Suplement do katyńskiego wątku

Rafał Skąpski w opublikowanym w „Trybunie” dokumentacyjnym tekście o spotkaniu Michaiła Gorbaczowa na Zamku Królewskim w Warszawie pisze także o oczekiwaniu na jasne i jednoznaczne oświadczenie gościa na temat sprawców zbrodni katyńskiej.

 

Taką nadzieję przejawiała zapewne licząca część polskiego społeczeństwa, a niewątpliwie kierownictwo Partii. W Wydziale Propagandy KC PZPR, którym w tym okresie kierowałem, sądziliśmy, że wizyta Gorbaczowa – twórcy radzieckiej pierestrojki i autora „nowego myślenia dla naszego kraju i całego świata” – będzie najlepszą i najbardziej stosowną okazją do zakończenia, trwającego prawie pięćdziesiąt lat, kłamstwa katyńskiego. Okazało się, że strona radziecka takich oczekiwań i terminu ich przedstawienia nie rozeznała, zlekceważyła je, bądź – jak się później okazało – nie była przygotowana wtedy pod żadnym względem do publicznego ujawnienia sprawców tej zbrodni.

Od pewnego czasu miał miejsce niesformalizowany zwyczaj telefonicznych wywiadów, które udzielałem Sekcji Polskiej BBC, nadawanych później na antenie tej stacji. Kolejny raz zadzwonił jej szef Eugeniusz Smolar z prośbą o komentarz w sprawie katyńskiej. Odpowiedziałem m. in., że uważam, tak jak wszyscy Polacy, kto był jej sprawcą. A więc kto – dopytywał mój rozmówca. NKWD – odpowiedziałem. Na następny dzień można było przeczytać to w specjalnym Biuletynie nasłuchów obcych radiostacji. Fakt, że dosłownie nikt z moich ówczesnych przełożonych nie zareagował negatywnie na tę wypowiedź, także na podobną wygłoszoną przez ówczesnego Rzecznika Rządu Jerzego Urbana, świadczy dowodnie o zdecydowaniu strony polskiej w kwestii katyńskiej.

Należało więc, pomimo milczenia Gorbaczowa, z determinacją uświadamiać stronie radzieckiej, że tego nie odpuścimy. Jednym z takich poczynań był mój oficjalny i demonstracyjny wyjazd 4 sierpnia 1988 roku do Katynia. Liczyłem z moim ówczesnym szefem, sekretarzem KC Mieczysławem Rakowskim, że będzie to dla strony radzieckiej kolejny sygnał polskiego dążenia do ostatecznego wskazaniu sprawców tej zbrodni. W Katyniu byłem pod wieczór, zapaliliśmy przywiezione ze sobą znicze i położyliśmy wiązanki kwiatów. Towarzyszyli nam partyjni dostojnicy ze Smoleńska. Byłem tam, poza delegacjami ambasady polskiej w Moskwie, które od pewnego czasu składały tu wieńce, pierwszym tej rangi funkcjonariuszem PZPR. Uklęknąłem przed pomnikiem pomordowanych oficerów, którzy polegli tu z innej ręki, i w innym czasie niż głoszący wtedy napis, że sprawcami zbrodni byli Niemcy. Składałem ten hołd pamięci również spoczywającemu tu mojemu krewnemu porucznikowi Waleremu Szwabowiczowi.

Wątek katyński powrócił 10 listopada 1988 roku kiedy to, z upoważnienia Wojciecha Jaruzelskiego, w rozmowie z attache prasowym ambasady ZSRR w Warszawie Koriepanowem, ostro zaprotestowałem przeciw oświadczeniu rzecznika Ministerstwa Kultury ZSRR, w myśl którego datę zbrodni katyńskiej określono na rok 1943, a jej autorami mieli być niemieccy faszyści. Charakterystyczne, że to ja, a nie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w imieniu W. Jaruzelskiego wygłaszałem ten protest.

Uznanie sprawczej roli ZSRR w zbrodni katyńskiej szło nadzwyczaj, z wielu zresztą powodów, opornie, bowiem nawet w grudniu 1988 roku opracowane przez sektor polski Wydziału Zagranicznego KC KPZR memorandum ujawniające zbrodniarzy z Katynia, po podpisaniu przez czołowych ówczesnych radzieckich reformatorów, ale przy votum separatum przewodniczącego KGB, utknęło w szufladach…do czasu wizyty prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie w kwietniu 1990 roku.

Ale jeszcze wcześniej, bo 1 lutego 1989 roku, po mojej kolejnej wypowiedzi dla BBC, stwierdzono w komentarzu: „Ze słów Sławomira Tabkowskiego, kierownika Wydziału Propagandy KC PZPR wynikałoby zatem, że władze jednak poczekają na oficjalne stanowisko radzieckie, i co więcej, przewidują najwyraźniej, że władze radzieckie bliskie są przyznania się do odpowiedzialności za Katyń”.

Ponownie odnalazłem się w katyńskim wątku już w III R P, pracując w prywatnej firmie wydawniczej i drukując na jej koszt, bo inni nie mieli bądź nie chcieli dać na to środków, wkładkę z dokumentacją do raportu z badań przeprowadzonych w Katyniu.

À propos tekstu R. Skąpskiego, nikt dziś nie chce pamiętać ani przypominać z jakim powszechnym zainteresowaniem, życzliwością, a nawet serdecznością witano Gorbaczowa, wszędzie gdzie się wtedy pojawił, pomimo tego, że nie zdobył się na oczekiwane oświadczenie. Towarzyszyłem jego pobytowi w Polsce przez cały czas: widziałem w Szczecińskiem plażowiczów pozdrawiających kolumnę wiozącą delegację, w Poroninie niekłamany entuzjazm górali, tłumy na Rynku Głównym w Krakowie. Właśnie tam pewna pani podała mi książkę Gorbaczowa z prośbą o autograf autora. To udało się bez większych kłopotów, ale później był poważny problem z odnalezieniem właścicielki książki. Ciekawy jestem czy ma ją do dziś?

Gorbaczow na Zamku

W trzydziestolecie wydarzenia.

 

W końcu stycznia, lub już w lutym 1988 roku dostałem sygnał, że przygotowywana jest wizyta sekretarza generalnego KC KPZR, a w jej programie zaplanowane jest spotkanie gościa z polskimi intelektualistami. Jeden z rozpatrywanych wariantów zakładał, że spotkanie to mogłoby odbyć się w Zamku Królewskim, w ramach organizowanych przez Narodową Radę Kultury „Spotkań Zamkowych”. Kilka razy w roku, organizowaliśmy spotkania z wybitnymi twórcami i naukowcami ze świata. Gospodarzem spotkań był prof. Bogdan Suchodolski, przewodniczący NRK. Gościem pierwszego spotkania był jugosłowiański pisarz Miodrag Bulatović, ostatniego – polski pisarz tworzący w USA Jerzy Kosiński.

 

Gdzie dwóch…

Szybko okazało się, że jest więcej chętnych nie tylko by zorganizować to spotkanie, ale też je poprowadzić. Zapamiętałem dwa nazwiska, być może było ich więcej. Pierwszy to prof. Aleksander Gieysztor, który argumentował swe oczekiwania faktem, iż jest dyrektorem miejsca, w którym spotkanie miało by się odbyć. Drugi to prof. Jan Kostrzewski, ówczesny prezes Polskiej Akademii Nauk, uzasadniał swe kompetencje faktem instytucjonalnego szefowania polskim naukowcom. O ile dobrze pamiętam my specjalnie nie zabiegaliśmy o to wyróżnienie, zadziałała najprawdopodobniej stara zasada „gdzie dwóch się bije”. Zamek był siedzibą Narodowej Rady Kultury i poza osobistą pozycją profesora Suchodolskiego miało to też swoje znaczenie. W ówczesnej kadencji Sejmu profesor był Marszałkiem Seniorem, miało to jednak mniejsze znaczenie gdyż funkcja ta faktycznie i praktycznie sprowadzała się jedynie do otwarcia pierwszego posiedzenia Parlamentu. W kolejnych dniach i miesiącach prac Sejmu, osoby które miały w danej kadencji zaszczyt uroczystego rozpoczynania obrad Sejmu stawały się szeregowymi posłami. Tak zresztą dzieje się i dziś.

Tak czy siak, od pewnego czasu było już przesądzone, że jednym z punktów pobytu Gorbaczowa w Polsce będzie spotkanie na Zamku z intelektualistami, prowadzone przez profesora Suchodolskiego, przewodniczącego NRK, a organizowane przeze mnie jako jej sekretarza.

Nie miałem oczywiście pełnej samodzielności, a nawet, powiedzmy szczerze, miałem ją w dużym stopniu ograniczoną. Gorbaczowa do Polski zapraszał przewodniczący Rady Państwa, I sekretarz KC PZPR, generał Wojciech Jaruzelski. Programem wizyty zarządzał więc aparat KC, co najmniej cztery jego wydziały (propagandy, zagraniczny, nauki i kultury), oczywiście MSZ, a szczególnie protokół dyplomatyczny. Ja byłem adresatem ich decyzji, informacji, pytań, czasem konsultacji. Możliwość inicjatywy z mojej strony i zgłaszania uwag czy pomysłów istniała, ale byłem świadomy swej roli wykonawczej i odległej pozycji w długim łańcuszku osób mających wpływ na szczegóły wizyty.

 

Pół roku przygotowań

Sławomir Tabkowski we „Wspomnieniach redaktora” (Śląsk, Katowice) datuje początek przygotowań do wizyty Gorbaczowa, w kierowanym przez siebie wydziale propagandy KC, na 11 stycznia 1988. W roku tym, wiosną, PIW opublikował książkę Gorbaczowa „Przebudowa i nowe myślenie dla naszego kraju i dla całego świata”. Była ona sensacją, może nie na miarę Ulissesa Joyce’a, ale wciąż mam w oczach kolejkę po nią, ciągnącą się od Nowego Światu przez Foksal, aż do księgarenki PIW; nakład się rozszedł i szybko zadecydowano o dodruku. Autentyczne zainteresowanie książką radzieckiego przywódcy, zmiany wprowadzane przez Gorbaczowa w ZSRR, pobudzały nadzieję na przyswojenie „pieriestrojki” w Polsce, tworzyły, obok wielu zdarzeń politycznych w kraju, dobrą atmosferę dla przyjęcie gościa. W czerwcu roku poprzedniego profesor Bogdan Suchodolski złożył na ręce prymasa Józefa Glempa propozycję rozszerzenia składu Narodowej Rady Kultury o wskazanych „katolików świeckich”. W listopadzie 1987 rozpoczął działalność urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. W styczniu 1988 roku zakończyło się wieloletnie zagłuszanie Radia Wolna Europa, 10 lutego ogłoszony został II etap reformy gospodarczej zakładającej miedzy innymi równe warunki ekonomiczne dla wszystkich sektorów własności, wsparcie małych firm prywatnych i otwarcie dla kapitału zagranicznego. W marcu zniesiono kartki na wyroby czekoladowe, w maju utworzono Papieski Wydział Teologiczny w Warszawie. W lipcu rozpoczyna się sprzedaż benzyny „bezkartkowej”. Minister kultury Aleksander Krawczuk wygłosił w Sejmie zdanie o wielu wartościowych wydawnictwach „podziemnych”. W całym kraju trwały przygotowania do jubileuszu 70. lecia odzyskania Niepodległości. Ich intensywność opisał Andrzej Łapicki w niedawno opublikowanych dziennikach „Jutro będzie Zemsta” (Agora, Warszawa) notując pod datą 12 listopada: „Na Piłsudskiego już patrzeć nie można tak go wyeksploatowali.”

Ale był to jednocześnie rok najsilniejszej, po grudniu 1981, fali strajków. Pierwsze wybuchają 25 kwietnia w Bydgoszczy i Inowrocławiu, trwają do 10 maja, rozlewając się na kolejne miasta, zakłady pracy i uczelnie. 26 kwietnia w Hucie im. Lenina rozpoczyna się strajk okupacyjny, siłowo zakończony w nocy 4/5 maja. 2 maja wybucha strajk w Stoczni Gdańskiej.

 

Czas i miejsce

Wszystkie dotychczasowe Spotkania Zamkowe odbywały się w Sali Koncertowej lub Rycerskiej Zamku. W większej z nich miejsc siedzących było około 200. W tym wypadku uczestników miało być dwa razy więcej. Służyć temu miała Sala Wielka zwana też Balową. Szkopuł w tym, że wciąż jeszcze trwała jej rekonstrukcja. Zamek w swej zasadniczej części oddany był do użytku już w roku 1984 (pierwsze wnętrza zaczęły funkcjonować nawet w 1977), ale ostatnie prace trwały nadal i związane właśnie były z Salą Wielką. Kiedy po raz pierwszy do Polski przyjechała ekipa radzieckich służb (odpowiednik naszego Biura Ochrony Rządu) funkcjonariusze oglądali Zamek tylko z zewnątrz. Wiele notowali, robili zdjęcia. Uczestniczyłem w tym fragmencie ich roboczej wizyty, a oni zapewne przebyli całą planowaną trasę kilkudniowej podróży Gorbaczowa. Kiedy po niedługim czasie znów przylecieli, byli już wyposażeni w wideokamery. Było kila takich wizyt, za każdym razem ekipa była liczniejsza, wyposażona w coraz więcej różnego rodzaju aparatury, a ich inspekcja coraz dokładniejsza. Przechodziliśmy całą trasę w Zamku, od podjazdu gdzie goście wysiądą z limuzyn, korytarzami i schodami aż do sali Balowej. Kręcąc film dodawali swe komentarze, zwracali uwagę na mijane okna, drzwi, korytarze, wnęki i załomki ścian. Gdy kończyliśmy wizję lokalną w Sali Wielkiej za każdym razem z niepokojem upewniali się, czy zdążymy zakończyć wystrój sali. W Sali bowiem, nie było jeszcze posadzki, stały rusztowania, na których wysoko ponad nami, pracował z uniesionymi rękami, zmarły w ubiegłym roku, Jan Karczewski odtwarzając malunki na plafonie. Przedstawiciele Zamku zapewniali że zdążymy. Rzeczywiście zdążyli, lecz dosłownie w ostatniej chwili. Jeszcze o północy, na kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania kończono woskować parkiet, potem wnoszono i ustawiano fotele. Dopiero w tym momencie stało się wiadomym ile foteli Sala pomieści, ile osób będzie mogło na nich usiąść. Był plan, na który wcześniej naniesiono obrysy zamówionych foteli, istniało więc przypuszczenie, ale przypuszczenie nie jest pewnością, a tę posiedliśmy dopiero rankiem w dniu „zero”. Pamiętam, że potrzebowaliśmy blisko 400 miejsc i tyle z wielkim trudem, a trzeba było pozostawić konieczne przejścia pomiędzy fotelami, udało się w Sali zmieścić. Inna sprawa to całkowita niewiedza jaką akustykę będzie miała ta Sala.

 

Uczestnicy

Lista osób zaproszonych do udziału w spotkaniu z Gorbaczowem powstawała poza mną, choć minimalny wpływ na nią miałem. Otrzymywałem nazwiska, dzwoniliśmy początkiem czerwca do tych osób zapowiadając spotkanie na Zamku w połowie lipca, nie podając dokładnej daty, a uzyskaną odpowiedź notowaliśmy. Znakomita większość osób przyjmowała zaproszenie. Zapowiadaliśmy kolejny telefon za dwa tygodnie. Wówczas już data była w rozmowie podawana. 14 lipca. Gdy po raz drugi obecność zostawała potwierdzona, ostemplowane przez BOR zaproszenie było wypisywane i wysyłane pocztą. Dotyczyło to uczestników z grupy „ludzie nauki i kultury”. Mniej liczna grupa gości oficjalnych i delegacja radziecka otrzymywała zaproszenia z innego źródła. Dość długo na tej liście nie było, odsuniętego na boczny tor, wicemarszałka Sejmu Mieczysława F. Rakowskiego. Dopiero gdy w połowie czerwca został sekretarzem KC na liście pojawiło się jego nazwisko ze wskazaniem miejsca w pierwszym rzędzie. Pamiętam rozmowę telefoniczną ze Stefanem Kisielewskim, odmówił udziału tłumacząc, corocznym w tym czasie, wyjazdem nad morze do Sopotu. „Jest rocznica śmierci mego syna i też na nią do Warszawy nie przyjadę” – zakończył rozmowę. Rzeczywiście 12 lipca mijało dwa lata od tragicznej śmierci Wacława Kisielewskiego. Wiele lat później Jerzyk Kisielewski, gdy mu tę historię opowiedziałem, potwierdził, że ojciec nie przerywał swoich lipcowych urlopów w Sopocie. Gustaw Holoubek w pierwszej rozmowie zaproszenie przyjął, ale potem odmówił. Ponoć opowiadał szeroko: „jednak mnie zaprosili, ale im odmówiłem….”. Tadeusz Łomnicki prosił by wycofać zaproszenie i nie stawiać go w sytuacji konieczności rozważania przyjąć je, czy nie. Maryla Rodowicz zaproszenie przyjęła (wystosowane w ostatniej niemal chwili, zawoziłem je do niej do domu), ale w Zamku nie pojawiła się. Godzinę, lub dwie po słynnym koncercie dla Gorbaczowa na Wawelu, gdzie Andrzej Rosiewicz zaśpiewał piosenkę „Wieje wiosna od wschodu”, późnym wieczorem odebrałem telefon z dyspozycją bym dopisał Rosiewicza do listy, jak najpilniej skontaktował się z artystą i dostarczył mu zaproszenie. Zadzwoniłem do Rosiewicza do domu, telefon odebrała jego mama, mówiąc że syn nie wrócił jeszcze z Krakowa i nie ma z nim kontaktu. Nie bardzo mi pasował ten piosenkarz do zacnego zamkowego grona, więc nie zadzwoniłem powtórnie. Ale gdy zaproszenia zaczęły już dochodzić do adresatów przydarzył się także telefon od zmarłego niedawno aktora z pytaniem dlaczego on do tej pory zaproszenia nie dostał. „Emilka mi mówiła, że ma już zaproszenie, a ja nie mam….” Odpowiedziałem wymijająco, przerzucając winę na opieszałą pocztę. Zaraz jednak zadzwoniłem do osoby, która podawała mi nazwiska twórców i przekazałem oczekiwanie aktora; po niedługim czasie otrzymałem zgodę na wysłanie mu zaproszenia.

Tuż przed spotkaniem dzwoniłem jeszcze do kilku wskazanych mi osób prosząc je o zabranie głosu. Znany reżyser odmówił tłumacząc, że już sam jego udział w tym spotkaniu jest zachowaniem, z którego władza powinna być wystarczająco zadowolona, więc przemawiać nie będzie, niech to robią inni. Ale gdy Sala zaczęła się wypełniać zobaczyłem, że daje mi on z oddali jakieś znaki. Ruchem ręki zaprosiłem go do siebie. „Zobaczyłem kto jest na sali, zmieniam zdanie, chcę zabrać głos, proszę mnie dopisać do listy” – usłyszałem. Za kilkanaście minut sala była już zapełniona do ostatniego fotela, przybyli goście, a słowa powitania zaczął wygłaszać profesor Suchodolski.

 

Bez notatek, ustawki

Z wystąpieniem profesora miałem pewien problem, a w zasadzie nie tyle z wystąpieniem ile z oczekiwaniem politycznych zwierzchników bym tekst powitalnego przemówienia Profesora dostarczył ze sporym wyprzedzeniem. Nie mogli przyjąć do wiadomości, że Profesor nie pisze sobie przemówień, że nikt inny też mu ich nie pisze. „To tym razem wy mu napiszecie”. Tłumaczyłem, że profesor nawet nie czyni żadnych notatek; „Tym razem je musi zrobić i wy je nam wcześniej dostarczycie”. W końcu, po długiej wymianie argumentów, ulegli. Profesor rzeczywiście całe przemówienie powitalne, pełne głębokich myśli i refleksji, wygłosił bez pomocy notatek. Z dzisiejszego punktu widzenia może wydać się to błahe, ale wówczas w 1988 roku, wydarzeniem było to, że Profesor, wobec sekretarza generalnego KPZR i w obecności I sekretarza PZPR, zadał głośno, publicznie pytanie: „czy rzeczywiście socjalizm wymaga aż takich ofiar?”

Po wystąpieniu profesora wypowiadali się uczestnicy spotkania. 17 osób, w tym trzech Rosjan, którzy przyjechali z Gorbaczowem. Spotkanie, zaplanowane w oficjalnym protokole wizyty na nieco ponad godzinę, przeciągnęło się prawie trzykrotnie dłużej. Szef protokołu dyplomatycznego MSZ, Roman Czyżycki, kilkakrotnie podchodził do Generała Jaruzelskiego zapewne wskazując, iż opóźniają się kolejne punkty wizyty. Generał zdawał się ignorować uwagi szefa protokołu, wyraźnie chciał by wszystkim chętnym dać możliwość swobodnej wypowiedzi.

Zauważyłem, że siedzący w prezydium Gorbaczow, Jaruzelski i Suchodolski wymieniają się uwagami. Gorbaczow zaskoczony był przebiegiem spotkania, dyskusją, padającymi pytaniami i stwierdzeniami. Miał pretensje do swoich doradców, że nie przygotowali go ani na spotkanie z Suchodolskim, ani nie uprzedzili, że po przemówieniu profesora może nastąpić żywa, autentyczna, niczym nie skrępowana dyskusja. Marcin Król zapytał przecież o zakres suwerenności Polski i o to czy doktryna Breżniewa jest nadal stosowana względem Polski i krajów sąsiadujących. Na szybko więc uzgodniono, że gość nie odniesie się do poszczególnych wypowiedzi, a przyśle odpowiedź na piśmie i cała dyskusja oraz jego list będą opublikowane. Gorbaczow jednak głos zabrał, ale nie odpowiedział na żadne pytanie wprost czy bezpośrednio, przemówił dość ogólnie, a swą pisemną wypowiedź przysłał kilka tygodni później.

 

Pytania zadane i dosłane

Plon spotkania opublikowało wydawnictwo Książka i Wiedza. Do wydania tej publikacji aspirował jeszcze, nieskutecznie, Państwowy Instytut Wydawniczy (wydawca książki Gorbaczowa o pierestrojce) oraz Wydawnictwo Interpress. W książce zamieszczono też siedem głosów złożonych pisemnie po spotkaniu. Już po wydaniu książki jeszcze ośmiu uczestników spotkania nadesłało swe wypowiedzi. Znalazły się one w szybko opublikowanym drugim wydaniu wraz z kilkoma zdjęciami ze spotkania. Jedna tylko nadesłana wypowiedź nie uzyskała aprobaty wydawnictwa i cenzury. To list prof. dr. hab. inż. Romana Ciesielskiego, członka rzeczywistego PAN, b. rektora Politechniki Krakowskiej, a po 1989 roku senatora I kadencji. Pismo zawierało pytania o suwerenność gospodarczą Polski i funkcjonowanie w życiu społeczno politycznym osób, których nie rozliczono z odpowiedzialności za ich aktywną działalność w czasach stalinowskich. Profesor Ciesielski, ale także i prof. Suchodolski, odwoływał się od tych decyzji. Zachowałem ksero odpowiedzi jaką prof. Ciesielski otrzymał od wydawnictwa. Dyrektor KiW wyjaśnia iż: „tekstu nie można niestety upowszechnić z uwagi na zaprezentowaną w nim interpretację suwerenności PRL.” List nosi datę 25 stycznia 1989. Dwa dni później Lech Wałęsa i Czesław Kiszczak odbyli ostatnie spotkanie przygotowujące obrady Okrągłego Stołu ustalając procedurę i zakres obrad oraz dzień ich rozpoczęcia – 6 lutego.

 

Wątek katyński

Wracając do spotkania z Gorbaczowem, oczekiwaliśmy wówczas z Profesorem, że właśnie tu, na Zamku Królewskim w Warszawie przywódca ZSRR powie prawdę o Katyniu. Stało się to jednak dopiero dwa lata później, 14 kwietnia 1990 w Moskwie. Podczas wizyty Prezydenta RP Wojciecha Jaruzelskiego, Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow wyraził głębokie ubolewanie w związku z tragedią katyńską nazywając ją „jedną z cięższych zbrodni stalinizmu”.

Kilka razy, w naszych wcześniejszych rozmowach, profesor Suchodolski wspominał sprawę Katynia w kontekście redagowanej przez siebie w końcu lat 50. Małej Encyklopedii PWN (pierwsze wydanie 1959). Hasła Katyń tam nie było, w niektórych kręgach spotykał się Profesor w związku z tym z krytycznymi uwagami. Ale, jak tłumaczył mi: „Miałem wówczas tylko dwie możliwości, albo napisać zgodnie z obowiązującą wówczas wykładnią, że Katyń to sprawa Niemców, albo pominąć to hasło. Wybrałem drugie rozwiązanie, wolałem przemilczeć niż kłamać”. Co prawda – zwraca na to uwagę w przywołanych wcześniej wspomnieniach Sławomir Tabkowski – w 1957 w książce „Kolumbowie rocznik 20” (PIW, Warszawa) Roman Bratny napisał o zwale trupów „poległych z sowieckiej ręki”. Ale co innego proza, literatura piękna, co innego Encyklopedia. Rok 1959 już też różnił się od „odwilżowego” 1957.

Podobne oczekiwanie, iż podczas wizyty Gorbaczowa w Polsce padną słowa prawdy o Katyniu, mieli członkowie najwyższych polskich władz politycznych. Pisze we wspomnianej książce S. Tabkowski, iż powołanie w 1987 polsko-radzieckiej komisji do zbadania tzw. białych plam rozbudziło nie tylko w nim (przypominam, był kierownikiem wydziału w KC) nadzieję na oficjalne przyznanie się strony radzieckiej do zbrodni.

Prace komisji nie przyniosły jednak efektów, strona radziecka nie była przygotowana do ujawnienia prawdy. Na posiedzeniu komisji w marcu 1988 przewodniczący strony polskiej prof. Jarema Maciszewski ogłosił ekspertyzę, w której stwierdzono, iż „brak nowych dokumentów radzieckich nie pozwala na osłabienie argumentacji przemawiającej za winą NKWD”. Także w marcu grupa blisko 60 ludzi kultury i nauki wystosowała list otwarty wzywający ZSRR do ujawnienia prawdy o Katyniu. Pisze dalej S. Tabkowski: „Pomimo nacisków Wojciecha Jaruzelskiego i pytań, które padły podczas spotkania z przedstawicielami środowisk polskiej nauki i kultury na Zamku Królewskim w Warszawie, Gorbaczow nie zdecydował się powiedzieć prawdy.”

 

Poza protokołem

Mimo to, witano Gorbaczowa w Warszawie, Krakowie czy Szczecinie niezwykle serdecznie, spontanicznie otaczały go życzliwe tłumy, a on chętnie rozdawał autografy, na co pozwalała niezbyt rygorystyczna ochrona. Po zakończeniu spotkania na Zamku do stolika prezydialnego podeszło kilka osób. Jerzy Duda Gracz zapytał mnie, wyciągając ukryte zawiniątko, czy może wręczyć Gorbaczowowi mały obrazek. Podeszliśmy razem, obok Gorbaczowa stała już Beata Tyszkiewicz. Generał przedstawiał: „eto samaja wydajuszczajasia zwiezda naszewo kino” na co błyskawicznie z uśmiechem odpowiedział Gorbaczow: „a my szczitajem szto naszewo”. Duda Gracz wręczył malunek, a ja otrzymałem, na specjalnie przygotowanym kartoniku, podpis Gorbaczowa.

Następnego dnia, gdy Gorbaczow brał udział w szczycie Układ Warszawskiego, w Nieborowie profesor wydał obiad na cześć jego małżonki Raisy, założycielki radzieckiego Funduszu Kultury. By przywitać gościa, do Nieborowa przyjechali I sekretarz KW PZPR w Skierniewicach Leszek Miller i wojewoda skierniewicki Kazimierz Boczyk. Po powitaniu odjechali, w obiedzie udziału nie wzięli. Podczas tego spotkania Raisa Gorbaczowa interesowała się bardzo działalnością Towarzystwa im. Fryderyka Chopina (w obiedzie uczestniczył dyrektor generalny Towarzystwa Bogumił Pałasz) i zbliżającym się Konkursem chopinowskim (w 1990). Rozmawiano także o możliwości postawienia pomnika Chopina w Moskwie. O sprawie tej Raisa Gorbaczowa nie zapomniała. Jak wspomina Grzegorz Wiśniewski, gdy nieoczekiwanie zjawiła się w 1989 roku w polskiej Ambasadzie na recitalu Haliny Czerny – Stefańskiej, w rozmowie z kierownictwem Ambasady i Instytutu, zadeklarowała swe wsparcie dla idei pomnika. Jednak niedługo później pani Raisa straciła możliwości skutecznych działań nie tylko w tej sprawie. A pomnika Chopina w Moskwie jak nie ma, tak nie ma.

 

W czasie opisywanych wydarzeń Autor był sekretarzem Narodowej Rady Kultury.

Z żołnierskiego życiorysu

6 lipca tego roku skończyłby 95 lat żołnierskiego życia. W mundurze przesłużył 48 lat (1943-1991). Generałem był 58 lat (1956-2014).

 

Rocznica urodzin gen. Wojciecha Jaruzelskiego skłania do różnych refleksji. Generała oceniali wszyscy: przełożeni i podwładni, duchowni i politycy, przyjaciele i przeciwnicy – słowem, każdy. Najbardziej surowymi sędziami są ci, którzy urodzili się po 1989 roku. Ci, którzy o służbie wojskowej wiedzą najmniej. Niewiele o sprawowaniu urzędów państwowych czy politycznych, a jeszcze mniej o własnej na nich odpowiedzialności i poczuciu godności, o honorze nie mówiąc. Ci, co wiedzą o tych arkanach więcej, wydaje im się, że posiedli wszelką mądrość i są nieomylni. Im obca jest sztuka zrozumienia i wyobrażenia okoliczności i uwarunkowań, których opisu emocjonalnego oddziaływania na – często brzemienne w skutki – decyzje i działania polityków, nie zawiera żaden dokument urzędowy, nawet najtajniejszy. Ci właśnie, z godną podziwu pryncypialnością, stroją się w szaty rzymskiego Katona, wygłaszają gromkie oskarżenia. Słyszałem ich na sali sądowej, czytałem i czytam w prasie…

Ostatnio jeden z ważnych urzędników rządowych, „błysnął talentem” twierdząc, że „Wojsko Polskie i Polskę spotkało wszystko, co najgorsze”, należy więc Generała zdegradować. Cóż, gdyby znał choć smród żołnierskich onuc, może rozum byłby trzeźwiejszy. Odpowiedzi udzielili mu internauci – 55,8 proc. osób jest przeciwko degradacji.

 

Żołnierski ród

Można powiedzieć, iż przyszły Generał urodził się w żołnierskiej rodzinie, więcej – w żołnierskim rodzie. Jaruzelscy należeli do rodów strzegących ziem północno-wschodniego Mazowsza przed plemieniem Jaćwingów. Osiedlanej tu szlachcie nadawano ziemię z prawem dziedziczenia. Siedzibą rodową był majątek Ruś Stara – Sokoły (ziemia łomżyńska), położony na pograniczu Mazowsza i Podlasia. Ich korzenie szlacheckie sięgają XIV wieku. Na włościach Jerusele w powiecie drohiczyńskim osiadła rodzina przybyła ze wsi Ślepowrony. Stąd w późniejszych latach i wiekach powstało nazwisko Jaruzelscy herbu Ślepowron. Pielęgnowali tradycje rodowe, wielu było rycerzami (żołnierzami), pełniąc funkcje towarzyszy i chorążych kohort pancernych.

Pradziadek Generała ze strony Matki, Leonard Jodko-Narkiewicz służył w Legionach gen. Dąbrowskiego, w Wojsku Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego. Dosłużył się stopnia podpułkownika i licznych orderów, w tym Legii Honorowej. Jego syn Konstanty był kapitanem w Korpusie Inżynieryjnym gen. Ignacego Prądzyńskiego. Był konstruktorem śluzy na Kanale Augustowskim.

Pradziadek Generała, ze strony Ojca, Antoni-Józef był dziedzicem dóbr Rusi Starej, Sokołów i części miasteczka Sokoły. Spośród jego pięciu synów, a stryjów Generała, trzech zmarło bezpotomnie: Adolf, Władysław oraz Dersław, który walczył w powstaniu styczniowym. Dwaj pozostali: Józef-Benedykt, jako uczeń gimnazjum wstąpił do oddziału Padlewskiego, gdzie dowodził plutonem, a później był w oddziale Kobylańskiego. Walczył pod Myszyńcem i Drążewem. Jego syn Józef-Wincenty, ukończył akademię wojskową w Wiener-Neustad. Do 1905 r. służył jako podporucznik w 2 pułku ułanów austriackich w Tarnowie, Bochni i Niepołomicach. Odszedł do rezerwy w stopniu rotmistrza. Powołany w 1914 r. do armii austriackiej w stopniu majora. Po utworzeniu państwa polskiego, mianowany attaché wojskowym przy legacji polskiej w Bukareszcie, potem szefem oddziału operacyjnego 4 dywizji strzelców oraz 10 dywizji piechoty. W 1920 r. dowodził 115 pułkiem ułanów, krótko 5 pułkiem strzelców konnych w Tarnowie i odszedł do rezerwy. Jego brat Ksawery, drugi syn Józefa-Benedykta, zmobilizowany w czasie I wojny światowej, był oficerem w 2 pułku ułanów austriackich. Walczył na Wołyniu oraz w Rumunii, dwukrotnie odznaczony za waleczność. Ówczesny pułkownik Władysław Sikorski, mianował go dowódcą powiatu skałackiego. Jako major walczył w wojnie polsko-radzieckiej 1920 r.

Dziadek Wojciech, za udział w powstaniu styczniowym został zesłany na 12 lat do Szadryńska (Syberia), wrócił po 8 latach. Kaprys losu sprawi, iż przez Szadryńsk w bydlęcym wagonie kolejowym na Syberię, w 1941 r. powieziono syna Władysława z żoną, córką i wnukiem Wojciechem. Ojciec został zesłany do łagru nr 7 w Reszotach (Krasnojarski Kraj). Pozostała rodzina trafiła do osady Turaczak (Góry Ałtaj), ok. 300 km od miasta Bijska.

Ojciec Władysław, walczył w wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku jako ochotnik w oddziale słynnego „zagończyka” Feliksa Jaworskiego, (czyny bojowe tego oddziału barwnie opisała Zofia Kossak-Szczucka w książce „Pożoga”).

 

Syberyjskie losy i epizody

Wiadomość o formowaniu armii Andersa, pojawiła się w Bijsku latem 1941 r. Był on jednym z większych skupisk Polaków deportowanych na Syberię. Funkcjonował tu mąż zaufania ambasady polskiej w Moskwie, hrabia Żółtowski Do niego zwrócił się Władysław Jaruzelski po wyjściu z łagru późną jesienią 1941 r., by zgłosić syna do armii. Hrabia wyjaśnił, iż przyjęcia ograniczono do osób, które odbyły przeszkolenie wojskowe lub są zawodowymi żołnierzami w rezerwie. Syn Władysława takich wymagań nie spełniał, a ponadto był za młody (18 lat). Radził więc zaczekać na kolejny etap werbunku. Następne starania, podjęte wiosną1942 r. (po ucieczce z Turaczaka do Bijska) okazały się spóźnione. Gdy wiadomość o formowaniu 1 DP im. Tadeusza Kościuszki dotarła do Bijska, Wojciech Jaruzelski podjął te starania. Matka i siostra zostały na Syberii. Na zawsze został też Ojciec – zmarł 4 czerwca 1942 r. otoczony opieką żony Wandy, córki Teresy i syna Wojciecha. Michaił Gorbaczow, gdy poznał syberyjski okres życiorysu Generała, polecił postawić dwa pomniki: jeden, ku „pamięci Polaków, zesłańców i ofiar represji stalinowskich, których prochy spoczywają na Ałtaju”… Drugi – na grobie Ojca Generała.

Syberyjski epizod ma nieoczekiwane dopełnienie. Na mocy ustawy z 17 października 2003 r. wszystkim Sybirakom przysługuje pamiątkowy Krzyż Zesłańców Sybiru, nadawany przez Prezydenta RP, na wniosek organizacji kombatanckich. Generał taki Krzyż otrzymał. Wówczas okazało się, że „niesłusznie”. Odpowiedzialność spadła na kilku pracowników Kancelarii. Generał zwrócił krzyż prezydentowi RP 30 marca 2006 r., m.in. pisząc: Jako porucznik na przedpolach Berlina w kwietniu 1945 roku i jako generał armii na najwyższych urzędach czuję się – w stosownym oczywiście zakresie – odpowiedzialnym za wszystko, co działo się w Polsce takiej, jaką w realiach podzielonego świata ona była. Za to, co było dobre – i za to, co było złe. O tym pierwszym myślę i mówię z satysfakcją. O tym drugim przypomnę, że w kilku napisanych przeze mnie książkach, chyba już w setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi (w tym w oficjalnych oświadczeniach) często pojawiają się słowa: żałuję, ubolewam, przepraszam. Odnosi się szczególnie do tych wszystkich okoliczności i faktów, jakie niosły ze sobą jakąś ludzką krzywdę i ból. Jeśli przyczyniłem się do nich w sposób bezpośredni, czy pośredni, widzę to tym ostrzej.

Ten „syberyjski epizod” w ponurej formie dał o sobie znać 30 maja 2014 r. Moralnie trudno pojąć, że część środowiska skazanych w okresie stalinizmu na karę śmierci oraz Sybiraków na Powązkach protestowała przeciwko pogrzebowi Generała w tym miejscu, z innymi wznosząc wyzwiska i obraźliwe okrzyki, a wcześniej – pod Katedrą Polową WP. Nie zaprzestali nawet na czas słów pożegnania, wygłaszanych przez Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, który mówił: Nic mu nie zostało oszczędzone. Stracony dom rodzinny, Syberia i katorżnicza praca, front, krew i łzy, polityczna odpowiedzialność i ryzyko porażki, niewdzięczność, ataki, procesy, choroby i cierpienia, i nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach. Nie zaprzestali nawet na czas złożenia urny do grobu (niech im kiedyś ziemia ciężką będzie). Nikt z władz państwowych, stolicy i Episkopatu, nawet ledwie słyszalnym szeptem nie upomniał się o szacunek dla majestatu śmierci. Bo przecież nie dla Zmarłego, dla którego po ludzku nie mieli chrześcijańskiego westchnienia – „spoczywaj w spokoju”. Kształcąc tak młode pokolenie Polaków, niech odmierzą im kiedyś według ludowego porzekadła – „jak Kuba Bogu”…

Jednakże ten „syberyjski epizod”, za sprawą Zbigniewa Domino, Sybiraka, w formie wspomnieniowo-refleksyjnej, na swój chwalebny sposób żyje. Autor w książkach, m.in. „Cedrowe orzechy” i „Syberiada”, przedstawił losy rodzin ze Wschodnich Kresów i Litwy. Generał darzył Autora serdecznym uznaniem i inspirował do pisania – bo kto, jeśli nie Wy Zbigniewie, utrwali wiedzę Polaków o tej części naszego losu. Książka Pana Zbigniewa „Zaklęty krąg” przejmująco dotyka „przywileju” starszych ludzi – odświeża pamięć z lat dzieciństwa. „Syberiada” posłużyła za motto i wizję do filmu „Syberiada Polska” – dzięki twórczej inwencji i pomocy Mirosława Słowińskiego (b. ministra kultury). Do tych osób i wydawcy książek, szefa Studia Emka, Pana Jacka Marciniaka, w rocznicę urodzin Generała, kieruję wyrazy najwyższego poważania.

 

Z Syberii do armii

19 lipca 1943 r. Komisja Poborowo-Ewidencyjna w Sielcach nad Oką skierowała Wojciecha Jaruzelskiego do Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu. Cóż za zbieg historycznych dat – za 46 lat Generał zostanie Prezydentem Polski. Riazań odwiedzi dopiero 41 lat później, 5 maja 1984 r. Przybył z delegacją, w której było kilku absolwentów tej Szkoły. Naoczny świadek tego zdarzenia, Wiesław Górnicki, napisał: Stanął na trybunie, przed Pomnikiem Braterstwa Broni (który odsłonił z marsz. Dmitrijem Ustinowem) i zaczął: „Ja zdies priszoł po dlinnoj dorogie”. W Riazaniu nikt jeszcze nie rozpoczynał przemówień od takiego zdania. Padło w zgromadzonych na ulicach mieszkańców jak napęczniałe ziarno. Osłupieli stojący w ordynku podchorążowie elitarnej szkoły oficerskiej wojsk desantowych wśród których część stanowili ludzie specnazu. „Po długiej drodze”. Wtedy w Rosji wystarczyło użyć takiego szyfru, kodu emocjonalnego, aby natychmiast trafić do serc i zamkniętych na sto spustów zakamarków ludzkiej pamięci. Nikt z riazańczyków nie miał wątpliwości, o jaką drogę chodzi… Ze ściśniętym gardłem patrzyłem wtedy, w Riazaniu, jak stara babuleńka w białej przepasce na czole wyciągnęła do Generała pomarszczone ręce i wyszeptała: „synok, moj synok, synok…” Może przypominał jej poległego na froncie syna lub męża zamęczonego w łagrze? Pod pomnikiem złożono wieńce i kwiaty, także pod obeliskiem 1DP im. Tadeusza Kościuszki, na centralnym placu Riazania, który do 2005 r. nosił jej imię.

Otwarcie kursu oficerskiego nastąpiło 1 września 1943 r., w czwartą rocznicę najazdu hitlerowskiego na Polskę. Generał wspomina: W teatrze podczas akademii, odegrano „Jeszcze Polska nie zginęła”. Byliśmy wzruszeni. Z rana śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem „Wszystkie nasze dzienne sprawy” i „Rotę”. Dbano o to. Dzisiaj można powiedzieć, że było to robione celowo, żeby nas odpowiednio przysposobić. Ale wtedy, były one dla nas – spragnionych polskości, polskiego słowa, już nie mówiąc o broni, którą dostajemy do ręki – tak ważne, że na drugi plan schodziły elementy, które były nie zrozumiałe czy obce. 11 listopada 1943 r., w 25 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, podchorąży Wojciech Jaruzelski złożył przysięgę wojskową.

 

Znamienny miesiąc

Grudzień jest znamiennym miesiącem w życiorysie Generała – żołnierza i Męża Stanu. Kurs oficerski zakończył się 16 grudnia 1943 roku, promocją na ówcześnie pierwszy stopień oficerski – chorążego. Według imiennego spisu, awans otrzymało 295 podchorążych. Wojciech Jaruzelski uzyskał ze wszystkich nauczanych przedmiotów oceny bardzo dobre i celujące. Alfabetyczny spis sporządzono w języku rosyjskim, stąd nazwisko znalazło się na 284 pozycji, pod rosyjską literą „ja”, która w tym alfabecie jest ostatnia. Znaleźli się jednak znawcy, którzy po tej pozycji uznali, że szkoły nie ukończył z wyróżnieniem. Młody chorąży 20 grudnia 1943 r. objął stanowisko dowódcy 3 plutonu piechoty w 8 kompanii, 3 batalionu 5 pułku piechoty (5 pp) 2 Dywizji Piechoty im. Jana Henryka Dąbrowskiego (DP) –znów kaprys losu, pod tym generałem służył pradziadek Jodko-Narkiewicz. Rozpoczął 48-letnią oficerską służbę Ojczyźnie. 13 – go grudnia 1981 r. ogłosił wprowadzenie stanu wojennego. Zwrócił się do Rodaków: Jako żołnierz, który dobrze pamięta okrucieństwo wojny. Niechaj w tym umęczonym kraju nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi. Jednak popłynęła, 16 grudnia. Co za wybór losu – w 38. rocznicę promocji. Jak przyznawał w wywiadach i przed sądem – sam był na to najmniej przygotowany. Zdruzgotany wieścią o tragedii w „Wujku” zadzwonił do Córki mówiąc: Stała się rzecz straszna, zginęli ludzie. W księdze pamiątkowej tej kopalni, 2 grudnia 1989 r. zapisał wielce wymowne słowa: Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej Krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla ofiar. Publicznie pojednał się z jednym z organizatorów strajku – górnikiem Jerzym Wartakiem. Był on obecny na mszy żałobnej w skupieniu, osobistym bólu po Zmarłym, w Jego ostatniej drodze… Także w grudniu zakończył się ostatni epizod publicznej działalności Generała. 11-go grudnia 1990 r. w pożegnalnym przemówieniu powiedział Rodakom: Nie jestem ani pierwszym, ani jedynym polskim politykiem-żołnierzem, któremu przyszło nieraz iść „pod prąd”, podejmować decyzje nie przysparzające poklasku, zaznać niezrozumienia, bolesnych rozterek, upokorzeń i goryczy… Jako żołnierz wiem, że dowódca, a więc każdy przełożony odpowiada za wszystkich i za wszystko. Słowo „przepraszam” może zabrzmieć zdawkowo. Innego jednak nie znajduję. Chcę prosić o jedno: jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci-niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie. Doświadczył tego ponad miarę – „świętowanie” 13 grudnia pod oknami domu, procesy sądowe i bezpodstawne oskarżenia, ludzka i medialna nienawiść. Nawet po śmierci „zadbano”, by nie pożegnał Go nikt ani z MON, ani z byłych podwładnych.

 

Na frontowe drogi

2 stycznia 1944 r. wyruszył na frontową drogę, liczącą ponad 3500 kilometrów, która miała zakończyć się nad Łabą. Już jako dowódca plutonu zwiadu konnego, 23 lipca 1944 r. przekroczył rzekę Bug w m. Uchańka. Niedaleko stąd, bo pod Dubienką, 18 czerwca 1792 r. Tadeusz Kościuszko powstrzymywał Moskali idących na Warszawę… Los sprawił, że chor. Jaruzelski na czele zwiadowców przechodził w pobliżu Kurowa. 28 lipca uczestniczył w walkach nad Wisłą w rejonie Wólki Profeckiej. Podczas walk pod Puławami niemalże cudem uniknął śmierci, gdy pocisk artyleryjski rozerwał się w pobliżu. Na przyczółku warecko-magnuszewskim, w pobliżu wsi Grabów Zaleśny, został kontuzjowany. We wrześniu 5 pułk walczył na północnych obrzeżach Pragi. W czasie tych działań chor. Wojciech Jaruzelski został lekko ranny. 11 listopada 1944 r. awansowany na stopień podporucznika. Po latach Generał wspominał: Zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła ok. 5 tysięcy zabitych i rannych żołnierzy. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Wręcz je niejednokrotnie odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym w naszych szeregach z goryczą. Innego rodzaju goryczy doznał Generał pół wieku później. Część radnych Warszawy uznała za skandaliczne nadanie Generałowi medalu pamiątkowego „Cztery Wieki Stołeczności Warszawy”(1996). W liście do ówczesnego prezydenta Warszawy m.in. napisał: Jako frontowy żołnierz, który we wrześniu-październiku 1944 roku uczestniczył w ciężkich walkach nad Wisłą, a 17 stycznia 1945 roku, jako oficer 5 pułku piechoty, znajdował się na czele jego sił wkraczających do Warszawy, miałem uczucie satysfakcji z otrzymanego medalu. Obecnie widzę, że było ono bezpodstawne… Z całą powagą przyjąłem Pańskie stwierdzenie, iż Pan nie przyznałby mi tego medalu – zwracam go na Pańskie ręce.

Naczelny Dowódca Wojska Polskiego, gen. Michał Rola-Żymierski, 10 stycznia 1945 roku odwiedził 5 pułk. Wyróżnił grupę żołnierzy, ppor. Wojciech Jaruzelski otrzymał podziękowanie na piśmie. Zwiadowcy 17 stycznia wkroczyli do Stolicy od strony Młocin, blisko Bielan, gdzie przyszły Generał w latach 1933-1939 był uczniem w kolegium Księży Marianów. Dwa dni później wzięli udział w defiladzie wśród gruzów wyzwolonej Warszawy.

W styczniu 1945 r., ppor. Wojciech Jaruzelski został szefem pułkowego zwiadu, pomocnikiem szefa sztabu pułku. 25 stycznia pułk rozpoczął 200 km marsz w kierunku Bydgoszczy, by 5 lutego przekroczyć dawną granicę polsko-niemiecką i z marszu podjąć walki na Wale Pomorskim. Kronika pułkowa odnotowała, iż podczas ciężkich walk ppor. Wojciech Jaruzelski był wyróżniany kilka razy w rozkazie dowódcy 2 dywizji. Generał po latach wspominał: Doby między 28 lutego a 5 marca zachowały się w pamięci jako bezsenne. Z tego okresu utrwalił się u Generała nawyk, wielogodzinnej, nieprzerwanej pracy i znana tylko frontowym żołnierzom umiejętność „przyspieszonego snu”. Kolejne dni przyniosły ciężkie walki, aż do zachodniopomorskich wybrzeży Bałtyku.

W pobliżu Mirosławca znów był lekko ranny. Podczas rozpoznawania Starej Odry, 18 kwietnia zginął ppor. Ryszard Kulesza, pochowany na cmentarzu w Siekierkach. Generał w liście do jego ojca, m.in. napisał: Czuję się w obowiązku tę smutną wiadomość zakomunikować Panu, gdyż byłem przyjacielem, kolegą, a w ostatnim czasie zwierzchnikiem Ryszarda … łączyła nas szczera przyjaźń … Syn Sz. Pana został odznaczony Krzyżem Walecznych … Jeśli tylko pozostanę żywy, postaram się spotkać z Sz. Panem w Polsce ażeby dokładnie opowiedzieć o wszystkim. Przy każdej okazji Generał przez wiele lat odwiedzał grób kolegi. Imię Ryszarda Kuleszy nosił batalion rozpoznawczy 3 DZ stacjonujący w Hrubieszowie.

Na przedmieścia Berlina zwiadowcy 5 pułku dotarli 22 kwietnia wieczorem. W rejonie Oranienburga wkroczyli do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, 3 maja około północy wyszli nad Łabę. Porucznik Wojciech Jaruzelski 4 maja spotkał nad Łabą żołnierzy z 410 pułku 102 dywizji amerykańskiej. Tu zastaje Go koniec wojny i bezwarunkowa kapitulacja hitlerowskich Niemiec.

Przyszły Generał „frontową służbę” zakończył w stopniu porucznika, na stanowisku pomocnika szefa sztabu – oficera zwiadu 5 pułku. Od Bugu do Łaby walczył na pierwszej linii frontu, a faktycznie jako zwiadowca – przed pierwszą linią frontu. Był dwukrotnie ranny (Praga, Mirosławiec) oraz kontuzjowany (Grabów Zaleśny). W czasie działań bojowych był dwukrotnie awansowany w stopniu i stanowisku. Został odznaczony:

– Srebrnym Medalem Zasłużony na Polu Chwały – trzykrotnie;

– Krzyżem Walecznych – dwukrotnie;

– Srebrnym Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari.

Przełożeni por. Wojciecha Jaruzelskiego w charakterystykach bojowych, wnioskach o nadanie odznaczeń i mianowania na kolejne stopnie wojskowe wskazują na doskonałe wyszkolenie, zdecydowanie, zimną krew i odwagę zwiadowcy; energiczną i niezmordowaną „pracę zwiadowczą”; staranność oraz dokładność w organizacji działań zwiadowczych. W plutonach zwiadowczych, nad którymi utrzymuje stałą kontrolę, panuje wysoka dyscyplina, której on osobiście też bacznie przestrzega… por. Jaruzelski pracę swą zna doskonale, dał tego dowód tak w czasie bojów, podczas których oprócz bohaterstwa i odwagi, wykazał doskonałą znajomość pracy zwiadowczej, jak też pilność i oddanie. Cieszy się mimo młodego wieku, wielkim autorytetem wśród kolegów, przełożonych i podwładnych.

Miesiąc po zakończeniu wojny, por. Wojciech Jaruzelski w liście do Matki i siostry, wciąż pozostających na Syberii, m.in. napisał: Ja pozostałem takim, jakim byłem, rozumiejąc jednak obowiązek pracy i służby względem Polski, jaką by ona nie była i jakich ofiar by od nas nie żądała. Kilka lat później doprecyzował tę myśl: Ważne, jakiej Polsce służysz, ale nie mniej ważne, jak jej służysz. Stały się one swoistym credo Generała na całe życie. To Generał jako dowódca 12 DZ w Szczecinie często mówił oficerom: Prawem żołnierza jest być dobrze dowodzonym. Z tego okresu pochodzi znana w Wojsku zasada: „wymagalność, dyscyplina, regulaminy Sił Zbrojnych – fundamentem funkcjonowania Wojska, poziomu wyszkolenia i wychowania”. Skrótowe brzmienie – „wymagalność w treści, kultura w formie”.

23 listopada 1983 roku, w tym samym 5 pułku, przekazał Generał uroczyście gen. Florianowi Siwickiemu obowiązki Ministra Obrony Narodowej. Wspominał wtedy: Jestem tu w dniu tak ważnym dla mnie i głęboko przeżywanym – w przekonaniu, że właśnie dziś powinienem być wśród Was, stanąć przed szeregiem 5 pułku. Wśród najstarszych i najmłodszych jego żołnierzy, aby w ten sposób niejako symbolicznie połączyć się myślą i sercem, z całym naszym Wojskiem…ze wszystkimi żołnierskimi pokoleniami… Dziedziczymy najpiękniejsze tradycje naszych Sił Zbrojnych. Tradycje drogi bojowej, na której pozostali najlepsi spośród nas. Najlepsi z 5 pułku, których prochy spoczywają na całym bojowym szlaku.

 

Żołnierska pamięć

O frontowych żołnierzach pamiętał zawsze. Przykładem może być gen. Stanisław Skalski, lotniczy as z walk pod angielskim niebem. Do Polski wrócił w stopniu majora, by służyć jako pilot i dowódca, dochodząc do stopnia pułkownika. Dla niego ad personam utworzył Generał stanowisko w ówczesnym dowództwie lotnictwa, by mógł otrzymać awans. Docenił żołnierski trud płk. Radosława Mazurkiewicza, dowódcę zgrupowania swego imienia w Powstaniu Warszawskim, awansując go do stopnia generała. Później był przewodniczącym Komitetu budowy Pomnika Powstańców Warszawy. Dowódca partyzanckiego zgrupowania „Jeszcze Polska nie zginęła”, niezbyt mile widzianego przez władze wschodniego sąsiada, późniejszy znany muzyk – Robert Satanowski, także otrzymał awans do stopnia generała. Na posiedzeniu Rady Naczelnej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (RN ZBoWiD, 30.08.83) m.in. mówił: Naród nasz z jednakową wdzięcznością ocenił przelaną krew i żołnierski wysiłek bez względu na to, jakimi drogami prowadził do kraju – tą najkrótszą, której początkiem było Lenino, tą odleglejszą, przez Afrykę i zachodnią Europę, czy tą w kraju – w oddziałach partyzanckich i w ruchu oporu. Jest prawem żołnierza, później kombatanta wierzyć, iż kierunek z którego jemu przypadło iść, był dla Ojczyzny cenny i owocny. Ośmielam się zapytać, kto z Państwa Czytelników zna i może udostępnić kryteria, które poprzez „politykę historyczną” podważają tę, żołnierską krwią pisaną prawdę? A jeśli Państwo uważacie inaczej, dajcie temu wyraz podczas najbliższych wyborów.

Generał zwracał uwagę na uzupełnianie wiedzy żołnierzy służby zasadniczej, na poziomie szkoły podstawowej. Niektórym pomagał osobiście. Świadczy o tym taki fakt. Jako Minister, wizytując jednostki garnizonu w Opolu, spotkał się m.in. z grupą b. żołnierzy frontowych. Jeden z nich wręczył Generałowi jego zdjęcie, z takimi słowami wdzięczności: „Pamiątka wieczna Dziarmagi Wawrzyńca jako byłem wychowankiem sierotą Synem Pułku 5.K.P.P i ten Pułk mnie Kształcił a Obywatel Minister dawał mi pieniądze na Książki” Opole, dnia 27.4.1976 (pisownia zachowana)
Generał, podczas podróży zagranicznych składał wieńce na cmentarzach: dwukrotnie pod Monte Cassino oraz w Narwiku, Tobruku i Lommel, na dwóch cmentarzach w Londynie, Pod Pomnikiem Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty w Berlinie oraz pod obeliskiem poświęconym oddziałowi rozpoznawczemu 2AWP, który w maju 1945 r. dotarł na przedmieścia Pragi. Było jeszcze Lenino. Niejednokrotnie oddawał również hołd żołnierzom poległym na ojczystej ziemi, zwłaszcza na cmentarzach w Wałczu, Kołobrzegu, Siekierkach i Zgorzelcu. Należy wyrazić ubolewanie, iż po latach – w wolnej Polsce – o tym się zapomina.

Wiele razy czytałem poniższą sentencję. Nasuwa mi różne refleksje, wśród nich i tę, że jest adresowana do żołnierzy Wojska Polskiego okresu PRL, dziś emerytów, statecznych ojców, dostojnych dziadków i teściów. Panowie, zastanówcie się nad treścią tych słów: Przez wieki wspominamy zwycięstwa: pod Grunwaldem, pod Wiedniem, pod Warszawą. Ale te zwycięstwa i chwała okupione były tysiącami poległych rycerzy, wojowników i żołnierzy. W dziejach świata nikomu nie udało się odnieść pełnego zwycięstwa, armię całą zachować i życie swoich żołnierzy ocalić. Śmiem twierdzić, że takie zwycięstwo odniósł w naszej historii tylko jeden generał, tylko jeden wódz, przed którym dziś chylimy swoje czoła. Do takiego zwycięstwa i do pełnej wolności doprowadziłeś nasz naród Ty, Panie Prezydencie. Zostały skierowane do Generała przez ks. Eugeniusza Makulskiego, jako słowa powitania Gościa, w dniu 6 października 1990 r. w Sanktuarium MBKP w Licheniu. Czy my wszyscy, rocznicę urodzin Generała możemy upamiętnić chwilą refleksji o naszym Najwyższym Dowódcy, o nas samych, gdyby… sojusznicy przyszli z „bratnią pomocą”? Zastanówmy się, która opcja polityczna przypomina dokonania lat PRL, m.in. w Brukseli szuka ratunku przed obniżaniem rent i emerytur oraz broni Generała przed degradacją. Czy naszym przemyśleniom możemy nadać praktyczny wymiar przy wyborczej urnie?

 

Żołnierska odpowiedzialność

Podejmując tę najważniejszą w życiu decyzję – wystąpienie z wnioskiem do Rady Państwa o wprowadzenie stanu wojennego, zyskał miliony zwolenników i wielu zagorzałych przeciwników. Formą społecznego uznania dla Generała była w 1985 roku inicjatywa ZBoWiD o nadanie stopnia Marszałka Polski. Odpowiedział: Czuję się głęboko zaszczycony i wdzięczny za te dowody życzliwości, za tak wysoką ocenę mej żołnierskiej służby. Nie uważam jednak za możliwe i celowe zrealizowanie tego wniosku. Polska Rzeczpospolita Ludowa hojnie oceniła spełniony przeze mnie żołnierski obowiązek. Stopień wojskowy, który noszę, dowodzi tego wystarczająco. Dziś głównym polem mej służby jest praca partyjna i rządowa. Uważam, iż swe obecne funkcje mogę i powinienem spełniać bez dodatkowych godności i honorów. Proszę was o zrozumienie i poparcie tego stanowiska, które osobiście uważam za ostateczne. Tego „społecznego argumentu” nie chciał użyć w mowie obrończej przed Sądem. Odpowiedzialność ponoszę sam – powiedział. O skali tego społecznego uznania może zaświadczyć Pan prof. Józef Kozioł.

Dzieląc się refleksjami ze spotkań z Janem Pawłem II, m.in. mówił: Zwrócę uwagę na drobiazg, ale miało to dla mnie znaczenie. Otóż Papież, zwracając się do mnie, nie używał tytułów urzędowych, politycznych, lecz mówił po prostu: „Panie Generale”. Jako żołnierz wielce to sobie ceniłem i cenię („Przemówienia”, 1990).

 

Żołnierz do końca

Na zakończenie mowy obrończej przed Sądem, Generał odczytał skierowany do niego list, w którym m.in. napisał: Na pytania Pana Prokuratora IPN odpowiadać nie będę… Posługując się art. 258 ust. 3 kodeksu, oskarżył mnie o „kierowanie zorganizowanym związkiem przestępczym”… Według tegoż artykułu oskarżeni byli i są przywódcy – inaczej mówiąc – herszci zbrodniczych gangów i mafii…Traktuję to nie tylko, jako osobistą zniewagę, a także wszystkich, którzy realizowali oraz, którzy popierali i popierają wprowadzenie stanu wojennego (mowę tę i list przeczytają Państwo w książce pt. „Ostatnie słowo”).

Kto dziś, po 10 latach przedstawi dowody, że Generał, piętnując prawną i moralną wymowę tego artykułu stanął w obronie „moralnie” posadzonych na ławie oskarżonych podwładnych – żołnierzy, którzy sumiennie realizowali zadania stanu wojennego. Milionów Polaków, którzy rozumiejąc sytuację, często z „ciężkim sercem” przyjmowali tę decyzję, jej dolegliwości znosili w pokorze. Oni głównie, m.in. przez sondażowe badania opinii, nie dają zatrzeć, wręcz zakłamać prawdy o swoich racjach wtedy, i dziś – po blisko 40 latach. Jestem pewien, że będą pamiętać o tym okresie swojego życia w dniu urodzin Generała. Też nie zapomną o próbach odbierania im godności i dezawuowania dorobku w dniu wyborów.

Przed Sądem chciał bronić się sam. Kilka razy słyszałem: Powiedziałem Papieżowi, że za stan wojenny ponoszę odpowiedzialność sam, pisałem i mówiłem to Polakom. Jednak – mówiąc ogólnie – względy proceduralne skłoniły Go do przyjęcia obrońcy w osobie Pani Marioli Kucińskiej. Ze znawstwem sztuki prawniczej służyła w przygotowaniu mowy obrończej. Wyjaśniała – nie tylko dziennikarzom – że lekarze Szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów nie przyspieszą leczenia, by Generał przed Sądem, „zaspokoił” prokuratorską pychę i „racje”. Dystans czasu utwierdził moje przekonanie o osobistej uczciwości wobec Generała, a także o zawodowym profesjonalizmie Pani Mecenas. W tę 95. rocznicę dziękuję najuprzejmiej.

Przy okazji tej Rocznicy słowa podziękowania powinienem skierować do środowiska prawniczego, wielu uczonych, np. prof. Marka Chmaja i Jana Widackiego. Merytoryczną radą wspomagali Generała poznańscy lotnicy, a gen. Jerzy Zych był świadkiem. Spośród długiej listy wojskowych wspomnę o pomocy gen. Franciszka Puchały. Frontowy żołnierz i na całe lata przyjaciel, płk Michał Sadykiewicz, relacjonował „echa o procesie”z zachodnich mediów.

Ale to temat na inny czas. Generał dowiódł, iż w tej hańbiącej prokuraturę części procesu jest także Dowódcą, broniącym honoru podwładnych. Jest Żołnierzem – Przywódcą, broniącym godności Polaków, którzy okazując zaufanie w dramatycznej sytuacji – nie zawiedli się. Kolejny, ale już ostatni raz – przed majestatem prawa – usłyszeli słowa wdzięczności. Wielu zapamiętało je na zawsze. Takim pamiętają Generała podwładni, miliony Polaków. Świadczą o tym sondaże społeczne.

Wspólne dobro – nasza Ojczyzna

„Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć?” – gen. Wojciech Jaruzelski
„Przybywam, ażeby być z moimi Rodakami, w szczególnie trudnym momencie dziejów Polski po II wojnie światowej” – Jan Paweł II

 

Mija 35 lat od chwili wypowiedzenia powyższych sentencji w Belwederze, podczas uroczystych przemówień powitalnych na rozpoczęcie II pielgrzymki w Polsce. Był to czas szczególny: trwał zawieszony stan wojenny; minęło 2 lata od zamachu na Placu Św. Piotra, toczyło się śledztwo w sprawie tzw. wątku bułgarskiego – obawy o bezpieczeństwo Gościa i pielgrzymów w niezbyt „spokojnej” Polsce, nie tylko u władzy były wyczuwalne, choć nie były nagłaśniane. Od lat są bagatelizowane, czasami pokazywane jako działanie „na złość”.
Papież chciał odwiedzić Polskę w sierpniu 1982 r., z okazji jubileuszu 600. lecia Obrazu Matki Boskiej na Jasnej Górze. Biskupi polscy – co oczywiste – byli zdania, iż druga pielgrzymka „stanie się znakiem łaski Bożej i spotęguje jedność Polaków między sobą”. Grupy opozycyjne były przeciwne, gdyż – jak mówiono – służyłaby legitymizacji trwającego stanu wojennego, a nie interesom społecznym. Władza – podobnie jak biskupi – widziała w niej wiele pożytku, ale wewnętrzna sytuacja wskazywała, iż byłaby przedwczesną. Generał 21 lipca 1982 r. w Sejmie mówił: „Rząd uważa, iż aby wizyta przyniosła owocne dla Państwa i narodu skutki, powinna być starannie przygotowana. Przede wszystkim zaistnieć muszą dla niej właściwe warunki. Należą do nich w szczególności: spokój w kraju, ustanie działań zagrażających bezpieczeństwu państwa, osiągnięcie niezbędnego stopnia normalizacji. Takie warunki przyjęcia Papieża odpowiadać będą powadze i doniosłemu znaczeniu tej wizyty”.
Do kogo faktycznie przybywał Papież? Czytając różnego rodzaju publikacje, w tym prasowe i opracowania traktujące o przygotowaniu i przebiegu tej – na swój sposób szczególnej – pielgrzymki, jak pewna nić, przewija się pytanie (może naiwne i dziwne) – do kogo faktycznie przybywał Papież? Generał powitanie Gościa rozpoczął słowami – „Witam serdecznie Waszą Świątobliwość w Ojczyźnie Polaków – w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Po raz wtóry pątniczy gościniec przywiódł głowę Kościoła rzymskokatolickiego w rodzinne strony, na polską ziemię. Z niej się wszyscy wywodzimy. Ona jest naszą matką”. Papież na Okęciu klęcząc całuje ojczystą ziemię a później mówi – „to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską. Polska jest matką szczególną”. Proszę, zwróćcie Państwo uwagę na słowa – „Ojczyzna Polaków”, „polska ziemia jest naszą matką”. Obaj Wielcy Polacy używają tych samych słów! Wiem, ktoś może się żachnąć, że znaczyły co innego. Opozycja, Solidarność odczytała je jako powitanie Papieża właśnie i tylko z nią, ponad głowami „dzierżących władzę”. Wtedy i dziś nie pamięta, iż do stanu wojennego sama przyłożyła rękę. Odpowiem, że dla milionów miały tę samą wspólną, jednaką konotację: Polak, rodak, brat… Papież odpowiadając na słowa powitania, m.in. mówi – „Przybywam, ażeby być z moimi Rodakami, w szczególnie trudnym momencie dziejów Polski po II wojnie światowej. Równocześnie nie tracę nadziei, że ten trudny moment może stać się drogą do społecznej odnowy, której początek stanowią umowy społeczne zawarte przez przedstawicieli władzy państwowej z przedstawicielami świata pracy”.
Tymi Rodakami dla Gościa są m.in. towarzysze – Jaruzelski, Kiszczak, Barcikowski, Rakowski, także Zofia Grzyb i Jerzy Romanik, członkowie Solidarności i zarazem członkowie Biura Politycznego KC PZR oraz – niewątpliwie: Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, bracia Kaczyńscy i inni członkowie Solidarności, partyjni i bezpartyjni, wszyscy Polacy, bez względu na wyznawane wartości i przekonania polityczne.

 

Cierpienie nie jeden ma wymiar

Był to „trudny moment dziejów”, trwał zawieszony stan wojenny. Papież wiedział co mówi, znał okoliczności jego wprowadzenia, m.in. ze źródeł zachodnich. Generał witając Gościa, mówił-„Znany powszechnie bieg wydarzeń sprawił, że podjęliśmy dramatycznie trudną, lecz konieczną decyzję… w drodze ostatecznego wyboru… Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć?” Kto dziś po 35 latach może podać dowody podważające tę ocenę? Czy nie jest miarodajną opinia Polaków, którzy na znane próby degradacji Generała w sondażu internetowym w ponad 50 proc.  odpowiedzi wskazali na konieczność stanu wojennego, co nigdy i nigdzie nie oznaczało aprobaty jego dolegliwości, a właśnie zrozumienie ówczesnej sytuacji i ciężaru tej decyzji w wielu wymiarach, tak dla Generała jak i milionów Polaków.
Cierpienie ma wiele wymiarów, znaczeń, co wszyscy wiemy. Wtedy głównie szło o osoby internowane i ich rodziny, ograniczenia wewnętrznych swobód obywatelskich, na czele z destrukcyjną działalnością Solidarności. Papież dobrze wiedział, iż Jego wysiłki w doprowadzeniu do porozumienia z Solidarnością przez Spotkanie Trzech okazały się fiaskiem, bynajmniej nie z winy władzy. Postawmy tu sobie pytanie – czy władze Solidarności, wprawdzie zdelegalizowanej chciały rozmawiać z władzą? Kto odważy się dziś na obiektywną, udokumentowaną tego ocenę? Starsi Polacy pamiętają jej zachowania, postawy, nie było w nich pokory, chęci porozumienia … Generał w Belwederze otwarcie mówił Papieżowi – „w obecnej chwili nie nawiązaliśmy kontaktów z Solidarnością, zwolniliśmy osoby internowane” oraz, że trzeba poczekać „aż gorące głowy ochłoną”. Można to dziś odczytać jako brak uniżoności, postawę wyczekującą. Właśnie internowani – było ich 10552, w tym prawie 3 tys. 2, a nawet 3 – krotnie. Stefan Niesiołowski – Myszkiewicz w stanie wojennym był internowany dwa razy, po pół roku: Jaworze i Darłówek. Wspomina: „Była to niewola, ale jej warunki były bardzo dobre, nie porównywalne z więzieniem. I korzystając z okazji, dziękuję za to gen. Jaruzelskiemu. Bez żadnej ironii. Doceniam to, że nie chciał nadużywać przemocy ponad potrzebę. Nie było żadnego upokarzania internowanych, żadnego przymusu w stosunku do rodzin. Jedyną represją był brak wolności… Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory, były dla mnie prawdziwym zaskoczeniem.” („T” z 31.01-1.02.09) – ocenę pozostawiam Państwu. Do tego należy dodać ok. 40 tys. rozmów przeprowadzonych z osobami podejmującymi podziemne działania opozycyjne. Ktoś zapyta – o czym to świadczy? Odpowiedź ma kilka wątków. Wtedy, a z dystansu czasu widać jeszcze wyraźniej, że początkowo można było znacznie mniej osób internować, szczególnie spośród lokalnych aktywistów Solidarności. Zabrakło tu czytelnych wytycznych Kierownictwa MSW. Nad rozsądkiem funkcjonariuszy SB i MO przeważyły różne animozje, niskie pobudki i „chęć uciszenia” opornych, co w sumie dało efekt odwrotny do celu. Generał mówił o tym w kilku wywiadach, napisał w książkach, np. „Stan wojenny”, wielokrotnie przepraszał publicznie za doznane krzywdy i upokorzenia, zaś niektóre osoby imiennie, np. Izabelę Cywińską.
Podane wyżej liczby świadczą o skali nienawiści i zapiekłości tych prawie 3 tys. osób. Nie chcieli, nie potrafili zrozumieć konieczności respektu dla wprowadzonego prawa – decyzji Rady Państwa o stanie wojennym. Teraz ta pielgrzymka – słuszne oczekiwanie wielu uczciwych członków Solidarności, milionów Polaków na słowa Papieża o cierpieniu, o bólu i pragnieniu duchowej ulgi, pocieszenia czego im nigdy i nigdzie nie szczędził. Słowa te, adresowane do osób rzeczywiście skrzywdzonych, przykryły, wręcz na swój sposób „uświęciły” tamto zaślepienie, zacietrzewienie nienawiścią. Kardynał Józef Glemp przyznał w wywiadzie: „Ludzie przesadzali w eksponowaniu swoich cierpień”. W jednym z wywiadów Generał m.in. mówił – „Gdy Papież pielgrzymował po kraju – my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady…czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Pytany przez dziennikarzy przyznał, iż „13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać”.
„Doczernianie” stanu wojennego, nie tylko podczas tej, ale wszystkich pielgrzymek Papieża oraz przy niemal każdej okazji trwa u nas już 35 lat. Może nadejdzie czas, by prawda o tej, ciemnej stronie działaczy Solidarności, którzy też poprzez transparenty domagali się od Papieża uznania ich nienawiści i obłudy za „dobre cierpienie”, uzyskała możliwie obiektywną ocenę, rzeczywisty wymiar.

 

Nadzieja na odnowę

Papież mówi o nadziei na „społeczną odnowę, której początek stanowią umowy społeczne zawarte przez przedstawicieli władzy państwowej z przedstawicielami świata pracy”. Sejm na wniosek rządu powołał Nadzwyczajną Komisję Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo – wrześniowych. Wszystkich, którzy dają wiarę rozpowiadanym i od lat powtarzanym różnym insynuacjom, pomówieniom i oskarżeniom władzy, że bojkotowała realizację 21 postulatów – odsyłam do jej protokołów. Przewodniczył światowej sławy uczony, prof. Jan Szczepański. Profesor już w lipcu 1981 r. informował Sejm, że skutki ok. 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów, dwukrotnie przekroczyły dochód narodowy (proszę wskazać gospodarkę, kraj na świecie, który mógłby je szybko zrealizować, warto zastanowić się jak wyglądałoby to dziś, w 2018 r.). Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia np. wszystkich wolnych sobót. Komisja ta w 1981 roku odbyła 13 posiedzeń, a protokoły liczą 296 stron. Rząd swoje sprawozdanie z realizacji tych porozumień, opublikował w czerwcu 1981 r. (liczy 50 stron). Szczegółowe sprawozdania za kolejne lata, tj.: 1982 – 1985, każdego roku były publikowane w sierpniu (są do wglądu w „Trybunie Ludu”). Zachęcam świat nauki, polityki i publicystyki, którym idee Solidarności są bliskie, by – mówiąc wprost – wzięli do ręki kalkulatory oraz te dokumenty, naukowe opracowania, pokryte kurzem archiwalnym i zechcieli skrupulatnie policzyć, skalkulować możliwości realizacyjne ówczesnej gospodarki, w zakresie 21 postulatów.
Pouczającą lekcją historii i prawdy o Solidarności może być jej rola i postawa w uszanowaniu apelu Premiera – Generała o 90 spokojnych dni, na podjęcie wdrożenia pakietu 10 punktów zamierzeń. Sięgnijmy pamięcią do tzw. wydarzeń bydgoskich (marzec 1981 r.) w roli wiodącej z Janem Rulewskim, czy tzw. białym marszem matek z dziećmi w Łodzi, nie mówiąc o innych, jakże „patriotycznych” protestach. W encyklice Laborem exercens (1983) Papież zwraca się do związków zawodowych w następującym fragmencie: „Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym”.15 września 1981: biskupi polscy przestrzegają przed konfrontacją: „W ostatnich tygodniach napięcia doszły do takiego stanu, że trzeba ponownie odnaleźć drogę do wspólnego stołu obrad i szukać rozwiązań, które uzyskają społeczną akceptację”. Ten fragment komunikatu z Konferencji Episkopatu Polski, parę dni później powtórzył dosłownie Jan Paweł II, zwracając się do Polaków w Castel Gandolfo. Mówił: „Sprawy doniosłe i trudne, o jakie chodzi (…) muszą być rozwiązywane na drodze dialogu, a nie na drodze konfrontacji” („Tygodnik Powszechny”, nr 39 z 27.09.1981). Niech i te słowa posłużą Państwu do refleksji.
Warto dziś zastanowić się nad taką sentencją Generała: „Porozumienie narodowe jest Polsce niezbędne. Ostatni okres przyniósł znaczący w tej mierze postęp. Różnice światopoglądowe nie są na niej przeszkodą. Ojczysty dom jest wspólnym dziełem wszystkich, którzy go wznosili i wznoszą. Podstawowe dziś podziały istnieją między tymi, którzy kraj budują i tymi, którzy w tym budowaniu przeszkadzają. Nasze prawo nie karze za poglądy. Zabrania jedynie antypaństwowych, sprzecznych z Konstytucją działań. Kto je uprawia lub popiera, kto prowadzi nieuczciwą grę, ten nie zasługuje na wiarę”. Papież wysłuchał uważnie.
Generał witając Gościa, m.in. mówił – „Odnowa w życiu państwowym, społecznym, gospodarczym – staje się prawnie i faktycznie nieodwracalna. Leży nam głęboko na sercu zdrowie moralne narodu, zwalczanie przywar i złoczynienia, troska o młodzież, o rodzinę, o matkę i dziecko (nawiązał do rozpoczętej budowy Szpitala Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi) …Borykamy się z przeciwnościami. Dotkliwe są ludzkie bolączki. Niemało jeszcze urazów i goryczy… Rozumiemy niepokój Papieża-Polaka o losy ojczystego kraju. Z wielką powagą traktujemy nacechowane duchem miłosierdzia i patriotycznym zatroskaniem myśli i apele”. Zapytam – czy dziś jest ich mniej, gdzie szukać wyjaśnień obecnego stanu, wciąż rosnącej nienawiści, zemsty i społecznego niezadowolenia. Mając pełną świadomość tej sytuacji, Generał otwarcie przyznał – „Nie szukamy jednak łatwych usprawiedliwień. Własne błędy oceniamy z bezprzykładną szczerością, choć nie tylko władza zawiniła”… Kończył ten wątek deklaracją – „Potwierdzam naszą wolę zniesienia stanu wojennego, a także zastosowania humanitarnych rozwiązań. Jeśli sytuacja w kraju rozwinie się pomyślnie, może to nastąpić nawet w nieodległym terminie”. Podczas rozmowy z Papieżem w Krakowie, zamiar ten powtórzył. Wiemy, iż miesiąc później został zniesiony.
Przyznać należy, iż mimo deklaracji Episkopatu i wsparcia Papieża proces budowy porozumienia przez Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego (PRON), grzęzł w miejscu, gdyż „opór materii” (czytaj: sprzeciw „panny S”), dyskretnie aprobowany przez hierarchów Kościoła i jawnie przez część księży na „patriotycznych nabożeństwach” – dał mizerny efekt. Na nic zdało się przewodnictwo Jana Dobraczyńskiego, działacza katolickiego i pisarza oraz wsparcie kilku organizacji katolickich. Na tym polu nadzieja Papieża na „społeczną odnowę” pozostała szlachetnym pragnieniem. Episkopat po tej pielgrzymce miał i konsekwentnie realizował inne cele. Jednym z nich było budownictwo sakralne. Kto z Państwa pamięta uciążliwość niedoborów i reglamentację różnych materiałów budowlanych, wyposażenia budynków, w tym dotkliwe braki mebli. Ludzie chcieli budować domy, poprawiać swój byt. Pamiętam z autopsji kilka przykładów, gdzie pierwszeństwo na te materiały dla Kościoła wywoływało wiele goryczy i potępiających władze ocen, co nie mogło sprzyjać „społecznej odnowie”. Kiedyś, w latach 90. zapytałem Generała czy słyszał opinię, że jest „budowniczym kościołów”. Znał ją, podzielił się i innymi oceanami, niezbyt o sobie pochlebnymi. A tak dla własnej ciekawości, sprawdźcie Państwo, ile kościołów było w Polsce przed wojną, ile było zniszczonych przez hitlerowców i odbudowanych przez pogardzanych „komuchów”. Ile ich wybudowano, wraz z obiektami towarzyszącymi, np. plebaniami w latach 80. To będzie pouczająca lekcja, zwłaszcza w roku obchodów 100. lecia Niepodległości.
Natomiast Rada Konsultacyjna, poparta przez Episkopat, z inspiracji Papieża spełniła istotną rolę, w czym zasługi najbliższego kręgu osób Generała są widoczne. Niech więc nikogo nie zdziwią słowa Papieża z listu do Generała-„Panie prezydencie – niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”. (22.11.1989 r.). Zastanówcie się Państwo, to przecież swoista ocena władzy dekady lat 80. na czele z Generałem. Ale także zachęta dla naukowców i Państwa do rzetelnej analizy i oceny, kto i jak ze strony Solidarności „wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”.

 

Życie w prawdzie

Na Stadionie Dziesięciolecia, nie wiedzieć czemu opozycja nazwała na tę okoliczność Stadionem Praskim, Papież do zgromadzonych wiernych m.in. mówił – „Człowiek jest powołany do odnoszenia zwycięstwa…Do zwycięstwa nad tym, co krępuje naszą wolę i czyni ją poddaną złu. Zwycięstwo takie oznacza życie w prawdzie, prawość sumienia, miłość bliźniego, zdolność przebaczania, rozwój duchowy naszego człowieczeństwa”. Natomiast w Częstochowie objaśnia słowo „czuwam”. Pyta – „co znaczy czuwanie? To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro. a ze zła staram się poprawić, przezwyciężając je w sobie”.
Czym, w świetle i rozumieniu cytowanych słów była próba pośmiertnej degradacji Generała i innych osób, „zwycięstwo” jakiej „prawdy” miała potwierdzić? Czym jest ustawa represyjna, z 2016 roku, ograniczająca ponad 50 tys. osób emerytury i renty funkcjonariuszom MSW i żołnierzom. Przyznam, iż w skrytości ducha liczyłem, iż po przesłuchaniu 28 lutego w UE, zorganizowanym przez posłów: Krystynę Łybacką, prof. Bogusława Liberadzkiego i Janusza Zemke, sytuacja ulegnie choćby „lekkiej” poprawie. Zabrali głos m.in.: Piotr Wróbel, który rozbił mafią pruszkowską, zwerbował „Masę”, likwidował największe hurtownie amfetaminy, ma obniżoną emeryturę; Wojciech Raczuk, ranny sześcioma kulami w pościgu za bandytą (inwalida II grupy), ma obniżoną rentę do 854 zł, a jego żona, telefonistka w MSW ma obniżoną emeryturę do 1 tys. zł.; Ewa Macek, wdowa po inwalidzie II grupy, też inwalidka ma rentę po mężu obniżoną do kwoty 854 złotych. W liście do Prymasa Polski wspomniałem Barbarę Karaśkiewicz, cierpiącą cukrzycę, ma obniżoną emeryturę do 1070 zł. Jakże byłem naiwny (nie pierwszy raz), licząc, że władza kierowana przez matkę księdza Tymoteusza i „cicha sugestia” Episkopatu, dla własnego, „ludzkiego” wizerunku, cofnie chociaż niektóre zabójcze decyzje. Wydaje się, iż szybciej „kamienie zaczną mówić” – jak nauczał Chrystus, niż zmiękną kamienne serca władzy i Episkopatu. Przy innej okazji, Jan Paweł II w swoim nauczaniu min. pyta i wyjaśnia – Jakże człowiek może miłować Boga, którego nie widzi, jeśli nie miłuje brata, którego widzi? Brata, pod tym samym dachem, przy tym samym warsztacie pracy, na tej samej ziemi ojczystej… Zapamiętajcie Państwo te postawy, reakcję Sejmu na 250 tys. podpisów pod projektem ustawy zamieniającej tę hańbiącą nas – wyborców.

 

Wymowne płyty

Kraków, ponad 2,5-godzinna, szczera rozmowa, pozwoliła podnieść kilka wątków. Spośród nich, w kontekście nauk płynących z tej pielgrzymki, szczególnie istotne są dwa. Papież wspomniał wizytę w Oświęcimiu, mówiąc – „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem”. (Generał podzielił się refleksjami z Syberii i walk frontowych). Proszę, zestawcie Państwo ten znamienny fakt sprzed 35 lat, z dzisiejszą rzeczywistością, sytuacją wokół zmienionej ustawy o IPN, wywołującej – oględnie mówiąc – cierpkie, międzynarodowe dyskusje o postawie Polaków podczas ostatniej wojny wobec Holokaustu. Komu w Polsce i do czego jest to potrzebne. Papież, mający wielu kolegów ze szkolnych lat i przyjaciół wśród Żydów, zapewne nie spodziewał się tak rażącego błędu władzy. A co myśleć o trwającym już kilka lat procederze niszczenia pomników radzieckich żołnierzy. Jesteśmy chyba jedynym narodem europejskim, który swe człowieczeństwo i deklarowane przywiązanie do wiary chrześcijańskiej – za aprobatą Episkopatu – spotwarza w tak nikczemny sposób. Trudno tu uniknąć refleksji, wręcz upokarzającego wstydu. Co myśleć o tym fakcie, jak go rozumieć w tę rocznicę pielgrzymki, poradźcie Państwo – Czytelnicy.

 

„Socjalizm z ludzką twarzą”

Serdeczna, otwarta i szczera rozmowa obu Wielkich Polaków w Krakowie, pozwoliła Papieżowi – w kontekście biedy i niedostatku jakie zobaczył w Meksyku, wypowiedzieć taką ocenę – „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”. Skąd taka myśl, do tego w stanie wojennym, ciśnie się pytanie. Ważna część dorosłego życia Karola Wojtyły upłynęła w Ojczyźnie rządzonej przez dziś obsypywanych taką nienawiścią „komunistów”. Mało kto wie, że bp Karol Wojtyła wymykał się, na spotkania z I Sekretarzem KW PZPR w Krakowie, Lucjanem Motyką. Jako późniejszy minister kultury, być może pięknym literackim językiem, z artystyczną dykcją czytał przyszłemu Papieżowi co ciekawsze fragmenty dzieł Marksa, Engelsa, może i Lenina. A zasłuchany Biskup Wojtyła śnił o upadku PRL, o III RP. Dość żartów, Wojtyła prowadził te rozmowy z własnej inicjatywy, korzystał z sugestii Lucjana Motyki, co obopólnie wpływało na ocenę i możliwe zmiany tamtej rzeczywistości krakowskiej. Warto wspomnieć, iż za rządów bp. Wojtyły był budowany m.in. Kościół w Mistrzejowicach, z którym perypetie doczekały się filmowego obrazu. Nie ulega wątpliwości, iż „echa” tych rozmów trafiały do Warszawy, znał je kard. Stefan Wyszyński i zaufane osoby w Biurze Politycznym. Że tak było, Lucjan Motyka zaaranżował spotkanie z Zenonem Kliszką (odbyło się w Dolinie Chochołowskiej). Kilka lat później optował, „sugerował” Kołu Poselskiemu „Znak” (Jerzy Zawiejski), powierzenie funkcji metropolity krakowskiego. Niewielu rozumiało jego żart, że ma swojego człowieka w Rzymie. Przyjaciel Papieża od lat seminaryjnych, ks. prof. Józef Tischner wyznał dziennikarzowi, że nie zna nikogo, kto po przeczytaniu dzieł Marksa przestał chodzić do Kościoła. Ale zna takich po rozmowie ze swoim proboszczem. Odnieście to Państwo do dzisiejszej „wiedzy statystycznej”, skąd też wiadomo, że 36,7% uczęszcza na nabożeństwa niedzielne. Czy to nie chichot Historii?
Oczywistym jest, iż Papież nie tylko znał ale i często, nawet ostro piętnował różne błędy i wynaturzenia ustroju socjalistycznego. Jak mówił Generał – „Papież akceptował ustrój w >krystalicznej formie<, wytykał jego wykoślawienia”. Na ustrój ten, na lata PRL patrzył przez pryzmat człowieka jako jednostki i społeczeństwa jako zbiorowości, realizacji – jak mówił naturalnych praw i wolności. porównywał do innych ustrojów, wspomnianego wyżej Meksyku, państw Ameryki Łacińskiej, krajów kapitalistycznych, także europejskich. Jednak nie przeszkadzało to w obiektywnej – podkreślam – ocenie PRL, jej dorobku i niedostatków. Niech więc nikogo nie dziwi, że dyplomatycznymi kanałami wspierał wybór Generała na urząd Prezydenta Polski. Że czytelnie opowiedział się za akcesją (referendum) Polski do UE.
Kilka podniesionych tu wątków – na zakończenie – skłania i do takiej konstatacji, by upamiętnić w 100. lecie odzyskanej Niepodległości, prezentując okres PRL, także w sensie wizyt duszpasterskich Jana Pawła II, wynikających wniosków i nauk dla Polski i Polaków.

Wspomnienie i… Święto Matki

Mija 4 rocznica odejścia na wieczną wartę gen. Wojciecha Jaruzelskiego. 24 maja 2014 r., o godz. 15.24 przestało bić serce Generała – na 2 dni przed Dniem Matki i przed 26 rocznicą oddania do użytku Szpitala, Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

 

Każdego roku w Dniu Matki, dzieci składają życzenia, wypowiadają słowa, rzadko używane w codziennych rozmowach. Zazwyczaj są one ich najskrytszą tajemnicą. Dorośli, gdy już nie mogą usłyszeć –„moja córko, mój synu”– udają się na groby swoich Matek by tam, w ciszy wypowiedzieć co tkwi w pamięci, ukryte „na dnie serca”.

Była przystanią i ostoją

Zastanówcie się Państwo Czytelnicy, co dziś chcielibyście powiedzieć tym najbliższym i najdroższym wam Osobom. Zwróćcie swe myśli, wspomnienia ku Matkom, które szczęśliwe, urodziły dzieci właśnie w Szpitalu Matki Polki (o inicjatywie jego powstania pisałem na łamach „DT” 7-8.03.18). 30 lat temu, w dniu oddania do użytku, Generał udzielił radiowego wywiadu, m.in. mówiąc: „Chyba każdemu jest trudno mówić o Matce bez wzruszenia. Wyrosłem w rodzinie tradycyjnej, toteż Matka w moich najwcześniejszych latach była przystanią i ostoją. Moja Matka była dobrym człowiekiem, o dużej kulturze i wrażliwości. To także Jej przede wszystkim zawdzięczam, jak zresztą miliony Polaków przede mną i po mnie – ów znany od pokoleń wierszyk: Kto ty jesteś? Polak mały. Jaki znak twój? Orzeł Biały… Ale kiedy uczyłem się tych prostych słów, nie sądziłem, że dalszy ciąg, ten o krwi i bliźnie, stanie się i moim udziałem”.

Pierwsze dziecko…

Na Plenum KC PZPR w grudniu 1988 r. Sekretarz Generalny Rady Obywatelskiej, Józef Niewiadomski otrzymał informację, iż w Szpitalu Matki Polki urodziło się pierwsze dziecko, spodziewane jest kolejne. Karteczka z taką informacją – za pośrednictwem Józefa Czyrka – dotarła do Generała, który po zakończeniu wystąpienia odczytał ją, nie kryjąc swego wzruszenia. Zebrani, wiadomość przyjęli na stojąco oklaskami. Józef Niewiadomski w kuluarowej dyskusji, był zasypywany pytaniami, prowadzącymi do przypomnienia – „jak to było z tą decyzją i budową”. Opowiadał – jak to On, „łódzki gawędziarz”, taka dobra, ale uparta dusza – jak obiecał Generałowi, że za 4 lata (na tyle zaplanowano budowę) będzie Szpital – tak słowa dotrzymał! Codziennie na budowie, „wszędzie było Go pełno”. Teraz nie szczędził słów uznania łodzianom (każdy zakład pracy przyjął „za punkt honoru” społecznie pracować na budowie), budowniczym, ofiarodawcom i żołnierzom Wojska Polskiego. Mówił o wspólnej inicjatywie ówczesnego Rektora Akademii Medycznej w Łodzi prof. Leszka Woźniaka i Komendanta Wojskowej Akademii Medycznej gen. bryg. prof. Władysława Tkaczewskiego – przygotowania pierwszego zastępu lekarzy, personelu pomocniczego oraz obsługowego. Szpital oddany do użytku służby zdrowia 26 maja 1988 r., po półrocznym okresie „uruchamiania”, podjął „służbę matce i dziecku” w pełnym wymiarze. Ofiarnie pełni ją już 30 lat. Na tydzień przed jubileuszem, gdy piszę tekst, media informują o niezwykłym przypadku. Matka w 14-tym tygodniu ciąży po wypadku samochodowym (uraz mózgu) będąca w śpiączce farmakologicznej, przez cesarskie cięcie urodziła wcześniaczkę (28 tygodni), Nikolę, pod medyczną opieką zespołu prof. Szaflika. Zdrowe dziecko jest w domu, po 3 miesiącach intensywnej opieki w Szpitalu Matki Polki (niedawno Jerzy Owsiak Szpital doposażył w specjalne łóżka).

Z pamięci usunąć się nie da…

Inskrypcja „Pomnik-Szpital Centrum Zdrowia Matki Polki wznoszony z inicjatywy przewodniczącego Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego dla uczczenia trudu, poświęcenia i bohaterstwa matek polskich, fundowany przez Polaków z kraju i zagranicy”, wyryta na głazie przed Szpitalem, została wydłubana, prawdopodobnie po marcowym tekście w „DT”. Redaktor Naczelny „Przeglądu”, Jerzy Domański w komentarzu do tego faktu m.in. napisał: „Jakiemuś pisowskiemu namiestnikowi przeszkadzała prawda o tym, że pomnikiem może być szpital. Że mądra władza nie wydawała kiedyś kasy na siebie, ale na zdrowie. I że ta władza tak szanowała Matki Polki” („P” nr 15 z 2018). Ponieważ nie jest możliwe usunięcie Szpitala z przestrzeni publicznej, to chociaż ci, którzy przekroczą jego bramy, szukając pomocy dla zdrowia i życia matki i dziecka, niech przynajmniej nie wiedzą jakie są jego „korzenie”. Jak oceniać to w kategoriach ludzkich, społecznych i chrześcijańskich – zostawiam Czytelnikom. Państwo Czytelnicy – czy tę prawdę w waszych rodzinach, domach, można usunąć z pamięci jak napis z kamienia? Czy wiedząc o osiągnięciach niebywałego w historii Pomnika, nie warto w głębi serca postanowić o podjęciu inicjatywy jak uhonorować jego jubileusz. Będzie to przecież najpiękniejszy prezent składany także naszym matkom i dzieciom, nam samym …

„Jeśli czas nie ugasił gniewu lub niechęci…”

Że inicjator tego Pomnika, gen. Wojciech Jaruzelski i WRON, która patronowała jego budowie, nieomal nie zostali zdegradowani – wiadomo. Przez ostatnie 4 lata szczególnie to, jaskrawo i wyraźnie było słychać i widać. Generał, odchodząc z urzędu Prezydenta RP żegnał się z Rodakami, mówiąc między innymi: „Chcę prosić o jedno, jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci – niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie. Niechaj nie dotkną tych, którzy – w ówczesnych, konkretnych warunkach, uczciwie i w najlepszej wierze – nie szczędzili przez lata całe swego trudu dla odbudowy i budowy naszej Ojczyzny”. Mówiąc potocznie, słowa te sprawdziły się co do joty. Kiedy? – można zapytać. Na pogrzebie. Generał, realista – „życie nie głaskało Go przecież po głowie” – jak pisał poeta – nie pierwszy zresztą raz, okazał się wizjonerem! Nie tylko wobec siebie. Upływ 4 lat od pogrzebu nie zatarł w pamięci obecnych żałobników i przed TVP widoku zgromadzonych dorosłych i młodzieży pod Katedrą Polową WP i na Cmentarzu Powązkowskim – wrzeszczących wyzwiska, oszczerstwa i oskarżenia. Jakich, szczególnie młodzież – od Generała doznała krzywd, upokorzeń – trudno dociec, może chcieli się „odwdzięczyć” za rodziców?­­ A starsi, też… Widać i słychać było, że „czas nie ugasił gniewu lub niechęci”. Gdzie powaga majestatu śmierci oraz miejsca – Kościoła jako obiektu wyznawanej wiary i cmentarza, jako miejsca wiecznego spoczynku? Biskup Polowy WP podczas homilii pytał: „Pogrzeb gen. Wojciecha Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. Jak z tej próby wyjdziemy? Czy zdamy egzamin z naszego człowieczeństwa i chrześcijaństwa? Czy pozostaniemy wierni ewangelicznemu przesłaniu?” Odpowiedź poprzez czyny członków władzy i parlamentarzystów, aprobowane pokornie przez Episkopat, dociera do społeczeństwa z mediów, widoczna choćby w 36,7 proc. uczestniczących w niedzielnych nabożeństwach.

Los pokolenia trudnych czasów

Prezydent RP Bronisław Komorowski, żegnał Generała słowami: „Jako człowiek pokolenia Solidarności, żegnam jednego z ostatnich – symbolizujących trudny, a często tragiczny los pokolenia czasów powojennych, pokolenia głębokich, bolesnych podziałów – polityka, żołnierza, człowieka dźwigającego ciężar odpowiedzialności za najtrudniejsze i za najbardziej chyba dramatyczne decyzje w powojennej historii Polski. Jestem jednak pewien, że żegnam także Rodaka, który nie tylko potrafił docenić, ale i głęboko pozytywnie przeżył wielkość dobrej zmiany, w której aktywnie uczestniczył, a która przecież zaowocowała polską wolnością i niepodległością”. Przecież te „powojenne czasy… dramatyczne decyzje” – także podejmowane przez Generała – chroniące choćby przed bratobójczą walką, właśnie władza wykreśla z tego pokolenia Polaków, wyrzuca z ich pamięci radość z odbudowy Ojczyzny po zniszczeniach wojennych, z awansu społecznego, także z wybudowania Szpitala-Pomnika. Lewica, SLD, PPS, powołały Komitet Obchodów 100. lecia Niepodległości, mając także na uwadze takie oceny Generała. „Prawda o PRL broni się sama. Tam, gdzie jest trudna, przykra, czasem wręcz zawstydzająca – wypełznie z każdej szczeliny, choćby zatykano ją puchem frazesów. Ale tam, gdzie jest realna, uczciwa, namacalna, czarną farbą zamalować się nie da…Zmiana ustroju politycznego, to nie krok z krainy absolutnego zła do krainy powszechnego dobra. Tak nigdy nie było i nie będzie w historii. Ani minione zło nie było tak absolutne, ani dzisiejsza pomyślność nie jest tak powszechna”. Czy Państwo Czytelnicy – z szacunku do dorobku ojców, dziadków i swego – zechcą zastanowić się, rozważyć aktywne wsparcie inicjatyw Lewicy, podejmowanych w różnych środowiskach i regionach?

Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, przypominał postać i drogę życiową Generała – „jednego z najwybitniejszych polityków Polski drugiej połowy XX wieku, człowieka skromnego i oddanego sprawom Polski, patrioty najwyższej próby. Nic mu nie zostało oszczędzone. Stracony dom rodzinny, Syberia i katorżnicza praca, front, krew i łzy, polityczna odpowiedzialność i ryzyko porażki, niewdzięczność, ataki, procesy, choroby i cierpienia”. Zwrócił uwagę: „nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach”. Proszę mi wybaczyć pytanie – czy Polacy, Państwo Czytelnicy, mający w rodzinnej historii dziadków, ojców i krewnych, którzy doświadczyli Sybiru, walczyli o wyzwolenie Polski na wschodnim szlaku po Berlin i Pragę Czeską (z woli tej władzy w dniu 73 rocznicy zwycięstwa panowała medialna cisza), zechce skazać ich losy, przelaną krew i łzy na zapomnienie, jak czyni się to wobec Generała? Proszę, sięgnijcie Państwo po ostatnią książkę Zbigniewa Domino, „Zaklęty krąg”, inne tego Autora, np. „Syberiadę”, wydane przez Jacka Marciniaka – Studio Emka, a refleksje stąd płynące mogą być ożywczą siłą ducha i pamięci. Zachętą do aktywnego podjęcia na swoim terenie inicjatyw z Lewicowego Komitetu 100. lecia. Niech będzie to czas oddany sobie i rodzinnej tradycji.

Proszę zdegradować mojego Ojca… Nie upokarzać podwładnych

Nie trudno zauważyć rozliczenia polityczno-historyczne z okresem PRL, poprzez obniżanie emerytur i rent, ludziom schorowanym, co wręcz uwłaczająco poczuciu ludzkiej wrażliwości na cierpienia, zabrzmiało wśród europosłów 28 lutego br. w Brukseli, gdy słuchali wyjaśnień osób poszkodowanych, wspieranych przez ich byłych przełożonych z MSW po 1990 r., np. Henryka Majewskiego. Ten naoczny pokaz nienawiści i wrogości obecnej władzy zdumiał wielu, zachwiał obrazem Polaka-chrześcijanina, „ludzkiego człowieka”. Zarazem pokazał haniebne oblicze dzisiejszej władzy, wywodzącej się z pnia Solidarności. Ci włodarze Polski bez cienia empatii do idei tego ruchu, realiów ówczesnej władzy, która im – wtedy młodym działaczom oszczędziła syberyjskich cierpień i śmierci – jak mówił Generał – „było to ocalenie przez okaleczenie”, w przeważającej części na skutek ich, własnego postępowania, czego przez ponad 35 lat nie potrafią zrozumieć. Bez względu na wyznawane wartości i przekonania, ta naoczna zemsta wywołała oddolny ruch obrony tych skrzywdzonych ludzi, skutkujących m.in. zebraniem 250 tys. podpisów pod projektem zmiany nienawistnej „ustawy dezubekizacyjnej”. Posłowie do Parlamentu Europejskiego – prof. Krystyna Łybacka, prof. Bogusław Liberadzki i Janusz Zemke, stając w obronie wszystkich osób poniewieranych, w tym zmarłych generałów – stanęli tym samym po stronie Polaków mających humanizm za naczelną wartość ludzkości. Na tym etapie biegu zdarzeń, 26 marca, konferencja prasowa pod Pałacem Prezydenckim, była też głosem tej właśnie części Polaków.

Monika Jaruzelska, swój apel rozpoczęła słowami: „Szanowny Panie Prezydencie, zwracam się do Pana nie tylko jako córka żołnierza, ale przede wszystkim jako obywatelka…. Proszę o coś, co jest ważne dla Pańskiego środowiska politycznego. Proszę zdegradować mojego Ojca, ale nie upokarzać Jego byłych podwładnych i ich rodzin, a także tych żołnierzy, którzy podjęli służbę po 1989 roku…” Prezydent RP tzw. ustawę degradacyjną zawetował.

Wspomniany Redaktor Naczelny Jerzy Domański zauważył, iż „zawetowanie tego bubla pokazuje, że politykom PiS przypomniał się kalendarz wyborczy”. Pisząc – Pani Monika „wyróżniła się godnością i odwagą osobistą” („P” nr 15 z 2018), wyraził odczucie milionów Polaków. Ci Polacy swoją postawę zaprezentowali odpowiedziami na internetowe pytania – 55,8 proc. osób jest przeciwko degradacji gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka; za – 29 procent. Za degradacją są wyborcy PiS – 64 proc., PO – 22 proc., Razem – aż 17 procent. Przeciwko są wyborcy Lewicy, określający się jako „wierzący i nie praktykujący” oraz nie wierzący i nie praktykujący.

Analiza tego sondażu skłania do zastanowienia się nad pytaniem – po czyjej stronie stanął prezydent RP, wetując tę ustawę. Śmiem twierdzić, że w pierwszej kolejności po stronie partii, która wypromowała go i wyniosła na ten najwyższy urząd. Zauważył, że 2/3 chce degradacji, co może świadczyć o ich wysokim poziomie nienawiści i chęci zemsty. Ale 1/3 już dostrzega – w części skutki błędów swojego kierownictwa i zapewne też w części efekt od lat prezentowanej postawy przez troje europosłów, którym tymi słowami wyrażam swoje skromne podziękowanie i uznanie. W perspektywie wyborów samorządowych – dla rządzących to istotny sygnał ostrzegawczy, podanie przyjaznej dłoni, czego nie dostrzegają.

Nie stoi w sprzeczności

Prezydent stanął też po stronie ludzi dawnej Solidarności, którzy choć pamiętają jej ideały, widzą jak poważnie wyblakły nie tyle na skutek „słonecznych promieni”, co praktyki ludzi władzy, coraz młodszego pokolenia tego ruchu. Postawa w Brukseli b. Ministra MSW, Pana Henryka Majewskiego – proszę przyjąć moje skromne wyrazy uszanowania z jakże dobrą pamięcią o rozważnych latach w służbie. Jest świadectwem iż członkostwo Solidarności nie stoi w sprzeczności z rozsądną, wyważoną acz krytyczną oceną powojennej przeszłości. Nie przeszkadza, by wobec kadry wywodzącej się ze służby w PRL zdobyć się na uczciwą ocenę. Filozofowie głoszą tezę, że podwładni mają przywilej dobrej pamięci o swoich szefach.

Powyższy sondaż jest niewątpliwym owocem „pracy w terenie” członków i działaczy SLD, wspieranych przez członków PPS różnych środowisk Lewicy, przez Redakcje „Trybuny” i „Przeglądu” – pamiętających o tych dobrych i tych ciemnych (dla części złych) latach PRL. Na progu tego ustroju Generał z frontu (kwiecień 1945) pisał do Matki i Siostry: „Na pewno zdajecie sobie sprawę, że teraz po skończeniu wojny wynikło bardzo wiele zagadnień i problemów trudnych do rozwiązania. I chociaż każdy przedstawia je w innym świetle, to ja pozostałem takim, jakim byłem, rozumiejąc jednak obowiązek pracy i służby względem Polski, jaką by ona nie była i jakich ofiar by od nas nie żądała”. Szpital-Pomnik jest tym wyrazem „pracy i służby względem Polski”, najpiękniejszym na naszej ziemi darem serca dla naszych Matek (i dzieci), składanych codziennie, a w Dniu Matki – szczególnie!

Na zakończenie

Niech Czytelnicy wybaczą mi osobiste wyznanie. Jestem dozgonnie wdzięczny Generałowi, że z dystansu czasu dzielił się ze mną rozterkami na różne problemy, które rozstrzygał, nie tylko w dekadzie lat 80.Generał był moim, od wielu lat najukochańszym… Byłem dla Niego… Z upływem czasu, ból po stracie jest wciąż dojmujący. Jest w moich myślach każdego dnia…