Idole opozycji

Kolejnych idoli obozu antypisowskiego wyznacza prezes Kaczyński.

 

Po sukcesie Dudy, nieoczekiwanej porażce Komorowskiego, ogórkowej kompromitacji SLD było jasne, że Polacy są gotowi uwierzyć Beacie Szydło, zwiastującej „dobrą zmianę”. Zwłaszcza że zmiana miała nastąpić także w PiS, które schowało budzących największą nieufność Kaczyńskiego i Macierewicza, i gwarantowało, że nie znajdą się w przyszłym rządzie.

 

Państwo teoretyczne

W Polsce nie było już Tuska, ale wciąż trwała atmosfera wywołana aferą taśmową. Wyborcy pamiętali diagnozę ministra Sienkiewicza, według której flagowy okręt PO, Polskie Inwestycje Rozwojowe, to „chuj, dupa i kamieni kupa”, a „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. Chcieli, żeby zaistniało naprawdę i wreszcie zatroszczyło się nie o beneficjentów transformacji, ale o najbiedniejszych. Skala nędzy, o której wszystkie rządy nie chciały wiedzieć, była ogromna.
W ocenie Banku Światowego, za rządów PO-PSL ok. 3 mln obywateli, w tym prawie 800 tys. dzieci, egzystowało w sferze skrajnego ubóstwa, czyli poniżej granicy biologicznego przetrwania. W 2015 r. wynosiła ona 545 zł dla gospodarstwa jednoosobowego i 1472 zł dla czteroosobowej rodziny. Natomiast poniżej minimum socjalnego (w 2015 r. odpowiednio 1080 zł i 2915 zł) żyło 43 proc. Polaków (16 mln). Dotyczyło to aż 42 proc. pracujących. Nawet jeśli niektórzy z nich dostawali od pracodawcy jakieś dodatkowe, nieopodatkowane i nieozusowane pieniądze, i tak są to dane porażające.

 

Polska w ruinie

Trudno się dziwić, że ludzi szlag trafił, kiedy dowiedzieli się od ministerki Bieńkowskiej, że za 6 tysięcy zł pracuje tylko idiota. I tym bardziej zachwycił ich program 500+. Nie licząc złodziejskiego Programu Powszechnej Prywatyzacji, po raz pierwszy ktoś chciał im dać konkretne, wcale niemałe pieniądze. I to na każde dziecko. Jeśli dodać do tego agresywną, oszczerczą kampanię („Polska w ruinie”), a przede wszystkim zdecydowane poparcie Kościoła i Radia Maryja, wynik wyborów był przesądzony. Oczywiście nie byłby tak fatalny w skutkach, gdyby SLD-Lewica Razem przekroczył 8-procentowy próg wyborczy. Zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów i PiS zgarnął 30 lewicowych mandatów. Nie wystarczyło do większości konstytucyjnej, ale zapewniło bezwzględną i samodzielne rządy. Pierwsze od 1989 r.
Po złamaniu obietnicy, że Macierewicz nie będzie ministrem obrony, reszta poszła łatwo, bo zwycięzcy pozbyli się wszelkich hamulców. Uznali, że pod osłoną programu 500+ mogą sobie pozwolić na wszystko. Jak bezczelnie powiedział Mateusz Morawiecki, jeszcze jako minister finansów, „oczywiście, że prawo nie jest najważniejsze”. W demokratycznym państwie byłby skończony, w kaczystowskim awansował na premiera.

 

Rzepliński

Wobec ogromu bezczelności, do której z czasem doszło zwyczajne chamstwo, opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna, okazała się bezradna. Działania, które podejmowała, były jedynie odpowiedzią na to, co robili kaczyści. Nawet kolejni idole opozycji byli wyznaczani przez prezesa Kaczyńskiego. Wyjątek stanowi Mateusz Kijowski, który wraz z zainteresowaniem służb kaczystowskiego państwa stracił społeczne poparcie. Jest to zarazem swoisty fenomen, który sam się wykreował i własnoręcznie zniszczył.
Pierwszym wykreowanym przez PiS idolem opozycji był prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Dopóki partia rządząca nie zagięła na profesora parolu, mało kto w Polsce w ogóle wiedział o jego istnieniu, a ceniony był głównie przez Watykan. W 2015 r. za zaangażowanie w pracę na rzecz Kościoła papież Franciszek, na wniosek kard. Nycza, przyznał mu medal Pro Ecclesia et Pontifice. Tym samym profesor znalazł się w gronie stu kilkudziesięciu nagrodzonych Polaków, wśród których są Paweł Adamowicz, Tomasz Arabski, Alicja Grześkowiak, Michał Seweryński, Wojciech Szczurek. Odznaczenie jest w pełni zasłużone, bo prof. Rzepliński zawsze miał na względzie interesy Kościoła. Jak powiedział, odbierając medal: „Jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem”. Dopiero bezpardonowy atak PiS uczynił go obywatelem i obrońcą konstytucji.

 

Gersdorf

Kolejnym idolem opozycji została prof. Małgorzata Gersdorf. Proces przebiegał z oporami, bo na początku I prezes Sądu Najwyższego nie bardzo potrafiła się odnaleźć w roli bojowniczki o niezawisłość polskiego sądownictwa. 18 września 2017 r. uczestniczyła w Pałacu Prezydenckim w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK Justyna Piskorskiego, wybranego przez PiS. W związku z głosami oburzenia, że to legitymizuje niekonstytucyjne działania PiS, rzecznik SN wydał następujące oświadczenie: „W imieniu pani profesor Małgorzaty Gersdorf proszę o przyjęcie zapewnienia, że w trudnym okresie stresów i przepracowania, każdemu z nas zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie, z przeoczeniem specyficznych uwarunkowań, które powinny być brane pod uwagę w działalności publicznej I prezesa Sądu Najwyższego”.
Do bezrefleksyjnych należy też zaliczyć część wypowiedzi I prezes SN w Federalnym Trybunale Sprawiedliwości w Karlsruhe i na zorganizowanej tam konferencji prasowej. W wykładzie „Państwo prawa w Polsce – stracone szanse?” zawarła taką ocenę polskiej historii: „Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie, okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu, nadal ciąży nam jak kamień u szyi”.
To typowa nowomowa III RP. Obraźliwa dla milionów Polaków, którzy odbudowali po wojnie swój kraj, żyli w nim i pracowali. Jest namiętnie stosowana także przez prezesa Kaczyńskiego i ministra Ziobro do uzasadniania m.in. niszczenia wymiaru sprawiedliwości, w tym Sądu Najwyższego.
Prof. Gersdorf została okrzyknięta i przyjęła na siebie rolę drogowskazu, ale sama nie podąża w kierunku, który wskazuje. Obrońcy demokracji oczekiwali, że będzie niezłomnie trwała na stanowisku. Toteż, kiedy dość bezradnie zapytała: „Mam się przykuć do biurka?”, zawsze niezawodny sędzia Igor Tuleya odpowiedział: „Tego się po pani prezes spodziewaliśmy”. Z pewnością zaś nie oświadczenia z Karlsruhe: „Sędziowie nie mają wojska. Sędzia zawsze przegra z władzą. Będzie tak, jak będzie. (…) Mogę tylko trwać, trwać w tym swoim mniemaniu, że jestem I prezesem, natomiast nie ma takiej możliwości, żeby sędzia, i to jednak kobieta, według władzy stara, mogła się przeciwstawić wszystkiemu. (…) Będę I prezesem na uchodźstwie”. To dowcipne, ale nie załatwia sprawy, bo SN potrzebuje prezesa na miejscu.

 

Konstytucja

Niekwestionowanym idolem nieosobowym została Konstytucja. Podobnie jak obydwojga profesorów prawa, w momencie podjęcia obrony prawie nikt nie znał jej treści, a zdecydowana większość nie zna nadal. Oczywiście, pomimo to warta jest obrony, ale nie dlatego, że taka dobra, a dlatego, że pisowska będzie stokroć gorsza. Znowu walczymy o mniejsze zło. Kiedy wreszcie opowiemy się za dobrem? Choćby też tylko mniejszym.
Niewykluczone, że dopiero wtedy, kiedy opozycja samodzielnie wykreuje swojego idola. Niestety, nic nie wskazuje, żeby nastąpiło to przed przyszłorocznymi wyborami.

Czego Polacy nie widzą?

„Kościół kompletnie nie reaguje, nawet wyraża zadowolenie z rządów PiS-u. Gdyby nie jego poparcie, to na pewno nie byłoby takiej łatwości w rozwalaniu demokratycznych instytucji”. Z prof. Ireneuszem Krzemińskim rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Panie profesorze, mamy środek lata, piękną pogodę, a my umówiliśmy się na rozmowę o sytuacji w Polsce. Jaka to będzie rozmowa?

PROF. IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: Niestety, pełna lęku o to, co się dzieje z naszą demokracją, która wydawałoby się, że jest tak dobrze zakorzeniona, trwała, niezagrożona, tymczasem okazuje się, że to nieprawda. Perspektywa zaprowadzenia przez PiS monopartyjnych rządów na wzór PRL – jest przerażająca.
PiS buduje system, z którym jeszcze tak niedawno mieliśmy do czynienia. Dla mnie to nieprawdopodobne, że Polacy dali się uwieść kłamstwom i datkom z własnej kieszeni, by tak rzec, i nie dostrzegają powrotu do monopartyjnego systemu władzy.
Z drugiej strony mamy do czynienia z niezwykłym ożywieniem obywatelskim. Ci działający obywatele niestety czują się bezsilni wobec partii, która została wybrana demokratycznie, a działa w duchu autokratycznym, dąży do dyktatury. Ta aktywność obywatelska jest dziś, moim zdaniem, jedynym ratunkiem dla demokracji.

 

Jednak protestów jest mniej niż np. rok temu.

Bo ludzie mają poczucie bezsilności. Rok temu główne protesty były przed Pałacem Prezydenckim i Sądem Najwyższym, kiedy domagano się weta. Prezydent zawetował wówczas te ustawy, ale dziś widzimy, że to nic nie znaczyło, było tylko rozgrywką wewnętrzną w obozie władzy.
Prezydent nie ma żadnych dobrych intencji, zachowuje się dosyć niemądrze. Mówiąc wprost: myśli dość głupkowato, tak, że żadnych nadziei nie można z nim wiązać. Bardzo się ucieszyłem, kiedy dostrzegła to moja świetna i znana koleżanka, Jadzia Staniszkis, która bardzo wyraźnie powiedziała, jak ten prezydent ją rozczarował.
W tej chwili w publicystyce światowej pisze się dużo o zagrożeniach demokracji. Przeglądałem niedawno „The Economist”, piszą tam o dużym zagrożeniu demokracji wszędzie tam, gdzie instytucje demokratyczne nie są wystarczająco silne. Sytuacja jest o tyle paradoksalna, że w kraju, który jest liderem demokratycznego świata, w USA, rządzi prezydent, który ma autokratyczne zapędy, który spotyka się w bezczelny sposób z autokratycznymi, a nawet totalitarnymi przywódcami i ich chwali! Na szczęście instytucje amerykańskie są na tyle silne, że są w stanie się temu przeciwstawić. Tam zwykli sędziowie potrafili zastopować prezydenta, gdy uznali, że jego pomysły są niezgodne z konstytucją.

 

U nas tych silnych instytucji zabrakło?

Ujawnił się ważny element. Ja sam należałem do tych socjologów, którzy mówili o słabości społeczeństwa obywatelskiego, a tymczasem tak naprawdę okazuje się, że słabe są nasze instytucje. Okazało się, że nie były one dostatecznie zabezpieczone i wzmocnione. Nawet jeśli było prawo je chroniące, to one same nie miały woli działania. Zabrakło tego, co możemy nazwać wykształconymi, mądrymi, oddanymi ideom demokratycznej władzy urzędnikami, którzy byliby w stanie bronić i przeciwstawić się czynnie temu, co się działo. Przypomnę, że wszystko zaczęło się od niezwykle brutalnego ataku na Trybunał Konstytucyjny, ale tak naprawdę walczył wtedy tylko prezes Trybunału. Dopiero w ostatniej chwili przyłączyli się inni, kiedy już było za późno. Gdyby jednak włączyli się znacznie wcześniej, bronili swojego przewodniczącego, mówili głośno, że tak być nie może, to kto wie, jak potoczyłyby się wydarzenia. TK jest kluczowym organem, który kontroluje władzę.
Powiem pani, co jest tu największym paradoksem.
Przypominam sobie wyniki własnych badań, które prowadziliśmy z prof. Pawłem Śpiewakiem w dwóch małych miastach – Szczecinku i Mławie – gdzie to, że istnieje państwo prawa, że człowiek może zaskarżyć urzędnika, że urzędnik nie jest bezkarny wobec obywatela, że urząd ponosi odpowiedzialność, było oceniane jako jedno z najcenniejszych osiągnięć po 1989 roku. Pierwsze badanie robiliśmy w 1997 roku, potem w 2008 roku. Te wyniki były jednoznaczne. A teraz…

 

Panie profesorze, mówi się, że sytuacja polityczna się pogarsza i nie ma już żadnego pola, na którym mogłoby dojść do dialogu, prawdziwej debaty. Parlament nie działa, tej roli nie spełnia też Kościół. Zatem co nas czeka?

Kościół kompletnie nie reaguje, nawet wyraża zadowolenie z rządów PiS-u. Gdyby nie jego poparcie, to na pewno nie byłoby takiej łatwości w rozwalaniu demokratycznych instytucji. Jeżeli nawet przewodniczący episkopatu, który mówi rozsądnie, nie jest w stanie skłonić swoich współbraci biskupów do zajęcia stanowiska jako episkopat, to o czymś to świadczy.
Zresztą nie rozumiem tego, bo bez Kościoła, jego aktywności czy poparcia opozycji i solidarnościowego „podziemia” w latach 80., nie udałoby się nam dojść do demokracji i wolnej Polski. Dziś to jest ogromna siła, która walczy z demokracją. To jest dramatyczna sytuacja, także dla mnie jako katolika, człowieka wierzącego.

 

Napisał pan ostatnio w komentarzu, gdy ekspresowo toczyły się prace nad ustawami sądowymi, że to koniec polskiego parlamentaryzmu. A może nam po prostu bliżej jest do Pawłowicz i Kaczyńskiego niż do Mazowieckiego i Bartoszewskiego?

W tym kontekście trzeba zauważyć to, co działo się przez ostanie lata z językiem polskiej polityki, ale przede wszystkim jest to kwestia wielkiego sukcesu propagandowego PiS-u. Na początku była zdrada narodowa, potem tworzenie mitu jedynego dobrego, patriotycznego prezydenta, „zamordowanego w Smoleńsku” (jakby inni prezydenci nie byli patriotami…). Opozycja pozwalała PiS-owi na taką narrację.
Ile razy słyszeliśmy, że Donald Tusk ma krew na rękach, poprzedni prezydent był nazywany „komoruskim” i nikt z tym wystarczająco nie walczył. Przez lata PiS-owi udało się zbudować taki obraz rządów PO-PSL, jakby działy się straszne rzeczy, co oczywiście nie jest prawdą i wszystkie badania temu przeczą. Poziom zadowolenia z życia, wiary w sukcesy i to, że dzieciom będzie się żyło lepiej, w badaniach wyraźnie było widać.
To słynne badanie prof. Macieja Gduli w Miastku zrobiło ogromne wrażenie na socjologach i publicystach, bo ono pokazywało, że właściwie wbrew temu, co się uważało, to nie wykluczeni, których liczba ciągle malała, byli istotną grupą wyborców, tylko ci, którym się dobrze powodziło, wybrali PiS. Problem w tym, że zawiodły ich oczekiwania, rozbudzone aspiracje. Ta wielka przemiana Polski, która dokonała się za czasów rządów PO-PSL, wzbudziła jeszcze większe oczekiwania i aspiracje ludzi, które zostały zlekceważone. PiS-owi udało się to przedstawić jako program polityczny i nikt temu nie przeciwdziałał racjonalnie.
Niestety, bardzo ważnym elementem w tym wszystkim jest jeszcze opozycja. Ja wiem, że nie jest im łatwo, a nawet bardzo trudno. Opozycja parlamentarna jest traktowana w sposób, który trudno w ogóle komentować, dlatego też m.in. uważam to za kres polskiego parlamentaryzmu. Ale opozycji brak inicjatyw! Co najwyżej opozycja odpowiada na ciosy, które zadają PiS-owcy, często to jest gra bardzo inteligentna i słuszna, tylko, niestety, niewiele z tego wynika.
Brak jest mobilizacji społecznej, protestu, który byłby istotny, bo ludziom potrzeba czegoś więcej niż dowodzenia, że PiS jest zły!
Zresztą byłem zwolennikiem jasnej walki z tymi bzdurami nt. katastrofy smoleńskiej, przekonywałem o tym premiera Tuska. Niestety, to zostało zlekceważone, bo wydawało się, że to taka głupota, że nie można na to racjonalnie reagować, teraz skutki tej głupoty przynoszą niezwykłą korzyć PiS-owi i ciężko to będzie teraz zmienić. Ciężko przekonać człowieka, że tak diametralnie się myli, a na pewno potrzeba czegoś więcej niż retoryka anty-PiS. Ludzie potrzebują wizji.

 

Co powinna zrobić opozycja?

Np. przedstawić kompleksową reformę służby zdrowia. Nikt tego od dawna nie zrobił, a służba zdrowia jest strasznie niefunkcjonalna. Stworzenie kompleksowej wizji, rozpoczęcie dyskusji ze środowiskami lekarskimi, pielęgniarkami, stworzenie kompleksowego programu, tak jak przy pierwszej wielkiej reformie służby zdrowia, która została potem zniszczona przez postkomunistów. Albo pokazać nowy program reformy emerytur, nie mówiąc już o kompletnym braku jakichkolwiek instytucjonalnych rozwiązań dla starzejącego się społeczeństwa…
Takie idee społecznych programów można mnożyć, nie mówiąc już o powrocie do istoty demokracji, czyli zapewnieniu większego wpływu obywateli, oddolnego, by tak rzec, na sprawowane rządy.

 

Jak to się skończy, bo to, co pan mówi, nie napawa optymizmem?

Nie napawa optymizmem, bo to jest sytuacja bardzo niepokojąca, dodatkowo z powodu tego, co się dzieje na świecie. Gdybyśmy mieli innego prezydenta w USA, to podejrzewam, że jego reakcja na to, co dzieje się w Polsce, byłaby inna. Można byłoby przynajmniej na jakiś czas powstrzymać destrukcję państwa. Niestety, to obywatele muszą sami o tym zdecydować.
Kwestia, na ile obywatele się obudzą, jest niezwykle istotna. Tu widzę dużą rolę Kościoła, o ile się przemieni politycznie! Czyli odejdzie od partyjnego myślenia…
To, że papież Franciszek dał się nabrać polskim biskupom, jest bardzo przykre. On dalej uważa, że tak miło w tej Polsce było podczas Światowych Dni Młodzieży, jak gościł w naszym kraju. Widać, że w Watykanie lobby Radia Maryja jest dostatecznie silne, żeby te kłamstwa tam dalej trwały.
Myślę, że ta polityka musi w końcu zbudzić sprzeciw, bo pełna jest także absurdalnych pomysłów, jak rozbudowa zbankrutowanego lotniska w Radomiu, którą się robi z powodów politycznych. Tak samo Wielką Hutę się budowało z powodów politycznych. Wszystko ma być centralne, narodowe, jak za komuny. Zaczną się też kłopoty finansowe z powodu obciążenia budżetu.
Kluczową kwestią jest tu znowu opozycja. Jej umiejętność mobilizacji ludzi do oporu.

 

Nie uważa pan, że PiS nie odda władzy, bo wie, że to się będzie wiązało z rozliczeniami i Trybunałem Stanu?

To jest następna ważna kwestia, czy w ogóle będziemy mieć do czynienia z uczciwymi wyborami. Słyszałem wypowiedzi kilku komentatorów, którzy mówili, że manipulacje przy wyborach nie będą możliwe. Moim zdaniem to, co zrobili z ordynacją do Parlamentu Europejskiego, jest przedbiegiem do tego, jak można zmienić ordynację do parlamentu. Ciekawe, czy wtedy biskupi się ockną…

Nieodrobiona lekcja z historii

Policja państwowa zignorowała decyzję urzędu miasta Warszawy o rozwiązaniu marszu ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Zwołanego w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Złamała tym obowiązujące prawo.

 

Dzięki biernej postawie policji faszyzujące organizacje mogły demonstrować w centrum Warszawy swoją nienawiść do innych narodów i Polaków „gorszego sorta”.
Wsparcia w sporze z urzędem miasta Warszawy udzielił faszyzującym demonstrantom pan minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński. Podziękował jego uczestnikom, że „nie dali się sprowokować”.
Dał też sygnał policji państwowej żeby nie blokowała narodowców. Nawet jeśli eksponują hasła zabronione przez prawo. To jeszcze przez PiS nie zmienione.
Politycy PiS nie pierwszy raz kokietują radykalną, faszyzująca prawicę. Bo to przecież ich sojusznicy w walce z liberalno-demokratyczną opozycją parlamentarną z PO i Nowoczesnej. Wierni sojusznicy w walce z „lewactwem” i postkomuną.
Aktywiści „Młodzieży Wszechpolskiej” i ONR-u często krzyczą hasła z jakimi elity PiS identyfikują się, tylko jeszcze wstydzą się tego publicznie powiedzieć. Kalkulacja polityczna PiS-owkich elit nie jest wyrafinowana. Otworzymy parasol ochronny nad radykałami. Niech sobie demonstrują, a zwłaszcza niechaj kontrdemonstrują.
Niech rozbijają demonstracje KOD-u. Marsze i parady równości. Niech pogonią te feministki ze Strajku Kobiet. Władza i jej policja państwowa będzie arbitrem podczas tych politycznych meczów. W razie ewidentnych fauli usunie najbardziej zapalczywych z boiska. W razie politycznej potrzeby tych najbardziej aktywnych, choć granic demonstracyjnego fair play jeszcze nie przekraczających.
Postawa elit PiS przypomina nadzieje niemieckiego i włoskiego mieszczaństwa wobec rodzącego się tam faszyzmu. Nowy ruch przełamujący wszelkie niemożności i ospałość liberalnej demokracji miał też być batem na komunistów i skłóconych z nimi socjaldemokratów. Miał przetrzepać stare społeczne struktury i spacyfikować aktywną lewicę.
A po wykonaniu brudnej roboty miał być odesłany do rekwizytorni politycznego teatru. Rzeczywistość pokazała, że zachęcone szybkimi sukcesami panów Mussoliniego i Hitlera społeczeństwa włoskie i niemieckie skutecznie zbrązowiały. I im udzieliły politycznego poparcia. Chłopcy do bicia Żydów, lewaków i liberałów stali się warstwą panującą. Przywódcami globalnej wojny. Wiara pana ministra Brudzińskiego, że on i jego policja zawsze będą kontrolować radykalnych narodowców oparta jest na niewiedzy i wybujałej pysze rządzących obecnie Polską polityków.
Może zdarzyć się, że kiedy zechcą już zamknąć ów parasol ochronny, to okaże się, że dawno wypadł im z rąk.

To zupełny upadek

„Nagromadzenie bzdur tak horrendalne, że pozostaje śmiech przez łzy. Myślę, że w tej chwili Andrzej Duda przeżuwa swoją porażkę i słucha różnych głosów swoich doradców, zapewne znowu radykalnych. Ale w gruncie rzeczy i tak jest sam” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) senator Marek Borowski.

 

KAMILA TERPIAŁ: Senat odrzucił wniosek prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie referendum konstytucyjnego. Za głosowało 10 senatorów, przeciw było 30, wstrzymało się 52 senatorów PiS. „Żałuję, że społeczeństwo nie będzie miało szansy, by wypowiedzieć się w sprawie konstytucji” – tak wynik głosowania skomentował wiceszef Kancelarii Prezydenta Paweł Mucha. Pan też żałuje?

MAREK BOROWSKI: Nie żałuję, dlatego że społeczeństwo trzeba traktować poważnie. Prezydent swoją koncepcją i pomysłami na przyszłą konstytucję, dotychczasową praktyką, czyli łamaniem konstytucji i zaproponowanym terminem referendum, traktował polskie społeczeństwo niepoważnie. Strata żadna, a wręcz przeciwnie. Myślę, że gdyby wynik głosowania był inny, to prezydent jeszcze bardziej by tego żałował.
Prawdopodobna frekwencja byłaby minimalna i klapa zupełna. A teraz Andrzej Duda może jeszcze otrzepać piórka i próbować coś proponować.

 

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski przekonywał po głosowaniu, że „to nie porażka, a sukces prezydenta”…

Wypowiedzi marszałka Karczewskiego są ostatnio coraz dziwniejsze. Żeby wygłaszać takie stwierdzenia, to jednak trzeba być człowiekiem niezwykle utalentowanym. Przecież to jest ewidentna porażka. PiS wymierzył prezydentowi policzek. To ma być sukces? PiS po prostu próbuje pocieszyć prezydenta.
Podczas debaty senatorowie partii rządzącej bardzo dziękowali panu prezydentowi, a także mówili o swoim głębokim szacunku dla jego inicjatywy. A potem Andrzej Duda już tylko „dostał z liścia” i tyle.

 

Senatorowie PiS-u nie głosowali przeciw, tylko wstrzymali się od głosu – to ma być według marszałka Senatu dowód na sukces. Może jednak coś w tym jest?

Nie wierzę, że marszałek Senatu nie wie, jaki był tryb głosowania, bo to bardzo źle by o nim świadczyło. Myślę, że chodzi o odwracanie kota ogonem i jest to zwykły cynizm. W tym głosowaniu nie wystarczyła zwykła większość, potrzebna była większość bezwzględna, czyli spośród głosujących więcej niż połowa musiała powiedzieć tak. Głosem przeciwnym był zatem głos na nie, ale także wstrzymujący. Senatorowie PiS-u elegancko się wstrzymali, co oznaczało, że byli przeciwni. Nie wiedziałem, czy byli tego świadomi, dlatego na wszelki wypadek poinformowałem ich o tym z mównicy przed głosowaniem.
Ale jest jeszcze jeden element wypowiedzi marszałka Karczewskiego, który zrobił na mnie wrażenie – obarczył winą Platformę Obywatelską. To zwala z nóg.

 

Nie ma pan wrażenia, że to stały element wypowiedzi polityków PiS-u?

Ale jednak trzeba znać granice. PO rzeczywiście głosowała przeciw, ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze były wstrzymujące się głosy polityków PiS-u.

 

Marszałek Senatu przyznał, że liczył, że PO wzniesie się „ponad nienawiść, ponad walkę polityczną” i „nie wyrażą swojej opinii, wstrzymają się od głosu”. To pana zwaliło z nóg?

Marszałek uważa, że Platforma powinna wstrzymać się od głosu, czyli postąpić tak jak PiS, czyli być przeciwko. Przecież tu nie ma żadnej logiki. Poza tym Stanisław Karczewski przekonywał, że PiS to partia demokratyczna, ponieważ szanuje inicjatywy referendalne. Dlatego wstrzymali się od głosu w przypadku wniosku referendalnego Bronisława Komorowskiego, czyli… byli przeciw. Nagromadzenie bzdur jest tak horrendalne, że pozostaje tylko śmiech przez łzy.

 

To element kłótni w rodzinie Prawa i Sprawiedliwości?

Zadaję sobie cały czas pytanie: po co prezydent forsował taką datę referendum? Wygląda na to, że PiS byłby w stanie zgodzić się na jakiś plebiscyt, ale nie w terminie 11 listopada. Przecież Andrzej Duda o tym wiedział. Po co tak się upierał? Nie wiem. Może jego doradcy przekonywali, że musi raz postawić na swoim i pokazać, że nie jest marionetką.
Ale przecież już od dawna wiadomo, że prezydent jest na usługach PiS-u i żadne manewry z referendum tego nie zmienią.

 

Teraz prezydent będzie miał doskonałą okazję, żeby pokazać, czy jest marionetką. Myśli pan, że może nie podpisać przegłosowanych we wtorek w nocy ustaw sądowych?

Nie sądzę, żeby odważył się na zawetowanie albo odesłanie do TK. Myślę, że w tej chwili raczej przeżuwa swoją porażkę i słucha różnych głosów swoich doradców, zapewne znowu radykalnych. Ale w gruncie rzeczy i tak jest sam.

 

Nie będzie chciał się zemścić za odrzucony wniosek referendalny? Znowu uklęknie i podpisze?

Nie ma wyjścia. Przecież jego kandydowanie w wyborach zależy tylko od PiS-u i on zdaje sobie z tego sprawę.

 

PiS przyjął bez poprawek nowelizację ustaw sądowych w kilka godzin. „Dokonał nocnej zmiany” – mówią politycy PO. Też by pan tak to określił?

Nie po raz pierwszy PiS zamyka usta opozycji i przepycha ustawy w nocy. To stała praktyka sejmowa i senacka.
Jest rozkaz „przyjąć natychmiast” i marszałek to posłusznie realizuje. Po raz kolejny mogę powiedzieć, że to bezczelne łamanie konstytucji, parlamentarnego obyczaju i naruszanie regulaminu. To wszystko się powtarza. Mam poczucie, że nic innego i mocniejszego powiedzieć nie mogę.
Ale w końcowej fazie naruszenie regulaminu było dramatyczne i bardzo przykre. Regulamin prac w Senacie mówi wyraźnie, że przed ostatecznym głosowaniem wnioskodawcy poprawek i wniosków mniejszości mają prawo zabrać głos i jeszcze raz przypomnieć swoje wnioski. To jest uświęcona tradycja od 30 lat. Nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś próbował to naruszyć. Do tej pory. Senator Martynowski, szef klubu senatorów PiS, zgłosił wniosek, aby marszałek nie dopuścił opozycji do tych wystąpień – i marszałek Karczewski się zgodził. Smutne, bo to podobno trzecia osoba w państwie.

 

To piąta nowelizacja ustawy o SN. Co pozostało z procesu legislacyjnego?

To zupełny upadek.

 

Politycy PO zapowiadają wniosek do sądu w związku z przyjęciem ustawy niezgodnie z prawem. Ten element sprzeciwu też trzeba wykorzystać?

Tak, chociaż nic z tego nie będzie. Prokuratura albo będzie się tym zajmować przez najbliższe dwa lata, albo sprawę umorzy. Ale ta skarga jest potrzebna, bo nie pozwala zamieść sprawy pod dywan. To bardzo ważne.

 

Dlaczego PiS-owi tak zależy na jak najszybszym przejęciu SN?

Przyczyn jest kilka. Wyroki sądów powszechnych po przejściu apelacji mogą być zaskarżane do Sądu Najwyższego. Gdyby mimo wszelkich starań nie udało się opanować sądów powszechnych, bo sędziowie będą chcieli orzekać w sposób niezależny i nie po myśli władzy, to będzie można odwracać wyroki w SN.
Chodzi także o ukochane dziecko ministra Zbigniewa Ziobry i Jarosława Kaczyńskiego, czyli nową Izbę Dyscyplinarną. Niezawisłym sędziom będzie można zarzucić naruszenie prawa i ukarać, niekoniecznie zakazem wykonywania zawodu, ale chociażby pozbawieniem pensji przez pół roku. To będzie efekt mrożący i ostrzeżenie dla pozostałych sędziów. Najbardziej brzemienne w skutkach może być uprawnienie do stwierdzania ważności wyborów. To do SN są kierowane skargi wyborcze.

 

PiS może posunąć się do unieważnienia wyborów parlamentarnych?

Wątpię, żeby zdecydowali się na unieważnienie całych wyborów, bo to byłby skandal na niespotykaną skalę, który mógłby wyprowadzić na ulice milion ludzi. Ale mogą na przykład unieważnić wybory w kilku okręgach, co też może spowodować odpowiednią zmianę wyniku wyborczego.

 

Na polityków PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego w jakikolwiek sposób działają jeszcze protesty w obronie sądów?

PiS uważa, że ruch protestu słabnie i nie ma się co nim zajmować.
Rzeczywiście, protesty są zdecydowanie mniej liczne niż w zeszłym roku, ale i tak tym ludziom należy się uznanie, bo nie pozwalają zasnąć opinii publicznej.

 

Pozostaje jeszcze ruch oporu sędziów.

I dlatego będzie potrzebny Sąd Najwyższy złożony z sędziów sprzyjających władzy. Mimo to ci szeregowi sędziowie, w sądach powszechnych, mogą jeszcze tej łamiącej konstytucję władzy narobić sporo kłopotu.

Ku pamięci i przestrodze

W tym roku mija właśnie 85 lat, od jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w historii ludzkości: w Niemczech doszedł do władzy niejaki Adolf Hitler. Wydaje się niepojęte, w jaki sposób u steru nawy państwowej dużego europejskiego państwa znalazły się siły jawnie nawołujące do fizycznej rozprawy z przeciwnikami politycznymi, podnoszące przemoc i mord do rangi sankcjonowanego przez prawo elementu prowadzenia dysputy publicznej. Dodajmy: przy braku reakcji, jeżeli nie przy milczącej akceptacji, takiego stanu rzeczy przez resztę tzw. „cywilizowanego świata”. Jak zatem do tego doszło?

 

Prolog

By zrozumieć ówczesne wydarzenia wypadnie nam się cofnąć w czasie do 1918 roku.
W Europie szalała wojna nazwana przez potomnych Wielką Wojną. Niemieckie armie nadal stały głęboko na terytorium przeciwnika a początek roku, przyniósł bodajże najbardziej efektowne sukcesy Państw Centralnych, w toczących się od czterech lat zmaganiach. Po klęsce Rumunii i wypadnięciu z wojny Rosji podpisano traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie gruntujące wpływy Niemiec w Europie Wschodniej.
Zakończenie wojny na dwa fronty zaowocowało rozpoczętą 21 marca 1918 roku największą w tej wojnie niemiecką ofensywą. Generał Erich Ludendorff, serią uderzeń odepchnął wojska Ententy i od Paryża dzieliło go tylko nieco ponad 70 kilometrów. Wydawać by się mogło, że Niemcy mają zwycięstwo w ręku i takimi informacjami karmiono tam społeczeństwo. Faktyczny stan rzeczy, jakim było wyczerpanie możliwości dalszego prowadzenia działań wojennych, skrzętnie ukrywano przed opinią publiczną, toteż informacja, że rząd poprosił o podanie mu przez Aliantów warunków zawieszenia broni była dla Niemców szokiem! W Berlinie wybuchła rewolucja, kajzer abdykował, a na czele nowego rządu stanęły demokratyczne partie Reichstagu pod kierownictwem socjaldemokratów. 9 listopada z balkonu Reichstagu proklamowano Republikę, czym udało się nieco uspokoić nastroje tłumów.
Naczelne Dowództwo z Ludendorffem na czele, które wymusiło na rządzie decyzję o kapitulacji, nie tylko post factum zrzuciło nań za to całą odpowiedzialność, ale i odcięło się od wynikających z tego konsekwencji. Tak oto wyhodowano mit o niezwyciężonej armii, której to zdradziecki rząd „wbił nóż w plecy” i – jak pokazał dalszy bieg wydarzeń – „ciemny lud to kupił”! Prawica ukuła slogan mówiący, że lojalność wobec Ojczyzny wymaga nielojalności wobec Republiki. Taka propaganda trafiała w nastroje znacznej części Niemców tym bardziej, że rzeczywistość rysowała się w czarnych barwach. Próbowano obalić Republikę w drodze zamachu, do którego doszło 13 marca 1920 roku z użyciem wojsk garnizonu berlińskiego – co ciekawe armia odmówiła wystąpienia po stronie prawowitego rządu przeciw zamachowcom! Ostatecznie ponieśli oni klęskę tylko dzięki proklamowanemu przez SPD i związki zawodowe strajkowi generalnemu.

 

Część I – Czarne chmury

Narastające lawinowo kłopoty gospodarcze skłoniły rząd niemiecki do zwrócenia się do Aliantów o moratorium w spłacie odszkodowań, a po fiasku rokowań, do zaprzestania płatności kolejnych rat. Reakcja zwycięzców była bardzo zdecydowana. Wojska francuskie zajęły będące sercem niemieckiej gospodarki Zagłębie Ruhry. Zadało to śmiertelny cios niemieckiej marce. Najlepiej ilustrować to spadkiem jej wartości: w 1918 roku 1 dolar był wart 4 marki, latem 1921 roku stosunek ów wynosił 1:75, rok później 1:400, początek roku 1923 było to już 1: 7000, a po zajęciu Zagłębia Ruhry zaczęła się prawdziwa „jazda bez trzymanki”: 1 lipca – 1:160000, 1 sierpnia 1923 r. było jeden do miliona, by 1 listopada osiągnąć jeden do… 130 miliardów!
Gospodarczemu tornado towarzyszyła dekompozycja sceny politycznej. Codziennością stały się morderstwa polityczne: 26 sierpnia 1921 roku zamordowano Matthiasa Erzbergera, który kierował delegacją niemiecką w czasie rozmów pokojowych z Ententą, 24 czerwca 1922 roku zastrzelono na ulicy ministra spraw zagranicznych Walthera Rathenau’a… Jak obliczono prawicowa ekstrema ponosi odpowiedzialność za 354 zamachy polityczne dokonane w latach 1918 – 1922.
W takiej atmosferze łatwo podgrzewać nastroje tłumów. Jednym z owych zbawców ojczyzny mienił się być niejaki Adolf Hitler. Kim był ów agitator z monachijskich piwiarni? Najkrócej rzecz ujmując jego dotychczasowe życie trudno byłoby określić jako nieustające pasmo sukcesów. Nasz bohater przyszedł na świat 20 kwietnia 1889 roku w maleńkiej miejscowości Braunau nad rzeką Inn, leżącej na granicy Austrii i Bawarii, w rodzinie urzędnika. Po pięcioletniej nauce w szkole przygotowawczej, 11 letni Adolf we wrześniu 1900 roku rozpoczął naukę w gimnazjum realnym w Linzu. Z powodu kiepskich postępów w nauce był zmuszony zmienić szkołę, by ostatecznie zakończyć swoją edukację w wieku 16 lat. Z tego okresu pozostał mu worek kompleksów wobec ludzi światłych i wykształconych, który z czasem przekształcił się w nienawiść i pogardę. Owe kompleksy zostały dodatkowo ugruntowane próbą dostania się do wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, zakończoną żałosnym fiaskiem. Pomimo trudnej niewątpliwie sytuacji materialnej nawet nie próbował znaleźć w Wiedniu jakiejkolwiek pracy, żyjąc z dorywczych zajęć, pomocy otrzymywanej od rodziny i mieszkając w przytułku dla bezdomnych. Wybuch I wojny światowej zastaje go w Monachium gdzie zostaje zmobilizowany. Przez całą wojnę służy jako goniec – po zakończeniu działań wraca do Monachium, by powiększyć tam armię zdemobilizowanych, bezrobotnych mężczyzn. Po próbie rewolucji komunistycznej, denuncjuje przed wojskową komisją śledczą zwolenników przewrotu, zapewne w nagrodę dostaje pracę w Biurze Prasowo–Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu ( Monachium ), gdzie po skończeniu kursu dla wojskowych instruktorów politycznych, znajduje zatrudnienie jako wychowawca polityczny (Bildungsoffizier) z zadaniem „leczenia” ludzi z idei socjalistycznych, demokratycznych i pacyfizmu. Był to dla niego istotny krok naprzód, gdyż pozwolił mu uwierzyć we własne zdolności polityczne. Pewnie nadal dorabiał sobie jeszcze wówczas także jako konfident (jak wiemy, niejedna piękna kariera tak się zaczynała!), gdyż we wrześniu 1919 roku polecono mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium – Niemiecką Partię Robotniczą. Wkrótce został jej członkiem i po wystąpieniu z wojska całkowicie poświęcił się działalności politycznej.
Partia zmieniła nazwę na : NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza), a jej pomysł został zapożyczony od Burmistrza Wiednia – Karla Luegera, który stworzył ugrupowanie łączące masowość, jaką zapewniał program socjalny, z tak popularnym wśród Niemców i Austriaków nacjonalizmem. W swej działalności politycznej dążył do zjednania sobie warstw społecznych, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała do walki, niż paraliżowała ich wolę. Lueger opierając się na drobnomieszczaństwie i wykorzystując tradycyjną lojalność ludu wobec Korony i Ołtarza doszedł do najważniejszego wybieralnego stanowiska w monarchii Habsburgów i wygrywał bez trudu kolejne wybory.
Wobec ograniczenia traktatem liczebności niemieckich sił zbrojnych (Reichswehry) do 100 tysięcy żołnierzy, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać przeróżne ligi obrony, organizacje strzeleckie i sportowe przygotowujące pod tą przykrywką kadry dla przyszłej armii, mającej kiedyś wziąć srogi rewanż za klęskę i upokorzenie. W rozbudowie partii pomagali Hitlerowi dawni koledzy z wojska, którzy kierowali do niej ludzi z tych organizacji i starych żołnierzy – to właśnie z nich rekrutowały się pierwsze bojówki, będące zalążkiem późniejszej S.A.
Popularność nowemu ruchowi przynosiły hasła rewanżu i „ powstania z kolan”(!) narodu niemieckiego oraz kreowanie winnych przegranej wojny i wynikłych stąd konsekwencji. Winni byli komuniści, Żydzi, socjaldemokraci i demokratyczna Republika. Niewinny i pokrzywdzony był tylko NARÓD NIEMIECKI! Ludzie słyszeli z ust nazistów to, co CHCIELI usłyszeć – nic dziwnego, że coraz więcej zaczęło się z nimi identyfikować. Hitler był z pewnością największym demagogiem swoich czasów, warto zatem zapoznać się z jego receptami na dotarcie do tłumów:
Nigdy się nie wahać, nigdy nie łagodzić tego co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować (…) wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach.
Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach.
Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą.
Kluczem (do serc tłumu) jest stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.
Gwałt i terror mają własną wartość propagandową, manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające jak odpychające…
Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. W wielkim kłamstwie zawsze jest element wiarygodności (…) najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.
Ruch narodowo-socjalistyczny będzie bezlitośnie zapobiegał – w razie potrzeby przy użyciu siły – wszystkim zebraniom i odczytom, które mogłyby wprowadzić rozterkę w umysły naszych rodaków. (Jak w tym kontekście nie wspomnieć o niedawnej wizycie policji na organizowanej przez Uniwersytet Szczeciński konferencji naukowej poświęconej filozofii K. Marksa!?)
Dla zdrajców ojczyzny i dla donosicieli jedynym właściwym miejscem jest szubienica.
Naturalnie, jakiekolwiek podobieństwo głoszonych haseł, zachowań i prezentowanych powyżej recept, do działań obserwowanych współcześnie (także w naszym kraju) jest całkowicie przypadkowe…
Grzechem pierworodnym Republiki Weimarskiej była organiczna niemożność zapewnienia rządowi stabilnej większości parlamentarnej, umożliwiającej efektywne rządzenie państwem. Pomimo tego, rząd kierowany przez kanclerza Gustava Stresemanna zanotował kilka znaczących sukcesów. Po uchyleniu zakazu dostaw reparacyjnych dla Francji i Belgii udało się ustabilizować walutę, zawarto nowy układ w sprawie odszkodowań wojennych, doprowadzono do zakończenia okupacji Zagłębia Ruhry, Niemcy zostały przyjęte do Ligi Narodów, bezrobocie spadło do 650 tysięcy osób.
Nie były to dobre wieści dla nazistów, których polityczne credo najpełniej wyraził jeden z ich ideologów – Gregor Strasser na łamach „Nationalsozialistische Briefe”: Popieramy wszystko co szkodzi istniejącemu ustrojowi. Dopomagamy każdej katastrofalnej polityce, bo tylko katastrofa, to znaczy upadek liberalnego systemu rządów utoruje drogę nowemu porządkowi. Wszystko co przyspiesza katastrofę panującego ustroju, każdy strajk, każdy kryzys rządowy, każde zakłócenie porządku publicznego, każde osłabienie systemu, jest dobre, bardzo dobre dla nas i rewolucji niemieckiej. Wszyscy, którzy przeżyli tzw. „Karnawał Solidarności” z obowiązującym wówczas wśród solidarnościowych elit hasłem „im gorzej, tym lepiej”, doskonale zrozumieją, co to oznacza w praktyce … I wtedy na horyzoncie pojawił się Wielki Kryzys…
Jego skutki były dla podnoszącej się z dna upadku niemieckiej gospodarki katastrofalne. Ograniczenie handlu spowodowało ograniczenie produkcji, a co za tym idzie – wzrost bezrobocia Przestano udzielać pożyczek oraz wycofano już udzielone, spadły ceny i zarobki, zaczęły się masowe bankructwa i zamykanie zakładów pracy… Niemcy, żyjące – podobnie jak dzisiaj – z eksportu, zaczęły odczuwać kolosalne kłopoty z bilansem. Narastanie fali kryzysu znakomicie ilustruje wzrost bezrobocia: IX. 1929 – 1 320 000; IX. 1930 – 3 000 000; IX. 1931 – 4 350 000; IX.1932 – 5 102 000, by w szczytowym momencie, w 1933 roku, osiągnąć 6 000 000. Naturalnie podane dane dotyczyły tylko ZAREJESTROWANYCH bezrobotnych…
W przeprowadzonych w 1930 roku wyborach do Reichstagu dziesięć partii uzyskało ponad milion głosów każda, co misję utworzenia stabilnej większości czyniło zadaniem niewykonalnym. W takiej sytuacji każdy rząd skazany był na rządzenie w oparciu o doraźnie zawierane sojusze, wymagające często od koalicjantów wykonywania politycznego szpagatu. Liderzy zasiadających w Reichstagu partii nie byli tym szczególnie zmartwieni, gdyż słaby rząd łatwiej ulegał presji i ustępował przed szantażem. Wszechobecne intrygi partyjne i polityczne przetargi, ogół niemieckiego społeczeństwa owego czasu obrazowo określał jako Kuhhandel (handel bydłem). Zabawa trwała w najlepsze aż do końca, co znakomicie ilustruje dalekowzroczność ówczesnych niemieckich elit…
Taką właśnie sytuację zastał dr Heinrich Brüning, który pod koniec marca 1930 objął urząd kanclerza. W tym czasie nie można było już sklecić żadnej koalicji i nowy szef rządu przy każdym akcie ustawodawczym mógł polegać wyłącznie na przypadkowej i niepewnej, doraźnie zmontowanej większości w Reichstagu. Oczywiście ten taniec na linie nie mógł trwać długo. Krach nastąpił 16 lipca 1930 roku, kiedy to Reichstag stosunkiem głosów 256:193 odrzucił część rządowej ustawy budżetowej. W odpowiedzi Prezydent, w oparciu o nadzwyczajne uprawnienia przyznane mu w art.48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Ten kamyk pociągnął za sobą lawinę. Reichstag zakwestionował konstytucyjność prezydenckiego aktu, na co kanclerz w odpowiedzi rozwiązał parlament. Nietrudno było przewidzieć, że o ile kolejne wybory nie wyłonią stabilnej większości (co było oczywiste!), to demokratycznej formie rządów grozi po prostu kompromitacja.
Najwięcej na powstającym chaosie mogli wygrać naziści, którzy od początku konsekwentnie pluli na Republikę i demokratyczne formy rządzenia. Grupą docelową, na której naziści zamierzali się oprzeć w nadchodzących wyborach, byli mieszkańcy wsi i małych miasteczek i program wyborczy ich partii dla tych właśnie grup, ujrzał światło dzienne już 6 marca 1930 roku. O tym, że był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę niech świadczy fakt poparcia, jakiego te grupy społeczne udzielały nazistom, aż do samego końca. Społeczeństwu ofiarowano swojski rodzaj ekstremizmu, radykalny, antysemicki odwołujący się do powszechnego w Niemczech nacjonalizmu i ksenofobii. Ludziom imponowała energia i dyscyplina nazistów, zrozumienie i silny rezonans społeczny, znajdowały hasła wymierzone w postanowienia Traktatu Wersalskiego oraz ataki na „system” nie dający obywatelom pracy i możliwości rozwoju. Udało się wbić do głów „ciemnego ludu”, że dokonać dzieła odrodzenia narodowego może tylko NOWY ruch i NOWI, nie obciążeni przeszłością ludzie. Jeżeli ekonomiści mówią, że to i owo jest niemożliwe, do diabła z ekonomistami! Liczy się tylko wola, jeżeli nasza wola będzie bezwzględna i nieugięta zdziałamy wszystko. (…) Zbudźcie się Niemcy i stańcie się znów wolne, przypomnijcie sobie dawną wielkość i odzyskajcie dawną pozycję w świecie. A zacznijcie od wypędzenia tej starej zgrai w Berlinie – takie mowy Adolfa Hitlera i innych przywódców nazistowskich wygłaszane na setkach wieców wyborczych w całym kraju znakomicie trafiały w nastroje Niemców, a zasiane nimi ziarno pogardy i nienawiści dało nadspodziewanie obfity plon. W przeprowadzonym 16 września 1930 r. głosowaniu udział wzięło 30 milionów Niemców, 4 miliony więcej niż w wyborach 1928 roku, a wyniki zaskoczyły nawet Hitlera, liczącego na 50-60 mandatów. Tymczasem naziści zebrali 6 409 600 głosów (wobec 810 000 w 1928 roku) i ze 107 mandatami stali się drugą siłą polityczną w kraju! Ich wódz w ciągu jednej nocy z lekceważonego wiecowego krzykacza wyrósł nagle na polityka rangi europejskiej!
Co ciekawe, tzw. cywilizowana Europa bez oporów przyjęła nazistów i ich przywódcę „na salony”, czego dowodem artykuł lorda Rothermere w „Daily Mail”, w którym autor z radością(!) wita ich sukces widząc w nim… „wzmocnienie obrony przeciwko bolszewizmowi”! Ta obsesja będzie trwać do samego wybuchu wojny (a nawet krótko po rozpoczęciu działań zbrojnych!), torując zbrodniarzom drogę ku nowym podbojom. Wspomniany artykuł zabawnie kontrastuje z przedwyborczymi wypowiedziami Führera, który mówił: To nie parlamentarne większości kształtują los narodów. Wiemy jednak, że w tych wyborach demokracja musi być pokonana orężem demokracji… To wcale niedwuznaczne przesłanie pozostało programowo niezauważone… W warunkach szalejącego kryzysu rząd Brüninga mógł nadal trwać tylko dzięki nieoficjalnemu poparciu jakiego udzielali mu w Reichstagu socjaldemokraci oraz korzystaniu przez prezydenta z wyjątkowych uprawnień art.48 konstytucji, pozwalającego podpisywać potrzebne rządowi dekrety. Stwarzało to jednak istotne zagrożenie. Anormalna sytuacja, wymuszająca rządzenie przy pomocy dekretów, wobec braku możliwości oparcia się na większości parlamentarnej, ogniskowała całą władzę w państwie w rękach niewielkiej grupy osób: prezydenta – starego feldmarszałka Paula von Hindenburga (w 1931 roku 84-letniego już człowieka) oraz kilku osób z jego najbliższego otoczenia : gen. Kurta von Schleichera, syna prezydenta – Oskara von Hindenburga(pełniącego funkcję adiutanta głowy państwa) i kanclerza. Zadaniem Hitlera było zatem najpierw przekonanie tych ludzi do tego, by uznali go za partnera, a następnie upoważnili do rządzenia krajem przy pomocy prezydenckich dekretów, co zwalniało z konieczności zebrania większości parlamentarnej. Z pozoru zadanie niewykonalne, ale… Głównym rozgrywającym w obozie władzy był w tym czasie generał Kurt von Schleicher. Stosunkowo młody (rocznik 1882), zajmował specjalnie dla niego utworzone stanowisko politycznego łącznika pomiędzy rządem a armią. Inteligentny i obrotny, w gąszczu polityki czuł się bez porównania pewniej niż jego koledzy z armii. Równocześnie w świecie polityków dysponował tą szczególną, nieuchwytną przewagą, jaką dawały mu w niemieckim społeczeństwie generalskie szlify. Stary prezydent, krew z krwi i kość z kości niemieckiej armii, cieszył się w niej ogromnym autorytetem i posłuchem, ale też bardzo liczył się z jej zdaniem. To szczególne sprzężenie zwrotne decydowało o wszystkim w niemieckiej polityce, w której bez zgody sił zbrojnych niepodobna było nic zrobić.

 

Wielkie manewry

Długotrwały kryzys parlamentarny oraz sukces wyborczy NSDAP, nasunął generałowi Schleicherowi ideę… pozyskania nazistów do rządu! W ten sposób – rozumował – rząd znajdzie oparcie w stabilnej większości parlamentarnej, a wejście do rządu zmusi to ugrupowanie do firmowania niezbędnych, niepopularnych decyzji i „ucywilizuje”. Z drugiej strony Hitler miał dla swych potencjalnych sojuszników „marchewkę” w postaci 6,5 milionowego poparcia w wyborach i „kij” w postaci groźby zamachu stanu, gdyby nie udało mu się dojść do władzy w inny sposób. Paradoks sytuacji polegał na tym, że swego poparcia nie mógł on nigdy zamienić w konieczną do rządzenia większość, zaś pucz w celu przejęcia władzy nigdy nie leżał w jego planach! Swej rewolucji zamierzał dokonać pod osłoną instytucji państwa, a nie przeciwko niemu! Tylko znajomość owej układanki pozwala zrozumieć przyczyny kolejnych rozmów przedstawicieli obozu rządowego z nazistami, będących kamieniami milowymi w ich marszu po władzę.
Dalszy bieg wydarzeń śmiało może pretendować do miana politycznego thrillera wszechczasów. Pierwszą jaskółką wprowadzania w życie planu „osiodłania” nazistów było spotkanie gen. von Schleichera z Hitlerem, jakie miało miejsce wczesną jesienią 1931 roku. Po nim generał namówił prezydenta i kanclerza by także odbyli rozmowy z przywódcą nazistów. Początki były jednak mało obiecujące – obie rozmowy skończyły się na niczym. Kryzys grał jednak na korzyść nazistów, którzy gwałtownie zaczęli zyskiwać na popularności. W kolejnych ośmiu wyborach regionalnych, na NSDAP głosowało przeciętnie 35 proc. wyborców, w porównaniu z 18 proc. w wyborach parlamentarnych, które przełożyły się na przeszło 6 mln głosów. Zarówno kij jak i marchewka nabierały coraz bardziej realnych kształtów, co sprawiło, że w listopadzie i grudniu kontynuowano rozpoczęte rozmowy. W obozie rządowym pod wpływem argumentacji, że wobec siły jaką reprezentuje Hitler, jedynym wyjściem jest pozyskanie go do współpracy i wykorzystanie, zaczęto duchowo godzić się z myślą o jakiejś formie kompromisu z nazistami. Rzecz ciekawa, przy konstruowaniu owych planów, kompletnie ignorowano publiczne wypowiedzi Führera, w których całkowicie i jednoznacznie mówił, co zamierza zrobić po dojściu do władzy: Fundamentalna zasada demokracji głosi (że) władza pochodzi od narodu (lub – jak kto woli – suwerena!); (…) to naród, nikt inny ustala konstytucję; (…) jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo – socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy (nikt) nic nie poradzi …”
Kanclerz patrzył na sprawy bardziej trzeźwo, ale by przetrwać, rozpaczliwie potrzebował poprawy koniunktury lub jakiegoś sukcesu w polityce zagranicznej. Ponadto niezbędny był ponowny wybór Paula von Hindenburga na urząd prezydenta, co nie budziło entuzjazmu starego feldmarszałka, który zgodził się kandydować jedynie pod warunkiem podjęcia próby doprowadzenia do porozumienia z przywódcami partii w Reichstagu, pozwalającego zapewnić większość 2/3 głosów niezbędnych do przedłużenia kadencji prezydenta bez ponownych wyborów. Będąc pod taką presją – pomimo jasnej oceny sytuacji – kanclerz także zgodził się na podjęcie rozmów z Hitlerem. Rozpoczęto paktowanie z diabłem…

 

(Ciąg dalszy w kolejnych wydaniach weekendowych „Dziennika Trybuna”)

 

Władza mówi. „Trybuna” tłumaczy

Pan premier – milioner Mateusz Morawiecki, podczas spotkań z protestującymi sadownikami i plantatorami owoców, winą za obecną zmowę cenową i monopolistyczne praktyki przedsiębiorstw skupu i przetwórstwa owoców obarczył minioną władzę. Czyli rządzących od 1990 roku. A także zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Sługa wyzyskiwaczy

Nie obarczył tym razem „komunizmu” i „PRL”, co zwykle czyni. Może przypomniał sobie, że w Polsce Ludowej, z wyjątkiem krótkiego okresu stalinowskiego, sadownicy i plantatorzy należeli do bogatych grup społecznych.
Pan premier milioner nie wspomniał, że w 1998 roku trafił do elit władzy. Był dyrektorem Departamentu Negocjacji Akcesyjnych Komitetu Integracji Europejskie, gdzie silnie pracował nad szybkim wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od 2010 roku był prominentnym członkiem Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.
Od 2015 roku był ministrem w rządzie pani premier Beaty Szydło, obecnie sam jest premierem.
W 1995 roku obecny premier – milioner odbył staż w Niemieckim Banku Federalnym. Ważnym centrum zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.
Zdobytą tam wiedzę i wyzyskiwacze umiejętności wykorzystywał pracując w bankach. Od 2001 roku był członkiem Zarządu Banku Zachodniego WBK, wówczas należącego do irlandzkich kapitalistów wyzyskiwaczy Narodu Polskiego. Od 2007 do 2015 roku był prezesem tegoż banku, który w międzyczasie zmienił właścicieli.
Irlandzcy wyzyskiwacze Narodu Polskiego sprzedali go hiszpańskim wyzyskiwaczom Narodu Polskiego.
Na służbie u irlandzkich i hiszpańskich wyzyskiwaczy Narodu Polskiego pan Mateusz Morawiecki zarobił przynajmniej sto milionów złotych. Jest najbogatszym premierem od 1918 roku, czyli najbogatszym premierem w historii Polski.
Dzięki pracy w rządzie i przede wszystkim pracy dla wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Głowa anonimowa

Rośnie nam nowy kult jednostki – kult Lecha Kaczyńskiego. W czasie kropienia i odsłaniania pomnika Lecha Kaczyńskiego w Kraśniku odczytano List od jego brata, pana sułtana Jarosława Kaczyńskiego.
Wśród licznych zasług ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, brat Jarosław wymienił posadę „ministra głowy państwa”. Chodziło o ministra prezydenta Lecha Wałęsy. Ale jak widać „prezydent Lech Wałęsa” nie przechodzi przez gardło obecnego pana sułtana Kaczyńskiego i zastępuje go enigmatyczną „głową państwa”.
W czasie stanu wojennego cenzura nie pozwalała na wymienianie w środkach masowego przekazu nazwiska Lech Wałęsa, zwłaszcza jako przewodniczącego zdelegalizowanej NSZZ „Solidarność”. Taka decyzja była powodem do wielu kpin. Jacek Federowicz narysował portret Lecha Wałęsy i podpisał „Portret nieznanego mężczyzny z końca XX wieku”. Nie minęło 40 lat i znów ta karykatura staje się aktualna.
Czy oznacza to, że mamy już wstęp do kolejnego stanu wojennego?

Wielkie wzdęcie polskie

Uważnie obserwowałem minę Andrzeja Adriana Dudy, prezydenta Polski, podczas krótkiego spotkania z burmistrzem New Jersey Stevenem Fulopem, do którego doszło pod tamtejszym sławetnym pomnikiem katyńskim.

Miasta głowa polskiego państwa nadęła się, naburmuszyła, wydęła wargę jak imperator, bo wyraźnie chodziło jej o okazanie Fulopowi niechęci, wyższości i wzgardy. W tym samym czasie, po naszej stronie oceanu, jedna z grafik Muzeum II Wojny Światowej odwojowanego z rąk łże-eliy III RP przez dobrą zmianę została opatrzona napisem: „Być Polakiem to brzmi dumnie. Świat byłby lepszy, gdyby ludzie z innych krajów byli bardziej podobni do Polaków”. Po rządach PiS najtrwalszym śladem, jaki pozostanie, będzie ślad nacjonalistycznej ejakulacji.

Walka na miny Dudy z Fulopem, raczej jednostronna, bo reakcji po drugiej stronie nie było, mogła przywołać na myśl „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Prezydent Duda próbował Fulopa zgwałcić przez uszy i oczy, jak Miętus Syfona, bo nie tylko „strasznie polskie robił miny”, ale i pouczył burmistrza Jersey, co jest dla Polaków „ważne”. Fulop nie dał odporu. Przeciwnie, wziął, to znaczy przyjął książkę o Katyniu, wydaną po angielsku, którą mu polski prezydent ofiarował jak belfer niedouczonemu uczniakowi, żeby się podszkolił. Andrzej Duda, choć od czasu do czasu ma z PiS cokolwiek na bakier, jest jednak w swoim zachowaniu, w swoim – o ile tak to można określić – stylu bycia, krwią z krwi pisowskiej. A styl pisowski, to jest niestety, styl polski. Roszczenie, by w centrum podnowojorskiego miasta koniecznie stać musiał jakiś dęty polski pomnik, jest właśnie jednym z przejawów tego nadęcia i szkoda, że Fulop wycofał się z poprzedniej, zdecydowanej postawy, bo zmarnowana została lekcja zdrowego rozsądku, która się polskiej pysze nacjonalistycznej należała.

„Świat byłby lepszy…”

Ale wróćmy do Europy (mam na myślę kraje Unii Europejskiej), od której Polska, zbliżając się do niej cywilizacyjnie, oddala się jednocześnie kulturowo i mentalnie. Doceniam sport, ale podobnie nacjonalistycznej absolutyzacji sukcesów sportowych już się w Europie raczej nie spotyka. W Europie nie ma już takich prymitywnych, szowinistycznych namiętności stadionowych, które prowadzą do dewastacji stadionu i bliższego czy dalszego otoczenia. Sport w Polsce przestał być tylko sportem a stał się dla władzy platformą nacjonalistycznej agitacji. W Europie nie ma już – w tej skali – takiego oszalałego piractwa drogowego, jakie w Polsce szaleje na porządku dziennym. Ale poza piractwem jest także polski, krańcowo antyekologiczny fetyszyzm samochodowy (w Warszawie jest ponad dwa razy więcej aut prywatnych niż w o wiele bogatszym Berlinie) i polskie barbarzyństwo śmieciowe, wyrażające się choćby w koszmarnej pladze zaśmiecania lasów, czyli jednego z nielicznych atutów polskich, jakimi dysponujemy w porównaniu z ogołoconą z lasów resztą kontynentu. W Europie nie ma już dzikości obyczajów na takim poziomie, jaki występuje w Polsce, choćby w formach nocnych, alkoholowych zabaw ulicznych, jak to się choćby dzieje na warszawskich brzegach Wisły. W Europie ten rodzaj prorządowej służalczej, lizusowskiej aktywności społecznej, jaki jest w Polsce codziennością, nie występuje. W Polsce występuje poziom rytualnej religijności, godnej nazwania raczej religianctwem, którego wiele krajów Europy doświadczało najpóźniej w XIX wieku. To tylko czubek góry lodowej polskich „cnót”, bo ich pełna lista byłaby ogromna. W świetle tego, megalomańskie hasła w rodzaju tego, które upowszechnia pisowski dyrektor Muzeum w Gdańsku brzmi jak wyjątkowo przewrotne szyderstwo. W Polsce jest do wykonania kolosalna praca kulturowo-cywilizacyjna, która wymaga przyjęcia postawy rozsądnej pokory wobec faktów i wobec wymogów współczesności, jest potrzebna pedagogika rozsądku, a nie pedagogika „dumy” przeciwstawiana znienawidzonej przez PiS i resztę prawicy „pedagogice wstydu”. Polacy jako społeczeństwo mają kolosalnie wiele powodów do wstydu i bez przyjęcia tej prawdy będziemy w tym kraju tkwić w formach życia, których cywilizowana część Europa wyzbyła się już kilka dziesięcioleci temu. Dziś te formy są najzwyczajniej barbarzyńskie i czynią Polskę krajem anachronicznym, acz trzeba uczciwie dodać, że nie jest niestety tak, że to jedynie rządy PiS zahamowały kulturowo-mentalną modernizację Polski. Rządy innych formacji także nie czyniły zbyt wiele w tym celu, jednak PiS czyni stały ruch wstecz, próbuje odwojowywać nawet te rejestry, które wcześniej były wolne od nadmiaru nacjonalistyczno-klerykalnej presji ideologicznej. PiS zaprzęgło do tego dzieła całe zastępy fanatycznych, usłużnych propagandystów udających dziennikarzy.

Nowy kolektywizm

Nacjonalistyczny paroksyzm sięga każdej sfery. „Barwy biało czerwone” wciskane się wszędzie. Nowy, nacjonalistyczny kolektywizm ma zagarnąć, zawładnąć wszystkim. Pojawia się w reklamach, telewizyjnych i internetowych spotach społecznych, w trailerowych serwisach przed kinowymi seansami. Uruchamiane są wyłącznie zbiorowe emocje, stadne odruchy, kolektywne zainteresowania i pasje. Przeciwnie – kultura wszelkiego indywidualizmu, osobności, która była jednym z fundamentów duchowych etosu europejskiego, jest w najlepszym razie pomijana, sceptycznie tolerowana, pogardzana, w najgorszym – tępiona. Sens życia Polaka (nigdy w historii Polski nie używano tego określenia tak często, w licznych jego odmianach) jest sprowadzany do zgody ze zbiorowością. Pisowscy dziennikarze-propagandyści i politycy oburzają się na porównywanie klimatu obecnych rządów do „komunizmu” czy „faszyzmu”, ale to, co obserwujemy, co zostało uruchomione, bardzo tamte praktyki przypomina – „jednostka zerem, jednostka bzdurą”. Także włoski faszyzm ten model istnienia zbiorowości próbował narzucić narodowi, w którym zawsze bardzo rozpowszechnione były szczególne predylekcjami do nieco anarchicznego indywidualizmu i dało to efekt podobnie groteskowy jak w Polsce dzisiejszej. Trzydzieści lat po przemianie 1989 roku, polski akces do europejskiej wspólnoty poszanowania dla praw jednostki i dla wartości indywidualizmu jako formy życia jednostki przemienił się w nowy kolektywizm i narodową nachalność. Pochodzące sprzed ponad stu lat słowa z „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego, brzmią jakby zostały napisane dziś: „A co jest mi wstrętne i nieznośne, to jest to robienie Polski na każdym kroku i codziennie. To manifestowanie polskości. Bo to tak wygląda, jakby Polski nie było. Polaków nie było, jakby ziemi nawet nie było polskiej i tylko trzeba było wszystko pokazywać”.

Pozostaje mieć nadzieję, że potwierdzi swoją aktualność uniwersalna i odwieczna zasada „co za dużo, to niezdrowo”. I że ta wielka inżynieria społeczna, która stosuje PiS aplikując nam nieustające gody nacjonalistyczne, skończy się wielkim womitowaniem.