O brytyjskich geniuszach, bankach i Labour Party (MIĘDZY)LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Jego felietony z cyklu „Angielski sen” pojawiają się w piątkowych wydaniach.
Tym razem jednak publikujemy „(Między)list”, stanowiący dodatek do tej serii. A w najbliższy piątek – siódmy odcinek „Angielskiego snu”.

 

 

Wróciłem z urlopu. Natychmiast sprawdziłem czy widok na High Street nie uległ zmianie, wszystko było na swoim miejscu. Rozpoznałem kilku stałych przechodniów, najbardziej jednak ucieszyło mnie że Janny’s Café wciąż jest na swoim miejscu. Tęskniłem za ich sadzonymi z frytkami. Teraz kilkanaście dni ponownej aklimatyzacji i wrócę do brytyjskiej codzienności. Przywykłem już do tego rytmu i odnajduje tu coraz więcej zalet. Cytując jednak klasyka: „Jedziemy do kraju kapitalistycznego, który ma tam swoje plusy. Rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”.

 

Więc teksty pochwalne zachowam na emeryturę, a teraz – jak zawsze przejadę się po lokalnych absurdach. Tak naprawdę w tym kraju nie trzeba mieć mózgu Bernarda Shawa, słynącego z krytycznej kpiny angielskiego stylu życia, nie trzeba być Monty Pythonem, by obśmiać tutejszą codzienność.

Wiem, wiem, zaraz zostanę uznany za ignoranta, który nie rozumie subtelności i drugiego dna autorów „Sensu Życia”, „Świętego Graala” i kilkunastu innych, średnio śmiesznych filmokabaretów.
Muszę was jednak zmartwić, Monty Python drugiego dna nie posiada, a ten „wyższośrodowiskowy” zachwyt spowodowany jest oryginalna modą. Niczym więcej.

Jedno z pierwszych zdań podczas imprezy czy spotkania pseudointelektualistów – choć wolę określenie kabotyn – brzmi: „Uwielbiam Monty Pythona”.

Prawdę mówiąc jedynie „Świętego Graala” udało mi się obejrzeć i nie zasnąć, a od tych brytyjskich komików zdecydowanie wolę stare odcinki „Kiepskich” – chociaż tam irytuje mnie dodawany w tle śmiech i to w miejscach, które akurat śmieszne nie są. W mojej subiektywnej ocenie zakwalifikowałbym ich na poziomie innego brytyjskiego komika Benny Hilla – którego popularność była tak olbrzymia, że w ramach resocjalizacji administracja więzienia umożliwiła oglądanie tych programów więźniom. Nie spodziewali się jednak, że zwykła awaria telewizora podczas programu komika doprowadzi do więziennego buntu.

Wielka Brytania wydała jedynie dwóch (O. Wilde i G.B. Shaw) – choć nie do końca Wielka Brytania, ale do tego jeszcze dojdziemy – którzy w sposób genialny kpili potrafili wykpić ten kraj, monarchię, rodzinę królewskiej i przywary Brytyjczyków. A jedyny człowiek, który ewidentnie zakpił i wyszydził angielską naukę to Issac Newton. Ten wybitny fizyk, tak naprawdę fizyką niespecjalnie się interesował. Zajmował się nią na odczepnego. Był przede wszystkim alchemikiem, a wszystkie zasady dynamiki wymyślił i zdefiniował na odczepnego, żeby królewscy przedstawiciele nauki odczepili się od niego i pozwolili w spokoju pracować nad kamieniem filozoficznym.

Przeciętnie wykształcony Anglik zapytany o brytyjskich pisarzy, jednym tchem wymieni Shakespeare’a, Wilde’a, Shawa, Dickensa, Conrada i Orwella. Joseph Conrad był jednak Polakiem, Georg Orwell – Hindusem, Wild i Shaw byli Irlandczykami. Jedynie BOZ – pseudonim literacki Dickensa – był Anglikiem. Wiele osób zapewne uśmiechnie się z tego nieuctwa wyspiarzy, pozwolę sobie jednak przypomnieć, że również w literackim panteonie polskich poetów czy pisarzy jednym tchem – i to na pierwszej pozycji wymieniamy obywatela Litwy – Adama Mickiewicza.

Dotychczas, przez pół roku mojej tutaj pracy poznałem tylko jednego Anglika, który wiedział kim był Oscar Wilde i co napisał. Przegadaliśmy kilka godzin o Dorianie Grayu, Bazylu i lordzie Henrym – byłem naprawdę pod ogromnym wrażeniem.

Od pół roku, czyli od momentu gdy zacząłem w UK pracę, usiłuję założyć konto angielskim w banku.

Bez rezultatu. Obeszliśmy z kolegą wszystkie możliwe placówki i nic. Miałem ze sobą stos dokumentów i zaświadczeń. Najważniejszy brytyjski dokument czyli National Insurance Number (NIN), który poświadczał również mój adres zamieszkania, zaświadczenie z pracy, że pracuje w systemie full time – pełny etat, czeki, na których również był adres pod którym mieszkam – i nic. Wszędzie nas zbywali. Tłumaczyłem im, że nie chcę żadnego kredytu, żadnej karty debetowej, a jedynie rachunek, na który będzie wpływała moja wypłata.
Gdy wreszcie w jednym z banków umówili się na rozmowę i powiedzieli, że dokumenty te są wystarczające, pojechaliśmy tam pełni nadziei, że wreszcie uda się to konto założyć. Podczas rozmowy pani konsultantka zażądała potwierdzenia adresu od mojego kolegi. Wprawiło nas to w osłupienie i wściekłość. Trzasnęliśmy drzwiami i opuściliśmy placówkę. Wszędzie domagali się dokumentu, którego świeży emigrant nie jest w stanie zdobyć – potwierdzenie adresu na podstawie opłaconego imiennie rachunku z instytucji miejskiej czyli z councilu.

Na samym początku firma przysyłała mi czeki, których realizacja była bardzo kosztowna. Ponad 10 procent. Z 220 funtów zarobionych przez pierwszy tydzień treningu, realizując czek w money shopie zapłaciłem 25 funtów prowizji.

Wymyśliliśmy więc, że moja wypłata będzie wpływać na konto znajomych. Rozwiązanie dobre, ale tylko na krótka metę. Po pierwsze sprawiam kłopot ludziom, których bardzo lubię, a po drugie staram się teraz o dodatek dla najsłabiej zarabiających. Kwota niebagatelna – 218 funtów miesięcznie. Koleżanka wrzuciła moje dane w specjalny szablon i wyskoczyło, że jak najbardziej się kwalifikuję. Pieniądze te znacznie podniosłyby mój komfort mojego życia. Ale żeby je dostać trzeba mieć własne konto.

Czego nie udało się załatwić w Anglii, załatwiłem w Polsce. Poszedłem do pierwszego lepszego banku, powiedziałem o co mi chodzi, a pan, zwany fachowo doradcą klienta, w ciągu pięciu minut założył mi brytyjskie konto. Kartę wydał od ręki, zarejestrował, sam wymyśliłem sobie PIN i tym sposobem załatwiłem sprawę, która w Zjednoczonym Królestwie była nie do załatwienia.
Dzisiaj w nocy idę do pracy, pierwszy raz po urlopie. To zwykle najgorszy dzień. Postaram się jednak jakoś go przetrwać. Wcześniej jeszcze spędzę dwie godziny w centrum handlowym w towarzystwie milczącego Hiszpana, wypije espresso, a potem poczłapiemy do naszych hal.

Mieszkając jeszcze w Luton znalazłem tam siedzibę Labour Party. Już sam budynek świadczy o angielskiej lewicy. Pozabijane dechami główne wejście, a pozostałe pozamykane na głucho. Wewnątrz tej „lewicowej” partii trwa wewnętrzna wojna pomiędzy Jeremym Corbynem – człowiekiem, który rozumie, czym jest lewica, a liberałem odpowiedzialnym za zbombardowanie Jugosławii i bezpodstawny atak na Irak – Tonym Blairem – zamożnym przedstawicielem klasy średniej, którego wpływy w ugrupowaniu labourzystów są nadal ogromne. Sam Blair przyznał, że przyłączył się do antyirackiej koalicji w oparciu o dokument przygotowany przez amerykańskiego studenta.

Pamiętam euforię polskich środowisk lewicowych, gdy Blair wygrał wybory i został premierem. Pamiętam jak sam w 1996 lub 1997 roku, podczas pierwszomajowej demonstracji niosłem transparent: „Good luck Tony Blair”.

Do tej pory mam kaca. Niespełna dwa lata po objęciu teki premiera Wielka Brytania była jednym z głównych agresorów w dawnej Jugosławii. To właśnie samoloty RAF-u zmiotły z powierzchni ziemi większość budynków mieszkalnych w Belgradzie. Polska telewizja była tak zaangażowana w ten konflikt, że w kółko opowiadała o tzw. higienicznych lub chirurgicznych bombardowaniach, których celem, były ponoć jedynie cele wojskowe.

Akurat byłem tam podczas tej higienicznej masakry. Żadna ze stacji nie wspomniała o tym, że jeden z pocisków trafił w polską ambasadę, że zbombardowano budynek stacji telewizyjnej RTS, w którym zginęło szesnastu młodych pracowników technicznych. Gdy świat trąbił, że chirurgiczny atak przypomina skalpel w reku pijanego w sztok lekarza, a bomby i rakiety co chwilę spadały na szkoły, żłobki czy szpitale, natychmiast polska telewizja dorabiała teorię, że w podziemiach tych budynków była siedziba Slobodana Miloševicia albo Ratko Mladicia czy Radovana Karadžicia.

Dziwiło mnie też, że kamery operatorów – tak chętnie filmujących samoloty F-16 – pominęły stojące obok samoloty Luftwaffe, których symbolem były czarne krzyże na skrzydłach (była to pierwsza interwencja zagraniczna Bundeswehry od 1945 roku). To był nieprawdopodobny widok, gdy eskadra takich bombowców przelatywała nad Belgradem i zrzucała wybuchowe ładunki.

Wracając jednak do tych „ukrytych pod dziecięcymi respiratorami bunkrów sztabowych”. Po pierwsze, żadnych sztabów tam nie było, a po drugie rakieta, która miała zniszczyć ten tajny bunkier serbskiego sztabu, musiała wcześniej przelecieć przez kilka szpitalnych sal i kilkanaście dziecięcych respiratorów – z czego zdjęcia zamieściłem oczywiście w książce. Książce, która o dziwo, znalazła się w zbiorach Brytyjskiej Biblioteki Narodowej. Wyobrażam sobie miny moich przełożonych, gdyby dowiedzieli się, że książka którą napisał kliner zasuwający z mopem po hali, leży sobie na półce obok dzieł Williama Shakespeare’a, Oscara Wilde’a, czy G.B. Shawa. Na szczęście jeszcze nie wiedzą. A wracając do Labour Party – kibicuję owszem Corbynowi, ale po nauczce jaką dostałem od Blaira, kibicuję mu asekuracyjnie. Poniżej zamieszczam zdjęcia siedziby Laburzystów w Luton.

 

Największy strajk

Związki zawodowe personelu pokładowego Ryanaira grożą przeprowadzeniem największego strajku w historii irlandzkiego przewoźnika. 7 września związkowcy reprezentujący pracowników z Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Holandii i Belgii podpisali wspólny list zapowiadający wielki jesienny protest – zaproszą do niego również pilotów oraz personel naziemny.

 

Zaczęło się od strajków pilotów, później personelu pokładowego. Cały lipiec i sierpień upłynął pod znakiem komunikatów o odwołanych lotach i utrudnieniach. Teraz pracownicy zapowiadają „największy strajk w historii firmy”. Chcą bezwzględnych podwyżek i poprawy warunków pracy.

10 sierpnia miał miejsce strajk pilotów w kilku miastach Europy. Odwołano loty w popularne wakacyjne destynacje: do Włoch, Portugalii i Hiszpanii. Zarząd podpisał porozumienie z pilotami z Irlandii. Ale reszta krajów poza centralą nadal nie czuje się usatysfakcjonowana. W dodatku firma robi wszystko, aby przedstawić w negatywnym świetle żądania związkowców i obarczyć ich odpowiedzialnością za utrudnienia dla podróżnych. Do dziś utrzymuje, że oferuje konkurencyjne warunki zatrudnienia.

Pracownicy domagają się podpisywania umów według prawa lokalnego, a nie irlandzkiego, co nie zawsze jest korzystne dla zatrudnianego, ale prawie zawsze dla zatrudniającego.

Jak wielokrotnie pisaliśmy, osoba zatrudniona na pokładzie Ryanair zarabia zaledwie 4,99 dolara amerykańskiego za godzinę pracy. Członkowie personelu i piloci skarżą się również na ignorowanie praw rodzicielskich i zwolnień lekarskich, absurdalne kary związane z nieosiąganiem celów sprzedaży na pokładzie samolotu, kosztowne szkolenia, długie, 12-godzinne zmiany, niewystarczający okres odpoczynku miedzy nimi i brak wyżywienia dla członków załogi.

Związkowcy we wspólnym liście zapowiedzieli, że przeprowadzą „największą akcję strajkową, jaką kiedykolwiek widziała firma”.

Do strajku miałoby dojść w ostatnim tygodniu września bądź na przełomie miesięcy, a ostateczna decyzja o przeprowadzeniu akcji strajkowej ma zapaść do 13 września.

Jak wylicza wnp.pl, irlandzkie linie działają w 37 krajach. W zeszłym roku Ryanair przewiózł 130 mln pasażerów. W Polsce w ubiegłym roku firma miała o 1 mln 677 tys. pasażerów więcej niż w 2016 roku. W 2017 r. linia gościła prawie 11 mln podróżnych, uzyskując 30,65-proc. udział w naszym rynku.

Angielski sen (6)

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy szósty odcinek tego cyklu.

 

 

Znowu wziąłem tydzień urlopu. Bezpłatnego oczywiście. Musiałem przylecieć do Polski i pozałatwiać kilka spraw. Najważniejszy był dentysta. Z zupełnie niezrozumiałych przyczyn wypadł mi ząb. Przyczyna jest o tyle niezrozumiała, że dotychczas traciłem zęby w pijackich bójkach, lub podczas pijackich spotkań z płytą chodnikową.

 

Od jakiegoś czasu unikam jednak ulicznych mordobić. Wydaje mi się, że facet w moim wieku z poobijaną gębą, podbitym okiem i świeżo złamanym nosem, to dosyć idiotyczny widok. Przyczyny utraty tego zęba nie znam, mam jednak nadzieję, że to nie jest szkorbut, czarna ospa, trąd, dżuma albo cholera. Nie mogę tego jednak wykluczyć, mieszkam obecnie w kraju, gdzie sytuacje z naukowego punktu widzenia niemożliwe, są na porządku dziennym.

Żeby złapać jakieś choróbsko, wystarczy przejść się po magazynach, gdzie rozdzielamy produkty spożywcze do jednej z najbardziej renomowanych i najdroższych sieci handlowych. Chodząc po swojej hali przypomina mi się film „Pancernik Potiomkin” i scena z mięsem pełnym robaków, gdzie lekarz czy weterynarz usiłuje wmówić marynarzom, że jest to doskonałej jakości jedzenie.
Różnica jest taka, że ci marynarze widzieli te robaki, a potencjalni kupcy renomowanego marketu nie mają pojęcia skąd wygrzebane jest ciastko, które za chwilę podadzą dzieciakom.

Większość Europejczyków woli robić zakupy w sterylnych marketach niż w tureckich, czy hinduskich sklepach. Bo wiadomo z „białorasowego” punktu widzenia „ciapaty” lub „czarnoskóry” to oczywiście brudas. Więc i jedzenie musi być skażone. Nie wiem skąd wzięło się u rodaków to przekonanie. Wielokrotnie jeździłem do pracy z Hindusami, Pakistańczykami czy Banglijczykami i jedyny zapach jaki był wyczuwalny w samochodzie, to aromat choinki zapachowej. Bardzo ciekawą choinkę ma jeden z moich kolegów z nocnej zmiany – Abdoul z Dżammu (rejon Kaszmiru). Na jego odświeżaczach powietrza są zapisane sury koranu. Na co dzień mieszkam z Albańczykami i Cejlończykiem ze Sri Lanki. Ludzie ci naprawdę nie maja problemu z higieną. Będąc teraz w Polsce przejechałem się kilka razy busami. Smród niemytych ciał był odrzucający.

Zaryzykuje twierdzenie, że o wiele bezpieczniej jest robić zakupy w sklepach prowadzonych przez Turków czy Hindusów, niż w najlepszych i najdroższych sieciowych marketach.

W sklepie faktycznie estetyka i higiena jest na bardzo wysokim poziomie, obsługa podaje wędlinę w specjalnych rękawiczkach, towar kusi pięknym i świeżym wyglądem, estetycznie poukładany w sterylnych opakowaniach i na perfekcyjnie umytych ladach chłodniczych. Zapakowane higienicznie owoce przyciągają swoim pięknym wyglądem. Nikt nie zwróci uwagi na naderwaną krawędź czy lekko powiększona dziurkę. Kilka godzin wcześniej czyjś brudny paluch wygrzebał sobie kilka malin, jagód czy truskawek. Są patenty, by zrobić to nie niszcząc opakowania. Podobnie z różnego rodzaju puddingami czy deserami. Prawie w każdym deserku był czyjś oblizany paluch.

Jedzenie, które upadnie na posadzkę, nierzadko w plamę oleju, wyciekłą z nieszczelnego widlaka, wrzucamy z powrotem do koszyka, a klient, który brzydzi się kupować w hinduskim lub tureckim sklepie, przekonany o doskonałej jakości produktów, jedzie do renomowanego marketu (nie tam jakiegoś Lidla czy Tesco) i pakuje do koszyka produkty, w których zanurzyły się palce ludzi wszystkich 69 narodowości (z tylu krajów pracują ludzie w mojej firmie), przekonany o sterylności produktów. Kupuje wędlinę, którą wcześniej pakowacz kopnął pod paletę, ktoś inny wrzucił do worka ze śmieciami, kliner abo miotłą, albo ręcznie wygrzebał ten produkt i zapakował z powrotem do pudełka. Z kanapkami, serem, ciastkami, owocami i warzywami jest podobnie. Z tego, co wiem, w UK nie ma odpowiednika polskiego SANEPIDU. W przeciwnym razie firma zostałaby zamknięta już na samym początku funkcjonowania. Niestety, nie mogę jeszcze podać jej nazwy i nazwy sieci sklepów, które zaopatrujemy. Na wszystko jednak przyjdzie czas, dowiecie się, w których marketach lepiej nie kupować na przykład wina.

Toalety w magazynach to również ewenement. Po pierwsze jest ich mało – raptem trzy na kilkuhektarowe magazyny. Z tych trzech, podczas sprzątania, jedna lub dwie są wyłączone z użytku. Trudno więc dziwić się człowiekowi, którego dopadła biegunka, ledwo dobiegł do toalety, która okazała się zamknięta. Skorzystał z pierwszej lepszej możliwości, czyli ze pudełka z markowym winem. Ktoś inny nie zdążył nawet dobiec do jakiegokolwiek pudełka i grubszą potrzebę fizjologiczną załatwił na schodach. To akurat ucieszyło większość pracowników, ponieważ człowiek ów zasrał schody tuż obok office’u głównych managerów. Próbowali znaleźć winowajcę poprzez system kamer, ale sprzęt ten jest skalibrowany na pracownika, który po kryjomu zjada batonik.

Wracając jednak do mojej zimnej hali i tego nieszczęsnego szkorbutu, cholery, ospy czy dżumy.

Już od samego patrzenia można nabawić się jakiejś choroby. Wydaje mi się, że nasz magazyn nie jest ewenementem i w większości, jeśli nie we wszystkich, tego rodzaju halach czystość jest są na podobnym poziomie.

Świetnym przykładem higienicznej świadomości pracowników jest pewien Polak o ksywce Macierewicz. Pisałem kiedyś o nim na FB, to typowy Bronek Talar – 150 procent normy to jego codzienność. Głupota polega na tym, że firma płaci bonusy jedynie do 110 procent. Jednak przez takich jak on, normy wciąż są zawyżane. Kilka lat temu wynosiła ona tysiąc spakowanych produktów. Gdy Wielka Brytania otworzyła rynek pracy, napływająca fala Polaków i Rumunów, nie bacząc na zdrowie i strzelające jak korki szampana dyski w kręgosłupach, chcąc zaimponować brytyjskim managerom dawała z siebie wszystko, przekraczając wszelkie granice normy. Do tej pory, gdy pojawia się grupa nowych pracowników, to wyglądają jak roboty sfilmowane w przyspieszonym tempie, z obłędem w oczach pakujący kejdże z prędkością światła. Skończyło się tym, że obecnie norma wynosi dwa tysiące spakowanych produktów. Czyli drugie tyle. Pół biedy, jeśli trafią się komuś ciastka lub kanapki. Gorzej gdy wrzucą go na pakowanie mleka lub napoi.

Wracając jednak do wspomnianego Macierewicza. Facet twierdzi, że jest ze służb specjalnych, a ponieważ wykończył Caracale, to w obawie przed zemstą byłego ministra obrony narodowej – stąd wzięła się ta ksywka – ukrył się na tym brytyjskim zadupiu.

Facet ma racjonalne podejście nie tylko do limitów, ale również do higieny. Nigdy nie ściąga rękawiczek. Wiadomo, rękawiczka chroni ręce przed pobrudzeniem i jednocześnie chroni pokarm przed jedzeniem brudnymi rękami. Problem jednak polega na tym, że są to te same rękawiczki.

W zasadzie jestem w stanie go zrozumieć. W rękawiczkach idzie do toalety, niezależnie za jaka potrzebą. Słusznie, jeśli ktoś z czytelników był kiedyś w Anglii, to wie jak te ich toalety wyglądają. Staram się odwiedzać to miejsce jak najrzadziej, bo już z wejścia mam odruch wymiotny. Chroni się więc przezorny Macierewicz przed bakteriami coli nie zdejmując rękawic.

Ponieważ rozsądnie też gospodaruje czasem, do toalety chodzi tuż przed przerwą na lunch. Prosto z kibla idzie do kantyny, odgrzewa w mikrofalówce kurczaka, bierze w garść, nie za kość, czy końcówkę, tylko wpycha w usta dłonią odzianą w tę sama rękawiczkę. I słusznie, przecież wiadomo, że gołymi rekami jeść nie należy.

Dla przeciętnego Polaka, Wielka Brytania to kraj absurdów. Zapewne podobnie myślą o Polsce Anglicy. Teraz jednak, chcąc nie chcąc, musiałem na chwilę przylecieć do kraju.

Wizyta u angielskiego stomatologa jest zbyt droga. Dlatego zdecydowałem się na przylot. Przy moich zarobkach – 280 funtów tygodniowo – z czego połowę pochłania mieszkanie. Nawet bilet na samolot – 50 funtów – i kilkaset złotych zostawione w polskim gabinecie było – poza moim finansowym zasięgiem. Takie pieniądze mogłem jednak pożyczyć. Na wszelki wypadek wziąłem ze sobą wszystkie swoje oszczędności. Przez pół roku legalnej pracy na pełnym etacie wylądowałem w Modlinie z niebagatelną kwotą 22 funtów i siedemdziesięciu pensów.

Po dwóch godzinach lotu tanimi liniami spadłem wreszcie na pas startowy w Modlinie. Spadłem to właściwe słowo, bo w żaden sposób lądowaniem nazwać tego nie można. Zbliżając się do pasa, tuż nad płytą lotniska, pilot rozkołysał samolot w taki sposób, że wyglądało jakby skrzydło miało zaraz zahaczyć o ziemię. W oczach pasażerów widziałem przerażenie, niektórzy ukryli twarze w dłoniach, inni skuleni w pozycji embrionalnej schowali głowy pomiędzy kolanami. Rozkołysana maszyna,pieprznęła o pas z takim impetem, że aż zadzwoniły zęby przerażonych pasażerów. Przez chwile odbijał się jeszcze dwa czy trzy razy od pasa. Zupełnie jak dziecięca piłeczka z kauczuku.

Zastanawiałem się nawet czy gdy wymienię te dwadzieścia dwa funty w kantorze na złotówki wystarczy mi na bilet do Puław. Do Puław dojechałem, a gdy tylko pojawiłem się na osiedlu, wzbudziłem lekką sensacje wśród moich dawnych kumpli i sąsiadów – postaw piwo – to były pierwsze słowa które padły pod moim adresem – nie mam kasy – odpowiedziałem

Jak to nie masz, przecież pracujesz w Anglii – usiłowali wyciągnąć kilka złotych. Upierałem się jednak przy swoim. Oczywiście nie uwierzyli, że przyleciałem praktycznie bez grosza i poobrażani poszli żebrać pod markety. Wieść o moim powrocie, lotem błyskawicy rozeszła się wśród stałych bywalców „podblokowych” ławek, pierwszego dnia domofon dzwonił praktycznie non stop, a ja za każdym razem tłumaczyłem, że jestem bez forsy.

Kilka tygodni temu minęła też karencja ostatniej mojej wszywki. Nie czuje wprawdzie jakiegoś silnego parcia na butelkę, ale jestem doświadczonym nałogowcem i wiem jak podstępny bywa głód alkoholowy. Wszywka jest moją asekuracją. Taki bezpiecznik i dodatek do terapii. Koło ratunkowe w momentach kryzysu. Dotychczas się sprawdzało, a zaszywałem się już jedenaście razy.
Wróćmy jednak do zgromadzonego przeze mnie majątku. Dwadzieścia dwa funty i kilkadziesiąt pensów to nie jest oszałamiająca kwota jak na półroczną harówkę. Nie chodzę po sklepach, nie kupuję żadnych sprzętów, pracuje na starym laptopie, a ubierania przywożę z Polski i kupuję w sklepach, gdzie organizują obniżki, lub w lumpexach. W Anglii kupuję jedynie jedzenie, a tytoń i papierosy z przemytu. Nie chodzę na piwo, nie pije wódki, nie palę zioła ani nie kupuje koksu. Nie mam pojęcia, jakim cudem od piątku do środy – czasami czwartku wydaję sto pięćdziesiąt funtów, które zostają mi po opłaceniu mieszkania. Jedynym moim szaleństwem jest śniadanie i obiad w Janny’s Cafe oraz espresso w Coście, gdy czekam na swój shift. To szaleństwo kulinarne uprawiam od piątku do środy lub czwartku – czyli do czasu gdy mam jeszcze pieniądze.

Nie dziwiło mnie to, gdy mieszkałem jeszcze w Luton. Przez jakiś czas utrzymywałem dwóch poznanych tam kolegów. Bezdomnego Rosjanina z Kurska i bezrobotnego Marka spod Krakowa.

Zawsze idąc na obiad zabierałem ich ze sobą, a na odchodne dawałem im po kilka, kilkanaście funtów.

Marek mieszka w Luton od piętnastu lat. Chłopak – podobnie jak ja – ma problem alkoholowy. Utrzymuje się z ulicznego „co łaska”. Pomyślałem więc, że zaryzykuję i pogadam w swojej firmie czy nie przyjęliby go do roboty.

Ponieważ rąk do pracy ciągle brakuje, agencja bardzo chętnie przystała na te propozycję. Kupiłem mu bilety na autobus, pojechaliśmy i załatwiliśmy wszystkie formalności. Następnego dnia miał się stawić już w pracy. Wprawdzie pierwszy tydzień jest tzw. treningiem, czyli zwykłym szkoleniem, ale płacą jak za normalna pracę. W przeddzień szkolenia, spotkaliśmy się wieczorem i dałem mu kolejne dziesięć funtów na bilet. Jechałem na nocną zmianę, więc pomyślałem, że rano i tak się spotkamy, a ja będąc w pracy pogadam z ludźmi i załatwię mu transport. Jeśli nic by z tego nie wyszło, to musiałbym mu dać kolejną dychę na powrót do Luton. Liczyłem się nawet z tym, że będę musiał kupować mu bilety do pierwszej wypłaty. Dycha w jedną stronę. Transport załatwiłem mu jednak bez problemu, poczułem więc ulgę. Dla wyjaśnienia, nie kierowałem się żadnym altruizmem, traktowałem to jako sztafetę.

Gdy przyleciałem do Anglii dokładnie tak samo zajął się mna Jarek. Pozałatwiał mi wszystko, łącznie z mieszkaniem. Pomoc, która zaoferowałem Markowi, była zwykłą spłatą długu – sztafetą.
W dniu, gdy zaczynał trening, czekałem na niego pod zakładem. Nie przyjechał. Telefon miał wyłączony. Gdy wreszcie udało mi się do niego dodzwonić, ewidentnie pijackim głosem usiłował wmówić mi, że dziesięć funtów nie wystarczyło na bilet, dlatego nie przyjechał. Wiedziałem że kłamie, bo wielokrotnie jeździłem tą trasą i niezależnie czy jechałem pociągiem i autobusem, czy autobusem z przesiadką w drugi autobus, cena biletu wychodziła między 8.50, a 9.20 funta.

Jednak szansy na kontrakt nie ma.

c.d.n.

Angielski sen (4)

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy czwarty odcinek tego cyklu.

 

 

Zleciał kolejny tydzień pracy. Po niespotykanej fali upałów, pogoda ustabilizowała się na swoim zwykłym, zmiennym angielskim poziomie. Deszczowe wieczory częściej spędzam w centrum handlowym, niż na ławeczce w parku. Czekam więc te swoje „obowiązkowe” dwie godziny pijąc tam kawę. Mam do wyboru: Costa lub Starbucks.

 

Tym co zapomnieli lub nie czytali przypomnę, że zaczynam pracę o 22.00, ale pomimo przeprowadzki wciąż mieszkam na tyle daleko, że muszę dojeżdżać. Możliwości transportowe są jednak ograniczone. Ostatni autobus odjeżdża z Borehamwood o 19.16, a kolega, który dysponuje autem i również pracuje na nocną zmianę, zaczyna o godzinie 20.00. Chcąc nie chcąc muszę gdzieś zaczekać. Mógłbym oczywiście spędzać czas w firmowej kantynie, kilka razy nawet próbowałem, ale jakoś nie mam ochoty przebywać w tym miejscu dłużej niż jest to konieczne.

W Coście podwójne espresso kosztuje funt osiemdziesiąt, w wygodnym fotelu, przy kawie i akompaniamencie dyskretnej muzyki (zwykle ABBA), czekam na swój shift. Oprócz czwartków, bo w czwartki nie mam już funta osiemdziesięciu, ba nie mam nawet funta pięćdziesięciu na pojedyncze espresso. Miewam natomiast czasami 75 pi na frytki w kantynie, ale podają dopiero po północy. W czwartki oglądam sklepowe witryny.

Jeśli pogoda pozwoli, to zamiast centrum handlowego, wybieram oczywiście parkową ławeczkę nad bajorem. Mimo, że twarda, to wolę ją, niż wygodny fotel i espresso. Jest to jedyny czas, jaki mam dla siebie w ciągu całej doby.

Przez ponad trzy miesiące pracowałem na dziennych zmianach. Od szóstej do czternastej, lub od czternastej do dwudziestej drugiej. Wpadłem w rytm i tutejszą rutynę, traciłem jedynie tylko tyle dnia, ile zajmowała mi praca włącznie z dojazdem. Od kiedy pracuję w nocy, nie mam już ani dnia, ani nocy.

Przy dziennym cyklu rozplanowałem sobie czas i miałem go nawet sporo dla siebie. Mogłem wyjść na spacer, czytać, albo coś obejrzeć. A jeśli na czymś bardzo mi zależało, mogłem też zarwać trochę nocy. Sama praca też wydawała się mniej absorbująca.

Teraz nie mam już czego zarywać. Wracając o świcie zwykle padam. Śpię po dwie, trzy godziny, budzę się i ponownie zasypiam. Tak do 16.00. Potem wstaję i zaczynam się szykować, by przed osiemnastą wyjść już z domu, bo po dziewiętnastej wyjeżdżamy. Pięć dni (nocy) w tygodniu. Odliczanie zaczynam od pierwszej, pierwsza z pięciu, druga z pięciu, trzecia… itd.

Na swojej zimnej hali loguję się za pomocą specjalnego zegara tuż przed dwudziestą drugą. Wpisuję swój, nadany mi tutaj numer – 90632, hasło, potem skanuję dwa kody, naciskam enter i już jestem w pracy. Każda noc wygląda jednakowo. Zaczynam od wybierania folii, którą były owinięte palety z towarem. Zazwyczaj jest jej od cholery, a ja muszę ją wybrać w całości i przewieźć dwie hale dalej, do specjalnej maszyny, która ją sprasuje. Podobnie robię z tekturą. To zajęcie jest najbardziej czasochłonne, więc zaczynając shift robię rekonesans i na podstawie ilości kartonów i plastiku ustalam sobie tempo pracy.

Z rozgłośni radiowej, którą na chillu bardzo słabo słychać – ponieważ dmuchawy zagłuszają – dobiega muzyka. Gdy tylko jednak przejdę na ambient, muzyka jest już wyraźna – podobnie jak w Coscie – znowu ABBA. Za każdym razem, gdy wychodzę i zmieniam halę, słyszę ten zespół. Zacząłem się zastanawiać, skąd u Anglików takie zamiłowanie do tego szwedzkiego zespołu. Aż wreszcie mnie oświeciło. Oni faktycznie, w tej rozgłośni wciąż puszczają ABBĘ, ale tylko jeden utwór – „Waterloo”.

Waterloo, to miejsce, w którym Anglicy pokonali Francuzów. Zwycięstwo księcia Wellingtona nad Napoleonem.

Faktycznie, mają powód do dumy, ale nie zdziwiłbym się, gdyby przeciętny Anglik zapytany czy wie, co to Waterloo, odpowiedziałby: wiem, piosenka ABBY! W Luton przy Wellington Street, jest tam polski sklep, w którym można kupić ukraińskie papierosy.

Nocą w magazynach jest znacznie mniej ludzi, więc i atmosfera sprzyja do nawiązywania bliższych i bardziej zażyłych relacji. Do drugiej są jeszcze na chillu pracownicy, którzy ładują towar na podstawione wcześniej przyczepy ciężarówek – louderzy. Czas mija mi więc na sprzątaniu przeplatanym rozmowami, a ponieważ już zdążyliśmy się poznać to i rozmowy bywają ciekawe i bardziej osobiste.

Są to zwykle pracownicy z wieloletnim – czasem nawet kilkunastoletnim – stażem. Prawie wszyscy, gdy opowiadają o tej pracy mówią podobnie: przyjechałem tu tylko na chwilę… Nie zarobki czy jakieś super warunki zatrzymały ich w tym miejscu (chociaż podobno przed laty praca w tym zakładzie wyglądała znacznie lepiej), ale codzienny kierat.

Chwila przerodziła się w miesiąc, miesiąc w rok, a rok w kilkanaście lat. Po takim czasie pomysł zmiany zajęcia jest już bez sensu. A plany na przyszłość zamykają się w jednym słowie – trwanie.
Właśnie atmosfera jest chyba jedyną zaletą nocnej zmiany, bo wyższa stawka zanika przy zwiększonej liczbie wypalonych papierosów.

W dzień hale są zatłoczone, ludzie ścigają się w wykonaniu limitów, management ich pogania i w zasadzie jedynie kliner ma czas, by z kimś pogadać. Produkcja śmieci idzie wprawdzie też wtedy pełną parą i przekracza możliwości ich utylizacji. Wysprzątane przed chwilą miejsce, w ciągu kilku sekund pokrywa się ponownie grubą warstwą śmieci. Nikt nie jest w stanie sprawdzić czy ktoś sprząta, czy nie. W nocy odwrotnie.

Ale po kolei. Podzieliłem sobie sprzątanie na trzy etapy. Od dziesiątej do drugiej, od drugiej do czwartej i od czwartej do szóstej. Zaczynam od wywożenie folii i kartonów do specjalnych maszyn, które prasują je w bale. Ustawiam porozrzucane po całym pomieszczeniu, wózki, skrzynki, dolki i kejdże (takie wysokie klatki na kółkach). Wybieram śmieci i papierki ze specjalnych worków, do innych worków i układam je w wózku. Jeśli nie zdążę z tym wszystkim do drugiej, to nie wyrobię się z całością do czwartej. A wtedy mam przerypane.

Od drugiej, gdy louderzy zabiorą cały towar i hala świeci pustakami zabieram się za podłogę. Siedem tysięcy metrów kwadratowych – według krokomierza (ciut więcej niż morga). Zbieram porozwalane zupy, sosy, jogurty, kefiry i wszystko cokolwiek tam leży, myję podłogę tam gdzie się porozwalało, porozlewało, sikło, poplamiło, rozdeptało lub rozjechało. Czasem jest tego dużo, czasem nic. Na koniec zamiatam całość. Tu już muszę wyrobić się do czwartej. O tej porze przychodzą pierwsi pracownicy, przyjeżdża towar i znowu zaczyna się gwar. Hala musi być wysprzątana, co osobiście sprawdza team capitan. Od czwartej do szóstej w zasadzie nie mam już specjalnie nic do roboty. Myję mopy i kończę prasowanie foli i tektury, w specjalnych rubrykach, na specjalnej tablicy spisuję znalezione i zniszczone artykuły spożywcze. Mają taką procedurę żeby zdjąć je ze stanu – chociaż tak naprawdę nigdy nie da się tego rzetelnie zrobić – wywożę jeszcze worki z papierkami do głównego śmietnika, cyrklując tak, by nie skończyć zbyt wcześnie, najlepiej tuż przed szóstą.

Zazwyczaj wyrabiam się bez większego problemu, czasami jednak dorzucają mi do obowiązków sprzątanie fragmentu zupełnie innej hali. Wtedy jest trochę gorzej, bo to strata przynajmniej godziny z mozolnie wypracowanego systemu trzech etapów. I zwykle polecenie takie dostaję w najgorszym dla siebie momencie czyli etapie środkowym, między drugą a czwartą, z wyraźnym komunikatem „now” – czyli teraz.

Tak naprawdę moja praca nie jest zbyt ciężka, zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że to najlepsze stanowisko w tej firmie, choć najsłabiej tu opłacane (dzienny kliner ma mniej). Wadą jest też oczywiście niska temperatura, nie mam jednak żadnych norm. I poza tym, że muszę ogarnąć swój rewir, to nikt mnie nie popędza. Nocny managment przywykł już do nowego klinera na zmianie i znowu stałem się dla nich niezauważalny.

Przynajmniej dopóki nikt nie przetłumaczy im tego co wypisuję. Bo zdaje się, że coraz więcej moich współpracowników śledzi ten cykl.

c.d.n.

Angielski sen (3) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy trzeci odcinek tego cyklu.

 

W magazynach firmy Amazon, słynnej z nieludzkiego traktowania pracowników i wyśrubowanych norm pracy, podczas rekrutacji nowi pracownicy poddawani są drag testom, czyli badają ich na obecność narkotyków. Czasami robią też badania wyrywkowo, ludziom, którzy już tam pracują. W magazynach firmy, w której piastuję odpowiedzialne stanowisko sprzątacza, normy dotyczące takiej samej pracy, są znacznie wyższe niż w Amazonie. Jednak firma zaoferowała coś, co pracownikom pomaga podołać tym morderczym limitom. U nas nikt nie robi żadnych testów. Tym prostym sposobem, niektórym udaje się wykonać normę.

 

Od ponad dwóch tygodni mieszkam, przy High Street w Borehamewood. Warunki doskonałe, po dawnej klitce w Luton pozostał jedynie niesmak. Nie tylko kwatera, ale Luton jako miasto także pozostawiało wiele do życzenia. Pisałem o tym wielokrotnie wiec nie będę się powtarzał. Mam jednak praktyczną radę dla tych, którzy zamierzają odwiedzić to miasto. W wietrzne dni nie należy zakładać wyjściowych ubrań. Najlepiej foliowy płaszcz przeciwdeszczowy. Taką jednorazówkę.

Śmieci fruwające na wietrze, przypominają trochę mini latawce z ADHD. Najwięcej wśród nich jest opakowań po fast foodach, a pięknych barw nadają im pozostawione tam sosy. Zaschnięte to jeszcze pół biedy – gorzej, gdy przyklei się do nowej, czystej koszuli świeżo wyrzucony i poniesiony gwałtownym podmuchem papierek, wytaplany wcześniej mieszanką majonezowo-katchupową z beef burgera. Albo torebka po frytkach z octem.

Wracając jednak do Borahemwood, mam teraz olbrzymi, ponad dwudziestometrowy pokój z łazienką obok, okna wychodzące na główną ulicę pełną kafejek, pubów, restauracji, sklepów i oczywiście fast foodów. Ulicę, zawsze wypełnioną ludźmi i ich sprawami. Miasteczko jest czyste i zadbane.
Wybór Borehamwood jako miasta, gdzie się osiedlę, nie był przypadkowy. Mieszkają tu najbliżsi mi ludzie, to jedyne miasto w Anglii, gdzie w dowolnej chwili, bez uprzedzania, mogę wyjść z domu i po prostu sobie do nich pójść.

Dwadzieścia minut fajnego spaceru-przechodzę tuż obok dawnego centrum filmowego Elstree.

Zwykle wychodziłem z założenia, że takie niezapowiedziane wizyty, są trochę głupie, a przynajmmniej niezręczne. Może przecież ich nie być, mogą być zajęci albo po prostu, chcą być sami. W tym konkretnym przypadku jest jednak trochę inaczej. Gdy ich nie ma, drzwi otwiera syn, a ponieważ uznał mnie za domownika zamyka się w swoim pokoju, a ja mogę zrobić sobie herbatę, kawę, coś do jedzenia, rozsiąść się na kanapie i włączyć telewizor.

Jedno z niewielu miejsc, gdzie czuję się w pełni swobodnie. Mogę na przykład przyjść, przywitać się, usiąść przed telewizorem i – poza przywitaniem i jakimiś uprzejmościami – przesiedzieć na kanapie oglądając film, by na koniec wstać i wyjść do siebie. I nic się nie dzieje. Nie jest też tak, że ciągle zawracam im głowę i przesiaduję milcząc przed telewizorem. Często prowadzimy dyskusje. I to niekiedy bardzo ożywione. Świadomość jednak, że w każdej chwili mogę zamknąć się w swoim świecie, że nikt nie będzie na siłę namawiał do rozmowy, nie obrazi się, gdy wyjdę – taka przyjaźń to skarb.

To było przyczyną decyzji, by przeprowadzić się w tę okolicę. Zaczęliśmy poszukiwania jakiegoś lokum. Spisaliśmy ogłoszenia ze sklepowych i pocztowych witryn.

Ogłoszeń dziesiątki. Dzwoniliśmy, kolejno umawiając wizyty. Wszędzie towarzyszyła nam Kamila. I faktycznie, gdyby nie ona, mieszkałbym w jakiejś norze przypominającej pokój na Stockwood Crescent w Luton.

We trójkę więc chodziliśmy oglądać te pokoje. Mówili wtedy pamiętaj, byle czego nie bierzemy, mieszkasz u nas. Dopiero jeśli będzie coś naprawdę fajnego, to się zastanowimy.
Właściciel domu zaczynał zwykle od opowieści o cudownej okolicy, potem, że budynek, wprawdzie niemłody, ale bardzo ciepły i wygodny. Wspaniali sąsiedzi i w ogóle ciche, spokojne miejsce. No i wszędzie blisko.

Niektórzy byli bardzo kreatywni. Pewien czarnoskóry kierowca autobusu, usiłował nam wcisnąć ciemny, wilgotny i śmierdzący stęchlizną pokój. Z wprawą zawodowego komiwojażera, usiłował nas nim zainteresować. Lista zalet, które wymieniał faktycznie chwilowo odsunęła w cień odór stęchlizny. On z odpowiednią intonacją przypominającą kazanie pastora, nie mógł nachwalić tych kilkunastu metrów kwadratowych.

Słuchaliśmy z Jarkiem wpatrzeni w jego nienaganną, służbową koszulę. Zahipnotyzowani czarem jego perory, gapiliśmy się w miejsca na ścianach, które pokazywał. Mówił, że ten zaciek, to nie zaciek, tylko poprzedni lokator rozlał, po czym się wyprowadził nie płacąc za cały tydzień. Właściciele zwykle nie są stratni, ponieważ lokatorzy płacą kaucję w wysokości dwutygodniowego czynszu. Najwyraźniej jednak gospodarz czuł się pokrzywdzony.

Powiedział, że wprawdzie w tej chwili w pomieszczeniu panuje półmrok, ale dlatego, że dzień pochmurny i dodatkowo coś jeszcze, czego nie zrozumiałem, ale zrozumiałem, że jak się wprowadzę i zapłacę kaucję, to będzie już będzie dobrze i pokój w jakiś sposób stanie się bardzo widnym salonem. Że jakieś oświecenie nastąpi. W trakcie jego monologu Kamila obeszła dyskretnie kuchnie i łazienkę. Wróciła w momencie, gdy opowiadał, jak kocha czystość, jakim jest jej fanem. Że tu każdy po sobie sprząta. Że zawsze trzeba myć kuchenkę i lodówkę, o łazience i sanitariatach nie wspominając. Odniosłem wrażenie, że Kamila usiłuje zdławić ogarniający ją śmiech.

Wbrew temu co o sobie sądziłem, nie jestem wolny od stereotypów. Chociaż sam ich nie znoszę. Wytykam i wyszydzam tę cechę u innych. A jednak. Gdzieś w zakamarkach mojej podświadomości zostały jej śladowe ilości.

Zdecydowaliśmy się obejrzeć najdroższe lokum z listy. W samym centrum, przestronny i widny pokój. Mieszkanie schludne, zadbane, wynajmujący to małżeństwo z kilkuletnim dzieckiem. Oprócz tej trójki mieszkała tam również ich kuzynka i młody chłopak ze Sri Lanki.

Tam także poszliśmy we trójkę. Wszyscy byliśmy zachwyceni warunkami. Omówiliśmy z właścicielką szczegóły, zgodziła się nawet opuścić cenę wynajmu do poziomu cen oglądanych wcześniej pokoi. Na koniec zapytaliśmy skąd pochodzi? Albania – odpowiedziała – a my spojrzeliśmy po sobie.

Mając głęboko zakorzenioną niechęć do mieszkańców kraju ze stolicą w Tiranie, przeżyłem chwile wahania. Byłem wściekły na siebie, że pomimo tak bogatego doświadczenia z ludźmi, mimo wiedzy popartej doświadczeniem i obserwacją, że niezależnie skąd ktoś pochodzi – nie określa go jako człowieka. Byłem wściekły na siebie, że pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, była: „trzeba uważać”.

Mieszkamy już razem od kilkunastu dni. Pracuję jedyne w nocy, w dzień odsypiam. Któregoś popołudnia kuzynka właścicielki zaczęła mnie przepraszać, za to, że musiała sprzątać w domu, gdy spałem. Starała się to robić jednak cicho i żebym jej wybaczył. Nie było co wybaczać, bo nic nie zakłóciło mojego snu. Kilka dni później całą rodziną robili jakieś regionalne, albańskie wypieki. Na drugi dzień dostałem solidną porcję tego jedzenia. Taki rodzaj lazanii, ale zamiast ciasta makaronowego i sera, było to bardziej ciasto chlebowe, poprzekładane mięsem, warzywami i sam nie wiem czym jeszcze. Wystarczyło mi na wszystkie posiłki tego dnia, tym bardziej, że naprawdę było smaczne.

A dzisiaj, nakarmili mnie pizzą. Gospodyni jest kucharką w pizzerii i akurat mogła przynieść. A jak do domu, to dla wszystkich – także dla mnie. I tak padł mój ostatni stereotyp „Albańca”. Jeśli ktoś wciąż nie wierzy w jej intencje, to dodam tylko, że to jedyny pokój do wynajęcia, gdzie nie chcieli kaucji za dwa tygodnie z góry. Poprosili jedynie o to, bym przed wyprowadzką poinformował ich miesiąc wcześniej.

Te ręce wzajemnie się nie umyją. Powiedzenie, że „ręka rękę myje” i że „na układy nie ma rady”, nie ma najmniejszego zastosowania na Wyspach. Przekonałem się o tym, gdy prowadziłem walkę o wyrównanie mojej zaniżonej stawki. Zarówno ja, jak i Jarek, dzwoniliśmy – niemalże codziennie – do agencji, która mnie zatrudnia, upominając się o załatwienie tej sprawy. Za każdym razem zbywano nas obietnicami, że już w następny piątek podniosą mi stawkę i wyrównają niedopłatę, wynikającą z pięciotygodniowej zaległości dodatku nocnego. Scenariusz był ten sam – Jarek dzwonił i pytał: co z pieniędzmi Piotrka, ważniejszy menager udawał zdziwienie i pytał o to samo Laurentiu, to młodszy pracownik agencji. Co tydzień błagali o wybaczenie, co tydzień zapewniali, że wyrównanie dostanę w najbliższy piątek. I nic. Przez pięć tygodni pracując na nocną zmianę, dostawałem wypłaty jakbym pracował w dzień. Sytuacja się zmieniła, gdy włączył się główny manager nocnej zmiany. Teoretycznie nic do tego nie miał. Agencja ma jedynie biuro na terenie naszego zakładu, a relacje między managerami firmy i agencji są jedynie towarzyskie. Po tej interwencji natychmiast zmieniono mi stawkę, wyrównano zaległość, a pracownicy agencji – w randze managerów – wylecieli z roboty.

Na pierwszy rzut oka, managerowie wszystkich szczebli trzymają się razem. Razem chodzą na obiady, papierosa, zapewne życie towarzyskie też razem kultywują.

Gdy jednak wczorajszy kumpel z pubu, popełni błąd, jego wczorajszy kolega – służbowo stopień wyżej – wyciągnie konsekwencje. Zdarzało się, że potrafił ochrzanić takiego publicznie, przy innych pracownikach. Kumpel wyrzuci z roboty kumpla, jeśli uchybienie jest poważne. Jedno jest pewne, kryć go nie będzie.

Bardzo uczciwie – pomyślałem, ale coś mi jednak nie pasowało. Wydaje mi się, że to lęk o własną dupę, kończy przyjaźń wśród wyspiarzy. We wszystkich halach zakładu, w każdym zakamarku magazynów, nawet w kantynie są odpowiednie skrzynki na donosy. Nazywa się to „hazard raports”. Pracownicy zobowiązani są uważnie obserwować innych, zwracając szczególną uwagę na wewnątrzzakładowe przepisy. Zaobserwowane nieprawidłowości, a najważniejsza, złamanie zasad „Health&Safety” pracownik zobowiązany jest spisać, a następnie wrzucić do specjalnie przygotowanej skrzynki.

Pomyłka, błąd czy zaniedbanie managera niższego szczebla, może doprowadzić go do wyrzucenia z pracy. A tym, który go zwolni, będzie wczorajszy kumpel od kieliszka. Zwolni go nie z honorowego poczucia zasad i elementarnej uczciwości. Zwolni go, ponieważ jeśli tego nie zrobi, ktoś mniej życzliwy wrzuci kartkę z informacją o tym wydarzeniu do odpowiedniej skrzyneczki. Strach o własną dupę,daje dużą szansę wszystkim pracownikom zakładu.

Pomimo tych – z punktu widzenia całkiem dobrych wiadomości – wciąż nie udało się zorganizować wspólnej grupy dbającej o elementarne prawa pracownika. Rodacy z nad Wisły odpowiadają, dopóki mam spokój i się mnie nie czepiają, to po cholerę będę się mieszał. O brytyjskich związkach zawodowych szkoda nawet rozmawiać. Oczywiście tych zakładowych – nie wiem, jak działają inne. Całkiem niedawno, związki przekonywały pracowników, że podwyżka, przekraczająca lekko 3 proc. jest sukcesem zarówno pracowników, jak i pracodawców. Gdy podczas spotkania w tej sprawie pracownicy zaczęli domagać się 10 i 15 procent, przedstawiciele związków rzucili im się niemalże do gardeł, chcąc broniąc tych trzech, które zaproponowała firma. Dla przypomnienia, firma jest w doskonałej kondycji finansowej, generuje zyski, ciągle zatrudnia nowych ludzi, słowem – bankructwo jej nie grozi. Rozpisałem się trochę o tych związkach, ale to dosyć istotna informacja w kontekście listów pisanych przez ekonomicznego emigranta.

Magazyny Amazona, znajdują się całkiem blisko magazynów firmy, w której pracuję. W obu zakładach praca jest bliźniaczo podobna, mimo, że charakter działalności mają zupełnie różny, to system pracy magazynów niemal identyczny. W jednej i drugiej są ustalone normy jakie należy wykonać, by otrzymywać pełne wynagrodzenie. O współczesnym wyzysku, wyśrubowanych normach, pracy ponad siły i eksploatacji pracowników przez firmę Amazon, bardzo często można przeczytać w światowej prasie.

Firmą z sąsiedztwa, w której tylko sprzątam, nikt się jeszcze nie zainteresował. Wydawałoby się, że w takim razie wszystko jest w porządku. Też bym tak pomyślał. Normy jednak są u nas dwukrotnie wyższe niż w Amazonie. Zdarza się, że pracownik dostaje polecenie załadowania palety toną butelkowanej wody mineralnej, a czas na wykonanie tego zadania to osiem 8 minut.
Najbardziej zawyżone normy są jednak przy pikowaniu, czyli pakowaniu towaru do specjalnych wózków. Sukcesywnie podnoszone, osiągnęły już absurdalny pułap. Niektórzy, młodzi i silni, przez jakiś czas dają radę. Nie wszystkim jednak wytrzymują kręgosłupy. Nikt się jednak na zewnątrz nie poskarży, z tej prostej przyczyny, że w naszym zakładzie idą pracownikowi na rękę i nie robią drag testów. Po wciągnięciu kilku kresek, znacznie łatwiej wykonać nawet podwójną normę Amazona.

c.d.n.

 

Angielski sen (2)

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co piątek ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy drugi odcinek tego cyklu.

 

 

Zupełnie przypadkiem odkryłem, że w moje poukładane życie emigranta, wkradła się pewna stała, rutynowa czynność wykonywana prawie codziennie. Jeżdżąc na nocną zmianę, jeszcze zanim dotrę do zakładu, dwie godziny przesiaduję na jednej i tej samej ławeczce stojącej na brzegu, niewielkiego parkowego stawu. Zakładam słuchawki i przyswajam angielski z tekstów słuchanych piosenek. Gdy pojawi się jakieś nieznane mi sformułowanie, wyciągam translatora i już: I think, I know – rozumiem i wiem – to akurat tytuł piosenki Iana Gillana.

 

Dojazdy do pracy od samego początku stanowiły dosyć ciekawy wątek korespondencji. Zawsze wiązały się z tym jakieś ciekawostki i problemy.

Zamieszkałem w Luton, chociaż firma, w której pracuję mieści się trzydzieści kilometrów dalej. Wybór był jednak przemyślany, a powody dwa. Niskie, jak na Anglię, ceny kwaterunku, ale kluczowe było to, że większość pracowników też mieszka w tym mieście, a niektórzy mają nawet samochody. Koleżeńska stawka za podwózkę do roboty i z powrotem wynosi 4 funty.

Alternatywą była komunikacja autobusowa. Z przesiadką w St. Albans. Ale z powodu specyfiki brytyjskiego transportu publicznego, opcja bardzo droga i przy tym ryzykowna. Bilet w jedną stronę kosztuje ponad 9 funtów, do tego dochodzi niepewność, czy w ogóle przyjedzie. Raz czy dwa nie miałem jednak wyjścia, bo nawet na szóstą nikogo nie było. 18 funciaków za bilety w obie strony, miałem wtedy 7,50 na godzinę. Sam dojazd do pracy pożarł dwie i pół godziny z mojej dniówki.

Kłopoty zaczęły się już podczas pierwszego tygodnia. Trening, czyli szkolenie pracownika na jego nowym stanowisku. Pracuje on wtedy normalnie, tyle że w innych godzinach i pod okiem instruktorów. Trening trwał od poniedziałku, od piątku, od ósmej rano do szesnastej. I tu zaczęły się pierwsze schody. Nikt o tej porze nie zaczynał pracy. Na szóstą tak, na dziewiątą też, ale na ósmą – tylko nowi, czyli szkolenie.

Zrywałem się więc o 4,20 rano, kolega jadący na szóstą zabiera mnie, a ja czekałem do ósmej w firmowej kantynie.

Pracownicy zatrudnieni przez agencję, zwłaszcza ci z dziennej zmiany, nigdy nie wiedzą jaki grafik będą mieli w nadchodzącym tygodniu. Jakie wypadną dni wolne, czy będą razem (poniedziałek, wtorek) czy – jak zazwyczaj – rozrzucą (niedziela, czwartek). Nie wiedzieli też, czy będą pracować od 6,00 do 14,00 czy od 14,00 do 22.00 – tu też nie było reguły. Agencja mogła wrzucać pracownikowi kilka tygodni poranną zmianę, by znienacka zamienić na tydzień popołudniowej.

Agencyjny tydzień zaczyna się w niedzielę, a grafik wieszają dopiero w piątek. Dlatego trudno umawiać wcześniej transport, jeśli nie wiadomo na którą zmianę pracujemy i kiedy są wolne dni. Dziesiątki razy przemierzałem wszerz i wzdłuż wszystkie te magazyny zaczepiałem ludzi, szukając kogoś, kto ma podobny rozkład pracy jak ja.

Dostosowałem się do tej zwariowanej improwizacji i zazwyczaj „jakoś” docierałem na swoje stanowisko pracy.

Tydzień nauki zleciał błyskawicznie. Wbili na do łbów, że najważniejsze jest bezpieczeństwo pracy, ostrożność, nauczono „Health and Safety”, czyli zasad lokalnego BHP, pokazywali zdjęcia wypadków i ich skutki, gdy niefrasobliwy pracownik zignorował te święte zasady firmy i nie dość, że zniszczył towar (pół biedy – towar ubezpieczony), uszkodził siebie (też pół biedy – firma nie zapłaci za leczenie, nie da odszkodowania, jeśli późniejsze dochodzenie, z uważnym przeglądaniem nagrań z kamer przemysłowych, wykaże, że pracownik nie zastosował się do zasad „H&S”). Problemem jest natomiast to, że zanim przesuną kogoś na jego miejsce, stracą całe mnóstwo roboczominut. A tak właśnie robią, jeśli z jakiegokolwiek powodu odpadnie np. pracownik z chilla (chłodnia), natychmiast imiennie wywołuja kogoś z drugiej hali – ambientu – żeby go zastąpił. Ten sam problem pojawia się wtedy na ambiencie, wywołają wtedy z produce. Jeszcze chwilę biegają jak w ukropie, by po chwili zapomnieć, o co z tym ich bieganiem chodziło i skupiają się na poszukiwaniu pracownika, którego moment wcześniej wysłali na inną halę,

Zasady „Health&Safety” są tak ważne, że każdego dnia, po kilkadziesiąt razy, powołując się na życie i zdrowie, demonstrowano nam w jaki sposób wykonywać swoje obowiązki, jak bezpiecznie poruszać się po magazynach itp.

Najważniejszy mówili, jest kręgosłup. W sali stał taki demonstracyjny szkieletor, na którym instruktor pokazywał co się dzieje, jeśli nieprawidłowo dźwigniemy paletę. Mieliśmy potem egzamin praktyczny z tej czynności. Paletę należy chwycić z jednego boku i nie odrywając drugiego od podłoża ustawić do pozycji pionowej. Tak przygotowaną, można przepchnąć kawałek, by poukładać w słupki w konkretnym miejscu. To także trzeba zrobić zgodnie z zasadami „H&S”. Górny brzeg, pod lekkim kątem, opieramy o najwyżej leżącą paletę, kucając chwytamy za dolną krawędź i nie dźwigając, ale sunąc układamy nową paletę na samej górze.

Po całej tej treningowej procedurze zacząłem właściwą pracę, przypadła moja kolej układania palet. Było w tym dniu bardzo dużo roboty i wszyscy chodzili poirytowani. Mając w pamięci wyryte motto zakładu, że bezpieczeństwo, a kręgosłup przede wszystkim, trzymałem się wyuczonych zasad. Akurat przechodził manager. Gdy zobaczył co robię, zaczął się drzeć, żebym się nie opierdalał, bo palet ze trzysta rozrzuconych, a jeśli będę w ten sposób układał, to zajmie mi to tydzień. Ale tak mnie uczyli na treningu „Health and Safety” zwróciłem delikatnie uwagę. – Zapomnij o tym, zapomnij o treningu – powiedział – jedna paleta w jedną łapę, druga w drugą, ciągnij do słupka i wrzucaj z rozmachu. Na odchodne spojrzał jeszcze na mnie i kiwając głową polazł do swojego office’u.

Z czasem, już na nocnej zmianie, wygrałem z nimi tę wojnę paletową i już nawet ich nie dotykam. Ale to temat na osobny felieton, bo tu dochodzi jeszcze postać tajemniczego Mr. Skarpety.
Pracy na terenie Wielkiej Brytanii jest bardzo dużo. Pieniędzy na jej wykonanie też jest pod dostatkiem. Ponieważ jednak nie każda stawka i nie każda praca zadowoli kieszeń przeciętnego Wyspiarza, zbawieniem okazała się nadciągająca fala zagranicznej siły roboczej. W tym kilku milionów Polaków.

Zazwyczaj najszybciej można było znaleźć taką pracę, którą sami Anglicy niechętnie wykonywali. Te gorsze zajęcia, były nawet lepiej wynagradzane, dlatego cieszyły się popularnością, wśród mniej wybrednych przybyszów. Odporni na smród, chłód i 12 godzinny dzień pracy, cieszyli się z każdego payslipa (taki pasek wypłaty).

Przed wejściem królestwa do Unii, zarówno standardy pracy jak i płace stały na w miarę wysokim poziomie. Pojawiły się więc na Wyspach spragnione pracy ręce. Wiele osób zdecydowało się porzucić swoje domostwa, poświęcić rodziny, zdrowie, a czasami i życie, by za sowitą opłatę złożyć najwyższą ofiarę na ołtarzu kapitalizmu: „funt ciała, duszy, miłości czy rodziny”. Nierzadko kończyło się to tragicznie. Rodziny się rozpadały, coraz częściej zamiast sięgnąć raju, przybysze lądowali na ulicy. Niektórzy wciąż na niej tkwią, plując sobie w brodę, że uwierzyli w tę wartą „funta kłaków” bajeczkę o czekającym tu szczęściu i dobrobycie.

Po Zjednoczeniu Europy i częściowym otwarciu rynku pracy w tym jądrze światowego imperializmu wróciło stare, kolonialne myślenie: Jak najniższym kosztem, maksymalnie wyeksploatować. „Biały Baba” ma doświadczenie i wie jak zorganizować „żywą siłę pracującą”, nie uszczuplając zanadto z królewskiej kabzy. Oczywiście, dotyczy to pracowników, masowo wówczas przyjeżdżających na Wyspy w poszukiwaniu materialnego spełnienia.

Agencje pracy – firmy, które zaopatrują inne firmy w pracowników, a potem zabierają lwią część ich zarobków. Oczywiście zarobków pracowników. W zależności od zakładu i obowiązujących w nim stawek, agencje pobierają nieproporcjonalnie wysokie prowizje przez cały okres jego pracy.

Technicznie wygląda to tak, firma oferuje wysokie zarobki, ale mimo wszystko ma kłopoty z rekrutacją ludzi. Zadanie zleca więc agencji. Ponieważ do tych placówek kierują swoje pierwsze kroki prawie wszyscy imigranci ekonomiczni. Mając taka bazę pełną nowo przybyłych, wykwalifikowanych lub nie, ale nie bojących sie roboty ludzi, nie mają problemu, by ich dostarczyć zleceniodawcy. Jeśli standardem jest, że zakład swoim pracownikom kontraktowym (umowa bezpośrednia) 14 funtów na godzinę, to agencja dostaje taką samą stawkę za godzinę pracy człowieka, którego firmie dostarczyli.

Ten pracując na tym samym stanowisku, wykonując dokładnie te same zadania co pracownicy kontraktowi i dostaje 7.83 na godzinę, mimo, że firma i tak wypłaca agencji 14. Ciężko jest potem wyrwać się ze szponów tego pośrednika i bywa, że ludzie po kilkanaście lat dostają najniższą stawkę, podczas gdy równorzędni pracownicy chwalą hojność pracodawcy. Tylko mieli trochę szczęścia i udało się im znaleźć pracę, zanim agencja znalazła ich.

Zapomniałbym dokończyć historię o wspomnianej na początku tekstu ławeczki. Przeprowadziłem się z Luton do Borehamwood, znacznie bliżej miejsca pracy, jest nawet bezpośredni autobus i jeden kolega dysponujący autem, który również pracuje na nocną zmianę. Dwie godziny na tej ławeczce siedzę tylko dlatego, że kolega zaczyna pracę o 20.00, ja o 22.00, a ostatni autobus mam o 19.16.

c.d.n.

Narodowa strefa kolonialnego wyzysku

Andrzej Duda podpisał ustawę o wspieraniu inwestycji w Polsce. Nie jest to zwyczajna ustawa. Jej zapisy gwarantują tzw. inwestorom niebotyczne przywileje. Premier Morawiecki nazywa dokument „prawdziwym prorozwojowym przełomem”.

 

Specjalne Strefy Ekonomiczne istnieją w Polsce już od dwudziestu lat. Wyzysk w zakładach pracy położonych w takich miejscach jest szczególnie dotkliwy. Pracownicy wykonują najczęściej proste prace produkcyjno-montażowe dla zachodnich koncernów. Mimo, że kapitał jest zwolniony z podatku dochodowego, płace w SSE nie przekraczają znacząco wynagrodzenia minimalnego. W strefach mnożą się agencje pracy tymczasowej, które dostarczają siłę roboczą według potrzeb kapitalisty, osłabiajac tym samym możliwość samoorganizacji pracowniczej i kolektywnej walki o poprawę warunków pracy, Zawieszone są niektóre zapisy Kodeksu Pracy. Innymi słowy – kompletna patologia.

Mateusz Morawiecki w Specjalnych Strefach Ekonomicznych widzi klucz do sukcesu polskiej gospodarki. Ustawa podpisana przez prezydenta jest jego autorskim pomysłem. Dokument wejdzie w życie za 14 dni. Szef rządu kipiał entuzjazmem mówiąc o dobrodziejstwach, którymi już niebawem „cieszyć” będą się Polacy.

– Kiedy powoływane były specjalne strefy, to walczyliśmy z wielkim bezrobociem i nierównomiernym rozwojem kraju. Dziś też mamy powiaty i gminy z bardzo wysokim problemem braku pracy. W jaki sposób szybciej niż za pośrednictwem ulg doprowadzić do rozwoju całego kraju? To nasz znak firmowy. Chcemy, żeby rozwój był równomierny. Cała Polska ma być strefa inwestycyjną – powiedział Morawiecki podczas forum ekonomicznego w Krynicy.

Głównym założeniem projektu jest rozszerzenie zasad panujących w SSE na cały kraj. Inwestorzy otrzymają prezent, jakim państwo polskie ich jeszcze nie uradowało. Będzie to zwolnienie z podatku dochodowego na okres od 10-15 lat. Niewiarygodne? Jak widać – możliwe w Polsce rządzonej przez „solidarny” i jak to powiedział Morawiecki „najbardziej prospołeczny rząd od 30 lat”.

Czego rząd oczekuje w zamian? Współpracy z ośrodkami naukowymi i uniwersyteckimi, a także jakości jeśli chodzi o gatunek miejsc pracy – premiowane będą firmy tworzące stanowiska wymagające użytkowania nowoczesnych technologii.