecnej konstytucji nie powinny być trochę większe. Tak było w tzw. małej konstytucji z 1992 roku, gdzie prezydent miał więcej do powiedzenia w sprawie polityki zagranicznej i obronnej.
Ale podstawowy problem leży gdzie indziej. Nie wolno robić takiej konstytucyjnej zabawy. Najpierw trzeba powiedzieć, dlaczego obecna konstytucja jest zła, a takich analiz nie ma. Po drugie, skoro już zdecydowano się zmieniać konstytucję, to potrzeba co najmniej spokojnych dwóch lat, żeby powołani eksperci – nie politycy, którzy mają swoje interesy – zajęli się sformułowaniem pytania, jakie alternatywne rozwiązania konstytucyjne mogą wchodzić w grę, i pokazali to na papierze. Mówiąc krótko, musi być jasno napisane, czym nowa konstytucja będzie się różnić od starej. Pierwsze pytanie w referendum jest skandaliczne w tym brzmieniu, jakie zaproponował prawnik Duda. To pytanie brzmi: czy chcesz zmienić konstytucję w całości, czy tylko we fragmentach?

 

Przypomnijmy dokładnie: czy jest pani/pan za uchwaleniem a) nowej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej?; b) zmian w obowiązującej Konstytucji RP?

A gdzie odpowiedź dla takich jak ja, którzy mówią: nic nie zmieniać, obecna jest dobra? Ja na pierwszym roku dowolnego kierunku uczę studentów, że tak się nie zadaje pytań. W dobrze skonstruowanym pytaniu musi być możliwość, aby pytany odpowiedział zgodnie ze swoimi przekonaniami, tak jak uważa. Jedną z opcji powinno być pozostawienie konstytucji w obecnym kształcie. Prezydent chyba nie rozumie, że nie wolno robić tego w taki sposób, w jaki zaproponował. Jak czułby się prawnik Duda, gdybym w badaniu opinii publicznej zadał pytanie brzmiące: „Czy uważasz, że prezydenta Dudę należy odwołać: (a) natychmiast czy (b) w ciągu miesiąca?”. Teraz rozumiem, dlaczego na UJ miał kiepski stopień z magisterium i słabo obroniony doktorat…
Zaś gierki między PiS a Andrzejem Dudą mogą wskazywać na to, że po prostu ten ostatni chce zwiększyć władzę prezydencką. Tak jak raz uniósł się wetując pomysły Ziobry, z powodu raczej prywatnych ambicji niż dobra publicznego, tak wydaje się być i teraz. Duda ma jeszcze dwa lata kadencji, liczy pewnie na kolejne pięć lat. Warto zwrócić uwagę, że w takich półautorytarnych systemach jest tak, że kombinuje się z konstytucją i kadencją. Prezydent w środku kadencji zmienia konstytucję, potem może powiedzieć, że okres, kiedy był prezydentem pod starą konstytucją, się nie liczy, zatem może pozostać na stanowisku jeszcze dwa pięciolecia. W niedemokratycznych systemach, a w takim kierunku zmierzamy, takie działania są częste. Zresztą w powyższym kontekście nawet głupio się zastanawiać nad tym, o co i kto się spiera w PiS-ie. Pewnie Ziobro nie chce zbyt dużej władzy tego ośrodka i tyle.

 

To po co to wszystko?

Jest jeszcze jedna hipoteza, która mówi, że powodem byłby ten sam termin referendum, co wyborów samorządowych. Opozycja absolutnie zasadnie – a ja z punktu widzenia mojej wiedzy o polityce i referendach również – będzie namawiać do tego, aby nie chodzić na takie referendalne farsy. Nie można zostawić ludziom zaledwie kilku miesięcy na podejmowanie decyzji, co ma być w konstytucji, oraz na poważne zastanawianie się nad kolejnymi 14 innymi tematami, wśród których – gdyby całe przedsięwzięcie traktować poważnie – są takie, nad którymi należałoby głęboko się zastanowić, a poważna wielomiesięczna akcja edukacyjna byłaby wielce wskazana. Nie bez kozery demokratyczny świat wymyślił instytucję konstruktywnego wotum nieufności. To jest bardzo mądre rozwiązanie, które zakłada, że jeśli chcemy coś zmienić, np. odwołać premiera czy marszałka, to musimy jednocześnie wskazać, kogo chcemy na jego miejscu widzieć. Jakiś czas temu mieliśmy referendum – abstrahując, czy zasadne, czy nie – aby odwołać prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Zdecydowana większość warszawiaków nie wzięła w nim udziału, bo nie wiedziała, kto zamiast.

 

To jak należy zmieniać konstytucję, jeżeli już to robić?

Dobrym przykładem była Nowa Zelandia. Na początku lat 90. Nowozelandczycy postanowili zmienić swoją konstytucję i prawo wyborcze. Proces przewidzieli na kilka lat. Najpierw spytano, czy jest wola zmiany, później przedstawiono cztery alternatywne ordynacje wyborcze do wskazania w pierwszym referendum. Intensywnie socjalizowano Nowozelandczyków do trzech alternatywnych ordynacji wyborczych i później dano im po dwóch latach szansę, aby się wypowiedzieli, którą z opcji popierają. To jest poważnie wykonana robota, gdzie ludzie mają czas i możliwość zapoznania się tym, co im się proponuje. A referendum Dudy to polityczna hucpa i nieodpowiedzialność obliczona na własną korzyść, nie mówiąc już o długotrwałych efektach dalszej kompromitacji samej instytucji referendum.

 

Jak powinna zachować się w tej sytuacji opozycja?

Powinna namawiać, aby do referendum nie iść. Tylko musi się przygotować na to, że gdy będzie to robić, to podniosą się populistyczne głosy, że to anarchizacja, że opozycja nie chce, aby społeczeństwo brało udział w polityce. Wówczas może dojść do sztucznego obniżenia frekwencji ludzi, którzy chcą popierać partię demokratycznego, liberalnego centrum. Zwłaszcza gdyby wybory i referendum miały nastąpić tego samego dnia, chociaż nawet gdyby był tydzień czy dwa różnicy, to też może taki efekt być. I obawiam się, że to może być główny motyw owego referendalnego podniecenia Andrzeja Dudy i PiS.
Panie profesorze, skoro jesteśmy przy wyborach samorządowych, to jak ocenia pan strategię SLD, by po równo atakować PiS i PO? Włodzimierz Czarzasty mówi o trzeciej drodze, która ma rozbić PO-PiS.
Zastanawiam się, co jest większą bolączką debaty publicznej: czy to, że mamy do czynienia z prymitywną propagandą, lawiną kłamstw odnośnie do otaczającego świata serwowaną przez PiS i jej agendy, czy też że część uważających się za tzw. publicznych intelektualistów i „gniewnych” lewicujących dziennikarzy nowego pokolenia wydaje się doświadczać ogromnych trudności w docieraniu do rzetelnej wiedzy o współczesnym świecie.
Taka narracja bezrefleksyjnego krytykowania III RP, a zwłaszcza ośmiu lat rządów PO-PSL, jest czymś, co obraża każdego szanującego własny rozum człowieka.
By była jasność, zarówno owo 25 lecie, jak i lata ostatniej demokratycznej koalicji nie były idealne, wiele rzeczy można pewnie było zrobić nieco lepiej, ale jak się patrzy na dorobek Polski – na tle choćby tak cywilizacyjnie zaawansowanych w regionie Europy Środkowej krajów, jak Słowenia, Czechy czy Węgry – to jedyną uczciwą intelektualnie kwestią jest próba odpowiedzi na pytanie, jakim cudem to właśnie nam udało się „o niebo” lepiej rozwijać w ciągu tego okresu, a tempo naszych zmian było dwukrotnie lub wielokrotnie szybsze niż w tych krajach. A teraz SLD. Zacznijmy od tego, że ludzi o poglądach lewicowych w Polsce jest między 30 a 45 proc., zależy jakie aspekty lewicowości brać pod uwagę. W wielu ostatnich latach jednak głównej partii lewicy polskiej nie udawało się zyskać poparcia nawet połowy tego elektoratu, z bardzo różnych powodów – od nieudanych przywódców, przez brak klarownego programu politycznego, po wystawianie kompromitujących w ogóle świat polityki kandydatów na najważniejsze stanowiska w państwie. Teraz SLD gra dość cynicznie, bo musi udawać, że nie widzi głównego zagrożenia demokratycznego ładu w Polsce i czepia się konkretów polityk sektorowych w wersji uprawianej przez poprzednią koalicję kilka lat temu. Dość specyficzne poczucie odpowiedzialności za nasze dobro publiczne. A to może się zemścić, bo SLD nie zyska wiele wśród zagubionych, słabo wykształconych mieszkańców wsi, musi walczyć o miejskiego inteligenta i część klasy średniej, a ci niekoniecznie muszą podzielać ten ich krytycyzm. SLD powinno – i pewnie będzie – nagłaśniać takie sprawy, jak edukacja, sfera publiczna, ścieżki rowerowe, wszystko to, co jest związane z ideami progresywnymi. To samo będą zresztą mówiły PO i Nowoczesna, zatem SLD gra o wyborcę z partiami opozycyjnymi, a nie z PiS-em.

 

Grają na rozbicie opozycji, co sprzyja PiS-owi?

Może nie intencjonalnie, ale rezultat taki właśnie może być. Już od roku wiadomo, że nie jest możliwa wielka lewicowa koalicja z SLD jako jądrem; obawiam się, że nie jest też możliwa koalicja Partii Razem z kimkolwiek, a to oznacza, że tzw. nowa lewica nie dogada się ani ze sobą, ani z SLD. Scenariusz, w którym do wyborów parlamentarnych pójdą 3 albo 4 ugrupowania lewicowe, jest równie prawdopodobny, co (niestety) komiczny, a dla ludzi prawdziwej lewicy – tragiczny, gdyż oznacza kolejne 4 lata braku wpływu na politykę państwa. Proszę tylko pamiętać, że wybory samorządowe są specyficzne, regionalne, w każdym zakątku kraju to może inaczej wyglądać. SLD ma ciągle silne struktury lokalne, więc chce powalczyć w takich lokalnych konfiguracjach, w jakich uważa za stosowne. Ciekawe, czy odważy się zawiązać koalicję z PiS. Jak to jest możliwe, że PiS jest ciągle liderem sondaży? Po ujawnieniu nagród, łamaniu prawa, obrażaniu, pogardzie dla opozycji, kłopotach Polski w UE z art. 7, chaosie w szkołach czy astronomicznych wydatkach Beaty Szydło na fryzjera i wizażystę… PiS ciągle jest liderem procentowym, ale w liczbach bezwzględnych poparcie mu spada. Problem jest w tym, że inne partie nie potrafią przebić się z atrakcyjną propozycją. PiS stosuje prostą propagandę: okazało się, że ta partia strzeliła w dziesiątkę tym, że Polak nie rozumie spraw publicznych. Większość społeczeństwa jest kształcona od kolebki do potwornego egocentryzmu, a raczej prywatocentryzmu, i patrzenia wyłącznie przez pryzmat rodziny – my, nasi, kumple – a nie dobra publicznego. PiS to zrozumiał. Srebrniki do kieszeni są dużo bardziej atrakcyjne niż budowa teatrów, przedszkoli, autostrad itp. Pomieszanie datków, przekupstwa i klientelizmu ekonomicznego z sosem patosu religijno-nacjonalistycznego – okazało się, że to świetnie działa. Na 31 mln dorosłych Polaków jest te 5 mln, którzy głosują na PiS i jak widać, to wystarcza. Pytanie, co się dzieje z tymi pozostałymi 26 mln, dlaczego oni nie są w stanie się zorganizować, zaktywizować i odesłać w niebyt tych, którzy łamią polską konstytucję. Ci, którzy głosują na PiS, nie rozumieją wagi prestiżu konstytucji, poszanowania praw i zasad cywilizowanego świata, demokratycznych reguł gry.