W Warszawie jest za dużo picu

O tym, kto jest naprawdę wiarygodny w sprawach reprywatyzacji, z kim i jak Sojusz Lewicy Demokratycznej jest gotów współpracować po wyborach oraz na co miasta stołecznego nie stać – z Andrzejem Rozenkiem, kandydatem SLD na prezydenta Warszawy rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

 

Strajk.eu: Pierwszy start w wyborach na prezydenta Warszawy nie był dla pana udany. Czego pana nauczyło tamto doświadczenie?

Andrzej Rozenek: To była partyzantka. Startowałem praktycznie bez poparcia partii politycznej i bez większych funduszy. Przekonałem się, że konieczne jest jedno i drugie, bo te wybory mają charakter partyjny, a bez pieniędzy nie da się dotrzeć do ludzi.
Jeśli wziąć pod uwagę te okoliczności, to mój wynik wcale nie był zły. Zdobyłem 2,3 proc., a mój ówczesny lider Janusz Palikot miał krótko potem w wyborach prezydenckich 1,6 proc. Teraz moja sytuacja jest zupełnie inna i jestem przekonany, że wynik też będzie lepszy.

 

Lewicowi wyborcy zaufają panu, a nie koalicji Wygra Warszawa i Janowi Śpiewakowi, społecznikowi, który już rozpoczął prekampanię?

Ta prekampania to przede wszystkim brutalne ataki. Między innymi na Andrzeja Celińskiego, który przez jeden z nich rozstał się z kandydowaniem. Nie sądzę, żeby chwyty takie jak odgrzebywanie sensacji w stylu „dziadka z Wehrmachtu” mieściły się w kanonie nowoczesnej lewicy i żeby podobały się lewicowym wyborcom. Pan Śpiewak uważa się pewnie za lewicę, ale swoim postępowaniem dowiódł, że nie ma z nią nic wspólnego.

 

Nie jest lewicowe mówienie o zablokowaniu budowy Nycz Tower, podejmowanie tematów mieszkalnictwa czy transportu zbiorowego?

To są oczywiste sprawy. Mówiąc o nich pan Śpiewak dowiódł tylko tyle, że coś o Warszawie wie. I dobrze, każdy kandydat powinien wiedzieć dużo o mieście, którego chce być prezydentem. Ale na lewicy w Polsce jest obecnie w zasadzie jedna znacząca siła i to jest moja partia – SLD.

 

Partie, które współtworzą koalicję Wygra Warszawa, twierdzą, że wręcz odwrotnie – prawdziwa lewica jest tam.

W tym określeniu „prawdziwa lewica” brzmi pogarda dla części elektoratu. Dla wyborców, którzy swoimi korzeniami, życiorysem, sięgają PRL. Wymazywanie Polski Ludowej z naszej historii, udawanie, że tamten okres nie miał nic wspólnego z lewicą jest w moim odczuciu czymś bardzo nagannym. Robi to nieustannie PiS oraz niektórzy z liderów tej tak zwanej nowej lewicy.
Ani prawica, ani ta pseudolewica nie dostrzegają, że ludzie w wieku 60 lat i więcej są tak samo ważnymi wyborcami, jak ci, którzy mają lat 20. Może nawet są ważniejsi, bo mają większe potrzeby, są to ludzie, którzy oddali Polsce bardzo wiele, a teraz są zepchnięci na margines. Państwo brutalnie zmienia nazwy ulic i burzy pomniki z tamtego okresu, potrafi nawet odbierać emerytury. Nie można mówić o lewicowości, zapominając o istnieniu tego elektoratu.

 

Co na poziomie samorządu zamierza pan dla nich zrobić?

Ludzie starsi powinni być darzeni szczególnym szacunkiem. To dzięki ich pracy i dokonaniom żyjemy w takim państwie, w jakim żyjemy. W programie SLD, pod nazwą Srebrnej Rewolucji, jest pełen pakiet rozwiązań dla nich.
Zapewniam, że ten elektorat będzie w moim programie nadzwyczaj mocno doceniony. O szczegółach nie chcę na razie mówić, ale mogę stwierdzić, że nie chodzi mi tylko o ruchy takie jak udogodnienia dla osób z niepełnosprawnościami, moim celem jest radykalna zmiana komfortu ich życia. Tak, jak w krajach skandynawskich, gdzie człowiek starszy nie czuje się człowiekiem gorszej kategorii.

 

Wspomniał pan o krajach skandynawskich tak samo, jak w 2015 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Z tym, że wtedy pan mówił, że tam można sobie pozwolić na socjal, bo długo pracowano na dobrobyt. Dla Polski pana zdaniem właściwsze byłyby podatek liniowy, uproszczenie procedur i walka z biurokracją.

Rzeczywiście, uznawałem niektóre pomysły liberalne gospodarczo za dobre, za skuteczne dla Polski w tamtym okresie. Dziś jednak odnotowujemy znaczący wzrost gospodarczy, a rząd chwali się, że ma mnóstwo pieniędzy. Więc nie ma mowy o tym, by socjal ograniczać.
SLD, kiedy będzie rządzić, odda to, co PiS zabrał – wolność, wolność mediów, wolność zrzeszania się. Równocześnie utrzyma wszystkie socjalne transfery wprowadzone przez obecny rząd. A jeśli stan finansów naprawdę jest tak dobry, to zamiast budować masowo strzelnice, inwestować w Wojska Obrony Terytorialnej i napychać kasą Rydzyka, należy pieniądze skierować do najbardziej potrzebujących, redukować nierówności. Tak postępuje lewica na całym świecie, a w Polsce nikt tego dotąd nie robił…

 

Nawet SLD, będąc u władzy.

Niestety w dużym stopniu to prawda. Wymówką było to, że na pewne posunięcia nie zgadzał się koalicjant, no i stan budżetu był wtedy fatalny. Dzisiaj takiego wytłumaczenia być nie może. Lewica nie może sobie pozwolić na bycie w rządzie, który nie będzie odpowiednio socjalny.

 

A więc nie może zawierać koalicji z Platformą Obywatelską.

To zależy. PO jest partią, która nie ma żadnego stałego programu, dostosowuje się do okoliczności. Ostatnio w związku z sondażami Grzegorz Schetyna chce skręcać na lewo. Dlaczego ludziom podoba się organizacja, która nie ma żadnego kręgosłupa ideowego, tego nie wiem. Ale dla nas to oznacza, że będziemy mogli jej stawiać warunki.

 

I SLD będzie w stanie na wpłynąć na PO, żeby wasz prospołeczny program był realizowany?

Jestem przekonany, że SLD wróci do Sejmu i nie wyobrażam sobie, by powstał rząd bez udziału Sojuszu. Tak wskazują obecnie sondaże. To daje nam silniejszą pozycję, niż by wprost wynikało z rozkładu mandatów.

 

W Warszawie też dopuszcza pan koalicję z PO?

Tylko wtedy, gdy nastąpi rachunek sumienia ze strony Platformy, będą wyciągnięte wnioski z afery reprywatyzacyjnej. Nie może być tak, że po Warszawie grasuje banda ludzi, którzy kradną kamienice, a osobę, która przeciwko temu protestuje, prawdziwą społeczniczkę, znajduje się spaloną w Lesie Kabackim.

 

Na razie najgłośniej sprawę reprywatyzacji rozgrywa Patryk Jaki.

Cała komisja Jakiego jest tworem bezprawnym – tak uważają konstytucjonaliści. Czy cokolwiek udowodniła, osądziła któregokolwiek sprawcę? Reprywatyzacją powinna zajmować się prokuratura, która może sformułować akt oskarżenia, i sąd, który jest w stanie skazać winnych. Komisja Jakiego to polityczna hucpa, za którą nie kryje się nic głębszego – jestem przekonany, że warszawiacy to rozumieją i nie dadzą się nabrać.

 

Trudno nie zgodzić się z taką oceną, ale aktualne sondaże są dla kandydata prawicy bardzo przychylne. Jak sprawić, by wyborcy uwierzyli, że lewica jest bardziej wiarygodna?

Mam nadzieję, że wyborcy będą pamiętać, że pierwszą osobą, która zwracała uwagę na temat reprywatyzacji, byłem ja. W 2014 r. przeprowadziłem kilkanaście konferencji poświęconych tej sprawie, omawiałem konkretne historie – od nieruchomości przy Noakowskiego, przy Twardej, po tę przy ul. Szarej. Mówiłem, że to, co się dzieje, to jawny przewał, alarmowałem: nie może być tak, że prywatyzowane są szkoły czy ogródki jordanowskie. Nikt się tym nie zainteresował! Gdzie wtedy był Patryk Jaki?
To ja wniosłem projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Napisano go na zlecenie Hanny Gronkiewicz-Waltz tylko po to, żeby PO mogła pokazywać, że jest. Wisiał w internecie przez lata, nikt go nie wprowadzał pod obrady. Za rządów PO, z Hanną Gronkiewicz-Waltz jako wiceprzewodniczącą partii! W końcu sięgnąłem po niego – akty prawne nie są w Polsce objęte prawami autorskimi – przedstawiłem projekt w Sejmie, komisja ustawodawcza go zaaprobowała. Nie jest tak, że problemy reprywatyzacyjne odkrył, a teraz rozwiązuje PiS.

 

To jakie zapisy powinny znaleźć się w dużej ustawie reprywatyzacyjnej – gdyby była wola polityczna jej uchwalenia?

To jest trudna sprawa, ogromne koszty dla budżetu państwa. Pytanie, jak to zrobić, by z jednej strony nie uwikłać się w rażące naruszenia prawa, a z drugiej nie oburzyć wyborców, którzy zapytają: dlaczego rozdajecie mienie jakimś spadkobiercom w trzecim-czwartym pokoleniu? Oni tego nie wypracowali! Z punktu widzenia lewicy faktycznie jest to ogromnie niesprawiedliwe.
Jestem za tym, by definitywnie zakończyć reprywatyzację, wypłacając np. jeden, pięć, może dziesięć procent wartości – ale nie w budynkach. Żeby miasta mogły się dynamicznie rozwijać, a ludzie, którzy mieszkają w tych kamienicach, nie martwili się już o przyszłość.

 

A dopóki ustawy nie ma, co pan, jako prezydent Warszawy, zrobi dla tych, którzy już zostali przez reprywatyzację pokrzywdzeni?

Z poziomu ratusza kompleksowe rozwiązanie problemu nie jest możliwe. Ustawa jest niezbędna.
Można natomiast dokładnie przyjrzeć się ludziom, którzy do tej pory zajmowali się mieniem miejskim. Mamy dość dowodów tego, że ich kompetencje są mizerne albo żadne. Po drugie, trzeba się zacząć zastanawiać nad tym, jak Warszawa powinna się rozwijać i trzymać się tego planu. Jeśli architekt miasta uznał, że są pewne ciągi przewietrzania miasta, to nie może być tak, że ktoś dostaje potem zgodę na budowę w tym miejscu drapacza chmur! Nycz Tower jest ewidentnym przykładem tego, że jednym wolno więcej niż innym. Konieczna będzie wymiana części urzędników. Nieuchronne będzie również składanie w niektórych przypadkach zawiadomień do prokuratury. Za moich rządów Warszawa będzie miastem uczciwym.

 

A czy będzie miastem dostępnym? Wygra Warszawa zapowiada wzniesienie 50 tys. mieszkań na wynajem, w których czynsz będzie znacznie niższy, niż na obecnym rynku. Co pan na to?

Nie będę się ścigał w populizmie. Nie obiecam ani piętnastu nowych nitek metra, ani 300 tys. mieszkań komunalnych, bo to są kpiny z wyborców.

 

50 tys. nowych mieszkań to kpiny z wyborców?

Oczywiście! Na początek trzeba uporządkować obecny zasób komunalny, ok. 100 tys. lokali. Potem trzeba się zastanowić nad tym, skąd Warszawa ma zdobyć pieniądze na wznoszenie kolejnych mieszkań. Nie stać nas na budowanie taniochy, żeby na siłę zrealizować obietnice z kampanii. Ludzi biednych należy traktować z szacunkiem. Nie będę wznosił slumsów ani baraków, tylko obiekty w odpowiednim standardzie, tanie w eksploatacji, zeroenergetyczne.

 

Mówi pan, że chce tworzyć lepszą Warszawę – co jeszcze w obecnym zarządzaniu miastem pozostawia wiele do życzenia?

Na Pradze są miejsca, gdzie nie ma nawet bieżącej wody. Co jest ważniejsze dla dziecka, które się tam wychowuje – fontanna przed blokiem czy ciepła woda i toaleta w domu? W Warszawie jest za dużo picu, a za mało się myśli o ludziach, o ich godnym życiu.
U mnie na pierwszym miejscu będzie człowiek, potem infrastruktura. W poprzednich kadencjach władze Warszawy zapominały, że gdy powstają nowe osiedla, to trzeba zadbać o otwarcie żłobków, przedszkoli, przychodni, doprowadzenie komunikacji miejskiej. Miasto rozwijało się jak w XIX w., kiedy nikt niczego całościowo nie planował.

 

Pan obiecał programy dla wszystkich osiemnastu dzielnic Warszawy. To ambitny projekt.

Program będzie wielopoziomowy – dla dzielnic, dla całej Warszawy, dla aglomeracji. Hanna Gronkiewicz-Waltz z wielkim trudem współpracowała z sąsiednimi miastami, chociaż mieszka w nich wielu ludzi, którzy przyjeżdżają do stolicy do pracy. Może nie musieliby np. jeździć swoimi samochodami, gdyby władze Warszawy widziały miasto w łączności z sąsiednim obszarem, od Pruszkowa i Ząbek, aż po Łódź czy Radom. Tego nie było.
Zadanie rozpoznania problemów mieszkańców Żoliborza, Ochoty czy Rembertowa otrzymały lokalne struktury SLD. Od nich będę w najbliższym czasie zbierał odpowiedzi na pytania o te problemy.

 

Dlaczego więc SLD nie współpracuje z lokalnymi ruchami miejskimi, od dawna działającymi w dzielnicach?

Tego nie wiem, nie brałem udziału w rozmowach z tymi organizacjami. Niemniej w SLD obowiązuje znane hasło „Nie ma wroga na lewicy”. Wszystkie ruchy miejskie, wszyscy ludzie lewicy będą wysłuchani i potraktowani poważnie. Chcemy z nimi współpracować.

 

To jednak nie to samo, co wspólna lista, o której tyle się mówiło. Także mając w pamięci fatalne doświadczenia z poprzednich wyborów, gdy głosy elektoratu lewicy podzieliły się między wiele organizacji.

Ja wyciągnąłem wnioski, nie tworzę już odrębnego bytu. SLD tworzy komitet wyborczy złożony z 24 podmiotów. Można sobie kpić z Socjaldemokracji Polskiej, Unii Pracy czy PPS, mówiąc, że te organizacje nie mają znaczenia. Niemniej to są legalne partie o godnej szacunku tradycji, często liczniejsze od wspomnianych przez panią podmiotów. Pozostałych trzeba pytać, dlaczego nie chcieli dołączyć do szerokiego frontu.

 

Jeśli już mowa o tradycji… Będzie pan jako prezydent Warszawy sprzeciwiał się tzw. dekomunizacji?

Samorząd może w tej sprawie zrobić bardzo wiele. Znamy przypadki skutecznego odwoływania się w sądzie od decyzji o zmianie nazwy ulicy, można bronić pomników. Na szczęście w Warszawie mamy jeszcze sporo miejsc pamięci mówiących o prawdziwej historii miasta, prawdziwej historii II wojny światowej. Trzeba dbać, by oszołomstwo spod znaku nacjonalistów nam tego nie zabrało.

 

Ratusz zaangażuje się w upamiętnianie lewicowych bohaterów?

SLD jest inicjatorem budowy w Warszawie pomnika lewicowego premiera, człowieka, bez którego nie byłoby niepodległej Polski – Ignacego Daszyńskiego. Mówienie tylko o Dmowskim i Piłsudskim jest zakłamywaniem historii. Niemniej chcę jeszcze raz podkreślić – skupię się na ludziach, nie na pomnikach czy infrastrukturze. Pilniejsze niż pomniki czy fontanny jest przyciąganie inwestorów, zagranicznych i krajowych.

 

Za hasłem „przyciąganie inwestorów” zwykle idzie w Polsce kolejne – „ulgi podatkowe”, a potem pojawia się problem z prawami pracowniczymi…

Mnie chodzi o nowoczesne korporacje i przedsiębiorstwa, które pracowników szanują. Żadnego XIX-wiecznego kapitalizmu i wyzysku, tylko kreatywność, świeże spojrzenie.

 

Takie warunki ratusz postawi inwestorom?

Jak najbardziej. Uważam, że czas podjąć poważną, ogólnopolską debatę o prawach pracowniczych i ich radykalnym zwiększeniu. Bez tego nie zatrzymamy wyjazdów młodych Polaków za granicę, a skutki takiego drenażu mózgów są opłakane dla państwa.

 

Samorządy w takim razie muszą dać dobry przykład i zaprzestać zatrudniania na umowach śmieciowych…

To jest chore, kiedy instytucje samorządowe czy państwowe sięgają po takie formy zatrudnienia. W poprzedniej kadencji Sejmu, będąc posłem, nie zatrudniałem nikogo na umowie śmieciowej, podobnie zresztą jak moi koledzy z klubu.
Mieliśmy przez to mniej pracowników, ale kiedy porównywałem efekty pracy naszych ludzi z tym, co tworzyli ludzie pseudozatrudnieni, wykorzystywani przez posłów innych partii, różnica była ogromna.
To też była dla mnie ważna lekcja, wnioski z której zastosuję w Warszawie.

Najważniejsze wybory

Premier Mateusz Morawiecki zwleka z ogłoszeniem terminu wyborów samorządowych. Nadal nie wiemy, kiedy jesienią pójdziemy do urn wyborczych.

 

Wincenty Elsner kandyduje w wyborach do sejmiku wojewódzkiego z listy SLD – Lewica Razem na Dolnym Śląsku.

 

Na tę decyzję premiera czeka prawie ćwierć miliona kandydatów na radnych. Ponad 8 tysięcy tych, którzy chcą zostać wójtami, burmistrzami i prezydentami miast. Czas płynie. Oni tkwią w blokach startowych. Nie mogąc rozpocząć przygotowań do wyborów. Zbiórki podpisów. Druku ulotek. Rozklejania plakatów. Zaś premier Morawiecki dwoi się i troi by udowadniać tezę z gruntu fałszywą. Że dokonywany systematycznie przez Prawo i Sprawiedliwość demontaż niezależnego systemu sądownictwa nie jest demontażem. Z zarządzeniem terminu wyborów samorządowych będzie czekał do ostatniej chwili.

 

21 października?

Zgodnie z zapisami znowelizowanego pół roku temu Kodeksu Wyborczego wybory samorządowe mogą się odbyć w jedną z niedziel: 21 października, 28 października lub 4 listopada. Decyzja należy do premiera. Kodeks Wyborczy wymaga, by zarządzenie wyborów nastąpiło nie wcześniej niż 4 miesiące przed upływem kończącej się kadencji władz samorządowych i nie później niż 3 miesiące przed. W 2014 roku wybory odbyły się 16 listopada. Tak więc premier Morawiecki mógł łaskawie ujawnić termin wyborów samorządowych ponad dwa tygodnie temu. Na pewno musi to zrobić przed 16 sierpnia. Zwłoka nie wynika z nadmiaru zajęć premiera. To czysta kalkulacja PiS-u. Wśród polityków opozycji panuje przekonanie, że decyzja o terminie wyborów zapadnie ostatniego możliwego dnia – 15 sierpnia. I wybrany zostanie najwcześniejszy termin – 21 października. Dlaczego? By maksymalnie skrócić czas kampanii wyborczej. Rządzący dadzą sobie radę nawet podczas krótkiej kampanii wyborczej. Mają swój rząd. Którego ministrowie rozjadą się po Polsce – rzekomo w ramach rutynowych ministerialnych obowiązków. Mają pieniądze. I mają publiczne radio i telewizję. Które to media w najrozmaitszy sposób zostaną zaprzęgnięte w działania sprzyjające Prawu i Sprawiedliwości. Opozycja już na starcie kampanii będzie krok z tyłu. Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. To niecodzienna sytuacja. Dotychczas wyborcy zdecydowanie bardziej interesowali się wyborami prezydenta kraju i wyborami parlamentarnymi. Ale i sytuacja Polski jest niecodzienna. Można się sprzeczać, jak daleko nam jeszcze do państwa autorytarnego. Lub jak blisko. Jedno jest poza dyskusją: sprawy polskiej demokracji idą w złym kierunku. Dobry wynik rządzącej prawicy nie zadecyduje wyłącznie o losie samorządów. O tym, czy tysiące nowych „misiewiczów” będzie przez najbliższe pięć lat (tak – po raz pierwszy wybieramy samorządowców na pięcioletnią kadencję) rządziło naszymi gminami i miastami. Ewentualna wygrana PiS-u w samorządach da Kaczyńskiemu wiatr w żagle. Ułatwiając wyborczy sukces za rok – w wyborach parlamentarnych. Wagę najbliższych wyborów potwierdzają wyniki opublikowanego tydzień temu badania sondażowego przeprowadzonego przez CBOS. W lipcu zainteresowanie wyborami samorządowymi zadeklarowało 73 proc. Polaków. To najwyższy wynik w całej historii tych wyborów. Lewica może z pewną dozą optymizmu patrzeć na frekwencję swoich wyborców. Aż 81 proc. osób deklarujących poglądy lewicowe wykazuje zainteresowanie wyborami samorządowymi. To nie oznacza oczywiście, że 21 października na pewno stawią się w lokalach wyborczych. Ale powinno zdopingować SLD do sprawnej i skutecznej kampanii wyborczej.

 

Z Sejmu do sejmiku

Najwięcej emocji będą budziły wybory prezydentów miast, burmistrzów i wójtów. Tak było zawsze. W tym roku widać to szczególnie wyraziście w Warszawie. Gdzie niektórzy kandydaci już od wielu tygodni prowadzą swoje kampanie wyborcze. Ignorując przepisy prawa – zakazujące rozpoczynania kampanii przed oficjalnym zarządzeniem wyborów. Dla partii politycznych najważniejsze będą wybory do sejmików wojewódzkich. Tam bowiem toczy się bój najbardziej polityczny, a partie występują pod własnymi sztandarami. Sondaże mogą kłamać. Zaś ogólnopolski wynik wyborczy do sejmików da prawdziwy obraz polskiej sceny politycznej. Uwadze wielu komentatorów umyka pewien szczegół ordynacji wyborczej do sejmików. Uzyskanie mandatu radnego sejmiku wojewódzkiego oznacza automatyczne wygaszenie mandatu parlamentarzysty. Automatyczne. To zabezpiecza przed ewentualną próbą wprowadzania w błąd wyborców. Wystawiania na listach polityków znanych z pierwszych stron gazet i ekranów telewizorów. Posłanek i posłów. Tylko po to, by „podciągnęli listę”. A chwilę po wyborach zrzekli się mandatu i wrócili na Wiejską. Wspomniane ograniczenie nie dotyczy dotychczasowych parlamentarzystów Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Których tak zwana Zjednoczona Lewica eksmitowała z Sejmu w 2015 roku. Dlatego wszyscy oni bez ryzyka utraty mandatów sejmowych mogą wzmocnić listy sejmikowe. I wzmocnią! Startować będą niemal bez wyjątku wszyscy posłowie i posłanki poprzedniej kadencji Sejmu. W Kodeksie Wyborczym zapisano próg wyborczy 5 procent w wyborach do sejmików wojewódzkich. Tyle trzeba osiągnąć, by wziąć udział w podziale mandatów radnych. Ale to zdecydowanie za mało, by ten mandat otrzymać. Przy okazji dyskusji o wprowadzonych przez PiS zmianach w ordynacji do Parlamentu Europejskiego wiele mówiło się o tak zwanym efektywnym progu wyborczym. Czyli wyniku procentowym, który uprawdopodabnia uzyskanie mandatu. W większości okręgów wyborczych do sejmików wojewódzkich efektywny próg wyborczy plasuje się w okolicach 10 proc. W okręgach o mniejszej liczbie mandatów może sięgać kilkunastu procent. Czy SLD, mające w sondażach poparcie od 6 do 10 proc. ma realne szanse na mandaty radnych wojewódzkich? Zdecydowanie tak. W drugiej połowie kwietnia IBRIS wykonał zakrojone na szeroką skalę badanie sondażowe. Przepytano ponad 16 tysięcy osób, po 1000 respondentów z każdego województwa. Wyniki SLD w poszczególnych województwach różniły się znacząco.
Na Podkarpaciu szanse SLD na mandaty radnych wojewódzkich są niewielkie. Sojusz legitymuje się tam poparciem 4,6 proc. Ale jest cała lista województw, gdzie SLD zajmuje silną trzecią pozycję. Z realnymi szansami na kilka mandatów. To na przykład: lubuskie (18,3 proc.), zachodniopomorskie (15,9 proc.), świętokrzyskie (14,8 proc.), kujawsko-pomorskie (14,5 proc.), śląskie (14,1 proc.), wielkopolskie (13,4 proc.), łódzkie (12,3 proc.).

 

Lewica powiatowa

Wspomniane badanie CBOS nie jest dla SLD szczególnie przychylne. Szanse wyborcze Sojuszu wyceniono jedynie na 5 proc. Ale nie powinno to wpędzać polityków lewicy w depresję. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że wyniki CBOS-u – finansowanego z pieniędzy kancelarii premiera Morawieckiego – są z reguły o kilka procent niższe niż innych sondażowni. Ciekawy jest za to rozkład poparcia lewicy w terenie. O ewentualnym sukcesie lewicy w najbliższych wyborach nie zadecydują mieszkańcy metropolii: Warszawy, Krakowa i Wrocławia. Nie zadecydują też mieszkańcy miast średniej wielkości – do 100 tysięcy. W takich miastach poparcie lewicy jest umiarkowane. Badania CBOS-u pokazują, że przyszła siła lewicy w znacznym stopniu leży w rękach mieszkańców małych miasteczek, liczących do 20 tysięcy mieszkańców. Tam SLD ma średnie poparcie rzędu 9 proc. Będąc realną trzecią siłą polityczną. To niezwykle istotna informacja dla działaczy planujących kampanie wyborcze, szczególnie do sejmików wojewódzkich. Ustawienie bilbordów wzdłuż autostrady A1, A2 lub A4 nic nie da. Przekaz SLD musi dotrzeć do Bychawy, Daleszyc, Wasilkowa, Skórczu, Przedeczy. Takich miasteczek jest w Polsce ponad siedemset. Mieszka w nich 5 milionów Polek i Polaków. Niemalże pół miliona – to wyborcy SLD.

 

I wiejska

Drugim najważniejszym dla SLD regionem jest wieś. Z badania CBOS wynika, że na wsi SLD jest dwa razy silniejsze niż w wielkich miastach. Na pierwszy rzut oka to może dziwić. Ale przecież w miastach nie ma już wielkich zakładów przemysłowych. Zatrudniających po kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Będących tradycyjnym elektoratem lewicy. O niedocenianym przez wielu lewicowych polityków potencjale wsi już kiedyś pisałem. Gdy CBOS zapytał o sympatie polityczne mieszkańców różnych środowisk. Okazało się, że największy odsetek Polaków deklarujących poglądy lewicowe mieszka na wsi. Ponad jedna czwarta. W liczbach bezwzględnych to 1,5 miliona wyborców. Którzy w najbliższych wyborach mogą zagłosować na listy sejmikowe SLD – Lewica Razem. Mogą. Pod warunkiem, że każdy z kandydatów na radnych potrafi bez zająknięcia odpowiedzieć na pytanie. Jaki jest program SLD dla polskiej wsi?

 

Bariera strachu

Jest jednak istotna bariera, która może wpłynąć na wynik najbliższych wyborów. Rysująca się szczególnie wyraźnie tam, gdzie lewica jest silna: w małych miastach i na wsi. Jeszcze niedawno jej nie było. Przyszła razem z rządami PiS-u. Bariera strachu. Kompletując listy do sejmiku dolnośląskiego odwiedziłem w ostatnim tygodniu wiele mniejszych miejscowości wokół Wrocławia – mój okręg wyborczy. Rozmawiałem z mieszkańcami. Niby nic się nie zmieniło od poprzednich wyborów. A jednak… Ziobro nie wyaresztował opozycji. Policja nie rozpędza demonstrantów używając armatek wodnych. Wyjąwszy media publiczne, dziennikarze mogą mówić i pisać co chcą. A jednak suma kuksańców władzy, drobnych szykan i gróźb, robi swoje. Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że bezpieczniej jest stanąć na poboczu. Być biernym obserwatorem. „Ja się do polityki nie mieszam” – mówią.

 

Najważniejsze wybory

Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. Dobry wynik lewicy może być zwiastunem końca rządów PiS-u za rok. I powrotu Polski na drogę praworządności i demokracji. Dlatego jak najrychlej warto ruszyć w teren – to do działaczy. Warto być aktywnym – to do wyborców. Jeszcze się będziemy śmiali z dzisiejszych strachów przed wszechmocnym Kaczyńskim, Ziobrą, Brudzińskim. A przewodniczący Czarzasty obiecał, że będzie im wysyłał paczki.

Ster na lewą burtę

Podobno kapitan Schetyna wydał taką komendę i zardzewiały ster steranej łajby ma dokonać jej zwrotu w trakcie wyborów samorządowych. Kilwater zostawiony przez pordzewiały statek PO wygląda jakby go prowadził początkujący chłopak okrętowy. Raz na prawo, raz na lewo, ale generalnie ciągle na prawo. Na lewo tylko wtedy jak trzeba zabrać naiwnych wyborców na pokład. Potem można ich wyrzucić do morza. Niech naiwniaków ratują inne statki, albo niech toną. Kapitan Schetyna traktuje wyborców jak mięso armatnie. Jak ich wykorzysta stają się nawozem historii. Tak przerobił już wielu wyborców lewicy, ale nadal chętnych naiwnych nie brakuje.
Jakiś rok temu, a może więcej – już dokładnie nie pamiętam, tyle tych rozkazów kapitan wydał – padła komenda o zarzuceniu konserwatywnej kotwicy. Kotwica chyba dna nie sięgnęła, bo łajba dryfowała siła rozpędu lub napędzana nienawiścią do PiS i tęsknotą za utraconą władzą
Że był to dryf świadczy wystawienie raczej centrolewicowej prof. Chybickiej do walki o fotel prezydenta Wrocławia. Władze usilnie namawiały SLD (sam miałem okazję brać udział w rozmowach) o poparcie tej kandydatury i budowanie wspólnych list. Liderzy PO zaklinali się, że prof. Chybicka ma serce po lewej stronie, co sugerowało, że i w PO ono (serce) chwilowo też tam się znajduje. Kiedy SLD nie poparł kandydatki i w PO policzono, że bez poparcia lewicy kandydatka nie ma szans, kapitan Schetyna rzucił komendę – ster na prawą burtę. Wynajęty z PiS Kazimierz Ujazdowski miał wyprowadzić dychawiczną łajbę na szerokie wody i potem doprowadzić do portu pełnego rozentuzjazmowanych wyborców. Tym razem serce PO przemieściło się na prawą stronę, z czego wynika że serce partii przemieszcza się od prawa do lewa. Miejsce jego bicia jest przypadkowe. Ale statek z Ujazdowskim na pokładzie zaczął nabierać wody i Ujazdowskiego kapitan Schetyna wyrzucił za burtę. Załodze generalnie bardzo to się spodobało. Niech sobie radzi sam skoro nam nie potrafił pomóc.
Sytuację dodatkowo komplikuje zdziesiątkowana ekipa Nowoczesnej. Zaproszona na pokład PO raczej grupuje się przy lewej burcie i siłą rzeczy taki balast utrudnia manewry w prawo. Dlatego właśnie kapitan Schetyna musi skręcać w lewo, bo taki manewr daje jakąś nadzieję, choć na razie nie wiadomo na co. Wyrzucenie Ujazdowskiego za burtę i poparcie kandydata Jacka Sutryka na prezydenta Wrocławia, wcześniej już popartego przez prezydenta Dutkiewicza, SLD i Nowoczesną to ratunek dla PO. To nie jest sukces kapitana Schetyny, ale chwycenie się ratunkowej cumy. Osłabiony miotaniem się na bezideowym morzu kapitan Schetyna i jego statek nadali sygnał SOS, ale to może być z korzyścią dla Wrocławia.
Ale jak korzystny wiatr zawieje z prawa w PO żadnych sentymentów nie będzie. Ostatecznie każdy głos jest taki sam. A potem znowu: ster na lewo, ster na prawo. Na kogo wypadnie na tego bęc. Tylko czy to serce raz po lewej stronie, raz po prawe zniesie to nienaturalne przemieszczane.

Rozenek kandydatem SLD w Warszawie

– Kilka dni temu mieliśmy do czynienia ze skandaliczną sytuacją, kiedy to kandydat na prezydenta koalicji SLD Lewica Razem został brutalnie i bezpodstawnie zaatakowany przez jednego z kontrkandydatów. Andrzeja Celińskiego, co do którego uczciwości i przeszłości nie ma żadnych zastrzeżeń, próbowano uwikłać w aferę reprywatyzacyjną, co w naszej ocenie jest działaniem skandalicznym i nie tak powinna się toczyć debata na temat kto w przyszłości zasiądzie w fotelu prezydenta Warszawy – powiedział Sebastian Wierzbicki, przewodniczący SLD w Warszawie rozpoczynając konferencję prasową, która odbyła się przed wejściem do Pałacu Kultury i Nauki 27 lipca 2018 r.
– Nie zmienia to faktu, iż reakcja kandydata Andrzeja Celińskiego była zbyt emocjonalna. Rozumiemy go doskonale jako człowieka oraz jego emocje, jednakże uważamy, iż w debacie publicznej język jakim odpowiedział Andrzej Celiński nie powinien funkcjonować – ocenił polityk Sojuszu.
– W związku z powyższym, wczorajszy Zarząd Warszawski SLD podjął decyzję o cofnięciu rekomendacji dla Andrzeja Celińskiego, jako kandydata koalicji SLD Lewica Razem i jednocześnie zadecydował, że kandydatem Sojuszu na prezydenta w najbliższych wyborach samorządowych w stolicy będzie Andrzej Rozenek – oświadczył Wierzbicki. – Decyzja zapadła jednomyślnie – dodał.
Przewodniczący warszawskiego SLD podziękował Andrzejowi Celińskiemu za gotowość do startu. – Planowaliśmy ruszyć z kampanią w momencie jej oficjalnego ogłoszenia, a nie tak jak robią inni kandydaci, którzy czynią to już teraz. Andrzej Celiński miał przygotowaną bardzo dobrą ofertę dla warszawianek i warszawiaków, niestety nie było mu danego tego programu przedstawić – podsumował.
– Jestem przekonany, iż Andrzej Rozenk będzie znakomicie reprezentował Sojusz Lewicy Demokratycznej w nadchodzących wyborach, który będzie głośno i czytelnie artykułował co Sojusz do tej pory zrobił w Warszawie i co pragnie zdziałać w przyszłości, co w mieście działa się źle i jak chcemy to naprawić. Uważam, że Andrzej Rozenek osiągnie w tych wyborach bardzo dobry wynik i listy do Rady Miasta i Sejmiku, które państwu wkrótce zaprezentujemy, pokażą, iż SLD w tych wyborach wystawia bardzo mocną ekipę – poinformował.
– Dziękuję za zaufanie i tę rekomendację. Postaram się nie zawieść i udowodnię, iż trzecia siła polityczna w Polsce ma dobrego kandydata na prezydenta stolicy – rozpoczął swoje wystąpienie Andrzej Rozenek.
– Warszawa jest moim miastem przez całe życie. Znam problemy stolicy i niedługo zaprezentuję program, który będzie atrakcyjny dla każdego warszawiaka – stwierdził polityk lewicy.
– Przed nami kampania, która się przecież jeszcze nie zaczęła. Kiedy się zacznie, będą mógł się odnosić do tego, jak nowa Warszawa powinna wyglądać, a powinna być uczciwa, przyjazna oraz być bardzo nowoczesnym miastem – poinformował.
– W historii chamskie ataki polityczne były dwa. Pierwszy na zlecenie Platformy Obywatelskiej na Włodzimierza Cimoszewicza w wyborach prezydenckich. Drugi bezczelny na Andrzeja Celińskiego, który odbył się kilka dni temu – powiedział Włodzimierz Czarzasty podczas spotkania z dziennikarzami.
Przewodniczący SLD przypomniał, iż Łodzi, Rzeszowie, Krakowie, czy też we Wrocławiu powstały ponadpartyjne komitety wyborcze, w których kandydaci lewicy zostali poparci przez min. PO, czy też Nowoczesną co miało miejsce w Krakowie i Rzeszowie lub też SLD poparło kandydatów z innych ugrupowań, co miało miejsce w Łodzi, czy też we Wrocławiu. – W Warszawie kilka miesięcy temu chcieliśmy poprzeć pana Rafała Trzaskowskiego. Niestety, nasza propozycja nie została przyjęta, a pragnęliśmy, aby tak jak w Krakowie, Łodzi, czy też w Lublinie powstał ponadpartyjny komitet pana Trzaskowskiego, do którego to komitetu SLD chętnie by pół roku temu wstąpiło. Dostaliśmy następującą informację, że albo będziemy szli na listach Platformy Obywatelskiej i będziemy popierali kandydata tylko i wyłącznie PO, albo możemy iść sami – obwieścił. – Zdecydowaliśmy się więc na wystawienie własnego kandydata – dodał.
– W Warszawie był kryzys, ale został opanowany, mamy świetnego kandydata – Andrzeja Rozenka. Andrzeju jesteś świetnym kandydatem do walki o Warszawę – oświadczył Czarzasty i podziękował Andrzejowi Celińskiemu za współpracę. – Kłaniamy się Andrzejowi Celińskiemu, pozostaniemy przyjaciółmi – podkreślił.

Cuda, cuda

Ogłaszają!

 

Przecieram oczy ze zdumienia i zastanawiam się, na jaki etap wkroczy na jesieni kampania wyborcza w Warszawie, skoro jest koniec lipca, a:
– kandydat Platformy Obywatelskiej chwali si znajomością dzieł Morina (chapeau bas, tylko w jaki sposób miałoby si to okazać pomocne na stanowisku prezydenta stolicy?), jadąc metrem, którego istnienie jak sugeruje ciężko przerażona mina dopiero niedawno odnotował;
– kandydat PiS z kolei całą Warszawę chce opasać metrem bez ładu i składu: podpowiadam – nie da się budować na czterech krańcach jednocześnie dwóch linii w ciągu dwóch kadencji. Nie w Warszawie, która i tak jest dostatecznie zakorkowana. Czy Patryk Jaki zamiast tego uruchomi zastępczą komunikację śmigłowcami?
– kandydat Wygra Warszawa zapowiada tysiące mieszkań socjalnych, ale przy okazji puszcza w eter oskarżenia rzucane na zasadzie „może się przyklei”. Powiązanie Andrzeja Celińskiego z generałem Robełkiem wykazało w zasadzie tyle, że obaj panowie mieli kiedyś robotę w tej samej firmie. Dlaczego miałoby to obciążać polityka SLD w kontekście reprywatyzacji, nie wykazano. Zatem wygląda to na brudny chwyt oparty jedynie na niesprawdzonych sugestiach.
– Z kolei kandydat SLD jak się odwinął „chujem” to na całego. Rzecznicy partii muszą teraz pluć sobie w brodę, że reklamowali go jako kandydata o wysokiej kulturze osobistej, unikajacego uwikływania się w dziecinne spory.
Czekam, aż zaczną rozdawa ćmieszkania, a co najmniej bilety miesięczne. Najlepiej na to metro, co w ciągu 8 lat opasze całą Warszawę.
Czym przebije pozostaych Piotr Ikonowicz? Strach si bać…

Ikonowicz we własnych sidłach

Jesienią odbędą się w Polsce wybory samorządowe, które staną się testem widoczności polskiej lewicy. Tak, widoczności – bo trudno racjonalnie oczekiwać wymiernych sukcesów poza pojedynczymi przypadkami zaistnienia w samorządach.

 

Jeśli takowe wystąpią, zostaną rozdmuchane do rangi epokowego sukcesu. Nie będzie w tym jednak nic gorszącego: za każdy przypadek skuteczności politycznej będą należeć się lewicy brawa – będzie to w końcu krzepiąca odmiana na tle smutnej codzienności. Obecnie bowiem lewica targana jest ciągle zwyczajowymi, wręcz już rytualnymi, rozterkami: iść razem czy osobno? A dokładnie: czy iść z SLD? Czy wypada? Razem, Zieloni i Inicjatywa Polska wystawiły w końcu Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na urząd prezydenta Warszawy, ale po długim wahaniu – bo liberałowie oczerniają go jako „kukizowca”? Niestety utknięcie w takich debatach świadczy o politycznym rozmyciu całej lewicy i skoncentrowaniu się na marketingu wizerunkowym, który niestety zamyka ją w matni poprawnościowego mainstreamu.
Ideowo na tym tle wypada Piotr Ikonowicz. Na weterana lewicy zawsze można pod tym względem liczyć. Nigdy nie brakowało mu wyrazistości i odwagi. W rozmowie z Maciejem Wiśniowskim deklaruje się jako socjalista we właściwym tego słowa znaczeniu, czyli przeciwnik kapitalizmu. Niestety, nie czarujmy się – właśnie dlatego tym razem również pozostanie na marginesie walki politycznej. Jest to rzecz jasna kwestia niemożliwości przebicia się w głównym nurcie, który ma wszelkie powody, by Ikonowicza traktować wrogo. Dlatego Piotr podejmuje bitwę o Warszawę jako straceniec-romantyk, a kampanię potraktuje głównie jako sposób na dotarcie do ludzi ze swoją misją. Mówi: „Przegrani są wszyscy ci, którzy nie podejmują walki z systemem”.
To słowa ważne i prawdziwe. Lewica – zarówno polska, jak i europejska, która tylko pozornie trzyma się lepiej niż jej nadwiślańskie wydanie – znajduje się dziś w stanie opłakanym i trwa wyłącznie siłą bezwładu, ponieważ od lat stara się udawać, że to nie kapitalizm jest głównym problemem. Ikonowiczowi nigdy nie sprawiało kłopotu mówienie tego wprost. Można całkiem rozsądnie uznać, że jest to jeden z głównych powodów, dla którego szef RSS skazany jest na los „etatowego przegranego”, jak punktuje go Wiśniowski. Jednocześnie fakty są takie, że dopiero z biegiem lat Ikonowicz pogodził się z tą etykietką. Był przecież czas, gdy działalności politycznej nie traktował jako sztuki dla sztuki i honorowej misji samobójczej. W brzmieniu jego wiecowych haseł dało się kiedyś wyczuć rzeczywistą wiarę w możliwość sięgnięcia po władzę. Zadziwiające jest, że przez te wszystkie lata u Ikonowicza nie zmieniło się jedno: stosuje dokładnie tę samą metodę, mimo że jej błędny charakter stał się dostrzegalny jak na dłoni dla kilku już pokoleń działaczy radykalnej lewicy. Lgnęli do niego jak do mesjasza i zawsze odchodzili zawiedzeni. Co zatem poszło nie tak?
Ikonowicz deklaruje: „Buduję partię ludzi pracy”. Buduje ją niemal od zawsze. Kilka lat temu przybrała ona postać Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Ma to być organizacja działająca oddolnie, zrzeszająca ludzi prostych zawodów, ubogich, bezrobotnych, lokatorów pokrzywdzonych przez reprywatyzację. Sam Ikonowicz wielokrotnie podkreślał, że jej siłą ma być klasowy autentyzm: jest jedyną partią, która faktycznie reprezentuje interesy proletariatu i grup wykluczonych. Odmiennie niż w przypadku dominujących ugrupowań, predysponuje ją do tego właśnie sam jej skład klasowy i baza społeczna. To słuszna koncepcja – tak w końcu powstawały partie socjalistyczne, które na początku XX wieku zaczęły w krajach europejskich ocierać się o władzę. Poza tym badania socjologiczne i sondaże opinii nieustannie pokazują, że Polacy nie uznają żadnej z obecnych w Sejmie partii za adekwatnie reprezentującą ich interesy. Wyakcentowanie klasowego charakteru organizacji może dać w tych warunkach oczekiwane rezultaty – stąd przecież wziął się niegdysiejszy sukces Samoobrony. W przypadku Leppera było to co prawda oszustwo, ponieważ faktycznie stworzył on partię „kułacką”, jednak RSS wypada w tej mierze bardziej wiarygodnie. Teoretycznie powinien więc to być polityczny „samograj” z reprezentacją parlamentarną obecną w Sejmie od co najmniej ostatnich wyborów w 2015 r.
Mijają jednak lata, a partia Ikonowicza sytuuje się na kompletnym marginesie i jeżeli pozostanie w obecnym kształcie, perspektywy rysują się przed nią coraz marniej. Jest tak, mimo że Piotr poświęca na działalność cały swój czas i jest stale obecny wśród ludzi stanowiących bazę społeczną jego partii. Można oczywiście założyć, że powodem jest hegemonia PiS na scenie politycznej, która z powodu swej socjalnej retoryki i powodzenia programu 500+ pełni w polskich warunkach rolę quasi-socjaldemokracji. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego RSS początkowo się rozrastał, prezentując się jednocześnie nieporównanie bardziej radykalnie niż socjal-prawica Kaczyńskiego, a po 2015 r. jego struktury zaczęły się kurczyć. Obecnie oprócz warszawskiego RSS działa praktycznie tylko gdański. Jest tak z jednego kluczowego powodu: lider utracił zaufanie wielu ideowych działeczek i działaczy socjalistycznych motywowanych ideologicznie, którzy skupili się wokół niego po powołaniu do życia RSS.
Tylko pozornie chodzi o incydent wyborczy podczas kampanii w 2015 r. kiedy Ikonowicz deklarował współpracę z ze Sławomirem Izdebskiem, politykiem o obrzydliwie nacjonalistycznych ciągotach. Owszem, wielu aktywistów, dla których lewicowość z konieczności oznacza bezwarunkowe odrzucenie nacjonalizmu, poczuło się wtedy zdradzonych i odeszło. W istocie jednak ta kropla przelała czarę goryczy, która zbierała się od dawna. Ikonowicz bowiem, panując nad partią żelazną ręką – co już przeczyło deklarowanej zasadzie demokracji i oddolności – obrał jednocześnie całkowicie błędną taktykę całkowitej koncentracji na wyborach. Tak samo było w okresie Nowej Lewicy.
Jeżeli zgodzimy się, że RSS jest ciałem obcym w mainstreamie, to jasne staje się również to, że skuteczna budowa takiej oddolnej alternatywy możliwa jest tylko z pominięciem cyklu wyborczego. Nie ma też co liczyć na to, że start w wyborach będzie sposobem na „dotarcie do ludzi”. Nie będzie, kolejne próby tego dowiodły. Każda kampania wyborcza oznacza dla RSS zawieszenie całej regularnej działalności i podporządkowanie jej priorytetowi, jakim nagle się staje promocja osoby Piotr Ikonowicza w mediach. Dodajmy do tego antagonizowanie własnych kadr, żeby przyklepać sprawę wspólnych list z jakimś cynikiem – wbrew ideowemu i antysystemowemu charakterowi partii. Rezultat może być tylko jeden: przeciwskuteczność.
Kontakt ze zwykłymi ludźmi, ideowi działacze i oddanie sprawie przemiany społecznej jest wszystkim, czym dysponuje RSS. Gdy organizacja znajduje się w niekończącej się fazie embrionalnej, każda próba odnalezienia się w mainstreamie ad hoc i działanie jego metodą – a tym właśnie są wybory – będzie oznaczała zaburzenie procesu, który musi zachodzić płynnie i stabilnie przez lata, by po długim okresie móc dać rezultat. Dopiero gdy partia okrzepnie i kadry się rozrosną, start w wyborach ma jakikolwiek sens. W przeciwnym razie oznacza to roztrwonienie skromnych aktywów posiadanych w punkcie wyjścia. Tak było kilka lat temu, tak też będzie i tym razem.
Jeżeli na pytanie, jak będzie wyglądała jego kampania wyborcza, Piotr odpowiada, że „pojedzie do pani, która chce wrócić do swojego spalonego mieszkania” to jest to niepoważne potraktowanie albo kampanii, albo tej pani. Taki pomysł może przekonać kogoś, kto jest na lewicy od pół roku, a nie doświadczonych aktywistów, których RSS potrzebuje, by się rozwijać, bo zawsze stanowią oni krwiobieg organizacji. Samą ideą partii się nie zbuduje. To przejaw bezradności i rezygnacja z jakiejkolwiek koncepcji taktycznej. A wieczna improwizacja nie jest wyłącznie „metodą” Ikonowicza – to los całej lewicy. To bardzo istotny symptom. Należy go wreszcie w pełni naświetlić i zacząć o nim mówić. Bo skoro organizacje lewicowe nie mają żadnego pomysłu, jak zyskać jakąkolwiek siłę polityczną, to po co w ogóle istnieją? Celem replikacji własnego etosu? Sorry, to mało.
Ikonowiczowi i RSS wybory na dobrą sprawę tylko przeszkadzają, stanowią szkodliwą obsesję. Paradoksalnie, gdyby za każdym razem, kiedy idą wybory, Piotr tak się na nich nie koncentrował, to już dawno ponownie zawitałby do Sejmu i zagroziłby PoPiSowi: po prostu stworzyłby ten wymarzony ruch zamiast nieustannie podcinać jego korzenie. Myślenie długoterminowe zwyciężyłoby nad określaniem się od wyborów parlamentarnych do samorządowych. Chodzenie na skróty, przeskakiwanie etapów – to nie działa.
Kluczowe jest to, czego w RSS teraz najbardziej brakuje, czyli kadry. Zadziałać może tylko organizacja kadrowa, która rozpocznie długi marsz, nastawiając się początkowo nie tylko na „ludzi pracy” (chociaż ciągła aktywność wśród nich jest konieczna), lecz i na możliwość przyciągania i kształcenia politycznego młodych radykałów o marksistowskich czy antykapitalistycznych zapatrywaniach, chcących angażować się społecznie, wykształconych, pochodzących z inteligencji, czy nawet z szeroko rozumianej „klasy średniej”. Oni stworzą zaplecze ideologiczne, teoretyczne, organizacyjne, programowe i medialne, które pozwolą partii rozwijać się przez jakieś 7 – 10 lat, by mogła ona następnie osiągać cele polityczne z prawdziwego zdarzenia. Ten „awangardyzm” nie wynika bynajmniej z niedoceniania klasy robotniczej, nie chodzi też o „wnoszenie świadomości klasowej z zewnątrz”.
Zwykli ludzie są zbyt zaaferowani życiem niepolitycznym, by w tworzeniu sprawnej organizacji – nawet takiej, z którą się utożsamiają – mogli polegać tylko na sobie. Dlatego dzisiaj pojedyncze sukcesy aktywności związkowej i lokatorskiej nie przekładają się na trwałe zaangażowanie „zwykłych ludzi”, którzy uzyskali realną pomoc od socjalistów, w ruch, jaki marzy się Ikonowiczowi. Potrzebują kadr, którym mogą zaufać i które wezmą na siebie dużą część pracy i ryzyka związanego z aktywnością polityczną. Oparcie takie muszą dać im socjaliści działający sprawnie i na skalę odpowiednio dużą, by zdolni byli wywierać choćby minimalny wpływ polityczny. W przeciwnym razie ubożsi ludzie będą nieustannie woleli partie takie jak PiS – organizacje biznesu z socjalnym listkiem figowym.
Wiadomo już, że nie zadziałała jedyna przemyślana taktyka zastosowana po 2015 r. – ożywienie lewicy poprzez przesunięcie jej w prawo. Partia Razem właśnie się sypie, odchodzą działacze i działaczki, w tym osoby należące do „wierchuszki”. Nie jest też tajemnicą, że mimo oportunistycznej polityki, ugrzecznionego wizerunku i przeestetyzowania przekazu od początku były w tej partii elementy zarówno radykalne, nie wstydzące się słowa socjalizm, jak i autentycznie zaangażowane na rzecz ubogich. Rozczarowanie Partią Razem może doprowadzić do konsolidacji sił na lewo od nich. Piotr Ikonowicz i RSS mogą skorzystać na tej tendencji, by przeistoczyć swoją organizację w kuźnię kadr na przyszłość.

Głos lewicy

Razem znów osobno

„Chcąc nie chcąc stale docierają do mnie wieści o nowych odejściach z Partii Razem. O ile jeszcze ileś miesięcy temu rezygnacje mogły budzić zaskoczenie, to dzisiaj przyjmowane są już bez cienia zdziwienia. Trzy lata temu niezapisanie się do Razem trzeba było uzasadniać. Obecnie wprost nieprawdopodobna wydaje się sytuacja, w której jakaś osoba z pozycją czy rozpoznawalnością na lewicy wstąpiłaby do Razem.
Odchodzą ludzie z różnych partyjnych frakcji, zniechęcają się kolejni publicyści i potencjalni sojusznicy – wygląda na to, że to już jesień tej organizacji i jeżeli cykl wyborczy w wyniku jakiegoś szczęśliwego zbiegu okoliczności nie przyniesie ze sobą wiosny to Razem najprawdopodobniej nie przetrwa zimy. Ci, którzy wiernie w partii trwają odłożyli już sporo zimowych zapasów i nie dziwię się, że zrobią wszystko, żeby nie zostały one spisane na straty.
Mimo wszystko życzę Razem sukcesów wyborczych, choć to jak często muszę się z tego w mojej lewicowej bańce tłumaczyć nie wystawia partii dobrego świadectwa. Trudno się dziwić. Obserwowanie w jak szybkim tempie padają jeden po drugim filary karminowej tożsamości, których Razem ponoć tak zaciekle strzeże, powinno stanowić nauczkę dla całej lewicy. Zapewnienia o kolektywnym przywództwie niewyalienowanym od partyjnych dołów, o partii, która przekracza dystans między Polską A a Polską B, o reprezentowaniu pracowników i klasy ludowej, o budowie organizacji wolnej od dyskryminacji i przemocy, o zajmowaniu się tematami najistotniejszymi dla milionów, a nie dla trulewaków – wszystko to ładnie wygląda podawane w PR-owym opakowaniu w programie Andrzeja Morozowskiego i w przytulnym studiu TOK.fm, ale w praniu zostaje z tego coraz mniej.
Przeciwnicy i krytycy Razem nie powinni jednak cieszyć się z cudzego wypadku, ale dostrzec, że twardy opór rzeczywistości, z jakim skonfrontowała się ta partia i dziecięce choroby lewicowości, których się przy tym nabawiła, nie ominą jakiejkolwiek inicjatywy, jaka mogłaby powstać na polskiej lewicy dzisiaj, jutro czy kiedykolwiek indziej.
Sami nie wyciągniemy się za włosy z bagienka, w które się wplątaliśmy – mógłby to zrobić tylko ktoś, kto byłby zdolny budować lewicę nie dla jej działaczy i działaczek, ale razem z ludem i wśród ludu. Lewicę bez dogmatu, niebędącą zakładniczką swoich symboli, przyzwyczajeń, wzorców, idoli i preferencji estetycznych.
Dlatego nie trwóżcie się nadaremnie, towarzysze i towarzyszki, bo nadejdzie wreszcie czas ponownego przyjścia Andrzeja Leppera. Niech tylko ten, co powstrzymuje, ustąpi miejsca, a staniemy na tym sądzie ostatecznym w kolejce po legitymację, gdzie spisane będą nasze czyny i zamiary” – pisze Łukasz Moll na Facebooku.

Słoiki won stąd!

Wygląda na to, że Patryk Jaki definitywnie pogrzebał swoje szanse na szersze poparcie w Warszawie.

 

Nie pozostawia tu wątpliwości analiza założeń jego mieszkaniowej pseudorewolucji, którą przedstawiła Beata Siemieniako na łamach Oko.press. Wydaje się, że Jaki wziął w garść sumę wszystkich swoich szans, po czym zgrabnie zapakował do trumny i właśnie złapaliśmy go w trakcie pieczołowitego zasypywania jej ziemią. Jest to niepokojące o tyle, że na dobre zwolni Rafała Trzaskowskiego z jakiejkolwiek wyborczej mobilizacji. Z drugiej strony – otworzy kandydatowi lewicowej koalicji pole do tego, aby nad mieszkaniowymi postulatami warszawiaków pochylić się na serio, a nie tylko przedstawić rozwiązania z kartonu, w dodatku skrajnie antyrównościowe.

Jaki chce sprzedawać z bonifikatą od 70 do 90 procent mieszkania komunalne, znajdujące się w zasobach gminy. Za każde sprzedane mieszkanie zamierza wybudować nowe. Trochę mu z tym zejdzie, bo jak wyliczyła Siemieniako, koszty wybudowania jednego mieszkania równe są siedmiu sprzedanym na preferencyjnych warunkach. Ale nawet jeśli pominiemy ten niewygodny szczegół, to nie unikniemy odpowiedzi na pytanie, w jaki niby sposób ma to rozładować kilometrową kolejkę oczekujących na mieszkanie od gminy.

Jaki dał do zrozumienia, że „słoików” sobie w Warszawie nie życzy. Tak można interpretować założenia, że do wykupu mieszkania komunalnego potrzebne będzie spełnienie następujących warunków: 15 lat płacenia podatków w stolicy, 15 lat zamieszkiwania w danym mieszkaniu. To skandaliczne dzielenie lokatorów komunalnych na gorszy i lepszy sort ze względu na miejsce pochodzenia i usytuowanie Urzędu Skarbowego.

Przed wielką życiową szansą na wzbogacenie się staną dzieci lokatorów komunalnych, które odziedziczą prawo do przejęcia lokalu i zyskają od Jakiego hojny prezent w postaci możliwości wykupu za grosze, a potem sprzedania dalej na wolnym rynku mieszkania wartego dziesięć razy tyle, ile za nie dali. Za jednym zamachem pozbędziemy się więc „biednych przyjezdnych”, wypychając ich do osobnej kasty i nakręcimy rynek dla łowców takich okazji. Otwiera to również władzom gminy drogę do odmowy inwestowania w lokale komunalne i podnoszenia standardów. Zamiast tego zacznie się forsowanie opcji: „Chcecie mieć centralne? Wykupcie i sobie zróbcie!”.

Wyjątkowo oburzająca jest w tym wszystkim chęć przyznawania przywilejów ze względu na staż zamieszkiwania w danym mieście. To takie pisowskie: stawianie praw jakiejś grupy ponad prawami innych ze względu na fakt urodzenia się na określonej szerokości geograficznej i przynależność do określonych barw: biało czerwonych, czy w tym wypadku żółto-czerwonych (to kolory Warszawy). Fakt płacenia na przykład przez lat 11, a nie przez 15, podatków w określonej dzielnicy świadczy jedynie o tym, że przypadek i okoliczności zewnętrzne tak pokierowały czyimś życiem. Mamy tu do czynienia z lokalną odmianą zabawy w feudalny podział na urodzenie i pochodzenie szlacheckie bądź plebejskie, albo wręcz z wezwaniem do walki plemion, tyle że pod płaszczykiem troski.

Jaki chciał uczynić ze spraw lokatorskich priorytet w swojej kampanii, ale przeszarżował, podlewając słuszne diagnozy śmierdzącym prywatyzacyjnym sosem.

Kobiety lewicy

Budującą wiadomością jest fakt, że w najbliższych wyborach samorządowych Sojusz Lewicy Demokratycznej postanowił przystąpić do koalicji z Inicjatywą Feministyczną.

 

To w jej działaczkach oraz działaczkach Forum Równych Szans i Praw Kobiet upatruję nadziei na silny blok kobiet w najbliższej kadencji Sejmu.

 

Czego nam trzeba?

Zacznę od osobistej refleksji: z Kongresem Kobiet mam niejaki problem. Mój problem polega głównie na tym, że od lat impreza ta kojarzona jest gównie ze środowiskiem neoliberalnym i wśród krytyków oraz krytyczek nazywana jest „kongresem bogatych kobiet”. Jego twarzą niezmiennie jest Henryka Bochniarz, swego czasu piewczyni umów cywilnoprawnych, osoba dyplomatycznie rzecz traktując nie będąca ulubienicą aktywistek walczących o prawa pracownicze. U jej boku stoi zwykle prof. Magdalena Środa – ceniona przez środowisko akademickie i w warstwie światopoglądowej feministka pełną gębą, lecz również kojarzona z neoliberalnymi poglądami (jak się okazuje po awanturze z ochroniarkami, która przetoczyła się przez media – skojarzenia te okazały się najzupełniej prawidłowe).
Od jakiegoś czasu jednak – i dało się to zaobserwować podczas X, jubileuszowego Kongresu w Łodzi – na wydarzeniu pojawiają się kobiety reprezentujące różne środowiska, niekoniecznie związane z Platformą Obywatelską czy przedsiębiorczynie, albo też pierwsze damy, co także traktować można w kategoriach przywileju (Jolanta Kwaśniewska, Anna Komorowska).
W tym roku w Łodzi zobaczyć na kongresie można było Manuelę Gretkowską, założycielkę najpierw Partii Kobiet, a potem Inicjatywy Feministycznej, a także Martę Lempart, zasłużoną dla rozwoju edukacji seksualnej w Polsce, liderkę Ogólnopolskiego Strajku Kobietznaną z Czarnych Protestów.
Zaproszono również Oxanę Lytvynenko – Ukrainkę z Torunia, która podczas ostatniego Czarnego Piątku w Warszawie zabrała głos w sprawie dyskryminacji. „Kobiety, obcokrajowcy, ateiści są w Polsce dyskryminowani. Moje dziecko boi się zadzwonić do mnie w autobusie i mówić w naszym języku” – mówiła w Warszawie, a w Łodzi mówiła: „Jestem Ukrainką i chcę powiedzieć, że z Ukraińcami nie trzeba sobie radzić. Radzić trzeba sobie z ksenofobią. Z tym będę walczyć i proszę o wsparcie, bo to służy Polsce”.
Pojawiła się również Iwona Hartwich – uznana za liderkę sejmowego protestu rodziców i opiekunów niepełnosprawnych. Ona z kolei opowiedziała o okupacji Sejmu:
„Wszyscy już chyba wiedzą, że PiS kłamie. Powiedziano, że wielokrotnym gościem na spotkaniach naszych i strony rządowej był premier Morawiecki. To nie jest prawda”.
To cenne twarze, które pozwoliły kongresowi nieco „zejść na ziemię” i otworzyć się na wyborczynie z różnych kręgów społecznych – również tych „niewidzialnych” dla organizatorek z klasy średniej. Tak właśnie widzę platformę porozumienia kobiet lewicy w Polsce. Główne postulaty, pod którymi ja osobiście podpisałabym się głosem wrzuconym do urny to:
• zapobieganie ubóstwu kobiet, aktywizacja zawodowa, walka z bezrobociem
• walka ze stereotypami dotyczącymi ról płciowych, edukacja równościowa, antydyskryminacyjna, rzetelna edukacja seksualna
• liberalizacja prawa aborcyjnego
• włączenie do emerytury nieodpłatnej pracy kobiet w domu
• wprowadzenie programów opieki zdrowotnej dedykowanych kobietom
• wspieranie firm przyjaznych matkom

 

W czyjej to jest mocy?

Inicjatywa Feministyczna – powstała w 2007 na „gruzach” Partii Kobiet. Jej inicjatorką jest Manuela Gretkowska, współtworzył ją również Wiktor Osiatyński. Inicjatywa łączy (co według mnie jest ogromną zaletą) dwie frakcje: społeczną i liberalną. Należy odnotować, że kładzie nacisk na pomoc samotnym matkom, ofiarom gwałtu, domaga się pełnej refundacji antykoncepcji.
W tej chwili znalazła się w koalicji SLD Lewica Razem.
Postulaty Inicjatywy idą w parze z postulatami Forum Równych Szans i Praw Kobiet. Tu wyróżniającymi się postaciami działaczek niewątpliwe są przewodnicząca Małgorzata Niewiadomska-Cudak oraz Anna Mackiewicz.
Pierwsza z nich specjalizuje się w lokalnej partycypacji wyborczej kobiet – bez oddolnej ich aktywizacji trudno mówić o kształtowaniu skutecznej polityki prokobiecej. Pani prof. Niewiadomska-Cudak jako wiceprzewodnicząca Rady Miasta działa na terenie Łodzi i jej aglomeracji: wyciąga z cienia kobiety, które zajmują się ciekawymi inicjatywami (vide wydarzenie „Kobieta niezwykła”), wyciąga rękę do tych, które potrzebują wsparcia od samorządu („Łodzianka w potrzebie”). Zorganizowała na euro 2012 lokalną strefę kibicki, ale również z okazji 100-lecia uzyskania praw wyborczych wyszła z inicjatywą, aby łódzkie ulice nazywać kobiecymi imionami i nazwiskami.
Pani Anna Mackiewicz, działaczka bydgoskiego SLD i – jak donoszą media – kandydatka na prezydenta miasta, z którą miałam przyjemność robić nawet wywiad dla „Dziennika Trybuna”, również lokalnie zajmuje się problemami kobiet, ale zna też od podszewki problemy nauczycieli (sama uczy matematyki). Działa w ZNP, ale też prowadziła liczne warsztaty dotyczące praw kobiet i samorządności.
Na naszym terenie, na Mazowszu, mamy Katarzynę Piekarską, która mogłaby być twarzą kobiecego ruchu w Warszawie. Od lat sprzeciwia się ograniczaniu praw kobiet przez PiS. Tu ciekawostka – sama była pacjentką prof. Chazana i ma z nim negatywne doświadczenia.
Do „zagospodarowania” jest też w Warszawie rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska.
Forum Równych Szans i Praw Kobiet ma też wiele innych zasłużonych działaczek z regionów. Kiedy połączy siły z Inicjatywą Feministyczną, rzeczywiście kobiecy głos ma szansę przebić się w parlamencie.

 

Kto jeszcze?

Z cennych postaci kobiet aktywnie angażujących się w sprawy lewicy, mogę wymienić przede wszystkim znane nazwiska, które znam z działalności w Warszawie. Z pewnością z korzyścią dla SLD byłoby nawiązać współpracę z Barbarą Nowacką (choć ona zdaje się jest bardziej zaangażowana we współdziałanie z nowym kołem poselskim Ryszarda Petru: Liberalno-Społeczni). Razem zamierzają zbierać podpisy pod ustawą o świeckim państwie. Dalej jest Agata Nosal-Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej i niezastąpiona Ewa Andruszkiewicz ze społecznej rady działającej przy komisji reprywatyzacyjnej w Warszawie, wieloletnia dziennikarka i działaczka społeczna. Kobiety Razem z Sojuszem tworzą koalicje regionalne, w Warszawie jednak niekoniecznie. Z pewnością jednak na obszarze praw kobiet łakomym kąskiem do pozyskania są Justyna Samolińska i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
Niniejszy tekst stanowił wstęp do dyskusji podczas spotkania Klubu Miłośników Prasy Lewicowej w Łodzi 25 czerwca 2018, na który zostałam zaproszona.

Głos lewicy

Kandydat, który łączy

– To bardzo przemyślana kandydatura – stwierdziła w Polskim Radiu 24 Anna Maria Żukowska.
Rzeczniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej podkreśliła w Polskim Radiu 24, że „to nie była łatwa decyzja, również dla Pana Andrzeja Celińskiego”. – Dziękujemy mu, że się zdecydował. Andrzej Celiński nie jest członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ani żadnego z ugrupowań koalicyjnych. Jest osobą, która jest w stanie połączyć bardzo wiele nurtów lewicowych – powiedziała.
Zdaniem Żukowskiej Andrzej Celiński „identyfikuje się z programem SLD i programem koalicji, a jego naczelną linią w kampanii jest to, żeby przybliżyć Warszawę mieszkankom i mieszkańcom, aby uspołecznić podejmowanie decyzji”. – W tej chwili budżety partycypacyjne są fikcją, bo są przegłosowywane jakieś decyzje, a potem się okazuje, że z przyczyn ideologicznych czy doktrynalnych rada miasta nie chce zrealizować tego projektu, który wygrał – stwierdziła.

Wygram te wybory

– Z pewnością tych wyborów nie wygra Patryk Jaki. Nie sądzę, żeby było możliwe zamknięcie tego miasta w jakichś klaustrofobicznych klimatach zaprzeczających całej historii tego nieprawdopodobnego miasta – powiedział Andrzej Celiński w Radiu RMF FM. – Wtedy kiedy do wyborów w II turze stanie Jaki i ja lub też Trzaskowski i ja to wygram te wybory – zapowiedział kandydat na prezydenta Warszawy.
– Dlaczego? Ponieważ bardziej łączę rozmaitych wyborców, aniżeli którykolwiek z nich. Poprą mnie ludzie, dla których kwestie publiczne Warszawy, a nie partyjne, są istotniejsze – ocenił Celiński.

Czego potrzebuje Warszawa

– SLD wchodzi do gry o prezydenturę Warszawy z wysokiego C, kandydatem komitetu SLD – Lewica Razem będzie Andrzej Celiński – oświadczył Sebastian Wierzbicki, przewodniczący stołecznego Sojuszu podczas konferencji prasowej na warszawskim pl. Zamkowym 21 czerwca 2018 r. – Wczoraj Rada Warszawy SLD podjęła jednogłośną decyzję o poparciu tej kandydatury – dodał.