Dług

Polscy seniorzy są zadłużeni ogółem na 7,3 miliarda złotych.

 

Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor i Biuro Informacji Kredytowej wskazują, że długi polskich seniorów po 65. roku życia to w głównej mierze niespłacone kredyty i pożyczki zaciągnięte na zakup niezbędnych leków, ale również zaległości w bieżących rachunkach.
Jak informuje prezes BIG InfoMonitor Sławomir Grzelczak, co osiemnasty senior nie reguluje płatności na czas, a średnie zadłużenie osoby po 64. roku życia to 21,23 tys. zł.
Portal money.pl podaje też, że w ciągu pierwszych 6 miesięcy tego roku, średnia kwota zadłużenia osób starszych urosła o 9 proc. Czyli wychodzi na to, że ilość pożyczek zaciąganych przez seniorów wciąż wzrasta.
W końcu leków nie kupi się raz: trzeba je przyjmować regularnie. BIG InfoMonitor przeprowadził badanie opinii publicznej, z którego wyszło, że zadłużeni inwestowali po prostu w zdrowie. 66 proc. ankietowanych seniorów miało przyznać, że pożyczone pieniądze wydało na leki, a 34 proc. – na prywatne leczenie i rehabilitację.
Rekordziści?
Pierwsze miejsce zajmuje 74-letnia mieszkanka Podkarpacie. Jest zadłużona na prawie 8 milionów złotych. Na podium znalazł się również 69-latek z Wielkopolski. On zalega tylko na 6. Trzecie miejsce zajmuje dłużnik na ponad 5 milionów złotych.
BIG Monitor zbadał również, w jaki sposób seniorzy w Polsce spędzają czas wolny, gdyż wydawałoby się, że za milionowe pożyczki grane będą egzotyczne podróże. A jednak wychodzi, że seniorzy w ankiecie mówili prawdę o tych lekach: w ramach rozrywki większość ogląda telewizję (41 proc.) i czyta książki, a także zajmuje się wnukami.

Ile kosztuje bezpłatne studiowanie Wydatki związane z edukacją

W tym roku akademickim studia rozpoczęło nieco ponad 400 tys. osób. Będą one musiały zmierzyć się nie tylko z trudami nauki, ale także z dużymi wydatkami.

 

Choć studia na państwowych uczelniach są bezpłatne, to nie oznacza to, że nie wiążą się z nimi żadne koszty. Studenckie fundusze pochłania przede wszystkim wynajęcie lokum i inne wydatki związane z samodzielnym utrzymaniem się z dala od rodzinnego domu. Takie rachunki mogą sięgnąć nawet kilkunastu tysięcy złotych rocznie.
Najtaniej zdobyć akademik, jednak nie wszyscy chętni studenci mają szansę. O przyznaniu pokoju w domu studenckim nie decyduje bowiem kolejność zgłoszeń, ale kryteria, które ustala dana uczelnia. Teoretycznie, zwykle pierwszeństwo mają studenci w trudnej sytuacji materialnej lub tacy, których dom rodzinny leży daleko od uczelni.
Ci, którym uda się zakwaterować w akademiku, muszą liczyć się z kosztami na poziomie od kilkuset do 1000 zł za pokój. Przykładowo, za miesięczny pobyt w domu studenckim Uniwersytetu Warszawskiego student zapłaci od 315 zł do 780 zł, a na Uniwersytecie Jagiellońskim 1000 zł, jeśli zdobędzie pokój 1-osobowy.
Studenci mogą także korzystać z prywatnych akademików, które często oferują wysoki standard zakwaterowania i dodatkowe atrakcje, np. w postaci siłowni na terenie budynku. W przypadku prywatnego domu studenckiego w Łodzi, za najem całego apartamentu studenckiego trzeba zapłacić od 1150 zł miesięcznie, ale koszt można dzielić ze współlokatorem.
Niewiele więcej pochłonie wynajęcie mieszkania. Ceny ofertowe za najem małego lokalu, o powierzchni do 38 m. kw. w największych miastach Polski zaczynają się od 1223 zł w Katowicach i sięgają nawet 2084 zł w Warszawie. Koszty te można jednak znacznie obniżyć, wynajmując lokal w kilka osób.
Koszt najmu mieszkania czy miejsca w akademiku, nie wyczerpuje oczywiście wszystkich wydatków studenta. Dochodzą wydatki związane z wyżywieniem, opłaceniem rachunków za telefon czy Internet, kupieniem biletu komunikacji miejskiej, książek i skryptów. W sumie, wszystkie te wydatki mogą wynieść około 1600 zł miesięcznie – tyle przeciętnie wydają na utrzymanie studenci zbadani przez Związek Banków Polskich.
Gdy nie można liczyć na pomoc rodziny, warto poszukać dodatkowych źródeł finansowania. Na niektórych uczelniach już na etapie rekrutacji, można ubiegać się o stypendium socjalne, jeżeli student jest w trudnej sytuacji materialnej.
Studenci, którzy potrzebują dodatkowego wsparcia finansowego, mogą starać się o preferencyjny kredyt studencki.
– Jego niewątpliwą zaletą jest to, że jest on niemal darmowy. Przez cały okres studiów i jeszcze przez 2 lata po ich zakończeniu wszystkie odsetki od takiego długu spłaca państwo. Jest on nietypowy także dlatego, że nie jest wypłacany jednorazowo, jak w przypadku „normalnego” kredytu, lecz w comiesięcznych transzach. Student sam wybiera, czy chce dostawać 400 zł, 600 zł, 800 zł czy 1000 zł miesięcznie – mówi Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF.
Niestety, nie jest to produkt finansowy dostępny dla każdego. Mogą go uzyskać tylko ci studenci, których dochód na osobę w rodzinie nie przekracza 2500 zł netto.

Uczmy się pieniędzy

Edukacja finansowa dzieci to wspólna, rodzinna lekcja do odrobienia.

 

Ile wydajemy na dzieci? Początek września stanowi dobry okres na podsumowanie takich nakładów, bo nasze portfele pamiętają jeszcze wakacyjne podróże, a rozpoczęty właśnie rok szkolny wiąże się z niemałymi nakładami na podręczniki i akcesoria.
Koszty utrzymania dziecka nie są małe. Eksperci Centrum im. Adama Smitha oszacowali ostatnio, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 190 do 210 tys. zł, a dwójki dzieci od 350 do 385 tys. zł, trójki zaś od 460 do ponad 500 tys. zł (koszty wychowania trzeciego dziecka stanowią ok. 60 proc. kosztów wychowania pierwszego).
Te wyliczenia nie są zaskakujące, od lat oceniano, że są to podobne sumy – choć oczywiście jest to pewna średnia, gdyż w rodzinach niezamożnych na ten cel wydaje się znacznie mniejsze kwoty. Trochę jednak dziwi, że są tacy, którzy uznają je tylko za koszt. To błąd. Wydatki na dzieci uznajmy przede wszystkim za inwestycję – i jeśli mamy taką możliwość, zwiększajmy je jak to tylko możliwe, bo dla przyszłego dobrobytu, także osobistego, duże inwestycje są konieczne.
Wszystko to nie zmienia faktu, że tam gdzie można, należy racjonalizować wydatki i szukać oszczędności, także z udziałem dzieci.
Dzieci są doskonałymi obserwatorami i więcej niż słowa powiedzą im obserwacje zachowań dorosłych. Jeżeli więc ktoś nie będzie analizował swoich wydatków, z łatwością zgodzi się na ekstra kieszonkowe, będzie narzekał na wysokość swojego wynagrodzenia, nie będzie dbał o swoje oszczędności, zwiększy szanse na powielenie tych niewłaściwych działań przez swoją pociechę.
Kształtujmy zatem właściwe postawy finansowe, poprzez odpowiednie zarządzanie domowym budżetem i lokowanie swoich oszczędności. Może się okazać, że w perspektywie kilku czy kilkunastu najbliższych lat jesteśmy w stanie zgromadzić kapitał rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Przyda się – na przykład na edukację dziecka (studia na wymarzonej, zagranicznej uczelni.) czy podróż naokoło świata.
Oszczędzać można samodzielnie. Warto zbudować planoszczędnościowy, który pozwoli zgromadzić środki na realizację życiowych planów. Systematycznie odkładane nawet niewielkie kwoty, z czasem pozwolą zgromadzić spore oszczędności. Przydadzą się w sytuacjach nagłych oraz takich, których się spodziewamy i które mogą trwać latami – choćby czas na emeryturze. Niestety, daje się zauważyć spadkowy trend w oszczędzaniu Polaków. zauważyli ekonomiści banku centralnego. W 2016 r. odkładaliśmy ok. 2 proc. rocznych dochodów – a już w I kw. 2017 roku zaledwie 0,1 proc., czyli praktycznie nic. Dobrze, że rośnie konsumpcja Polaków – źle, że oznacza to, iż przestali oszczędzać.
Warto, by dzieci od najmłodszych lat zapoznawały się z rolą pieniądza. Kiedy są jeszcze małe warto im opowiedzieć, jaką wartość mają monety i banknoty oraz dlaczego rodzice chodzą do pracy (oczywiście jeśli rodzice zarabiają skandalicznie mało, mogą też mówić, że pracują dla przyjemności, by nasza pociecha nie nabrała przekonania, iż w życiu liczy się wyłącznie kasa).
Kiedy dziecko będzie starsze, w wieku nastu lat, można je wprowadzić je w tajniki oszczędzania czy zagadnień związanych z obrotem bezgotówkowym i narzędziami do inwestowania pieniędzy. Należy dawać dobry przykład – to od rodziców dziecko może nauczyć się, jak planować budżet i rozsądnie wydawać pieniądze oraz odpowiedzialnie dysponować miesięcznym kieszonkowym.
Wspólne zakupy to doskonały moment na negocjacje i sprawdzenie podejścia naszego dziecka do finansów. Porównujmy ceny produktów, sprawdzajmy oferty dyskontów i hipermarketów. Pozwólmy dziecku uzasadniać swoje decyzje zakupowe – i mówmy im co ile kosztuje. Większa świadomość to większa umiejętność zarządzania swoim portfelem w przyszłości, a co za tym idzie – większe bezpieczeństwo naszych bliskich.
Może też nieco pomóc szkoła. W obecnym systemie szkolnictwa w Polsce przedmioty, które nieco poruszają tematykę finansów – to Wiedza o Społeczeństwie oraz Podstawy Przedsiębiorczości.
Niestety, brakuje przedmiotów, które wyczerpywałyby tematykę finansów osobistych, pokazywały działania rynku, mikro – i makroekonomii. Zagadnienia te poruszane są dopiero wtedy, gdy ktoś zdecyduje się na podjęcie dalszego kształcenia na uczelniach wyższych, bądź specjalistycznych kursach. Dlatego bardzo ważne jest uzupełnianie tej wiedzy od najmłodszych lat, nawet w warunkach domowych.

Nasze drogie pociechy

Dla rodziców dzieci w wieku szkolnym wrzesień to zawsze niebezpieczna pora.

 

Z początkiem roku szkolnego rodziców tradycyjnie czekają duże wydatki. To przede wszystkim zakup podręczników oraz uiszczenie różnych opłat związanych z edukacją dzieci.
Na największe koszty muszą przygotować się rodzice uczniów szkół ponadgimnazjalnych, którzy już nie otrzymują darmowych książek szkolnych.

 

Zasługa poprzedniej ekipy

Młodsze dzieci, które uczęszczają do szkół podstawowych, za sprawą rozwiązań wprowadzonych przez rząd PO, korzystają z bezpłatnych podręczników lub materiałów edukacyjnych przygotowanych przez szkoły.
Jednak mimo to, jak wynika z ustaleń Centrum Badania Opinii Społecznej, z roku na rok rodzice uczniów na tzw. wyprawkę wydają coraz więcej.
Według CBOS (badanie „Wydatki rodziców na edukację dzieci w roku szkolnym 2017/2018”) w ubiegłym roku wspomniana wyprawka kosztowała średnio 1003 zł.
W przeliczeniu na jedną pociechę rodzice wydali od 649 zł do 686 zł, na dwoje średnio 1270 zł, a na troje nawet 1730 zł. Generalnie jednak, im więcej dzieci w rodzinie, tym wychodzi to taniej na głowę.
Rok wcześniej rodzice musieli wydać na ten cel mniej, bo 588 zł na jednego ucznia. Warto jednak pamiętać, że to nie wszystkie wydatki. Do opłacenia są na przykład zajęcia dodatkowe, niby nieobowiązkowe, ale często potrzebne, na które w ubiegłym roku rodzice uczniów szkół wszystkich wydawali ponoć średnio 455 zł miesięcznie na głowę jednego ucznia. Taką przynajmniej kwotę podaje Związek Firm Pośrednictwa Finansowego, choć cyfry te wydają się bardzo zawyżone.
Nie zmienia to faktu, że wygospodarowanie niemałych sum na początku roku szkolnego może być tak dużych kwot z bieżących wpływów może być trudne. Warto więc dobrze podliczyć wszystkie koszty i robić zakupy w sposób przemyślany.

 

Wydatków nie ubywa

Nic niestety nie wskazuje na to, aby w tym sezonie wspomniane koszty były niższe. Istotną zmianą jest jednak to, że część potrzebnej kwoty można uzyskać dzięki świadczeniu z programu „Dobry start”, które wynosi 300 zł i obejmuje wszystkie uczące się dzieci, do ukończenia przez nie 20. roku życia. Ważne, by zrobić to nie później niż do 30 listopada, inaczej świadczenie przepada.
Jak jednak sfinansować resztę kosztu wyprawki, gdy dopiero co domowy budżet został nadwyrężony wakacyjnymi wyjazdami? Wydatki na ten cel można zmniejszyć dzięki kilku prostym sposobom, o których nie zawsze się jednak pamięta.
Oczywiste jest, że zanim wybierzemy się do sklepu po przybory i książki szkolne, robimy listę potrzebnych rzeczy. Podliczamy także, ile wydamy na zajęcia pozaszkolne dzieci – i jakiej kwoty nam po tym wszystkim brakuje. Być może znajdziemy ją w budżecie domowym, obcinając inne wydatki, które mogą poczekać.

 

Metodą „na wnuczka”

Skutecznym sposobem na poszukanie oszczędności może być zamówienie podręczników w większej ilości w hurtowni razem z innymi rodzicami, dzięki czemu powinniśmy uzyskać znaczący rabat.
Inna droga to odkupienie używanych egzemplarzy od starszych roczników – choć rzadko istnieje taka możliwość, bo wydawnictwa szkolne bardzo dbają o to, aby zachęcać nauczycieli do stosowania co roku innych podręczników.
Wreszcie, przed zrobieniem zakupów warto porównać ceny w Internecie i poszukać najtańszych książek także w sklepach w sieci.
W ostateczności, jeśli mimo to okaże się, że brakuje pieniędzy na wyprawkę, trzeba skorzystać z dodatkowych źródeł finansowania.
Zacząć należy od poszukania takich, które będą jak najmniej obciążające – czyli w praktyce od metody „na wnuczka”. Rzadko która babcia nie wyasygnuje bowiem zaskórniaka na zakupy szkolne jeśli zostanie poproszona.
Jeśli zaś ten sposób odpada, a nie mamy już wydatków do obcięcia, to pozostaje nam niestety karta kredytowa. Skorzystajmy z dostępnego limitu, pamiętając tylko, żeby spłacić zadłużenie w okresie bezodsetkowym. Nie poniesiemy wtedy dodatkowych kosztów.

Jesteśmy krajem innowacyjnym inaczej

W rządowej propagandzie gospodarczej nie ma celu ważniejszego od innowacyjności. I chyba bardziej zaniedbywanego.

 

Nasz kraj jest poniekąd fenomenem na skalę światową. Mamy bowiem około 60 instrumentów finansowego wsparcia, ze środków publicznych, przeznaczonych na rozwój innowacji oraz badań i rozwoju w przedsiębiorstwach. A skutek funkcjonowania tych wszystkich instrumentów jest żaden.
„Udzielana pomoc publiczna nie wpływa w zauważalny sposób na podwyższenie innowacyjności polskiej gospodarki” – stwierdza jednoznacznie Najwyższa Izba Kontroli w swym najnowszym raporcie. Pomoc ta nie wpłynęła na wskaźniki innowacyjności ani w skali kraju, ani w poszczególnych województwach.
Nie uległa też zmianie pozycja Polski w rankingu innowacyjności prowadzonym przez Komisję Europejską. Nasz kraj od lat zajmuje w nim miejsca 25 – 26, wśród 28 badanych państw europejskich.

 

Wszystko jest innowacyjnością

Pieniądze publiczne o których wyżej mowa to przede wszystkim fundusze z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, która dysponuje środkami unijnymi z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka oraz budżetowymi.
Innym ważnym rozdzielnikiem państwowej kasy jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które w teorii ma wspierać politykę naukową naukowo-techniczną i innowacyjną państwa.
W ramach samorządów wsparcia na innowacje mogą też udzielać urzędy marszałkowskie ze środków rozlicznych Regionalnych Programów Operacyjnych.
Na badania, innowacje i rozwój idą duże pieniądze – ponad 60 mld zł rocznie, choć dokładnie nie wiadomo ile, bo nikt nigdy tego dokładnie nie policzył. I ciągle słychać opinie, że to za mało, bo wydatki na cele powinny być prawie dwa razy większe.
Rzecz w tym, że gdyby były i pięć razy większe to też nic by to nie zmieniło. W naszym kraju można bowiem wszystko uznać za innowacyjność, badania i rozwój – i wyciągnąć na ten cel godziwe pieniądze.
Innowacyjnym projektem (zapewne o strategicznym znaczeniu dla polskiej gospodarki) był na przykład „Szlak konny województwa łódzkiego”.
Jeszcze większy potencjał unikalnych nowości z pewnością zawierał w sobie projekt modernizacji wyposażenia dyskoteki w województwie małopolskim, zaprezentowany jako unikalny na skalę światową, poprzez zmodernizowanie tejże dyskoteki za sprawą zainstalowania nowoczesnych urządzeń technicznych. I oczywiście urzędnicy zaakceptowali pomysł, a właścicielom dyskoteki udało się uzyskać dofinansowanie w wysokości 1 923,9 tys.

 

Wydawać tak, by się nikt nie czepiał

W Polsce na rzekomą działalność innowacyjną wydaje się dużo i chętnie. Wszyscy są tym bowiem zainteresowani.
Pomysłodawcy – bo chcą oczywiście dostać jak najwięcej kasy na swoją działalność; urzędnicy – bo szybko pragną rozdysponować pieniądze na innowacyjność i badania, dzięki czemu mogą chwalić się, jak to sprawnie wspierają w ten sposób rozwój naszego kraju, a przy okazji uzyskać i coś dla siebie od wdzięcznego przedsiębiorcy. Sprzyja temu odmienianie przez wszystkie przypadki słowa „innowacyjność” uprawiane w propagandzie rządu PiS.
Mamy więc typowe wsie potiomkinowskie: innowacje i badania to w Polsce fikcja, wszyscy o tym wiedzą (łącznie z rządem) – ale wszyscy są zadowoleni, bo pieniądze idące na te cele są bardzo realne, zaś dla władzy najważniejszy jest efekt propagandowy, gdyż to dzięki niemu wygrywa się u nas wybory.
„Środki finansowe zamiast na projekty o wysokim potencjale innowacyjnym zbyt często przeznaczane są na przedsięwzięcia o znikomym znaczeniu dla gospodarki” – krytycznie zauważa NIK.
Kontrolerzy wyraźnie się czepiają. A niby dlaczego w Polsce miałoby się przeznaczać duże pieniądze na „projekty o wysokim potencjale innowacyjnym”? Żeby je zmarnować?
Przecież takie autentycznie innowacyjne projekty mogłyby nie wypalić, za uzyskane pieniądze niczego nie udałoby się stworzyć, byłyby pretensje i zarzuty o niegospodarność. Lepiej więc wydać tę kasę na coś co na pewno się uda, jak wspomniany szlak konny czy wyposażenie dyskoteki. Wtedy nikt nie będzie mieć o nic pretensji.
Tak więc kryteria wyboru projektów do dofinansowania nie zapewniają w Polsce promocji najbardziej innowacyjnych projektów.
Programy nie preferują unikalnych produktów lub technologii, czy wyższej konkurencyjności. NIK zaobserwował to na przykład w procedurze oceny wniosków – np. w jednym z innowacyjnych jakoby programów, za spełnienie kryterium „innowacyjność” wniosek mógł otrzymać maksymalnie 4 punkty na 74 możliwych do uzyskania.
Średnio w tzw. innowacyjnych projektach waga samej innowacyjności stanowi tylko od 8 do 40 proc. ogólnej punktacji. Jak zarzuca NIK, nie weryfikowano deklaracji wnioskodawców o rodzaju i skali proponowanych innowacji. Procedury oceny wniosków nie były w pełni transparentne, w niektórych konkursach nie wskazano jednoznacznych kryteriów ocen.
W rezultacie, rzekomo innowacyjne projekty odznaczały się znacznie niższą skalą innowacji niż wynikałoby to z dokumentacji.
W wyniku takiej polityki, nasz kraj wciąż – mimo pokaźnych nakładów finansowych i specjalnych programów wsparcia – jest na dalekich pozycjach we wspomnianych rankingach innowacyjności, zaś nasza gospodarka rozwija się nie dzięki cennym pomysłom lecz w wyniku w miarę sprawnego wykonywania tego co wymyślają inni.

 

W pułapce średniego wzrostu

Główne przyczyny słabości polskiej innowacyjności od lat są takie same – brak przemyślanej strategii, źle skonstruowane programy wsparcia, które nie promują najbardziej nowatorskich projektów, brak zaangażowania w rozwój autentycznej innowacyjności, na której nikomu nie zależy.
Liczy się za to innowacyjność pozorna, bo to dzięki niej można efektywnie przepompowywać pieniądze podatników do prywatnych kieszeni. Zyskują też przedsiębiorstwa, których projekty zakwalifikowały się do programów wsparcia – poprawia się ich kondycja ekonomiczna oraz wzrasta produkcja. A że nie nie jest to produkcja czegokolwiek innowacyjnego, to cóż z tego?
I właśnie dlatego w Polsce nie udaje się stworzenie i wypromowanie jakichkolwiek projektów o nowatorskim charakterze, czy wykreowanie produktów będących marką polskiej gospodarki.
Ekonomiści oceniają, że innowacje oraz badania i rozwój stanowią jedne z najważniejszych elementów budujących konkurencyjność nowoczesnych gospodarek. Szczególne znaczenie mają one dla krajów takich jak Polska, zagrożonych tzw. pułapką średniego wzrostu – czyli tym, że po wykorzystaniu aktualnego potencjału produkcyjnego i efektu tańszej siły roboczej, nie będzie już innych możliwości rozwojowych.
U nas tak się już dzieje – wiadomo, że w kolejnych latach polska gospodarka będzie rozwijać się wolniej. Lekarstwem na to mogą być właśnie innowacje – nowoczesne wyroby i usługi podbijające rynki i zdobywające klientów. W Polsce jednak brak takich wyrobów i usług. Tymczasem w krajach rozwiniętych aż dwie trzecie wzrostu gospodarczego łączy się z wprowadzaniem i wykorzystaniem innowacji.

 

Umiemy wydawać cudze

Według danych rządowych, jakiekolwiek działania innowacyjne w Polsce są prowadzone przede wszystkim w dużych firmach i przede wszystkim dzięki wsparciu państwa.
Jak wykazała kontrola NIK, przedsiębiorcy w zdecydowanej większości przypadków rezygnowali z realizacji innowacyjnych projektów, gdy nie otrzymali publicznego wsparcia. Świadczy to tylko o ich rozsądku: nie chcieli topić własnych pieniędzy w czymś niepewnym i zagrożonym klapą. Pieniądze państwowe to co innego…
Wydawanie pieniędzy publicznych jest u nas dobrze rozwinięte i funkcjonuje bez zarzutu. Jak stwierdziła NIK, „rozdysponowanie środków na badania, innowacje i rozwój następuje sprawnie i należy ocenić je bardzo pozytywnie”.
O tak, nasi urzędnicy i przedsiębiorcy doskonale sobie radzą z szybkim wydawaniem cudzych pieniędzy. Innowacyjne efekty tych wydatków są wprawdzie niezauważalne, ale w końcu nie wymagajmy zbyt wiele.