Gotowanie żaby

Kwestia śmieciowego zatrudnienia w Polsce została ostatecznie rozwiązana.

 

Maciej Łazowski, autor komiksu internetowego „Głosy w mojej głowie”, narysował kiedyś taki obrazek, który zapadł mi w pamięć: „Rasizm to złożony problem wynikający z wielu czynników” – mówi jakiś międzynarodowy oficjel na konferencji prasowej. – „Ale sądzę, że znalazłem rozwiązanie. Wystarczy, że na świecie zostanie tylko jedna rasa!”.

 

Mistrzowski plan

W podobny sposób Sąd Najwyższy rozwiązał problem śmieciowego zatrudnienia w Polsce. Nieźle to sobie wymyślili: pracodawca będzie zatrudniał na umowach o dzieło, ile mu się żywnie podoba, a jak jakiś roszczeniowy pasożyt pójdzie z tym do sądu – to będzie mu można powiedzieć: „lepiej uważaj czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni!”. I każą mu odprowadzić zaległe tysiące tysięcy na tak zwany ZUS. W ten sposób nikt się już nigdy nikomu nie poskarży. Znakomity plan, władzo z kartonu!

Adriana Rozwadowska i Ludmiła Anannikova nagłośniły sprawę Ewy, pracownicy TVP z Poznania, którą na śmieciówce przetrzymywano 9 lat. Sąd słusznie uznał, że kobieta przez cały ten czas wykonywała pracę etatową, zgodnie z grafikiem, z określonym miejscem, czasem i zakresem. Ale kiedy ZUS upomniał się o swoje, okazało się, że wraz ze wstecznym etatem na Ewę spadło prawie 70 tysięcy zaległych składek.

 

Wzbogaciła się

Łaskawy Sąd Najwyższy (i wszyscy razem: „KON-STY-TUC-JA!”) rozłożył jej litościwie na raty spłatę długu, w który sam ją wpędził, twierdząc przy tym, że można to uznać za nielegalne wzbogacenie się. Wzbogacenie na składkach – uwaga! – z których nigdy nie zrobiła użytku, pracując przez prawie dekadę na umowie, która nie przewiduje chorobowego, urlopu, dnia na żądanie. Wzbogacenie na składkach, których płacenie pracodawca omijał celowo i bezprawnie. Morał z tej opowieści płynie taki, że korporacja nie poniosła w zasadzie konsekwencji za swoje wieloletnie zaniechania, a wręcz zrobiła łaskę, że po wyroku dokonała ich korekty. Natomiast pokrzywdzona przez nią już wcześniej osoba została uznana współwinną. I tak sprawdziło się stare porzekadło o biednym, który zawsze dostaje w tyłek podwójnie, a za bogatym staje jeszcze więcej siły.

Jedna z autorek materiału z „Wyborczej” napisała na Facebooku, że Ewa zwróciła się o umorzenie absurdalnej spłaty do samego jaśnie wielmożnego Jacka Kurskiego, ale bez skutku. Zachciało jej się walczyć z molochem, to niech teraz wpier… zjada na śniadanie suchy chleb.

Ewa jest samotną matką dwójki dzieci. Spłata raty z odsetkami, która będzie nad nią wisiała jeszcze przez 6 lat, to tysiąc złotych z okładem – połowa jej miesięcznej pensji. Podobnych przypadków jest więcej. W ten sposób zatrudniało też m.in. Ministerstwo Kultury, bynajmniej nie kultury pracy.

 

Sama chciała

Najbardziej bolą komentarze w stylu „skoro przez tyle lat pracowała na śmieciówce, to widać jej to odpowiadało”; „takie są przepisy, nikt tej pani nie powiedział?”.

Dopóki umowy o dzieło dalej będą podpisywane po to, aby nie wszyscy musieli płacić składki do ZUS, dopóki Państwowa Inspekcja Pracy nie zacznie wzbudzać prawdziwego strachu, dopóki uzwiązkowienie w zakładach pracy będzie kojarzyło się tylko i wyłącznie z przemysłem ciężkim, dopóty każda kolejna władza będzie zainteresowana tworzeniem takich przepisów, które będą zabezpieczać interesy wielkich, nie małych. Społeczna Inspekcja Pracy na terenie każdej firmy powinna być podstawą, bo jak widać naiwnością jest liczyć w tej kwestii na ustawodawcę i na sądy, co nie chcą (to zrozumiałe) podpadać władzy.

 

Tymczasem

spokojnie zajmijmy się obchodami stulecia niepodległości: tym, z kim pójdzie albo nie pójdzie prezydent, albo tym, jaki procent Partii Razem nadal żywi odrazę do żółtego swetra Włodzimierza Czarzastego. A rząd spokojnie zafunduje nam nowy kodeks pracy w odcinkach. Bo doskonale wie, że skoro raz już żaba wyskoczyła z gorącego garnka, to teraz należy podgrzewać ją powoli.

Na 2019 będzie gotowa do schrupania.

Świat od spodu (Postscriptum) LIST TYM RAZEM NIE Z WYSP

Życie to taki rodzaj literatury, że nie da się zaplanować ani przewidzieć, co będzie w następnym odcinku. „Świat od spodu” musiał skończyć się więc niespodziewanie. Ale koniec czegoś bywa równocześnie początkiem czegoś innego. Dlatego też „Postscriptum” do Świata od spodu” zawiera również i taką zapowiedź.

 

 

Kilka tygodni przerwy w pisaniu spowodowane było dynamiką i zmianami jakie nastąpiły w moim życiu. Ale po kolei.

 

Wybrałem się do Francji. Po beznadziejnych wędrówkach poszukiwania pracy w Anglii, wydało mi się to niezłą odtrutką na przygnębiającą, brytyjską szarzyznę. I nie chodzi tu o pogodę, bo była wyjątkowo piękna jak na wyspiarską jesień. Typowo „angielska pogoda” zagościła jednak w moim sercu. Sytuacja wydawała się beznadziejna.

Trudno więc opisać radość, jaką poczułem, gdy po wylądowaniu w Lyon podszedłem do punktu kontroli i usłyszałem dźwięczne „bążur”. To francuskie „dzień dobry” zabrzmiało jak najpiękniejsza melodia. Humor natychmiast się poprawił i wróciła radość życia.

Ostatnie tygodnie w Anglii, nie były dla mnie łaskawe, liczyłem że chwilowa zmiana pozwoli złapać oddech i doda nowych sił. Chciałem spojrzeć z dystansu i racjonalnie podejść do narosłych problemów, znaleźć rozwiązanie i oczywiście odreagować stres.

W ukazujących się cyklicznie w „Dzienniku Trybuna” felietonach, opisywałem swoje wrażenia na angielskiej ziemi, quasi niewolniczy system pracy, łamanie praw pracowniczych, zmuszanie ludzi do pracy ponad siły i ignorowanie przepisów bezpieczeństwa na wyraźne polecenie kierownictwa, oraz wciąż zwiększonych do granicy absurdu normach. Stało się już normą, że na załadowanie tony wody mineralnej pracownik ma jedynie osiem minut. Kierownictwo uznało, że moje pisanie może zaszkodzić firmie i w obawie, by stosowane tam nieludzkie praktyki nie wyszły na światło dzienne, postanowiono mnie zwolnić. Straciłem pracę, a zatrudniająca mnie agencja okazała się na tyle nierzetelna, że nie rozliczyła się z tygodniowej wypłaty. Agencja Staffline – uważajcie na nią, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy wyjechać do pracy w UK. Przy życiu na styk brak jednej wypłaty jest katastrofą. Od tego momentu zaczęły się moje kłopoty z regularnym opłacaniem czynszu. Zostałem z niczym w zupełnie obcym kraju. Jedyne co mogłem zrobić, to poszukać jakiejkolwiek pracy. Zdzierałem więc buty łażąc od miasta do miasta z nadzieją, że wreszcie coś znajdę.
Publiczna komunikacja w Anglii jest tak droga, że zwyczajnie nie było mnie już stać na kupno biletów. Dlatego jedyną opcją były własne nogi. Obszedłem chyba wszystkie bary i fastfoody w okolicy trzydziestu kilometrów. Bezskutecznie. Szukałem ogłoszeń, pytałem, wszędzie zadając pytanie: „I am looking for a job, you need an employee?” Odsyłano mnie zazwyczaj z kwitkiem. Jeśli ktoś chciał być uprzejmy, to notował mój numer telefonu obiecując, że się odezwie gdy tylko będzie miał dla mnie pracę. Każdego dnia sytuacja finansowa była coraz bardziej beznadziejna.

Za pośrednictwem jednej z agencji udało się wreszcie znaleźć pracę w zakładzie stolarskim. Pisałem o tym w poprzednim odcinku „Świata od spodu”. Praca wydawała się idealna. Zarobki znacznie lepsze od tych, które miałem w poprzedniej pracy, miejsce też dużo przyjemniejsze, ale problem polegał na tym, że poszukiwali wykwalifikowanych specjalistów – stolarzy meblowych. Moje doświadczenie pracy w różnego rodzaju tartakach i stolarniach było niewystarczające. Potrafię przerobić na deski ścięte drzewo, zrobić rustykalne półki, sztachety do płotu, a nawet zbudować dom z bali.

Skoro jednak już przyjechałem, to właściciel zgodził się bym przepracował jeden, dwunastogodzinny shift. Chcąc nie chcąc, ponownie ruszyłem szukać zarobku. Łudziłem się nadzieją, że w końcu coś znajdę, trafię na bar, w którym potrzebują ludzi na zmywak. Byłem gotów podjąć pracę nawet na czarno i za stawkę znacznie niższą, niż minimalne 7.83 funta na godzinę. Nie mając nic, zatrudniłbym się nawet i za cztery czy pięć funtów.

Światełko nadziei pojawiło się, gdy zadzwonił Marek i zaprosił mnie do Francji. Nie było mnie jednak stać na bilet, o hotelu nie wspominając. Gdy jednak powiedział, że pokryje wszystkie koszty, kupi bilety, a zamieszkać mogę u niego, aż podskoczyłem z radości. Marek jest typowym przedstawicielem tzw. starej emigracji. W 1984 roku osiedlił się we Francji, a po kilku latach spędzonych w Paryżu przeprowadził się do Lyonu.

Umówiliśmy się, że spędzę tam pięć dni. Od czwartku, do poniedziałku. Zapewnił żebym się niczym nie martwił, że kupi mi bilet w obie strony i zapewni utrzymanie. Zwiedzimy kawałek Francji, a wieczory spędzimy na dyskusjach o polityce.

Lot trwał niecałe dwie godziny. Cieszyłem się z tej odmiany. Angielski sen przerodził się w brytyjski koszmar, a wizja kilku dni we Francji wydawała się bajecznym rajem. Po wylądowaniu niemalże biegłem w kierunku wyjścia z terminala.

Powody były dwa, po dwugodzinnym locie cholernie chciało mi się palić, no i oczywiście chciałem jak najszybciej spotkać się z kolegą. Minęło kilkanaście minut zanim udało mi się dotrzeć do hali głównej. Lotnisko w Lyon ma chyba najdłuższy w Europie tunel łączący płytę lotniska z halą przylotów.

Czwartek i część piątku spędziliśmy na zwiedzaniu Lyon. Natomiast na weekend pojechaliśmy do jego domku letniskowego 120 km od Lyon, w przepięknej, górskiej okolicy. W niedzielę wieczorem zapytał, czy nie zechciałbym mu pomóc przy drobnych pracach w tym górskim domku. Bardzo chętnie się zgodziłem, wprawdzie bilet powrotny miałem w kieszeni, ale za skarby nie chciałem wracać do Anglii. I tak nie miałem tam pracy. Praca wydawała się idealna, chodziło o pomalowanie okien, koszenie trawy i ogólny porządek na posesji. Poza tym, zapowiedział żebym się nie śpieszył, chodził po górach, zwiedzał okolice, a pracę wykonywał swoim tempem. Kupił mi zaopatrzenie, łącznie z papierosami, na cały tydzień, umówiliśmy się, że zostanę na tym górskim pustkowiu, a on przyjedzie do mnie w piątek pustkowiu. Miałem mieszkanie, zaopatrzenie i do tego całkiem niezłe pieniądze. Po tak długim i beznadziejnym poszukiwaniu pracy, które niejednokrotnie wiązało się z upokorzeniem, nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Wynagrodzenie jakie zaproponował wystarczyłoby na uregulowanie zaległości za pokój w Anglii. Wybrnąłbym tym samym z długów.

Praca zapowiadała się na długo. Nie był to jedyny dom, który posiadał, a przy każdym było coś do zrobienia. W poniedziałek, zaraz po jego wyjeździe, z werwą zabrałem się do pracy. To ostatnia rzecz jaką pamiętam. Pozostałe dni zapadły gdzieś w niepamięci. Gdy się ocknąłem nade mną stał Marek wraz ze swoją żoną Ani. Leżałem kompletnie pijany. Po podłodze walały się puste kartony po winie, butelki i niedopałki. Wypiłem cały alkohol jaki był w domku. Sytuację pogorszyło jeszcze to, że przyjechał ze swoją żoną. Nie poznaliśmy się wcześniej, bo gdy przyleciałem do Lyon, ona była w Paryżu. Chciał więc teraz przedstawić jej swojego przyjaciela, pisarza z Polski.

Byłem przekonany, że za chwilę wyrzucą mnie z tego domku i nawet usiłowałem podnieść się z łóżka, by zacząć się pakować. Na początku, gdy tylko przyleciałem, Marek powiedział mi, że nie da się wkurzyć Francuza w polski sposób. Przekonałem się, że miał rację. Troskliwie zajęli się mną, póki nie doszedłem do siebie. Ponieważ jednak zawaliłem na całej linii, postanowiłem wrócić do Polski i ponownie podjąć terapię.

Kilka dni po przyjeździe znalazłem pracę. Zatrudniłem się jako sprzedawca. Pracuję już od tygodnia i od tygodnia zbieram materiały, by opisać Wam jak wygląda klient z punktu widzenia sprzedawcy. Wydaje się to dobrym pomysłem nowego cyklu pod tytułem: „Z drugiej strony lady”. Wielokrotnie byłem świadkiem, poniżania sprzedawców i sprzedawczyń przez chamskich i sfrustrowanych klientów. Ludzi, którzy rozładowują swoje problemy zawodowe i rodzinne pastwiąc się nad bezbronnymi ludźmi. Postanowiłem więc wcielić się w rolę tych, którzy muszą pokornie znosić frustracje klientów. Bo sprzedawca jest najlepszym obiektem wyładowania, odreagowania problemów w pracy czy w domu. Zawsze lepiej wyżyć się na niewinnym i bezbronnym sprzedawcy, niż powiedzieć szefowi, że jest chujem. Pracownik sklepu pokornie zniesie atak klienta. Z prostej przyczyny – w kapitalizmie klient ma zawsze rację, a przy najmniejszym sprzeciwie i próbie obrony, pracodawca wywali go na zbity łeb . Od kilku dni jest gdzieś w Polsce sklep, w którym zatrudnił się ktoś między innymi po to, by takie kreatury opisywać. Zrobię to z największą przyjemnością. A może również trzasnę fotę z partyzanta?

Z Markiem wciąż utrzymujemy przyjacielskie relacje i nadal zamierzamy się spotykać. Kto wie, może pojadę dokończyć przerwaną piciem pracę.

 

Pionek. Być Ukraińcem w Polsce

Kiedy jedziecie Uberem, ciesząc się, że tak tanio, nie zastanawiacie się kim jest człowiek, który was wiezie, prawda? No to najwyższy czas.

 

Władimir jest z Ukrainy. Zachodniej, mniejsza o miasto. Znakomita większość mieszkańców tego regionu, gdy myśli o emigracji zarobkowej, wybiera kierunek na Polskę. Na chwilę czy na dłużej, jako kraj tranzytowy czy cel ostateczny – nieważne. Ważne, by tutaj zahaczyć się do jakiejś roboty, dzięki której można będzie utrzymać rodzinę, opłacić rachunki za drożejący gaz i prąd, czasem uzbierać na operację lub szkołę dla dzieciaka. Różnie bywa. Władimir nie mówił, co konkretnie go tutaj przygnało. Dla niego istotne było to, by opowiedzieć, co się z nim stało.

On nawet nie to, że przyjechał, on został przywieziony przez swojego znajomego. Ten zapewniał, że ma dla niego doskonałą pracę: nowoczesny samochód, robota gwarantowana, w środku GPS i łączność z bazą na wszelki wypadek, ludzie tu w Polsce spokojni, ciepło, na głowę nie kapie. „Tyle zarobisz, ile wyjeździsz” – mówił, roztaczając wizje nieledwie rajskie.
I rzeczywiście zaczynało się dobrze. Trafił do firmy…

– Proszę cię bardzo, żebyś nie podawał nazwy tej firmy do pełnego wyjaśnienia sytuacji. Boję się, że jej właściciel, kiedy dowie się, że koło sprawy chodzą media, zniszczy wszystkie dowody na swoje działania. I uniknie kary, i Władimirowi zaszkodzisz – mówił mi Witalij Mahinko, przewodniczący ukraińskiego związku zawodowego „Pracownicza Solidarność’”, który broni praw pracowniczych Ukraińców zatrudnionych w Polsce. Często z sukcesem.

Przypadek Władimira jest jednak trudny.

Schemat zatrudnienia wyglądał następująco: Uber podpisuje z daną firmą umowę o świadczeniu usług przewozowych. I z nią się rozlicza. Nie obchodzi go, na jakich zasadach firma wypłaca pensje pracownikom, nie obchodzą też relacje między pracodawcą a załogą. Ma działać, Uber daje swoją część oporządzenia w samochodzie, a czyj jest samochód, jak jest eksploatowany, przez kogo i jak długo – nie jego sprawa.

Tak było i w tym wypadku. Władimir dostał samochód od firmy. Owszem, mówił mi, są tacy, którzy kupują samochód w Polsce, często na spółkę i z tym wianem przychodzą do firmy mającej umowę z Uberem. Ale skąd Władimir miał mieć pieniądze na choćby część wkładu w zakup pojazdu, kiedy u siebie w domu ledwie koniec z końcem wiąże? Przystał więc na takie warunki, jakie mu podyktowano. Mało tego, był jeszcze wdzięczny.

Rozliczenia wydawały się proste: za samochód płaci co tydzień właścicielowi firmy 600 złotych, do tego oczywiście za benzynę. I wozi ludzi, a to, co po odliczeniu zostaje, to jego.
Po miesiącu właściciel zakomunikował mu, że nie wyrabia normy, czyli, mówiąc inaczej, nie zarabia, a zadłuża się.

Obecnie, powiedział pan pracodawca Władimirowi, jesteś mi winien 1800 złotych. I ja zabieram ci paszport. Oddam, jak odrobisz to, co jesteś mi winien. I paszport zabrał.

Sytuacja jest kalką z opisów, jakich pełno na stronach organizacji zajmujących się walką z handlem ludźmi. Oto przyjeżdża ktoś w poszukiwaniu pracy. Na początek zabiera mu się dokumenty, żeby był zdany na łaskę zatrudniającego i komunikuje, że za podróż, zakwaterowanie i co tam jeszcze na starcie, jest winien jakąś, najczęściej niemałą sumę. I najpierw musi ją odrobić, żeby myśleć o poprawie swojego losu. Oczywiście nikt nigdy nie informuje współczesnych niewolników, na jakiej zasadzie obliczono ten dług, nie mówi się ani słowa o zasadach rozliczeń. Ma pracować i nie zadawać pytań. Niepokornych się do posłuszeństwa zmusza.

W przypadku Władimira Polska okazała się krajem nad wyraz cywilizowanym – nikt go tutaj nie bił. Ale efekt był taki sam jak w Mauretanii, czy w innym kraju słynącym z niewolnictwa – człowiek, nie znający języka ani realiów kraju pobytu, nie mający nikogo, do kogo mógłby się zwrócić (znajomy, co go protegował, zniknął), bez dokumentów, zatrudniony nielegalnie, zastraszony, że jeżeli pójdzie na policję, to będzie miał zakaz wjazdu do Unii Europejskiej na najbliższe lata – czuje się kompletnie bezbronny.

I tak właśnie było w przypadku Władimira. Jedyne, na co potrafił się zdobyć, to przełamać strach i zadzwonić do oddziału związku zawodowego „Pracownicza Solidarność”, by opowiedzieć swą historię i tam szukać pomocy.

Dla Witalija Mahinko takie sytuacje, jak ta z Władimirem, to codzienność.

– Jestem w trudnym położeniu, podróżuję wciąż między Polską a Ukrainą, bo tam dbam o szkolenia pracowników przed wyjazdem do Polski, przygotowuję umowy między moim związkiem a dużymi firmami polskimi i zagranicznymi, w których najczęściej pracują Ukraińcy, a tutaj muszę przyjeżdżać jako prawie pogotowie, bo trzeba wyciągać ludzi z kłopotów, o których nawet już nie chce mi się opowiadać.

Władimir, w towarzystwie działacza związkowego i zgodnie z jego wskazówkami, pierwsze kroki skierował do komisariatu na ul. Wilczej. Policjanci najpierw uprzejmie się zdziwili.
– Pracujesz nielegalnie i jeszcze tutaj sam przychodzisz? – nie posiadał się ze zdumienia funkcjonariusz, mówienie na „ty” traktując widocznie jako formę obowiązującą wobec cudzoziemców ze wschodu.

Kiedy wreszcie zechciał nachylić się nad jego sprawą, to rozłożył ręce i powiedział, że powinna być rozpatrzona przez komisariat w Piasecznie, tam bowiem Władimir miał kwaterę wtedy, kiedy jeszcze szef firmy nie zrobił z niego dłużnika.

Pojechał więc do Piaseczna. Tam, owszem, powiedzieli, że sprawą się zajmą, ale bez tłumacza (ani poszkodowany, ani Mahinko nie władają polskim na zadowalającym poziomie) to będzie trudne. A tłumacz, wyjaśnili szybciutko, będzie, ale dopiero jutro. Następnego dnia był, przetłumaczył co trzeba, a potem policja powiedziała, że trzeba czekać do poniedziałku. Był piątek.

– A teraz wyobraź sobie sytuację, że mamy do czynienia nie z Władimirem, który jak na razie porusza się samochodem firmowym, a ze zwykłym Mychajłą, który jest w takiej samej sytuacji, tylko bez mojej pomocy i opieki. Albo jakaś Olga, która nie ma dokumentów ani pieniędzy. Ani nie ma gdzie mieszkać. Co ma taki człowiek zrobić po wizycie w komisariacie? Nie, źle zadałem pytanie. Powinno być: co może zrobić? Odpowiedź brzmi: nic. On nawet przejechać z ulicy Wilczej do Piaseczna nie ma jak, bo nie ma, dosłownie, choćby 10 groszy na bilet. Na piechotę za daleko. Gdzie ma nocować? Co jeść? – Mahinko jest wyraźnie rozgoryczony.

Polskie państwo, tak szczycące się ustami Beaty Szydło przyjęciem „miliona ukraińskich uchodźców” ma pewnie mnóstwo swoich problemów. Ale kompletna obojętność jego organów wobec ludzkiej krzywdy i to w odniesieniu do ofiar przestępstw, jest kompromitująca. Bo rzeczywiście, łatwo sobie wyobrazić, że tak potraktowany człowiek, pozbawiony podstawowych środków do życia ma czekać 4 dni na mglistą dość formę pomocy. Co zrobi? Będzie żebrać?

To jeszcze najłagodniejszy wariant. Ale na trzeci dzień niejedzenia uderzenie kogoś w głowę cegłą, żeby zabrać mu pieniądze na żarcie lub odebrać siatki z zakupami może nie wydawać się aż takim strasznym przestępstwem.

Ja wiem, co powiecie: niech idzie do swojej ambasady, tam obowiązani są mu pomóc. No to proszę bardzo – kolejne kroki Władimira i Witalija Mahinko.

W ukraińskiej ambasadzie w al. Szucha kolejka kłębi się jeszcze przed otwarciem placówki. Ludzie przychodzą z mnóstwem problemów, a jeden bardziej skomplikowany od drugiego. Władimir, kiedy po 3,5 godzinach stania jakoś przepchał się do urzędnicze, dowiedział się, że oczywiście, może dostać dokument tymczasowy, nawet za trzy dni. Ale najpierw musi przynieść fotografię i zapłacić 175 złotych.

– Nie ma pan? No to trudno.

I koniec, cała aktywność państwa ukraińskiego zamknęła się tak, jak to okienko przed nosem Władimira. I tutaj też możemy usprawiedliwiać sąsiada faktem, że państwo tam praktycznie nie działa, sytuacja gospodarcza i polityczna jest co najmniej dramatyczna, drogi wyjścia mgliste, ale co to, przepraszam, obchodzi jednego Ukraińca drobnej postury, któremu polski pracodawca zabrał paszport i chce traktować jak niewolnika?

Kiedy Władimir powiedział, że jakoś przeczeka te kilka dni do kolejnego przyjazdu tłumacza na posterunek policji, Mahinko wrócił na Ukrainę. Potem zadzwonił do mnie.
– Możesz dać mu chociaż 100 złotych? Żeby do poniedziałku miał co jeść. Bo wszystkie instytucje odmawiają mu pomocy.

A potem, już po moim spotkaniu z Władimirem, stał się nieledwie cud. Jedna z instytucji, do której zwracał się ukraiński kierowca, odezwała się sama z siebie. Zapewniła nocleg i wyżywienie na te kilka dni. Sukces?

Nie. Do tego jeszcze daleka droga. Trzeba nie tylko odnaleźć i ukarać nieuczciwego zatrudniacza, który, jak się zdaje, świat dzieli na lepszych, czyli tych, co mają władzę dawania nędznej pracy, i gorszych czyli tych, co mają wykonywać bez szemrania polecenia tych lepszych. Mahinko deklaruje, że ukraiński związek zawodowy nie spocznie, dopóki nie doprowadzi do ukarania nieuczciwego pracodawcy Władimira.

To oczywiście tylko początek. Trzeba też ze wszystkich sił pracować nad obroną praw pracowniczych wszystkich, którzy są ofiarami ich naruszania. Niezależnie od płci, narodowości, obywatelstwa, wyznania i czego tam jeszcze. System przestrzegania praw człowieka w Polsce wymaga ciągłego nadzoru i naprawy. A bez niego państwo jest nic nie warte.

Finowie strajkują

W poniedziałek 22 października rozpoczął się dwudniowy strajk przeciwko planom rządu w Helsinkach, który zamierza ograniczyć ochronę przed zwolnieniem pracowników małych przedsiębiorstw.

 

Strajk zorganizował go największy krajowy związek zawodowy JHL – zrzeszający pracowników z branży usług publicznych i socjalnych. Bierze w nim udział około 10 tysięcy osób. To sprzątacze i sprzątaczki, pracownicy cateringu, zarządcy budynków, personel domów kultury i ośrodków sportu, domów spokojnej starości, bibliotek. W poniedziałek, wtorek i środę zamiast do pracy, przychodzili protestować pod budynek parlamentu. W niektórych szkołach oraz przedszkolach w większych miastach poproszono m.in. rodziców uczniów, aby przygotowali im posiłki samodzielnie, ponieważ firmy cateringowe nie będą ich wydawać, a ekipy sprzątające nie podejmą pracy.

Rząd Finlandii wpadł na pomysł, aby walczyć z bezrobociem poprzez zwiększanie zatrudnienia w małych firmach (w sierpniu 2018 stopa bezrobocia w Finlandii wynosiła 6,8 proc., a w 2017 – 7,5 proc.). W tym celu postanowiono właścicielom małych przedsiębiorstw (zatrudniających do 10 osób) dać do ręki nowe narzędzie: w przypadku, kiedy właściciel firmy uzna, że pracownik zaniedbuje obowiązki i może się to przekładać na działalność całego przedsiębiorstwa – droga od upomnienia do zwolnienia będzie bardzo szybka i prosta.

Pierwsza, wrześniowa wersja nowych regulacji dotyczyła przedsiębiorstw do 20 osób, ale ponieważ przez cały miesiąc w większych miastach związkowcy z JHL konsekwentnie protestowali – zmieniono zapis – teraz mowa jest o 10 zatrudnionych. Rząd nie zmienił jednak zdania co do meritum: uważa, że zwiększona ochrona przed zwolnieniem stanowiła do tej pory dla pracodawców blokadę przed zatrudnianiem nowych pracowników w obawie, że „już się ich nie pozbędą’.

Premier Juha Sipila był pewien, że strajki skończą się, kiedy jego rząd otrzyma wotum zaufania. Nastąpiło to 17 października, ale strajki nie ustały, przeciwnie, zamierza się do nich włączyć kolejny duży związek – tym razem zrzeszający pracowników branży przemysłowej – Teollisuusliitto. Pod jego skrzydłami gotowych jest strajkować 7 tys. osób. Oni swoją akcję przeprowadzą po zakończeniu strajku JHL czyli od czwartku do soboty.

– Strajki mogą stać się codziennością w rozstrzyganiu sporów pracowniczych. To może być nowa norma rozwiązywania sporów. Nie jestem pewny, czy jest to dobre dla Finlandii i dla spokoju społecznego – powiedział przewodniczący związku przemysłowego Riku Aalto.

Małe firmy – wielki wyzysk

Politycy wszystkich opcji od lat powtarzają, że mikroprzedsiębiorstwa to nasze największe bogactwo, o które państwo powinno się troszczyć.

 

Kolejne rządy ogłaszają programy wsparcia dla małych firm, proponują im ulgi, zwolnienia i dopłaty. Rząd Prawa i Sprawiedliwości ze wsparcia dla mikroprzedsiębiorstw uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla małych, polskich firm i osłabienia dużych przedsiębiorstw zagranicznych.
Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że sytuacja w małych firmach jest znacznie gorsza niż w tych większych. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne.
W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. GUS wskazuje, że od lat regularnie rośnie liczba mikrofirm oraz osób w nich zatrudnionych.
Z perspektywy pracowników kluczowe jest to, że w ubiegłym roku przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Rok wcześniej średnia płaca w najmniejszych firmach wynosiła 2577 zł. W ciągu roku nastąpił wzrost wynagrodzeń o 8,7 proc., co wiązało się przede wszystkim ze wzrostem płacy minimalnej. Mimo to wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach są wciąż radykalnie niższe niż w firmach zatrudniających ponad 9 osób – w tych ostatnich średnia płaca w ubiegłym roku wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej!
Jednocześnie GUS zwraca uwagę, że do branż o najniższych płacach w mikroprzedsiębiorstwach należą zakwaterowanie i gastronomia – 2393 zł, transport i gospodarka magazynowa – 2524 zł, budownictwo – 2548 zł, handel i naprawa pojazdów samochodowych – 2709 zł. We wszystkich tych sektorach istnieje przepaść między poziomem wynagrodzeń w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach.
Warto w tym kontekście zbadać sytuację w handlu i w sektorze napraw pojazdów samochodowych, ponieważ na tym obszarze władza szczególnie mocno podkreśla potrzebę umacniania małych, polskich firm. Tymczasem w placówkach tego rodzaju zatrudniających ponad 9 osób średnie płace w ubiegłym roku wynosiły średnio 4206 zł, czyli o 1497 zł więcej niż w mikroprzedsiębiorstwach. Przesuwanie siły roboczej z dużych sklepów do mniejszych jest więc dla pracowników niekorzystnym rozwiązaniem. Dotyczy to też planowanego w ustawie o handlu w niedzielę zwiększenia zatrudnienia w placówkach gastronomicznych. W tych ostatnich płace należą do najniższych na rynku. Trudno więc tu mówić o dobrej zmianie.
Umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach ma tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc. Reszta, czyli blisko dwie trzecie pracowników mikrofirm, ma umowy innego rodzaju. Praktycznie nie istnieją tam związki zawodowe, a łamanie prawa pracy jest codziennością. Na dodatek do większości z nich nie docierają kontrole Państwowej Inspekcji Pracy – pracodawca zazwyczaj jest w nich samowolnym panem, który bez żadnych konsultacji narzuca warunki pracy pracownikom. Stąd gigantyczna skala bezprawia i nadużyć odnośnie wypłaty wynagrodzeń na czas, ewidencji czasu pracy czy płacenia za nadgodziny. Dotyczy to też handlu, w tym handlu w niedzielę. W 2016 roku PIP zbadała przestrzeganie zakazu pracy w placówkach handlowych w święta. Okazało się, że największe placówki handlowe znacznie rzadziej łamią przepisy niż te małe. Już wtedy małe sklepy omijały przepisy, nie pozwalając pracownikom odpoczywać w święta. Od niedawna rząd dał im premię za eksploatację pracowników i postanowił umocnić ich pozycję na rynku.
Duża rola mikroprzedsiębiorstw nie stanowi o sile gospodarki, lecz o jej słabości. W Unii Europejskiej najbardziej rozdrobnione gospodarki mają kraje śródziemnomorskie, które od lat borykają się z kryzysem. Najwięcej firm na świecie mają zaś najbiedniejsze kraje afrykańskie, w których odsetek przedsiębiorców wśród dorosłych mieszkańców jest najwyższy.

Bezprawie na rynku pracy

W Polsce trwa debata na temat łamania praworządności przez rząd. Opozycja słusznie zwraca uwagę na rozmontowywanie fundamentów państwa prawa. Zarazem mało kto zwraca uwagę, że od lat polski rynek pracy opiera się na masowym łamaniu prawa pracy i ani koalicja PO-PSL, ani ekipa PiS-owska nie robią wiele, aby ograniczyć skalę patologii.
Polska stoi umowami śmieciowymi, które powinny być etatami. Państwowa Inspekcja Pracy co roku wskazuje, że 15-25 proc. umów zleceń zgodnie z przepisami prawa powinno być standardowymi umowami. Dziesiątki tysięcy niestabilnych, nieetatowych miejsc pracy w gastronomii, handlu, ochronie to kpina z prawa pracy i brutalny wyraz przyzwolenia władzy na bezprawie. Nielegalne śmieciówki od niedawna przenikły też nawet do takich branż jak górnictwo, transport czy służba zdrowia, gdzie brak limitów czasu pracy i przepisów BHP może być groźny dla pracowników i odbiorców usług. Niestety kolejne rządy nie robią praktycznie nic, aby przeciwdziałać olbrzymiej skali patologii, a brutalnym przykładem bezprawia za obecnej władzy jest to, co się dzieje w PLL LOT, gdzie piloci i stewardessy są przyjmowani do pracy już wyłącznie w ramach samozatrudnienia.
Również skala nieprzestrzegania przepisów o płacy minimalnej jest gigantyczna. Według niedawnych badań PIP blisko 30 proc. firm łamie przepisy o minimalnym wynagrodzeniu, a rząd zamiast podjąć walkę z bezprawiem, przyjął ustawę o zatrudnieniu sezonowym, która pozwala legalnie płacić 2 zł za godzinę pracy.
Tysiące pracodawców nie wypłaca pensji na czas, a PIP jedynie odnotowuje gigantyczną skalę patologii. Nawet nie podaje informacji o liczbie firm, które wypłacają odsetki za opóźnienia w wypłacie wynagrodzenia, bo w Polsce nikt ich nie płaci.
Szara strefa? Eksperci się spierają co do jej zasięgu, ale wiadomo, że dotyczy ona co najmniej kilkuset tysięcy pracowników. Wielu zatrudnionych w handlu, ochronie czy gastronomii zarabia w ramach umowy głodowe stawki, a część wynagrodzenia otrzymuje pod stołem. Oczywiście w ten sposób pracownik jest zdany na łaskę i niełaskę pracodawcy, często nie dostając żadnego wynagrodzenia albo otrzymując tylko część umówionej kwoty.
Również skala mobbingu na polskim rynku pracy jest gigantyczna. Według niedawnego sondażu panelu Ariadna aż 28 proc. pracowników uważa, że jest mobbingowanych, a tymczasem w procesach o mobbing co roku wygrywa zaledwie… kilkadziesiąt osób. Niestety w Polsce zwycięstwo w sprawie o mobbing graniczy z cudem, a PIP nawet nie monitoruje zjawiska, nie mówiąc o zwalczaniu go. Trudno się temu dziwić, skoro Kodeks Pracy nie daje praktycznie żadnych instrumentów w walce z mobbingującymi pracodawcami.
Najwyższy czas, aby zająć się w Polsce przywracaniem praworządności – tak odnośnie sądownictwa, jak też rynku pracy.

Mundial okupiony wyzyskiem

Setki tysięcy dolarów jest winna swoim pracownikom firma inżynieryjno-hydrauliczna Mercury MENA, która odpowiada za budowe infrastrutury na Mundial 2022 w katarskim Lusail. Co więcej, przedsiębiorstwo zakoczyło już działalność, a jego biura w emiracie zostały zamknięte. Pracownicy zostali bez środków do życia, kilka tysięcy kilometrów od domów.

 

Marquee Stadium ma być jedną z aren piłkarskiego czempionatu, który rozpocznie się w Katarze za cztery lata. Mają zostać na nim rozegrane dwa najważniejsze spotkania – mecz otwarcia i finał. Obecnie jednak założone w 2006 roku miasto zyskało sławe przede wszystkim wszystkim miejsca jednego z nabardziej bezczelnych oszustw, którego ofiarami padli napływowi pracownicy. Większość z nich od wielu miesięcy nie otrzymała ani centa wynagrodzenia. Obecnie żyją jak nędzarze – za mniej niż dwa dolary dziennie.

Raport Amnesty International pokazuje, że katarskie władze nie zrobiły nic, aby wesprzeć poszkowanych pracowników, a obecnie, po opublikowaniu dokumentu, zarzekając się rozpaczliwie, że natychmiast rozpocznie się wtej sprawie śledztwo.Tymczasem skala oszustwa była tak znaczna, że trudno uwierzyć w tłumaczenia strony katarskiej, która twierdzi, że o procederze nic nie wiedziała. Śledczy związani z AI zbadali przypadki 78 byłych pracowników Mercury MENA, przeprowadzili wywiady z 44 i przeanalizowali dokumentację kolejnych 34. Wszyscy pochodzili z krajów rozwijających się, dlatego też godzili się pracować za niskie stawki w kraju który bynajmniej nie słynie z szacunku do praw pracowniczych. 58 poszkodowanych przybyło z Nepalu, 15 z Indii, a pięciu z Filipin. Wymienione państwa, a także Bangladesz są głównymi dostarczycielami robotników, taksówkarzy, oraz pracowników sfery usług w krajach Zatoki Perskiej.

Dodatkowym problemem było do niedawna obowiązywanie systemu kafala, który redukowal pracowników napływowych do roli niewolników – podporządkowanym swoich szefom, którzy byli w posiadaniu ich paszportów oraz odmawiali prawa do porzucenia pracy przez końcem inwestycji. Katar ograniczył kuriozalne prawo dopiero na początku września bieżącego roku.

Władze emiratu już od kilku lat spotkają się z krytyką warunków pracy na budowach przygotowujących kraj do piłkarskiego czempionatu. Oprócz systemu kafala, opóźnieniom w wypłatach wynagrodzęń, głównym problemem jest brak odpowiedniej odzieży ochronnej i wsparcia robotników pracujących często, gdy temperatura przekracza 45 stopni Celsjusza.

Angielski sen (9 – ostatni) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opowiadające, jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś – wyjątkowo w poniedziałek – publikujemy dziewiąty – ostatni odcinek tego cyklu. Ale będzie ciąg dalszy – nie bójcie się.

 

 

Zanim wpłynie wypłata, dwa dni wcześniej dostajemy mailem payspily, czyli takie paski wypłaty, na których jest ilość przepracowanych godzin w tygodniu rozliczeniowym, podatki i oczywiście stawka godzinowa i łączna kwota. Kontraktowi dostają je we wtorki, a agencyjni w każdy środowy wieczór. Mail z payslipem dawał pewność, że pieniądze wpłyną i w jakiej kwocie.

 

W poprzednią środę nie dostałem powiadomienia. Do późnego wieczora sprawdzałem swoją pocztę. I nic. Spodziewałem się wypłaty za te dwie noce przepracowane po urlopie – to jakieś 120 funtów. Trochę zaniepokojony zacząłem rozpytywać znajomych czy oni dostali. Większość tak, chociaż nie wszyscy, ale uspokoili mnie, że wprawdzie rzadko, ale niekiedy zdarza się, że payslip nie przychodzi, a kasa i tak w piątek wpływa. Trudno – pomyślałem – i czekałem cierpliwie do piątku. Pieniędzy jednak nie było. Sytuacje tę opisałem w poprzednim odcinku.
Historia powtórzyła się w ostatnią środę. Znowu rozpytywałem wszystkich, jak to jest z tymi mailami i czy oni dostali? Okazało się, że nikt z agencyjnych nie dostał, a kontraktowi dostali z jednodniowym opóźnieniem – czyli właśnie we środę.

Tym razem jednak niepokój pozostał. Postanowiłem znowu pojechać do agencji i tym razem nie dać się zbyć. Zakończyłem shift o 6.00 rano, dwie godziny się przespałem, a kilka minut po jedenastej podjechaliśmy z kolegą do firmy. Oprócz panienki za biurkiem był także agencyjny manager. W nienaturalnie uprzejmy sposób zaczęli przepraszać i znowu gadać o awarii systemu, dopytywałem o szczegóły, a oni coś czarowali. W trakcie naszej rozmowy telefon zasygnalizował mi nową wiadomość w skrzynce. Spojrzałem – payslip, trochę zły, że zarwałem sen i jechałem taki kawał, rzuciłem okiem żeby sprawdzić czy wszystko się zgadza. Brakowało pieniędzy za te dwie przepracowane nocki – czyli brakowało poprzedniej wypłaty. Dostałem 280 funtów, a mam zaległość za mieszkanie i muszę oddać pieniądze, które pożyczyłem tydzień wcześniej. To łącznie 310 funtów szterlingów. Brakuje jak cholera, nie odpuszczę – pomyślałem i zacząłem głośniej się dopominać o kasę. Manager uprzejmie podsunął mi krzesło, odpalił komputer i zaczął przeglądać jakieś rubryki. Po chwili zapewnił mnie, że wyrównanie będzie w kolejnym tygodniu, że jest mu przykro i znowu usłyszałem „dont łory”.

To „dont łory” zadziałało na mnie jak płachta na byka. Dokładnie tak tydzień wcześniej zbyła mnie ta panienka z agencji. Krzyknąłem już do niego, że pieniądze mają być teraz – „now”
Jego uśmiechnięta i miła twarz, przybrała purpurowy kolor, znikła sympatyczna mina, a w jej miejscu pojawił się arogancki uśmiech i cyniczny wzrok. Powiedział, że wiedzą kim jestem, wiedzą co robię, znają moje teksty, czytają je od dawna, a firma zleciła mu przeprowadzenie ze mną rozmowy dyscyplinującej i ukaranie naganą. Ale, że on odpuścił, bo on jest „cool”.
Wróciłem do domu z niczym. To znaczy jedynie z payslipem wypłaty za jeden tydzień.

 

***

Zanim wszedłem wieczorem do mojej hali, odbębnić ośmiogodzinny shift, zawołał mnie główny szef nocnej zmiany – Dave. Poszliśmy do jego biura. Tam czekał już Alistair, ktoś jeszcze ważniejszy. Mleko się rozlało – pomyślałem i czekałem, kiedy wreszcie powiedzą, że wylatuję z roboty.

W nienaturalnie uprzejmy sposób wypytywali po co i dla kogo piszę, co mnie interesuje itp. Zapewniłem, że ich firma, konkretnie nazwa ich firmy jest na ostatnim miejscu moich zainteresowań, a w zasadzie w ogóle mnie nie obchodzi. Jestem zwykłym ekonomicznym imigrantem, który zaczyna na Wyspie życie od zera i jedynie to chcę opisać. Powiedziałem, że ich firma jest mi potrzebna tak jak im kliner: ważne żeby był i sprzątał, a nie ważne jak się nazywa i kto nim jest. Zapytali czy mogę się zobowiązać, że już nigdy o tym miejscu nie napiszę. Kiwnąłem głową i przystałem na ich warunki. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, poprosili bym wrócił do pracy. Zawarliśmy umowę – ja nie piszę o firmie, a oni pozwalają mi pracować. Trochę to utrudnia pisanie cyklu, ale istotą jest człowiek na obczyźnie, nie zaś firma o nazwie ABC, czy XYZ.

Wiedziałem jednak że moje dni w tej pracy są już policzone. Byli zbyt uprzejmi. Sądziłem, że chcą wywalić mnie w białych rękawiczkach, znaleźć pretekst. Bardzo ciężko przetrwałem swoją zmianę. Było mi potwornie zimno, zasypiałem na stojąco i z ledwością ogarnąłem swój rewir. Pomimo tego, nie przedłużałem przerw i rzetelnie wykonywałem swoje obowiązki. Nie chciałem dać im żadnego, najmniejszego merytorycznego powodu do zwolnienia. Pchałem więc wózki ze śmieciami i zamiatałem nieprzytomny z niedospania. Byłem wcześniej w agencji i po ostatniej zmianie spałem jedynie dwie godziny. Trochę jednak spokojniejszy, że przynajmniej przez jakiś czas będę mógł zarabiać kasę i obserwować otoczenie z pozycji niewidzialnego klinera, wróciłem do domu.

Pieniądze przyszły w piątek. Nie udało mi się opłacić w całości długu za pokój. Zapłaciłem za jeden tydzień i pooddawałem część długów.

Zostało mi trzydzieści funtów – trzy dychy na tydzień. Trudno, pomyślałem, ale miałem nadzieję, że w kolejny piątek zapłacą mi wreszcie tę zaległość. To by wreszcie wyprostowało moja sytuację.

 

***

Każdy pracownik ma swoja imienną, kartę magnetyczną do otwierania wejść i bramek zakładu. Zdziwiłem się, gdy w ten piątkowy wieczór karta nie zadziałała. To znaczy nie otworzyła bramki. Do holu wpuścił mnie pracownik ochrony i kazał zaczekać. Po chwili przyszedł jeden z managerów – Pete. Zawstydzony powiedział mi, że agencja anulowała mój kontrakt i zostałem zwolniony. Powiedział też że jest mu przykro, bo byłem bardzo dobrym pracownikiem i firma nie miała do mnie żadnych zastrzeżeń. Nie maja jednak wpływu na politykę agencji. Był zażenowany – zwyczajnie kłamał.

Chcąc nie chcąc wróciłem do domu.

 

 

Planujemy nowe otwarcie w cyklu „Angielskiego snu”. Pomysł jest taki, że zrobimy coś w rodzaju telewizyjnego reality show, ale w wersji prasowej, czyli – Wy Czytelnicy, towarzyszycie mi wszędzie, znacie myśli uczucia, emocje, widzicie świat moimi oczami i wspólnie pokonujemy jego niedogodności. Na bieżąco wiecie ile mam pieniędzy, co robię i co zamierzam. Wiecie kiedy jem, a kiedy głoduję, jakie mam problemy, troski i rozterki, ale zapewne wiele razy też się uśmiejemy.

Kamerą w tym „widowisku” będzie Wasza wyobraźnia i moje pióro. Bez reżyserii, oprawy i asekuracji. Jestem prawdziwym emigrantem i utrzymuje się jedynie z własnej tu pracy, którą kilka godzin temu straciłem.

Najprościej byłoby spakować walizki, wrócić do Polski, zamknąć za sobą brytyjską przygodę i przerwać cykl „Angielskiego snu” bez informowania Was o nowym pomyśle.

Mam w kieszeni trzydzieści funtów, nieuregulowane w połowie mieszkanie i niepewność, czy agencja zapłaci mi pozostałą część mojego uposażenia. Jestem więc w sytuacji i miejscu, w jakim znalazła się duża część emigrantów zarobkowych, czyli w „czarnej dupie” – I chyba nie może być lepszego miejsca na nowe otwarcie.

Pisząc ten tekst zakładam sobie pętlę na szyję, bo podejmuję przed Wami ogromne zobowiązanie. Czy mi się uda? Wierzę że tak.

Zaczynamy więc przygodę od nowa, od zera i z samego dołu. Jej tytuł to zatem „Świat od spodu” – „The World Below”. Będzie publikowany w dwóch wersjach językowych, po polsku i po angielsku. Wierzymy bowiem, że opisanie życia na Wyspach z perspektywy, której większość Wyspiarzy nie tylko nie zna, ale i się nawet zapewne nie domyśla, może być interesujące i dla nich.

Wracając na koniec do mojej poprzedniej pracy – już mógłbym spokojnie napisać nazwę firmy, już i tak mnie wyrzucili, ale w przeciwieństwie do Dave’a i Alistaira, dotrzymam słowa i jeśli nie będzie to konieczne, to nigdy nazwy firmy nie wymienię. Głupio wam, gentlemen?

PJ

 

Angielski sen (8) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy ósmy odcinek tego cyklu.

 

 

„Wszystko jest trudne, zanim stanie się łatwe” – ten fragment z Goethego przypomniał mi się podczas rozmowy z kolegą w pracy. Jest już w Anglii od piętnastu lat. Nie wie, czy wróci do Polski, czy też zostanie. Nie wie, bo jak powiedział, życie tu jest jednak łatwiejsze. Ale zgodnie z teorią Goethego, najpierw trzeba było się namęczyć.

 

Życie w UK może być proste jak londyńskie metro, które podobno jest najłatwiejsze na świecie – ale dopiero gdy się pozna i zrozumie zasady jego funkcjonowania. Warszawiak się uśmieje, bo wie, że nie ma nic łatwiejszego niż stołeczne dwie linie. Gdzie się tam można zgubić? Nawet jeśli, to w najgorszym wypadku za czwartym razem uda się pojechać we właściwym kierunku.

Faktycznie wiele problemów z którymi borykałem się na tu początku jest już za mną. Wracając do wcześniejszych tekstów uśmiecham się czytając o zapomnianych już perturbacjach. Podobno rozwijamy się i uczymy przez całe życie, a jeżeli tak, to na każdym jego etapie, aż do śmierci, pozostajemy niedorozwinięci. Warto o tym pamiętać zanim parskniemy śmiechem, gdy zobaczymy jak ktoś się męczy, bo nie wie jak zapłacić za przejazd w biletomacie.

Historię podobną przechodził prawie każdy, z kim rozmawiam i kto potrafi przyznać się do życia na styk, porażek, biedy, liczenia każdego pensa i kilkudniowych niekiedy głodówek.

Nie, wcale to nie oznacza, że już nauczyłem się tu żyć i funkcjonować Wciąż w wielu aspektach jestem jak ślepy, któremu mówią, by szedł kierując się namalowanymi na ścianie strzałkami. Ci, którzy są na tyle długo, że faktycznie poruszają się już bez problemu, opowiadają o różnicy w poziomie życia teraz i sprzed lat. Piętnaście lat temu za dwadzieścia funtów można było zrobić zakupy, które spokojnie wystarczały na tygodniowe życie dwóch osób. Minimalna stawka godzinowa była wprawdzie niższa, wynosiła niecałe pięć funtów (teraz 7,83), ale wartość tej piątki była nieporównywalnie wyższa. Do piątki jeszcze później wrócę, ale innej piątki – tej, którą na długo zapamiętam.

Właśnie spadek poziomu życia zmusza ludzi, którzy doskonale już opanowali brytyjską codzienność, do tego, by ponownie podjąć decyzję – zostać, czy wracać? Ponownie, ponieważ na początku emigracji prawie każdy codziennie nosi w głowie to pytanie. Ja również.

Zostałem już sam na nocnej zmianie. Skarpeta, który też był nocnym klinerem, po kilku latach pracy na chillu zmienił halę (warehouse) i zajęcie. Nie mając zmiennika zaczęto mi proponować bym przychodził do pracy również w dni wolne. Overtime lub extra shift – tak na to mówimy. Pracownik kontraktowy za dodatkowy dzień pracy ma znacznie wyższą stawkę, pięćdziesiąt procent za pierwszy i sto procent za kolejne. Pracownik agencyjny dostaje dokładnie tyle samo, co za normalny dzień, tyle że ma dodatkowe dniówki w tygodniu. Bardziej od pieniędzy ceniłem sobie dotychczas te dwie wolne noce. Od samego początku mój grafik ułożony był tak, że wypadały one w poniedziałek i wtorek. To był mój weekend. Ostatni shift kończyłem w poniedziałek o szóstej rano, a do pracy szedłem dopiero we środę o dwudziestej drugiej. Od poniedziałkowego poranka do wtorkowego przedpołudnia spałem jak niedźwiedź. We wtorek i środę poznawałem Anglię, cieszyłem się (lub smuciłem) życiem i pisałem „angielski sen”. I gdyby propozycja padła w innym terminie, zapewne od razu bym ja odrzucił. Teraz jednak na nią przystałem. Zdecydowałem się, ponieważ – to już chyba u mnie normalne – znowu zacząłem mieć problemy finansowe. Ktoś zapomniał wypłacić mi pieniądze za dwa dni pracy, co przy życiu na styk jest zwyczajną katastrofą.

Po urlopie zamknąłem tydzień rozliczeniowy dwoma przepracowanymi nockami. Pieniądze powinny wpływać co piątek z dwutygodniowym opóźnieniem. Gdy już się wejdzie w rytm, to nie ma najmniejszego znaczenia, za który tydzień płacą co tydzień.

Ponieważ jednak urlop rytm ten zakłócił, czekałem na kasę trochę bardziej i trochę mocniej niż w każdy inny, zwyczajny piątek. Dwie dniówki to jakieś 120 funtów. Umówiłem się z właścicielami mieszkania, że zapłacę połowę, a wyrównam w kolejnym tygodniu, wydatki rozplanowałem tak, żeby standardowo do czwartku wystarczyło. Oczywiście wiedziałem, że przy mojej dyscyplinie finansowej wszystkie te plany to o kant dupy, ale według kartki wyglądało, że przynajmniej frytki w robocie codziennie jeść będę. Najważniejsze, czyli papierosy mam jeszcze z Polski (tzn. z Ukrainy, Białorusi i Mołdawii, ale kupione w Polsce).

Pieniądze jednak nie przyszły. Zadzwoniłem do zatrudniającej mnie agencji, pani powiedziała, że sprawdzi i za dwie minuty do mnie oddzwoni. Czekałem czterdzieści i nic. Zadzwoniłem więc ponownie. Tym samym spokojnym głosem powiedziała, że zapomniała, ale że wszystko jest na pewno w porządku, a jeżeli coś nie jest, to i tak dostanę, ale za tydzień. Rzuciła jeszcze coś typu: „dont łory”, powiedziała „baj” i się rozłączyła.

Byłem wściekły, nie miałem nawet funta. Chyba każdy kto pracował na obczyźnie zdaje sobie sprawę, że pożyczka od kogokolwiek jest praktycznie niemożliwa. To muszą być naprawdę, bardzo, bardzo dobrzy znajomi. A i to pod warunkiem, że sami nie mają tygodnia pod znakiem planów, rachunków i opłat. No i oczywiście, jeśli się ich za bardzo sobą nie absorbuje. Poza tym nie chciałem już pożyczać. Przypomniały mi się wszelkie przejścia jakie z tą agencją dotychczas miałem. Przez pięć tygodni „zapominali” wypłacać mi dodatku nocnego, uwzględnić w grafiku zaplanowanego urlopu, przypomniałem sobie o koledze, któremu przez ponad miesiąc w ogóle nie wypłacali. To znaczy, przysyłali czeki, które natychmiast anulowali, bo przypominali sobie, że ma konto w banku. Ale na konto już mu nie wpłacali, bo przecież wysłali czek o którym zapomnieli, że go anulowali.

Wyrwał w końcu te pieniądze, podobnie jak i ja dodatek, ale kosztowało to masę nerwów i zaangażowania całej rzeszy ludzi, interwencji zakładu pracy i cholera wie jeszcze czego. Generalnie – chyba uporu.

Spodziewając się ponownej batalii, jak zawsze w takiej sytuacji, zadzwoniłem do Jarka. Też próbował się do nich dodzwonić z takim skutkiem, że w pewnym momencie wsiadł w samochód, podjechał po mnie i pojechaliśmy się kłócić z nimi już nie przez telefon. Na miejscu okazało się, że nie tylko ja wypłaty nie dostałem. A panienka zza biurka z uśmiechem zbywa oszukanych pracowników. Powiedziała, że to awaria systemu i że za tydzień uregulują wszystko.

„To nie mój problem” – odpowiedziała, gdy ktoś zwrócił jej uwagę, że przecież ci ludzie nie maja co jeść. Znowu interweniowaliśmy w kierownictwie firmy i teraz czekam kolejnego piątku, na wypłatę i wyrównanie. Chcąc nie chcąc pieniądze na przeżycie musiałem pożyczyć. Z właścicielami mieszkania umówiłem się, że zapłacę zaległość w dwóch ratach. Fantastyczni i o niespotykanej tutaj empatii ludzie – nie było najmniejszego problemu. Poczęstowali jeszcze albańskim bijurkiem.

Zweryfikowałem raz jeszcze plan finansowy na cały tydzień i postanowiłem tym razem podejść do niego na sztywno. Gdy miałem już tę pożyczona kasę, idąc ulicą znalazłem wspomniane na początku pięć funtów. Nie mogłem uwierzyć. Jeszcze nigdy w życiu nie znalazłem kasy wtedy, gdy była mi aż tak potrzebna i jeszcze nigdy w życiu znaleziona kasa, aż tak mnie nie ucieszyła.

Agencje pracy tymczasowej, to brytyjski fenomen luk prawnych i sposobów na omijanie praw pracowniczych. Jakiś czas temu wszedł przepis precyzyjnie określający, jak długo agencja może zatrudniać pracowników na warunkach gorszych niż pracownicy mający bezpośrednią umowę – kontrakt – z właściwym pracodawcą. To trochę ponad trzy miesiące. Na początku sprytne agencje podpisywały z ludźmi trzymiesięczne, cyklicznie odnawiane umowy, potem zmieniały stanowiska. Ktoś był trzy miesiące klinerem, na hali „A”, a po trzech miesiącach formalnie przechodził na halę „B” też jako kliner, ale pod już pod nazwą „hajdżin”. To wymagało jednak podpisu zainteresowanego pracownika. Teraz wykombinowali coś takiego, że nikt niczego nie przedłuża, nie zmienia stanowiska i nie odnawia umowy. Nie potrafię tego rozkminić. W zakładzie, w którym sprzątam, są osoby zatrudnione przez agencję od lat. Od lat dostają minimalną stawkę, znacznie niższą od tej wypłacanej na tym samym lub analogicznym stanowisku, ale pracownikowi kontraktowemu. I wbrew pozorom są wśród nich również rodowici Anglicy. Wszystko zgodnie z prawem. I na odwrót jednocześnie.

c.d.n.

 

O brytyjskich geniuszach, bankach i Labour Party (MIĘDZY)LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Jego felietony z cyklu „Angielski sen” pojawiają się w piątkowych wydaniach.
Tym razem jednak publikujemy „(Między)list”, stanowiący dodatek do tej serii. A w najbliższy piątek – siódmy odcinek „Angielskiego snu”.

 

 

Wróciłem z urlopu. Natychmiast sprawdziłem czy widok na High Street nie uległ zmianie, wszystko było na swoim miejscu. Rozpoznałem kilku stałych przechodniów, najbardziej jednak ucieszyło mnie że Janny’s Café wciąż jest na swoim miejscu. Tęskniłem za ich sadzonymi z frytkami. Teraz kilkanaście dni ponownej aklimatyzacji i wrócę do brytyjskiej codzienności. Przywykłem już do tego rytmu i odnajduje tu coraz więcej zalet. Cytując jednak klasyka: „Jedziemy do kraju kapitalistycznego, który ma tam swoje plusy. Rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”.

 

Więc teksty pochwalne zachowam na emeryturę, a teraz – jak zawsze przejadę się po lokalnych absurdach. Tak naprawdę w tym kraju nie trzeba mieć mózgu Bernarda Shawa, słynącego z krytycznej kpiny angielskiego stylu życia, nie trzeba być Monty Pythonem, by obśmiać tutejszą codzienność.

Wiem, wiem, zaraz zostanę uznany za ignoranta, który nie rozumie subtelności i drugiego dna autorów „Sensu Życia”, „Świętego Graala” i kilkunastu innych, średnio śmiesznych filmokabaretów.
Muszę was jednak zmartwić, Monty Python drugiego dna nie posiada, a ten „wyższośrodowiskowy” zachwyt spowodowany jest oryginalna modą. Niczym więcej.

Jedno z pierwszych zdań podczas imprezy czy spotkania pseudointelektualistów – choć wolę określenie kabotyn – brzmi: „Uwielbiam Monty Pythona”.

Prawdę mówiąc jedynie „Świętego Graala” udało mi się obejrzeć i nie zasnąć, a od tych brytyjskich komików zdecydowanie wolę stare odcinki „Kiepskich” – chociaż tam irytuje mnie dodawany w tle śmiech i to w miejscach, które akurat śmieszne nie są. W mojej subiektywnej ocenie zakwalifikowałbym ich na poziomie innego brytyjskiego komika Benny Hilla – którego popularność była tak olbrzymia, że w ramach resocjalizacji administracja więzienia umożliwiła oglądanie tych programów więźniom. Nie spodziewali się jednak, że zwykła awaria telewizora podczas programu komika doprowadzi do więziennego buntu.

Wielka Brytania wydała jedynie dwóch (O. Wilde i G.B. Shaw) – choć nie do końca Wielka Brytania, ale do tego jeszcze dojdziemy – którzy w sposób genialny kpili potrafili wykpić ten kraj, monarchię, rodzinę królewskiej i przywary Brytyjczyków. A jedyny człowiek, który ewidentnie zakpił i wyszydził angielską naukę to Issac Newton. Ten wybitny fizyk, tak naprawdę fizyką niespecjalnie się interesował. Zajmował się nią na odczepnego. Był przede wszystkim alchemikiem, a wszystkie zasady dynamiki wymyślił i zdefiniował na odczepnego, żeby królewscy przedstawiciele nauki odczepili się od niego i pozwolili w spokoju pracować nad kamieniem filozoficznym.

Przeciętnie wykształcony Anglik zapytany o brytyjskich pisarzy, jednym tchem wymieni Shakespeare’a, Wilde’a, Shawa, Dickensa, Conrada i Orwella. Joseph Conrad był jednak Polakiem, Georg Orwell – Hindusem, Wild i Shaw byli Irlandczykami. Jedynie BOZ – pseudonim literacki Dickensa – był Anglikiem. Wiele osób zapewne uśmiechnie się z tego nieuctwa wyspiarzy, pozwolę sobie jednak przypomnieć, że również w literackim panteonie polskich poetów czy pisarzy jednym tchem – i to na pierwszej pozycji wymieniamy obywatela Litwy – Adama Mickiewicza.

Dotychczas, przez pół roku mojej tutaj pracy poznałem tylko jednego Anglika, który wiedział kim był Oscar Wilde i co napisał. Przegadaliśmy kilka godzin o Dorianie Grayu, Bazylu i lordzie Henrym – byłem naprawdę pod ogromnym wrażeniem.

Od pół roku, czyli od momentu gdy zacząłem w UK pracę, usiłuję założyć konto angielskim w banku.

Bez rezultatu. Obeszliśmy z kolegą wszystkie możliwe placówki i nic. Miałem ze sobą stos dokumentów i zaświadczeń. Najważniejszy brytyjski dokument czyli National Insurance Number (NIN), który poświadczał również mój adres zamieszkania, zaświadczenie z pracy, że pracuje w systemie full time – pełny etat, czeki, na których również był adres pod którym mieszkam – i nic. Wszędzie nas zbywali. Tłumaczyłem im, że nie chcę żadnego kredytu, żadnej karty debetowej, a jedynie rachunek, na który będzie wpływała moja wypłata.
Gdy wreszcie w jednym z banków umówili się na rozmowę i powiedzieli, że dokumenty te są wystarczające, pojechaliśmy tam pełni nadziei, że wreszcie uda się to konto założyć. Podczas rozmowy pani konsultantka zażądała potwierdzenia adresu od mojego kolegi. Wprawiło nas to w osłupienie i wściekłość. Trzasnęliśmy drzwiami i opuściliśmy placówkę. Wszędzie domagali się dokumentu, którego świeży emigrant nie jest w stanie zdobyć – potwierdzenie adresu na podstawie opłaconego imiennie rachunku z instytucji miejskiej czyli z councilu.

Na samym początku firma przysyłała mi czeki, których realizacja była bardzo kosztowna. Ponad 10 procent. Z 220 funtów zarobionych przez pierwszy tydzień treningu, realizując czek w money shopie zapłaciłem 25 funtów prowizji.

Wymyśliliśmy więc, że moja wypłata będzie wpływać na konto znajomych. Rozwiązanie dobre, ale tylko na krótka metę. Po pierwsze sprawiam kłopot ludziom, których bardzo lubię, a po drugie staram się teraz o dodatek dla najsłabiej zarabiających. Kwota niebagatelna – 218 funtów miesięcznie. Koleżanka wrzuciła moje dane w specjalny szablon i wyskoczyło, że jak najbardziej się kwalifikuję. Pieniądze te znacznie podniosłyby mój komfort mojego życia. Ale żeby je dostać trzeba mieć własne konto.

Czego nie udało się załatwić w Anglii, załatwiłem w Polsce. Poszedłem do pierwszego lepszego banku, powiedziałem o co mi chodzi, a pan, zwany fachowo doradcą klienta, w ciągu pięciu minut założył mi brytyjskie konto. Kartę wydał od ręki, zarejestrował, sam wymyśliłem sobie PIN i tym sposobem załatwiłem sprawę, która w Zjednoczonym Królestwie była nie do załatwienia.
Dzisiaj w nocy idę do pracy, pierwszy raz po urlopie. To zwykle najgorszy dzień. Postaram się jednak jakoś go przetrwać. Wcześniej jeszcze spędzę dwie godziny w centrum handlowym w towarzystwie milczącego Hiszpana, wypije espresso, a potem poczłapiemy do naszych hal.

Mieszkając jeszcze w Luton znalazłem tam siedzibę Labour Party. Już sam budynek świadczy o angielskiej lewicy. Pozabijane dechami główne wejście, a pozostałe pozamykane na głucho. Wewnątrz tej „lewicowej” partii trwa wewnętrzna wojna pomiędzy Jeremym Corbynem – człowiekiem, który rozumie, czym jest lewica, a liberałem odpowiedzialnym za zbombardowanie Jugosławii i bezpodstawny atak na Irak – Tonym Blairem – zamożnym przedstawicielem klasy średniej, którego wpływy w ugrupowaniu labourzystów są nadal ogromne. Sam Blair przyznał, że przyłączył się do antyirackiej koalicji w oparciu o dokument przygotowany przez amerykańskiego studenta.

Pamiętam euforię polskich środowisk lewicowych, gdy Blair wygrał wybory i został premierem. Pamiętam jak sam w 1996 lub 1997 roku, podczas pierwszomajowej demonstracji niosłem transparent: „Good luck Tony Blair”.

Do tej pory mam kaca. Niespełna dwa lata po objęciu teki premiera Wielka Brytania była jednym z głównych agresorów w dawnej Jugosławii. To właśnie samoloty RAF-u zmiotły z powierzchni ziemi większość budynków mieszkalnych w Belgradzie. Polska telewizja była tak zaangażowana w ten konflikt, że w kółko opowiadała o tzw. higienicznych lub chirurgicznych bombardowaniach, których celem, były ponoć jedynie cele wojskowe.

Akurat byłem tam podczas tej higienicznej masakry. Żadna ze stacji nie wspomniała o tym, że jeden z pocisków trafił w polską ambasadę, że zbombardowano budynek stacji telewizyjnej RTS, w którym zginęło szesnastu młodych pracowników technicznych. Gdy świat trąbił, że chirurgiczny atak przypomina skalpel w reku pijanego w sztok lekarza, a bomby i rakiety co chwilę spadały na szkoły, żłobki czy szpitale, natychmiast polska telewizja dorabiała teorię, że w podziemiach tych budynków była siedziba Slobodana Miloševicia albo Ratko Mladicia czy Radovana Karadžicia.

Dziwiło mnie też, że kamery operatorów – tak chętnie filmujących samoloty F-16 – pominęły stojące obok samoloty Luftwaffe, których symbolem były czarne krzyże na skrzydłach (była to pierwsza interwencja zagraniczna Bundeswehry od 1945 roku). To był nieprawdopodobny widok, gdy eskadra takich bombowców przelatywała nad Belgradem i zrzucała wybuchowe ładunki.

Wracając jednak do tych „ukrytych pod dziecięcymi respiratorami bunkrów sztabowych”. Po pierwsze, żadnych sztabów tam nie było, a po drugie rakieta, która miała zniszczyć ten tajny bunkier serbskiego sztabu, musiała wcześniej przelecieć przez kilka szpitalnych sal i kilkanaście dziecięcych respiratorów – z czego zdjęcia zamieściłem oczywiście w książce. Książce, która o dziwo, znalazła się w zbiorach Brytyjskiej Biblioteki Narodowej. Wyobrażam sobie miny moich przełożonych, gdyby dowiedzieli się, że książka którą napisał kliner zasuwający z mopem po hali, leży sobie na półce obok dzieł Williama Shakespeare’a, Oscara Wilde’a, czy G.B. Shawa. Na szczęście jeszcze nie wiedzą. A wracając do Labour Party – kibicuję owszem Corbynowi, ale po nauczce jaką dostałem od Blaira, kibicuję mu asekuracyjnie. Poniżej zamieszczam zdjęcia siedziby Laburzystów w Luton.