Polska na zakręcie

W ciągu bez mała ostatnich trzech lat Polska stała się na naszych oczach krajem nieustannej, brudnej walki politycznej o wszystko: o władzę, o wartości, o prawo do dzielenia społeczeństwa na lepszych i gorszych.

 

O prawo do egoistycznego i nieskrępowanego pożytkowania publicznych pieniędzy, o prawo do manipulowania Konstytucją, lub cynicznego łamania jej przepisów, o prawo do poniżania autorytetów i odbierania im poczucia godności człowieczej i obywatelskiej z tytułu wypracowanego dorobku zawodowego, o prawo do narzucania społeczeństwu jednej politycznej racji, jednego światopoglądu, jednego (katolickiego) modelu moralnego…. długo by jeszcze wyliczać…
Walka ta prowadzona jest między partiami postsolidarnościowymi – PO a PiS, czyli z jednej strony prawicą, stojącą raczej na gruncie wartości liberalnych (demokracji pluralistycznej, trójpodziału władz, wolności i praw obywatelskich), a z drugiej – też prawicą, tyle, że nacjonalistyczną, odwołującą się do populistycznie nastawionych grup społecznych (propagandowy pisowski „suweren”, w tym m.in. dzisiejszy związek zawodowy „Solidarność”), wspieranych przez kościół hierarchiczny (w praktyce też suweren, ale uzasadniany inaczej), który przykładnie odgrywa rolę strażnika wszystkiego, co utrzymuje społeczeństwo w strachu przed nieuchronnymi procesami modernizacyjnymi (niemoralny Zachód, „szarganie świętości” itp.). Obie formacje przypisują sobie niepodzielne prawo do dziedzictwa pierwszej „Solidarności”, chociaż charakter prowadzonej walki politycznej jest żywym zaprzeczeniem celów buntu robotniczego sprzed kilkudziesięciu lat. A tak na marginesie: nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ „Solidarność” ! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego.
Stawką w tej politycznej bijatyce jest ustrój konstytucyjny Rzeczypospolitej i płynące stąd zagrożenia, i to zarówno dla sytuacji wewnętrznej (niezwykle głębokie podziały społeczne, woluntarystyczne szastanie przez rząd groszem publicznym, enigmatyczne perspektywy gospodarcze, notoryczne sięganie przez władze do metod państwa policyjnego), jak i dla polskiej racji stanu, ponieważ towarzysząca tym procesom kłamliwa propaganda z rozmysłem odsuwa w szarą strefę sygnały ważnych zmian, dokonujących się obecnie w globalnym układzie sił, co nie może być obojętne dla szans i pozycji międzynarodowej Polski. Wszak niedawna wizyta w Europie prezydenta USA Donalda Trumpa, jego antyeuropejskie wypowiedzi, a zwłaszcza przebieg spotkania z prezydentem Rosji – Władimirem Putinem poruszyły światową opinię publiczną do tego stopnia, że w najważniejszych stolicach państw europejskich analizowane są możliwości nowych koncepcji, uwzględniających skutki przesunięcia się polityki USA ze spraw militarnych na gospodarcze, a w tym skupienia uwagi na Chinach i Rosji. Dzwonki alarmowe rozległy się w Europie, gdy na szczycie w Brukseli D. Trump podważył obowiązywanie żelaznej dotychczas zasady kolektywnej obrony przez NATO terytoriów państw członkowskich. Swoim poglądom na ten temat dał później wyraz w wywiadzie z 18 lipca dla telewizji Fox News, w którym przyznał, że nie jest pewien, czy NATO powinno dawać gwarancje bezpieczeństwa np. maleńkiej Czarnogórze (najmłodszy członek NATO), bo – jego zdaniem – mogłoby to kosztować wybuchem III wojny światowej!! Trudno w tym miejscu nie zadać pytania: a Polsce może udzielić takich gwarancji, np. po ostatniej, tajnej rozmowie z W. Putinem…? W naszej zbiorowej pamięci tkwi przecież bolesny kolec w postaci „sojuszniczej gotowości” umierania w 1939r za Gdańsk. Czym to się dla nas skończyło – wiemy. I nie tylko dla nas…
Zamieszanie wokół ostatnich wypowiedzi Trumpa narasta. Nie oszczędzała go w połowie lipca w Niemczech, w czasie promocji swej najnowszej książki („Faszyzm. Ostrzeżenie”), Madeleine Albright, była sekretarz stanu w administracji Billa Clintona (1997-2001), określając go najbardziej antydemokratycznym prezydentem w całej historii USA. W podobnym duchu wypowiedział się w niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka” były ambasador USA w Warszawie – Christopher Hill, bez osłonek stwierdzając, że prezydent Trump „na własne życzenie staje się postacią bez znaczenia w stosunkach transatlantyckich”, a jego postępowanie nazwał „nieodpowiedzialnym, groźnym i chaotycznym” . Jednocześnie nawiązał do sytuacji w Polsce stwierdzając, że – niezależnie od tego, co dzieje się na polu aktywności zagranicznej prezydenta USA, przychylne dotychczas Warszawie amerykańskie kręgi opiniotwórcze mają powody do obaw z tytułu zachodzących u nas zmian w systemie politycznym RP. Wysłał więc wyraźny sygnał, że na dotychczasowym kształcie przyjaźni polsko-amerykańskiej rysują się cienie i znaki zapytania, umiejętnie przypomniał, że w układach sojuszniczych obowiązuje respektowanie zasad, które legły u podstaw utworzenia NATO, czyli sojuszu militarnego państw demokratycznych.
Nie ulega wątpliwości, że Polska, destabilizowana ustrojowo i politycznie, unurzana w niegodne, żenujące awantury wewnętrzne, staje się dziś dla partnerów zagranicznych nieobliczalna, a przez to w stosunkach międzynarodowych – bezużyteczna. Gołym okiem zresztą widać, jak zmalała aktywność międzynarodowa Polski, bo kto dziś potraktuje poważnie premiera („bajarza”) M. Morawieckiego…? W tym zmieniającym się jakościowo świecie kreatorzy polskiej polityki zagranicznej niewiele mają przecież do zaoferowania. Minister Spraw Zagranicznych przeważnie milczy, być może wygodniej mu tkwić w roli „eksperymentu”, usytuowanego w oparach blaknącej fantasmagorii o „międzymorzu”. Obecny prezydent RP z różnych względów ( w tym przez swój ideologiczny anachronizm) nie udźwignie walki o pozycję Polski w Europie i świecie; złośliwie zauważam, że nawet Watykan wyciszył z nami kontakty.
W tej sytuacji, każdy kolejny miesiąc zatargów polityków PiS z Unią Europejską i jej instytucjami odsuwa nasze szanse na korzystne włączenie się Polski we wspólną politykę zagraniczną i obronną. Niestety, polityków PiS nie cechuje wyższy od przeciętnego stopień zaawansowania w politycznym myśleniu, a na dodatek to, co może na całej linii podważać do nich zaufanie – to notoryczne posługiwanie się kłamstwem jako narzędziem uprawiania polityki na wszystkich możliwych polach. Najważniejszym wydaje się jednakże zarzut, że z tych m.in. powodów cała ta „elita” PiS mentalnie nie jest w stanie wypracować atrakcyjnego dla większości społeczeństwa strategicznego podejścia do istoty polskiego interesu narodowego w zmieniającym się na świecie układzie sił . W naszej historii najnowszej ma to miejsce po raz pierwszy od ponad 70 lat i możemy srodze za to zapłacić!
Przed kilkoma tygodniami na łamach „Res Humana”, jeden z współtwórców SLD w przeszłości –Włodzimierz Cimoszewicz – zdefiniował polską rację stanu jako zespół najważniejszych, fundamentalnych interesów państwa, które – jego zdaniem współcześnie układają się w dwa bloki. Jeden to zapewnienie krajowi bezpieczeństwa zewnętrznego, drugi – zapewnienie obywatelom dobrobytu, dobrostanu. W dużej mierze podzielam ten pogląd, aczkolwiek wiem, że nie wszystko i nie zawsze jest takie proste, jak w podanej definicji.
W kontekście tym przypomnijmy, że po II wojnie światowej to wielkie mocarstwa określiły nasze miejsce w Europie, przystając również na to, aby Rzeczpospolita Polska została poddana politycznej kurateli ZSRR, co odbiło się na nas szczególnie boleśnie w okresie stalinowskim. Po podzieleniu stref wpływów, na politykach demokratycznego Zachodu nie robiły specjalnego wrażenia doniesienia, iż do końca lat 40. w naszych nowych granicach toczyła się wojna polsko-polska, która po obu stronach konfliktu już po zakończeniu działań wojennych pochłonęła ponad 100 tys. ofiar!
Warto zadać w tym miejscu pytanie, czy w tych skomplikowanych okolicznościach rządzący wówczas naszym krajem zachowywali się tylko bezwolnie i oportunistycznie, czy też potrafili racjonalnie określić – zwłaszcza po październiku 56. – polski interes narodowy, lub inaczej – polską rację stanu..?
Niewątpliwie, przesunięcie polskich granic na zachód nie było do końca akceptowane przez wszystkich przedstawicieli wielkich mocarstw, ustalających powojenny porządek Europy i świata. W tych okolicznościach dla władz Polski wyzwaniem najwyższej rangi stała się kwestia nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie, która na Konferencji Poczdamskiej nie została jednoznacznie potwierdzona. Dramatyzm wystosowanego przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej w lipcu 1945r memorandum do Konferencji w tej sprawie porusza swą wymową jeszcze i dziś; aż dziw bierze, że prawica nigdzie się na ten temat nawet nie zająknie, a przecież miało to swoje konsekwencje chociażby w postaci stałego utrzymywania pod bronią kilkuset tysięcznego Ludowego Wojska Polskiego i odbudowę własnego przemysłu obronnego, o którym obecna „elita” PiS mogła by tylko marzyć.
Towarzyszyła temu realizacja tak wielkiego wyzwania, jak konieczność przemieszczenia milionów Polaków ze Wschodu na Ziemie Zachodnie i Północne, zagospodarowanie tych ziem poprzez włączenie ich w spójny krwiobieg życia społecznego i gospodarczego.
Dodajmy do tego dokonanie masowego awansu społecznego z udziałem milionów, poprzez powszechny dostęp do państwowej służby zdrowia likwidacja licznych chorób społecznych (błonica, płonica, polio, gruźlica), dzięki bezpłatnemu dostępowi do oświaty i nauki na każdym poziomie – odbudowa wyniszczonej w czasie wojny inteligencji polskiej, odbudowa ze zniszczeń wojennych miast polskich, a w szczególności Warszawy. Długo by jeszcze wyliczać, co tym podłym „komunistom” udało się zrealizować bez zagranicznego wsparcia finansowego, bez pożyczek i zadłużenia. To nie była „prześniona rewolucja”, tym realnym zmianom nikt, kto nie kłamie, nie jest w stanie zaprzeczyć. Co prawda, realizacja szeroko zakrojonych, kosztownych przecież przedsięwzięć odbijała się na poziomie życia świata pracy. Z tych czasów pochodzi przecież określenie „siermiężny socjalizm” i jego następstwa w postaci cyklicznych robotniczych buntów o podłożu ekonomicznym.
W wymiarze zewnętrznym polska racja stanu rozumiana była przez konsekwentne prowadzenie polityki pokojowej, której celem w czasach zimnej wojny było uchronienie terytorium Polski od kolejnej wojny, tym razem z dużym prawdopodobieństwem – nuklearnej. Fachowcy przecież pamiętają, że ówczesna strategia NATO przewidywała 107 uderzeń głowic nuklearnych na linii Wisły! W interesie narodowym Polaków było więc zgłaszanie propozycji rozbrojeniowych, które pozwoliłyby uniknąć kolejnych działań wojennych na terytorium Polski. Temu m.in. służył Plan Rapackiego – polskiego ministra spraw zagranicznych w latach 1956-1968. Przyjęta w nim koncepcja strefy bezatomowej uważana jest do dziś za najbardziej znaną, uniwersalną inicjatywę rozbrojeniową polskiej dyplomacji.
Skutkiem polityki pokojowej i konsekwencji władz PRL był bez wątpienia układ między PRL a RFN o podstawach normalizacji i ich wzajemnych stosunkach, który podpisany został w Warszawie 7 grudnia 1970 r. przez Józefa Cyrankiewicza i Willego Brandta. Głównym kreatorem tego wydarzenia był I sekretarz KC PZPR – Władysław Gomułka, który – jak głoszą źródła – nie ufał do końca gwarancjom ZSRR, odnoszącym się do polskiej granicy zachodniej. Nie chciał, aby Polska stała się przedmiotem przetargu międzynarodowego na wzór tajnych rozmów Chruszczowa, prowadzonych z RFN w sprawie ewentualnego wycofania poparcia Związku Radzieckiego dla NRD. Stąd, 17 maja 1969 r., niespodziewanie dla przywódców ZSRR, Gomułka wygłosił w Warszawie przemówienie, w którym wystąpił z inicjatywą podpisania umowy z RFN. Wykorzystał przy tym sygnały, że w RFN nastąpi wkrótce zmiana układu rządzącego. Na jesieni 1969r odbyły się nad Renem wybory, które przyniosły sukces socjaldemokratom: kanclerzem RFN został Willy Brandt, ministrem spraw zagranicznych – koalicjant z FDP – Walter Scheell. W podpisanym układzie obie strony potwierdziły nienaruszalność „istniejących granic, teraz i w przyszłości”
W kontekście tym paradoksem historii stało się , że sukces ten nie uchronił jego głównego kreatora – W. Gomułki – od politycznego upadku, spowodowanego konfliktem z wielkoprzemysłową klasą robotniczą na tle podwyżek cen żywności. Gomułka nie rozumiał narastania sprzeczności między budzącymi się aspiracjami ludzi pracy, których podstawą był ich zawodowy rozwój, wkład wiedzy i pracy w budowę polskiej gospodarki, rodzącą się godność obywatelską, a skromnym poziomem wynagrodzeń i ograniczania indywidualnych możliwości, rażąco odbiegających od poziomu życia ludzi pracy najemnej w państwach zachodnioeuropejskich. System gospodarki nakazowo-rozdzielczej blokował możliwości zaspokajania wielu istotnych potrzeb społecznych.
Materialny i wolnościowy oddech złapało społeczeństwo dopiero w dekadzie Edwarda Gierka Zdając sobie sprawę z ograniczonej suwerenności, politycy ówczesnej lewicy ( „komuniści”) różnymi metodami starali się maksymalnie poszerzać margines zbiorowej i indywidualnej wolności, co na tle doświadczeń innych państw socjalistycznych pozwoliło nam czynić naszą kulturę i sztukę ciekawszą, bardziej otwartą na świat, naukę bardziej autonomiczną, a ówczesna polska publicystyka dziwnym trafem stawała się intelektualną i polityczną inspiracją również dla czytelników spoza granic naszego kraju.
W każdym razie, nie trudno przychodzi mi na podstawie faktów historycznych i wydarzeń zrekonstruować zawartość haseł wyższego rzędu, jakimi są „ polski interes narodowy”, czy „polska racja stanu” z okresu Polski Ludowej. Poświęciłam tej problematyce sporo miejsca z uwagi na rozmiar kłamstwa, jaki znajduję w opisach powojennych 45 lat. Uczestniczą w tym kłamstwie ludzie wielcy i mali, z przyczyn tylko im znanych kombinują na potęgę, jak zaprzeczyć temu, że na socjalizmie skorzystali. Zakłamują życiorysy swoich dziadów, ojców i własne. Nie wiem, czy są świadomi tego, że są w tym wszystkim śmieszni, a swą historyczno-polityczną mitomanią robią Polsce krzywdę.
Trzeciej RP towarzyszyłam z zaangażowaniem od początku, podobnie jak czyniła to zdecydowana większość polityków SLD. I w tym przypadku potrafię z grubsza opisać wszystko to, co wypełniało hasło „interesu narodowego”, czy polskiej „racji stanu”. W latach 90. lewica socjaldemokratyczna przyłożyła rękę do budowy nowego ustroju państwowego (demokracji pluralistycznej) i do uwolnienia procesów gospodarczych, czyli do akceptacji wolnej gospodarki rynkowej.
Byliśmy i jesteśmy dumni z u chwalonej w 1997 r. Konstytucji, ponieważ bardziej demokratycznej Polacy w swojej historii nie mieli. Głosi ona pochwałę kompromisu, pluralizmu, poszanowanie zróżnicowanych wartości i tradycji, praworządności i trójpodziału władz. Zawiera prawie kompletny katalog wolności i praw obywatelskich, a preambułę do Konstytucji uważam za arcydzieło polskiej myśli demokratycznej. W kategoriach kompetencji cywilizacyjnych, niezbędnych do przeprowadzenia udanej modernizacji życia społecznego i państwowego, lewica socjaldemokratyczna sprawdziła się jako siła polityczna, która w systemie demokracji liberalnej odpowiedzialnie współuczestniczyła w procesie urzeczywistniania konstytucyjnych zasad ustrojowych, wzorowanych na państwa Europy Zachodniej. W każdym razie należy stwierdzić, że z wprowadzeniem i respektowaniem nowych reguł instytucjonalnych poszło nam nad wyraz łatwo, choć niektórzy wypominali nam peryferyjność cywilizacyjną, czyli mentalnościowe niedostatki , charakterystyczne dla wschodu Europy.
Po uchwaleniu Konstytucji my wszyscy – „postkomuniści” – poparliśmy nasze strategiczne członkostwo w nowych sojuszach; najpierw w militarnym – NATO, a kilka lat później w gospodarczo –politycznym, czyli w Unii Europejskiej. Oba sojusze wymagają tego, aby zrzec się dla realizacji wspólnych celów części naszej suwerenności. W przypadku przystąpienia do Unii Europejskiej rząd SLD/UP oddał tę decyzję narodowi, który w referendum 7 i 8 czerwca 2003 r. miał odpowiedzieć na proste pytanie „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie do Unii Europejskiej?” Przypomnę, że w referendum tym wzięło udział 17 576 714 obywateli; za przystąpieniem opowiedziało się 13 514 872 głosujących (77,45 proc.), przeciw – 3 935 655 (22, 55 proc.). Frekwencja wyniosła 58 proc.. Najwyższe poparcie dla przystąpienia wyrazili w tym referendum mieszkańcy województw opolskiego, zachodniopomorskiego, śląskiego, lubuskiego, warmińsko-mazurskiego i pomorskiego (wszędzie ponad 80 proc.). Najmniej zwolenników przystąpienia było w lubelskim (63,23 proc.), podlaskim (68,63 proc.), podkarpackim (70,08 proc.) i łódzkim (71,34 proc.). W Warszawie 84 proc. mieszkańców było „za”. Sąd Najwyższy uznał referendum za ważne.
Z zapewnieniem społeczeństwu dobrostanu szło w III RP znacznie gorzej. Szczególne „zasługi” na tym polu odniósł rząd Akcji Wyborczej Solidarność (AWS) i Unii Wolności (UW), kierowany przez Jerzego Buzka, który „wypracował” kolosalną dziurę budżetową. Znów powiało gospodarczą grozą. Mało kto dziś wspomina, że wiecznie rozmodlony ówczesny przywódca „Solidarności” – Marian Krzaklewski z pozycji porównywalnej z tą, którą dziś zajmuje J. Kaczyński, pomógł skutecznie rozregulować gospodarkę. Po przegranych w roku 2000 wyborach prezydenckich ten przeciwnik obecności Polski w UE przeniósł się do Komitetu Ekonomiczno-Społecznego …..Unii Europejskiej, gdzie reprezentuje NSZZ „Solidarność”. Nie słyszałam, aby w tym gremium, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, skutecznie chrystianizował Europę. Niedawno pojawił się w Senacie, aby poprzeć narodowo-radykalną linię polityki PiS.
W latach 90. i później problemem dla większości polityków lewicy był sposób traktowania w domenie publicznej wartości egalitarnych, czyli równości, sprawiedliwości i bezpieczeństwa socjalnego. Przy odwoływaniu się do nich przez lewicę w debatach sejmowych natychmiast odzywali się urzędowi genetyczni demokraci, którzy w dyskusjach, odnoszących się do polityki społecznej ochoczo straszyli powrotem „komuny”, tak – jakby ludzie pracy najemnej w nowej rzeczywistości ustrojowej nie mieli prawa oczekiwać od państwa racjonalnego opiekuństwa socjalnego. W kontekście tym pojawiło się w charakterze straszaka pojęcie homo sovieticus, opisujące mentalność ludzi opornych na zmiany i nieprzystosowanych do życiodajnych procesów modernizacyjnych. Pomocną dłoń w tych wywodach podawali liberalnym ekonomistom czołowi polscy socjolodzy , wspomagając wszechobecne tezy propagandowe o zachowawczości i nieprzystosowaniu większości polskiego społeczeństwa do radzenia sobie w kapitalizmie według recept Sachsa/Balcerowicza.
Filozof Stanisław Rainko (znów na łamach „Res Humana”) słusznie zwraca uwagę na równoległe funkcjonowanie we współczesnych społeczeństwach wartości egalitarnych (patrz wyżej) i wartości liberalnych, czyli wolności, demokracji parlamentarnej, efektywnego rozwoju i praworządności, praw człowieka i obywatela. Autor ten jednak wątpi w to, czy oba typy wartości dadzą się łącznie urzeczywistniać, choć – dodałabym – w społeczeństwach pluralistycznych i demokratycznych oba są prawomocne. Myślę, że właśnie dlatego potrzebne są kompromisy, inaczej musi pojawić się groźba konfliktu społecznego na szeroką skalę. I jestem przekonana, że tego konfliktu nie uda się rozwiązać ciągotami populistycznymi, samowolą większości sejmowej, programem 500+, łamaniem Konstytucji, promowaniem jedności etnicznej i religijnej, atakiem na elity ( choć one są potrzebne każdemu ambitnemu społeczeństwu), wrogiego traktowania partnerów politycznych w kraju i zagranicą.
Mamy rok 2018 i za sobą bez mała trzyletnie rządy „Prawa i Sprawiedliwości” – partii, która po wygranych wyborach prowadzi nas na polityczne manowce, burząc z rozmysłem cały dotychczasowy dorobek już dwóch pokoleń Polek i Polaków. W stosunkach wewnętrznych drążą Polskę konflikty polityczne, w stosunkach zewnętrznych jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, licząc już chyba tylko na jednego „kolegę”, ale on jest daleko i na dodatek interesują go głównie Chiny i Rosja. Jakoś mi się nie wydaje, żeby w tej konstelacji przewidywał miejsce dla nas.
Wkrótce przyjdzie nam się dowiedzieć, czy celem strategicznym klanu Kaczyńskiego jest wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej i osadzenie nas na samotnej „wyspie wolności” w pisowskim tego pojęcia rozumieniu. Powstaje więc pytanie, czy Polki i Polacy godzą się na takie rozumienie interesu narodowego i polskiej racji stanu i co w tym kontekście ważne – jak oceniają te procesy politycy lewicy?

Głos lewicy

Zbieramy na Anię!

„SuperExpress” donosi:
Poważne problemy zdrowotne Anny Grodzkiej! Była posłanka zmaga się z potwornym bólem kręgosłupa, który utrudnia jej chodzenie! Pomóc może jedynie operacja kręgosłupa a później rehabilitacja. Problem w tym, że jest ona bardzo kosztowna dlatego w internecie trwa zbiórka pieniędzy na leczenie Grodzkiej.
Kiedy piszemy ten artykuł, na stronie pomagam.pl, gdzie trwa zbiórka funduszy na operację i rehabilitację Anny Grodzkiej widnieje kwota 26 tys zł. Organizatorem akcji jest jej wieloletnia przyjaciółka Lalka Podobińska. „Ania Grodzka. Czy jest ktoś, kto nie wie, kim jest Ania?
Pierwsza posłanka z transpłciową przeszłością. Osoba zaangażowana od lat w walkę o sprawiedliwość i równe prawa dla osób dyskryminowanych: pracowników, lokatorów, kobiet, mniejszości seksualnych, osób transpłciowych. Wielokrotnie nagradzana za swoją społeczną działalność zarówno w Polsce, jak i na forum międzynarodowym” – czytamy w opisie zbiórki.
Ale to nie wszystko. Grodzka od ponad trzech lat zmaga się też z poważną chorobą kręgosłupa, która utrudnia jej chodzenie a co za tym idzie ogranicza jej publiczną aktywność. Mimo codziennego bólu była posłanka stara się jak może działać w organizacjach pozarządowych.
„Pomóc może operacja kręgosłupa i rehabilitacja pooperacyjna. Taka operacja, uwzględniająca ryzyko z powodu jej wielu dodatkowych schorzeń, kosztuje. Ania z pomocą rodziny zebrała część funduszy na operację, ale to wciąż za mało. A z emerytury trudno jest uzbierać całość potrzebnej kwoty. Tymczasem problemy z chodzeniem i utrzymaniem równowagi nasilają się coraz bardziej. Potrzebna jest Wasza pomoc, choćby niewielka. Jeśli doceniamy to wszystko, co robiła do tej pory lub jeśli chcemy po prostu ulżyć jej w bólu, dorzućmy się do kosztownej operacji. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Ania zgodziła się na przeprowadzenie przeze mnie tej zbiórki” – czytamy dalej w opisie całej akcji.
Tymczasem kciuki za szybki powrót do zdrowia trzyma za Annę Grodzką jej wieloletni przyjaciel Robert Biedroń. – Anka jest żelazna.
Tyle przeszła w życiu, że i to wyzwanie przejdzie. Tylko dzisiaj potrzebuje naszej solidarności – wsparcia, którego przez lata ona nam udzielała, a dzisiaj my możemy jej udzielić. Życzę jej dużo zdrowia. Trzymaj się mocno Anka! – kibicuje Annie Grodzkiej za pośrednictwem „Super Expressu” prezydent Słupska Robert Biedroń.

 

Sztab SLD na wybory samorządowe wybrany

Szefem sztabu został Sekretarz Generalny SLD i radny Sejmiku Województwa Warmińsko-Mazurskiego Marcin Kulasek. A oto cała „złota dwunastka”, która poprowadzi partię w wyborach samorządowych:
Marcin Kulasek – Szef Krajowego Sztabu Wyborczego
Sebastian Gajewski – Pełnomocnik Wyborczy
Ewa Popowska – Pełnomocnik Finansowy
oraz członkowie sztabu:
Marek Dyduch
Anna Mackiewicz
Błażej Makarewicz
Ireneusz Nitkiewicz
Karolina Pawliczak
Tomasz Trela
Dariusz Wieczorek
Anna Zeitz
Anna-Maria Żukowska

Uchwała wchodzi w życie z dniem podjęcia.

Zarząd Krajowy SLD Warszawa, 24.07.2018 r.

Głos prawicy

Nerw na Dudę

Wpolityce.pl broni prezydenta Dudy przed gniewem suwerena:
Akcja Demokracja, organizator czwartkowej demonstracji pod Pałacem Prezydenckim wydała zabawne oświadczenie, w którym stwierdza, że to prezydent Andrzej Duda odpowiada za wydarzenia, które rozegrały się przed Pałacem Prezydenckim. Głowie państwa zarzuca się, że stanął „po stronie niszczycieli demokracji i naszych praw”.
„Czwartkowa demonstracja pod Pałacem Prezydenckim rozpoczęła się o godzinie 21, w momencie kiedy było już wiadomo, że Andrzej Duda podpisał ustawę przyspieszającą wymianę sędziów w Sądzie Najwyższym i wprowadzającą szereg innych zmian w sądownictwie, które uzależniają jeszcze bardziej sędziów od woli partii rządzącej” — czytamy na łamach „Gazety Wyborczej”.
Akcja Demokracja wbrew prawdzie twierdzi z uporem, że to policja zaatakowała demonstrantów. Mimo, iż wiadomo, że przebieg zdarzeń był zgoła odmienny. To demonstranci prowokowali i atakowali policjantów.
„W gęstniejącej, nerwowej atmosferze kilku policjantów użyło gazu łzawiącego wobec demonstrantów, na co wskazują: obszerny materiał wideo, fotografie oraz zeznania licznych demonstrantów. Wygląda na to, że policja uważa, że jest inaczej (jak wynika z ich oświadczeń) – powinna w takim razie przedstawić na to wiarygodne dowody” — pisze Akcja Demokracja.
To zabawne, bo w internecie jest bardzo wiele filmików, na których widać, że policjanci stoją opanowani i nie reagują na zaczepki i wyzwiska agresywnego tłumu. Organizatorzy protestu mają jednak własną narrację, której wbrew prawdzie uparcie się trzymają…I winą za „ostateczny demontaż niezależnego, wolnego od wpływów polityków PiS-u, sądownictwa” obarczają prezydenta Andrzeja Dudę, który ich zdaniem był ostatnią osobą, która mogła ten demontaż powstrzymać.
„Widzimy w tym olbrzymią odpowiedzialność Andrzeja Dudy. Podjął decyzję niezgodną z wcześniej złożoną przysięgą. (…) Zdecydował się stanąć po stronie niszczycieli demokracji i naszych praw” — oświadczyli.
Akcja Demokracja broni w swym oświadczeniu również agresywnie zachowujących się demonstrantów.
„Emocje i frustracja odważnych obywateli i obywatelek, którzy od 2015 roku stawiają czoła postępującemu rozmontowywaniu demokracji w Polsce, są zrozumiałe” —napisali.
I dodali:
„Jeśli policjanci przekroczyli swoje uprawnienia, powinni ponieść tego konsekwencje” —kwitują.
Jasno widać, że protestujący, wbrew prawdzie, chcą narzucić opinii publicznej własną narrację. To oni od początku prowokowali i obrażali policjantów, to oni w końcu pierwsi użyli gazu. Pod Pałac Prezydencki przyszli także z transparentami obrażającymi głowę państwa, ale to prezydent i rząd PiS mają ich zdaniem odpowiadać za przebieg czwartkowych wydarzeń. Żenujące i zabawne.

 

Kto Tuskiem wojuje…

„Do Rzeczy” przypomina przedpotopową wypowiedź byłego premiera:
Trwa dyskusja na temat granic protestowania oraz tego, jak wobec manifestujących powinni postępować funkcjonariusze policji.
W tle czwartkowe protesty przed Pałacem Prezydenckim. Agresywna grupa manifestantów niemalże zaatakowała funkcjonariuszy. Jeden z uczestników zajścia jest poszukiwany za naruszenie nietykalności cielesnej policjantów. Protestujący mieli rozpylić gaz łzawiący, na co tym samym, w obawie o bezpieczeństwo, odpowiedziała policja.
Ze strony niektórych polityków opozycji padają hasła o „brutalności” ze strony funkcjonariuszy, którzy mają być agresywni wobec „pokojowych protestów”. Jednak wiele wskazuje na to, że policja zachowała się wzorowo – nie prowokowała i nie dała się sprowokować.
Jeden z użytkowników Twittera, Waldemar Kowal, przypomniał nagranie sprzed 4 lat. Ukazuje ono fragment przemówienia ówczesnego premiera Donalda Tuska podczas obchodów Święta Policji w Warszawie. „Każdy kto łamie prawo i zagraża funkcjonariuszom, kiedy prawo chcą przywrócić, każdy kto podnosi rękę na polskiego policjanta, podnosi rękę na państwo polskie” – mówił wtedy były szef rządu.

Ekskomunika SLD

Zbliżają się wybory. Którą z partii poprze Kościół? Wszak politycy zawsze walczyli o względy biskupów.

 

W Polsce jest ponad 11 tysięcy parafii. Co niedziela na nabożeństwach spotyka się w kościołach 13 milionów wiernych. W diecezji tarnowskiej – ponad 70 proc. wszystkich mieszkańców. W diecezji łódzkiej – 24,8 proc. Żadna partia nie jest w stanie sprostać sile politycznego oddziaływania Kościoła. Agitacji 30 tysięcy księży – stających co niedziela na ambonach. Jeśli ci księża – oprócz religijnego – poczują również polityczne powołanie.

 

Grzeszny SLD

Ta zadziwiająca historia wydarzyła się parę dni temu. I natychmiast stała się hitem mediów społecznościowych. Jej bohaterem jest Błażej Makarewicz. Członek Sojuszu Lewicy Demokratycznej. I przewodniczący Federacji Młodych Socjaldemokratów – młodzieżówki SLD.
Błażej zdecydował się zostać ojcem chrzestnym. Zgodnie z regułami biurokracji watykańskiej, udał się do proboszcza rodzinnej parafii. By uzyskać zaświadczenie o bierzmowaniu. I takowe dostał. Jednak proboszcz parafii rzymskokatolickiej pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego w Pułtusku-Popławach czuł się w obowiązku donieść o swoich wątpliwościach co do chrzestnego ojcowania Makarewicza.
„Należy do SLD i często wypowiadał się przeciwko Kościołowi i księżom” – napisał w zaświadczeniu proboszcz z Pułtuska. Nie wiem, co złego mówił Makarewicz o Kościele i księżach? I nie moja to sprawa. Ale jako wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej muszę zapytać. Czy w świetle nauki Kościoła rzymskokatolickiego przynależność do SLD jest grzechem?
Cała sprawa byłaby śmieszna i nadawałaby się jedynie na newsa sezonu ogórkowego. Gdyby nie fakt, że zbliża się seria wyborów. Będąc obywatelami i obywatelkami świeckiego państwa nie możemy pozwolić, by w 11 tysiącach polskich parafii księża prowadzili kampanie wyborcze. Instruując 13 milionów wyborców. Którym partiom Bóg błogosławi. A z przynależności do których trzeba się spowiadać.

 

Jezus socjalista

Osobiście jestem zwolennikiem zostawiania sacrum religijności zdala od polityki. Religia to prywatna sprawa każdego z nas. Skoro jednak Krzysztof Gawkowski, wiceprzewodniczący SLD, już kilka lat temu zrobił religijny comming-out – zacytuję go. „Jestem Polakiem, katolikiem i socjaldemokratą. I jestem z tego dumny” – powiedział w wywiadzie dla Rzeczpospolitej w 2013 roku.
Gawkowski twierdzi, że nie ma sprzeczności pomiędzy zapisami biblijnymi i tym, o co walczą socjaliści. „Mam w głębi duszy przekonanie, że Chrystus był pierwszym socjalistą” – stawia dość odważną tezę. I dodaje: „Ewangelię zawsze odczytywałem jako wezwanie do likwidowania nierówności, dążenie do pokoju i braterstwa”. Z tym ostatnim zdaniem trudno się nie zgodzić. „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (Mt. 19,24) – mówił dwa tysiące lat temu „pierwszy socjalista”. Doradzając bogaczowi podzielenie się swoim majątkiem z ubogimi.
Ale zostawmy na boku biblijne dysputy. Bo problemem katolickiej Polski nie są słowa Jezusa. Ani papieża Franciszka. Problemem jest arogancja funkcjonariuszy Kościoła. Żądza władzy. I pieniędzy.

 

Najwyższa kasta

Źle się stało, że politycy III RP zgodzili się na podpisanie konkordatu z Watykanem. Sam konkordat to zaledwie 29 artykułów – niewiele w zestawieniu z 243 artykułami polskiej Konstytucji. Zresztą zdecydowana większość zapisów konkordatu jest oczywista i niekontrowersyjna. Nudna – powiedziałbym.
Groźniejszy jest sam fakt istnienia umowy, która jakiś zakres kompetencji państwa polskiego oddaje państwu watykańskiemu. I stawia Kościół rzymskokatolicki ponad polskim prawem i Konstytucją. Pierwszy przykład z brzegu. Jeśli którejś władzy udałoby się zebrać większość konstytucyjną w Sejmie, może przewrócić zapisany w Konstytucji porządek prawny do góry nogami. Ale żeby dzień 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, na powrót stał się w Polsce dniem roboczym – na to musi wyrazić zgodę Watykan.
Szkoda, że budując zręby III RP nie wykorzystano modelu francuskiego. Tam kościoły i związki wyznaniowe funkcjonują w oparciu o zapisy ustaw o stowarzyszeniach i fundacjach. Mając równe prawa i obowiązki z innymi organizacjami pozarządowymi. Wówczas taka sama transparentność działań i finansów dotyczyłaby zarówno Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka jak i Archidiecezji Warszawskiej kardynała Nycza.

 

Nycz Tower

Kościół nie płaci podatku od nieruchomości. Ba, żaden z polskich urzędów nie ma pojęcia, ile ziemi jest w rękach Kościoła. Będąc w Sejmie, pytałem o to w jednej z interpelacji. Szacuje się, że zmieściłoby się u nas 2000 Watykanów.
Kościół nie prowadzi ewidencji zbiórek publicznych. Nie zapisuje w księgach rachunkowych tego, co trafia co niedziela na tace w 11 tysiącach parafii. Bo ksiąg rachunkowych prowadzić nie musi. A rocznie to kwota sięgająca 8 miliardów złotych. Tymczasem księżowski podatek dochodowy stanowi ułamek tego, co musi płacić fiskusowi Kowalski bez sutanny.
Zawieszeni między Warszawą i Watykanem, biskupi na serio zabierają się za biznes. W samym centrum Warszawy Archidiecezja Warszawska zamierza zbudować 180-metrowy… Nie, nie kolejny kościół. Nowoczesny wieżowiec. Z biurami do wynajęcia. Ma się nazywać Roma Tower, ale warszawiacy już ochrzcili go mianem Nycz Tower. Jeśli po zbudowaniu okaże się, że czynsz z wynajmu wieżowca przeznaczony zostanie na potrzeby Kościoła, fiskus nie zobaczy ani złotówki. Istne kościelne eldorado.
Jeśli już mowa o kościelnych „drapaczach chmur”, wolę Chrystusa ze Świebodzina. Jadąc nad morze parę dni temu, podziwiałem to 36-metrowe „arcydzieło sztuki sakralnej”. Miejscowi twierdzą, że po jego wybudowaniu, wzrosły obroty pobliskiego Tesco. Chrystus stojący naprzeciwko, gestem rozłożonych rąk, zaprasza do robienia zakupów w supermarkecie.

 

Ślub Tuska

Dysponując licznymi przywilejami, biskupi muszą dbać o ich zachowanie. A w czasach rządów takich jak dziś – o poszerzanie wpływu Kościoła. Podobno na ostatniej prostej są przygotowania pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego do wydania werdyktu w sprawie aborcji. Trudno mieć złudzenia, że okaże się korzystny dla kobiet. A potem Jarosław Kaczyński bezradnie rozłoży ręce. To nie on zadecydował, by nakazać kobietom rodzenie niepełnosprawnych dzieci. Częstokroć skazanych na cierpienia i rychłą śmierć. To Trybunał. Ale pisowski Sejm jak najszybciej wykona wyrok Trybunału Konstytucyjnego i przegłosuje zakaz aborcji. By zdążyć przed wyborami.
Bo politycy, nie tylko ci z Prawa i Sprawiedliwości, przed wyborami stają się jakby bardziej religijni. Tak jest od lat. Donald Tusk po 27 latach małżeństwa, w 2005 roku doszedł do wniosku, że brak mu ślubu kościelnego. I klęknął przed ołtarzem. Dziwnym trafem, tuż przed wyborami parlamentarnymi i prezydenckimi. Choć niejednokrotnie zapewniał wyborców, że przez biskupami klęczeć nie zamierza.

 

Świeckie państwo

Dzisiejszy Sojusz Lewicy Demokratycznej musi konsekwentnie bronić świeckiego państwa. Naprawiając również błędy poprzedników. Bo nie zawsze stali oni naprzeciwko biskupów w pozycji wyprostowanej. Przecież to za czasów rządów lewicy zaczęto wypłacać pensje katechetom z kieszeni podatników.
Wypowiedzenie lub renegocjacja konkordatu. Religia w salkach przykościelnych. Decyzja o aborcji w rękach kobiet, a nie księży. In-vitro dla młodych rodziców. Związki partnerskie – dla partnerów i partnerek. I koniec z rozdawnictwem publicznych pieniędzy. Miliardów dla katechetów. Milionów na wody termalne Rydzyka. I świątynie. Niech politycy lewicy głośno zapewniają o tych atrybutach świeckiej Polski. Również przed wyborami.
To za to oberwał Makarewicz od prowincjonalnego księżunia. Za świeckie państwo, o które zabiega jego partia. Mówi się: trudno. Nawet jak ojcem chrzestnym nie zostanie.

 

Zbliżają się wybory

Zbliżają się wybory. Którą z partii poprze Kościół? Dla obywatela świeckiego państwa odpowiedź może być tylko jedna. Żadną! Ale nie w Polsce.
Wszyscy widzieliśmy w telewizji Jarosława Kaczyńskiego. Beatę Szydło. Mateusza Morawieckiego. Przemawiających sprzed ołtarza na Jasnej Górze w Częstochowie. Pamiętamy posłanki i posłów Platformy Obywatelskiej. Gremialnie uczestniczących w corocznych rekolekcjach. W Łagiewnikach. W klasztorze w Tyńcu. I na Świętej Górze w Gostyniu. Wraz z innymi modlił się Grzegorz Schetyna – donosiły o tym media. „Zostaliśmy duchowo nakarmieni” – mówił po jednym z takich spotkań Rafał Grupiński, do niedawna szef klubu parlamentarnego PO.
To się kiedyś nazywało unią tronu i ołtarza. Gdy pojęcie świeckiego państwa nie istniało. A dzisiaj? To nic innego jak korupcja polityczna. Świeckich polityków. I tych w sutannach. My o was dobre słowo z ambony. I delikatna sugestia, przy którym nazwisku postawić wyborczy krzyżyk. A wy nam odkroicie plasterek ze świeckiego państwa. Zrezygnujecie z in vitro. Nie zlikwidujecie funduszu kościelnego. Wprowadzicie zakaz aborcji. A poza tym: dacie więcej pieniędzy na wody termalne. I zgodę na wieżowiec w centrum Warszawy. Istne pomieszanie sacrum i profanum!
„A Jezus wszedł do świątyni i wyrzucił wszystkich sprzedających i kupujących w świątyni. (…) I rzekł do nich: «Napisane jest: Mój dom ma być domem modlitwy, a wy czynicie z niego jaskinię zbójców»” (Mt 21:11-13).

 

***

W poprzedniej kadencji Sejmu, Sojusz Lewicy Demokratycznej złożył projekt ustawy zakazującej prowadzenia agitacji wyborczej w kościołach. Oczywiście, głosami POPiS-u i PSL-u projekt przepadł. Ale za rok, po powrocie posłanek i posłów SLD do parlamentu, do tego tematu z pewnością wrócimy.

Ranking prezydencki

Przeprowadzane od lat rankingi popularności polskich prezydentów zawsze dowodzą, że najpopularniejszym z nich jest Aleksander Kwaśniewski. W ostatnim badaniu wskazało na niego 30 procent pytanych. Lech Kaczyński cieszy się zaufaniem tylko 10 procent Polaków. Można powiedzieć, że Kwaśniewski jest trzy razy popularniejszy od Kaczyńskiego. Tymczasem mało popularnemu prezydentowi Kaczyńskiemu postawiono już kilkanaście pomników w kraju, jego imię nosi setki ulic i placów. Kwaśniewski, ponieważ żyje, nie ma jeszcze żadnych pomników. Może kiedyś doczeka się jednego i to powinno wystarczyć.
Nawałnica propagandowa i pomniki wcale nie podnoszą notowań i nieżyjący prezydent nie zostanie przez Polaków uznany za Wielkiego, który wywiódł Polskę z niewoli i zginął (został zamordowany?) w Smoleńsku, by zbawić nasz kraj. Taki jest podtekst tych zabiegów. Póki co, kreowanie nowej religii, z Kaczyńskim jako zbawcą narodu, nie znajduje szerszego uznania w społeczeństwie. Fakt, że wraz z pomnikami upamiętnia się wszystkie ofiary katastrofy to sprawa drugorzędna. Liczy się przede wszystkim prezydent Kaczyński. Wszystkie pozostałe ofiary to swoisty backgraund, który stanowi tło dla wielkości kreowanego na zbawcę prezydenta Kaczyńskiego. Tymczasem obywatele swoje wiedzą. Lech Kaczyński był bardzo przeciętnym prezydentem, choć na pewno lepszym od prezydenta Dudy, który ma jednak lepsze notowania od wcześniej wspominanego. Takich paradoksów u nas nie brakuje. Prezydent Duda aktualnie sprawuje urząd i pewnie stąd te tymczasowe, wysokie notowania. Tak miał każdy prezydent. Najniżej notowani byli, w trakcie urzędowania, Wałęsa i Kaczyński.
Tak więc odgórne kreowanie wielkości lub prawie boskości prezydenta Kaczyńskiego to jedno, a faktyczna ocena przez obywateli jego prezydentury to drugie. Sam prezydent Kwaśniewski, po zakończeniu urzędowania niczego już w polityce nie dokonał. Poszukiwanie przez niego alternatywnych rozwiązań na lewicy nie powiodło się, a mimo to, w ocenie pytanych prezydentem wielkim był. Prezydenta Kaczyńskiego obywatele oceniają znacznie gorzej i propagandowe wzmożenie nic tu nie zmieni. Za ileś lat obywatele będą obojętnie przechodzić obok licznych pomników prezydenta Kaczyńskiego, a w dobrej pamięci będą mieli prezydenta Kwaśniewskiego.

W oczekiwaniu na przesilenie

Partie opozycyjne atakują PiS, a notowania rządzących są nadal bardzo wysokie.

 

PiS demoluje Konstytucję, ale jego popularność, w społeczeństwie kochającym wolność (?) nie spada. Czy kiedyś spadnie? Raczej nie liczyłbym na to, że obywatele teraz, gremialnie zaprotestują przeciwko takim praktykom. Dostali oni pokaźny zastrzyk socjalu do ręki, obietnice rozliczenia jakichś złodziei – polityków i że w końcu nikt nie będzie kradł. I to na razie wystarcza. Są także dalsze obietnice dobrych zmian. Żołnierze i młodsza kadra oficerska nie kochali Macierewicza za to, że obiecał im nowe karabinki, ale ze to, że dostali pokaźne podwyżki pensji. Gdybym kazał wybrać przeciętnemu Polakowi co woli: 500+ czy niezależność sądów i tylko albo jedno, albo drugie, z pewnością wybierze 500+. Wolność sądów wybierze garstka obywateli. Gdyby było inaczej notowania PiS leciałyby na łeb, na szyję.
Jednak dobra zmiana nie dotarła do wszystkich. Burzą się setki tysięcy pracowników administracji, gdzie od lat nie było podwyżek. Urzędnik średniego szczebla zarabia najwyżej 3 tys. brutto. Ich PiS-owscy nadzorcy mają się zdecydowanie lepiej. Urzędnicy rozproszeni są w tysiącach urzędów w całym kraju i trudno im zespołowo upomnieć się o swoje prawa. Na dobrą zmianę czekają nauczyciele, pielęgniarki i inni pracownicy służby zdrowia. Na podwyżki czekają policjanci i inne służby mundurowe. Okazuje się, że najwyższe zarobki są w firmach z kapitałem zagranicznym. Te wysokie zarobki skutkują także wyższymi wpływami z podatków do budżetu. Jednak rząd wskazuje na te firmy jako wyzyskiwaczy i złodziei. Święte one nie są, ale kłamstwo ma swoje granice. Patrząc na marne pensje pracowników administracji i służb państwowych można powiedzieć, że nasze państwo jest bardzo biedne. Rząd natomiast twierdzi, że budżet jest w stanie doskonałym, ale nie jest z gumy. To taki oksymoron premiera Morawieckiego.
Kiedy wreszcie milionom oszukanych pracowników, zależnym od państwa, puszczą nerwy i dogadają się obrońcami sądów, PiS znajdzie się w opałach. Działalność partii opozycyjnych będzie miała znaczenie drugorzędne. Pierwszorzędne znaczenie ma zawartość kieszeni. Tak było, jest i będzie. Nie jesteśmy przy tym żadnym wyjątkiem wśród europejskich nacji. Po drugiej stronie oczekujących na dobrą zmianę jest śmietanka PiS-u, która obsiadła spółki skarbu państwa i pławi się w milionach. To oni, dzisiaj, w imieniu klasy pracującej, są głównymi konsumentami wysiłku ludu pracującego. W polityce żartuje się, że Pan Bóg jest życzliwy dla władzy dopóki się na niej nie pozna. Podobnie rzecz ma się z wyborcami. Na PiS-ie jeszcze się nie poznali. Ale to wszystko kwestia czasu. Platformie Obywatelskiej ufali przez osiem lat i w końcu przestali.

Rozstrzygnięcie na ulicach

„Sekwencja działań PiS-u jest bardzo przemyślana. Najpierw program 500 Plus, potem przejęcie TK i wielka kampania oszczerstw przeciwko sędziom, zapowiedź kolejnych pieniędzy dla wszystkich, tym razem na wyprawkę szkolną, a dopiero potem zamach na SN”. Z dr Anną Materską-Sosnowską z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Prof. Maciej Gutowski w ostatniej rozmowie z nami przywołał książkę Stevena Levitsky’ego i Daniela Ziblatta „Jak umierają demokracje” i wskazał, że jesteśmy na tej właśnie drodze. Jesteśmy?

ANNA MATERSKA-SOSNOWSKA: Rzeczywiście tak umierają demokracje, ale zawsze jest nadzieja na odrodzenie. Gdy argumenty polityki przegrywają z argumentami prawa, to mamy zachwiane to, co jest podstawą państwa demokratycznego, czyli trójpodział władzy. W samym trójpodziale władzy najważniejsza jest niezależność i niezawisłość sędziów. Jeżeli jest ona podporządkowywana w sposób polityczny, siłowy, to nie ma miejsca na demokrację, bo jak prawa obywatela będą chronione? W tym miejscu jesteśmy i widzimy ten proces od ponad roku na własne oczy.

 

Jakie to może mieć konsekwencje?

Myślę, że nikt dzisiaj nie jest w stanie dokładnie przewidzieć, jak to się skończy, ale konsekwencje będą raczej bolesne.
Na razie opozycja, nie tylko ta parlamentarna, mam na myśli całe środowisko opozycyjne, wygrywa pojedyncze bitwy, ale do wygrania wojny jest jeszcze daleko. Czekamy też na to, co powie Trybunał Sprawiedliwości UE.
Jak to się może skończyć? Proponuję spojrzeć na Węgry lub na inne państwa, gdzie demokracja została bardzo silnie ograniczana. Warto pamiętać, jak powstają autorytaryzmy, co się wtedy dzieje i jaka jest sekwencja zdarzeń. Nie trzeba sięgać pamięcią daleko, wystarczy popatrzeć na dzisiejszą Turcję, gdzie dochodzi do aresztowań sędziów, przedstawicieli mediów czy środowiska akademickiego.

 

Najnowszy sondaż CBOS daje 40 proc. Zjednoczonej Prawicy, 16 proc. Platformie Obywatelskiej, później Kukiz, SLD i Nowoczesna. Czy PiS rzeczywiście ma takie poparcie?

Moim zdaniem nie. Warto też ten sondaż zderzyć z badaniem z zeszłego tygodnia o tym, czyja jest wina w sporze z UE o sądy. Większość wyraźnie wskazuje, że rządu. Niemniej prawdą jest, że PiS ma stałe poparcie ponad 30 proc. Warto jednak podkreślić, że mówimy PiS, a tak naprawdę to jest wynik trzech partii, tymczasem opozycja jest rozproszona. Proszę też zwrócić uwagę, że na protestach przed sądami byli politycy, ale w tłumie, z mównicy nie przemawiali. Tu widać wyraźnie, że aktywizują się ruchy społeczne. Dlatego też tak się zawahałam przy odpowiedzi na pani pierwsze pytanie, czy umiera właśnie na naszych oczach demokracja.
Pytanie oczywiście, jak ta siła społeczna zostanie spożytkowana i jak to się przełoży na dalsze działania, a także czy dojdzie do porozumienia ruchów opozycyjnych, ale niewątpliwie obserwujemy tu poruszenie.

 

Czy to społeczne poruszenie nakręca się wraz z widocznym oporem sędziów? Te środowiska działają na siebie? Przy przejęciu Trybunału Konstytucyjnego nie było tak masowych protestów.

To jest bardziej skomplikowane, dlatego że przy TK mniej osób zdawało sobie sprawę z konsekwencji działania władzy, dodatkowo w przestrzeni publicznej głośna była narracja, że PO też tak robiła. W przypadku SN mamy do czynienia z absolutnym działaniem władzy wbrew konstytucji, z podważaniem fundamentów państwa prawa. Środowiska sędziowskie ostrzegały przed tym już rok temu, kiedy trwały protesty. Teraz nie tylko sędziowie, ale adwokaci, radcy prawni, sądy i organizacje zagraniczne ostrzegają przed niebezpieczeństwem działań większości rządzącej. Obraz stojących przed SN prawników z przewieszonymi togami był symboliczny i wstrząsający.

 

Czy sędziowie mogą wygrać, czy to tylko kwestia czasu?

Pytanie, co oznacza zwycięstwo sędziów. Jak można wygrać jakikolwiek spór z władzą, która nie przestrzega reguł. Gdyby te reguły były przestrzegane, to oczywiście, że prawo jest po ich stronie, ale jeżeli nie gramy według tych samych zasad, to co oznacza wygrana? Nie zapominajmy, że władza ma wszystkie instrumenty, włącznie z siłowymi.
A co mogą sędziowie? Wygraną sędziów jest opór, który teraz stawiają, zjednoczenie środowiska, to, jak orzekają i w jaki sposób przestrzegają litery prawa. To nie jest spektakularna wygrana, gdzie rząd się cofnął i ustąpił. Jeszcze nie, chociaż nie twierdzę, że tak nie będzie.
Oczywiście, że na razie brną dalej i nie chcą się wycofać z podjętych działań, ale poczekajmy na orzeczenie TSUE.

 

Wiemy, że opozycja powinna się jak najbardziej jednoczyć, aby konkurować z PiS. Czy to jest możliwe?

Opozycji jest się bardzo trudno zjednoczyć, dlatego że ma różne interesy i różne programy. Dodatkowo takie momenty sprzyjają powstawaniu nowych sił, które też muszą zawalczyć o swoją identyfikację. To, co dzieje się teraz w Polsce, może okazać się w tym kontekście demokracjotwórcze; wystarczy spojrzeć na aktywność nowych ruchów społecznych. Pytanie, które się nasuwa, to czy „nowi” dogadają się ze „starymi”, bo idee to jedno, a pragmatyka polityczna to drugie.
Jeżeli teraz się nie zjednoczą, to czy za następne 4 lata będą jeszcze demokratyczne wybory?
Moim zdaniem wybory jako takie będą. Bardziej upatrywałabym tutaj modelu węgierskiego, poza tym nawet w państwach autorytarnych czy totalitarnych są wybory. Pytanie, na jakich zasadach i jak będzie wyglądał pluralizm w Polsce.
Przypomnę, że na Białorusi i w Rosji również są wybory, ale co z tego? W sytuacji, gdy władza potrafi zmieniać fundamentalne przepisy w kilka godzin, opozycja jest, co tu ukrywać, w trudnej sytuacji.

 

Czyli już po wszystkim? Demokracja jednak umiera na naszych oczach?

Chciałabym zwrócić uwagę na coś innego. Odnoszę wrażenie, że ostatnio władza pozwala sobie jednak na zbyt wiele, nawet zważywszy na pobłażliwość wyborców w stosunku do rządzących. Wydaje mi się, że następuje daleko posunięta eskalacja nastrojów, że może nastąpić przełamanie.
PiS-owi nie wszystko wyszło jak planował. Po pierwsze, z premiera Morawieckiego nie udało się zrobić wielkiego europejskiego polityka, a jego ostatnie wystąpienie w PE było czymś nieprawdopodobnym. Takie wystąpienia, zawierające półprawdy i niedopowiedzenia, są niestety standardem w polskim Sejmie, gdy marszałek blokuje wypowiedzi opozycji. W Europie nie takich autokratów już widziano, a europejscy politycy doskonale wiedzą, jakim kodem posługują się tego typu ludzie. Premier został bardzo boleśnie wypunktowany i nie obronił tych reform w Europie. Konsekwencje łamania prawa są nieuchronne.
Po drugie, ważny jest też opór sędziów, gdy minister Ziobro zaczął wymieniać prezesów sądów.
Moim zdaniem władza nie spodziewała się oporu. Tak samo jak tego, że środowiska prawnicze, adwokaci, radcy prawni, sędziowie zjednoczeni staną murem za Pierwszą Prezes SN, panią Małgorzatą Gersdorf. Oczywiście, od każdej zasady znajdą się wyjątki, ale generalnie postawa środowiska jest bardzo budująca.
Czy półtora roku temu powiedziałybyśmy, że te środowiska będą miały taką niezłomna postawę? Ja osobiście jestem pełna podziwu dla prokuratorów, którzy głośno protestowali i występowali przed SN. Oni ryzykują najwięcej.

 

Czy może dojść do rozstrzygnięcia na ulicach?

Patrząc na to, jak eskaluje sytuacja, jest to jeden z możliwych scenariuszy. Z drugiej jednak strony protesty przed sądami będą się wypalać, wiele zależy teraz od sędziów i opozycji. Oni muszą mieć pomysł na następny krok. Nie wierzą bowiem, by PiS się cofnął. No, chyba że pod wpływem zdecydowanych decyzji ze strony UE.

 

Kto powinien ten plan wymyślić, przedstawić? Lider największej partii opozycyjnej?

Grzegorz Schetyna jest liderem opozycji parlamentarnej, której zadaniem jest przede wszystkim walczyć w Sejmie. Oczywiście instrumenty mają dziś bardzo ograniczone. Odbiera się im kolejne prawa i możliwości działania, nakłada kary i utrudnia funkcjonowanie. Inne zadania stoją przed opozycją pozaparlamentarną. Ważne jest, aby te siły zostały połączone, bo potrzebne jest długofalowe, konsekwentne działanie.
Sekwencja działań PiS-u jest bardzo przemyślana. Najpierw program 500 Plus, potem przejęcie TK i wielka kampania oszczerstw przeciwko sędziom, zapowiedź kolejnych pieniędzy dla wszystkich, tym razem na wyprawkę szkolną, a dopiero potem zamach na SN.
Dlatego po drugiej stronie potrzebne jest spokojne, długofalowe, zaplanowane działanie. Opozycja musi znaleźć pozytywny przekaz i budować jak najszerszą wspólnotę, bo czeka ją trudny czas naprawy.

Jeden kraj, jedna flaga i jeden wódz – po turecku

Recep Tayyip Erdoğan dopiął swego – wygrał w pierwszej turze wybory prezydenckie. Przez ponad piętnaście lat rządził Turcją jako premier, potem prezydent, teraz będzie głową państwa o znacznie szerszych, zagwarantowanych przez zmienioną konstytucję uprawnieniach.

 

Oficjalne wyniki po zliczeniu 97,7 proc. kart wyborczych wskazują na sukces dotychczasowego prezydenta w pierwszej turze, chociaż nie jest to zwycięstwo przytłaczające. Erdoğanowi nadal ufa, według państwowej agencji informacyjnej Anadolu, 52,5 proc. obywatelek i obywateli. Jego najpoważniejszy rywal, Muharrem Ince z kemalistowskiej Republikańskiej Partii Ludowej, po brawurowej kampanii wyborczej liczył na drugą turę wyborów. Wywalczył jednak „tylko” 30,8 proc. Nieco ponad 8 proc. zagłosowało na przebywającego w więzieniu Selahattina Demirtasa, byłego współprzewodniczącego lewicowej i prokurdyjskiej Demokratycznej Partii Ludowej (HDP). Nacjonalistka Meral Aksener osiągnęła wynik 7,4 proc.

Równocześnie Turcy głosowali w wyborach parlamentarnych. Tutaj również na pierwszym miejscu znalazła się Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (42,4 proc. głosów). Jej nacjonalistyczny koalicjant, MHP, dołożył 11,2 proc. Po stronie opozycyjnej pierwszą siłą znowu okazali się kemaliści z 22,7 proc. Oznacza to, że partia rządząca i jej coraz bardziej wpływowy koalicjant będą mieć w 600-osobowym parlamencie odpowiednio 293 i 49 miejsc – wystarczająco, by mieć większość, ale nieznacznie za mało, by była to większość konstytucyjna. Republikańska Partia Ludowa wywalczyła 146 mandatów, 45 przypadnie jej sojusznikom w szerokiej koalicji Sojusz Narodowy. Można się spodziewać, że współpracę z kemalistami podejmie w parlamencie HDP, która z wynikiem 11,1 proc. wprowadzi do ciała ustawodawczego 66 reprezentantów. Pytanie tylko, czy tureckie władze pod pierwszym nadarzającym się pretekstem nie wyeliminują ich z parlamentu jako „ekstremistów”.

To wszystko oficjalne dane – tymczasem jeszcze w trakcie głosowania napływały doniesienia o nieprawidłowościach i fałszerstwach. Alarmowano, iż głosy oddane na HDP i jej reprezentanta są niszczone i nieuwzględniane przy liczeniu. Do tego, by patrzeć na ręce komisjom wyborczym, wzywali również kemaliści. Już po ogłoszeniu wyników oficjalne stanowisko o uznaniu wyborów za nieuczciwe wydały trzy największe partie opozycyjne.

Prezydent Erdoğan oczywiście żadnych problemów nie zauważył. – Mam nadzieję, że nikt nie będzie próbował podważać wyników wyborów i szkodzić demokracji, by przykryć własne niepowodzenie – powiedział do tłumu wiwatujących wyborców. Pełne wyniki będą znane za kilka dni. Wybory odbyły się przy rekordowej 87-procentowej frekwencji.

Koniec ery Erdoğana?

24 czerwca w niedzielę w Turcji odbywały się przyspieszone wybory parlamentarne i prezydenckie. Dla Turcji są one bardzo ważne, gdyż wraz z nimi zmienia się system rządów na prezydencki. Obywatele, obok parlamentu, wybiorą także prezydenta, w ręce którego powierzą całą władzę w kraju. Kraj wszedł w ostatni zakręt, sondaże pokazują, że stołek Erdoğana tym razem naprawdę jest zagrożony.

 

Drogę, która doprowadzi być może do kresu rządów Erdoğana, otworzył lider Partii Ruchu Narodowego (MHP) Devlet Bahçeli. Bahçeli, widząc rosnącą siłę Dobrej Partii, która powstała w wyniku rozłamu w jego partii, nie chciał tracić więcej elektoratu i w połowie kwietnia wezwał Erdoğana do przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Ten z kolei, widząc zbliżający się wielkimi krokami kryzys gospodarczy, z obawy przed jego potencjalnym przełożeniem na wybory, które miały być przeprowadzone w listopadzie 2019, odpowiedział na to wezwanie pozytywnie.

 

Na dobiegu

Po dwumiesięcznej, oszałamiającej kampanii do wyborów zostało tylko kilka dni. W wyborach prezydenckich wystartuje 5 kandydatów: Recep Tayyip Erdoğan jako kandydat Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz MHP, Muharrem İnce – z ramienia kemalistowskiej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP), Selahattin Demirtaş – jako przedstawiciel Ludowej Partii Demokratycznej (HDP) Meral Akşener – to z kolei kandydatka Dobrej Partii (İyi Parti), Temel Karamollaoğlu – Partii Szczęśliwości i Doğu Perinçek – Partii Patriotycznej. Według nowej ustawy do zwycięstwa potrzeba 50 proc. poparcie elektoratu. Jak podają sondaże (jeśli nie są one prorządowe) w pierwszym turze żaden z tych kandydatów nie uzyska takiego poparcia. Szacuje się, że Erdoğan uzyska najwyżej 45 proc. głosów, a İnce ok. 30 proc.

I tu się zaczyna czarny scenariusz, który spędza sen z powiek Erdoğana. Wszystkie partie opozycyjne ogłosiły bowiem, że jeśli będzie druga tura wyborów prezydenckich, to poprą Muharrema İnce. A ten, dzięki populistycznemu dyskursowi podczas kampanii uzyskał do tej pory więcej poparcia obywateli niż jego partia. Jako nauczyciel fizyki obiecuje ludziom m. in. nanotechnologię i przyciąga na swoje wiece dziesiątki tysięcy ludzi. Rządzący Turcją od prawie 16 lat Erdoğan, do dyspozycji którego są wszystkie instrumenty państwa, już nie mówi do wypełnionych po brzegi placów. Obiecuje wyborcom zniesienie stanu wyjątkowego trwającego od dwóch lat, mocniejszą gospodarkę oraz więcej wolności. İnce odpowiada na to: Kto cię powstrzymuje przed zniesieniem stanu wyjątkowego? Dlaczego zrobisz to po wyborach, a nie teraz? Więcej wolności i mocniejsza gospodarka? Przecież rządzicie od 16 lat i to samodzielnie. Dlaczego nie mogliście tego dokonać?

 

Wolność czy keksiki?

W XXI wieku Erdoğan w ramach kampanii obiecuje obywatelom ogrody ludowe, w których lud turecki wraz z dziećmi oraz wnukami będzie leżeć i się turlać, oraz kawiarnie ludowe, w których gości będzie się częstować darmowymi herbatami, ciastami, napojami o smaku pomarańczy czy cytryny. Na te obietnice İnce znowu odpowiada: „Ja mówię hak, hukuk, adalet – wolność, prawo, sprawiedliwość, a on mowi çay, kek, oralet – herbata, ciasto, napój o smaku owocowym. Kto chce ciasto, niech zagłosuje na Erdoğana, kto chce pracę w fabryce, niech zagłosuje na mnie”. Na razie wygląda na to, że w tym wzajemnym dogryzaniu sobie zyskuje W czarnym dla Erdoğanaİnce, jednak przed nim jeszcze daleka droga, żeby przegonić Erdoğana.
Jeśli chodzi o wybory parlamentarne, to partia Erdoğana AKP wystartuje z MHP pod nazwą Sojusz Ludu. Odpowiedź opozycji na ten krok nie była spóźniona. CHP, Dobra Partia oraz Partia Szczęśliwości stworzyły Sojusz Narodowy. To już pewne, że wszystkie te partie wejdą do parlamentu, jednak koszmar Erdoğana stanowi ewentualne przekroczenie progu wyborczego przez HDP. W takiej bowiem sytuacji AKP nie osiągnie większości parlamentarnej. Wedle zmian w konstytucji, które zostały wprowadzone po ubiegłorocznym głośnym referendum, prezydent m.in. będzie stać na czele rządu, samodzielnie będzie mianować ministrów oraz będzie miał prawo do wydawania dekretów z mocą ustawy. Jeśli prezydentem zostanie Erdoğan, to samodzielnie będzie rządził Turcją, nawet nie będzie potrzebował większości parlamentarnej. Ale jeśli HDP przekroczy 10-procentowy próg wyborczy, to AKP ma uzyskać 60 mandatów mniej.

 

Koniec z dekretami

Jeśli HDP w parlamencie będzie współpracować z Sojuszem Narodowym, Erdoğan nie będzie mógł rządzić krajem przez wydawanie dekretów, bo te mogą obowiązywać tylko do czasu stworzenia w tym samym temacie prawa przez parlament. Wiedząc o tej niebezpiecznej dla siebie sytuacji, obecny prezydent 9 czerwca podczas zamkniętego spotkania ze swoimi lokalnymi przedstawicielami w Stambule, powiedział: „Przyjaciele, nasza partia musi zupełnie inaczej pracować nad HDP. O tym nie będę rozmawiał na zewnątrz, tu z wami rozmawiam… Jeśli oni nie przekroczą progu wyborczego, to nasza sytuacja będzie znacznie lepsza. W związku z tym w każdej dzielnicy, moi przyjaciele, powinniście pracować nad nimi zupełnie inaczej.” Erdoğan nie wyjaśnił szczegółowo na tym spotkaniu, którego treść wyciekła do internetu, o jaką „pracę” mu chodziło.

 

Scenariusze

W przypadku przekroczenia progu wyborczego przez HDP, Erdoğan nie wyklucza ponownych przyspieszonych wyborów parlamentarnych, o których od jakiegoś czasu mówią posłowie AKP. Jednak najpierw prezydent, który podejmie tę decyzję, musi zostać wybrany. Jeśli w wyborach parlamentarnych opozycyjne partie – w tym HDP – uzyskają większość poparcia elektoratu, przystąpią do drugiej tury wyborów prezydenckich bardziej pewne i mocne. A zatem podczas wiecu Muharrema İnce, który odbył się w Diyarbakırze, uznawanym przez Kurdów za stolicę Kurdystanu, słowa o tym, że “W wyborach parlamentarnych dajcie nam – abyśmy nie zostali za progiem – 1 milion głosów, a my podczas drugiej tury przy wyborach prezydenckich zwrócimy to jako 6 milionów” wskazują na to, że będzie zażarta walka między obozem opozycyjnym a Erdoğana. Prezydent i jego sojusz wiele daliby, aby zamknąć tę sprawę w pierwszej turze.
Według ostatnich sondaży HDP może liczyć na poparcie w granicach 9-13 proc. Ze wskazanych powyżej powodów znaczenie obecności HDP w tureckim Meclisie jest ogromne i właśnie dlatego niektórzy z wyborców CHP – jak w ostatnich wyborach parlamentarnych – oddadzą głos na HDP. Dziś HDP jest trzecią siłą w parlamencie, wśród jej elektoratu są Kurdowie, alawici, lewicowcy, liberałowie, zwolennicy ochrony środowiska, obrońcy praw osób homoseksualnych oraz pobożni muzułmanie. Tysiące działaczy tej partii oraz 9 posłów, w tym poprzedni przewodniczący Selahattin Demirtaş oraz Figen Yüksekdağ od kilkunastu miesięcy znajdują się w więzieniu.

 

Nierówne warunki

Wybory te także przyniosły ze sobą nowości w prowadzeniu kampanii wyborczej. Gdy Erdoğan podczas kampanii wyborczej korzystał ze wszystkich możliwości państwa, wszyscy gubernatorzy, starostowie powiatowi, urzędnicy oraz większość burmistrzów są do jego dyspozycji, kiedy telewizja publiczna TRT oraz 90 proc. mediów prywatnych są pod jego kontrolą i wreszcie kiedy machina propagandowa działa pełną parą, aresztowany kandydat na prezydenta Selahattin Demirtaş organizował – być może po raz pierwszy na świecie – wiec telefoniczny. W więzieniu, korzystając z prawa dzwonienia do żony, zatelefonował do niej, a ta, znajdując się z gośćmi w domu, podłączyła aparat do głośnika i Demirtaş wygłosił swoje przemówienie. Cały wiec został nagrany, a następnie opublikowany w mediach społecznościowych.

Dla partii opozycyjnych walka przed niedzielnymi wyborami nie toczyła się sprawiedliwie i nadal się nie toczy. Mimo tego nie składały broni, próbowały walczyć do ostatniego tchu, bo wiedzą, że to już ostatnie wyście przed tunelem, który się nazywa tyrania.

Ciekawy kandydat

Kandydatem komitetu SLD-Lewica Razem na prezydenta Warszawy został Andrzej Celiński. Człowiek wielkiej skromności, empatii, o ogromnym politycznym doświadczeniu.

 

Ma realne szanse włączyć się w walkę o drugą turę.
Andrzej Celiński życiorys ma niebanalny. Od młodych lat zaangażowany w działalność opozycji demokratycznej w czasach PRL. W latach 70-tych był działaczem Komitetu Obrony Robotników, następnie Solidarności. Co więcej, bliskie są mu tradycje PPS. Jest siostrzeńcem Jana Józefa Lipskiego, byłego przewodniczącego PPS.

 

Oczywiste zalety

Zna doskonale etos i dorobek niepodległościowej lewicy. Ta piękna biografia ma jednak swoje wady i zalety. Zalety są oczywiste – trudno będzie lewicowemu kandydatowi zarzucić, że jest kandydatem postkomunistycznej lewicy, wszak do PZPR nigdy nie należał, co więcej, był więziony w czasie stanu wojennego. Ale te plusy mogą być jednocześnie dla elektoratu SLD, który jest w komitecie koalicyjnym przewodnią siła, wadą. Dlaczego? Otóż był on po 1989 roku posłem Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Swego czasu były redaktor naczelny „Trybuny” Marek Barański napisał o nim pogardliwie „ostatni uwol”.
Z Andrzejem Celiński może być jednak tak, jak w 2002 rok z Markiem Balickim, który również przez lata związany był ze środowiskiem UW, będąc posłem i wiceministrem zdrowia w rządzie premier Hanny Suchockiej. Wówczas to niespodziewanie wszedł do drugiej tury, eliminując przy okazji faworyzowanego Andrzeja Olechowskiego, kandydata PO, zdobywając w drugiej turze niemal 30 proc. głosów. Przegrał ostatecznie nieznacznie z Lechem Kaczyńskim. Patryk Jaki to jednak nie Lech Kaczyński. Dlatego kandydatura Andrzeja Celińskiego, obliczona na wejście do drugiej tury, ma ogromne szanse na sukces. Kandydat lewicy będzie musiał jednak skutecznie punktować nie tylko PiS i Patryka Jakiego, co nie będzie dla niego trudne, ale również, zwłaszcza w pierwszej turze, działanie PO w Warszawie a tym samym Rafała Trzaskowskiego. To niezbędne, aby głosy anty-PiS poszły na stronę kandydata SLD-Lewica Razem.

 

Prognozy

Ta kandydatura to zapewne zła wiadomość dla Rafała Trzaskowskiego i warszawskiej PO. Andrzej Celiński bowiem ewidentnie zabiegać będzie mniej więcej o ten sam elektorat, co były wiceszef MSZ.
Z jednym jednak ogromnym plusem na korzyść kandydata lewicy. Andrzej Celiński nie jest członkiem PO, tak skompromitowanej w Warszawie. To będzie miało swoje znaczenie w dniu wyborczym i w całej kampanii wyborczej. To również próba wyjścia poza duopol w debacie publicznej, którą zdominowały PiS i PO. Na razie kampania Rafała Trzaskowskiego wygląda ospale i niemrawo. Wyborcy w Warszawie, którzy nie chcą Patryka Jakiego na swojego prezydenta, będą mieć realny wybór pomiędzy politykiem, który wspierał obecną prezydent Warszawy a osobą spoza jakiegokolwiek układu. Ryszard Bugaj stwierdził swego czasu, że po tym, co PO zrobiła w Warszawie, partia Grzegorza Schetyny w ogóle nie powinna wystawiać swojego kandydata.

 

Najlepszy wybór dla lewicy

Andrzej Celiński podkreśla, że chce rozbić duopol dwóch partii, których spór trwa już ponad dekadę. Polskie społeczeństwo jest egalitarne, co potwierdzają wszystkie badania i należy wyjść temu naprzeciw. Grzegorz Schetyna, który przy każdej okazji powtarza, że potrzebna jest szeroka koalicja, aby walczyć z PiS, jest niewiarygodny. Tok rozumowania lidera PO jest taki: Walczmy z PiS, wszyscy razem, ale na naszych warunkach, opierając się o naszych ludzi i nasz program. To w demokracji niedopuszczalne. Włodzimierz Czarzasty zdradził kilka tygodni temu, jak PO chciała kupczyć SLD w Warszawie, proponując szefowi stołecznych struktur Sebastianowi Wierzbickiemu miejsce na liście PO.

 

Straszenie

Niektórzy liberalni i lewicowi publicyści chcieliby, niczym Grzegorz Schetyna, aby wyborcy mieli wybór tylko między Jakim a Trzaskowskim. Tak swego czasu pisali Sławomir Sierakowski i Dominika Wielowiejska. Oboje zgodnie uznali, że tylko Rafał Trzaskowski jest w stanie zatrzymać w Warszawie PiS, a kolejne kandydatury tylko sprzyjają Patrykowi Jakiemu. Politycy PO tak straszyli PiS-em w ostatniej kampanii parlamentarnej, że dwa byli wicepremierzy w rządzie PiS znaleźli się na jej listach wyborczych. Wiarygodność w polityce to cecha ludzi wielkich.
I te podobieństwa między PO i PiS będzie musiał Andrzej Celiński wypunktować. Takie jak wspólne powołanie CBA, IPN, czy zbieżność interesów w sprawie odpowiedzialności zbiorowej. To bowiem w 2009 roku politycy PO przeforsowali tzw. ustawę dezubekizacyjną, która objęła ok. 25 tysięcy osób. Lewicowi wyborcy o tym wiedzą i pamiętają.