Mój kraj wpadł w ręce politycznych złoczyńców WYWIAD

Z profesorem nauk społecznych RADOSŁAWEM MARKOWSKIM, politologiem, socjologiem, specjalistą w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Od trzech lat mam coraz większe problemy z sondażami. Coraz mniej mówią mi o rzeczywistym poziomie poparcia dla sił politycznych, a coraz bardziej są narzędziem walki politycznej, pałką zamiast barometrem. No i zapewne źródłem dochodów pracowni badawczych. Są więc może przydatne politykom, zwłaszcza obozu rządzącego, ale nie wyborcom… Skąd ta ich niestabilność? Jednego dnia PiS ma według badań CBOS, w jednym sondażu 43 procent, trzecią siłą jest Kukiz ’15, a SLD jest pod progiem, a następnego dnia, w innym sondażu, czytam, że PiS ma 38 procent a Kukiz ’15 i SLD zamieniają się miejscami. I co biedny obserwator patrzący na takie wyniki ma myśleć?

W demokracji każdy obywatel ma prawo wiedzieć po pierwsze co sądzą na różne tematy ich współobywatele, a także co zamierzają czynić politycy. Niestety część dziennikarzy i tzw. intelektualistów publicznych głosi pogląd odnośnie do wyborów, nawiązujący do metafory rynku, że politycy to swoiste towary a my, konsumenci je kupujemy, przy czym kampanie to rodzaj promocji towarów. Nic bardziej błędnego niż ta metafora rynku. Oferty politycznej nie kupuje się jak czekolady, spodni czy auta. Trafna jest raczej metafora giełdy. Idąc na wybory inwestujemy swój czas, energię oraz wiedzę o politykach. I nasz ewentualny zysk czy strata zależą od tego, jak postąpią inni akcjonariusze. My nie możemy sami „kupić” sobie jakiegoś ugrupowania by rządziło, to wspólny wynik naszych decyzji powoduje, ze ktoś dochodzi do władzy. A teraz co do sondaży. Ponad dwadzieścia lat temu byłem wicedyrektorem CBOS. Wtedy badania były realizowane tak, ze trafialiśmy do ponad 80 procent wylosowanej próby; dzisiaj realizacja wynosi około 40proc., a i to jak się ma szczęście… I nie byłoby wielkiego problemu gdyby te 40 proc. było takie samo jak 60 proc. do którego docieramy mniej losowo. Ale nie jest. Co więcej, owa realizacja na poziomie 40 proc. nie jest równo rozłożona w kraju – mieszkańcy wielkich miast są w nich niedoreprezentowani, a mieszkańcy prowincji, wsi i np. ściany wschodniej nadreprezentowani. Problemem tych ośrodków jest to, że zatrzymały się na metodologii z lat siedemdziesiątych. By temu problemowi zaradzić na świecie stosowana jest metoda tzw. wielokrotnych imputacji, czyli sztucznego niejako dorzucania do badania cech osób, o których wiemy, że powinni się znaleźć w naszej próbie byśmy odpowiedzialni mogli mówić że próba jest reprezentatywna, a – z wyżej opisanych powodów technicznych – ich tam nie ma. Polskie ośrodki tego nie robią. Problem polega także na tym, że są one zdominowane przez socjologów, i socjologiczne przekonania o tym, jak wygląda społeczeństwo, podczas gdy na świecie są w nich także politolodzy i psycholodzy społeczni. I otóż ci socjolodzy ważą daną próbę według wieku, wykształcenia, płci, miejsca zamieszkania, a to nie ma wiele wspólnego ze społecznością polityczną – tą połową Polaków, która chodzi głosować. Zatem jeśli chcemy wiedzieć jak wygląda rzeczywiste poparcie dla partii politycznych powinniśmy „ważyć” – by użyć statystycznego żargonu – (niedoskonale zrealizowaną) próbę politycznie, a nie socjologicznie. Ci którzy głosują i ci którzy nie głosują, to są dwa różne zbiory – należy docierać do wspólnoty wyborczej, do tej połowy i na nich opierać prognozy wyników. W 2015 roku PiS dostało nieco ponad 37 procent ze wspomnianych 50 procent głosujących, obywateli. Inaczej: spośród 31 milionów osób uprawnionych do głosowania, otrzymało 5 mln 700 tysięcy głosów, czyli 18,6 procent Polaków uprawnionych do głosowania. A to oznacza, że 81 procent Polaków uprawnionych do głosowania nie poparło PiS albo aktywnie, popierając innych, albo biernie, nie popierając nikogo, nie idąc do wyborów. Mój aktualny szacunek jest taki, że z tych 5 mln 700 tysięcy zostało najwyżej około 5 mln 200 tysięcy. Nie należy wierzyć wynikom wspomnianych badań, dopóki nie przekonamy się, że badana jest owa wspólnota polityczna – czy konkretniej – wyborcza, a nie całe społeczeństwo i że dokonuje się owych imputacji, zastępowania poważnych luk w realizacji próby, a nie jedynie waży socjologicznie. Bez spełnienia tych warunków nie ma sobie co zaprzątać głowy takimi `wynikami`.

 

Poza metodologią badań, o której Pan mówi, w przestrzeni publicznej pojawiają się jednak także podejrzenia o manipulacje dokonywane w ośrodkach. To uzasadnione podejrzenie?

Choć nie wiem co jest gorsze, niechlujstwo czy manipulacja, to nie sądzę, aby dokonywano manipulacji poprzez proste dodawanie punktów do niektórych wyników. Co do znanych ośrodków obaw nie mam tym bardziej, że napisano wagony książek na temat tego jak można wpływać na wyniki badań innymi zabiegami, jak kolejność zadawania pytań, bądź stosowanie odpowiedniego słownictwa.

 

Po 2015 roku w przestrzeni publicznej pojawiła się jeszcze jedna hipoteza co do czynników zniekształcających wyniki badań: lęk przed takim deklarowaniem wyborczych preferencji, które mogłyby nie podobać się władzy. Czy to uzasadniona hipoteza?

Ośrodki wysyłają listy zapowiednie do wylosowanych, zapraszające ich do udziału w badaniu. Gdy odbiorca takiego zaproszenia zorientuje się, że firma, która się do niego zwraca, jest np. rządowa, a ten rząd zajmuje się także zastraszaniem różnych grup społecznych, to – rzecz jasna nie wszyscy – ale powiedzmy jakieś 10-20 procent bardziej lękliwych, albo takich, którzy mieszkają w rejonie w którym władza wyjątkowo parszywie się zachowuje, może obawiać się udzielania uczciwych odpowiedzi na temat swych politycznych preferencji. I nawet niekoniecznie muszą zadeklarować głosowanie na PiS, wystarczy, że ukryją to, że głosują na inną partię. W tej atmosferze, którą wytworzyła telewizja – nazywana dowcipnie – „publiczną” i cała machina propagandowa PiS, która demontuje demokrację w naszym kraju, która rozkłada trójpodział władz, ma za nic sądownictwo, która zastrasza, takie obawy są zasadne. Ja to zjawisko nazywam autorytarnym klientelizmem – tu pokazują marchewkę, tu cukierka, a tu kij. Klientelizm polega nie tylko na tym, że się daje, ale także na mechanizmie, zgodnie z którym ten, który daje, oczekuje później rewanżu w postaci poparcia w wyborach. Najlepszym przykładem nowinki techniczne w nowej ordynacji: przezroczysta urna, kamerka rejestrującą zachowanie ludzi (a kto wie co jeszcze – wszak można powiększenie zrobić!), bodygarda, który strzeże urny, jest działaniem psychologicznym mającym przekonać wyborów, że „władza patrzy”, jest formą pośredniego zastraszania.

 

Co by się nie powiedziało o sondażach, to jedno jest w nich stałe: PiS zawsze jest na pierwszym miejscu. Z Pana wypowiedzi dla mediów odnotowałem, że kilkakrotnie powtórzył Pan pogląd, iż PiS-owi nie wzrosło, mimo, że pisowskie media nieustannie pieją, że poparcie dla tej partii ciągle rośnie.

Gdyby „ciągle rosło” to by przekroczyli już 100 procent…ale nie zajmujmy się wyziewami – jak ich nazywam – „dziennikarzopodobnych wyrobów”, świadczących swe usługi w propagandowych tubach….Procenty to cudowna rzecz. Ta sama liczba 5 mln 700 tysięcy przy różnej podstawie procentowania,ma inny procentowy wyraz i co innego politycznie oznacza. Dziś PiS w liczbach bezwzględnych ma mniej więcej około 5 mln głosów, ale wynik wyborczy zależy od tego, ile mają pozostałe partie. Im mają więcej, tym te 5 milionów da PiS mniej mandatów. Warto przyglądać się Węgrom, gdzie opozycja jest słaba i rozbita. Orbán nawet podtrzymuje rozbicie opozycji, w tym socjalistów, Gyurcsaniego, bo to jest w jego żywotnym interesie. I w Polsce PiS nie będzie musiał nic robić żeby wygrać, jeśli po lewej stronie będzie tak jak jest. Lewica jest Polsce żywotnie potrzebna, lewica mądra, skoncentrowana na edukacji, prawach kobiet, sensownej redystrybucji czy transporcie publicznym. Proszę nie wierzyć opowieściom, że w Polsce dokonał się jakiś wyraźny zwrot konserwatywny. Nie dokonał się, jeśli pominąć werbalną autoidentyfikację na osi prawica-lewica. Jeśli jednak zapytać o szczegółowe poglądy, to 35 do 40 procent Polaków, tych ze wspólnoty politycznej, ma poglądy lewicowe i to zarówno w sferze ekonomicznej jak i kulturowej. Problem polega na tym, że lewica nie jest ich w stanie przekonać co do swego programu, jak i zdolności sprawczej – by ludzie uwierzyli, że dani politycy są godni zaufania, że spełnią swoje deklaracje, gdy do władzy dojdą. Plus całkowity brak przekonującego lidera. Tymczasem w Polsce mamy kuriozalną sytuację, w której 18,8 procenta poparcia uprawnionych do głosowania Polaków – w ordynacji proporcjonalnej – przekształciło się w 51 procent mandatów w Sejmie zagarniętych przez jedną partię. Takiej dysproporcjonalności Europa nie zna.
Ten wynik był proceduralnym wypadkiem przy pracy. Stało się tak, gdyż 17 procent głosów zostało wyrzucone do kosza, w tym blisko 8 procent zjednoczonej lewicy, prawie 4 procent dla Razem i jeszcze kilku pomniejszych. Podstawa procentowania się zmniejszyła i to sztucznie nabiło wynik PiS. A teraz, dlaczego opłaca się łączyć w bloki i koalicje wyborcze, w takiej ordynacji jaka dziś obowiązuje. W ostatnich wyborach „Nowoczesna” dostała 7,6. Z jednego procenta takiego wyniku uzyskuje się około trzy i pół mandatu. Platforma z wyniku 24,1 procenta uzyskała niemal 6 mandatów z jednego procenta. Gdyby wystąpiły razem, uzyskały by odpowiednio większą liczbę mandatów, bo PiS z wynikiem 37,6 dostał z jednego procenta 6,3 mandatu. Wracając do lewicy – Polsce bardzo potrzebna jest lewica socjaldemokratyczna a nawet socjalliberalna, ale nie można sobie pozwolić na kluby dyskusyjne ludzi bawiących się w politykę za publiczne pieniądze, którzy samodzielnie uzyskują po kilka procent i nic z tego nie wychodzi, a ludzki wysiłek się marnuje. Barbara Nowacka wykonała kilka ruchów w stronę Razem, SLD i innych, nic z tego nie wyszło, więc poszła do Koalicji Obywatelskiej decydując się na koalicje drugiego wyboru. Ludzie polskiej lewicy oczekują od pana Biedronia, Czarzastego, Zandberga, że pójdą pod jednym sztandarem. Kiedy na zachodnich kongresach mówię o tym, co się stało z lewicą w wyborach 2015 roku, nie mogą uwierzyć, że lewicowe ugrupowania nie poszły razem. Pytają: dlaczego? Przecież pójście razem było racjonalne; można było ustalić kto startuje i później podzielić mandaty wg `składowych` takiej koalicji, no ale do tego trzeba mentalnie wyjść z politycznej piaskownicy. Jest jednak jeszcze ważniejsze uzasadnienie dla tego, by małe partie, nieco odmienne programowo, poszły razem. Chodzi o to, że jak się dojdzie do władzy, tonie można realizować swojego widzimisię, ale trzeba uwzględniać różne interesy. Trzeba uczyć się tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, jak układać budżet, jak układać priorytety. Mądrość demokracji polega na tym, że rządy demokratyczne zawsze odbywają się za przyzwoleniem przegranych. W całej powojennej historii Europy zaledwie 20-30 procent rządów naprawdę miało większość. Reszta rządów, to są rządy mniejszościowe i zależą od tego czy przegrani uwierzą, że przestrzegane będą pewne reguły i że rządzący o wszystko zadbają. Mówimy o 50 procentowej frekwencji, ale rotacyjnie to nawet 80 procent Polaków bierze udział w wyborach. Polacy wchodzą, wychodzą i wracają na rynek wyborczy. Na przykład ogromna część tych, którzy dali SLD 41-procentowy wynik w 2001 roku, potem głównie zniechęcili się i zostali w domu, co dało efekt w postaci 11-procent dla SLD w 2005 roku. Tylko niewielka ich część rozproszyła się po innych partiach. Pośród tych, którzy odeszli od PiS są m.in. profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy do 2015 roku przez wiele lat ochoczo wspierali PiS i Kaczyńskiego, a potem zmienili zdanie. Chwała im, że dziś zachowują się jak reszta przyzwoitych obywateli i że mieli odwagę zmienić publicznie zdanie. Ale pytanie, czego oboje nie przeczytali, żeby nie przewidzieć tego, co stanie się po objęciu władzy przez PiS, nadal mnie nurtuje. To ważne bo status nauk społecznych jest poddawany w wątpliwość, gdy nie jesteśmy w stanie przewidywać i to był przykład tej niemocy….Wracam do lewicy. Zwyczajne doświadczenie życiowe podpowiada nam, że racjonalne oczekiwanie, żeby poszli do wyborów razem, jest nierealne. Wielką lekcję pokory dostały swego czasu, w roku 1993, środowiska wywodzące się z kościelnego zabobonu, te wszystkie ZChN-y, chadecje i tym podobne, które myślały, że pomoże im dziewica Maryja i że pięcioprocentowy próg im nie przeszkodzi. I wtedy 29 procent takich głosów poszło do kosza. Po czterech latach poszli po rozum do głowy, stworzyli AWS i dostali 33 procent jako wielka koalicja. Jeśli pan Czarzasty, pan Zandberg czy pan Biedroń tego nie rozumieją, to czarno to widzę. Ten, kto dobrze życzy lewicy, powinien tym panom postawić ultimatum. Przecież od 2005 roku lewica jest nieobecna w polskiej polityce jako licząca się siła polityczna. Zastępuje ją po części PiS, ale prawdziwa lewica mogłaby to robić lepiej, bez politycznego klientelizmu i bez oparcia się na kościelnym zabobonie.

 

Jednak zwykłe doświadczenie nie pozwala wierzyć w powstanie jednolitego bloku lewicy. Żadnych marzeń. Co wtedy?

Wtedy wyborcy o lewicowych poglądach powinni pokazać im czerwona kartkę, odesłać na zieloną trawkę i czekać na nowe rozdanie. Skoro te partyjki wbrew zdrowemu rozsądkowi nie chcą się połączyć, to zaciśnijcie raz zęby i nie głosujcie na nich, przecież i tak nie wejdą do parlamentu. Gdy odejdą oczyści się przedpole dla nowej, mądrej lewicy.

 

Nawet kosztem oddania pełni władzy PiS i wystawienia kraju na jego pastwę?

Ależ PiS i tak w takim stanie rzeczy ją zdobędzie, więc nie mamy nic do stracenia. Moja ojczyzna wpadła w ręce politycznych łobuzów, którzy patrząc na swoje wąsko pojęte interesy mają za nic międzynarodowe zobowiązania, przyjaznych europejskich sąsiadów i podatników tych krajów, którzy od wielu lat transferują gigantyczne pieniądze i pomagają nam wyjść z cywilizacyjnej zapaści. Mają za nic coś, co jest świętością demokracji, czyli konstytucję, więc nadrzędnym celem jest odsunięcie ich od władzy. A przecież PiS jeszcze w latach 2001-2005 był w miarę normalną partią konserwatywną o ciągotkach patriotyczno-nacjonalistycznych, ale takich jakie zdarzają się wszędzie. Dla dobra kraju, jego demokratycznej przyszłości i nowych pokoleń najważniejsze jest pozbawienie władzy i rozliczenie PiS, dlatego już dawno wzywałem wszystkie demokratyczne siły, żeby zebrały się pod jednym parasolem i ogłosiły, że choć różnią się we wszystkich sprawach, od obronności do polityki rodzinnej, by poszły razem do wyborów, aby odsunąć od władzy politycznych szkodników, a jednocześnie z góry zapowiedziały, że po roku ogłoszą przedterminowe pluralistyczne wybory i wtedy powróci normalne polityczne współzawodnictwo we wszystkich szczegółowych kwestiach. A jeśli jest to niemożliwe, to należy wykreować przynajmniej dwa obozy – jeden centrowo-liberalno-ludowo-demokratyczny (i to się poniekąd dzieje), a drugi lewicowo-zielony. W Szwecji cztery partie prawicowe o różnych programach, w normalnych warunkach rywalizujące, utworzyły blok, by stawić czoła tzw. Szwedzkim Demokratom, w rzeczywistości nacjonalistom. Bo tam prawdziwi demokraci sięgnęli po to, czym wyróżniać się powinien gatunek homo sapiens, czyli po zdolność używania rozumu.

 

Pojawiła się ostatnio teza, że jeśli lewica się nie zjednoczy, a Robert Biedroń i PSL wystąpią do wyborów samodzielnie, to PiS ponownie nie tylko wygra, ale uzyska samodzielną większość.

Biedroń pewnie (bo na razie o programie nic nie wiemy) wniesie do polityki coś, co nazywa się socjalliberalizmem. To takie rzadkie zwierzę, które jest połączeniem tego, co daje rynek, innowacyjność etc. z wrażliwością społeczną, ale nie tą w wersji uproszczonej – redystrybucyjną, klientelistyczną, natomiast inwestującą w słabszych, dającą im raczej wędkę niż rybę. Tymczasem, po pierwsze, co mnie w jego decyzji zaskoczyło to timing. Gdyby choć ogłosił swoją inicjatywę 5 listopada, po drugiej turze wyborów samorządowych, dziś zachowuje się tak jakby kandydował w wyborach samorządowych, czego przecież nie robi. Po drugie, w jego ostatnich wystąpieniach jest bardzo niewiele krytycyzmu PiS, za to uderzenia w opozycje, z PO na czele. A przecież w kraju, w którym połowa uprawnionych nie głosuje, nie trzeba wydzierać elektoratu istniejącym partiom. Wystarczy sięgnąć po zdemobilizowanych. Jest mnóstwo takich, którzy głosowali na lewicę, na liberałów czy na cywilizowanych konserwatystów, a potem się zniechęcili. Nie mogę się wypowiadać o motywach, ale obiektywnie jego timing jest sabotażowy w stosunku do opozycji, która jakoś próbuje sobie poradzić z problemem rozbicia i przywrócić jakiś ład. Dlaczego przeszkadza innym, skoro nie startuje? I nie wiem, czy on chce, jak niegdyś Palikot, czy później Kukiz, uzyskać 7-8 procent czy chce być polskim Macronem. Ale warunków dla macronizmu w Polsce nie ma, bo konfiguracja polityczna we Francji była kompletnie inna. Poza tym nie wiem, czy Robert Biedroń zdaje sobie sprawę, że brak mu maszynki wyborczej. Ma swoje zalety – wiedzę, pewien polityczny urok, ale potrzeba mu ludzi, sprzętu, dobrego sztabu i armii wolontariuszy, a to stworzyć jest bardzo trudno. Natomiast dobrze kalkuluje by najpierw wystartować w wyborach do Parlamentu UE. Co do PSL, to jest w przywołanej przez pana tezie coś na rzeczy. Może być tak, że to, czy PiS wygra wybory i w jakim rozmiarze, zależy od PSL. Co prawda, kierując się generaliami, wolałbym żeby PSL weszło do Koalicji Obywatelskiej, ale jeśli peeselowska „remiza” miałaby możliwość najwięcej wyrwać PiS-owi, to może lepiej, żeby startowali osobno. PSL, niezależnie od tego, czy wejdzie czy nie wejdzie do parlamentu, kilka procent PiS-owi odbierze. Pytanie czy będzie to9-10 czy 3-4 procent. Można się obawiać czy sam Kosiniak-Kamysz nie jest za bardzo wielkomiejski, a PSL za mało uwagi poświęca sprawom bliskim ziemi. Paradoksalnie to od przedstawicieli wsi może zależeć los tych wyborów.

 

Wnioskuję z tego, że przywołanego przeze mnie „logarytmu” krążącego po mediach nie warto traktować poważnie…

W ogóle nie należy poważnie traktować tego rodzaju „logarytmów”, zwłaszcza że do wyborów parlamentarnych jest jeszcze ponad rok. A czy ktoś trzy lata temu myślał, że ktokolwiek wygra z Bronisławem Komorowskim, który miał ponad 70 procent poparcia? W związku z tym wszystkie partie wystawiły kandydatów fikcyjnych, z góry przewidzianych do odstrzału, w tym PiS Dudę. A wygrał jeden tych do odstrzału. Inna sprawa, że w tym stanie „pewniactwa” Komorowskiego ani on nie miał powodu, by bardzo w tej kampanii pracować, ani też Platforma nie miała powodu by go bardzo wspierać. Jak wiadomo prezydenci drugiej kadencji – jako nie ubiegający się o reelekcję – są bardziej nieprzewidywalni, mniej sterowalni, więc Platforma uznała, że nie będzie nawet tego swojego prezydenta nadmiernie popierać, że może lepiej nich wygra ale niekoniecznie w pierwszej turze. Jednak to wszystko wymknęło im się z rąk.

 

Wyjdźmy jeszcze bardziej w przyszłość, w czas wyborów prezydenckich 2020 roku. Na razie mamy potwierdzenie ze strony Kaczyńskiego, że kandydatem Zjednoczonej Prawicy będzie ponownie Andrzej Duda. Jednak na horyzoncie pojawiają się też nazwiska Donalda Tuska i Roberta Biedronia. Jak widzi Pan tę perspektywę?

Do tego czasu zostały jeszcze prawie dwa lata, więc trudno cokolwiek przewidywać. Kluczowe jest to, czy na kandydowanie zdecyduje się Donald Tusk. Natomiast nie mam przekonania, że PiS będzie optować za Andrzejem Dudą. Biorę pod uwagę, że Kaczyński może go zamienić na Mateusza Morawieckiego. Ten, gdy objął urząd premiera, to poza kiksami w rodzaju deklaracji o potrzebie rechrystianizacji Europy, jako umysłowo kształtowanego przez Opus Dei, wydawał się, jako „bankier” człowiekiem jednak dość pragmatycznym. Okazał się jednak człowiekiem bardzo zideologizowanym, dla wielu to wielki zawód. Jednak wygląda na takiego, który ma apetyt na większą karierę, być może prezydencką. Nie wykluczałbym więc jego startu. Tym bardziej, że obecny prezydent proceduralny był potrzebny tylko do wspierania bezprawia politycznego i naiwnego brania za to osobistej odpowiedzialności. To jego zdjęcie u Trumpa rzeczywiście urąga godności mojego kraju. Razić może jego napuszony język, szumne słownictwo. Poza tym Duda nie ma zaplecza. W sprawie przyszłych wyborów prezydenckich kluczowa decyzja jest jednak w ręku Donalda Tuska.

 

W przestrzeni komentarzy politycznych dotyczących sytuacji politycznej w Polsce często pojawia się pogląd, że tylko kłopoty ekonomiczne mogą nadwerężyć poparcie dla PiS. Czy Pan widzi inne, pozaekonomiczne źródła ewentualnego spadku tego poparcia?

Wszystko wskazuje na to, że w przyszłorocznych wyborach PiS wygra, to znaczy uzyska lepszy wynik niż inni. Pytanie jest takie: czy te 18 procent ze 100 procent głosujących, które głosuje na PiS, a co się przekształca – w zależności od frekwencji i losów innych partii – w 30-40 procentowy wynik wyborczy, przełożą się na taką liczbę mandatów, która ponownie da im samodzielne rządy. Jeśli tego nie uzyskają, a będą chcieli rządzić, to będą musieli wejść z kimś w koalicję …a tu może być problem. A co do pana pytania, to odpowiem tak: komunizm padł, to i kaczyzm padnie, pytanie tylko: kiedy. Jednak dla socjalizacji i demokratyzacji polskiego społeczeństwa byłoby lepiej, gdyby PiS przegrał dopiero po drugiej kadencji. Brzmi to cynicznie, wiem, ale wyjaśnię o co mi chodzi. Jeśliby utracili władzę pod wpływem trudności gospodarczych, pojawiłaby się narracja, że nieźle rządzili, coś tam zrobili, ale pokonał ich kryzys. To byłoby bazą do ich powrotu w przyszłości. Poza tym przegrani o tylko kilka procent będą bardzo dokuczliwą opozycją. Demokratyczny obywatel naszego kraju powinien życzyć sobie innego scenariusza – żeby PiS utracił władzę za łamanie konstytucji i by przegrał wyraźnie. Wielu myśli tak: może niech ten PiS nie pada jeszcze w 2019 roku, bo wolimy by, jeżeli już padnie, by nic po nim nie zostało. Żeby wyczyszczone zostały po nich te wszystkie nonsensy i fanaberie – pomniki, „żołnierze wyklęci”, iluzja smoleńska, kilka tysięcy niewyszkolonych facetów biegających po lasach jako „obrona terytorialne” w czasie, gdy sensowne inwestowanie w obronność to kwestia masowej rekrutacji zdolnych informatyków…etc. etc. . Oprócz tego, gdy PiS padnie, czeka nas gigantyczna praca posprzątania po nich, by przywrócić ład konstytucyjny i porządek demokratyczny, usunięcie ze stanowisk niekompetentnych karierowiczów o zerowym dorobku zawodowym zasiadających na ważnych stanowiskach, itd…

 

Mam swoją subiektywną tezę, że jeśli PiS ponownie wygra wybory z samodzielną większością, to będzie rządzić tak, że okres obecnej kadencji będziemy rzewnie wspominać jako okres poszanowania demokracji, prawa, niezawisłości sądów, konstytucji, wolności obywatelskich etc. Czy Pan podzieliłby te obawy?

Węgierski politolog Magyar Balint napisał głośną książkę o rządach Orbána, pt. „Węgry. Anatomia państwa mafijnego” (tytuł polskiego wydania). To rzecz nie o tym, że w państwie zbyt dużo do powiedzenia ma mafia, ani o tym, że państwo współdziała z mafią, lecz że samo funkcjonuje jak mafia. Balint twierdzi, że Polska jest w lepszej sytuacji, bo tu władza zagarnia państwo i rozdaje synekuralne milionowe pensje „swoim”, ale jeszcze nie zabiera własności prywatnej, co dzieje się na Węgrzech. Niestety, wielkim rozczarowaniem dla wielu jest tu postawa Unii Europejskiej, bo według – mnie także – każdy kraj członkowski, który tak się zachowuje, a konkretnie: nie spełnia kryteriów na podstawie których został do tej demokratycznej wspólnoty przyjęty, powinien zostać z niej usunięty. Dosadniej – „na zbity pysk” wyrzucony i pozbawiony wsparcia finansowego. Mimo tego, w dłuższym okresie czasu, zwłaszcza po odsunięciu Trumpa, co jest coraz bardziej prawdopodobne, sytuacja się zmieni. Wracając do pana pytania – ta przyszła kadencja może pójść w stronę metod Erdogana czy Orbána, ale przy pewnej konfiguracji może być odwrotnie, jeśli Polacy będą nadal tak silnie obstawać przy Unii Europejskiej, a ta będzie bardziej stanowcza niż obecnie. Pojawiają się zarzuty (które jeszcze parę lat temu bym wyśmiał jako niedorzeczne) że PiS jest ekspozyturą Moskwy. I choć nadal wypada mieć wątpliwości czy PiS działa na zamówienie Moskwy, to nie można nie dostrzegać, że niemal wszystko co robi np. w polityce zagranicznej jest po myśli Putina. Najważniejsze: jest koniem trojańskim osłabiającym Unię. Co rusz jakieś posunięcie władzy PiS sprawia, że na Kremlu strzelają korki od szampana. Polska – za przeproszeniem – „dyplomacja” popsuła nawet nasze relacje z Ukrainą ku uciesze Putina i ochoczo kupuje węgiel z okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy, bezpośrednio wspierając istniejące tam marionetkowe, kontrolowane przez Kreml władze. A co do Macierewicza – po ukazaniu się książki Tomasza Piątka, w każdym cywilizowanym kraju minister obrony narodowej, zmuszony do tego przez własną partię, natychmiast wytoczyłby mu proces. A tu cisza, jeśli nie liczyć zakulisowego zastraszania Autora. Jako analityk polityki nie mam najmniejszej wątpliwości, że polityka PiS jest na rękę Rosji, a czy to wynik celowych działań czy efekt uboczny to już ma mniejsze znaczenie, bo w polityce liczy się funkcjonalizm działań a nie motywacja. Celowe działanie czy głupota polityczna? Ciągle mam nadzieję, że to drugie, ale skutek może być równie opłakany.

 

Nie mogę nie zapytać o taki czynnik polityczny jak Kościół katolicki…

To wielkie wyzwanie socjalizacyjne na następne dziesięciolecia, musimy Polaków przekonać, by traktowała tą instytucję tak jak na to zasługuje – jako prywatną instytucję o zasięgu międzynarodowym, na rzecz której zrzekliśmy się części suwerenności, a w odróżnieniu od EU, nic nie dostajemy w zamian. Co więcej, instytucja ta działa jak organizacja półświatka przestępczego – podatków nie płaci, zabrała nam mnóstwo dobra publicznego w postaci ziemi czy budynków, jako obywatele nic nie wiemy o jej finansach, zasobach, poza tym, ze ostatnie trzydziestolecie to wielki sukces nieskrępowanej zachłanności kościoła. Ta instytucja silnie wpływa na sytuację polityczną kraju, pośrednio kształtując mentalność poddanego – wierzącego w cuda i determinizm losu ludzkiego – a nie obywatela, szerząca pogardę dla nauki, medycyny i ludzkiego rozumu. O morale jej emisariuszy nie wspomnę, o wizji roli kobiety w 21 wieku propagowana przez ta instytucję też wstyd pisać. Jej hierarchia nie podjęła żadnej próby wyczyszczenia swoich brudów i nawiązania dialogu z nowoczesnością. To grajdoł ciemnogrodu, broniący nie dającego się obronić prestiżu tej instytucji. Ten fatalny stan zawdzięczamy także `mądrości’ lewicy, konkretnie SLD, który dla wyzbycia się „grzechu pierworodnego” dał Kościołowi katolickiemu rozległe koncesje. Na szczęście światełkiem w tunelu są twarde dane wskazujące na postępującą laicyzację społeczeństwa i to laicyzację na różnych poziomach.

 

Opublikowane kilka miesięcy temu wyniki międzynarodowych badań pokazują, że w sferze laicyzacji młodego pokolenia Polska jest światowym liderem…

W Polsce występuje powolny, ale stały trend sekularyzacyjny. Rządy PiS są prawdopodobnie jedną z ostatnich w Europie rewolt przeciwko nowoczesności i modernizmowi, które zwyciężają, stąd bezpośrednie zaangażowanie kościoła w popieranie tej partii. Z moich badań jasno wynika, że Polacy bardziej cenią wolność niż równość, bardziej postęp i nowoczesność niż tradycję, bardziej rywalizację na rynku niż solidaryzm. Moim zdaniem to, że Kościół katolicki tak jednoznacznie opowiedział się za PiS, nieuchronnie obróci się przeciwko niemu.

 

Zakładamy, że PiS kiedyś utraci władzę. Co ta nowa władza miałaby zrobić z pisowską spuścizną, z pisowskimi sędziami-dublerami, z pisowską KRS, z pisowskim Trybunałem Konstytucyjnym, z niektórymi ustawami? Pojawiają się groźby postawienia polityków PiS z prezydentem na czele przed Trybunałem Stanu, pojawia się okrzyk: „Będziecie siedzieć” pojawiają się pomysły uchwalenia aktu odnowy demokracji, ustawy-czapki niwelującej pisowskie zmiany. Co Pana zdaniem przyszła niepisowska władza powinna zrobić? Co po PiS?

W 1989 roku niektórzy mówili, żeby PRL wymazać gumką, ale nie sposób wymazać gumką tego, co trwało prawie pół wieku. Na pytanie, czy da się wymazać gumką cztery czy osiem lat musieliby odpowiedzieć prawnicy. Ja Trybunał Konstytucyjnym nazywam tzw. Trybunałem lub budynkiem TK. Prezydenta nazywam prezydentem proceduralnym, ale nie merytorycznym. Bo prezydentem jest ktoś, kto broni konstytucji, a on nigdy nie podjął się tego zadania, choć ciągle chciałbym mu dać szanse i zacząć nazywać go prezydentem, ale to on musi chcieć, jako obywatel jestem gotów mu odpuścić… Tak samo mówię nie o KRS, a o tzw. KRS. Prawnicy będą musieli określić, co uda się odkręcić niejako „od ręki”. Gorzej będzie z naprawieniem takich strat, jak choćby zniszczenie dorobku stadniny koni w Janowie Podlaskim, a przykładów takich jest tysiące…Po odsunięciu PiS od władzy, należy krok po kroku odkręcać to co można. szybko usunąć dublerów z TK i wiele podobnych rzeczy. W dalszej kolejności trzeba się zastanowić nad rozwiązaniem obrony władzy sadowniczej. Nie namawiam do naśladowania modelu tureckiego czyli do czasów kiedy wojsko broniło demokracji, ale po tym co się stało, może trzeba będzie pomyśleć o powołaniu jakiejś formacji obrony władz konstytucyjnych przed uzurpatorami, czegoś w rodzaju Gwardii Szwajcarskiej albo jednostek specjalnych. Gdy uzurpatorzy zechcą wejść do Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego, to będą musieli się zastanowić czy chcą ryzykować stracie z uzbrojonymi formacjami, które zgodnie z konstytucja maja za zadanie bronienie np. konstytucyjnego zapisu o kadencyjności jakiegoś urzędu. Bo dziś takie instytucje jak TK czy SN są z fizycznego punktu widzenia bezbronne. Wystarczy, że uzurpator wyśle policję z jakimś świstkiem papieru i już siła jest po jego stronie. Odsunąć od władzy to jedno, a zabezpieczyć kraj na przyszłość przed uzurpatorami, przed recydywą, to drugie. A co do hasła: „Będą siedzieć” – niektórzy zapewne trafią tam, gdzie ich miejsce. Nawiasem mówiąc, PiS wypłynęło na pomawianiu innych o złodziejstwo, a jakoś po niemal pełnej kadencji u władzy nie udało się nikogo posadzić, mimo, że mają po temu wszystkie instrumenty. Z całego domniemanego „złodziejstwa” i korupcji PO został do znudzenia wypominany zegarek Nowaka i ośmiorniczki. Ale mogą wpaść we własne sidła i prawo które tworzą, zostanie wykorzystane przeciw nim. Państwo demokratyczne musi mieć wolę i siłę osądzić tych, którzy je demontowali, ale cywilizowany sposób rozliczenia okresu po 2015 roku musi spełniać wszystkie wymogi uczciwego procesu i procedur państwa prawa. Wielu obawia się jednak, że gdy opozycja wróci do władzy, to znów okaże pobłażliwość; paradoksalnie pobłażliwość sprzeczną z prawem… To dla wielu byłby niewybaczalny błąd, a z moich obserwacji wynika, że jest tez powodem niechęci głosowania na opozycję, która część Polaków podejrzewa o niezdolność do podjęcia się rzetelnej naprawy Rzeczypospolitej. Ale ważniejsze niż same kary dla tych którzy sprzeniewierzyli się Konstytucji jest sam proces wyjaśnienia obywatelom co i w jaki sposób zostało naruszone i nie było respektowane. To musi być wielka inwestycja socjalizacji politycznej na przyszłość.

 

Jeszcze trzy lata temu nie zadałbym tego pytania, ale w międzyczasie moja wyobraźnia się poszerzyła. Czy PiS, jeśli przegra, odda władzę pokojowo?

To dobre pytanie. Już próbują manipulować ordynacją, a opanowanie Sądu Najwyższego może im ułatwić unieważnienie niekorzystnego dla nich wyniku wyborów.

 

A myśli Pan że zdobyliby się na zbrojną obronę przed oddaniem władzy?

Znając ich mentalność nie można tego wykluczyć. Już stosują zresztą przemoc fizyczną, pozwalając faszystowskim bojówkom bezkarnie bić kobiety. Ale – choć znów cynicznie to zabrzmi – taka decyzja choć być może kosztowna oznaczałaby ich całkowity koniec, więc chyba nic takiego nie nastąpi…

 

Dziękuję za rozmowę.

Głos prawicy

W trasie

– Zaczynamy dziś wielką drogę po Polsce, by kontynuować rozmowę z Polakami. Trzeba nieustannie pracować, bo „Dobra Zmiana” wymaga ciągłego działania – powiedział Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas kongresu PiS w Warszawie.
Dodał, że dobra władza dba o obywateli.
– Chcemy nie tylko mówić, ale słuchać i dyskutować. Nie działamy dla siebie, ale dla Polaków – stwierdził.
Podkreślił, że Prawo i Sprawiedliwość musi być „partią czystych rąk i nie ma w niej miejsca dla tych, którzy będą sobie te ręce brudzić”.
Premier Mateusz Morawiecki przedstawił pięć propozycji dla Polski: Dobry Start, Obniżka CIT do 9 proc., Program Dostępność+, Mała firma – mały ZUS, Drogi lokalne. Oznajmił, że podczas podróży po Polsce i spotkań z mieszkańcami, jest wysłuchanie i odpowiedzenie na potrzeby Polaków.
– Nasi poprzednicy mają tylko jeden program: anty-PiS, a nasz program nazywa się Polska, i to Polska równych szans. Pokazaliśmy, że można zupełnie inaczej prowadzić politykę społeczną i gospodarczą. Nasz obóz jest po to, aby dawać społeczeństwu bezpieczeństwo – powiedział.
Wicepremier Beata Szydło przypomniała, że program Prawa i Sprawiedliwości powstał po wysłuchaniu trosk, uwag i potrzeb Polaków.
– Godne życie dla polskich rodzin to coś, co wspólnie osiągnęliśmy. Dzieci i rodzina są fundamentem Polski i naszą przyszłością – stwierdziła – Dlatego chcemy wprowadzić udogodnienia dla młodych mam. Wprowadzamy program darmowych leków dla kobiet w ciąży oraz emeryturę dla kobiet, które nie pracowały zawodowo, a wychowały minimum 4 dzieci – powiedziała Wicepremier Beata Szydło.
Info z pis.org.pl

 

Krysia donosi

Krystyna Pawłowicz, poseł PiS i członek Krajowej Rady Sądownictwa ostro komentuje działanie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który postanowił o wstrzymaniu wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów do Izby Karnej SN. Zdaniem Krystyny Pawłowicz działania te są nadużyciem sędziów, którzy z poparciem NSA, próbują sabotować procedurę wyboru przez prezydenta kandydatów do Sądu Najwyższego. Poseł Pawłowicz podkreśla, że NSA nie miał prawa wydać postanowienia w sprawie odwołujących się sędziów, gdyż działają oni z naruszeniem ustawowej procedury. Jak informuje Krystyna Pawłowicz, ustawowa procedura przewiduje złożenie odwołań do NSA za pośrednictwem KRS, która przesyła je do NSA wraz ze swoim odniesieniem się do skargi. Przesyła je wraz z aktami personalnymi kandydatów. Skarżący sędziowie Gąciarek i Skrzecz, jak wszystko na to wskazuje, złożyli odwołania równocześnie bezpośrednio też do NSA. Z kolei NSA złamał procedurę ustawową, gdyż nie czekając na skargę sędziów złożoną w KRS i na odpowiedź Rady na zarzuty, ani tez na akta personale, samodzielnie podjął działania. Działania te nie są przewidziane w ustawie, która żadnych „wstrzymań” i „zawieszeń” uchwał KRS nie przewiduje. Krystyna Pawłowicz przypomniała, że KRS miała zaopiniować dla prezydenta kandydatury na sędziów czterech izb SN: Dyscyplinarnej, Cywilnej, Karnej i Kontroli Nadzwyczajnej i spraw publicznych. Wszystkie kandydatury zostały zaopiniowane i przygotowywane są obecnie sukcesywnie indywidualne uzasadnienia każdej z nich.
– W pierwszej kolejności przygotowaliśmy uzasadnienia uchwał dla kandydatów do Izby Dyscyplinarnej i wysłaliśmy je do prezydenta. Te kandydatury zostały już przyjęte, a sędziowie wyznaczeni. Teraz kończymy opiniowanie uchwał dotyczących kandydatów do pozostałych izb. Do każdej z izb, kilku kandydatów, zgłosiło zastrzeżenia i złożyło odwołania. Procedura jest taka, że odwołania kandydatów od uchwał KRS powinny być składane do NSA tylko i wyłącznie za pośrednictwem Przewodniczącego KRS. Dwóch sędziów, stosując prawo dowolnie, najwyraźniej ścigając się z czasem, z pominięciem procedury ustawowej, przekazało swoje odwołania równolegle, bezpośrednio NSA, a nie tylko do KRS. Tak stało się właśnie w przypadku sędziów kandydujących do Izby Karnej, sędziego Piotra Gąciarka i Rafała Skrzecza – mówi Krystyna Pawłowicz w rozmowie z portalem wPolityce.pl.

W kraju, który zmienił nazwę

W afrykańskim państwie, które niedawno zmieniło nazwę Suazi na eSwatini odbyła się druga tura wyborów parlamentarnych. Towarzyszyły temu ostre starcia z policją.

 

Obywatele eSwatini wzięli udział w piątek 21 września w wyborach parlamentarnych wybierając 59 deputowanych, podczas gdy 10 posłów mianuje osobiście król. Wyborcy nie mają natomiast żadnego wpływu na to, kto będzie zasiadał w Senacie. Król mianuje bowiem 20 senatorów, a 10 wybierają deputowani do izby niższej.

W trakcie wyborów doszło do incydentów i interwencji policji. Wyborcy protestowali przeciwko przeniesieniu urn z miejsca głosowania do jednej ze szkół, gdzie miało się odbyć liczenie głosów. Kiedy usiłowali sforsować zamknięte drzwi szkoły do akcji wkroczyła policja. Naoczni obserwatorzy zajścia twierdzą, ze do rozpędzenia protestujących użyto granatów ręcznych i kul gumowych, czemu policja zaprzecza.

Była to już druga w ostatnim czasie brutalna interwencja mundurowych. Na dwa dni przed wyborami w mieście Manzini doszło do regularnej bitwy pomiędzy siłami policji a związkowcami zrzeszonymi w Kongresie Związków Zawodowych Suazi domagającymi się wyższych płac i lepszych warunków pracy. Policja zaatakowała też siedzibę miejscowego oddziału Krajowego Stowarzyszenia Nauczycieli. Kilku jego działaczy, w tym sekretarz generalny, zostało doprowadzonych do aresztu.

Wybory parlamentarne w eSwatini mają bardziej formalny niż rzeczywisty charakter. W kraju tym zakazana jest działalność partii, natomiast kandydaci startujący w wyborach to z reguły osoby lojalne wobec króla. eSwatini to jeden przykładów monarchii absolutnej zachowujących pozory demokracji parlamentarnej. Król Mswati III sprawuje tu niepodzielną władzę. Nie tylko ma wpływ na władzę ustawodawczą, lecz także mianuje premiera i członków rządu oraz wyższych urzędników państwowych i sędziów. Rządzi za pomocą dekretów oraz podporządkował sobie media, które podlegają ostrej cenzurze. Nie toleruje też żadnej opozycji. Osoby opowiadające się za demokracją są sądzone na podstawie ustawy antyterrorystycznej. Taki model władzy król nazywa monarchiczną demokracją polegającą na partnerstwie między nim i społeczeństwem.

W kwietniu br. z okazji 50. rocznicy uzyskania niepodległości i jednocześnie swoich 50. urodzin król zarządził zmianę nazwy swojego państwa. Odtąd ma się ono nazywać eSwatini, co w miejscowym języku swati oznacza kraj ludności suazi. Zmianę tę król uzasadniał tym, że dotychczasowa nazwa stanowiła dziedzictwo kolonializmu. Ponadto argumentował, że angielska nazwa Swaziland ludziom na świecie kojarzy się ze Switzerlandem, czyli Szwajcarią.

Wybory do poprawki

Rosyjska Centralna Komisja Wyborcza przyznała pośrednio rację rosyjskim komunistom, którzy protestowali w związku z fałszerstwami w Kraju Nadmorskim. Wybory trzeba będzie powtórzyć.

 

Przypomnimy, że podczas drugiej tury wyborów w Kraju Nadmorskim o fotel gubernatora walczyli Andrej Tarasienko, reprezentujący prezydencką partię Jedna Rosja i przedstawiciel komunistów Andrej Iszczenko. Po przeliczeniu 99,03 proc głosów Iszczenko prowadził o niecały procent, po czym w ostatnich godzinach pracy komisji wyborczych nastąpił podejrzany wysyp aktywności wyborców, którzy jakoby tłumnie ruszyli do urn i w rezultacie Tarasienko wygrał o 1,5 proc. Komuniści uznali to za fałszerstwo, potwierdzane zresztą przez ich obserwatorów i ogłosili protest. Na ulice miast w regionie wyszli zwolennicy komunistycznego kandydata.

Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Ella Pamfiłowa stwierdziła, że CKW rekomenduje lokalnej komisji unieważnienie wyborów i przeprowadzenie ich ponownie za trzy miesiące. W komunikacie komisji zaznaczono, że miała miejsce głęboka ingerencja w proces wyborczy przy wykorzystaniu zasobów miejscowej administracji. Innymi słowy oznacza to, że miejscowi urzędnicy brali udział w ordynarnym fałszowaniu wyborów. Miały miejsce dosypywanie głosów, zmuszanie do głosowanie w oczekiwany sposób i korumpowanie wyborców.

Można oczekiwać, że komisja wyborcza w Kraju Nadmorskim przyjmie rekomendacje CKW.

To oczywiście zwycięstwo Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej i jej kandydata. Z drugiej strony to kompromitacja związanej z obecną władzą rosyjską partii Jedna Rosja i całego jej kadrowego zestawu w guberni. To kolejny powód raptownego spadku jej notowań zauważalny już dziś w całej Rosji.

Lewica, liberalizm, prawica

…czyli o sensowności pewnych działań.

 

Środowiska liberalno-lewicowe

Ulubioną obelgą (bądź też stwierdzeniem faktu) jest epitet czy jak kto woli pojęcie: „liberalno-lewicowy”, szeroko stosowane przez prawicowe media, Tak jest określana duża grupa ludzi, ale również mediów i dziennikarzy, których w jakiś sposób można identyfikować z sympatykami SLD, UP, PO i Nowoczesnej, ale też wiele osób, które nie identyfikują się z tymi partiami, ale mają pewien zbliżony system wartości. Choć czasem bardzo różny, ale który wyraźnie odbiega od wartości drugiej strony sceny politycznej. Generalnie wyróżnikiem tego bloku jest jego wręcz atawistyczna antyPiSowość. Jak czasem czytam i słucham ludzi tej formacji myślowej to zastanawiam się skąd to im się bierze? W najbardziej agresywnej postaci to jest oczywiście KOD i Obywatele RP – brak dyskusji merytorycznej, tylko krzyk „zniszczyć PiS!” Do tego bardzo silnie jest deklarowane przywiązanie do klasycznych zasad demokracji – trójpodziału władz, parlamentaryzmu, decentralizacji państwa i samorządności lokalnej, autonomii sądownictwa i prokuratury.Wyraźnie w całej tej formacji intelektualnej, oprócz wspomnianej nienawiści do PiS, na pewno jest inne, bardziej zdystansowane podejście do religii i Kościoła – począwszy od radykalnych postaw ateistycznych, na spokojnych katolikach deklarujących dążenie do państwa neutralnego światopoglądowego. Z tym związany jest znacznie większy „luz” w sprawach obyczajowych, poparcie dla środowisk kobiecych i feministycznych, środowisk LGTB.
W tej formacji również podejście do gospodarki i polityki społecznej jest liberalne (w znaczeniu ekonomicznym), choć ma różne odcienie. Własność prywatna, reprywatyzacja i minimalny udział państwa w gospodarce to dominujący pogląd. Zróżnicowany jest stosunek do związków zawodowych – od werbalnego poparcia ze strony SLD, po bardziej czy mniej wrogi ze strony PO i Nowoczesnej. Zdaniem tej formacji ingerencja państwa w politykę społeczną nie powinna być zbyt duża. Nie interwencje w życie społeczne, ale raczej tylko ograniczona pomoc społeczna dla szczególnie poszkodowanych w obecnym systemie. Ta formacja jest ideową, intelektualną i w dużym stopniu kadrową kontynuacją obu stron okrągłego stołu, stąd w polityce historycznej jest pochwała reform i dorobku Polski po 1989 roku. Występuje niechęć do zbytniego odwoływania się i celebrowania tradycji narodowych i jednocześnie obawa i niechęć do ruchów nacjonalistycznych.

 

Socjalna prawica

Po drugiej stronie sceny politycznej – Zjednoczonej Prawicy, czyli praktycznie PiS, na dobrą sprawę, wszystko jest na odwrót.
Czyli bardzo silne przywiązanie do Kościoła, wprowadzanie Kościoła do wszelkich przejawów życia publicznego – partyjnego, państwowego czy samorządowego. W ślad za tym idzie propagowanie wartości rodzinnych, krytyka organizacji kobiecych i feministycznych oraz całkowity brak tolerancji dla postaw LGBT.
Eksponowanie w życiu społeczno-politycznym w Polsce bardzo silnie tradycji narodowej – celebracja różnego typu rocznic historycznych, codzienna pielęgnacja „mitu założycielskiego” PiS czyli tragedii smoleńskiej, przygotowywane zmiany w programach edukacyjnych i szkolnictwie. Konsekwentne niszczenie i wymazywanie ze świadomości społecznej tradycji i działalności komunistycznej w Polsce. W skrajnych przypadkach przybiera to postać walki z wszelkimi przejawami lewicowości, lewicy niepodległościowej czy nawet piłsudczyków. To celebrowanie tradycji narodowych przekłada się chyba również na politykę dozbrojenia Polski, zwiększenia ilościowego i jakościowego armii. Zdecydowana jest w tym środowisku negacja porozumienia przy okrągłym stole, jako utrzymującego w uprzywilejowanej pozycji ludzi zarządzających w PRL i dających im szansę na uwłaszczenie się na majątku państwowym. W ślad za tym szły m.in. ograniczenie praw emerytalnych dla byłych funkcjonariuszy MO i SB. Prawica ma znacznie większe przywiązanie do etatyzmu w gospodarce, ingerencji państwa w gospodarkę czego przykładem mogą być plany rozwoju energetyki, przemysłu stoczniowego czy infrastrukturę kolejowej i drogowej. Prywatyzacja nie jest mile widziana, wielokrotnie przedstawiana jest jako szkodliwa wyprzedaż majątku narodowego. Mówi się wręcz o konieczności odwrócenia niektórych procesów prywatyzacyjnych czy reprywatyzacyjnych – co widać choćby na przykładzie walki Patryka Jakiego z dziką reprywatyzacj paaą w Warszawie (co w gruncie rzeczy jest rekomunalizacją), czy wykupienia w lipcu tego roku akcji Stoczni Gdańskiej od ukraińskiego inwestora przez Agencję Rozwoju Przemysłu.
Prawica jest raczej zwolennikiem scentralizowanej, silnej władzy państwowej, choć nie zawsze rozumie, że to nie jest równoznaczne ze sprawnością.
Stosunek do związków zawodowych jest zróżnicowany, ale prawica ma swojego sojusznika politycznego – NSZZ „Solidarność” i traktuje go niewątpliwie lepiej niż w okresie swoich rządów SLD traktowało OPZZ.
A w sprawach polityki społecznej to już zupełne przeciwieństwo „lewicowo-liberalnych”. Choć zapewne można by tu mówić nie tyle o polityce społecznej co o polityce pronatalistycznej. Prawica uważa, że Polsce grozi kryzys demograficzny, co oprócz religijnego stanowi kolejny powód do prowadzenia aktywnej polityki prorodzinnej. Stąd programy 500+, 300+, Mieszkanie+ itp. Jednak te programy pomocowe kierowane są do wszystkich uprawnionych niezależnie od poziomu dochodów dlatego właśnie trzeba mówić o polityce pronatalistycznej. Z drugiej zaś strony, obiektywnie rzecz biorąc, te działania prawicy są jednak formą redystrybucji dochodu narodowego i to na rzecz słabszych ekonomicznie grup społecznych, a nie najbogatszych, jak to miało miejsce w okresie rządów koalicji PO-PSL. Niewątpliwie te programy, niezależnie od skutków demograficznych, prowadzą do wyrównywania nierówności społecznych w Polsce, do bardziej sprawiedliwej struktury społecznej. Dlatego można mówić o „socjalnej prawicy” czy też „konserwatystach społecznych”.

 

Tragedia lewicy, klęska SLD

Tak więc socjalna prawica w zakresie polityki gospodarczej i polityki społecznej realizuje cele, które znajdują się w programach wielu ugrupowań lewicy. To powoduje, że ugrupowania lewicowe są w jakimś stopniu bezbronne wobec PiS, bo trudno krytykować coś, o co się wiele lat walczyło. W zasadzie nie mają recepty, nie mają programowej odpowiedzi na działania PiS. Na dodatek w wypadku ugrupowań lewicowych, które uczestniczyły w sprawowaniu władzy po 1989 roku, czyli SLD i UP, można wręcz mówić o grzechu zaniechania czyli de facto kontynuowaniu liberalnej polityki w sferze gospodarczej i społecznej, a nawet nie wypracowaniu przynajmniej propozycji takich rozwiązań, jakie dziś proponuje PiS. To chyba powoduje, że znakomita większość lewicy bezkrytycznie znalazła się wśród radykałów antypisowskiego bloku liberalno-lewicowego.
Czyli logika myślenia jest taka: jak już nie możemy ich krytykować za gospodarkę i sprawy społeczne, to przynajmniej krzyczmy o obronie demokracji, Sądu Najwyższego, neutralności światopoglądowej państwa, praw kobiet.
Czyli to jest tak, jakby lewica z całej bogatej oferty programowej połowę oddała bez walki prawicy. A zatem w wieloletnim sporze o to – czy lewica ma być socjalna czy obyczajowa, zdecydowanie wygrała lewica obyczajowa.
Ale wepchnięcie lewicy do bloku liberalno-lewicowego może się skończyć tak, że lewica zostanie tylko przybudówką do liberałów, albo w ogóle przestanie istnieć, co zresztą od pewnego czasu prorokuje kilku publicystów.
Jest co prawda kilku polityków lewicy, którzy mówią żeby się nie obrażać na PiS i widzieć w równym stopniu wady i zalety zarówno PiS, jak i PO. Ale takie postawy chyba nie mają poparcia na lewicy, a tacy politycy nie są mile widziani.

 

* * *

Tak więc lewica, jeśli jeszcze chce istnieć i odgrywać jakąś rolę w Polsce, powinna przemyśleć swoje miejsce na scenie politycznej i przygotować własny program atrakcyjny dla ludzi.

Internet rządzi My, socjaliści

W ostatnich dniach „Gazeta Wyborcza” i Radio Zet ujawniły dokument, z którego wynika, że wiosną 2015 r. sztab wyborczy Andrzeja Dudy miał podpisać umowę ze spółką tworzącą fałszywe konta w Internecie.

 

Umowa obejmowała okres przed wyborami prezydenckimi 2015 r. Wybory prezydenckie odbyły się 10 i 24 kwietnia (II tura) 2015 roku. Prezydent Duda zdementował te informacje twierdząc, że to typowy fake news. Podobną sytuację ma prezydent USA Donald Trump, który został wybrany w listopadzie 2016 roku. Jego sztab jest posądzany o konszachty z Rosjanami, którym zarzuca się ingerencję w amerykańskie wybory poprzez manipulacje w Internecie.

Ażeby poważnie podejść do sprawy, trzeba odpowiedzieć na podstawowe pytanie, jak można wykorzystać Internet do manipulowania wynikami wyborczymi? Istnieją liczne teorie i dowody na to, że można. Z opracowań amerykańskich, ale również polskich wynika, że jako pierwszy na szerszą skalę wykorzystał Internet do zdobycia przewagi wyborczej był Barack Obama w 2008 roku, który pokonał Johna McCaina. Powtórzyło się to w USA cztery lata później.

Doświadczenia z kampanii internetowych zostały opisane i opracowane naukowo. Dziś korzystają z nich wszyscy, bowiem pozwalają na znaczące wsparcie wyników wyborczych kandydatów wybieranych powszechnie, których wspierają media masowe, a szczególnie portale społecznościowe w Internecie. Chodzi przede wszystkim o Facebook i Twitter.

Infrastruktura służąca do takich działań jest mocno rozbudowana w skali globalnej, jak również w skali państw narodowych – jesteśmy dziś generalnie przynajmniej jedną nogą w erze informacyjnej.

Po blisko 20 latach intensywnego rozwoju wg 2017 Digital Yearbook, sieć Internetu opasała już cały świat. W styczniu 2017 roku było na świecie 7,476 mld ludzi, z czego aż 50% (3,773 mld) posiadało dostęp do Internetu. W Europie Zach. jest to 84%, w Europie Wsch. 67%. Polska jest na 15. miejscu z 72 %. Aktywnie z mediów społecznościowych korzystało 37% populacji naszego globu, czyli 2,789 mld. Unikalnych użytkowników mobilnych jest aż 66%, czyli 4,917 mld ludzi. Korzystających z mediów społecznościowych za pomocą urządzeń mobilnych (smartfonów) jest aż 34% mieszkańców Ziemi – czyli 2,549 mld osób. Rocznie Internet rośnie o ok. 10%.

Wynika z tego, że baza techniczna do globalnych i narodowych działań w dziedzinie operowania wpływem poprzez media społecznościowe jest. Jest więc gotowa baza społeczna. Szczególnie dobrze jest ona rozwinięta w krajach europejskich, USA, Kanadzie, Japonii, Rosji. W ostatnich latach doszło również do przełomu w dziedzinie oprogramowania dającego możliwość dotarcia do aktywnych w sieci osób.

Według „Guardiana”, język i twierdzenia, których używali prowadzący facebookową stronę Andrzeja Dudy w kampanii prezydenckiej były niesamowicie podobne do tych używanych przez Cambridge Analytica. Jest to firma, która znając preferencje wyborców w USA mogła na nich wpływać i pomogła wygrać Donaldowi Trumpowi. Nie wszyscy wiedzą, że za algorytmem wykorzystywanym w tych operacjach stoi Polak dr Michał Kosiński z Uniwersytetu Stanforda. Opracował on algorytm, który na podstawie naszej aktywności w mediach społecznościowych tworzy kompletny obraz osobowości.

Wracając do sprawy ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce i w USA wiadomo, że wykorzystywano w nich aktywnie media społecznościowe. O tym, że wybory wygrywa się nie tylko na ulicy i w lokalach wyborczych, ale wcześniej, przede wszystkim w sieci, wiedzą wszystkie partie polityczne i kandydaci ubiegający się o funkcje publiczne. Poza armiami trolli i botami coraz częściej w kampaniach wykorzystywane są jednak profesjonalne firmy zajmujące się wpływaniem na wyborców. Są do tego potrzebne oczywiście odpowiednie środki, bowiem prowadzone dyskretnie działania nie są tanie. Stać na nie największe partie polityczne i państwa.

Ostatnio prowadzona jest w USA sprawa wpływu Rosji na wybory amerykańskie. Jest to możliwe, choć działania w skali globalnej nie mają charakteru asymetrycznego. Aktywne stale w sieci są wszystkie duże państwa, szczególnie USA, Rosja, Chiny, Izrael, W. Brytania, Niemcy i inne incydentalnie np. Państwo Islamskie, Korea Płn. Prowadzą one działania przeciw sobie, ta sieciowa wojna jest widoczna na każdym kroku, jak również w konkretnych sprawach np. wspierania określonych wartości ideowych np. propagując amerykański styl życia, potęgę militarną Rosji, neoliberalizm, wartości islamskie, psychozę wojenną itp.

W Polsce, jak wiadomo, wysoką aktywność w sieci portali społecznościowych przejawia PiS i PO, zatrudniając dziesiątki ludzi oraz tzw. boty. Mniej aktywne ze względu na środki są inne ugrupowania, choć swoje doświadczenia miała tutaj PSL i partie firmowane przez Janusza Korwin-Mikke.

Polska lewica ma małe doświadczenia i środki w tej dziedzinie, choć wiadomo, że polityka i budowanie wpływu przenosi się do Internetu.

Uważam, że powinien powstać na lewicy program działań, przede wszystkim przed wyborami europejskimi i parlamentarnymi. Dotychczasowe skromne doświadczenia SLD i partii Razem powinny być rozwijane.

Flaczki tygodnia

Barbara Nowacka wybrała karierę polityczną w PO. Wybrała „mniejsze zło. I świetnie potrafi to uzasadnić. Bo kiedy PiS, ten śmiertelny wróg, stoi u bram samorządów, to nie czas na ideową estetykę. Wtedy jest czas realnej polityki.

***

W tej realnej polityce pieniądze Platformy Obywatelskiej, jej medialne wpływy, partyjne struktury mogą zagwarantować Nowackiej mandat radnej, a w przyszłości też miejsce w Parlamencie Europejskim, lub Sejmie RP. Dzięki takim mandatom Nowacka będzie mogła być w polskiej polityce. Działać realnie, a już nie jako wieloletnia „nadzieja polskiej lewicy”.
Będzie też mogła głosić tam swoje, liberalno-lewicowe poglądy. I będzie dalej ulubioną przez liberalne, komercyjne media polityczną celebrytka.

***

Barbara Nowacka poszła drogą Bartosza Arłukowicza. Wydeptaną wcześniej przez Dariusza Rosatiego, Danutę Hübner, Marka Borowskiego, Grzegorza Napieralskiego. Wszyscy oni, po skłóceniu z SLD, kontynuowali tam swoje kariery. Ale z biegiem lat porzucali lewicowe ideały, albo już nie eksponowali ich w mediach.

***

Wszystkie te gwiazdy lewicy, po zagnieżdżeniu się w Platformie, po chwilowej medialnej popularności, w końcu lądowały w jej drugim, politycznym szeregu. Ale źle im nie było. Danuta Hübner została unijnym komisarzem. Bartosz Arłukowicz przez pięć lat był nawet na pierwszej linii, ministrem zdrowia. Czy pamiętacie jakieś lewicowe reformy służby zdrowia wprowadzone przez „lewicową twarz w PO”, czyli Bartosza Arłukowicza?

***

Platforma Obywatelska nie pierwszy raz przed ważnymi dla niej wyborami pozyskuje z lewicy popularne postacie. Bo chce ocieplić swój, antysocjalny wizerunek. Chce syrenimi głosami pozyskanych lewicowych celebrytów zwabić głosy wyborców centro – lewicowych. W tym roku te głosy mogą mieć wagę mandatów decydujących o władzy w sejmikach. W Warszawie głosy pozyskane dla Trzaskowskiego przez Nowacką mogą zaważyć o zwycięstwie. Dla utrzymania samorządowej władzy konserwatyści i bezideowcy z PO zniosą lewicowe hasła głoszone na ich konwencjach przez Nowacką.

***

Barbara Nowacka była kreowana przez liberalne, komercyjne media, takie jak TVN, „Gazeta Wyborcza”, radio TOK FM oraz współpracujące z nimi lewicowe media, jak „Krytyka Polityczna”, na liderkę nowej, młodej lewicy.
Tej dobrej lewicy, bo nie związanej z SLD. Ta kreowana, nierzadko mistyfikowana, lewica miała być tym politycznym „dobrem”. W przeciwieństwie do SLD, który był i jest kreowany, na lewicę gorszego sorta. Dla polskiego młodego lewicowca głosowanie na SLD miało być i pewnie znów będzie, uznawane jako głosowanie na „mniejsze zło”.

***

Barbara Nowacka i jej polityczni przyjaciele od 2016 roku głosili, że muszą stworzyć własne ugrupowanie. Alternatywne wobec SLD. Także po to aby lewicowi wyborcy już nie musieli głosować na „mniejsze zło”. Czyli SLD.

***

Lata minęły. Okazało się, że poza grupami przyjaciół, jak stowarzyszenie Inicjatywa Polska, nowej lewicy nie udało się stworzyć lewicowej alternatywy dla SLD. Okazało się też, że Partia „Razem” dokonała samoizolacji i w przedwyborczych sondażach nie przekracza poziomu progów wyborczych. Co oznacza, że głosy oddane na nią mogą być stracone.
Jedyną lewicowa formacją przekraczającą progi wyborcze jest koalicja SLD – Lewica Razem. Ale ta koalicja jest zwalczana przez liberalne media, jako to „mniejsze zło”.

***

Dlaczego Barbara Nowacka decydując się na „wybór mniejszego zła”, wybrała „zło z PO”? W czym PO jest lepsza od SLD? Bo ma więcej wpływów w mediach, pieniędzy?

***

Usłyszałem opinię Barbary Nowackiej, że z SLD nie może startować w wyborach, bo SLD w swojej kampanii będzie bronić dorobku Polski Ludowej i ludzi zasłużonych w tamtej Polsce.
W 2015 roku Flaczki uosobione przez Piotra Gadzinowskiego były na liście wyborczej do Sejmu RP. Liście „Zjednoczonej Lewicy”, gdzie SLD był ważnym koalicjantem. Z okręgu warszawskiego. Barbara Nowacka była liderką tamtej listy. Nie przeszkadzało jej wtedy, że ja, umieszczony na ostatnim miejscu listy, stale w kampanii broniłem dorobku Polski Ludowej i „postkomuchów”.
Przeciwnie, była Barbara niezwykle pracowitą liderką listy i gdyby wszyscy ze Zjednoczonej Lewicy tak aktywnie pracowali w kampanii, jak ona, to pewnie koalicja Zjednoczona Lewica byłaby obecna w tym Sejmie.
Dziś słyszę opinie, że siedemdziesiąt tysięcy głosów jakie zdobyła wtedy Barbara Nowacka i dwadzieścia tysięcy jakie zdobył wtedy Dariusz Joński to jedynie zasługa ich osobowości. Ciekaw jestem jaki wynik osiągną oni startując teraz w barwach Koalicji Obywatelskiej, czyli PO.

***

Nie wszyscy działacze z Inicjatywy Polskiej przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej PO. Warszawska radna, Paulina Piechna-Więckiewicz, wybrana z listy SLD, potem członkini Inicjatywy Polskiej, uznała, że lepiej będzie realizować swe lewicowe poglądy startując w komitecie wyborczym Jana Śpiewaka i Partii „Razem”. Jeszcze inni postanowili poczekać na „lepsze czasy dla lewicy”.
Nie głosować.

 

PS. Opowiadając na liczne pytania, Flaczki potwierdzają, że naczelny „Trybuny” Piotr Gadzinowski będzie kandydował do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa/Wilanowa z listy SLD – Lewica „Razem”. Bo nie wstydzi się dorobku Polski Ludowej i reprezentowania Polaków „gorszego sorta”.

Szantaż będzie główną narracją WYWIAD

„Prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycję, że PiS szykuje nam Polexit”. Z doktorem Markiem Migalskim, politologiem, rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Za nami konwencja PiS-u, gdzie przemawiał od dawna niewidziany prezes, jednak widać było, że to Mateusz Morawiecki grał pierwsze skrzypce.

MAREK MIGALSKI: Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Nie było strategiczne, nie wyznaczyło nowych kierunków, ono było interesujące z jednego chyba tylko powodu; prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycje, że PiS szykuje nam Polexit. Ten sam element znalazł się zresztą w wypowiedzi premiera Morawieckiego. Wnoszę stąd, że ten argument opozycji wydaje się skuteczny. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u. Całkowicie zgadzam się też z pani opinią, że głównym aktorem tej konwencji był premier Morawiecki, zatem to jest pomysł PiS-u na kampanię.
Nawet w spocie zaprezentowanym podczas konwencji bardzo charakterystyczne jest to, że nie pojawia się inny polityk niż premier Morawiecki i to kilkanaście razy. Wnioskuję z tego, że kampania samorządowa będzie oparta na premierze, a nie prezesie Kaczyńskim czy innych kandydatach. Oczywiście lokalnie kampanie będą oparte na swoich kandydatach, jednak ta ogólnopolska będzie oparta na premierze.
Z tym wiąże się kolejna sprawa. Proszę zauważyć, że i z ust premiera, i prezesa pojawiło się powtórzenie tego szantażu, który wcześniej został sformułowany m.in. przez Tomasza Porębę czy innych polityków, choć wtedy wydawał się dość przypadkowy. Dziś wiemy, że nie, że te samorządy, w których zwyciężą kandydaci PiS-u, będą dofinansowane z budżetu państwa. Te, które okażą się opozycyjne, mogą zostać za to ukarane. Oczywiście obaj – premier i prezes – mówili to dość zawoalowanie, ale widać, że to będzie główna narracja tej kampanii.

 

To chwyt poniżej pasa?

Gdyby pani zapytała etyka, pewnie on znalazłby na to tylko najostrzejsze słowa. Politolog, oprócz tego, że może wyrazić swoje oburzenie, to musi przyznać, że to może być skuteczne. Czy ten „chwyt poniżej pasa” skłoni wyborców do postąpienia tak, jak ten komunikat i szantaż brzmi, tego nie wiem. Opozycja znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji, bo ten chwyt jest tyleż podły, co może okazać się skuteczny.
Opozycja powinna próbować uświadomić wyborcom, że ten szantaż może być skuteczny tylko wtedy, kiedy PiS zwycięży w wyborach parlamentarnych, a tak przecież nie musi się stać.
Wtedy efekt może być odwrotny, bo ta broń jest obosieczna; może się okazać, że nowa władza, która odsunie PiS od rządzenia, może zachować się równie brutalnie jak dziś partia Jarosława Kaczyńskiego.

 

Wróćmy do wątku europejskiego. Czy to znaczy, że słowa Jarosława Gowina o możliwym nieuznaniu wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, które zapoczątkowały dyskusję o Polexicie, mogły nie być uzgodnione z Nowogrodzką?

Jestem przekonany, że ta wypowiedź Gowina była charakterystycznym dla niego „strzelaniem z automatu” po wszystkich, bez uzgodnienia z Kaczyńskim. Jarosław Gowin ma taką tendencję do mówienia rzeczy, które ściągają nie tylko na niego, ale i cały obóz polityczny kłopoty. To zresztą bardzo szybko wyczuła opozycja, bo gdyby tak nie było, to byśmy dziś jeszcze o tym nie rozmawiali. Przecież Grzegorz Schetyna i Katarzyna Lubnauer zapowiedzieli, że będą składać wniosek o dymisję Gowina właśnie w kontekście jego wypowiedzi o TSUE, a to znaczy, że „poczuli krew”.
To też oznacza, że opozycja także dysponuje badaniami, które pokazują, że możliwy Polexit jest dziś kłopotliwy dla PiS-u. Elektorat PiS-u jest w materii europejskiej skomplikowany. W większości jest jednak proeuropejski. Jeżeli opozycji uda się przykleić PiS-owi łatkę partii eurosceptycznej, będzie to duży problem dla Kaczyńskiego i jego partii.

 

Premier Morawiecki, główna gwiazda konwencji, złożył kolejne obietnice. Ukierunkowane na samorząd, ale każdy coś dostał – seniorzy, samorządy, gospodarstwa domowe. Pytanie, czy ktoś w to wierzy.

Zacznę od wyrażenia żalu, że nie mamy 200-letniej rocznicy, bo w zapowiedziach premiera okazało się, że na 100-lecie odzyskania niepodległości będzie 100-bajtowy internet. Rozumiem, że gdybyśmy niepodległość uzyskali 200 lat temu, bo byłby 200-bajtowy internet. A mówiąc poważnie, to premier sformułował nową „piątkę Morawieckiego” i będzie z nią tak jak z pierwszą piątką.
Możemy przeprowadzić taki test: kto z czytelników pamięta cokolwiek z pierwszej „piątki”? Ja już nawet nie pytam, czy to zostało przeprowadzone, zrealizowane, czy nie, oprócz 300 Plus. Odpowiadając na pytanie, czy ktoś to kupi, to będą to ci sami, którzy kupili pierwszą opowieść Morawieckiego.

 

Sondaże pokazują, że PiS nie wygra wyborów samorządowych, nie przejmie dużych miast. PiS przestał być teflonowy?

Z wyborami samorządowymi to jest tak, że każdy będzie przekonywał, że te wybory wygrał, bo te wybory mają to siebie, że nie ma jasnych wygranych i przegranych. Natomiast rzeczywiście wiele wskazuje na to, że ten walec PiS-owski nie rozjedzie już opozycji. Gdyby się okazało, że PiS nie tylko nie przejmie dużych miast, ale też nie będzie w stanie stworzyć większości koalicyjnych w sejmikach w większej ilości niż w 8, to można będzie powiedzieć, że PiS jest do pokonania. To będzie znak, że PiS to nie są Niemcy w piłce nożnej. To drużyna, która zaliczyła sukces w 2015, ale po 3 latach rządów nie powtórzyła już tego sukcesu. Przypomnę tylko, że to będą pierwsze wybory od 3 lat, więc będzie chęć wyrażenia niechęci wobec PiS-u. Podejrzewam, że elektorat anty-PiS się zmobilizuje, bo będzie mógł pokazać sprzeciw, a nie tylko złościć się przed telewizorem. Z drugiej strony będzie też mobilizacja elektoratu PiS-owskiego, bo te wybory będą pewnego rodzaju plebiscytem.

 

Wysuwanie na czoło kampanii premiera Morawieckiego to powtórzenie manewru z poprzednich wyborów, gdzie też nie prezes, a Beata Szydło i Andrzej Duda wiedli prym w kampanii?

To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Ciekawe jest jeszcze co innego, w przemówieniu Kaczyński zawarł jeszcze jeden komunikat, bardzo ważny, który był powtórką z ostatniej kampanii – że nie będzie rozliczeń, represji itd. Dokładnie to samo zrobił na dwa miesiące przed wyborami 2015 roku, ukazując łagodną twarz.

 

Robert Biedroń już oficjalnie potwierdził, że nie będzie startował w wyborach na prezydenta Słupska. – Czas zacząć nowy rozdział – powiedział.

Ja też nie będę kandydował na prezydenta Słupska, ale mówiąc poważnie – jasne jest, że on ma plany ogólnopolskie. Jasne jest też, że nie mógł startować w wyborach samorządowych. Gdyby je wygrał, to musiałby zrezygnować za pół roku, gdyby przegrał, to byłoby jeszcze gorzej, zważywszy że chciał budować coś ogólnopolskiego.
Biedroń wie, że jemu lepiej będzie w Brukseli niż w Słupsku.

 

A w Warszawie, w polskim parlamencie?

Jeśli ma plany na Sejm i Senat, to tym bardziej musi wystawić listę w wyborach europejskich, zwłaszcza że te wybory będą dla niego najłatwiejsze. W nich jest relatywnie niski próg wyborczy, jest niska frekwencja – około 25 proc. – głosować chodzą raczej duże miasta i elektorat wykształcony. Jeśli taka socjalliberalna czy lewicowa inicjatywa ma powstać, to największe szanse ma właśnie w wyborach europejskich. Biedroń musi też przetestować siebie i wyborców i pokazać, że są w stanie zrobić przynajmniej 10-proc. wynik.

Apel o wspólną walkę Konwencja SLD

„Silny samorząd, demokratyczna Polska” – zorganizowana pod takim hasłem konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz ugrupowań partnerskich nie przyniosła szczególnego zaskoczenia. Mowa była głównie o konieczności zwarcia szyków przez opozycje w obliczu zagrożenia ze strony obecnego obozu władzy oraz konieczności szerokiej współpracy w obrębie samej lewicy.
Zjazd wyborczy Sojuszu został zorganizowany w „czerwonym mieście”, czyli bastionie partii – Dąbrowie Górniczej. Zgromadzenie zainaugurował prezydent tego miasta Zbigniew Podraza. Następnie na mównicy pojawił się przewodniczący Sojuszu Włodzimierz Czarzasty, który w trzech punktach nakreślił to, co jego zdaniem powinno być priorytetem dla przeciwników PiS. – Jak uważacie, że chcemy walczyć o przyszłość naszego kraju, o Polskę demokratyczną, zbierzmy się i ustalmy trzy zasady. Zasada pierwsza: wszyscy pilnujemy uczciwości wyborów samorządowych. Zasada druga: w drugiej turze głosowania wszyscy popieramy osoby z opozycji demokratycznej. Zasada trzecia: zobowiążmy się, że po wyborach samorządowych nie będziemy tworzyć koalicji z PiS-em – mówił Czarzasty. Jeśli chodzi o lewicę, Czarzasty zaznaczył też istotną role Roberta Biedronia, pod warunkiem, że polityk ten sam zdecyduje się na lewicowy program i wyrazi aspiracje do bycia liderem postępowego obozu.
– Chciałbym ciepłe słowa skierować do Roberta Biedronia. Myślimy, Robert, o tobie dobrze. Jeżeli stworzysz program lewicowy i będziesz chciał stanąć na czele ruchu lewicowego, witamy w rodzinie i pomożemy. Ale jeżeli ten program będzie tylko fajny, życzymy ci szczęścia – powiedział lider SLD. Przewodniczący wskazywał też niekonsekwencje w podejściu liberałów do prezydenta Słupska, którzy z jednej strony pokazowo wyciągają do niego rękę, a z drugiej – działają przeciwko niemu. Czarzasty odniósł się również do innych przypadków takiej niekonsekwencji.
– Chcę to usłyszeć od Grzegorza Schetyny. Niech powie, że się zgadza, niech się do tego odniesie. Ale potem będę prosił o uczciwość. Czyli nie będziemy razem z PiS-em głosowali w Słupsku przeciwko Robertowi Biedroniowi, a zrobiliście to. Nie będziemy razem z PiS-em głosowali w Gorlicach przeciw burmistrzowi SLD Rafałowi Kukli, a zrobiliście to – bo czasami PO-PiS jest wam w sercach bliższy, niż to, co macie na ustach – wskazywał lider Sojuszu. Przewodniczący podczas swojego wystąpienia momentami wyraźnie przesadził z koncyliacyjnym gestem. Jego zdaniem w obrębie antypisowskiej koalicji mógłby się również znaleźć Paweł Kukiz. – Zapraszam wszystkich, którzy uważają, że są opozycją, zapraszam również Pawła Kukiza, bo przecież codziennie krytykuje PiS. Podpisz się, bracie, pod takim paktem, przynajmniej będziemy wiedzieli, w co gramy – dodał przewodniczący SLD. – Wszystkie badania przeprowadzone w ostatnim czasie mówi, że jakbyśmy naprawdę uczciwie do tego podeszli, a nie kupując ludzi w tę, albo tamtą stronę, to przynajmniej w sejmikach samorząd nadal będzie samorządem – przekonywał Czarzasty, zaznaczając jednak, co warto podkreślić, że to właśnie Kukiz odpowiada za wprowadzenie do parlamentu polityków kojarzonych z ideologią faszystowską.
Czarzasty zaznaczył, że wybory samorządowe to dobry moment do zaprezentowania lewicowych wartości dla jego partii. – Samorząd jest dla nas bardzo ważny. Nie ma demokracji w Polsce bez silnego samorządu. Wszyscy nasi radni, którzy zostaną radnymi, zostaną zobowiązani, aby bardziej stawiać na człowieka, inwestować w człowieka, pomagać człowiekowi, niż inwestować i infrastrukturę. Jest czas na inwestycje w człowieka i chcemy w naszych programach, poprzez 24 tys. kandydatów, których zgłaszamy, to upowszechniać – zapewnił.
Głos zabrał także Sekretarz Generalny SLD Marcin Kulasek, który mówił o tym z jak dalekiej drogi musiała powrócić jego partia w ostatnim czasie. – To trzy lata trudne dla Polski i trudne dla lewicy. Dzisiaj walczymy nie tylko o naszą obecność w samorządzie, o realizację naszego programu, ale przede wszystkim o demokrację, o rządy prawa, o przerwanie dominacji Prawa i Sprawiedliwości – powiedział.
Na walce z PiS i przywróceniu normalności skupił się kandydat PiS na prezydenta Warszawy Andrzej Rozenek, który zaznaczył, że jego partia nie zabierze Polakom programów socjalnych uruchomionych przez PIS, a jednocześnie zaakcentował inne ważne sprawy. – Oddamy obywatelom poczucie bezpieczeństwa, przywrócimy Polsce zaszczytne miejsce we wspaniałej, zaszczytnej, wielkiej rodzinie europejskiej, zwrócimy wolność i swobodę obywatelską, odbudujemy społeczeństwo obywatelskie i świeckie państwo – deklarował.

Antykomunistyczni idioci

Już niebawem zakazana będzie, pod groźbą kary więzienia, współpraca polsko-chińska, polsko-wietnamska, polsko -rosyjska, a nawet polsko-czeska. I nie tylko.
Zakazanymi będzie nie tylko działalność Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej i Polsko-Wietnamskiej. Bo propagują przyjaźń z państwami „komunistycznymi”.
Zakazane będą przede wszystkim wszelkie oficjalne rozmowy polityczne, gospodarcze i kulturalne z reprezentantami tych państw, bo zakazane będzie pokazywanie państwowych i partyjnych symboli podczas tych rozmów. Jak choćby flag chińskich i wietnamskich.
Zakazanymi będzie działalność chińskich Instytutów Konfucjusza.
Zakazane będą kontakty z Komunistyczną Partią Czech i Moraw. Partią legalnie działającą w Republice Czeskiej. Koalicjanta parlamentarnego aktualnego rządu Republiki Czeskiej.
Zakazane będą kontakty z Komunistyczną Partią Rosji, największą opozycyjna siłą w tym państwie.
Zakazane będzie też posiadanie na prywatny użytek czerwonych flag z wizerunkiem sierpa i młota, symboli pięcioramiennych gwiazd, zwłaszcza czerwonych, książek napisanych przez Mao Mao Zedonga, Ho Chi Minha, Deng Xiaopinga, i aktualnego prezydenta Chin Xi Jinpinga.
Zakazane będzie nawet posiadanie przedmiotów z wizerunkami tych światowych przywódców. I rzecz jasna z wszelkimi innymi, uznanymi za „komunistyczne” symbolami.
Zakazane to wszystko będzie, bo rząd PiS chce propagandowo wykorzystać postulowaną przez liberalne i lewicowe środowiska walkę z faszyzmem do walki z „komunizmem”. Zrealizować swoje antykomunistyczne fobie korzystając z haseł walki z faszyzmem.

 

Raz sierpem, raz młotem

Jak poinformowała gazeta „Rzeczpospolita” wkrótce „oddawanie czci Hitlerowi stanie się w Polsce czynem zabronionym. Nowelizację kodeksu karnego w tym zakresie planuje rząd”.
To efekt reportażu w TVN o polskich faszystach czczących urodziny Adolfa Hitlera. Po jego emisji na wniosek szef MSWiA Joachim Brudzińskiego powołano Międzyresortowy Zespół do spraw Przeciwdziałania Propagowaniu Faszyzmu i Innych Ustrojów Totalitarnych.
Dnia 3 lipca 2018 roku zespół wysłał do Kancelarii Premiera propozycje zmian obowiązującego prawa. Zaproponowano „penalizację zachowań związanych z oddawaniem czci lub inną formą upamiętnienia postaci odpowiedzialnych na zbrodnie nazistowskie i komunistyczne”.
Nielegalne stanie się nie tylko fetowanie wodza III Rzeszy, ale też przykładowo Józefa Stalina lub Mao Zedonga. Z pisma MSWiA wynika, że spenalizowane będą nawet „zachowania niepubliczne”. Czyli to co robimy i to ci posiadamy w domu.
Jakie będą groziły za to kary? Z informacji udostępnionym zainteresowanym posłom wynika, że czyny zostaną spenalizowane „w ramach typu kwalifikowanego”, co oznacza kary więzienia.
Ale to nie koniec propozycji Zespołu. Chce on też zwiększenia sankcji karnej za przestępstwa z art. 256 kodeksu karnego, który mówi o nawoływaniu do nienawiści oraz propagowaniu ustroju faszystowskiego lub innego totalitarnego. Obecnie grożą za to dwa lata więzienia, a niebawem mają grozić trzy.
W nowym brzmieniu przepisu ma się znaleźć też zakaz „propagowania komunizmu”. Czyli przynajmniej kilkudziesięciu legalnie działających na świecie partii komunistycznych. Rządzących w gigantycznych Chinach, a także w Wietnamie, z którym Polska ma „strategiczne stosunki partnerskie”.
Zespół proponuje również wprowadzenie zakazu oferowania przedmiotów zawierających symbolikę faszystowską i komunistyczną. Pisał o ty m pod koniec sierpnia „Nasz Dziennik”, powołując się na odpowiedź na jedną z interpelacji poselskich udzieloną przez wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła. Zdaniem gazety karalne ma być oferowanie wszelkich przedmiotów z wizerunkami sierpa i młota.
Zrównanie komunizmu z faszyzmem chwali Jerzy Bukowski z krakowskiego Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych. „Obecnie bez większych problemów działa Komunistyczna Partia Polski, która posługuje się sierpem i młotem oraz hasłem „proletariusze wszystkich krajów, łączcie się. W kraju tak mocno doświadczonym przez komunizm powinno być to niedopuszczalne”, apeluje do władz.

 

Głupi, polski antykomunizm

Apel ten będzie posłuchany, bo rządzące obecnie elity PiS, jak i opozycyjnej Platformy Obywatelskiej, wyznają ideologię „głupiego polskiego antykomunizmu”.
Polega ona na postawieniu znaku równości pomiędzy faszystami włoskimi, niemieckimi, japońskimi i komunistami chińskimi, wietnamskimi, francuskimi, greckimi, radzieckimi rzecz jasna, i wszystkimi innymi jeszcze.
Na postawieniu znaku równości pomiędzy japońskimi militarystami z okresu II wojny światowej a chińskim i wietnamskimi komunistami walczącymi po stronie koalicji antyfaszystowskiej. Na zrównaniu zbrodni Hitlera nie tylko ze zbrodniami Stalina, ale też doklejenie do tego zbrodniczego duetu, Mao Zedonga, Lenina, Trockiego, Ho Chi Minha.
Takie postulaty to efekt olbrzymiej ignorancji, tradycyjnego nieuctwa polskiej prawicy z PiS i PO.
To efekt prowincjonalnego postrzegania historii świata jedynie z perspektywy polskiego kurnika.
To także efekt karłowatej geopolitycznej myśli polityków i propagandzistów z PiS, PO i innych polskich partii prawicowych. Myśli obecnych niestety też w środowiskach liberalnych, wśród tak zwanej „młodej lewicy”.
Wszyscy oni nie potrafią dostrzec podstawowej różnicy pomiędzy światowym ruchem faszystowskim a komunistycznym.
Partie faszystowskie, i faszystowsko-podobne, rządziły w XX wieku w Niemczach, Japonii, Włoszech, Hiszpanii, Portugalii, Rumunii, na Węgrzech i innych państwach. Wszędzie przegrały. Przegrały przede wszystkim z państwami o ideologii liberalnej i komunistycznej podczas II wojny światowej. W XXI wieku faszyzm na świecie stał się marginesem.
Partie komunistyczne, i komunistyczno-podobne, rządziły w XX wieku w Europie Środkowo-Wschodniej i w Azji. Wygrały II wojnę światową. W Europie „komuniści” potem przegrali „zimną wojnę” z liberalnym Zachodem.
Ale w Azji stworzyły w XXI wieku system państwowy, który przyniósł szybszy rozwój gospodarczy i polityczny Chinom, Wietnamowi, Laosowi niż zachodnie liberalne systemy demokracji parlamentarno-gabinetowej.
Zakazywanie symboli zwycięskich w II wojnie światowej i obecnie najszybciej rozwijających się gospodarek świata – chińskiej i wietnamskiej – bo one się głupim polskim antykomunistom źle kojarzą, jest działaniem antypolskim.
Działaniem na szkodę interesów społeczeństwa polskiego, państwa polskiego i polskiej gospodarki.
Rządowe projekty „dekomunizacyjne” przypominają niedawną antyizraelską, antyamerykańską i antyukraińską nowelizację ustawy o IPN. Ustawę, która niedawno na całym świecie nadała Polakom wizerunek głupich antysemitów i ukrainożerców.
Teraz dzięki głupiemu antykomunizmowi wyznawanemu przez polskich prawicowców zyskają Polacy na całym świecie dodatkowo wizerunek głupich wrogów azjatyckich narodów.
Staną się światowym pośmiewiskiem, obiektem niewybrednych dowcipów w globalnych mediach.

 

PS. Odpowiadając na liczne zapytania, potwierdzam, że kandyduję do Rady Miasta Warszawy z listy największej koalicji lewicowej, czyli SLD – Lewica Razem.