Nie zmarnujmy naszej szansy

Bez reprezentacji lewicy w samorządach,
bez prezydentów i radnych z „SLD – Lewica Razem”,
prawica zdominuje naszą Polskę i nas.
Prawica z PiS, albo ta z PO i PSL.
To oni urządzą nam życie po ichniemu.
Bez pytania o naszą zgodę, bez pytania o nasze zdanie.
Urządzą nam przyszłość i przeszłość.
Znów oplują naszych bliskich. Znów będą rozwalać ich groby.
I nasze pewnie też.
Będą mieli prawo do tego, bo sami im takie prawo damy.
Kiedy nie pójdziemy na wybory.
My i nasi bliscy.
Kiedy nie zagłosujemy na naszych kandydatów
z „SLD – Lewica Razem”.
Kiedy poddamy się bez walki wyborczej.
Zapomnijmy o wczorajszych sporach i urazach!
Bądźmy zjednoczoną, polską lewicą!
Bądźmy razem w niedzielę 21 października !
Nie dajmy się prawicy przegłosować!
Nie dajmy się prawicy zakneblować!

 

 

NASI AUTORZY KANDYDUJĄ

 

Informujemy, że autorzy publikujący w „Trybunie” kandydują w wyborach samorządowych. Lista nr 5.

  • Czesława Christowa kandyduje na radną do Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego z okręgu Szczecin-Police;
  • Czesław Cyrul kandyduje na radnego Rady Miasta Wrocławia ze Szczepin, Popowic, Gądowa Małego, Kozanowa i Pilczyc;
  • Andrzej Dryszel kandyduje na Radnego Rady Miasta Warszawy z Bielan i Żoliborza;
  • Wincenty Elsner kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Dolnośląskiego z powiatów: górowskiego, milickiego, oleśnickiego, oławskiego, strzelińskiego, średzkiego, trzebnickiego, wołowskiego i wrocławskiego;
  • Piotr Gadzinowski kandyduje na radnego Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa;
  • Krzysztof Gawkowski kandyduje na radnego Sejmiku Województwa Mazowieckiego z powiatów: grodziskiego, legionowskiego, nowodworskiego, otwockiego, piaseczyńskiego, pruszkowskiego, warszawskiego zachodniego i wołomińskiego;
  • Tadeusz Iwiński kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Warmińsko-Mazurskiego z powiatów: ełckiego, gołdapskiego, kętrzyńskiego, olecki i węgorzewskiego;
  • Krzysztof Podgórski kandyduje na radnego Rady Miasta Torunia z Wrzosów, Starówki, Chełmińskiego i Jar;
  • Maciej Prandota kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z okręgów ostrołęckiego i siedleckiego;
  • Rafał Skąpski kandyduje na prezydenta miasta Nowego Sącza;
  • Danuta Waniek kandyduje na radną do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z prawobrzeżnej Warszawy;
  • Grzegorz Wiśniewski kandyduje do na radnego Rady Miasta Warszawy z Bemowa, Włoch i Ursusa.
  • Agnieszka Wołk-Łaniewska kandyduje na radną Sejmiku Województwa Mazowieckiego z Bemowa, Bielan, Ursusa, Włoch, Woli i Żoliborza.
  • Anna-Maria Żukowska kandyduje na radną Rady Miasta Warszawy z Targówka, Wawra i Wesołej.

Kobiety. Co z nimi zrobić?

Oglądałem w tzw. publicznej TVPiS sprawozdanie na żywo z wyborczej konwencji samorządowej w Krakowie.
Jakiś inny PiS – w pierwszych rzędach jacyś zadowoleni z życia ludzie, brak klasycznego „moherowo-beretowego” kobiecego elektoratu PiS.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński wygłasza mowę pochwalną na cześć kandydatki PiS na prezydenta Krakowa – Małgorzaty Wasserman i prosi ją o wystąpienie.
Ona rzecz jasna siedzi w pierwszym rzędzie – Jeżeli mówić o konserwatywnym ubiorze to ale, ale – żadna czarna garsonka – ulubiony strój posłanek PiS. Ona tam siedzi w rozpuszczonych seksownie blond włosach i w czerwonym mini Strój raczej nie nawet na wieczorne przyjęcie, co raczej na wieczorne „przyjątko” – na konwencji partyjnej w samo południe rzuca na kolana. W każdym razie robiła wrażenie. Ale nie wiem czy to powinien być główny atut prezydenta Krakowa?
A teraz przepraszam za seksizm. W starciu na kobiety obozów politycznych jak na razie ascetyczny Jarosław Kaczyński zdecydowanie wygrywa na punkty z „macho” Leszkiem Millerem – bo „jego kobiety” Aleksandra Jakubowska czy Magdalena Ogórek chwały formacji Leszka Millera nie przyniosły.
Zdumiewająca historia.
A może nie tak zdumiewająca?
II RP miała jedno z najbardziej postępowych ordynacji wyborczych w ówczesnej Europie. Ale doszło do tego w wyniku wściekłego sporu w kierownictwie Polskiej Partii Socjalistycznej. Większość kierownictwa PPS stała na stanowisku, żeby kobietom nie przyznawać praw wyborczych, bo te są podporządkowane wpływom kleru katolickiego i będą głosować na partie prawicy. Stalo się inaczej, bo Józefa Piłsudskiego „napadły” (a może napadły – różnie piszą} działaczki PPS, łączniczki OB PPS, POW i tak długo krzyczały, ąż wywalczyły w II RP prawa wyborcze dla kobiet.
Generalnie wyszło na to, że działacze PPS mieli rację, a nie działaczki, bo kobiety raczej głosowały na chadecję narodową demokrację. Ale to PPS „załatwiła” kobietom prawo głosu.
Jakieś rozsądne wnioski? Jakieś pomysły?

Bawarskie zaskoczenie

Główni rozgrywający niemieckiej sceny politycznej tracą na znaczeniu. Potwierdziły to niedzielne wybory do landtagu Bawarii. Dotychczasowy hegemon – partia CSU, będąca lokalnym odpowiednikiem ogólnokrajowej CDU zdobyła najwięcej głosów, lecz po raz pierwszy od 68 lat straciła większość w zgromadzeniu.

 

Według sondaży exit polls CSU zdobyła 35,3-35,4 proc, co oznacza, ze chadecy stracili co czwartego wyborcę. Jest to najgorszy wynik wyborczy potężnego regionalnego ugrupowania do 68 lat. Komentatorzy nie mają wątpliwości. – To trzęsienie ziemi w bawarskiej polityce – powiedział Adam Eberhardt z Ośrodka Studiów Wschodnich. Wstępne badania pokazują, że zwolennicy CSU przesunęli swoje sympatie w stronę ekstremistycznej Alternatywy dla Niemiec. Antyimigrancka formacja po raz pierwszy osiągnęła w Bawarii wynik dwucyfrowy – zagłosowało na nią ok. 11 proc. uczestników elekcji, co sprawi, że AfD wprowadzi swoich deputowanych do landtagu.

To jednak nie koniec sensacji. Jeśli wynik CSU jest ogromnym rozczarowaniem dla tego ugrupowania, to o prawdziwej katastrofie mogą mówić socjaldemokraci. SPD była dotychczas drugą siłą polityczną w Bawarii. W poprzednich wyborach otrzymała 20 proc. głosów, w obecnych – połowę mniej, spadając na piątej miejsce, co jest kolejny klarownym sygnałem – wyborcy mają dosyć wyniszczającego samodzielność partii sojuszu z chadekami. Najwięcej zwolenników socjaldemokracja straciła na rzecz Zielonych, którzy do wyborów poszli z odważnym programem, zakładającym budowę tanich mieszkań, ulepszenie transportu publicznego, walkę z erozją terenów zielonych oraz uruchomienie programów umożliwiających integracje uchodźców. W efekcie Zieloni zdobyli aż 18 proc. głosów, stając się drugą siłą w landstagu.

Dla głównych polityków CSU – premiera Markusa Södera i kontrowersyjnego szefa federalnego MSW Horsta Seehofera oznacza to prawdopodobnie konieczność usunięcia się w cień. W ciągu ośmiu lat poparcie społeczne dla ich partii skurczyło się z 60 do 33 proc. Tak spektakularnego upadku nie da się porównać z żadnym innym współczesnym procesem politycznym w RFN. Pokazuje to również, że elektorat nie godzi się na agresywny, antyimigrancki język, którym politycy bawarskiej chadecji próbowali konkurować z AfD. Teraz partie czeka konieczność zawarcia koalicji z Zielonymi, których 33-letnia liderka Katharina Schulze nie pozostawiła złudzeń – oczekuje zakończenia ksenofobicznej kampanii władz.

Lewicowa samorządność Wywiad

Z Wojciechem Koniecznym, kandydatem na radnego do Sejmiku Województwa Śląskiego z listy nr 5 SLD – Lewica Razem rozmawia Przemysław Prekiel.

 

Wojciech Konieczny ubiega się o elekcję w Częstochowie i powiatach: częstochowskim, kłobuckim i myszkowskim.

 

Dlaczego zdecydowałeś się walczyć o mandat radnego do sejmiku woj. śląskiego?

Z racji zawodu, jestem lekarzem i dyrektorem szpitala, zwracam szczególną uwagę na ochronę służby zdrowia. Będę próbował zatrzymać coś, co zaczęło się wówczas, gdy zniknęło województwo częstochowskie. To obniżyło potencjał Częstochowy jako miasta wojewódzkiego, zmniejszyła się m.in. liczba oddziałów w częstochowskich szpitalach.
Zauważam, że od tego momentu częstochowska służba zdrowia przestała się rozwijać. Północne obszary województwa śląskiego są gorzej traktowane niż część środkowa. W Częstochowie ubywa lekarzy, pielęgniarek, innych fachowców medycznych.
Startuję z listy SLD Lewica Razem z drugiej pozycji.

 

Jesteś socjalistą, członkiem PPS. Dla wielu socjalista to synonim obciachu.

Dla mnie wręcz przeciwnie. Jestem dumny, że jestem socjalistą. To brzmi dużo lepiej niż narodowiec w samorządzie. Samorządność jest wpisana w ruch lewicowy i etos PPS. Dziwię się z kolei wszystkim prawicowcom, którzy garną się do samorządu, choć dążą oni przede wszystkim do centralizacji i zarządzania odgórnego, rządzenia bez lokalnych struktur. To dzięki PPS w ogromnej mierze odzyskaliśmy niepodległość i tę tradycję musimy przypominać, zwłaszcza dla młodszego pokolenia, tak zindoktrynowanego w kierunku narodowym.

 

Gdzie szukać sojuszników w tych wyborach a gdzie główni przeciwnicy?

Startujemy z koalicji SLD Lewica Razem, której PPS jest członkiem. Tam jest też Unia Pracy, OPZZ, stowarzyszenia i ruchy lewicowe. Kilkanaście podmiotów. To są nasi naturalni sojusznicy polityczni.

 

Większym zagrożeniem dla lewicy w tych wyborach jest Zjednoczona Prawica czy Koalicja Obywatelska?

Oba te bloki stanowią zagrożenie dla lewicy, każdy jednak z innych powodów. Zjednoczona Prawica zagraża praworządności i wolnościom obywatelskim. Walczy z Konstytucją, łamię ustawę zasadniczą. I to niestety prowadzi w kierunku dyktatury. Koalicja Obywatelska z kolei to symbol powrotu do tego, co było, czyli walką z ustawodawstwem socjalnym, to koalicja antyspołeczna, która istniała już za czasów rządów PO-PSL, odrzucenie państwa jako stabilizatora w życiu publicznym. Oba te bloki stanowić powinny dla lewicy zagrożenie, każdy jednak w innym obszarze. Nie ma bowiem państwa prawa bez sprawiedliwości społecznej i odwrotnie.

W sukurs kandydatom lewicy Wywiad

Znany aktor i znakomity parodysta Andrzej Bychowski postanowił wesprzeć kandydatów Sojuszu Lewicy Demokratycznej – Lewica Razem do organów warszawskiego samorządu i własnym kosztem przygotował ulotki wyborcze kandydata na prezydenta Warszawy Andrzeja Rozenka, a także m.in. Moniki Jaruzelskiej, Agnieszki Wołk-Łaniewskiej i Jana Hartmana. Rozmawia z nim Krzysztof Lubczyński.

 

Skąd ten pomysł prywatnego wsparcia lewicowych kandydatów?

Bardzo mi zależy na dobrym wyniku Sojuszu Lewicy Demokratycznej w stolicy, z którą jestem związany od najwcześniejszego, okupacyjnego jeszcze dzieciństwa. W Warszawie się nie urodziłem, ale los rzucił mnie tu z rodziną i mieszkałem w niej od 1939 do 1945 roku, na ulicach Bliskiej, Dąbrowieckiej i Targowej. Opowiadałem już kiedyś „Trybunie” o tragikomicznej, ale szczęśliwie zakończonej przygodzie z oficerem niemieckim, którego, jako smarkacz obsiusiałem z balkonu i zrobiło się na chwilę niebezpiecznie. Po wojnie opuściliśmy Warszawę i wróciłem do niej dopiero w 1966 roku, gdy słynni Gozdawa i Stępień zaproponowali mi angaż do Teatru „Syrena”. Nie jestem więc warszawiakiem z urodzenia, ale z serca. A co do samego pomysłu – uważam, że po pierwsze nie można dopuścić do wygranej PiS w Warszawie, w tym przede wszystkim do zdobycia przez nich stanowiska prezydenta stolicy, bo to byłby dalszy ciąg zagarniania państwa. Nie wierzę w obiecanki cacanki pana Patryka Jakiego, który usiłuje się przedstawić jako kandydat umiarkowany, ale robi to tylko dlatego, żeby nie odstraszyć umiarkowanych wyborców. Nie mam złudzeń, że gdyby tylko objął to stanowisko, to Warszawa znajdzie się w ręku PiS i biada warszawiakom. Nie chciałbym, by taki los stał się udziałem mojego miasta. Nie mam zaufania do pisowców i ich sojuszników, którzy są politycznymi oszustami i awanturnikami. Poza tym obserwuję, co się dzieje i widzę wokoło, że jest natłok, zalew jakichś prawicowych kandydatów pod rozmaitymi kłamliwymi szyldami, którzy wszystko wszystkim obiecują. Rafała Trzaskowskiego darzę większą sympatią, choćby dlatego, że znałem i ceniłem jego ojca jazzmana, ale zdecydowanie stawiam na kandydata lewicowego.

 

Skąd wybór tych akurat lewicowych kandydatów?

Popieram wszystkich, ale musiałem kogoś wybrać, bo nie jestem milionerem i nie jestem w stanie zamówić ulotek dla wszystkich kandydujących z list SLD – Lewica Razem.

 

Dlaczego popiera Pan Andrzeja Rozenka na stanowisko prezydenta stolicy?

Nie tylko dlatego, że mam lewicowe poglądy i zgadzam się z nim w całej rozciągłości i że uważam go za rozsądnego, mądrego człowieka, dobrego organizatora, który może przysłużyć się Warszawie. Cenię go także za jego walkę z haniebną ustawą dezubekizacyjną, która doprowadziła do śmierci, w tym samobójczych, już kilkadziesiąt osób. Dotknęła wielu niewinnych ludzi, którzy pracowali w służbach specjalnych z różnych powodów, niejednokrotnie w charakterze fachowców i którzy nie uczestniczyły w żadnych represjach.

 

Jak Pan spędzi najbliższe dni?

Będę rozdawał swoje ulotki na ulicach Warszawy. Już robiłem to na MDM w okolicy placu Konstytucji, a w najbliższych dniach można mnie będzie spotkać być może na Nowym Świecie czy na Żoliborzu. Zapraszam.

 

Dziękuję za rozmowę.

Pan z jakiej partii?

Codziennie wskakuję na rower i przez godzinę, albo dwie, jeżdżę po moim okręgu wyborczym rozdając swoje ulotki. Jak reagują wyborcy? Podzieliłem ich na kilka grup. Pierwsi nie biorą ulotek, nawet nie pytając kto i jaki komitet reprezentuje. Nie, bo nie…

 

Mnie to nie interesuje, na wybory nie chodzę… Mówią to czasami ludzie wyglądający na inteligentnych. Takich, niebiorących jest około 20-25 procent. Druga grupa, biorących ulotki, od razu pyta, czy Pan aby nie z PiS-u? Po gwałtownym zapewnieniu, że nie, atmosfera się ociepla i można pogadać. Kolejna grupa zadaje na wstępie pytanie: czy pan aby nie z PO, bo tych nie lubię. Nielubiących PO jest trochę mniej niż tych, niecierpiących PiS, ale są dość liczną grupą. Na początku kampanii kiedy wyborcy dostrzegali na mojej ulotce także nazwisko prezydenta Dutkiewicza dziwili się takiemu egzotycznemu sojuszowi prezydenta Dutkiewicza z SLD, ale nie krytykowali, wręcz przeciwnie. Kiwali z uznaniem głową. Chwalą także fakt, że prezydent Dutkiewicz promuje drużynę, ale sam chce przekazać pałeczkę Jackowi Sutrykowi. Kandydat na prezydenta Wrocławia Jacek Sutryk zbiera bardzo pozytywne opinie. Jest także grupa, która twierdzi, że ma już swojego kandydata, ale nie mówi kto to. Przypuszczam, że to wyborcy PiS. Zdarzają się też fani partii kieszonkowych. Spotykam także twórców teorii bardzo oryginalnych. Jeden z takich obywateli oświadczył, że komuniści i kościół to najwięksi złodzieje w kraju. On do kościoła chodzi, ale na tacę nie daje. Stworzył swoją wizję politycznej harmonii i dobrze mu z nią (wizją). Ulotki nie wziął, bo byłoby to wbrew jego przekonaniom. Niektórzy zaczepiani przeze mnie uważają polityków za złodziei i szubrawców, którzy powinni siedzieć. Jeżeli ma Pan dowody powinien Pan pójść do prokuratora i zgłosić kradzież, bo ukrywanie przestępstw to też przestępstwo…. Zazwyczaj po takim, moim, zagajeniu debata się urywa. On to usłyszał w telewizji. Politycy to ludzie bez honoru, bo wspomniana telewizja o tym mówi (owszem jest sporo takich polityków), ale to przecież z tego narodu się wywodzą i są jego esencją – zaczepiam atakujących. Większość kiwa głowami ze zrozumieniem. Jest jednak refleksja i trzeźwy osąd w społeczeństwie. Tak jest we Wrocławiu.

Marne szanse

Zastępca szefa Komisji Międzynarodowej Rady Federacji Władimir Dżabarow w rozmowie z RT skomentował oświadczenie prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki o planach Rosji odnośnie „ingerencji w kampanię wyborczą na Ukrainie” przy użyciu „dezinformacji, falsyfikacji i ataków cybernetycznych”.

 

– Poroszenko podąża za ogólnym trendem. Teraz jest modne: każdy kraj przygotowujący się do wyborów oskarża Rosję o ingerencję. Petro Poroszenko nie zarządza żadnymi procesami na Ukrainie i rozumie, że ma bardzo małe szanse na reelekcję w uczciwy sposób. Dlatego próbuje za wszelką cenę asekurować się, zabezpieczać się i w razie czego oskarżyć Rosję o swoją porażkę. To kompletny nonsens. Nie interesuje nas to, co on tam robi, kogo wybierają. Ukraina żyje — i niech sobie żyje. Najważniejsze jest to, żeby realizowali porozumienia mińskie, a obywatele południowo-wschodniej Ukrainy nie cierpieli z powodu permanentnej agresji – powiedział Dżabarow.

Jego zdaniem życzenia aktualnego prezydenta nie pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy w kraju.

– U Poroszenki jest opozycja. To, czego chce i co się faktycznie dzieje na Ukrainie, to dwie różne rzeczy. Nawet jeśli ludzie milczą, nie oznacza to, że go popierają. Poroszenko ma minimalną szansę, a teraz powie, że wszyscy mu przeszkadzają, Rosja przewodzi jakimś podziemnym siłom politycznym na Ukrainie i stara się przeforsować swojego kandydata. Ale Rosja nie ma własnych kandydatów i nie zamierza ingerować w wewnętrzne procesy krajów zachodnich, zwłaszcza Ukrainy – podsumował.

Poroszenko uważa, że na Ukrainie należy zwiększyć odpowiedzialność za przekupywanie wyborców. Zapewnił na Twitterze, że posiada informacje, iż Rosja rzekomo „zamierza ingerować w kampanię wyborczą na Ukrainie”.

„Zdobyliśmy informacje, że Rosja zamierza ingerować w kampanię wyborczą na Ukrainie za pośrednictwem systemu dezinformacji i falsyfikacji oraz ataków cybernetycznych. Spodziewam się skutecznych działań ze strony zarówno Komisji Wyborczej, jak i służb specjalnych w celu przeciwdziałania rosyjskiej ingerencji i zapewnianie swobodnego wyrażenia woli przez Ukraińców” – podkreślił w swoim oświadczeniu ukraiński prezydent.

Notoryczni łamacze

O łamaniu Konstytucji przez władzę PiS mówi się niemal wyłącznie w kontekście wymiaru sprawiedliwości. W cieniu tej kwestii jest jednak inny aspekt tego procederu. Można go nazwać oficjalną, antykonstytucyjną klerykalizacją sfery obrzędowej państwa.

 

Na stronie Instytutu Pamięci Narodowej znalazła się informacja, że dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” skierowała do Instytutu następujące pytanie: „W związku z przygotowywanym artykułem chcę zapytać o udział Dyrektora Biura Edukacji Narodowej w II Kongresie Ojca Pio. Co IPN ma wspólnego z Ojcem Pio i czy oficjalny udział urzędnika państwowego w wydarzeniu religijnym jest zgodny z konstytucyjną zasadą rozdziału państwa i Kościoła?”
IPN odpowiedział, że „Rzeczpospolita Polska jest wolnym krajem, w którym wszyscy obywatele w czasie niezwiązanym z pracą zawodową mogą robić to, co uważają za słuszne lub potrzebne, oczywiście z wyłączeniem działań niegodnych lub stawiających w złym świetle instytucję, w której dana osoba jest zatrudniona. W związku z powyższym stwierdzamy, że ojciec Pio, zwany świętym z Pietrelciny, nie jest w naszym przekonaniu osobą niegodną lub zagrażającą dobremu imieniu Instytutu Pamięci Narodowej. Mamy nadzieję, że Redakcja „Tygodnika Powszechnego”, odwołująca się do nauki społecznej Kościoła Katolickiego, podziela takie stanowisko” – odpowiedział IPN „Tygodnikowi Powszechnemu”.
Nagłe przebudzenie się redakcji „Tygodnika Powszechnego” w kwestii permanentnego łamania przez obecną władzę i to na jej najwyższych szczeblach, artykułu 25 Konstytucji, wypada przyjąć z uznaniem i stwierdzeniem, że lepiej późno niż wcale. Szkoda jednak, że środowisko „Tygodnika Powszechnego”, bliskiemu ideowo formacji, której rządem kierował w latach 1989-1990 Tadeusz Mazowiecki, od samego początku nie zadbała o staranne rozdzielenie sfery religijnej od sfery państwowej, jakie stanowiła naówczas obowiązująca Konstytucja. Wytworzony wtedy wzór zachowań w tej sferze mógłby mieć znaczenie w przyszłości, być może wyznaczyłby pewien standard, a przynajmniej byłoby się do czego odwoływać, ale tak się nie stało i dżin religianctwa oraz dewocji został wypuszczony z butelki. Wypada tylko przypomnieć, że art. 25, ust. 2 obecnej Konstytucji brzmi: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”.
Nie trzeba być konstytucjonalistą, by zrozumieć, że słowo „zapewniając” odnosi się do zwykłych obywateli, którym owe „władze publiczne” mają obowiązek ową „swobodę” zapewnić, a nie do „władzy publicznej”, do której odnosi się zwrot „zachowują bezstronność”. W tej materii to przedstawiciele władzy publicznej są bardziej w swoich prawach ograniczeni niż obywatele, bo przynajmniej de iure mają obowiązek reprezentować całe społeczeństwo, wierzących i niewierzących.
Problem w tym, że kierowanie dziś uwagi akurat na zachowanie skromnego żuczka, jakim jest Dyrektor Biura Edukacji Narodowej IPN i na jego obecność na jakimś marginalnym „kongresie Ojca Pio” w sytuacji, gdy prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów rządu oraz wielu innych oficjeli można co rusz zobaczyć na mszach, nabożeństwach i innych obrzędach religijnych, jak ostentacyjnie się uprawiają modły i przyjmują tzw. komunię, to dotykanie problemu od tzw. „dupy strony”. Ostatnio choćby na wyjątkowo sklerykalizowanym i dewocyjnym w swoim charakterze nowym pisowskim święcie wsi w podlubelskiej Wąwolnicy. Wolno najwyższym oficjelom notorycznie łamać Konstytucję w zakresie neutralności państwa w sprawach religijnych, to dlaczego nie miałoby być wolno skromnemu dyrektorowi z IPN? Przykład idzie z góry, zatem warto, by najpierw od góry zajął się „Tygodnik Powszechny” tym problemem.

Zmiana na Łotwie?

Zmęczenie i rozczarowanie rządami centroprawicowej koalicji zademonstrowali głosujący w wyborach parlamentarnych na Łotwie. Zwyciężyła w nich partia z socjaldemokratycznym, głoszącym porozumienie ponad podziałami etnicznymi programem. Na dalszych miejscach – sami nowi, „alternatywni” gracze.

 

Podobnie jak cztery lata temu, pierwsze miejsce z poparciem niecałych 20 proc. (według wstępnych wyników) zajęła Zgoda – partia socjaldemokratyczna, akcentująca również potrzebę wygaszenia sporów na tle etnicznym i pełnego włączenia 25-procentowej mniejszości rosyjskojęzycznej w życie polityczne kraju, postulująca utrzymywanie członkostwa w NATO i UE przy zachowaniu możliwie dobrych relacji z Rosją. Po poprzednich wyborach Zgoda nie tworzyła rządu, gdyż nie zdołała pozyskać koalicjanta – partie łotewskiej prawicy zgodnie odrzucały dotąd współpracę z formacją, której stosunek do Rosji nie był odpowiednio negatywny.

Dla odmiany żadna z formacji tworzących do tej pory rząd nie odnotowała sukcesu. Partia premiera Marisa Kučinskisa, Związek Zielonych i Farmerów (liberalno-konserwatywny z akcentami ekologicznymi) straciła, według wstępnych szacunków, ponad połowę mandatów (miała 21, dostanie 11). Również liberalno-konserwatywna Jedność (z dodatkiem narodowym) uratowała 8 mandatów z posiadanych 23. Najlepiej obronili się nacjonaliści – Sojusz Narodowy, który w ostatnich latach do tradycyjnych haseł antykomunistycznych i antyrosyjskich dołożył retorykę antyimigracyjną, miał 16 mandatów, zachowa 13.

Zgodę i rządzące do tej pory „tradycyjne” partie przedzieliły trzy nowe formacje. Nieoczekiwany sukces odniosła eklektyczna Nowa Partia Konserwatywna, kierowana przez niegdysiejszego nacjonalistycznego ministra sprawiedliwości Jānisa Bordānsa, który kusił mieszanką haseł socjalnych (podwyżka kwot wolnych od podatku oraz podniesienie płacy minimalnej z 430 do 500 euro), neoliberalnych (poprawa warunków dla biznesu), narodowych (całkowity prymat języka łotewskiego w życiu społecznym) i zawsze dobrze brzmiącą walką z korupcją.

Łotewskie wybory pokazały więc – wbrew alarmistycznym komentarzom zachodniej prasy – nie wzrost rosyjskich wpływów, a potężne rozczarowanie ekonomiczną stagnacją i złą sytuacją społeczną w państwie. Jednoznacznie prorosyjski, gospodarczo lewicujący Łotewski Związek Rosjan nie przekroczył progu wyborczego mimo sporej aktywności w ostatnim roku i organizacji szeregu ulicznych protestów przeciwko reformie edukacji niemal całkowicie eliminującej z oświaty języki mniejszości.

Lewica nie zniknęła

Aktywność, wrażliwość i wiara w wyznawane wartości jest ważniejsza niż ramy organizacyjne.

 

Mimo, że na Bielanach i Żoliborzu nie funkcjonują formalnie struktury Sojuszu Lewicy Demokratycznej, to ludzie o lewicowych poglądach nie przestali tam działać – i wierzą, że mogą zmieniać na lepsze rzeczywistość swoich „małych ojczyzn”.
Na Bielanach skrzyknęła się grupa inicjatywna – Marek Keller, Halina Szerszeń, i Krzysztof Rolf – rozumiejąca, że aby dokonywać zmian, trzeba być tam, gdzie podejmowane są decyzje ważne dla mieszkańców. Dołączyli do niej inni, pragnący działać dla dobra swych społeczności. Okazało się, że jest ich wielu.

 

Skąd przychodzimy

W ten sposób powstał komitet wyborczy i we wszystkich pięciu okręgach Bielan utworzono listy wyborcze, grupujące aktywistów startujących w wyborach samorządowych pod znakiem SLD-Lewica Razem.
Powstała też lista kandydatów do Rady Warszawy z okręgu skupiającego dzielnice Bielany i Żoliborz. Można zatem powiedzieć – a jednak jesteśmy, lewica nie zniknęła, chce rozwiązywać problemy społeczne i załatwiać lokalne, acz ważne dla wszystkich sprawy.
Wśród naszych działaczy z Bielan i Żoliborza jest tylko czterech członków SLD. Wszyscy kandydaci są przeciwni upolitycznianiu samorządów, a ten pogląd podziela i SLD, wiedząc, że to nie daje nic dobrego.
Nie obowiązuje więc żadna „linia partyjna”, a programem są problemy mieszkańców – którzy powinni mieć jak największy wpływ na to, co się dzieje w naszym mieście. SLD wspiera zaś ludzi aktywnych, nieobojętnych na sprawy społeczne i los innych.

 

Kim jesteśmy

Właśnie ci ludzie – działacze z Bielan i Żoliborza, zaproszeni na listy wyborcze SLD-Lewica Razem – reprezentują cały przekrój lokalnej społeczności. Od uczniów i studentów, po fachowców z tytułem doktora.
Są wśród nas ludzie najrozmaitszych zawodów: specjaliści od spraw socjalnych, pracownicy fizyczni, architekci, handlowcy, dziennikarze, psychologowie, emerytowani policjanci, przedstawiciele służby zdrowia, byli pracownicy administracji państwowej.
Tym, co łączy wszystkich kandydatów, jest wrażliwość na sprawy społeczne i aktywność. A istnieje wiele ważnych dla mieszkańców Bielan i Żoliborza problemów, które chcemy rozwiązywać.

 

O co walczymy

Zacznijmy od poprawy dostępu do szeroko pojętej opieki medycznej, zwłaszcza lekarzy. Ułatwienie tego dostępu to zadanie samorządu, w tym przypadku Rady Warszawy, bo miasto w większości, jest organem założycielskim dla placówek służby zdrowia. Należy to robić w sposób przemyślany, wydając racjonalnie pieniądze publiczne – w oparciu o konkretne potrzeby społeczne, które dziś nie są dobrze rozpoznane przez władze samorządowe.
Tymczasem my już wiemy, że na Bielanach i Żoliborzu jest ogromne zapotrzebowanie na opiekę nad osobami w podeszłym wieku i usługi rehabilitacyjne (drastycznie niedofinansowane) oraz opiekę nad ludźmi niepełnosprawnymi, zwłaszcza intelektualnie, którzy, pozbawieni wsparcia rodziny, często nie otrzymują właściwej pomocy.
Dlatego podejmiemy wszelkie działania w celu utworzenia tzw. mieszkań chronionych będących formą pomocy społecznej, przygotowującą osoby tam przebywające, pod opieką specjalistów, do prowadzenia samodzielnego życia.
Druga sprawa to smród. Walczymy z nim nie od dziś, a działając w samorządzie będziemy robić to skuteczniej. Wprawdzie została zamknięta kompostownia MPO na Radiowie, ale okazało się, że firma „Byś” wystąpiła o zezwolenie na 1 etap rozbudowy swego, położonego jeszcze bliżej osiedli mieszkaniowych, zakładu przetwarzania odpadów – czyli właśnie kompostowni. Ma ona działać w podobny sposób jak ta zamknięta na Radiowie tylko wydajniej – w tzw. systemie dynamicznym, zapewniającym szybsze wyrzucanie odoru na zewnątrz (mimo, że można zbudować kompostownię hermetyczną). Zatem i smród – już dziś docierający aż do Słodowca – będzie jeszcze mocniejszy. Chcemy zablokować tę inwestycję. Niestety, władze wyraziły już zgodę na uruchomienie przez firmę wielkiej kruszarki betonu, która hałasuje i nadmiernie pyli. Nie można pozwolić na nieprzestrzeganie wymogów technologicznych i zanieczyszczanie środowiska! Samorząd musi temu zapobiec, zwłaszcza, że działa już u nas, także uciążliwa, asfaltownia.

 

Skończyć z samowolą

Doprowadzimy również do szybszego sporządzania szczegółowych planów zagospodarowania przestrzennego. Ich powstawanie dziś się ślimaczy, niewykluczone, że ze względu na interes tych, którzy chcą w niekontrolowany sposób zabudowywać Warszawę.
Plany zagospodarowania przestrzennego ograniczają samowolę urzędników i inwestorów. Brak planów pozwala niemal bez ograniczeń stawiać co się chce i gdzie się chce – na przykład zabudować ostatnie korytarze świeżego powietrza dla Warszawy, ze szkodą dla społeczności lokalnych oraz środowiska.
Jest to szczególnie ważne teraz, gdy uchwalono przepisy ułatwiające rozpoczynanie wszelkich inwestycji gdy nie ma planu zagospodarowania przestrzennego.
Potrzebujemy też planów budowy miejsc parkingowych, zwłaszcza w okolicach stacji metra, których mamy sześć na terenie obu naszych dzielnic.
Przykładem dotychczasowej bezradności jest choćby parking pod Placem Wilsona, którego nie można wykorzystywać, gdyż dotychczas nie zaplanowano wjazdów do niego.
Prosimy Państwa o poparcie dla naszych zamierzeń.

 

Pragniemy się Państwu przedstawić.

 

Do RADY WARSZAWY z listy nr 5 SLD-Lewica Razem kandydują:

1. Kozłowska Krystyna
2. Dryszel Andrzej
3. Żurawski Cezary
4. Cymerman Wanda
5. Szymańska Dobromiła

 

Kandydaci do RADY BIELAN z listy nr 5 SLD-Lewica Razem:

okręg nr 1
1. Keller Marek
2. Brych-Wolska Kinga
3. Walczak Hanna
4. Łukomska Dominika
5. Mroczek Grzegorz

okręg nr 2
1. Łukomska-Rostecka Jolanta
2. Wolska Aleksandra
3. Rolf Krzysztof
4. Keller Marta
5. Kuczyński Igor

okręg nr 3
1. Szerszeń Halina
2. Sąsiadek Andrzej
3. Święconek Jadwiga
4. Rostecki Krzysztof
5. Brzeska-Malik Zofia

okręg nr 4
1. Jankowska Jolanta
2. Grzelakowski Wojciech
3. Szulecka-Popowicz Elżbieta
4. Mierzwińska Ewa
5. Kowalski Andrzej

okręg nr 5
1. Antoniewicz Barbara
2. Zychowicz Milena
3. Aniołkowska Elżbieta
4. Sałata Adam
5. Rostecki Filip