Ni to wojna, ni to rozejm

W Korei każdy miał swój Stalingrad.

Tamtej wojny wszyscy spodziewali się od miesięcy, ale jej wybuchł wszystkich zaskoczył . Latem 1950 roku dwa istniejące już państwa koreańskie przygotowywały się do obchodów pierwszych rocznic swego istnienia. Na południu, w Republice Korei dyktatorsko rządził prezydent Ly Syng Man. Wspierała go administracja USA. Na północy w Koreańskiej Republice Ludowo – Demokratycznej rządził Kim Ir Sung, znany w Polsce jako Kim Ir Sen. Wspierał go Związek Radziecki. Rządzący północą kraju stwarzali wówczas pozory demokracji. Represjom poddano przede wszystkim związanych z niedawnymi japońskimi okupantami właścicieli ziemskich, policjantów i urzędników. Na południu tajna policja Ly Syng Mana miała za zadanie zlikwidować wszystkie osoby podejrzane o sympatie „komunistyczne”, co w praktyce przekładało się na represjonowanie wszystkich przeciwników politycznych reżimu. W roku 1945 dotknęło to ponad 300 tysięcy osób.
Po klęsce w 1949 roku wspomaganego przez USA chińskiego generalissimusa Czang Kai – Szeka, administracja USA skupiła się na wspieraniu okupowanej Japonii. No i wyspy Tajwan, gdzie schroniła się armia Czanga pobita przez czerwoną amię przewodniczącego Mao. Z perspektywy mocarstwowych USA i ZSRR podzielona na dwie strefy wpływów Korea była stanem optymalnym. Wywiad amerykański informował o wycofywaniu się wojsk radzieckich z Korei i niechęci Stalina do zmiany status quo. W odpowiedzi Amerykanie też rozpoczęli wycofywanie swych wojsk, przerzucając je do sąsiedniej Japonii. Oba mocarstwa nie doceniły ambicji trzeciego. Powstałej 1 października 1949 roku Chińskiej Republiki Ludowej.

 

Azja wstaje z kolan

Mao Zedong proklamując powstanie zjednoczonych i wolnych od obcych wpływów ludowych Chin, obiecał też Chińczykom przywrócenie im godności. Czas Chin kolonizowanych przez zachodnie mocarstwa i Japonię, Chin targanych wieloletnimi wojnami domowymi miał się zakończyć. A Chiny miały wrócić na „należne im miejsce”, czyli azjatyckiego hegemona.
Rządzący północną Koreą Kim Ir Sung również planował przywrócić Korei należne jej miejsce. Kraju zjednoczonego, związanego tradycyjnym geopolitycznym sojuszem z Chinami. Ale wewnętrznie suwerennym.
Dzięki otwartym przez Michaiła Gorbaczowa radzieckim archiwom wiemy już, że decyzję o zjednoczeniu Korei podjęli samodzielnie przywódcy Chin i północnej Korei. Stalin skupiał się wtedy na wasalizowaniu państw Europy Środkowo – Wschodniej i utrzymaniu NRD. Zapewne dlatego , pomimo wrogości i regularnych incydentów zbrojnych na granicy koreańsko – koreańskiej, atak z północy był dla południowej Korei i USA zaskoczeniem.

 

Zwroty akcji jak w serialu

Zaczęła się wczesnym rankiem 25 czerwca 1950 roku. Siedem dywizji północnokoreańskich wspartych brygadą czołgów T-34 i liczną artylerią zaatakowało wojska południowo koreańskie. Te stawiły słaby opór, szybko poszły w rozsypkę. Nie miały ciężkiego sprzętu. Nigdy nie walczyły na froncie, nie uczono ich tego. Były przede wszystkim wsparciem policji politycznej prezydenta Ly Syng Mana.
Silnego oporu nie stawiły też nieliczne wojska amerykańskie. Złożone z rekrutów, lub żołnierzy korzystających przez ostatnie lata z uroków okupowanej Japonii. Nic dziwnego, że armia północnokoreańska szybko zajęła Seul i posuwała się na południe. Największymi przeszkodami w marszu były trudne warunki geograficzne i totalny brak dróg odpowiednich dla oddziałów zmotoryzowanych.
W sierpniu 1950 roku Armia Ludowa KRL – D oponowała już całe południe z wyjątkiem regionu wokół portu Pusan. Tam broniły się skoncentrowane resztki wojsk USA i niedobitki wojsk południowokoreańskich. Wydawało się, że wojska Kim Ir Sunga zjednoczyły Koreę. Ale 15 września następuje niespodziewany desant wojsk USA w okolicach portu Inchhon i kontruderzenie z „worka Pusańskiego”. W międzyczasie Amerykanie zmienili charakter tej lokalnej wojny. Korzystając z bojkotu przedstawicieli ZSRR obrad Rady Bezpieczeństwa ONZ, zapewnili swojej interwencji patronat ONZ i pomoc wojskową licznych państw członkowskich.
W efekcie ryzykownego desantu dowodzone przez ekscentrycznego generała Douglasa Mac Arthura rozbito rozciągnięte, wyczerpane marszami wojska północno koreańskiego. Potem siły ONZ żwawo ruszyły na północ kraju. W październiku około 90 proc. terytorium Korei Północnej znalazło się pod okupacją sojuszników z ONZ . Wydawało się, że zjednoczenie Korei nastąpi, ale teraz przez siły południa.
Kiedy w listopadzie armie ONZ zbliżały się do granicy z Chinami, ze zdumieniem napotkały inaczej wyglądające oddziały wojskowe. To przewodniczący Mao Zedong rzucił na front kilkusettysięczną armię, zwaną „oddziałami ochotników ludowych”. Chodziło o to aby Chiny uczestniczyły w wojnie bez jej formalnego wypowiedzenia.

 

Jeszcze jedna atomowa?

Stalin wpadł w wściekłość, prezydent USA Truman w osłupienie, a generał Mac Arthur zaproponował odwetowe zrzucenie bomb atomowych na Chiny. Ponieważ chińscy „ochotnicy” byli weteranami niedawno zakończonej wojny domowej, a wojska pod sztandarem ONZ składały się z rekrutów, to nastąpił kolejny zwrot akcji, tej ciągnącej się jak serial, wojny.
Ochotnicy wraz z formowanymi na nowo wojskami północnokoreańskimi pomaszerowały na południe i w styczniu 1951 roku zdobyły Seul. Dalszy marsz i odwrót utrudniała wszystkim niezwykle surowa, koreańska zima. W tym czasie temperatura spada tam poniżej 20 C. Obie armie nie były do tego przygotowane. Jak wspominali weterani amerykańscy, brytyjscy, australijscy i chińscy obie walczący strony miały tam „swój Stalingrad”. W tej wojnie jwięcej żołnierzy zmarło z mrozów, głodu, chorób niż starć militarnych.
W kwietniu 1951 roku wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły kolejna wielką ofensywę, która załamała się. Od tej pory działania wojenne przyjęły postać wojny pozycyjnej przeplatanej lokalnymi starciami.
W lipcu 1951 roku rozpoczęła się pierwsza tura rokowań pokojowych. Toczyły się one powoli. Aż wybór prezydenta Eisenhowera, zmęczenie społeczeństwa amerykańskiego wojną, śmierć Stalina i walka o schedę po nim, oraz brak znaczących efektów działań militarnych, zmusiły obie strony do podpisania 27 lipca 1953 w Panmundżomie rozejmu. Ustanowiono strefę demarkacyjną wzdłuż 38. Równoleżnika.
Wrócono do stanu sprzed wojny. Rozejm podpisali dowódcy armii Korei Północnej, Chin i wojsk ONZ. Nie podpisał go reprezentant Korei Południowej, co bywa powodem podważania go przez władze KRL – D.
Straty wojenne trudne są do oszacowania, bo poza stratami wojsk walczącymi pod flagą ONZ, nie ujawniono innych precyzyjnych szacunków. Armia południowokoreańska mogła stracić ok. 0, 5 miliona żołnierzy, podobnie tyle armia z północy. Na pewno wojska ONZ straciły ponad 50 tysięcy żołnierzy, a straty chińskie szacuje się na 400 tysięcy. Straty ludności cywilnej ocenia się na ponad milion.
Dodatkowo ten przed wojną kraj został totalnie zniszczony, zwłaszcza w efekcie bombardowań lotniczych. Stolica Korei Północnej została całkowicie zburzona, Seul zrujnowany.
Długotrwały rozejm umocnił sfery wpływów w Korei i sprzyjał dyktatorskim rządom w obu krajach. Na południu wojsko obaliło znienawidzonego prezydenta Ly i korzystając z gwarancji bezpieczeństwa USA rozpoczęło w latach sześćdziesiątych budowę nowoczesnej gospodarki. Wzorowanej na japońskiej. Przemiany demokratyczne rozpoczęły się w Republice Korei dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku. Dzisiaj jest to gospodarcza potęga ze specyficzną, azjatycką demokracja parlamentarną.
W Koreańskiej Republice Ludowo – Demokratycznej ekipa Kim Ir Sunga najpierw zlikwidowała konkurentów do władzy. Potem lawirując między chińskimi i radzieckimi protektorami stworzyła azjatycką satrapię i autarkiczną, podporządkowaną wojsku gospodarkę. Rząd klanu rodziny Kimów i wojskowej ,generalicji. Dysponującą skuteczną polisą bezpieczeństwa – gigantyczną armią i bronią atomową.
Lata mijają, zjednoczenie Korei, ani zawarcia pokoju nadanie widać.

Atomowa krewetka

Dyktatorski reżim Kim Dzong-una jest dzieckiem USA.

 

Historia Korei to los krewetki żyjącej między dwoma wielorybami. Chińskim, tym większym oraz japońskim, mniejszym, ale czasami wyjątkowo brutalnym. Dzieje polityczne Korei to los powstających na półwyspie, ciągle kłócących się królestw. Wzmacniających się pomocą wielkich sąsiadów. Czasy przypominające polskie rozbicie dzielnicowe, krwawe rządy piastowskich książąt.
Od końca XIV wieku, w okresie zjednoczenia państwa zwanego Joseon, nastąpił tam skok cywilizacyjny. Koreańczycy przejęli od chińskich sąsiadów pismo, technologie produkcji jedwabiu i ceramiki, i przede wszystkim system konfucjański. Konfucjanizm ukształtował moralność, relację rodzinne, międzyludzkie in system polityczny.

Wszystkie zdobycze chińskiej cywilizacji Koreańczycy sprawnie zaadoptowali, ale też rozwinęli nadając im własne, charakterystyczne cechy. Stali się mistrzami w produkcji celadonu, przecudnej ceramiki. Ceniony jest koreański jedwab. Wcześniej od Gutenberga zaczęli stosować ruchome czcionki do druku książek. Pierwsi na świecie zbudowali okręt z żelaza. Aby podtrzymać narodową odrębność kultywowali lokalne zwyczaje, swoją kuchnię, charakterystyczne stroje. Rozwinęli narodowe sztuki walki. Przez lata byli bitnymi żołnierzami i najemnikami wzmacniającymi wojska państw sąsiednich.

Zgodnie z systemem konfucjańskim, traktującym społeczeństwo jako wielką rodzinę, królowie Korei byli wasalami „starszego bratniego narodu”. Nie przynosiło hańby, przeważały korzyści. W czasach pokoju chiński brat zadowalał się często symbolicznym trybutem i spokojem na granicy. Wojny cesarstwa wymuszały dodatkowe haracze i wsparcie koreańskiego wojska. Polityki zagranicznej koreańscy królowie nie prowadzili, bo była domeną „starszego brata”.

Aż do końca XIX wieku Koreańczycy byli feudalnym, wiejskim społeczeństwem. Zamieszkującym położony na peryferiach ówczesnego świata półwysep. Przełom nastąpił kiedy brat chiński zaczął być kolonizowany przez zachodnie mocarstwa, a japoński sąsiad, rozpoczął forsowną modernizację adoptując zdobycze zachodniej cywilizacji.

Do roku 1876 Koreańczycy traktowali Japonię jako równe, przyjacielskie państwo. Toczyli w XVI wieku z Japończykami wojny, ale ich odpierali. Niestety, w styczniu tego roku japońskie wojska lądują w Korei. Tokio korzysta z upadku cesarstwa chińskiego i kopiuje politykę zachodnich mocarstw wobec Chin. Zmusza Koreę do zawarcia „traktatu o przyjaźni i handlu”. Przyznającego Japończykom dostęp do koreańskich portów, rynków zbytu. Stawiającego Japończyków ponad tamtejszym prawem, nadającego japońskim firmom eksterytorialny status.

Kiedy Koreańczycy poczuli cenę japońskiej przyjaźni spróbowali szukać pomocy. Pospieszyła z nią ekspansywna Rosja, okupujące Chiny mocarstwa zachodnie, i nowy gracz w tym regionie – USA. Zmobilizowało to Japończyków. Po wielkim zwycięstwie w wojnie z Rosją, armia japońska wkroczyła w 1904 roku do Korei. Sześć lat później usunięto tam ostatniego tytularnego władcę Korei. Okupacja japońska trwała do roku 1945.

W tym czasie Japończycy dopuścili się tam licznych aktów ludobójstwa. Stosowali rabunkową gospodarkę, zwłaszcza w czasie wojny z USA, doprowadzając Koreańczyków do strukturalnej nędzy. Lata okupacji wywołały powszechną, odczuwalną do dzisiaj, nienawiść do Japończyków. Zwłaszcza, że Japonia nigdy nie przeprosiła Koreańczyków za ludobójstwo i zbrodnie wojenne ówczesnej administracji i armii.

 

Kraj pachnący inaczej

O istnieniu Korei władze USA przypomniały sobie w sierpniu 1945, roku kiedy skapitulowała Japonia. I Amerykanie rozpoczęli okupację Japonii. W tym czasie armia radziecka rozbiła w graniczącej z Koreą Mandżurii stacjonującą tam japońską Armię Kwantuńską. Zajęła też północne, najbardziej uprzemysłowione prowincje chińskie. Zdobyte terytorium i zdobyczną broń przekazała oddziałom Mao Zedonga walczącym o władzę z armią popieranego przez USA Czang Kaj – szeka.

Zgodnie z umowami zwycięskiej alianckiej trójki, czyli ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii, pokonana Japonia miała stać się łupem Stanów Zjednoczonych. Wielka Brytania pragnęła powrotu do zajętych przez Japonię swych dawnych azjatyckich kolonii. Okupywana przez Japończyków Mandżuria i inne terytoria chińskie miały wrócić do prawowitych właścicieli reprezentowanych wtedy przez generalissimusa Czanga. O przyszłości Korei, wówczas japońskiej prowincji, administracje USA i Wielkiej Brytanii zwyczajnie zapomniały.

Generalissimus Stalin skupiał wtedy swą uwagę na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo-Wschodniej. W Azji chciał mieć po swojemu rozumiany spokój. Idealnym dla ówczesnych stalinowskich interesów był stan przewlekłej wojny domowej w Chinach. Zakończony podziałem na dwie strefy. Amerykańską z Czang Kaj-szekiem i proradziecką z Mao Zedongiem lub innym, bardziej lojalnym wobec Kremla przywódcą chińskiej partii komunistycznej. Stalin nie ufał przewodniczącemu Mao, bał się silnych Chin. Wiedział, że na wschodzie może być tylko jedno słońce. To kremlowskie.

Granicząca z Mandżurią, sąsiadująca z ZSRR, Korea była obiektem zainteresowania Kremla. Stalin wspierał antyjapońską, komunizującą partyzantkę. Miał w zasobach kadrowych koreańskich polityków, wojskowych oraz kadry zaznajomione z kulturą i tradycjami tego kraju.
W roku 1945 takich kadr Amerykanie nie mieli. We wrześniu przysłali na południe Korei swych pierwszych wojskowych. Aby przejęli ten teren od obecnej tam administracji japońskiej. I ci od razu popełnili kolosalne błędy.

 

Słoń w składzie porcelany

Wychowani w Ameryce znali Azję przede wszystkim od japońskiej strony. Nienawidzili jej za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. I wielce podziwiali ją już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. Polubili japońskie poddaństwo, służalczość wobec zwycięzców. Bo przebiegli Japończycy szybko zauważyli, że traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArthura jak szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie swojego kraju.

Pierwsi amerykańscy wojskowi, którzy przybyli do Seulu przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedny kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalanym węglem drzewnym.

Ale najbardziej szokował Amerykanów w Korei zapach ludzkiego gówna. Powszechnie używanego wtedy jako nawóz, zwłaszcza na karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Zresztą, nawet gdyby chcieli, to nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć, bo przybywający jesienią 1945 roku Amerykanie nie znali języka koreańskiego ani koreańskiej kultury. A miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających zachodnie języki wymordowali.

Amerykanie mieli za to kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że ta prześcigała się w pokazowej lojalności wobec nowych władców.

I dla świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów. I znienawidzoną przez Koreańczyków, kolaborującą z japońskimi okupantami, miejscową policję też.

To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów.

Bo to przecież było tak, jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej, pozostawiono u nas „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.

Co było potem, poczytacie w następnym numerze „Trybuny”.

Głos prawicy

Winny Stalin

 

Dodatek historyczny „Historia Do Rzeczy” udowadnia, że „Hitler był dzieckiem bolszewików”:

Historycy od lat spierają się o to, skąd się wziął Adolf Hitler. W jaki sposób ten człowiek i kierowane przez niego państwo wzrośli do tak olbrzymiej potęgi. Jak mogli stworzyć i uzbroić tak sprawną machinę wojenną i poczuć się na tyle pewnie, że podpalili świat. Fenomen Führera tłumaczony jest na niezliczoną ilość sposób – każdy kolejny jest bardziej groteskowy od poprzedniego. Muszę przyznać, że przysłuchuję się tym akademickim dysputom z rozbawieniem. Odpowiedź na te pytania jest bowiem oczywista i prosta. Hitler i III Rzesza to dzieci towarzysza Stalina. Bez jego protekcji Niemcy nigdy nie osiągnęłyby takiej potęgi i nigdy nie wybuchłaby II wojna światowa.
Plan bolszewików był jasny. Zgodnie z założeniem, że wojna światowa otwiera drogę do światowej rewolucji – sprawdziło się to po części w roku 1917 – chcieli, żeby Europejczycy znowu wzięli się za łby. Kiedy już Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, Niemcy i Polacy by się nawzajem powyrzynali, Armia Czerwona miała wkroczyć do akcji i podbić cały osłabiony kontynent. W ten sposób granice „raju robotników i chłopów” zostałyby rozszerzone do Atlantyku.
Aby napuścić Europejczyków na siebie i wywołać kolejny konflikt, Stalin postanowił wesprzeć kraj najbardziej pokrzywdzony przez traktat wersalski, a co za tym idzie dyszący chęcią odwetu. A więc oczywiście wsparł Niemcy. Ponieważ traktat nałożył na niemieckie siły zbrojne wiele ograniczeń, Armia Czerwona przyszła im z „bratnią pomocą”. W Kazaniu szkoleni byli niemieccy czołgiści, w Lipiecku lotnicy, w Saratowie specjaliści od broni chemicznej. Niemieccy generałowie urządzali swoje manewry i gry wojenne na sowieckich poligonach oraz w sowieckich salach wykładowych. Bolszewicy pomagali również rozwinąć – w tajemnicy przed Zachodem – niemiecki przemysł wojskowy, udostępnili swoje laboratoria niemieckim konstruktorom. Dostarczali również bezcennych surowców. Trzon armii niemieckiej, która zmiażdżyła Europę w latach 1939–1940, został stworzony w Związku Sowieckim.
Armia ta miała być narzędziem w rękach Moskwy. Narzędziem, które miało posłużyć do zniszczenia Europy i utorowania drogi dla zwycięskiego, „wyzwoleńczego” marszu Armii Czerwonej. Jak to jednak osiągnąć? Oczywiście najlepiej na jej czele postawić człowieka nieobliczalnego. Jakąś agresywną, nieodpowiedzialną jednostkę, która – odpowiednio sprowokowana przez Sowietów – rzuci się na sąsiadów i rozpęta wojnę. W całych Niemczech nie było lepszego kandydata do odegrania tej roli niż Adolf Hitler, przywódca NSDAP.
„Bez Stalina nie byłoby Hitlera, nie byłoby gestapo” – pisał Lew Trocki. I miał rację. Chociaż oficjalnie w latach 20. i na początku lat 30. niemieccy komuniści i narodowi socjaliści toczyli ze sobą bój na śmierć i życie, Moskwa zakulisowo wspierała NSDAP. Maski zostały zdjęte w roku 1933, gdy odbyły się wybory powszechne, które miały zmienić oblicze Niemiec. Otóż NSDAP zdobyła w nich mniej głosów niż komuniści i socjaldemokraci. Wystarczyło, żeby te dwa ugrupowania zawiązały koalicję i to one stworzyłyby rząd. Stalin powiedział jednak „niet”. Wydał on swojej berlińskiej ekspozyturze surowy zakaz wchodzenia w jakiekolwiek układy ze „zgniłymi socjaldemokratami”. W efekcie nominację na kanclerza otrzymał Adolf Hitler. Machina została wprawiona w ruch. „Lodołamacz rewolucji” – jak nazywano w Moskwie przywódcę narodowych socjalistów – rozpoczął swój rejs.
Ten nieszczęsny człowiek, który „dyszał nienawiścią do komunistów”, nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest narzędziem w ich rękach. Zresztą ta nienawiść nie była chyba znowu tak wielka. Hitler wypowiadał się o Stalinie z podziwem, nawet gdy między oboma państwami wybuchła już wojna. Narodowy socjalizm małpował zaś bolszewizm. Monumentalne budowle, symbolika i stylistyka, tajna policja, obozy koncentracyjne, olbrzymia waga, jaką przywiązywano do propagandy. Przecież to wszystko było żywcem ściągnięte ze Związku Sowieckiego.
Pod koniec wojny dla berlińskich elit stało się jasne, że walcząc na dwa fronty, III Rzesza poniesie straszliwą klęskę. Wielu pragmatycznie nastawionych oficerów Wehrmachtu zaczęło wówczas myśleć o zawarciu separatystycznego pokoju z Anglosasami i skierowaniu wszystkich sił do powstrzymania nadciągających od wschodu bolszewików. Hitler miał inny pomysł. Otóż chciał on zawierać pokój separatystyczny ze Stalinem…