Zwariowana lewica

„Jestem wariatem ” (Je so’ pazzo) – z takim napisem na koszulkach chodzili założyciele Potere-al-Popolo! (Władzy dla Ludu – PaP), partii lewicy, która powstała przed marcowymi wyborami do parlamentu. Napisy były usprawiedliwione, bo wszystko zaczęło się w szpitalu psychiatrycznym w Neapolu. Kilka lat temu budynek zmienił funkcję i choć na murach ciągle widać inskrypcje i rysunki byłych pacjentów, stał się tętniącym życiem, samorządnym ośrodkiem społecznym. „Wariaci” szukają nowej drogi we włoskim pejzażu politycznym zdominowanym przez ksenofobiczną prawicę.

 

Pod koniec lipca prawicowa Liga wicepremiera Matteo Salviniego przedstawiła projekt ustawy nakazującej wieszanie krzyży we wszystkich miejscach publicznych pod groźbą mandatu w wysokości tysiąca euro. Reakcja PaP? „Znajdziecie Jezusa na krzyżu na każdych drzwiach zamkniętych przed tysiącami kobiet, mężczyzn i dzieci, które każdego dnia niosą krzyż cierpienia, biedy, bólu i upokorzenia.” W sytuacji, gdy rząd zamyka porty dla statków z migrantami i rośnie liczba ofiar rasizmu we Włoszech, dla PaP walka z ksenofobią jest równie ważna jak sprzeciw wobec neoliberalizmu. Partia wspiera strajki czarnych robotników, którzy nierzadko znajdują się w sytuacji faktycznego niewolnictwa.

Jeszcze na trzy miesiące przed wyborami Potere al Popolo nie istniała, udział w nich wydawał się więc „wariactwem”. PaP nie przekroczyła progu wyborczego, zatrzymując się na wyniku nieco ponad jednego proc., ale sondaże intencji wyborczych regularnie rosną i partia ma zamiar go przekroczyć w czasie najbliższych wyborów europejskich. Dołączyła do „Apelu Lizbońskiego” europejskiej lewicy wraz z hiszpańskim Podemosem, Nieuległą Francją (LFI) i portugalskim Blokiem Lewicy (Bloco de Esquedra): „Mamy dość polegania na tych, którzy nami rządzą z Berlina czy Brukseli. Będziemy pracować nad budową nowego projektu organizacji Europy. Organizacji demokratycznej, sprawiedliwej i równej, szanującej suwerenność ludów.”

 

Demokracja i populizm

Kim są członkowie PaP? „Jesteśmy młodzieżą pracującą na czarno i w prekariacie, jesteśmy emerytami, którym trudno się utrzymać, choć pracowali całe życie, jesteśmy kobietami, które muszą znosić seksistowską przemoc, patriarchat i różnice w płacach, mimo równej pracy, jesteśmy osobami LGBT, dyskryminowanymi w pracy i instytucjach, jesteśmy pracownikami i pracowniczkami, którzy produkują bogactwo tego kraju i którzy każdego dnia podlegają szantażom obrażającym naszą godność”. Partię poparli włoscy komuniści, radykalni socjaliści, grupy antykapitalistyczne, związki zawodowe i najróżniejsze stowarzyszenia od ekologicznych po eurosceptyczny Eurostop, uważający Unię za rozsadnik neoliberalizmu.

Nazwa PaP odpowiada właściwie znaczeniu słowa „demokracja”, ale partia szybko została oskarżona o „lewacki populizm”. Jednak populizm obecnie rządzących we Włoszech ugrupowań odwołuje się do rasizmu i nacjonalizmu, więc nie da się go porównać do rozumowania klasowego PaP. Popularność partii wynika z wyznawanego mutualizmu (wzajemnej pomocy, współpracy społecznej), owej „pracy u podstaw”, która nakazuje tworzyć gdzie się da „Domy ludowe”. Tam organizuje się pomoc migrantom i różnorodne działania od teatrów po pomoc prawną i administracyjną, ambulatoria lekarskie dla wszystkich. Mutualistyczna działalność społeczna wiąże się tu z polityką. Pomogła założyć sieć kontaktów obejmującą cały kraj. Program PaP piszą tysiące osób, według profilu ideowego, który schematycznie można określić trzema nazwiskami: Marks, Gramsci i Fanon.

 

Powrót Fanona

„Zwolennicy Black Power nie zwracają się do Gandhiego ani Tołstoja. Ich biblią jest Wyklęty lud ziemi. (…) Ta czarna młodzież amerykańska odwołuje się do poglądu Fanona, że tylko przemoc prowadzi do wyzwolenia” – Martin Luther King, gdy pisał te słowa, nie wiedział jeszcze, że oprócz Czarnych Panter, czy Malcolma X, myślami Frantza Fanona karmi się Organizacja Wyzwolenia Palestyny i cały szereg innych ruchów antykolonialnych. Dziś Fanona czytają europejskie ugrupowania lewicowe, z którymi dodatkowo związała się PaP, jak katalońska Kandydatura Jedności Ludowej (CUP), czy brytyjskie Momentum („lewa ręka Corbyna” w łonie Partii Pracy), tyle, że bardziej niż funkcja przemocy, interesuje je analiza europejskiego rasizmu i sytuacji postkolonialnej w Afryce, bardzo przydatna w pełni kryzysu migracyjnego.

38-letnia Viola Carofalo, która jest medialną twarzą PaP i właściwie stoi na czele tego ruchu, jest autorką książki o Fanonie. Uważa, że jego pojęcie „alienacji skolonizowanego” może mieć zastosowanie w innych sytuacjach i podziałach społecznych. W Polsce Fanon jest raczej mało znany, choć wyszła u nas w 1985 r. najważniejsza jego książka – Wyklęty lud ziemi, napisana ćwierć wieku wcześniej. Fanon zmarł w wieku 36 lat zaraz po jej pierwszym wydaniu we Francji, natychmiast skonfiskowanym przez policję jako niebezpieczna literatura wywrotowa. Trwała wtedy algierska wojna, a Fanon dołączył do powstańców. Psychiatra i eseista polityczny urodzony na francuskich Antylach, przeżył w 1944 r. „wybielanie oddziałów” wojsk kolonialnych walczących we Francji, on, którego wcześniej odznaczono za odwagę. Ówczesny francuski rasizm naznaczył go na całe życie.

Do powrotnej popularyzacji jego myśli przyczynił się film Görana Olssona Concerning Violence sprzed czterech lat. Kiedy minionej zimy członkowie PaP zajęli nieczynny kościół św. Antoniego w Neapolu, by go przystosować do przyjęcia bezdomnych, Viola Carofalo mówiła o Fanonie. Kościół jest największym posiadaczem nieruchomości w mieście, może nawet nie zauważył straty. Minęło ponad pół wieku od śmierci Fanona, a jednak przekonywanie Sartre’a, że „ta książka [Wyklęty lud ziemi] jest narzędziem uzdrowienia Europy”, „czytajcie ją, dowiecie się o sobie”, nie straciło aktualności.

 

Kamieni kupa

Najmłodsza z europejskich partii lewicowych działa w kontekście rosnącego zagrożenia neofaszyzmem. Ksenofobia przenika obie partie rządzące (Ligę i Ruch 5 Gwiazd), bo przydaje się, by zaciemnić rzeczywiste przyczyny włoskiego kryzysu. To nie przypadek, że PaP narodziła się na południu kraju, gdzie ten kryzys dotyka terytoria historycznie najgorzej uposażone. Bezrobocie jest tu prawie dwa razy wyższe niż na północy. Co drugi młody człowiek nie może znaleźć pracy, nie pomaga nawet wysokie wykształcenie. Według Gramsciego, to Południe najwięcej zapłaciło za zjednoczenie kraju (ekonomicznie i przelaną krwią). Zamiast żyć we Włoszech coraz bezwzględniejszych, coraz smutniejszych, biedniejszych i niesprawiedliwych, wybór tworzenia ruchu lewicowego, który rodzi się zastępując niewydolne państwo w pracy społecznej, był dla założycieli PaP jedyną wiarygodną opcją działania politycznego.

We Włoszech, podobnie jak w innych krajach, słowo „lewica” znacznie się zdewaluowało, więc Viola Carofalo, pytana, jak się określa, woli mówić, że jest komunistką. Ludzie PaP nie mogą kwalifikować jako lewicowej np. Partii Demokratycznej, która chciała uchodzić za centrolewicę, a wprowadziła neoliberalną ustawę „Jobs Act”, uśmieciowienie rynku pracy. PaP uważa, że pracą należy się dzielić, proponuje 32 godziny tygodniowo za tę samą płacę. Pragnie, jak mówił Gramsci, „pesymizmowi rozumu” przeciwstawić „optymizm woli”, zbudować ruch radykalny, jednoznacznie lewicowy. Wierzy, że zapełni pustkę polityczną po tej stronie politycznej sceny.

 

A kapitalizm?

Brak w tej chwili we Włoszech partii bardziej na lewo od PaP, która ma szanse na sukcesy wyborcze. W jednym ze swoich apeli podkreśla, że „Żadna partia nie mówi „ludzie są głodni, weźmy pieniądze, które bogaci historycznie ukradli”. Nie mówi też „zredukujmy wydatki zbrojeniowe i zatrudnijmy młodych w szkołach i szpitalach, bo nasz kraj się zapada”. Musimy obalić Jobs Act i rozpocząć program inwestycji publicznych”. Ten „populizm” został wykuty na blisko 160 wiecach i spotkaniach PaP w różnych częściach kraju, nie brak mu więc sprzeczności.

Trockiści podnoszą na przykład, że PaP źle robi broniąc konstytucji. Dla Potere al Popolo to sposób na utrzymanie prawnej siły przepisów antydyskryminacyjnych i zachowanie demokracji, gdy grożą jej ruchy neofaszystowskie. Ale w konstytucję jest też wpisany kapitalizm, prywatna własność środków produkcji. Dla części radykalnej lewicy PaP będzie więc zbyt ambiwalentna, nie tak radykalna, jakby chciała się widzieć. W efekcie ideowej „zdrady” Podemosu, czy greckiej Syrizy, pozostanie trochę podejrzana.

Jesienią młodzi Włosi, którzy nadali kształt partii, mają wybrać formę jej zarządu, co w sytuacji anarchistycznego braku zaufania do struktur pionowych nie będzie takie łatwe. A jednak ferment na miejscu nie słabnie, mnożą się kontakty europejskie, a „wariaci” twardo chcą zmienić świat w kierunku lewicowego humanizmu.

Odyseja „Aquariusa”

„Ten statek nigdy nie zobaczy włoskiego portu!” – odgrażał się jeszcze w sobotę Matteo Salvini. I rzeczywiście, „Aquarius” nadal szuka wśród europejskich państw chętnego, by przygarnąć uchodźców uratowanych u wybrzeży Libii.

 

Jest ich 141, w tym 67 dzieci bez opieki. Większość pochodzi z Erytrei i Somalii. Wielu z nich skarżyło się załodze, że byli przetrzymywani w obozach przejściowych w niehumanitarnych, urągających ludzkiej godności warunkach.

– Kiedy wkraczasz na terytorium Libii, zabierają ci paszport i drą go na kawałki na twoich oczach – relacjonował jeden z uratowanych Lekarzom Bez Granic. – Kiedy znajdziesz się w strefie granicznej i jedne drzwi już się za tobą zamknęły, a kolejne nie chcą się otworzyć, twoją jedyną drogą, aby wydostać się z tego więzienia, jest morze.

Migranci zostali uratowani w piątek i sobotę. Część z nich spędziła na morzu już 35 godzin. „Aquarius” zgarnął ich z dwóch łódek – od SOS Mediterranee i Lekarzy bez Granic. Następnie w sobotę 11 sierpnia próbował przebić do brzegu we Włoszech ale szef MSW Włoch powtórzył swój manewr z czerwca i kolejny raz nie wpuścił „Aquariusa”, każąc mu szukać innego portu.

W rozmowie z dziennikarzami RAI Stwierdził, że „Aquarius” jest własnością niemieckiego armatora i pływa pod banderą Gibraltaru. Potwierdził to na Twitterze minister ds. transportu Danilo Toninelli – i zasugerował w związku z tym, by statek przybił do portu w Libii lub Wielkiej Brytanii.

Ale Libia jest wykluczona. Szefowa SOS Mediterranee Sophie Beau powiedziała dla France Info, że „bezpieczny port to taki, w którym ludzie mogą uzyskać schronienie. Absolutnie nie gwarantuje tego Libia”.

Obecnie statek znajduje się niedaleko Lampedusy, gdzie czeka, aż któryś z unijnych krajów podejmie wreszcie decyzję. Przyjęcie uchodźców zaproponowała dziś Rada Miejska Barcelony, ale nie wyraził na to zgody rząd Hiszpanii, twierdząc, iż „nie jest to najbezpieczniejszy port”. Władze miasta stwierdziły, że w razie potrzeby ponowią ofertę. Sytuacja jest rozwojowa.

Jak Włochy pokochały pajaca

„Najpierw Włosi!” i „Zdrowy rozum w rządzie” – te dwa wielkie napisy królowały na scenie, gdy tydzień temu 45-letni Matteo Salvini, włoski wicepremier i minister spraw wewnętrznych, krzyczał z niej do 50-tysięcznego tłumu fanów swej partii, Ligi.

 

Wołał: „Co za nieopisane wzruszenie! Oto krzyk miłości rozlega się z Pontidy!”. Chodzi oczywiście o miłość ojczyzny. W jej imię zwolennicy „Il Capitano”, jak go nazywają, występowali w koszulkach z napisem „To mega-koniec dolce vita”, w ślad za swoim idolem, który powtarzał: „to koniec słodkiego życia dla nielegalnych imigrantów!”. Dzięki takiej właśnie retoryce wypłynął.
Pontida to mała miejscowość w Lombardii, na samej północy kraju, gdzie od lat obywały się zjazdy skrajnie prawicowej Ligi Północnej. Dziś to po prostu Liga, gdyż Salvini chcąc wygrać wybory porzucił ideologiczny regionalizm. Ba, do parlamentu wybrano go z Południa, z Kalabrii, o której mówił kiedyś, że „śmierdzi” i jest zamieszkana przez ludzi „leniwych”, którzy nie zasługują nawet na miano Włochów. Ale zmieniła się też sama symbolika historyczna Pontidy. To tu w 1167 r. zawiązano Ligę Lombardzką. Kiedyś miało to być odniesienie do marzenia o niezależności bogatej, przemysłowej Północy. Dziś to przede wszystkim nawiązanie do sprzeciwu średniowiecznej Ligi wobec zakusów Fryderyka I Rudobrodego, cesarza niemieckiego, jako uosobienia dzisiejszej Unii Europejskiej „pod niemiecką władzą”.
Jeszcze pięć lat temu Liga Północna mogła liczyć najwyżej na 4 proc. głosów. Odkąd jednak jej poprzedni wódz Umberto Bossi przegrał z Salvinim, popularność partii rośnie jak na drożdżach. „Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by w ciągu czterech miesięcy od wyborów jakaś siła polityczna prawie podwoiła swój wynik, przechodząc z trzeciego na pierwsze miejsce w kraju” – pisała skonsternowana „Corriere della Sera” obserwując partyjny zjazd.
Czwartego marca, w czasie wyborów, Liga zdobyła 17 proc. głosów, a dziś sondaże wskazują jej już 31,2 proc. intencji wyborczych, więcej od Ruchu Pięciu Gwiazd (M5S) Luigiego Di Maio, który ostatnie wybory wygrał, a teraz spadł na drugie miejsce. 59 proc. Włochów popiera Ligę w kwestii polityki imigracyjnej. „Nasza partia nigdy nie była tak silna, tak dobrze zorganizowana!” – obwieszczał z dumą Salvini w Pontidzie i nikt nie był w stanie temu zaprzeczyć.

 

Walec neoliberalizmu

Według danych z innego zjazdu – zjazdu światowej oligarchii w szwajcarskim Davos – 30 lat neoliberalizmu doprowadził0 Włochy do „prawidłowego” podziału bogactw: 20 proc. najlepiej uposażonych dysponuje 69 proc. bogactwa kraju, 20 proc. kolejnych ma 18 proc., a 60 proc. reszty obywateli musi zadowolić się pozostałymi 13 proc. dochodów. 10 lokalnych miliarderów, w tym dzisiejszy sojusznik Salviniego, „nieśmiertelny” Silvio Berlusconi, mają na kontach 86 miliardów euro, czyli ekwiwalent tego, co posiada pięć milionów włoskich rodzin robotniczych. Naturalnie propaganda neoliberalna unika pojęcia „nierówności społecznych”. Podobno jest przestarzałe.
Dzieła neoliberalnej prekaryzacji pracy dopełnił we Włoszech poprzedni rząd „centro-centro-centro-lewicy”, jak go nazywał z przekąsem znany reżyser Nanni Moretti. To on wprowadził ustawę ochrzczoną z angielska „Jobs Act” (by było „nowocześnie”), która dała właścicielom pełną wolność zwalniania z pracy. Oczywiście pod propagandowym pretekstem zwiększenia zatrudnienia, na który nabrano już wiele krajów. Wprost przeciwnie, redukcja ochrony pracowników nie ma żadnego związku statystycznego ze wzrostem zatrudnienia, lecz, jak każda prekaryzacja, wyłącznie ze wzrostem nierówności społecznych i po prostu wzrostem biedy, generalizacją życiowej niepewności. Na takim społeczno-gospodarczym tle wyrosły idee Salviniego. Idee bardzo proste – jest źle, bo do Włoch przybyli imigranci.

 

Mafia nie taka zła

„Reformy” neoliberalne prowadzone od czasów Berlusconiego najgorzej odbiły się na tak pogardzanym przez Salviniego Południu. Południowcom, jako „ofiarom nielegalnej imigracji” szef Ligi obiecywał więc przed wyborami powstrzymanie tejże i olbrzymie dofinasowania. Zachwycił więc, choć i wkurzył wielu ludzi. Roberto Saviano, autor światowego bestsellera „Gomorra”, krytykował rasizm jego języka, więc Salvini obiecał też oszczędności, mianowicie odebranie Saviano, od 12 lat zagrożonemu śmiercią ze strony mafijnych „rodzin”, państwowej ochrony policyjnej. Odtąd pisarz nie przestaje nazywać wicepremiera „pajacem” i uparcie przypominać pewne fakty.
Krótko przed wyborami w kalabryjskim Rosarno, skąd Salvini kandydował, na mityngu wyborczym 17 marca pierwsze rzędy zajmowali ludzie najsilniejszej włoskiej mafii ‘Ndranghety, przedstawiciele potężnych klanów Bellocco i Pesce. Saviano pisał: „A co powiedział Salvini? – Z czego słynie Rosarno? Ze swoich slumsów. Nie chcę niewolników. – Otóż całość slumsów Rosarno jest pod kontrolą ‘Ndranghety. Minister spraw wewnętrznych powinien to wiedzieć, chyba, że to pajac”. Liga dokonała gigantycznego oszustwa finansowego (na ok. 50 milionów euro) w związku z państwowymi zwrotami funduszy wyborczych. Dziś jej konta są zajęte przez komorników, więc by przyjmować pieniądze, stworzyła we współpracy z ‘Ngranghetą sieć fikcyjnych spółek i stowarzyszeń… „Il Capitano” polubił Południe nie bez powodu.

 

Polityczne wzorce

To przede wszystkim miliarder Donald Trump i skrajny nacjonalista Benjamin Netaniahu. W warstwie sloganów i zachowania jest wyznawcą pełnej „trumpologii”, jako metody na stałe przebywanie z przodu sceny publicznej. Jego tyrady, nieustanna obecność na Twitterze, „zadziorność” wobec mediów i przeciwników politycznych, wyrażanie opinii na wszystkie tematy, usunęły w cień zarówno jego koalicyjnego partnera Luigiego Di Maio z M5S, jak i premiera Conte, powiązanego raczej z tą drugą siłą polityczną. Spektakularna odmowa przyjmowania statków z rozbitkami, migrantami płynącymi z Libii, ma być odpowiednikiem „muru Trumpa” na granicy meksykańskiej.
W tym samym rejestrze imponuje mu postawa rządu izraelskiego, którego, jak wiele innych ugrupowań skrajnej prawicy w Europie, nie przestaje „uwielbiać” za konsekwentny nacjonalizm i przede wszystkim pomysł wyrzucenia „wszystkich” afrykańskich imigrantów. Już w czasie kampanii wyborczej, gdy obiecywał „deportować wszystkich” (jest ich ok. 600 tys.) powoływał się na „rozwiązanie izraelskie”, które nota bene jest w zasadzie niemożliwe do przeprowadzenia. Prezydenta Rosji Władimira Putina też „uwielbia”, by zagrać na nosie europejskiej polityce sankcji, na której Włochy dużo straciły.

 

Logika wymierania

Ledwo zaczął rządzić, już ma ambicje kontynentalne. W Pontidzie ogłosił „wielki europejski projekt”, stworzenia „Ligi Lig w Europie”, która „zjednoczy wolnościowe ruchy polityczne pragnące bronić swoich granic [przed imigracją] i dobrobytu swych dzieci”. Widzi tu m.in. francuskie Zgromadzenie Narodowe (RN – to nowa nazwa Frontu Narodowego Marine Le Pen), koalicję prawicy ze skrajną prawicą w Austrii i wschodnioeuropejską Grupę Wyszehradzką, przeciwną wszelkiej imigracji.
Nie wytrzymał Tito Boeri, bardzo szanowany szef INPS (włoskiego ZUSu). Mówił w parlamencie, że redukując imigrację Włochy będą tracić swoją populację w tempie co najmniej 700 tys. osób poniżej 34 roku życia co pięć lat, ze względu na prawdziwy upadek demograficzny, który kraj przeżywa na skutek „reform” neoliberalnych. Po prostu systematyczne pozbawianie ludzi bezpieczeństwa pracy prowadzi do zmniejszania się rozrodczości. Inaczej mówiąc, nie będzie kto miał zarabiać na emerytury, tym bardziej, że rząd Ligi/M5S chce ułatwić wcześniejsze przechodzenie w stan spoczynku. Salvini odpowiedział, że Boeri „chyba żyje na Marsie”. Ale jak długo potrwa jego optymizm?
Znany włoski socjolog Domenico De Masi narobił dużo zamieszania utrzymując, że optymizm Salviniego jednak potrwa. Nazajutrz po marcowych wyborach ogłosił, że „Salvini to prawica, która zje M5S, choć nie jest on z lewicy. Sytuacja jest alarmująca, przypomina czasy Marszu na Rzym [Mussoliniego, w 1922 r.]. Żaden z obu liderów nie ma poważnej kultury politycznej, ale szef Ligi jest bardziej przebiegły i nie ma hamulców”. Dla De Masiego Ruch Pięciu Gwiazd to „piasek” złożony głównie z „ignorantów”, podczas gdy Liga to twarda, faszystowska „cegła”, solidna, odporna. Jego zdaniem, sytuacja jest nawet gorsza niż w 1922: „Stany Zjednoczone jako jeden ze zwycięzców wojny, jawiły się w Europie jako kraj wyzwolicielski. Dziś jest na odwrót – USA są złym przykładem do naśladowania.”

 

Powrót do przeszłości

Poza tym, według jego analizy, Włochy, kraj, w którym wynaleziono uniwersytety, niszczy tę tradycję, mianując na ministerialne stanowiska ludzi ledwo z maturą (jak Salvini), a jedna trzecia posłów w ogóle nie ma żadnego dyplomu. Wreszcie w 1922 r. Włochy nie miały za sobą doświadczenia berlusconizmu, który regularnie ciągnął kraj w dół. Berlusconi przez 20 lat zajmował się tylko dbałością o swe przedsiębiorstwa i doprowadził do „mutacji antropologicznej” Włochów. Salvini natomiast doprowadzi do „mutacji politycznej”, i również w kierunku dołu. „Włosi nie są rasistami” – mówi De Masi, ale „mutacja antropologiczna” wyzwoliła ksenofobię, która każe widzieć obcego jako zagrożenie, szczególnie w momencie kryzysu gospodarczego. Salvini wywołał i uprawomocnił to pierwotne uczucie tak, że „mało kto wstydzi się dzisiaj określać jako rasista”.
Liga zawsze będzie potrzebowała wrogów, by rządzić. Ten trend rozlewa się po naszym kontynencie, społeczne „mutacje” znamy zresztą w Polsce. Włosi zapewniają sobie miraż ekskluzywnego „dolce vita” w podkutych butach, które słychać coraz dalej i dalej.

Nie dobra wola, ale brak pieniędzy

Trudności finansowe i organizacyjne usunięcia wszystkich nielegalnych imigrantów z Włoch są tak wielkie, że prawdopodobnie okaże się to niemożliwe.

 

Włoski minister spraw wewnętrznych z ksenofobicznej partii Liga jest pełni obecnie wiodącą rolę w rządowej nagonce przeciwko imigrantom. To on w czerwcu zakazał wejścia do włoskich portów statków z uratowanymi na morzu uchodźcami. Proponuje też „spis Romów”. Od dawna również zapowiada, że deportuje z Włoch wszystkich imigrantów przebywających w kraju bez uprawnienia – to jego główny postulat. Powstrzymanie napływu imigrantów z Afryki do Włoch było hasłem, które zapewniło jego partii sukces wyborczy i udział w rządzie.

Jednak znawcy tematu imigracji uważają, że jest to tylko retoryka mająca na celu wywołanie efektu medialnego. Włoski aktywista pracujący na rzecz uchodźców Sergio Bontepelli porównuje taktykę Salvniego do gróźb Donalda Trumpa, że wybuduje mur na południowej granicy USA, a Meksyk za niego zapłaci. Podkreśla, że w istocie zapowiedzi powstrzymania imigracji padają z ust włoskich polityków od lat, a nikomu się to nie udało.

Odesłanie 500 tys. ludzi – bo tak szacuje ich liczbę Salvini – do domów byłoby przedsięwzięciem niezwykle trudnym i bardzo kosztownym.

Obecne włoskie przepisy deportacyjne są bardzo skomplikowane i długotrwałe. Wielu imigrantów, którzy otrzymali nakaz opuszczenia kraju apeluje w sądach. Deportacja siłowa wymaga odeskortowania obcokrajowca do samolotu w asyście dwóch policjantów. Całkowity koszt wyrzucenia jednego imigranta z Włoch waha się pomiędzy 6 tys. a 15 tys. euro. W 2017 r. wykryto ponad 31,5 tys. nielegalnie przybywających we Włoszech, a deportowano 6,5 tys.

Dodatkowym problemem dla antyimigranckich polityków jest konieczność koordynowania deportacji z krajami pochodzenia. Jest to często praktycznie niemożliwe. Salvini odgraża się też, że obecną liczbę obozów przetrzymywania nielegalnych imigrantów zwiększy z 5 do 20. To oczywiście dodatkowe koszty. Nie wiadomo, jak chce je pokryć Salvini, który krytykował poprzedni rząd za to, że na opanowanie problemu imigracji wydał 50 mld euro. Twierdzenia, że do „deportacji wszystkich” wystarczą pieniądze wydawane na nich teraz są niedorzeczne. Obozy mogłyby być w jakiejś mierze finansowane przez UE, jednak „deportacja wszystkich” musiałaby być pokryta w 90 proc. z pieniędzy włoskich podatników – twierdzi Hein.

Odpychanie uchodźców

Minister spraw wewnętrznych nacjonalistycznego rządu Włoch proponuje, by Unia Europejska powstrzymywała uchodźców tworząc centra przetrzymywania ich na terenie Afryki.

 

Matteo Salvini, świeżo upieczony szef resortu spraw wewnętrznych w skrajnie prawicowym rządzie Włoch, złożył wizytę w Libii. Spotkał się z m.in. Ahmedem Maitigiem, wicepremierem rządu w Trypolisie, uznanym przez społeczność międzynarodową za legalną władzę tego kraju. Rząd Ashoura kontroluje obecnie tylko część terytorium Libii. Salvini rozmawiał z nim fali imigrantów, którzy z Afryki przedostają się do Włoch, a w podróż przez Morze Śródziemne najczęściej wyruszają właśnie z wybrzeży Libii. Polityk, znany z antyimigranckiej retoryki i polityki, wyraził wdzięczność dla libijskiej straży granicznej, która przechwytuje łodzie z migrantami. Ocenił jej aktywność jako „doskonałą robotę”.
W poniedziałek, po powrocie do kraju, włoski minister oświadczył, że w krajach takich jak Libia, Niger, Czad i Sudan powinny powstać centra przetrzymywania migrantów z Afryki, by powstrzymywać ich ruch w stronę Europy. Jego zdaniem europejskie rządy również powinny mieć udział w takiej formie represjonowania ludzi szukających lepszego życia na Starym Kontynencie. Salvini uznał, że UE powinna finansować obozy, które on proponuje zakładać w krajach Afryki.

Odniósł się do tego libijski wicepremier Maitig oświadczając: „całkowicie sprzeciwiamy się jakimkolwiek obozom dla migrantów w Libii”. Jednocześnie zaznaczył, że jego rząd, nadal będzie powstrzymywał ruch Afrykanów w kierunku Włoch. Praktyka ta jest ostro krytykowana przez organizacje działające na rzecz uchodźców i broniących praw człowieka. Ich zdaniem działania libijskiej straży przybrzeżnej są często bezprawne, a imigranci na terenie Libii mierzą się z ciężkimi warunkami życia, przemocą i nadużyciami ich podstawowych praw człowieka.

Przywódcy państw UE przygotowują się do unijnego szczytu w sprawie imigracji, który ma się rozpocząć w czwartek, 28 czerwca. Polityka Włoch będzie z pewnością jednym z najważniejszych jego tematów. Od 2014 r. Włochy przyjęły 650 tys. imigrantów, którzy przybyli na łodziach z Afryki. Nastroje antyimigranckie były głównym czynnikiem, który w ostatnich wyborach wyniósł do władzy nacjonalistyczny rząd Giuseppe Contego. Skrajnie prawicowy gabinet rozpoczął swoją antyuchodźczą politykę od zamknięcia portów dla statków organizacji pozarządowych ratujących migrantów na Morzu Śródziemnym. Na morzu utknęły m.in. statki Lifeline i Aleksander Maersk – pierwszy z 230 imigrantami na pokładzie, drugi z 113. Aleksander Maersk ma otrzymać pozwolenie na wejście do wskazanego przez włoskie władze potru w najbliższy piątek.

Polityka „odpychania migrantów” od granic Europy owocuje natomiast tragediami. Nie tak dawno świat zbulwersował film dokumentujący handel niewolnikami w Libii, obnażający rzeczywistość kryjącą się po afrykańskiej stronie Morza Śródziemnego, na której Europa chciałaby zatrzymać falę przybyszów.

W ubiegłym tygodniu natomiast media obiegły doniesienia o masowych deportacjach migrantów z Algierii. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy około 13 tys. osób zostało przez algierską straż graniczną odwiezionych na granicę z Nigrem, a następnie pod groźbą użycia broni zmuszonych do marszu przez pustynię bez wody i jedzenia. Wśród deportowanych w ten sposób były ciężarne kobiety i dzieci.

Włochy umywają ręce

Strażnicy wystosowali apel do statków ratujących migrantów, aby nie wzywać ich w przypadku sytuacji kryzysowej u wybrzeży Libii, a kierować się do tamtejszych władz. U wybrzeży Włoch aktualnie krążą dwa statki z 300 uratowanymi ludźmi na pokładzie. Jednak Włochy prezentują stanowisko tak twarde, jak w przypadku pamiętnego „Aquariusa”.

 

Włoska straż wzięła sobie do serca stwierdzenie Matteo Salviniego, że „Włochy umywają ręce” i „nie stać ich na utrzymywanie setek tysięcy migrantów”. Do jednostek organizacji pozarządowych pływających po Morzu Śródziemnym rozesłano „techniczno-operacyjny” okólnik, w którym włoska straż napisała: „w przypadku operacji niesienia pomocy na wodach Libii kompetentne są władze tego kraju i to z nimi należy kontaktować się w pierwszej kolejności”. Tym samym włoska straż morska ogłosiła, że nie będzie w celach interwencyjnych wpływać na wody libijskie, jak miało to miejsce do tej pory.

Od piątku tymczasem na odcinku pomiędzy Maltą i Libią stoi holenderski statek Lifeline, który uratował 200 uchodźców – głównie kobiety w ciąży i dzieci. Ani Włochy, ani Malta nie chcą mu wydać zgody na zawinięcie do portu (Salvini stwierdził, że to Malta pownna w końcu otworzyć swoje porty). Migranci potrzebują absolutnie wszystkiego: leków, kocy, jedzenia.

Tyle samo – 2 ciężkie dni – czeka już duński „Alexander Maersk” przed portem w Pozzallo na Sycylii – ma na pokładzie 110 osób.
W sobotę po południu również u wybrzeży Hiszpanii kutry patrolowe Guardia Civil uratowały koło 600 migrantów (głównie kobiety z dziećmi), które usiłowały przedostać się z Afryki Subsaharyjskiej na tratwach. Tu nie było problemu z udzieleniem pomocy. Od czasu, kiedy Włochy odesłaly „Aquariusa” z kwitkiem, Hiszpania udzieliła pomocy około 1000 osób.

Włoska twierdza

Szef włoskiego MSW Matteo Salvini wydał decyzję o niewpuszczeniu na teren państwa statku „Aquarius” organizacji SOS Mediterranee – z personelem Lekarzy Bez Granic i 629 migrantami na pokładzie. To jasny sygnał dla Europy i świata.

 

SOS Mediterranee w ciągu kilku godzin operacji na morzu uratowała ponad 600 migrantów przeprawiających się przez Morze Śródziemne. Po czym popłynęła na północ Włoch i oczekiwała na decyzję, do którego z portów ma wpłynąć. Ale z MSW przyszedł jasny sygnał: do żadnego.

I poinformował, że zwrócił się pilnie do władz Malty o „przejęcie” uchodźców, zatem statek powinien udać się do portu w Valetcie. Uznano, że będzie w tym przypadku „najbezpieczniejszy”.
Media odczytują to jako gest odegrania się na Malcie, która w ubiegłym roku odmówiła przyjęcia statku ze 126 migrantami uratowanymi przez holenderską organizację pozarządową. Na morzu panowały wówczas trudne warunki, ale rząd Malty był nieugięty. Udzielił pomocy na miejscu i odesłał statek z ocalonymi dalej, na Sycylię, gdzie zajęła się nimi z konieczności włoska Straż Przybrzeżna.

Salvini wówczas nie krył wściekłości: – Ten kraj nie może zawsze odpowiadać odmową na prośby o pomoc! Dlatego sam teraz postawił Maltę przed faktem dokonanym. – Nie powtórzy się następne lato z kolejnymi statkami z migrantami, zawijającymi do portów we Włoszech – zapowiedział wczoraj.

„La Repubblica” pisze o ważnym sygnale dla Europy od nowego rządu Włoch: „nie możemy zostać sami z kryzysem migracyjnym, musicie pomóc!”.

Do Włoch od początku 2018 roku przybyło drogą morską ponad 13 tysięcy. To i tak 80 procent mniej niż w tym samym czasie w 2017 r.

Imigrantów z niechcianego we Włoszech statku postanowił przyjąć nowy socjalistyczny premier Hiszpanii Pedro Sánchez.

Fundusze europejskie – blaski i cienie

Ostatnie budżetowe propozycje Unii – przewidywane cięcia – to niewątpliwa satysfakcja dla opozycji, ponieważ rząd wreszcie ponosi konsekwencje za uporczywe „gryzienie karmiącej unijnej ręki”.

 

Pomoc finansowa Unii  dla Polski słabnie.

Jednak pierwsze poczucie złośliwej satysfakcji, że harda władza oberwała, z czasem powinno ustąpić i przerodzić się u obywateli w głębszą refleksję na temat tego, co z tą pomocą jest w porządku, a co niekoniecznie. Bo wbrew powszechnemu mniemaniu nie każda pomoc czy subsydia mają zbawienne działanie, a to, co na krótką metę wydaje się zdrowe, na dłuższą może zaszkodzić.
Nie chcę przez to powiedzieć, że można usprawiedliwić błędy rządu w stosunkach z Unią. Nie twierdzę też, że część subsydiów można sobie odpuścić. Po prostu chciałbym skłonić nas wszystkich do zastanowienia się, jakie są długoterminowe skutki pobierania unijnej kasy.
Wkrótce fundusze zabrane z polskiej puli środków powędrują do krajów południa, które już dawno podlegały podobnym do naszych przemianom cywilizacyjnym przy wsparciu UE.
Pytanie, czy po mocnym zastrzyku europejskiej gotówki te kraje poradzą sobie same, czy też potrzebna jest dalsza pomoc? Niestety wygląda na to, że Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Grecja wymagają dalszego wsparcia – bezrobocie, zwłaszcza młodych, jest tam zatrważające.
Coś z tym trzeba robić – a trudno cokolwiek skutecznie przedsięwziąć bez zewnętrznego darmowego finansowania.
Kolejne pytanie: czy Polska po dokonaniu wielkich europejskich innowacji może znaleźć się w podobnej sytuacji? W moim przekonaniu jak najbardziej. Idziemy, podobną drogą, co kraje południa i strukturalne problemy wystąpią jak u nich.
Analiza wcześniejszych unijnych działań na południu dowodzi, iż właśnie ta „pomoc” spowodowała katastrofalne problemy strukturalne, które Unia musi teraz sama naprawiać. Problem w tym, że Bruksela albo wstydzi się przyznać do błędu albo autentycznie nie odróżnia przyczyn od skutków. Zasadniczo Unia chce dobrych zmian, ale przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Istnieje prawdopodobieństwo, że Eurokraci z Brukseli rozumują po prostu na zasadzie „Unia dała za mało, dlatego na te kraje nadal trzeba łożyć”. A być może istnieje też głęboko skrywana motywacja podszyta rasizmem – przekonanie, że na południu żyją lenie i lekkoduchy. A to tam powstawały wielkie imperia
W moim mniemaniu istnieje jeden pierworodny błąd zrozumienia całości kryzysowej sytuacji na południu, a bez całościowego zrozumienia nie można określić działań zaradczych. Jak powiedział Hipokrates: dobre leczenie to dobra diagnoza. AD REM: Gdy nowe, biedniejsze kraje, czy to z południa, czy ze wschodu Europy były przyłączane do bogatej Unii – dążyły do tego, aby się do niej upodobnić. Pierwsza konstatacja po podpisaniu traktatu akcesyjnego? Brak nowoczesnych narzędzi pracy, nowoczesnej infrastruktury, przestarzałe szkolnictwo, prymitywne rolnictwo i przetwórstwo, braki prawnej infrastruktury, brak korpusu funkcjonariuszy państwa, itd. Do krajów tych przybywały tabuny europejskich doradców ds. transformacji (nierzadko będący tylko bogatymi ignorantami, którzy nigdy przecież nie budowali zrębów swoich państw. I kiedy mówili nam – zniszczcie PGR-y i komunistyczne fabryki, kupowaliśmy to w ciemno. Tymczasem Czechy i byłe NRD niczego pospiesznie nie burzyły, przekształciły dawne PGR w indywidualne spółdzielnie lub prywatne firmy i dobrze to funkcjonuje. Chiny przeprowadziły transformację na swoją własną modłę – wprowadziły pełną wolność gospodarczą przy zachowaniu sprawnego aparatu byłego komunistycznego państwa. Rezultat można tylko podziwiać. One niczego pośpiesznie nie burzyły. A u nas kwitła niekompetencja tych, którzy zawładnęli państwem po 1989 roku i być może niedługo nawet doczekamy się pomnika działacza związkowego Wrzodaka, który z pianą na ustach zniszczył URSUS. Długo nam zajęło zrozumienie, że wielka „Solidarność” niekoniecznie przyniosła nam samo dobro, do władzy doszły duże grupy populistycznych związkowców. (Choć akurat Lech Wałęsa zachował wiele chłopskiego zdrowego rozsądku, a jego skróty myślowe są genialne – vide „bieda prowadzi do rewolucji, rewolucja prowadzi do nędzy”). Co było nasze – w dużej mierze sami zniszczyliśmy, jeszcze zanim nadeszła UE.

 

Co właściwie jest nie tak  z unijną pomocą?

Cały paradoks opiera się na tym, że Unia chcę dobrze. Ale pamiętajmy, że przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że wielkie subsydia nie tylko usprawnią państwa Unii, ale też w pewnych aspektach trwale je zdeformują.
Dlaczego więc wszyscy chcą brać więcej i więcej? Przez wiele lat procesu modernizacji ujemne skutki po prostu nie zdążyły się pojawić. Objawiają się wtedy, gdy nikt ich się nie będzie spodziewał. Oto scenariusz:
Gdy po dziesiątkach lat pomocy wszystko już zostanie zbudowane, autostrady będą błyszczeć, nowoczesne fabryki pracować, instytutu naukowe będą już zbudowane, czas na samodzielne życie na własny rachunek, nawet wypadałoby im zostać płatnikiem dla Unii. Wtedy zgrzyt: firmy masowo upadają, miliony idą na bezrobocie i wychodzą na ulice Lizbony, Aten, Barcelony wybijać szyby oraz walczyć z policją. A do polityki wkraczają faszyzujący nacjonaliści z hasłami opuszczenia UE. Brzmi znajomo?
Wytłumaczenie tego zjawiska jest proste. Wielkie modernizacyjne inwestycje kasie są kosztowne w utrzymaniu, a wiele tych inwestycji jest przewymiarowana. Oczywiście wspaniałe autostrady to nie fikcja, piękne lotniska też. A jednak za cudze i półdarmowe pieniądze buduje się na wyrost i ze zbędnymi luksusami, nie patrząc na wysokie koszty utrzymania.
Lotnisko w Radomiu nie odprawiło żadnego dużego samolotu, Jezioro Jamno wysycha – bo zrobiono niepotrzebne wrota przeciw zalewowe za kilkaset milionów.
Gdy 2 lata temu jechałem autostradą Porto-Lizbona – widziałem pustki, wszyscy pojechali ichnią Gierkówką, która była bezpłatna. Lwia część projektów innowacyjnych, na oko jakieś 80 %. już w swoim założeniu to horrendalne bzdury. Wiele przedsięwzięć to innowacje pozorne, inwestycje w kapitał ludzki z początku sprawiają wrażenie cudu gospodarczego. Najpierw pieniądze płyną szeroką strugą, jednak państwa-beneficjenci muszą dołożyć swój wkład, więc się zadłużają. Przykładowo każdy zafakturowany kawałek drogi za unijne fundusze wzbogaca budżetowy VAT. Wszyscy w kraju się kłócą, bo jest, co dzielić. Oto przykład innowacji:
Dwa lata temu mój młodszy brat z podwarszawskiej Kobyłki (rencista z rakiem) został zaproszony przez Urząd Pracy na kurs komputerowy. Odmówił – nie ma komputera i jest wykluczony z rynku pracy. Zagrożono mu, że nie dostanie węgla na koniec roku, przysłano busik, zapewniono obiady i wycieczkę nad Bałtyk. Taka grupa wiejskich pijaczków z Kobyłki i podobnych miejscowości Mazowsza: Nadarzyna, Kobylaka, Ossowa, Turowa, Stefanówki – to nasza dolina krzemowa.
Czy taka forma inwestycji w kapitał ludzki ma ekonomiczny sens? Oczywiście – przecież zarobił organizator, restauracja, sprzedawca komputerów, właściciel wynajętej sali, firma transportowa, hotel nad Bałtykiem… Skorzystał też niewątpliwie brat, bo na koniec roku dostał nie pół tony, a tonę. Takich gmin i jednostek jest tysiące, cała Polska, aż błyszczy od krzemu. Podobnie było z lotniskiem w Radomiu – też zarobiło mnóstwo krewnych i znajomych królika.
Wiele inwestycji unijnych to tylko mnożenie długu, budowanie złudzeń, że ta pomoc działa, bo budżet w okresie tych inwestycji ma dochody, a ludzie – pracę. W okresie inwestycji szybko postępuje koncentracja produkcji, a firmy i usługi stają się coraz większe i nowocześniejsze. Rolnictwo przekształca się w system wielkich farm a handel – wielkich galerii. Wszyscy mają pieniądze, rząd dobrych panisków daje nawet kasę za darmo.
Jednak w tych nowoczesnych firmach pracuje coraz mniej ludzi. Momentami nawet, gdy są realizowane wielkie modernizacje bywa, że brakuje ludzi do pracy, bo proces przebudowy potrzebuje masy pracowników. Ale gdy kończy się modernizacja, objawia się wielkie strukturalne bezrobocie. Ludzie tracą pracę, bo przestają być potrzebni w, spada obrót i wpływy budżetowe.
Państwa południa udowodniły, że lata pomocy zbudowały tylko blichtr – a pozbawiły ludzi trwałego umocowania socjalnego. W bogatych domach w Grecji, Hiszpanii, Portugalii częstokroć żyją ludzie za emeryturę babci lub dziadka. Grecja już dawno zbankrutowała, bo od lat ktoś inny spłaca za nią długi.
Proces modernizacji państw południa przy wsparciu UE przebiegał sprawnie. Na skutek gigantycznej pomoc ekonomicznej szybko został unowocześniony i skoncentrowany przemysł, – ale też przetwórstwo, infrastruktura. Po zakończeniu modernizacji ludzie, którzy to wszystko budowali, tracą masowo pracę, a nie ma powrotu do małych gospodarstw, bo przestały istnieć.
Grek nie wróci na swój mały kuter, bo za 100000 euro go zezłomował, zaś otwarta za te pieniądze smażalnia przestaje przynosić zyski, bo reszta ludności też ubożeje.
Gdy cztery lata temu jechałem autobusem z Szanghaju do Pekinu, widziałem po drodze jak malutkie gospodarstwa rolne twardo pracowały, na wąskich polach jeździły małe kombajny i traktorki. A u nas? Nawet na małych zagonach widać olbrzymie unijne traktory, – choć w przyszłości ich obsługa to dla gospodarstwa finansowa katastrofa. Tam ktoś myśli o ludzkim bycie i pracy, a my nadal powielamy niebolszewickie marzenia o wielkiej mechanizacji i wielkich farmach. Czy nie czas na refleksję, jaką mamy mieć docelowo strukturę gospodarstw rolnych i jaką rolę ma grać w tym wszystkim drobna wytwórczość? Tu właśnie jest rola odpowiedzialnych partii ludowo lewicowych jednak bez populizmu.

 

Największą pomoc unijną przechwytują giganty gospodarki i sitwy.

Gospodarka Grecji, działając w warunkach sztucznej czasowej prosperity, przywykła już do stałego dopływu subsydiów inwestycyjnych, my już też. Gdy nadszedł krach – na scenie politycznej natychmiast pojawił się populizm, faszyzm, ultra nacjonalizm, z perspektywą rządów bezprawia i niesprawiedliwości.
By cały ten proces sztucznej modernizacji nie skończył się u nas nadejściem faszyzmu – czas, by odpowiedzialne prospołeczne ugrupowania weszły znowu do codzienności polityczno-gospodarczej, ponieważ tanie populizmy wspierające się pospolitym kłamstwem prowadzą nas na skróty do katastrofy. Olbrzymie pieniądze bez realnej kontroli, bo Unia daleko, to potężne narzędzie korupcji politycznej. Za te fundusze samorządowcy czy administracja kupuje sobie wpływy lub bogaci siebie i swoje kliki. Wokół funduszy powstały całe złodziejskie sitwy. Bez zawodowej służby cywilnej niemożliwe jest uczciwa modernizacja, kto do końca zniszczył ten korpus chyba wiemy. Nie wystarczy obsadzenie wszystkich stanowisk Misiewiczami, tu musi być struktura jak we Francji, Niemczech czy Anglii. Gdy skończą się fundusze ultra bogaci na pokolenia pojadą na zasłużone wakacje a długi zapłacą ci, co na nich nic nie skorzystali. Czas najwyższy byśmy przekierowali pomoc na projekty infrastrukturalne, służbę zdrowia inne działania prospołeczne. Przetaniony sprzęt unijny niech będzie dostępny dla ogółu przedsiębiorców a nie dobrze zorganizowanych klik. Czas na pełną transparentność procesu tej pomocy. Pomoc nie może służyć powstawaniu magnackich majątków na 3 pokolenia naprzód. W tej chwili można zbudować całkowicie prywatny hotel za fundusze pomocowe, zajazd nawet z czasem dom publiczny, wystarczy dobry biznes plan. Tworzenie nowych firm za fundusze wykańcza firmy bez dotacji, na wolnym rynku nie może być inaczej.
Mój tekst powinien skłonić też do refleksji, iż czas na powrót do realnego życia politycznego i społecznego dojrzałych ugrupowań politycznych – działających nieprzerwanie, a niefunkcjonujących tylko od jednych wyborów do drugich. Wielkie grupy średniego pokolenia zostały wykluczone, bo to, komuna,. Inni są poza nawiasem, bo nie chodzą w procesji. Wspinanie się do polityki po plecach kościoła to polityczne złodziejstwo i nieuczciwość. Tylko niewielu hierarchów to rozumie. Franko umarł i puste kościoły. Jest tak wiele spraw społeczno-gospodarczych, które wymagają ciągłego nadzoru niezależnych ugrupowań politycznych!
Proste recepty kłamliwego populizmu prowadzą nas do otchłani. Czas już włączyć zdrowy rozsądek. Cała sztuka to wykorzystać olbrzymią szansę modernizacji europejskiej i nie popaść w kłopoty.
To właśnie czynnik społeczno-polityczny musi zostać uruchomiony na nowo. Kościoły powinny skupić się na życiu w zaświatach, a doczesne sprawy powierzyć dojrzałym, dojrzałym działaczom społeczno politycznym.. Na marginesie – „komunizm” w Polsce to de facto okres stalinizmu – do 1953. Jego ofiarami padali też ideowi komuniści. Znielubiony Gomułka cudem uniknął śmierci.
Nie ma idealnych partii ani ustrojów, ale nadszedł czas na poważne debaty bez etykiet i uprzedzeń. My, światli Polacy – walczmy na argumenty, a nie na prymitywne obelgi. Oprócz połajanek i epitetów włączmy społeczno-polityczny nadzór kierunku rozwoju państwa, starajmy się, choć uczyć na błędach innych, a to zaprocentuje.

Rząd ksenofobów i eurosceptyków

Za drugim podejściem, po korekcie zaleconej przez międzynarodowy kapitał, we Włoszech powstał rząd koalicyjny złożony z przedstawicieli skrajnie prawicowej Ligi i pozornie antysystemowego Ruchu Pięciu Gwiazd. Szefowie obu partii nazywają nowy gabinet „rządem zmian”, jednak wsłuchując się w ich propozycje trudno dostrzec coś naprawdę przełomowego.

 

Formowanie rządu we Włoszech trwało 90 dni. W pierwszym podejściu, na początku tego tygodnia, Prezydent Sergio Mattarella, pod naciskiem Brukseli i międzynarodowych instytucji finansowych, nie zatwierdził składu rządu zaproponowanego przez przedstawicieli Ligi i Ruchu Pięciu Gwiazd. Kością niezgody nie były jednak pomysły polityków koalicji dotyczące uchodźców, lecz osoba Paolo Savony, profesora ekonomii, który miał objąć tekę ministra finansów. Polityk ten jest znanym krytykiem obecności Italii w strefie euro. Przez kilkadziesiąt godzin zanosiło się, że nowym szefem rządu zostanie były urzędnik Międzynarodowego Funduszu Walutowego Carlo Cottarelli, co oznaczałoby realizacje polityki zastosowanej już w Grecji – brutalnych cięć budżetowych, obejmujących wydatki na cele socjalne, usługi publiczne, renty i emerytury.

W reakcji na decyzje prezydenta lider Ligi Matteo Salvini oświadczył, że Mattarella nie ma prawa ingerować w decyzje dotyczące składu personalnego gabinetu, który został zgłoszony przez demokratycznie wybraną koalicje. Przywódca Ruchu Pięciu Gwiazd posunął się o krok dalej, informując, że jego ugrupowanie zamierza postawić prezydenta w stan oskarżenia, w związku ze złamaniem konstytucji. Potem jednak wycofał się ze swoich słów. Swój ton złagodził również Salvini, który oznajmił, że jego formacja jest gotowa do rozmów o „kompromisowym gabinecie”.

W piątek w Pałacu na Kwirynale na premiera został zaprzysiężony profesor prawa Giuseppe Conte, polityk nie związany z żadnym skrajnym ruchem, w swoich wypowiedziach i poglądach przypominający raczej stonowany europejski establishment. To jednak prawdopodobnie tylko zasłona, bo wśród członków jego gabinetu znajdujemy bardzo niepokojące persony. Stanowiska wicepremierów obejmą liderzy obu ugrupowań: Luigi Di Maio z Ruchu i Matteo Salvini z Ligi. Di Maio będzie zarazem ministrem rozwoju gospodarczego, pracy i polityki socjalnej, a Salvini – szefem MSW. Ten drugi zapowiedział już, że jego celem będzie deportacja „nielegalnych imigrantów” z terytorium Włoch oraz likwidacja programów integracyjnych dla tych, którzy już otrzymali azyl. Salvini zapowiada, że przyniesie to oszczędność rzędu pięciu miliardów euro. Z kolei Di Maio zamierza wdrożyć obietnice socjalne, złożone wyborcom podczas kampanii. Ich beneficjentami mają być obywatele o najniższych dochodach oraz bezrobotni. Oczywiście tylko rodowici Włosi. Ruch Pięciu Gwiazd zapowiedział im przyznanie dochodu gwarantowanego w wysokości 780 euro. Wprowadzenie takiego świadczenia prawdopodobnie będzie okupione cięciami na poziomie usług publicznych, które już teraz znajdują się w tragicznym stanie z powodu chronicznego niedofinansowania. Powstać mają również bezpłatne przedszkola.

Liga również zamierza zrealizować swoje postulaty gospodarcze. Niektóre z nich, wyrażone ogólnikowo jako „likwidacja barier stawianych przedsiębiorczości” czy „ograniczenie biurokracji” są podzielane przez koalicjanta, inne z kolei jak utworzenie „banku na rzecz inwestycji, rozwoju gospodarczego i włoskich firm”, a także wprowadzenie podatku liniowego, najpewniej zakończy się spadkiem dochodów budżetowych. Eksperci wskazują więc, że realizacja postulatów obu formacji może okazać się niemożliwa, albo zakończyć się katastrofą finansów publicznych.

Ministrem finansów ostatecznie zostanie profesor ekonomii Giovanni Tria z rzymskiego uniwersytetu Tor Vergata, a ministrem ds. europejskich 81-letni niedoszły minister finansów Paolo Savona. Tekę szefa MSZ obejmie Enzo Moavero Milanesi, który był ministrem ds. europejskich w rządzie Mario Montiego. Ta nominacja ma wpłynąć na unormowanie napiętych stosunków z brukselską elitą polityczną.

Przedstawiciele Komisji Europejskiej ze zadowoleniem przyjęli wiadomość o planowanych ułatwieniach dla biznesu i obniżkach podatków. Jean Claude-Juncker we wpisie na Twitterze zapewnił, że Komisja „będzie po stronie Włoch na drodze reform”.

Rząd Contiego musi jeszcze uzyskać wotum zaufania w parlamencie, jednak z tym nie powinno być problemu, bo Liga i Ruch Pięciu Gwiazd posiadają większość w izbie.

Wolta Mattarelli

Włoski prezydent Sergio Mattarella nie zaakceptował składu przyszłego rządu, jaki przedłożył mu kandydat na premiera Giuseppe Conte. Kolejną próbę sformowania gabinetu podejmie były urzędnik Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc przedstawiciel dokładnie tych sił, przeciwko którym głosowali Włosi w marcowych wyborach. Głosowali na nacjonalistów i pseudoantysystemowców, bo wiarygodnej alternatywy lewicowej prawie nie było.

 

Wydawało się, że koalicyjny rząd Ruchu Pięciu Gwiazd i nacjonalistycznej Ligi (dawniej Ligi Północnej), z dziwacznym programem, równocześnie uwzględniającym podatek liniowy, wprowadzenie pewnej formy dochodu gwarantowanego i likwidację programów sprzyjających integracji migrantów, jest na najlepszej drodze do powstania. Liderzy obu ugrupowań dogadali się w sprawie kompromisowego kandydata na premiera, którym miał być profesor prawa, Giuseppe Conte, bezpartyjny technokrata. Tyle, że prezydent, w swojej karierze politycznej związany z chadecją i proeuropejską centrolewicą, po przedstawieniu mu proponowanego składu rządu, nie zgodził się, by resort finansów powierzyć Paolo Savonie, ekonomiście, który wejście Włoch do strefy euro nazywa „historyczną pomyłką”. W tej sytuacji Conte zrezygnował z misji tworzenia rządu.

Mattarella, który według włoskiej konstytucji powinien być jedynie neutralnym arbitrem, uzasadnił swoją decyzję, zajmując stanowisko wprost polityczne – stwierdził, że w resorcie finansów nie chciał widzieć osoby, która mogłaby popierać rezygnację z euro. W jeszcze bardziej kontrowersyjnym kroku zaprosił do tworzenia nowego rządu byłego urzędnika Międzynarodowego Funduszu Walutowego Carlo Cottarellego. W gabinecie znaleźć mieliby się „niezależni eksperci”, połączeni wszakże jednym: dążeniem do pozostania Włoch w strefie euro w jej obecnym kształcie i wiarą w antyspołeczną politykę austerity. Cottarelli we Włoszech nazywany jest „Nożyczkami”, gdyż w latach 2008-2013 dokonywał przeglądu polityki budżetowej centrolewicowego rządu Enrico Letty i polecił dokonanie całej gamy cięć wydatków publicznych. Nieuchronnie przyczyniając się do żałosnego stanu usług publicznych w Italii.

Bezprecedensowy ruch głowy państwa spotkał się z wściekłą reakcją niedoszłych partii rządzących, które zarzucają Mattarelli przekroczenie uprawnień i realizowanie poleceń Brukseli, agencji ratingowych, lobby finansowego czy Niemiec. Według lidera Ruchu Pięciu Gwiazd Luigiego Di Maio wobec prezydenta, dla którego konstytucja przewiduje rolę neutralnego arbitra, powinna zostać wszczęta procedura impeachmentu. – Jeśli wciąż jesteśmy demokracją, należy zrobić tylko jedną rzecz: dać głos Włochom – powiedział z kolei lider Ligi Matteo Salvini. – W tym kraju możesz być skazanym przestępcą, osobą skazaną za przestępstwo skarbowe, podejrzanym o korupcję i mimo wszystko zostać ministrem. Ale jeśli krytykujesz Europę, nie możesz zostać ministrem gospodarki.
Krytycy prezydenta nie wahają się nazywać nominacji Cottarellego zamachem stanu. Powtórzone wybory na jesieni wydają się nieuchronne. Nawet jeśli Cottarelli sformuje rząd (pierwsze nazwiska już są przedmiotem spekulacji), a Mattarella go pobłogosławi, w parlamencie nadal większość mają Ruch Pięciu Gwiazd i Liga, co fundamentalnie ograniczy premierowi pole manewru. Jako że sytuacja społeczna Włoch jest bardzo trudna, stare partie dawno się skompromitowały, a wiarygodnej alternatywy na lewicy nie widać, nowe głosowanie według wszelkiego prawdopodobieństwa zakończy się jeszcze większym sukcesem tych samych partii.

Działacze włoskiej lewicy antykapitalistycznej zwracają uwagę, że Mattarella, blokując powstanie rządu nacjonalistów i „antysystemowców”, nie zająknął się ani słowem o rasistowskich i antyimigranckich akcentach w wypowiedziach i rozwiązaniach forsowanych przez Ligę. Nie liczyło się dla niego łamanie praw człowieka, do którego nieuchronnie doszłoby pod rządami tworzonej koalicji, a jedynie obrona interesu Unii Europejskiej w jej obecnym, służącym kapitałowi kształcie.

– Cottarelli jako szef rządu oznacza wprowadzenie Troiki, konkretyzuje się apokaliptyczny scenariusz. Naprawdę nie dało się zrobić niczego, by tego uniknąć? – pyta na Twitterze Ilaria Bifarini, publicystyka, krytyczka neoliberalizmu i „polityki oszczędności”.