Łuny nad Niemcami

Dokładnie przed osiemdziesięciu laty, 8. i 9. listopada, unosił się nad Niemcami przenikliwy i trujący swąd spalenizny. To, co się wtedy w III Rzeszy działo, znane jest jako Noc Kryształowa – Kristallnacht. „Nie wiadomo, dlaczego ten pogrom tak nazwano. Prawdopodobnie nazwa ta wiąże się z rozbitym szkłem, które po ataku bojówek błyszczało po ulicach. Należałoby zrezygnować z tego określenia, ponieważ zniszczenia były znacznie rozleglejsze, niż ono sugeruje. Jednak nazwa «Noc Kryształowa» jest zbyt rozpowszechniona w literaturze historycznej, aby zastąpić ją innym terminem” napisał w swej książce „Oblężona społeczność” Abraham Asher, wrocławianin, któremu udało się w 1939 roku wyemigrować do Ameryki. Zostawszy tam profesorem, wykładał historię na University of New York. Autor opisuje przede wszystkim losy Żydów we Wrocławiu, wartość jego książki ma walor powszechności.

 

Jakkolwiek zmasowana akcja przeciw Żydom była przez kierownictwo III Rzeszy od dawna przygotowywana, bezpośrednim jednak pretekstem do jej rozpoczęcia było zastrzelenie trzeciego sekretarza niemieckiej ambasady w Paryżu Ernsta vom Ratha przez siedemnastoletniego Herszela Grynszpana. „Bycie Żydem nie jest przestępstwem – tłumaczył – nie jesteśmy psami… byłem zaszczuty jak bestia”. Prasa berlińska krzyczała: „Międzynarodowe Żydostwo będzie musiało podziękować samemu sobie i odpowiadać za czyn Grynszpana. Żydzi muszą być przygotowani na bezlitosną walkę”. Asher cytuje Hitlera: „Trzeba pozwolić, aby SA się wyszumiała”. We Wrocławiu „szumiała” głównie SS. Podpalona została synagoga „Pod Białym Bocianem” (jedna spośród 400 bożnic w całych Niemczech). Z wrocławskiej synagogi zabrano i spalono zwoje Tory, stroje i naczynia liturgiczne, zniszczono wiele budynków służących socjalnym i oświatowym celom gminy żydowskiej. Podpalono setki księgozbiorów z książkami po hebrajsku.

W różnych regionach Niemiec aresztowano około 30 tysięcy mężczyzn w wieku od 18 do 80 lat. Większość z nich trafiło do obozów koncentracyjnych w Dachau, Buchenwaldzie i Sachsenhausen. Tam zesłano m.in. setki wrocławskich Żydów, których zatrzymano w łapankach ulicznych. Transportowano ich do przejściowych obozów pod eskortą tzw. policji pomocniczej – Hilfspolizei. Jej członkowie, zmobilizowani cywile, mieli wspierać bojówki SA i SS w czasie pogromu 9. listopada. „Zniknęło” wtedy we Wrocławiu około 2500 mężczyzn.

Żydów wyrzucano z ich dotychczasowych mieszkań i lokowano w mniejszych, w których żyli w ciasnocie (przysługiwało im 2,1 m kw na osobę), znaleźli się więc w znacznie gorszych warunkach. Zaczęła się w imieniu państwa grabież majątku żydowskiego. Göering rozkazał, by przeprowadzać „przejęcie majątku żydowskiego” nawet siłą. „Wyduszono” od gmin żydowskich miliard marek, akurat tyle, ile prezes Banku Rzeszy Hjalmar Schacht potrzebował na dopełnienie 10-miliardowego „budżetu zbrojeniowego” przed planowaną wojną. Suma żądana od Żydów miała – jak to nazwał Heinrich Himmler – być „zadośćuczynieniem” (Bußgeld) za koszty poniesione w walce z „żydostwem”. Cynizm tego rodzaju był i wtedy już bezprzykładny ze strony hitlerowców. Inaczej mówiąc, za mordowanie Żydów kazali Żydom płacić. Nawet za utrzymanie wywiezionych do obozów przejściowych w Predocicach, Krzemkowie i Rybniku Niemcy żądali „odszkodowania”. Zamkniętych i trzymanych w obozach przejściowych do czasu ludzi starych, chorych, niepełnosprawnych, kobiety i mężczyzn deportowano następnie do obozów koncentracyjnych. Od 1941 roku w dziewięciu „specjalnych akcjach” tysiące wrocławskich Żydów deportowano do Kowna, Izbicy, Bełżca i Sobiboru, Terezina. Ostatnie „akcje” trwały do końca 1943 roku. To już były czasy „Endlösung”.

Po 1933 roku, gdy motłoch nacjonalistów i rasistów domagał się ukarania Żydów za to że byli Żydami, społeczność żydowska przeżywała szok. Szaleństwo trawiące całe Niemcy – tak wierzyli – jest przejściowe, minie z czasem i trzeba się nastawić na przetrwanie. Taką postawę – przetrwać w złych czasach – mieli utrwaloną w genach. Czy tego się trzymała większość czy też mniejszość trudno dociec. Okazało się to najstraszniejszym złudzeniem. Inni, przeważnie bogaci z klasy średniej, myśleli o emigracji. Wbrew urzędniczym utrudnieniom i wysokim podatkom za pozwolenie na wyjazd z Niemiec chcieli wyjechać. Nie było w tych utrudnieniach żadnej logiki, z jednej strony krzyczano „Juden raus!”, z drugiej władze hitlerowskie tylko za pieniądze, za wysokie podatki, zezwalały na opuszczenie Niemiec. Jak pisze Maciej Łagowski w tekście „Zapomniany rozdział historii”, będącym przedmową do polskiego wydania „Mikrokosmosu” Normana Daviesa, w 1933 roku Niemcy opuściło 37 tysięcy ludzi pochodzenia żydowskiego, a do 1937 roku ogółem 130 tysięcy. Z drugiej strony kraje, do których Żydzi chcieli wyjechać, niechętnie wystawiały im paszporty niezbędne przecież przy staraniach o prawo do imigracji. Cokolwiek by w tej kwestii jeszcze powiedzieć, faktem pozostaje, że jedni (ci, co wierzyli w przejściowość rasistowskiego państwa), jak i drudzy (co marzyli o wyjeździe z niego) znaleźli się w sytuacji między młotem i kowadłem.

Można uznać, że Noc Kryształowa stanowiła swoisty punkt zwrotny w antysemickiej polityce III Rzeszy. Po przejęciu władzy przez Hitlera w styczniu 1933 roku nagonkom, rozbijaniu sklepów żydowskich i innym formom „indywidualnego terroru” ze strony bezkarnych bojówek SA (atakujących ludność mozaistyczną już przed końcem Republiki Weimarskiej) towarzyszyły dyskryminacyjne wobec Żydów ustawy. Od lata tego roku obowiązywało tzw. Beamtengesetz. Na jego podstawie wyrugowano nie-Aryjczyków z wolnych zawodów i wszelkiej służby państwowej. Rok 1935 zaznaczył się „ustawami norymberskimi”. Określały one, kto jest Aryjczykiem, a kto nie. Twierdzono oficjalnie, że chodzi o zachowanie „czystej germańskiej krwi”. Za tzw. Rassenschande (hańbienie rasy) były kary. Asher opisuje, jak wtedy we Wrocławiu SA piętnowała niemieckie kobiety, które były żonami Niemców. Przed domami, w których te mieszane małżeństwa mieszkały, a ich adresy podawali sąsiedzi – „porządni Niemcy” – SA i tłum heilujących antysemitów, trzymających tablice z napisem „Sau” (świnia) domagali się usunięcia tych kobiet co najmniej ze wspólnoty narodowej. To tylko jeden z przykładów na to, jak część Niemców obojętnie reagowała na działania władz realizujących zapowiadaną „bezwzględną walkę z żydostwem”. Jak po latach pisał Alexander Mitscherlich w książce „Die Unfähigkeit zu trauern” (niezdolność do żałoby) wcale niemała część „porządnych Niemców” nie chciała, aby jej po wojnie przypominano, jak popierała antyżydowską politykę hitlerowców.

Stwierdziliśmy wyżej, że Kristallnacht stanowiła w tej polityce punkt zwrotny. Po niej poczyniono przygotowania do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Na konferencji w Wannsee pod Berlinem w styczniu 1941 roku najwyżsi dowódcy SS, a także wysocy oficerowie Wehrmachtu wydali Eichmannowi rozkaz praktycznego przeprowadzenia „ostatecznego rozwiązania”. Dotyczyło to również Żydów, którzy uchowali się do 1941 roku we Wrocławiu (około 8 tysięcy). Wraz z ostatnimi wywózkami do obozów koncentracyjnych w 1943 roku gmina żydowska przestała istnieć. „Ostatecznie jesienią 1944 roku przestało istnieć jedno z największych skupisk niemieckich Żydów. Zostało unicestwione wrocławskie środowisko żydowskie, mające kilkusetletnie tradycje kulturalne, gospodarcze, naukowe i polityczne o zasięgu nie tylko niemieckim, ale także europejskim” – napisał Maciej Łagowski. Zestawiona przez niego lista uczonych z Uniwersytetu Wrocławskiego zawiera kilkadziesiąt nazwisk. Wśród czterdziestu niemieckich noblistów żydowskiego pochodzenia siedmiu wywodziło się ze Śląska, w tym dwóch z Wrocławia. (chemik Fritz Haber 1868-1934 – oraz fizyk Max Born 1882-1970).

Pierwsi Żydzi przybyli do Wrotizla, czyli Wrocławia na początku XIV wieku (1327). Byli to najprawdopodobniej uchodźcy z Pragi. W zależności od tego, jaka dynastia – od Piastów poczynając, poprzez Luksemburgów i Habsburgów do Hohenzollernów – władała nad Śląskiem, los ludności mozaistycznej we Wrocławiu układał się różnie. Prześladowania i pogromy, wypędzanie to znów z potrzeb gospodarczych ponowne ich osiedlanie, tolerowanie i dyskryminacja, mordowanie i nadawanie praw – wszystkie te sytuacje, pełne sprzeczności, od średniowiecza po czasy najnowsze, stanowiły o położeniu i losie Żydów w Europie, w Niemczech, a więc i we Wrocławiu. Ludność w mieście wzrosła, do 208 tysięcy w 1871 roku i 335 tysięcy na początku XX wieku. Wtedy prócz 62 procent protestantów i 32 procent katolików było 5 procent Żydów. Odpowiednie do wymienionych lat populacja ludności żydowskiej liczyła od 14 do 20 tysięcy. Tyle też było w 1933 roku.

Wrocław, jak się mówi i pisze, to miasto trzech kultur: czeskiej, niemieckiej i polskiej. Wydaje się, że i żydowskiej. Norman Davies zadał w „Mikrokosmosie” pytanie: kim byli Żydzi w swej społeczności? Wspólnotą religijną, czy też wyodrębnioną grupą etniczną? Słusznie odpowiedział, że jednym i drugim. Narodem byli w starożytności i przybywszy po Holocauście z różnych diaspor, stali się nim w Izraelu.

Prawda zawsze się obroni

Wyniki z drugiej tury wyborów prezydentów wielkich i średnich miast oraz burmistrzów w mniejszych pokazują, że zdecydowanie zwyciężają kandydaci antypisu. Przypomnę, że to duże miasta decydują o pozycji gospodarczej naszego kraju. Sama Warszawa wytwarza 18 procent krajowego PKB. 8 największych miast Polski wytwarza prawie połowę naszego PKB. To te miasta i wiele innych sprawiają, że są pieniądze na 500+ i inne świadczenia socjalne wprowadzone – i słusznie – przez PiS. Te miasta otwarte są na postęp, liberalizm poglądowy, lgną do Europy, są kreatorami życia gospodarczego, kulturalnego i nauki. Rolnictwo wytwarza tylko 2,5 procenta naszego PKB, choć bez niego nie da się żyć. PiS atakował środowiska wielkomiejskie, skłócał elektorat wielkomiejski z wiejskim. Sugerował, że ludzie, którym się gorzej wiedzie są biedni dlatego, że ci bogatsi, w miastach ich okradają. W pewnej części PiS-owi to jątrzenie się udało. To, że przy podziale dóbr narodowych rząd PO zaniedbał polską prowincję to osobna kwestia.
Tymczasem wszyscy mieszkańcy naszego kraju muszą nawzajem się wspierać i solidarnie sobie pomagać. PiS postanowił rządzić poprzez skłócanie społeczeństwa. Środowiska miejskie nie dały się na to nabrać. Zarządzanie poprzez konfliktowanie może być skuteczne tylko na krótką metę. PiS-owskie kłamanie, że poprzednia władza nic nie zrobiła i okradała kraj też ma krótkie nogi. Przypominania, że jak wygra antypis, to nie będzie w samorządach pieniędzy też wyborcy się nie przestraszyli.
Wyborcy zaczynają dostrzegać brzydkie metody rządów PiS polegających na manipulacji opinią publiczną, oszczędnym gospodarowaniu prawdą, ubliżaniu całym grupom społecznym, fałszowaniu historii, itp. Prawda zawsze się obroni, ale to nie oznacza, że rządy PO – PSL były oparte na prawdzie i sprawiedliwym traktowaniu wszystkich grup obywateli. Wyborcy też to ocenili. Warto w polityce być uczciwym. Czy PiS to zrozumie?

Powoli opada kurz

Powyborczy kurz opada powoli. Mnie oczywiście najbardziej interesuje oczywiście to, co dzieje się w największej polskiej partii lewicowej, w Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

 

SLD ogłosił właśnie, że w wyborach poparło nas 11000000 wyborców. To o 100 000 mniej niż cztery lata wcześniej. Czego zabrakło? Może wiarygodności, może właściwych form społecznej komunikacji? A może jest tak, że wynik wyborczy jest w jakimś sensie odzwierciedleniem aktywności partii w całym, przedwyborczym, czteroletnim okresie? Warto zauważyć, że sukcesy wyborcze, które dzisiaj przypisać można SLD związane są z reguły bądź z konkretnymi osobami (na przykład Matyjaszczyk, Ferenc), które swoją działalnością zdobyły trwałe uznanie, bądź z członkostwem SLD w różnych porozumieniach i koalicjach wyborczych. Ale w których tych koalicjach SLD był lokomotywą, a w których tylko „przystawką”?

Dobrym przykładem problemów SLD jest Wrocław. Jeszcze w marcu wrocławski Sojusz ostro pracował nad własnym programem wyborczym, by wkrótce ogłosić, że przystępuje do koalicji z KW Dutkiewicza (ustępującego prezydenta Wrocławia) i z Nowoczesną. Czołowe postaci SLD, przewodniczący i sekretarz Rady Miejskiej, wiceprzewodniczący Rady Wojewódzkiej, którzy swego czasu przyjęły odpowiedzialność za partię, zapewnili sobie w umowie koalicyjnej pierwsze miejsca na listach okręgowych i mandaty radnych miejskich uzyskali. Jak donosi prasa w pierwotnej umowie koalicyjnej Dudkiewicz, Nowoczesna, SLD przewodniczący Rady Miejskiej SLD miał, w przypadku wygrania Jacka Sutryka, koalicyjnego kandydata na prezydenta miasta, zagwarantowane stanowisko wiceprezydenta. Azaliż kandydat ten przeszedł w międzyczasie oficjalnie do nowej koalicji PO i Nowoczesnej zachowując poparcie koalicji Dudkiewicz-SLD i wybory wygrał. Siłą, która wyniosła Pana Sutryka na fotel Prezydenta Wrocławia nie było nazwisko Dudkiewicza (jego ugrupowanie zarówno w wyborach miejskich jak i wojewódzkich wypadło znacznie poniżej oczekiwań), ani tym bardziej SLD, ale koalicja PO – Nowoczesna. Z tego prawdopodobnie powodu w lokalnej gazecie ukazał się artykuł, w którym między innymi odniesiono się do kwestii wiceprezydentury dla przewodniczącego SLD we Wrocławiu. Sprawę postawiono w artykule jasno: Sutrykowi trójka radnych z SLD nie jest potrzebna od uzyskania większości w Radzie, ale wiceprezydentura dla przewodniczącego Rady Miejskiej SLD jest możliwa, jeżeli trójka radnych (przypomnę; czołowych działaczy SLD) odstąpi od sygnalizowanego zamiaru utworzenia w Radzie Miejskiej Klubu Radnych SLD i pozostanie w składzie klubu Dudkiewicza.

I tutaj jest sedno sprawy. Przypomnieć przy tym należy, że w wyborach do sejmiku wojewódzkiego SLD nie zdobył żadnego mandatu. Listę Sojuszu pociągnął w dół Wrocław i okręg okołowrocławski, gdzie Sojusz uzyskał poparcie dwukrotnie mniejsze niż w pozostałych okręgach. Jeżeli więc patrzyć na wybory samorządowe przez najważniejsze dla SLD wybory do parlamentu, to niewątpliwie w tych dwóch okręgach Sojusz popracować będzie musiał w najbliższym czasie szczególnie mocno. Brak klubu radnych w Radzie Miejskiej Wrocławia nie tylko nie będzie temu sprzyjać, ale wręcz przeciwnie – rozmagnesuje wrocławski SLD do końca.

Utworzenie przez wrocławskich radnych – członków SLD – własnego klubu nadało by sens polityczny całej operacji rezygnacji z własnej listy i własnego kandydata na prezydenta. Odstąpienie natomiast od tego zamiaru, czyli w praktyce przyjęcie członkostwa klubu Dudkiewicza w zamian za stanowiska, może być postrzegane jako rodzaj uwłaszczenia się na wrocławskim Sojuszu. Jest jeszcze jedna sprawa, która przebija się przez powyborczy kurz. Bardzo ucieszyła mnie deklaracja Przewodniczącego Czarzastego o gotowości SLD do tworzenia wspólnej, proeuropejskiej listy w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie uważam się za ojca takiej listy, chociaż już 8. sierpnia wpis „Blok Polska Europejska” poświęciłem tej idei. Nie jest idea ta obca i poza SLD, o czym świadczy idąca w tym samym kierunku propozycja Władysława Frasyniuka, ogłoszona niedawno w mediach. To – moim zdaniem – właściwy kierunek.

Na koniec powrócę do zgromadzeń sumujących wyniki wyborów. Są one w SLD tradycją, odbyło się ich bardzo wiele. I gdyby coś konkretnego, pozytywnego z nich wynikało, gdyby spotkania takie z wyborów na wybory poprawiały notowania partii, to dzisiaj Sojusz byłby polityczną potęgą. Niestety, tak nie jest. Dlatego takie spotkania przygotować należy nie mniej starannie niż same wybory.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu autora „Wołania na puszczy”.

Poker regionalny

Wszystko wskazuje na to, że PiS i Bezpartyjni Samorządowcy będą rządzić Dolnym Śląskiem. Przegrana PO (Koalicji Obywatelskiej) w regionie to następstwo wieloletnich wojen wewnętrznych w partii, transferów pomiędzy Nowoczesną, a PO, itp. W efekcie tych wojenek samorządowcy mający swoje korzenie w PO przeszli do Bezpartyjnych i teraz bratają się z PiS. W zamian za to bratanie się PiS obiecuje samorządowcom posady w spółkach i oczywiście kluczowe stanowiska w zarządzie województwa. Obiecuje także rządowe pieniądze na inwestycje w regionie. Gdyby powstała koalicja Bezpartyjnych Samorządowców z Koalicją Obywatelską samorząd województwa byłby w zdecydowanej opozycji do rządu i podążając za tokiem myślenia prezesa Kaczyńskiego, warczący samorząd nie mógłby liczyć na względy PiS-oskiej centrali. Tak sojusz w Sejmiku Bezpartyjni Samorządowcy z PiS mogą właśnie uzasadnić: idziemy ręka w rękę z PiS, bo to regionowi się opłaci.

Przy okazji samorządowcy dostaną liczne synekury w spółkach skarbu państwa. Skoro tak będzie, to samorządowcom przybędzie od razu wielu nowych zwolenników, bo nic tak nie przyciąga do polityki jak pieniądze.

Bezpartyjni Samorządowcy są w bardzo komfortowej sytuacji także w przypadku ewentualnej przegranej PiS w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Jeżeli przegra w nich PiS, a wygra PO i zmieni się rząd, Bezpartyjni Samorządowcy zrezygnują z koalicji w sejmiku z PiS i zaproponują współpracę PO. PO to przyjmie, bo nie będzie miała innego wyboru. Samorządowcy zachowają swoje stanowiska i wpływy z spółkach skarbu państwa, bo takie postawią warunki, a PO będzie musiała je przyjąć. Ewentualny nowy rząd nadal będzie patrzeć przychylnym okiem na dolnośląski samorząd, co uchroni region przed ewentualnym represjami ze strony centrali.

Zatem Bezpartyjni Samorządowcy w sejmiku czy z PiS, czy z PO, zachowają swoje wpływy i posady. W czepku urodzeni. Jednak nasza krajowa i regionalna polityka bywa nieprzewidywalna i nowe scenariusze mogą powstawać z dnia na dzień. Realne jest także dotrwanie z samorządzie koalicji bezpartyjnych z PiS do końca kadencji lub może ona nawet w ogóle nie powstać, bo PO jeszcze próbuje rozmawiać z bezpartyjnymi, ale karty w tej grze ma o wiele słabsze.

Co mnie cieszy

…a co martwi. Korespondencja z Dolnego Śląska.

 

Cieszy mnie, że narodowcy w tych wyborach nie zaistnieli. Na Dolnym Śląsku uzyskali symboliczne poparcie. Podobnie jak i „Wolni i Solidarni”, Kornela Morawickiego, którzy uzyskali poniżej 1 procenta poparcia. Ale to dla mikropartii Morawieckiego seniora typowy od wielu, wielu lat wynik. Oznacza to, że wyborcy nie lubią hałaśliwych, niesympatycznych, ogolonych na łyso mężczyzn, maszerujących wysoko podniesionymi sztandarami. Narodowcy udowadniają od lat, że nie potrafią organizować kampanii wyborczych. Mnie to cieszy. Czy wyobrażacie sobie,, jako prezydenta Wrocławia, ex-księdza Międlara siejącego nienawiść i pogardę dla inaczej myślących?
Martwi mnie natomiast ciągły zjazd lewicy po równi pochyłej. Lewa strona poszła do wyborów podzielona, skłócona i bez nośnych haseł. Podzieliły się ruchy miejskie, które nie są zdolne do wykreowania trwałych struktur. Są to raczej przedszkola polityczne. Dorastający politycznie działacze tych ruchów w końcu lądują w partiach politycznych, albo dają sobie spokój z działalnością. Ruchy kobiece, tak zawsze aktywne, ponownie nie potrafiły wymyślić lub wejść w takie koalicje, które wyniosłyby ich przedstawicielki do samorządów. Z partiami politycznymi od dawna nie chcą się zadawać. Wolą im wytykać brak kobiet na listach. Od lata taka polityka prowadzi ruchy feministyczne donikąd. Te wybory to potwierdziły. Zieloni i Partia Razem miały w regionie iść razem do wyborów, ale poszły osobno. Sojusz z SLD w ogóle nie wchodził u nich w rachubę.
I na końcu słów kilka o SLD. Ludzie pracowali ciężko, stworzono listy w powiatach, gminach, miastach i do Sejmiku. Ale sukcesu nie ma. Ledwie ponad 5 procent poparcia to mało. Ale skoro prezydent Kwaśniewski mówi, że popiera SLD, ale zagłosuje na Trzaskowskiego, a premier Miller popiera SLD, ale nie zagłosuje na Rozenka, bo też dawniej szkodził SLD, to co , na taki przekaz, mają powiedzieć ludzie lewicy na dołach. Moim zdaniem obaj panowie stracili instynkt polityczny i szkodzą lewicy. Na dołach zabrakło świeżości i optymizmu i pieniędzy, bo kampania to także pieniądze.
Ta kampania, choć samorządowa, była bitwą na górze. W głównym starciu lewica nie brała bezpośredniego udziału. Słaba siła propagandy wyborczej, brak ideowej amunicji, stare mundury i swary w kierownictwie lewicowych armii nie pozwoliły na rozwiniecie szyków. Czy w końcu lewica siądzie do wspólnego stołu? Chciałbym tego dożyć. Jeżeli to się nie uda, to lądujemy na śmietniku historii i to na własne życzenie. We Wrocławiu SLD dogadało się z ugrupowaniem Rafała Dutkiewicza i ma swoich radnych w Radzie Miejskiej. Zgoda Buduje. Polityczne centrum dogadało się z lewicą. A na lewicy jest to niemożliwe.

Więcej lewicy, więcej szacunku dla historii

Stawką wyborów samorządowych jest nie tylko jakość codziennego życia w naszych małych ojczyznach. Od ich wyniku zależy też kształt zbiorowej pamięci.

 

AGNIESZKA MIZA jest Dyrektorem Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu, przewodnicząca Dolnośląskiego Forum Równych Szans i Praw Kobiet – platformy programowej SLD Kandyduje do Sejmiku Województwa Dolnośląskiego z listy nr 5 (SLD – Lewica Razem) w okręgu wrocławskim (miasto). 

 

Pamięć o przeszłości i burzliwych losach naszego Państwa, wpływa na kształtowanie najbliższej nam rzeczywistości. Niezwykle cenną wartością jest pamięć o zwycięstwach. Dlatego bardzo ważne jest przedstawianie naszej wspólnej historii w niezmienionych barwach.

Nie możemy zapomnieć o wysiłku milionów ludzi, którzy w dobrej wierze podnosili kraj z powojennych zgliszczy, budowali zakłady pracy, tworzyli instytucje kulturalne, oświatowe czy sportowe. Musimy uczcić pamięć i wkład w zwycięstwo nad hitleryzmem żołnierzy, którzy swój szlak bojowy rozpoczęli pod Lenino i oddając wielką daninę krwi doszli aż do Berlina. W przestrzeni publicznej należy corocznie oddawać hołd przy pomnikach upamiętniających czyn zbrojny I i II Armii Wojska Polskiego.

21 października odbędę się w wybory samorządowe. W trakcie poprzedzającej tę elekcję kampanii dużo rozmawiamy o jakości codziennego życia w naszych małych ojczyznach. Mówimy o konieczności budowy żłobków i przedszkoli, zapewnieniu opieki seniorom, walce o czyste powietrze, naprawie dróg czy rozbudowie infrastruktury kolejowej. To ważne
i priorytetowe sprawy. Jednakże warto pamiętać, że samorządy to również kształtowanie zbiorowej pamięci. Posiadają one bowiem narzędzia, dzięki którym można mówić o historii. Poprzez lokalne inicjatywy można przywracać pamięć o tych, o których nie możemy zapomnieć.

Na Dolnym Śląsku dzięki inicjatywie SLD w samorządzie wojewódzkim udało się udokumentować w postaci telewizyjnych filmów wspomnienia wrocławskich pionierów z pierwszych powojennych lat stolicy regionu. Dzięki temu przedsięwzięciu utrwalono dla kolejnych pokoleń trud zagospodarowywania Ziem Odzyskanych po 1945 roku. Politycy Sojuszu starali się podtrzymywać pamięć o szklaku bojowym II Armii WP odwiedzając rozsiane po Dolnym Śląsku miejsca poświęcone zbrojnemu czynowi jej żołnierzyi uczestnicząc w rocznicowych uroczystościach.

Jako osoba kierująca samorządową instytucją kultury wiem, jak ważna jest obywatelska edukacja i aktywność w obszarze krzewienia rzetelnej wiedzy o dziejach naszych małych ojczyzn. Jestem przekonana, że lokalne inicjatywy pomogą utrwalić pamięć o naszych przodkach i ich roli, jaką odegrali w kształtowaniu się historii Polski . Warto więc pamiętać o tej stawce w zbliżających się wyborach. Zwłaszcza na lewicy.

Pan z jakiej partii?

Codziennie wskakuję na rower i przez godzinę, albo dwie, jeżdżę po moim okręgu wyborczym rozdając swoje ulotki. Jak reagują wyborcy? Podzieliłem ich na kilka grup. Pierwsi nie biorą ulotek, nawet nie pytając kto i jaki komitet reprezentuje. Nie, bo nie…

 

Mnie to nie interesuje, na wybory nie chodzę… Mówią to czasami ludzie wyglądający na inteligentnych. Takich, niebiorących jest około 20-25 procent. Druga grupa, biorących ulotki, od razu pyta, czy Pan aby nie z PiS-u? Po gwałtownym zapewnieniu, że nie, atmosfera się ociepla i można pogadać. Kolejna grupa zadaje na wstępie pytanie: czy pan aby nie z PO, bo tych nie lubię. Nielubiących PO jest trochę mniej niż tych, niecierpiących PiS, ale są dość liczną grupą. Na początku kampanii kiedy wyborcy dostrzegali na mojej ulotce także nazwisko prezydenta Dutkiewicza dziwili się takiemu egzotycznemu sojuszowi prezydenta Dutkiewicza z SLD, ale nie krytykowali, wręcz przeciwnie. Kiwali z uznaniem głową. Chwalą także fakt, że prezydent Dutkiewicz promuje drużynę, ale sam chce przekazać pałeczkę Jackowi Sutrykowi. Kandydat na prezydenta Wrocławia Jacek Sutryk zbiera bardzo pozytywne opinie. Jest także grupa, która twierdzi, że ma już swojego kandydata, ale nie mówi kto to. Przypuszczam, że to wyborcy PiS. Zdarzają się też fani partii kieszonkowych. Spotykam także twórców teorii bardzo oryginalnych. Jeden z takich obywateli oświadczył, że komuniści i kościół to najwięksi złodzieje w kraju. On do kościoła chodzi, ale na tacę nie daje. Stworzył swoją wizję politycznej harmonii i dobrze mu z nią (wizją). Ulotki nie wziął, bo byłoby to wbrew jego przekonaniom. Niektórzy zaczepiani przeze mnie uważają polityków za złodziei i szubrawców, którzy powinni siedzieć. Jeżeli ma Pan dowody powinien Pan pójść do prokuratora i zgłosić kradzież, bo ukrywanie przestępstw to też przestępstwo…. Zazwyczaj po takim, moim, zagajeniu debata się urywa. On to usłyszał w telewizji. Politycy to ludzie bez honoru, bo wspomniana telewizja o tym mówi (owszem jest sporo takich polityków), ale to przecież z tego narodu się wywodzą i są jego esencją – zaczepiam atakujących. Większość kiwa głowami ze zrozumieniem. Jest jednak refleksja i trzeźwy osąd w społeczeństwie. Tak jest we Wrocławiu.

Czyste powietrze dobrem narodowym

Moje wystąpienie na konwencji programowej Krajowego Komitetu Wyborczego Rafała Dutkiewicza z Sojuszu dla Wrocławia.

 

Zimą, kiedy wyglądam przez okno z mojego bloku na Kozanowie, widzę bury obłok dymów z malutkiego osiedla obok. Rura ciepłownicza jest 100 metrów dalej.
Wychowałem się na Pogórzu Izerskim. W latach siedemdziesiątych Góry Izerskie były stale zasnute smogiem z elektrowni w worku turoszowskim. Dzisiaj powietrze tam jest czyste, gołym okiem widzę drzewa zasadzone po katastrofie ekologicznej. Postęp jest. We Wrocławiu także, ale ciągle jesteśmy w ariergardzie rankingu jego czystości w Europie.
W naszym programie napisano, że mamy we Wrocławiu jeszcze 23 tys. pieców węglowych. W latach dziewięćdziesiątych było ich 90 tys. Jak zejdziemy do 10 tys. pieców węglowych, powietrze w mieście zacznie być przyzwoite. Likwidacja pieców węglowych, a także przyłączanie domów do miejskiej sieci ciepłowniczej to pozornie dość proste cele, ale za każdym piecem stoi jego właściciel, którego trzeba przekonać, zachęcić i wspomóc finansowo w tej operacji. Na tę pomoc miasto do 2023 roku przeznaczy 16,5 miliona złotych. Zarazem rząd musi zakazać sprzedaży i spalania najgorszych paliw, gmina o tym nie decyduje, a brudne powietrze napływa także do nas z całej aglomeracji.
W tak dużym mieście jak Wrocław znaczna część zanieczyszczeń pochodzi ze spalin samochodowych. Na 1000 mieszkańców przypadają 632 samochody. Jeszcze kilkanaście lat temu do miasta dziennie wjeżdżało 40 tys. samochodów, obecnie 240 tys. Nasze samochody mają średnio po około 16-17 lat i niestety nie emitują tlenu.
Czyste powietrze to także dobra, tania i ekologiczna komunikacja zbiorowa i ograniczenie ruchu aut w mieście. Staliśmy się społeczeństwem, gdzie samochód często jest wyznacznikiem statusu materialnego. Nie nacieszyliśmy się jeszcze naszymi autami, a już trzeba z nich rezygnować, bo od nadmiaru spalin zaczynamy się dusić.
Walka o czyste powietrze to także edukacja ekologiczna. Jest taki smutny dowcip, że śmieci segreguje się na te, które można spalić w dzień i te palone nocą. To nie jest tylko dowcip. W lasku pilczyckim, który często odwiedzam, co i rusz widzę świeże kupy śmieci, za duże by spalić albo wrzucić do kubła.
Czyste powietrze powinno stać się dobrem narodowym. Moi przyjaciele i ja, we Wrocławiu, od 20 lat, sadzimy co roku ponad 1000 drzewek. Drzewka dostarcza Zarząd Zieleni Miejskiej, my sadzimy. Zasadziliśmy już około 20 hektarów lasu na obrzeżach miasta. W przyszłych latach też będziemy sadzić. Bo drzewa dają nam czyste powietrze.
Jak wynika z tego krótkiego wywodu czyste powietrze to złożony, ważny i dość kosztowny problem i kosztowny, ale damy radę.

Głos lewicy

Skandaliczny wyrok

Piotr Szumlewicz, przewodniczący Rady OPZZ województwa mazowieckiego, informuje:

Z oburzeniem przyjęliśmy dzisiejsze postanowienie sądu zakazujące akcji strajkowej w Polskich Liniach Lotniczych LOT. To brutalny cios w konstytucyjne prawo do strajku. Sąd okręgowy podjął decyzję w błyskawicznym postępowaniu, nie zapoznając się nawet z argumentami strony związkowej ani nie informując jej o procesie. Związki zawodowe poznały wyrok z maila przesłanego przez pracodawcę. Jednocześnie postanowienie sądu stoi w sprzeczności z niedawnym postanowieniem sądu wyższej instancji. Trudno pojąć, dlaczego sąd zdecydował się na ponowne zajęcie się tą samą sprawą, chociaż nie pojawiły się w niej żadne nowe okoliczności. Tryb procedowania sądu jest bulwersujący i może budzić poważne wątpliwości odnośnie jego bezstronności, tym bardziej, że PLL LOT jest spółką pod bezpośrednim nadzorem premiera, Mateusza Morawieckiego. W decyzji sądu pojawiły się fragmenty argumentacji zarządu PLL LOT, a na dodatek są w nim te same błędy, które były w orzeczeniu z kwietnia – przykładowo, w wielu miejscach zamiast związków zawodowych w „PLL LOT” mamy związki w „PPL LOT”. Ponadto decyzja sądu została podjęta 21 września, a tymczasem 24 września odbyło się posiedzenie Rady Dialogu Społecznego, podczas którego przedstawiciele zarządu PLL LOT oraz Prezesa Rady Ministrów mówili o warunkach porozumienia w firmie, nie wspominając o postanowieniu sądu. Czyżby więc nawet premier polskiego rządu nie był wtajemniczany w sprawę przez zarząd podległej sobie spółki?

Jednocześnie zarząd PLL LOT wciąż lekceważy wskazane przez Państwową Inspekcję Pracy przykłady łamania prawa pracy, wciąż mobbinguje i zastrasza związkowców, wciąż promuje sprzeczne z prawem pracy niestandardowe umowy, nie przejmuje się sygnałami o pogarszającej się jakości bezpieczeństwa lotów, nie robi nic z radykalnym wzrostem opóźnionych i odwołanych lotów.

Związki zawodowe zrzeszone w PLL LOT analizują wyrok sądu, natomiast warto przypomnieć, że na posiedzeniu Rady Dialogu Społecznego przedstawiciel rządu przyznał, że premier i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego są w posiadaniu materiałów dotyczących sytuacji w spółce i je analizują. Biorąc pod uwagę bulwersującą skalę nieprawidłowości w firmie, wciąż liczymy na interwencję premiera i uratowanie PLL LOT przed katastrofą, jak też przed akcją strajkową.

 

PiS się wycofa

– Decyzje dotyczące zachowania porządku konstytucyjnego w sądownictwie będzie musiała zostać podjęta – powiedział Jerzy Wenderlich w programie „Woronicza 17.

– Wiele rzeczy PiS odmienił chociaż wcześniej politycy tej partii mówili, iż ich nie zmienią swej decyzji: Puszcza Białowieska – siekiery odłożone; ustawa o IPN – po blamażu wycofanie się ze stanowiska – przypomniał polityk SLD.

– W kwestii sądownictwa PiS też się wycofa – zapowiedział Wenderlich.

 

Spotkanie we Wrocławiu

Ponad 50 osób przybyło na spotkanie, zorganizowane przez wrocławskie Stowarzyszenie Pokolenia z kandydatem na prezydenta Wrocławia Jackiem Sutrykiem. Jacek Sutryk jest kandydatem popieranym przez obecnego prezydenta Dutkiewicza, SLD i Koalicję Obywatelską. Byli kandydaci do Rady Miejskiej i Sejmiku Dolnośląskiego. Sam kandydat określił tę koalicję jako wyjątkową na skalę kraju. Oto środowiska, które niekoniecznie do tej pory politycznie się lubiły, teraz, dla dobra miasta, zjednoczyły się…. Jestem przeciwny dzieleniu obywateli miasta na lepszy i gorszy sort. Jestem przeciwny zabieraniu obywatelom emerytur i co najważniejsze, godności….. Było ciekawe wystąpienie o planach kandydata dotyczących rozwoju miasta. Były pytania, były odpowiedzi. Była przede wszystkim chemia pomiędzy kandydatem, a uczestnikami, choć nie brakowało pytań zaczepnych, ale nie czepialskich. Świetne spotkanie, głosy uczestników spotkania na kandydata murowane. Jestem o tym przekonany – relacjonuje na Fb Czesław Cyrul.

Na smyczy

Czy są w polityce granice kłamstwa. Te granice są coraz bardzie rozwadniane. PiS pokazuje, że można wszystko. W dzienniku TVP, komentując przedwyborcze wydarzenia we Wrocławiu, agitator TVP powiedział, że kandydat na prezydenta miasta Jacek Sutryk, związany z SLD, a popierany przez Prezydenta Dutkiewicza, jak wygra (jest to bardzo prawdopodobne), będzie szedł na pasku Schetyny czyli PO.

 

Nie miałbym nic przeciw, gdyby Jacek Sutryk był związany z SLD, ale jest bezpartyjny. Popiera go prezydent Dutkiewicz, który raczej nie przepada za przewodniczącym Schetyną. Przewodniczący Schetyna wcześniej popierał prof. Chybicką, potem odstawił ją na bok i postawił na konserwatywnego europosła Ujazdowskiego. Kiedy i z tego posunięcia nic nie wyszło dołączył do środowiska prezydenta Dutkiewicza, Nowoczesnej i SLD, które już popierały Jacka Sutruka. Wybór Schetyny jest więc trzecim z kolei i nie rozumiem dlaczego Sutryk miałby teraz iść na pasku Schetyny.
Zresztą kto na czyim pasku będzie biegać jest zawodne. Prezydent Dutkiewicz został zaproponowany przez prezydenta Zdrojewskiego. Można było przewidywać, że będzie szedł na pasku Zdrojewskiego. Prezydent Dutkiewicz poszedł własną drogą. Obecny europoseł Zdrojewski nie szczędził krytyki prezydentowi Dutkiewiczowi, ale nie na pewno nie z tego powodu, że nie szedł na jego pasku.
Nie sądzę także, by Jacek Sutryk, a wygra zapewne walkę o fotel prezydenta, szedł na pasku prezydenta Dutkiewicza, a tym bardziej Schetyny. Dodam, że prezydenta Dutkiewicza i Grzegorza Schetynę nie łączą nawet chłodne stosunki. Schetyna poparł Sutryka, bo nie miał innego wyjścia. Na szczęście za trzecim razem zmądrzał (Schetyna) i postawił na dobrego konia.
Każdy prezydent, czy inny prezes firmy, podpisuje się pod swoimi decyzjami i chodzenie na pasku poprzednika zazwyczaj źle się kończy dla prowadzanego na smyczy. Sutryk to kandydat inteligentny i dobrze o tym wie, Nie oznacza to, że ma pójść zupełnie inną drogą ignorując dorobek poprzednika, bo jak napisałem wcześniej to kandydat (Sutryk) inteligentny.
Nie znam prezydenta dużego miasta, który chodziłby na pasku poprzednika lub słuchał rozkazów partyjnych liderów. Prezydenci dużych miast mają dużą władzę, jeszcze większą odpowiedzialność i muszą słuchać przede wszystkim wyborców. Być może, gdyby wygrała we Wrocławiu kandydatka PiS, szłaby na czyimś pasku, bo to w PiS jest normą i takiej właśnie filozofii trzyma się PiS-owska TVP. Trzeba zrobić wszystko, by przyszły prezydent Sutryk chodził na pasku wrocławian.