Poprawianie wyniku

Głosy oddane w wyborach parlamentarnych 12 maja zostaną przeliczone powtórnie – polecił iracki parlament. Oficjalnie to odpowiedź na zgłoszenia o nieprawidłowościach, jakie napłynęły z przynajmniej czterech regionów. Prawdziwa przyczyna podjętych kroków może być jednak zupełnie inna.

 

Irackie wybory parlamentarne zakończyły się sensacyjnym zwycięstwem koalicji Naprzód (Sairun) zwolenników Muktady as-Sadra, szyickiego duchownego i dawnego dowódcy antyamerykańskiego ruchu oporu, oraz Irackiej Partii Komunistycznej. Ten na pierwszy rzut oka egzotyczny sojusz spajały hasła całkowitej wymiany skompromitowanego irackiego establishmentu i zajęcia się problemami społecznymi na czele z bezrobociem czy dostępnością szkół, zamiast nakręcania kolejnych sporów na tle religijnym i etnicznym. Na drugim miejscu znalazł się równie antysystemowy Podbój (Fatah) na czele z Hadim al-Amirim, dowódcą proirańskich szyickich milicji w wojnie Iraku z Państwem Islamskim. Rządzący blok premiera Hajdara al-Abadiego pod dumną nazwą Zwycięstwo zajął, mimo korzystnych sondaży, zaledwie trzecie miejsce.

Przewaga Sairun nad rywalami była na tyle nieznaczna, że od początku stało się jasnym, że nowy rząd Iraku wyłoni się po długich i trudnych negocjacjach. Do tego jego skład był od samego początku przedmiotem zainteresowania regionalnych mocarstw – najsilniej Iranu, którego zaangażowanie w wojnę z IS na terytorium sąsiada walnie przyczyniło się do jej końcowego wyniku (to irańscy dowódcy powstrzymali marsz dżihadystów na Bagdad w pierwszym, triumfalnym okresie istnienia terrorystycznego pseudopaństwa). Irański minister spraw zagranicznych stwierdził wprost, że Muktada as-Sadr Irakiem rządził nie będzie. Teheran rozumie doskonale, że deklaracje o dążeniu do usunięcia z Iraku wszelkich zagranicznych wpływów mogą w wykonaniu nieprzewidywalnego as-Sadra zakończyć się akcesem do bloku antyirańskiego (spotkanie z następcą tronu Arabii Saudyjskiej as-Sadr już odbył). Rządowi ajatollahów nie podoba się również radykalnie lewicowy koalicjant as-Sadra, który mógłby inspirować kolejne laickie ruchy emancypacyjne w regionie.

Za to dalsze sprawowanie rządów przez al-Abadiego, najlepiej w sojuszu z blokiem al-Amiriego, Iranowi odpowiadałoby w zupełności, a i sam premier nie pali się do oddania władzy, za czym poszłyby najprawdopodobniej radykalne rozliczenia jego samego i jego środowiska z korupcji. W tym kontekście trudno uwierzyć w czyste intencje al-Abadiego; nie wierzy w nie nawet partia al-Amiriego, chociaż ona sama na osłabieniu sadrystów raczej korzysta.

Oficjalnie jednak podliczanie głosów zostało wznowione, bo irackie służby „upewniły się”, że maszyny do automatycznego liczenia, użyte w Iraku po raz pierwszy, podawały niewiarygodne rezultaty. Powtórnym liczeniem pokieruje nowa komisja, iracki parlament dla lepszego efektu zwolnił wszystkich dziewięciu członków dotychczasowej. W czyste intencje al-Abadiego uwierzyć trudno tym bardziej, że wyborcze nieprawidłowości, które faktycznie zgłoszono bezpośrednio po głosowaniu, byłyby raczej fałszerstwami… na korzyść premiera. Najwięcej wyrazów niezadowolenia napłynęło z sunnickich prowincji Anbar, Dijala i Salah ad-Din, gdzie al-Abadi nie cieszy się popularnością, za to swój program, na rzecz społeczeństwa i ponad religijnymi podziałami, z powodzeniem propagowali komuniści z sadrystami. Wyniki głosowania oprotestowano również w autonomicznym irackim Kurdystanie.

Tymczasem 7 czerwca bagdadzką dzielnicą Miasto Sadra (nazwa upamiętnia ojca Muktady as-Sadra) wstrząsnęły dwa potężne wybuchy w meczecie, w którym chętnie gromadzą się zwolennicy sadrystów. Zginęło 16 osób, a 54 odniosły rany, kilkadziesiąt pobliskich domów zostało zniszczonych. Przedstawiciele irackiej policji twierdzą, że wybuch były efektem nieostrożności uzbrojonych zwolenników polityka, którzy składowali w meczecie broń i amunicję. Sadryści przekonują, iż doszło do prowokacji, która ma skompromitować antysystemowy ruch w oczach obywateli.

Boję się o uczciwość wyborów

„Obawiam się, że narasta chęć użycia różnych bardziej zdecydowanych środków wykraczających poza propagandę”. Z prof. Jackiem Kucharczykiem, socjologiem, prezesem Instytutu Spraw Publicznych, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: 62 proc. badanych uważa, że rząd nie zareagował odpowiednio na protest w Sejmie – tak wynika z badania Kantar przeprowadzonego dla TVN i TVN24. Czy to może mieć realne znaczenie i przełożyć się na poparcie dla PiS-u?

JACEK KUCHARCZYK: Zacznijmy od tego, że w cywilizowanym kraju takie protesty nie powinny być rozwiązywane wyłącznie w oparciu o badania opinii publicznej. Natomiast co do nastrojów społecznych, to można było się domyślać, że większość Polaków i Polek będzie się solidaryzowało z protestującymi. To jest grupa, której do jakiegoś stopnia trudno nie kibicować. Ale PiS skalkulował sobie, że dla ich wyborców to jednak nie jest wielki problem. Dlatego postanowił rozprawić się z niepełnosprawnymi właśnie w taki sposób. Wydaje mi się, że nawet jeżeli większości badanych to się nie podoba, to nie musi mieć istotnych konsekwencji politycznych dla samego PiS-u.
Elektorat partii rządzącej jest dosyć specyficzny, spora jego część to są wyborcy, o których mówi się „wyborca autorytarny”. Takim osobom stosowanie twardej ręki wobec protestujących niepełnosprawnych może się nawet podobać. Na pewno znajdą wiele rozgrzeszeń takiego zachowania.
Coś, co by ich oburzyło, gdyby zrobiła to Platforma Obywatelska, nie oburza, jeżeli robi to PiS. Obnażanie hipokryzji PiS-u w tej sprawie po dużej części zwolenników tej władzy spłynie jak woda po kaczce. Oni po prostu stosują podwójne kryteria. To widać zresztą nie tylko w tej sprawie. Dobrym wglądem w dusze wyborców PiS-u jest to, co dzieje się w prorządowych mediach społecznościowych. PiS wychował sobie swojego wyborcę, który wszystko kupuje.
Poza tym nawet jeżeli ponad 60 proc. badanych uważa, że rząd powinien inaczej postąpić w przypadku niepełnosprawnych, to wcale nie oznacza, że w związku z tym trzeba poprzeć opozycję. Wyborcy trwają przy PiS-ie, dlatego wszystkie skandale słabo przekładają się na wzrost poparcia dla opozycji. Sytuacje, które bulwersują wielu ludzi, nie zmieniają politycznej wojny pozycyjnej.
PiS ma wciąż poczucie pewnej bezkarności. Po tym, jak władza potraktowała niepełnosprawnych, powinien wybuchnąć ogromny skandal, a protestować powinny także osoby bliskie PiS-owi. A po tamtej stronie głucha cisza.

 

Na bardzo podatny grunt za to padają wszystkie oskarżenia o upolitycznienie protestu niepełnosprawnych i ich opiekunów. Przecież wszystko jest winą opozycji.

W tej sprawie zawsze mam poczucie déjà vu. Kiedy uchwalono nielegalnie budżet w Sali Kolumnowej, kiedy PiS kneblował dziennikarzy, to sprzedał swoim wyborcom narrację, że doszło do próby zamachu stanu. Taki przekaz trafia do PiS-owskiego wyborcy. O wszystko można oskarżyć opozycję i potraktować jako próbę obalenia legalnie wybranej władzy. PiS zawsze uruchamia taką narrację w momentach kryzysu. Może ona nie przekonać większości Polaków, ale wystarczy, że przekona tę część, która po raz kolejny poprze PiS. To im na razie wystarczy.

 

Dlaczego wyborca PiS-u dał się tak łatwo „wychować”?

To jest trudne pytanie. Elektorat autorytarny nie wziął się przecież z niczego. PiS-owi udało się trafić do takich osób i wypracować narracje, które ich przekonują.
Uważam, że najważniejsze w przekazie PiS-u są dwie rzeczy – udowadnianie, że jesteśmy wybrani przez naród, dlatego każdą krytykę należy traktować jako zamach na wolę „suwerena”, oraz przekonanie o pisowskiej skuteczności i nieomylności. To jest ten słynny imposybilizm, który Kaczyński obiecał przezwyciężyć, a co w praktyce oznacza, że PiS nie da się spętać żadnymi zasadami.
Jak powiedzieli, że nie ustąpią przed niepełnosprawnymi, to nie ustąpili. A to budzi w ich elektoracie podziw, bo to dowód politycznej skuteczności.

 

A co mogłoby zmienić to nastawienie? Prof. Janusz Czapiński w rozmowie z wiadomo.co przekonywał, że sytuacja może się zmienić tylko wtedy, gdy zmieni się sytuacja gospodarcza. Zgadza się pan z tym?

Jest to przekonująca hipoteza.
Uważam, że dobra sytuacja ekonomiczna w pewnym sensie usypia wyborców. Nawet ci, którym nie wszystko pasuje, będą się oburzać, ale nie widzą powodów, aby cokolwiek więcej zrobić.
Jeżeli nagle sytuacja gospodarcza zaczęłaby się pogarszać, a ceny rosnąć – zresztą to już jest zauważalne – to na dłuższą metę może doprowadzić do spadku poparcia. Może nadwerężyć poczucie, że ta partia wie, co robi. Podważona zostałaby także wiara w specyficznie pojmowane kompetencje do rządzenia.

 

Może na to wpłynąć obcięcie funduszy unijnych? Taką decyzję podjęła KE.

PiS odwołuje się w tej sprawie do dwóch narracji. Jedna dotyczy tego, że Unia Europejska chce nas ukarać, ale my jesteśmy suwerenni i nie damy się złamać. Z drugiej strony rozpocznie się nagonka na opozycję, przecież już słychać, że to wina Donalda Tuska, który nie załatwił dla swojego kraju wystarczających pieniędzy. Nieważne, że wcześniej dla PiS-u był niemieckim przedstawicielem… Na ile to zaszkodzi PiS-owi? To cały czas sprawa otwarta. Kwestie europejskie od początku były piętą achillesową tej władzy, która może mieć twardy orzech do zgryzienia. Muszą jakoś wytłumaczyć to, że jak rządziła PO, to było więcej pieniędzy, a mówimy przecież o sporych sumach. A jeżeli będą przekonywać, że to rezultat szybkiego rozwoju kraju, to trudno będzie to pogodzić z wcześniejszą narracją „Polski w ruinie”. Pewnie spin doktorzy PiS-u już nad tym pracują.
Wydaje mi się, że dominująca będzie narracja o tym, że Bruksela nas bije, a opozycja im pomaga… Czyli słynna „ulica i zagranica”.

 

Kluczowe znaczenie dla KE miało to, co dzieje się w naszym kraju, czyli łamanie prawa? Czy jednak źle prowadzone, albo w ogóle brak negocjacji i zaangażowania strony rządowej?

Myślę, że zaważyła druga sprawa. Obiektywnie rzecz biorąc, to nie jest kara nałożona na Polskę. Ale to pokazuje, że budżet jednak jest negocjowany i w zależności od siły przetargowej kraju można różne rzeczy wynegocjować. A żeby uzyskać najlepszy podział pieniędzy, trzeba budować jak najszersze koalicje. PiS nie jest w stanie takiej koalicji zbudować. Nawet słynna Grupa Wyszehradzka, jak widać, nie bardzo pomogła. To są tylko 4 kraje i akurat są na cenzurowanym w UE. Dochodzimy do drugiej sprawy, jaką są uchodźcy.
Obcięcie funduszy nie jest karą za nieprzyjęcie uchodźców, ale konsekwencją takiej polityki. Nie można z jednej strony odmawiać solidarności w jednej sprawie, a żądać w drugiej. Podwójne standardy, które PiS stosuje z powodzeniem w polityce krajowej, nie działają na płaszczyźnie europejskiej.

 

PiS-owi może zaszkodzić przed wyborami samorządowymi fizyczna nieobecność Jarosława Kaczyńskiego?

Największym zagrożeniem dla PiS-u jest walka o wpływy w momencie osłabienia prezesa. Z punktu widzenia wyborcy Kaczyński w szpitalu nie bardzo różni się od Kaczyńskiego zamkniętego na ulicy Nowogrodzkiej. Jako człowiek z wysokiego zamku znalazł sposób na jednoosobowe utrzymywanie porządku. Izolacja fizyczna niewiele zmienia, ale osłabiona jest niewątpliwie jego zdolność do zarządzania partią.

 

Podobno Joachim Brudziński ma teraz – pod nieobecność Jarosława Kaczyńskiego – zarządzać partią. Sprawdzi się w tej roli?

To się oczywiście okaże. Zobaczymy, czy Joachim Brudziński będzie w stanie twardą ręką godzić i przywoływać do porządku najbardziej ambitnych polityków. Mam wrażenie, że już widać chaos, który zapanował w partii rządzącej. Ale nie jestem w stanie na razie ocenić, jak to przełoży się na wizerunek PiS-u w oczach jego wyborców. Ostrożnie można powiedzieć, że to na pewno PiS-owi nie pomoże, zwłaszcza przed wyborami samorządowymi.

 

Wybory samorządowe to będzie trudny sprawdzian dla rządzącej partii?

Przede wszystkim w związku z nowymi przepisami tym wyborom będzie towarzyszył chaos. To może zadziałać w dwie strony. Ja się bardzo boję o uczciwość tych wyborów.

 

Boi się pan o świadomą nieuczciwość, czy efekt tego chaosu?

Boję się o świadomą nieuczciwość. Mam wrażenie, że w związku z różnymi kryzysami nasila się panika w szeregach władzy i jednocześnie poczucie, że władzy raz zdobytej nie można oddać. Dlatego obawiam się, że narasta chęć użycia różnych bardziej zdecydowanych środków wykraczających poza propagandę. Mam nadzieję, że się mylę. Ale naprawdę boję się, że tak jak PiS rozpętał przy poprzednich wyborach samorządowych aferę, że były sfałszowane, podczas gdy nie były, to tym razem będzie odwrotnie.

 

Opozycja zwiera szyki. Z jednej strony powstała Koalicja Obywatelska, z drugiej PO tworzy ruch Wolontariusze Wolnych Wyborów, który ma czuwać nad procesem wyborczym. To PiS-u nie powstrzyma?

Mobilizacja opozycji i mobilizacja społeczna na rzecz wolnych i uczciwych wyborów jest teraz kluczowa. Myślę, że jeżeli doszłoby do nieprawidłowości, to PiS będzie miał swoją narrację i swoich obserwatorów. Po ostatnich wyborach powstała nawet organizacja Ruch Kontroli Wyborów, która zdobyła później różne rządowe granty. Tym razem na pewno zostanie wykorzystana do monitorowania wyborów, ale w specyficzny sposób. Poza tym nad procesem wyborczym powinna czuwać niezależna PKW, a potem niezależne sądy, ale niestety z tą niezależnością może być poważny problem.

 

Rozumie pan strategię przyjętą przez SLD? Czyli pozycja „w opozycji do opozycji”.

To może zaszkodzić całej opozycji.
SLD przyjęło taką strategię, że w 80 proc. powiela narrację PiS-u, a w 20 proc. jest przeciwne. W szczególności jeżeli chodzi o politykę historyczną. To mogło mieć znaczący wpływ na wzrost poparcia dla tego ugrupowania.
Myślę, że teraz dostali takiego sondażowego zawrotu głowy. Ale to jest polityka bardzo krótkowzroczna. Podcinanie możliwości tworzenia szerszych koalicji i krytykowanie centrowej opozycji działa przecież na korzyść Prawa i Sprawiedliwości.

Lewica skorzysta z szansy?

Patrząc na poczynania Lewicy, można odnieść wrażenie, że na czele dwóch głów­nych partii lewicowych stoją ludzie pozbawieni wyobraźni i instynktu samozacho­wawczego.

 

Obecna sytuacja polityczna w kraju stwarza niepowtarzalną szansę na od­budowanie polskiej lewicy. Toczące się „naparzanie” na prawicy sprawia, że lewica która nie jest bezpośrednim uczestnikiem tej jatki, może pozwolić sobie na recenzo­wanie toczących się wydarzeń i proponowanie rozwiązań zmierzających do naprawy państwa zdewastowanego przez PiS i przedstawienie niezbędnych korekt tych rozwiązań, które są korzystne dla społeczeństwa, jak chociażby program Rodzina 500+ czy darmowe leki dla Seniora. W pierwszym z nich to wyłączenie z niego rodzin o wysokich dochodach, a włączenie do niego pierwszego dziecka w rodzinach niezamożnych i wprowadzenie zasady złotówka za złotówkę. W drugim przypadku to konieczność zlikwidowania fikcyjności tego programu.

 

A jakie działania prowadzą obie główne partie lewicowe?

Zamiast podjąć próbę zbudowania jak najszybciej wielkiej koalicji ugrupowań lewicowych, która przygotowałaby wspólnie założenia programowe i wspólny start w wyborach, każda z nich wyznacza sobie własne małostkowe cele.
SLD w przeprowadzanych sondażach kilka razy przekroczyło magiczny próg 5proc. i postanowiło ogłosić swój samodzielny start, zaś pozostałe ugrupowania mogą oczywiście z nimi startować w wyborach ale pod szyldem SLD.
Partia ta zamiast podjąć inicjatywę budowania zjednoczonej lewicy i walczyć o poszerzenie elektoratu, w celu osiągnięcia wyniku pozwalającego na realizację własnego programu, przyjmuje wygodne minimalistyczne rozwiązanie polegające na przekroczeniu w najbliższych wyborach progu 5proc. i „wepchnięcie” do Sejmu kilku partyjnych notabli. Z pola widzenia tej partii znika Polska i potrzeba odbudowania Jej znaczenia na forum międzynarodowym.

 

Czekając na awanturę

Po co poświęcać się budowie szerokiej koalicji lewicowej jeżeli wystarczy trochę poczekać i awantura na prawicy da jej sukces tj. przekroczenie pro-gu 5proc.. Kiepska wyobraźnia liderów partii nie pozwala dostrzec możliwości znaczne-go przekroczenia granicy przewidzianej dla koalicji.
Aby liczyć się w kraju, zjednoczona lewica powinna zawalczyć o poparcie społeczeństwa na poziomie minimum 15proc. Prawica robi wszystko, by nam to umożliwić a my przez wzajemne dąsy i animozje możemy pozbawić się tej szansy. SLD może być zdziwione wynikami najbliższych wyborów parlamentarnych, gdy weźmie w nich udział alternatywna do tej partii koalicja centrolewicowa.

 

Łapmy szansę

Obecna sytuacja podobna jest do tej sprzed kilkunastu laty, kiedy to na skutek sporów politycznych na prawicy, lewica przejęła władzę. Sytuacja polityczna w Polsce tworzy niepowtarzalną szansę na odzyskanie przez lewicę wiarygodności i znaczącej pozycji w kraju. Druga taka sytuacja może się nie powtórzyć.
Partia RAZEM, podobnie jak SLD, nie podejmuje działań jednoczenia lewicy a wszystkie wysiłki koncentruje na sobie tj. na przekonaniu Rodaków, że jest tym najzdrowszym, najlepszym szczepem odradzającej się lewicy.
Chce przekonać obywateli, że jest partią nowoczesnej lewicy nie skażoną grzechami, które popełniła wcześniej lewica. Niestety, czasem słuchając niektórych współprzewodniczących odnosi się wrażenie, że w wielu elementach partia ta cofnęła się do zbyt odległej przeszłości.
Przedstawiciele tej partii zachłysnęli się swoim niespodziewanym sukcesem w poprzednich wyborach, zapominając że ten ich sukces był wynikiem szczęśliwego zbiegu okoliczności; dobrego występu Przewodniczącego Partii RAZEM Adriana Zandberga i słabego przygotowania (występu) przedstawicielki Zjednoczonej Lewicy. Wielu Rodaków w ostatniej chwili zdecydowało się zagłosować na Partię RAZEM, tym samym powodując wyeliminowanie kandydatów obu lewicowych komitetów Wyborczych do Sejmu.

 

To nasza wina

To właśnie my – Lewica swoją małostkowością, egoizmem, zawiścią i antagonizmami personalnymi sprawiliśmy, że od ponad 2 lat PiS demoluje Nasz kraj. Tym bardziej w duchu odpowiedzialności za Polskę powinniśmy pozbyć się wzajemnych uprzedzeń i stworzyć szeroką Zjednoczoną Lewicę, która odzyska lewicowy elektorat w części przejęty przez naszą głupotę przez PiS. Szansa na jego odzyskanie, po niektórych decyzjach PiS-u, jest duża. Czy doświadczenie z ostatnich wyborów czegoś Nas nauczyło? Mam wrażenie, że niestety nie.

 

Policzmy się

Zbliżają się wybory samorządowe, które wymagają dużej mobilizacji kadrowej gdyż partie lewicowe po ostatniej klęsce wyborczej poniosły spore straty osobowe, dlatego koniecznością jest wykorzystanie struktur wszystkich nawet najmniejszych partii lewicowych. To nasza jedność wsparta lokalnymi samorządowcami i OPZZ może być Naszą siłą w tych wyborach. Wspólnym startem w wyborach samorządowych możemy rozpocząć promocję zjednoczonej Lewicy i odzyskać wiarygodność. Czy dla dobra Polski lokalnej stać nas na szukanie porozumienia programowego i wspólnego startu w wyborach? Czas „ucieka” dlatego boczenie się na siebie i nie-podejmowanie działań integrujących lewicę może mieć swoje opłakane konsekwencje w najbliższych wyborach. Koalicja tworzona na ostatnią chwilę, w popłochu skazana jest na klęskę. Kompromis programowy, wcześniej przyjęte uczciwe zasady współpracy, w tym tworzenie wspólnych list, powinno być podstawą wspólnego star-tu w najbliższych wyborach. Partie lewicowe powinny wreszcie zrozumieć jedną wa-żną zasadę, że tylko zaakceptowane wspólne założenia programowe i uczciwe zasady współpracy będą gwarantem stworzenie zespołu, którego wspólny wysiłek może zapewnić im sukces. Taką strategiczną decyzją w wyborach samorządowych dla całej lewicy będą wspólni kandydaci na prezydentów w dużych miastach. Szczególnie ważny będzie dobry wynik w stolicy. Jest na to duża szansa, gdyż aktualne rządząca Pani Prezydent zrezygnowała ze startu w wyborach a dotychczasowi kandydaci PO i PiS-u są słabi. Może warto rozważyć możliwość wyłonienia kandydata lewicy w Prawyborach. Robert Biedroń, Marek Borowski i Andrzej Celiński byliby bardzo mocnymi kandydatami w tej rozgrywce.
Nie chciałbym być złym prorokiem, ale podzielona lewica w sytuacji nowej ordynacji wyborczej może ponieść sromotną klęskę w wyborach samorządowych a później wybory Parlamentarne mogą być tylko jej dopełnieniem. Wyborcy mogą się bowiem obawiać, że ich głos będzie głosem straconym, podobnie jak miało to miejsce w ostatnich wyborach parlamentarnych i będą głosowali na silną koalicje opozycyjna. Klęska wyborcza sprawi, że wówczas będziemy mieli bardzo dużo czasu na analizę własnych błędów i „pracę u podstaw”.
Na zakończenie przestroga dla Partii lewicowych o większym potencjale, by wreszcie zrozumiały, że próby eliminowania mniejszych ugrupowań ze sceny politycznej nie mają sensu, gdyż jedynie osłabiają pozycję lewicy w Polsce. „Przy-stawki”, które chcielibyście Państwo pochłonąć, mogą stać się dla Was przyczyną bardzo długotrwałej niestrawności.

Będzie druga tura

Wybory prezydenckie w Kolumbii miały przynieść łatwe zwycięstwo kandydatowi prawicy. A jednak konieczna będzie druga tura.

 

Zgodne z prognozami analityków jest to, że z lepszej pozycji przystępuje do niej prawicowiec – Iván Duque, były doradca prezydenta Alvaro Uribego oraz pracownik Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju. Padło na niego 39,1 proc. głosów. Ogromnym zaskoczeniem był za to wynik kandydata lewicy Gustavo Petro, który zdobył 25,1 proc. poparcia. Trzecie miejsce zajął Sergio Fajardo, który sam określa się jako centrysta, polityk niezależny od ideologicznych podziałów.

Obecny prezydent Juan Manuel Santos nie mógł kandydować, gdyż kończy właśnie drugą kadencję – ostatnią, na którą zezwala konstytucja. To jego następca zdecyduje, co stanie się z największym osiągnięciem Santosa – podpisanym w 2016 r. porozumieniem między rządem a partyzantką FARC, na mocy którego formacja ta złożyła broń, a następnie przekształciła się w partię polityczną – Rewolucyjną Alternatywną Siłę Ludową. Jej kandydatem w wyborach prezydenckich miał być ostatni komendant FARC, powszechnie znany pod pseudonimem Timoszenko Rodrigo Londoño, jednak problemy zdrowotne uniemożliwiły mu start.

Obaj kandydaci, którzy przeszli do drugiej tury, są krytyczni wobec porozumienia z FARC – tyle tylko, że Duque twierdzi, że partyzanci winni zostać ukarani za walkę z wspieranymi przez USA władzami Kolumbii, a Petro argumentuje, iż układ nie gwarantuje znaczących równościowych reform. A więc nie likwiduje problemów, na których wyrosła w Kolumbii lewicowa opozycja, która wobec nieprzejednanej postawy kolejnych prawicowych rządów sięgnęła po broń. Petro zapowiada trwały pokój i egalitarną politykę.

Historyczny wybór

Czy Amerykanie doczekają się pierwszej w historii czarnoskórej pani gubernator? Wszystko zależy od wyników listopadowych wyborów lokalnych, w których o najwyższy urząd w stanie Georgia będzie ubiegała się Stacey Abrams.

 

Stacey Abrams to 44-letnia afro-amerykańska prawniczka i przedsiębiorczyni, która doświadczenie polityczne zdobywała w stanowej Izbie Reprezentantów. W ciągu dziesięciu lat udało jej się awansować od szeregowej radnej do pierwszej kobiety stojącej na czele lokalnych struktur partyjnych w Georgii. Wygrywając 22 maja prawybory w Partii Demokratycznej, uczyniła poważny krok, aby w listopadzie zostać pierwszą czarnoskórą gubernatorką w historii Stanów Zjednoczonych.

„Ubiegam się o urząd gubernatora Georgii ponieważ możemy zrobić więcej. Możemy uchronić naszych Marzycieli [Dreamers – dzieci nielegalnych imigrantów]. Możemy zbudować infrastrukturę, która połączy różne społeczności. Możemy cofnąć Campus Carry [prawo pozwalające na posiadanie broni na terenie uniwersytetu] i możemy wzmocnić naszą nadzieję. Możemy zbudować silniejszą Georgię, bardziej współczującą Georgię” – powiedziała Abrams podczas konwencji lokalnej Partii Demokratycznej.

W czasie swojej kampanii wyborczej, Abrams dała się poznać jako progresywna polityczka. Wprost mówiła o nierównościach społecznych, kwestiach rasowych czy pomocy dla imigrantów, również tych przebywających w USA nielegalnie. Swoje poparcie udzielili Abrams m.in. Bernie Sanders i Hillary Clinton.

Natomiast nadal nie wiadomo z kim Abrams zmierzy się w listopadowych wyborach. O nominację Partii Republikańskiej ubiega się sześciu kandydatów, jednak do tej pory żaden z nich nie jest zdobył większości głosów. Możliwe zatem, że nazwisko republikańskiego pretendenta do fotela gubernatora poznamy dopiero pod koniec lipca, podczas bezpośredniego głosowania.

Georgia zalicza się do tzw. „czerwonych stanów”, gdzie wszystkie najważniejsze wybory wygrywali dotychczas kandydaci Partii Republikańskiej. Jednak od kilku już lat zwycięstwa przychodzą prawicy coraz trudniej, a demokraci zdobywają poparcie nie tylko wśród czarnoskórej społeczności, stanowiącej jedną trzecią populacji stanu.

Potencjalny wybór Abrams na gubernatora będzie miał wymiar historyczny. Georgia to południowy stan, niegdyś członek Konfederacji, o czym w dalszym ciągu przypominają liczne pomniki gen. Roberta E. Lee i pozostałych przywódców zbuntowanego Południa. Chociaż oficjalnie segregacja rasowa należy już do przeszłości, napięcia między białymi i czarnoskórymi mieszkańcami nadal wpływają na lokalną rzeczywistość. Odsetek Afro-Amerykanów sprawujących wysokie stanowiska w administracji lokalnej należy do najniższych spośród południowych stanów. Według policyjnych danych, niemal 62 proc. więźniów stanowią czarnoskórzy. W zeszłym roku do mediów trafiło nagranie, na którym (biały) oficer policji mówi, że „zabijamy tylko czarnych”.

Wenezuela na widelcu

Młody, płonący mężczyzna w masce biegnie wzdłuż ściany, na której widać namalowany pistolet. Z jego lufy wyskakuje słowo „pokój”, pewnie wieczny. Zdjęcie, które wygrało World Press Photo, zostało zrobione na ulicy Caracas, by stać się światowym symbolem losu Wenezueli, jednocześnie bliskim i dalekim od prawdy. 19 lat temu imperium amerykańskie przegrało w tym kraju, teraz kontratakuje. Ale to nie jedyna przyczyna kłopotów.

 

Fotografia Ronaldo Schemidta powstała w maju zeszłego roku. Był to jeden z czterech miesięcy gwałtownych zamieszek w stolicy kraju, gdy prawicowa opozycja poderwała młodzież z bogatych dzielnic do siłowego obalenia prezydenta Nicolása Maduro, a wraz z nim „socjalizmu XXI wieku”, który próbuje wprowadzić. To nie były ot, takie sobie starcia z policją, jakie zdarzają się w Europie. Manifestanci strzelali, krew lała się po obu stronach, padło ponad stu zabitych. Opozycja nie mogła wygrać, bo brak jej szerszego społecznego poparcia, ale jak wcześniej i później, w zachodnich kręgach polityczno-medialnych to wenezuelski socjalizm wskazano jako nieodwołalnie przegrany.

Wenezuelski przykład stał się ogólnoświatowym straszakiem na lewicę. Urósł do elementu polityki wewnętrznej we Francji, Hiszpanii i w innych krajach Europy, w prawicowych krajach Ameryki Łacińskiej i oczywiście u Anglosasów. Patrzcie, wołają media i komentatorzy, do czego prowadzi socjalizm: do chaosu i biedy. Wstydźcie się ludzie lewicy za Wenezuelę – wałkują triumfujący propagandziści, by zmusić przeciwników niepodzielnej władzy kapitału do spuszczenia oczu. W tym kontekście, ogłoszenie przez Trumpa kolejnych sankcji finansowych przeciw Wenezueli, nazajutrz po wygranych przez Maduro wyborach, ma się wydawać logicznym dobiciem jego kraju. Zwycięstwo to porażka. Wojna przeciw Wenezueli, na razie gospodarczo-polityczna, to pokój.

Szukanie generała

Oczywiście nikt z dzisiejszych politycznych krytyków nie zawracałby sobie głowy Wenezuelą i jej wyborami, gdyby jej głównym bogactwem były mango i banany. Ale ten kraj ma dziś przeciw sobie sankcje Unii Europejskiej, izolację ze strony prawicowych krajów własnego kontynentu i natężoną wrogość imperium, bo posiada największe poświadczone rezerwy ropy na świecie, położone w strategicznym miejscu, o 4 dni morskiego transportu od teksańskich rafinerii.

Nikt nie czepiał się Wenezueli, gdy 60 proc. jej obywateli żyło poniżej progu ubóstwa, bo należała do amerykańskiego ogródka: Waszyngton zawsze traktował Amerykę Łacińską jako swą ekskluzywną domenę. Gdy pod koniec lat 70 na kontynencie zaczął rządzić amerykański neoliberalizm – „genialna” pompa ssąca bogactwa z dołu do góry drabiny społecznej – było na nim 120 milionów nędzarzy, 20 lat później już 225 milionów. To dlatego pojawili się Chávez, Lula i inni.

W sierpniu zeszłego roku Trump ogłosił, że nie wyklucza „opcji militarnej” w Wenezueli, choć ten kraj nie zagraża imperium ani sąsiadom. 16 lat temu Amerykanie zorganizowali (nieudany) zamach stanu przeciw Chávezowi, a teraz, od jego śmierci w 2013 r., szczególnie gorączkowo poszukują wenezuelskiego Pinocheta, który przywróciłby imperialny porządek i panowanie nad ropą. W miniony wtorek wenezuelska żandarmeria aresztowała 11 oficerów podejrzanych o formowanie spisku, ale lokalnego Pinocheta ciągle nie ma. Armia pozostaje wierna prawowitemu rządowi.

Wybory opozycji

„Weryfikowaliśmy 92 procesy wyborcze: powiedziałbym, że wenezuelski jest najlepszy na świecie” – mówił sześć lat temu były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter. Nie bez kozery: działa tam skuteczny system przeciw oszustwom. Każdy głos jest potrójnie gwarantowany: przez odcisk palca, elektronicznie i na papierze. Do tego zawsze obserwatorzy międzynarodowi. Maduro, jak Chávezowi, zależy na pewnych atrybutach tradycyjnej, liberalnej demokracji, bo jest pewny siły swoich idei społecznych.

Wiedzą to w Ameryce i w Europie, ale Unia, ledwo Maduro został ponownie wybrany, poszła śladem Trumpa i wprowadza właśnie nowe sankcje przeciw Wenezueli. Były „nieprawidłowości”, bo „głosy zostały kupione”. Unia powtarza argument głównego, przegranego, opozycyjnego kontrkandydata Maduro, Henriego Falcona, którego zdaniem na głosowanie wpłynęły programy socjalne rządu… Tego samego dnia Unia mogłaby wprowadzić sankcje przeciw co najmniej kilkudziesięciu krajom na świecie, gdzie wybory są komedią lub nie ma ich wcale, ale chce wziąć udział w dobijaniu Wenezueli, mając nadzieję, że w zamian za to Waszyngton pozwoli jednak europejskim przedsiębiorstwom handlować z sankcjonowanym Iranem.

W ciągu 19 lat rządów socjalistów odbyły się w Wenezueli 23 procesy wyborcze. Chaviści większość wygrywali, a opozycja traktowała je tak instrumentalnie, że w rezultacie utraciła miliony wyborców. Czy ma ona coś wspólnego z demokracją? Gdy w 2015 r., kiedy ceny ropy były na samym dole i kryzys poważnie zaczął zaglądać ludziom w oczy, wygrała wybory parlamentarne: jej pierwszym ogłoszonym zamiarem było „obalić prezydenta Maduro w ciągu sześciu miesięcy”. Prezydenta, który dwa lata wcześniej wygrał wybory. Nastąpiła potem epoka kwestionowania głosowań. To dlatego zeszłoroczne rozruchy miały znowu obalić rząd siłą. Kiedy się nie udało, ta sama prawicowa opozycja jednak zdecydowała na nowo brać udział w wyborach (regionalnych, w październiku) wiedząc, że są uczciwe, by po ich przegraniu „bojkotować” prezydenckie, zakończone w ubiegłą niedzielę. Nie miała w nich szans, z powodu zwykłej utraty wiarygodności. Mimo poparcia prywatnych mediów i „społeczności międzynarodowej”.

Kryzys i kłopoty

Boliwariańska rewolucja w Wenezueli nie ma wiele wspólnego z np. kubańską. Zachowano wielopartyjność, prywatne media, i – mimo znacznych nacjonalizacji – rolno-przemysłowy sektor prywatny, kapitalistyczne stosunki produkcji i handlu, by uzupełniać je o inne formy i przede wszystkim przekierować dystrybucję zysków z ropy z góry na dół. Lewicowa krytyka wenezuelskiej gospodarki twierdzi, że polityka ekonomiczna kraju była jednak mało socjalistyczna. Jej wynikiem był stały proces dezindustralizacji na korzyść finansowej kasty importerów, która rozwijając ludowy klientelizm drastycznie przyśpieszyła recesyjną fazę kapitalistycznego cyklu gospodarczego. Procesowi akumulacji kapitału opartego na przejęciu zysków z ropy towarzyszyła cokolwiek szalona polityka monetarna.

Chęć nakarmienia ubogich od początku oznaczała gigantyczny wzrost importu, aż do popadnięcia w nagły konsumpcjonizm. Jego promocja była tak szczodra, że państwo sprzedawało petrodolary prywatnym importerom za śmieszną cenę w bolivarach (wenezuelskiej walucie). Praktycznie z 10 sprzedanych dolarów 9,5 dostawali za darmo. Ten lukratywny transfer renty z ropy w kierunku sektora prywatnego okazał się bardzo kosztowny i szkodliwy dla całego państwa. Na dodatek znaczna część importu za niemal darmowe dolary była fikcyjna, żadne towary nie pojawiały się w portach, Wenezuela przez lata przypominała dziurawy garnek, z którego twarda waluta wyciekała ciurkiem na zagraniczne konta. W czasach drogiej ropy import był tak tani, że coraz większej liczby rzeczy nie opłacało się po prostu produkować, przemysł zamierał, jak i rolnictwo. Taka polityka nie miała nic wspólnego z socjalizmem inspirowanym Marksem. Kiedy cena ropy spadła, zaczęło brakować niemal wszystkiego. Wielostronne sankcje finansowe, które paraliżują państwowy import żywności i lekarstw, dopełniły dzieła.

Dziś Wenezuela ma na plecach pięciocyfrową hiperinflację, dwucyfrowy deficyt fiskalny i najniższy od 20 lat stan rezerw walutowych (nieco ponad 9 miliardów dolarów). Wartość tzw. dolara równoległego wzrosła w ubiegłym roku o 2500 proc., co dosłownie rozbiło w pył siłę nabywczą ludności. W sąsiedniej Kolumbii, gdzie w najbliższą niedzielę odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich, prawicowy kandydat Ivan Duque afiszuje hasło „Chcecie socjalizmu, to zobaczcie nędzę Wenezueli”. Tylko neoliberalizm ma być prawidłową drogą. Ale dwa miliony Kolumbijczyków, którzy w czasach Cháveza wyemigrowali do Wenezueli, by przed takimi receptami uciekać, nie ma specjalnie zamiaru wracać.

Czarne chmury

Dla większości mieszkańców Wenezueli nazwisko Cháveza kojarzy się z redukcją nierówności i ludową prosperitą w kontekście pogłębionej demokracji. Dla kontrastu Nicolás Maduro – raczej z powrotem biedy i usztywnieniem polityczno-policyjnym związanym z izolacją międzynarodową i zagrożeniem ze strony Waszyngtonu. Frekwencja w wyborach, które ponownie wyniosły go na najwyższe stanowisko, była stosunkowo niska, co jest dlań mocnym ostrzegawczym sygnałem. Jednak ludzie na niego głosowali, bo mimo wszystkich trudności, które wolą zresztą przypisywać raczej amerykańskim „gringos”, nie chcą powrotu do czasów sprzed Cháveza, gdy nie znaczyli niemal nic. Podśmiewają się trochę z Maduro, krytykują go, ale szanują, bo ich zdaniem szczerze chce ratować kraj. Może nie wciela tak dobrze jak Chávez „wenezuelskiej dumy”, ale ciągle daje nadzieję.

Zdaje się, że zrozumiał główny problem. Nie przestaje mówić o dywersyfikacji dochodów (nie tylko ropa), budowie przemysłu, odbudowie bardziej racjonalnej roli pieniądza. Dwoi się i troi, by ożywić gospodarkę, ale na horyzoncie ma dziś same czarne chmury, będzie mu bardzo trudno. „Nigdy nie widzieliśmy tak bezlitosnego ataku międzynarodowego na proces wyborczy” – mówiła wczoraj przewodnicząca krajowej komisji wyborczej Tibisay Lucena. Wenezuelskie MSZ potępiło „lincz gospodarczy i polityczny” Wenezueli ze strony USA, gdzie rządzi „suprematystyczny, rasistowski i wojenny reżim (…) inspirowany postulatami Ku-Klux-Klanu.” Maduro, oprócz naprawy gospodarki, musi doglądać sytuacji na granicach państwa, patrzeć na siedem baz amerykańskich w Kolumbii, na postępującą organizację zbrojnej interwencji, która może przyjąć niespodziewane formy – z terroryzmem włącznie. Po prostu zbyt wielu potężnych ludzi chciałoby widzieć Wenezuelę jak na zdjęciu Ronaldo Schemidta.

Demokracja liberalna i jej pułapki

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia.

Przy bojkocie niemal całej opozycji i frekwencji poniżej 50 proc., urzędujący prezydent Nicolás Maduro zdobył niemal 68 proc. wszystkich głosów. O wiele trudniej natomiast przewidzieć rozwój sytuacji w tym targanym kryzysem gospodarczym państwie.

Nieudany następca Cháveza

Stany Zjednoczone nazwały wybory prezydenckie fikcją. Podobną opinię wyraziły Kanada oraz większość państw Ameryki Południowej, które już zapowiedziały, że odwołają swoich ambasadorów w Caracas na konsultacje. „Ostatnie wybory w Wenezueli nie spełniły nawet minimalnych standardów prawdziwej demokracji. Wyniki są nieprawowite i nie odzwierciedlają prawdziwej i niezależnej woli narodu wenezuelskiego” – napisał w specjalnym oświadczeniu prezydent Chile Sebastián Piñera.
Wenezuela, której złoża ropy naftowej szacowane są na jedne z największych na świecie, znajduje się w nieustannym kryzysie od śmierci Hugo Cháveza w marcu 2013 r. Uwielbiany przez biedotę i znienawidzony przez kapitalistów, kontrowersyjny prezydent znacjonalizował przemysł, a pozyskane fundusze przeznaczył na walkę z ubóstwem. Nałożone wówczas na Wenezuelę międzynarodowe sankcje zahamowały rozwój gospodarczy, jednak znaczny odsetek społeczeństwa po raz pierwszy otrzymał darmową służbę zdrowia i dostęp do edukacji.
Chociaż Maduro wciąż odwołuje się do dziedzictwa Cháveza, brakuje mu jego zdolności i charyzmy. To jego nietrafione decyzje doprowadziły do skurczenia się gospodarki o kilkadziesiąt procent przy inflacji szybko zbliżającej się do 10 tys. procent. Ceny podstawowych produktów sięgnęły niebotycznych kwot. Jak donosi CNN, na czarnym rynku tuzin kurzych jaj wycenia się na kilkaset dolarów amerykańskich. Większość zakupów dokonuje się bez pieniędzy, poprzez wymianę towarów lub usług. Nic więc dziwnego, że z Wenezueli już uciekło ponad 800 tys. osób, a kolejne setki tysięcy zapewne pójdzie w ich ślady. Obserwatorzy ostrzegają przed wybuchem kryzysu migracyjnego o skali znacznie przewyższającej niedawną falę uchodźców w Europie.
Zapewne wyniki wyborów w Wenezueli nie wzbudziłyby takich kontrowersji na świecie, gdyby nie jej złoża ropy. Nacjonalizacja przemysłu i wyrzucenie zachodnich korporacji przez Cháveza doprowadziły do międzynarodowych sankcji. Tłumaczono je niedemokratycznym systemem rządów lewicowego prezydenta, lecz w rzeczywistości miały one na celu przede wszystkim wymuszenie zgody na powrót zagranicznego biznesu na wenezuelski rynek. Wszak istnieje wiele państw, nie tylko w regionie, z bardziej autorytarną władzą, które mimo to posiadają doskonałe stosunki z USA i UE.

Burundi idzie w ślady Rosji

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia nie tylko ze względu na ich bojkot przez opozycję i ręczne sterowanie. Od wielu miesięcy na świecie demokratyczne hasła znajdują się w odwrocie, a władzę umacniają lokalni satrapowie. W tym samym czasie, kiedy Maduro zapewniał sobie drugą kadencję, w afrykańskim Burundi przeprowadzono referendum, dzięki któremu urzędujący prezydent Pierre Nkurunziza może sprawować urząd do 2034 r. Oczywiście pod warunkiem, że wygra kolejne wybory, co – jak udowodniono w Wenezueli – jest całkiem proste.
Międzynarodowi obserwatorzy donoszą o licznych nadużyciach ze strony zwolenników prezydenta Nkurunzizy. Według relacji Human Rights Watch, wiele z kart do głosowania zostało wypełnionych znacznie wcześniej, a komisarze wyborczy pilnowali, aby ostateczny wynik referendum pozostał zgodny z oczekiwaniami władzy. Opozycja nie była tolerowana również w okresie poprzedzającym głosowanie. Tuż przed referendum odnotowano 15 zabójstw i sześć gwałtów – za które, zdaniem mediów, odpowiadają siły rządowe.

Nieliberalna demokracja we Włoszech

Nieliberalna demokracja ma się dobrze również w Europie. Do Rosji, Węgier i Polski mają szansę dołączyć właśnie Włochy, gdzie w miniony poniedziałek ogłoszono powstanie egzotycznej koalicji skrajnie prawicowej Ligii Północnej i populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd. Nowy rząd ma skończyć z polityką oszczędności, wprowadzając w zamian system m.in. dochód gwarantowany dla najbiedniejszych obywateli. Jednocześnie zapowiedziano zaostrzenie polityki imigracyjnej, co zapewne oznacza koniec włoskiej pomocy na Morzu Śródziemnym dla tonących uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu.
Chociaż Wenezuelę, Burundi, Włochy, czy też Polskę i Węgry, więcej dzieli niż łączy, we wszystkich tych państwach demokracja przeżywa poważny kryzys lub zupełnie odeszła już do lamusa. Rządy silnej ręki przybierają różne barwy – od socjalizmu po narodowy konserwatyzm. W większości są to jedynie puste hasła, mające zapewnić utrzymanie władzy. Świat przyzwyczaił się do nieliberalnej demokracji.