Jeden z sześciu milionów

Trauma po tamtych doświadczeniach nie przemija nigdy.

 

Lato. Dzień słoneczny. Koniec lipca 1943 roku. Pogodne dni, jakże dramatyczne na polskiej ziemi, dla ludzi prześladowanych, ściganych, zabijanych jak zwierzęta. Czasy okrutne, zanik człowieczeństwa, pełny jego deficyt. Dominacja tych, którzy mieli unicestwiać ludzi rasy niegermańskiej, a szczególnie Żydów, na których wydano największy w historii świata wyrok ludobójstwa. Wszyscy Żydzi mieli być unicestwieni. Taką decyzję mogli podjąć tylko ludzie, którzy byli pozbawieni minimum zwykłego człowieczeństwa. Te watahy morderców, o zgrozo, miały czelność odwoływać się do Boga.

W tej szczególnej scenerii, konsekwentnie realizowanej strategii mordowania ludzi, Tadeusz i Mietek wybrali się na małą wycieczkę po obrzeżach Sokołowa Podlaskiego. Obaj ukończyli trzecią klasę szkoły podstawowej. Mieli trochę szczęścia. Większość ich rówieśników w ogóle nie chodziło do szkół. W mieście liczącym czternaście tysięcy mieszkańców była tylko jedna szkoła mieszcząca się w barakach. Teraz budynki szkolne były siedzibą władz okupacyjnych.

Ten ich spacer za miasto odbywał się parę dni po likwidacji getta. Sześć tysięcy mieszkańców, Żydów, zagazowano, a następnie spalono w piecach krematoryjnych w pobliskim niemieckim obozie zagłady w Treblince. Chłopcy przyglądali się jak strzelano do uciekających osób. Ten pochód, marsz śmierci na dworzec kolejowy trwał cały dzień. Tam stały już składy pociągów towarowych. Ten szczególny pochód odbywał się ulicą Lipową i Węgrowską, teraz Wolności. Czy tych ulic nie należałoby nazwać ulicami Męczenników Żydowskich?

Idąc na ten swój letni spacer, wciąż myśleli o tym, co widzieli, a szczególnie o ich znajomych rówieśnikach, z którymi jeszcze nie tak dawno kopali piłkę i grali w różne gry, a m.in. w palanta i w klipę. Rozmyślali o makabrycznych scenach zabójstwa uciekających osób. Niektórzy z nich umierali dopiero po paru godzinach. Idąc, wspominali swoich żydowskich kolegów. Jeszcze wówczas łudzili się, że może kiedyś ich spotkają.

Tak doszli do ścieżki, którą można było skręcić na drogę wiodącą w kierunku lasu zwanego potocznie „Pod Zieloną”, odległego o kilka kilometrów od miasta. Weszli w dość wysoką trawę na pastwisku bydła. W pobliżu było kilka drewnianych domów i zabudowań gospodarczych krytych słomą i gontem. Małe domki zamieszkałe przez rodziny zajmujące się różnymi zawodami, a szczególnie małym handlem niemal wszystkim, co było w tym czasie w obiegu. Pasło się tam kilka krów. Pastuchów nie było. Miały one na szyjach łańcuchy przymocowane do drewnianych palików. Słońce, będąc jeszcze wysoko, sprzyjało licznym owadom, które atakowały pasące się krowy.

Przy jednej z krów przebywał starszy mężczyzna. Był kulawy, utykał na prawą nogę. Jego zabudowania były ostatnie na tym skromnym osiedlu. Wokół domów były niewielkie ogrody z drzewami owocowymi. Mieszkańcy miasta, idąc latem na grzyby i jagody zawsze przechodzili przez to osiedle. Tędy było najbliżej do lasu. Spokój. Cisza. Położyli się więc na trawie wśród polnych kwiatów przeróżnych kolorów.

W pewnym momencie usłyszeli krzyk w języku niemieckim, który stał się przyczyną ich trwogi. Kilkukrotne „Halt! Halt!” wywołało u nich dreszcze. Nieco się podnosząc, ujrzeli Niemca. Był w mundurze, trzymał w ręku pistolet. Nie ruszali się z miejsca. Bali się. Mocno przytulili się do ziemi. Wysoka trawa pomogła im z ukrycia obserwować uciekającego człowieka i biegnącego za nim Niemca. Młody mężczyzna był bardzo wycieńczony, więc biegł w kierunku upragnionego lasu oddalonego o kilkadziesiąt metrów coraz wolniej. Wydawało się im, że zaraz padnie na ziemię.

Na drodze uciekającego stał właściciel krowy. Uciekający musiał biec w kierunku, gdzie stał starszy człowiek. Niemiec po dwóch strzałach polecił mu zatrzymać go. Słysząc groźbę Niemca, pozorował zatrzymanie Żyda. Chłopcy patrzyli, jak morderca znęcał się nad Polakiem za to, że nie zschwytał uciekającego. Kolejne dwa strzały, które przeszyły ciało uciekającego, jeszcze nie pozbawiły go życia. Strzelił więc jeszcze raz w klatkę piersiową, ale już w leżącego.

Chłopcy byli ogromnie wystraszeni, przyglądając się, jak na ich oczach morduje się niewinnego człowieka, tylko nieco starszego od nich. Niemiecki morderca polecił Polakowi zakopać zabitego. Powiedział, że przyjdzie sprawdzić, jak wykonał to zadanie, a następnie odszedł.

Gdy był już niewidoczny, chłopcy wstali. Tadeusz pierwszy podszedł do leżącego. Właściciel krowy poszedł po odpowiednie narzędzie do wykopania mogiły. I znów śmiertelna cisza wokół ofiary. Dwaj młodzieńcy chcieli uciec z tego miejsca, jednak patrząc na martwego człowieka, który miał być zakopany do dołu, uznali, że to takie niekatolickie.

Z inicjatywy Mietka odstąpili jednak od zamiaru odejścia, by ewentualnie pomóc przy tym pochówku. Widzieli już wielu zabitych Żydów w marszu z ul. Lipowej i Węgrowskiej na skrzyżowanie z Sadową koło kościoła do miejsca zagłady. A jednak ten widok wstrząsnął ich do głębi. Byli załamani, mocno przeżywali to makabryczne wydarzenie. Dlaczego Niemiec zabił młodego człowieka? Nie byli w stanie zrozumieć, skąd w ludziach jest tyle nienawiści. Co on im takiego uczynił, że musiał być pozbawiony życia. Takie myśli im się kołatały w głowach.

Przyszedł starszy człowiek ze sztychówką do kopania. Leżący nie dawał znaku życia. Oczy miał zamknięte. Patrzyli na jego twarz. Była biała jak śnieg. Miał na sobie mocno zniszczoną koszulę i spodnie. Przyszedł główny „grabarz”.

Leżący jednak tymczasem zaczął otwierać oczy, odzyskując chyba przytomność. Nieco się poruszył. Starszy człowiek kopał mogiłę. Umierający znów stracił przytomność. Chyba się domyślił, co go czeka. Przestraszył się ogromnie. Było to widoczne na jego twarzy. Kopano mu miejsce spoczynku na łące, w wysokiej trawie, wśród dziko rosnących polnych kwiatów. Kopanie grobu zakończono. Był niezbyt głęboki, nie taki, w jakich się chowa zmarłych na cmentarzach. Umierający człowiek przez chwilę się wpatrywał, co się dzieje. Chyba dostrzegał stojące przy nim osoby. I znów stracił przytomność.

Chłopcy przyglądali się konającemu. Było to coś przerażającego. Tadeusz i Mietek też przez parę minut kopali mogiłę, gdyż ich przypadkowy znajomy był zmęczony, miał już bowiem swoje lata.

Mogiła była gotowa, ale ciała jeszcze nie włożyli do grobu. Czekali, nie spieszyli się. Zastanawiali się, czy jeszcze żyje. Nikt z tej trójki nie odważył się sprawdzić, czy już zakończył swe młode życie. Nie poruszał się i nie oddychał. Czekali.

Położyli go w grobie. Przyglądali się, sprawdzając, że może jeszcze żyje. Sypali ziemię na nogi. Gdy sypali już ziemię na pierś, na moment odzyskał przytomność. Rękami zgarniał ziemię ze swojego ciała.

Ogarnęło ich przerażenie i strach. Ten człowiek jeszcze żył! Co robić? Uciekać z tego strasznego miejsca, czy zaczekać jeszcze z zasypywaniem? To były potworne przeżycia dla młodych uczestników tego makabrycznego pogrzebu. Jeżeli zgarniał sypaną ziemię, to przecież musiał mieć przebłyski świadomości, że jest zakopywany w grobie. Chłopcy chcieli jak najdalej uciec z tego miejsca, ale główny grabarz pozostał.

Niemiec wiedział, gdzie mieszka jego rodzina. Groził. Dwaj chłopcy niemal krzyczeli, że jeszcze żyje, więc nie można sypać na niego ziemi. Jednocześnie bali się, co będzie z nimi, gdy wróci Niemiec. Słońce już kryło się za domami i drzewami. Nie odchodzili, postanowili poczekać.

„Niech pan już idzie do domu” – proponowali, widząc, jak czuje się główny uczestnik tego pogrzebu. „My usypiemy grób, gdy zakończy swój żywot” – powiedział Mietek. Odmówił. Nie odszedł. Bał się konsekwencji, że nie wykonał zadania. Był do końca pogrzebowej ceremonii nieznanego człowieka, choć chwiał się na nogach. „To niech pan siądzie” – zaproponowali. Siadł, ciężko oddychając i patrząc na nich wzrokiem człowieka moralnie załamanego. Dał się jednak przekonać.

Odszedł bardzo wolno, nogi nie chciały go nieść. Czuł się zdruzgotany moralnie. A może tak bolały go myśli, że był sprawcą zatrzymania człowieka uciekającego przed mordercą. Nigdy już z nim nie rozmawiali o tym wydarzeniu. Tuż po zakończeniu wojny zmarł, a do końca życia zamknął się w sobie, z nikim nie rozmawiając na temat tego wydarzenia. Unikał sąsiadów, gdyż dotarła do nich wiadomość, że pomagał Niemcowi zabić Żyda. Niektórzy nawet mówili, że pomieszało mu się w głowie.

Minęła może godzina od czasu, kiedy konający Żyd próbował zrzucać sypaną na niego ziemię. Ściemniało się. Tadeusz i Mietek spoglądali na twarz leżącego w dole człowieka. Nie dostrzegli żadnych objawów życia, jednak wciąż stali przy nim. Zerwali trochę polnych kwiatów i wysokiej trawy, kładąc je na głowę i szyję. „Czy już nie żyje” – spytał Tadeusz Mietka. W pobliżu nikogo nie było, by móc się poradzić, czy można już zasypać ciało. Musieli sami zdecydować o tym. Powoli zaczęli sypać ziemię na nogi.

Nie spieszyli się. A może odzyska przytomność? – myśleli. Grób zasypywali niejako etapami. Łudzili się, że może jeszcze żyje. Gdy był już zasypany po szyję, przerwali tę wymuszoną czynność. Tylko głowa nie była jeszcze zasypana. Był to widok przerażający. Będzie bardzo długo tkwił w ich pamięci.

Zasypywanie grobu trwało długo. Zasypali szyję, następnie jedną łopatę ziemi wysypali na głowę. Krótka przerwa i kolejne łopaty. Gdy skończyli swoją powinność było już całkiem ciemno. Położyli na usypanym grobie trochę zerwanych wcześniej kwiatów.

Musiał umrzeć, bo był Żydem, a na swojej drodze spotkał człowieka lepszej rasy. To był jeden z sześciu milionów Żydów zamordowanych przez Niemców, w tym trzech milionów w Polsce.

 

To krótkie wspomnienie napisałem na podstawie relacji Mieczysława, traktując je jako ilustrację większego opracowania pt. „Okupanci”, które było publikowane w dwóch częściach w dzienniku „Trybuna”. Polska proporcjonalnie poniosła największe straty ludnościowe w czasie okupacji niemieckiej w latach 1939-1945. Ten młody Żyd pochowany, a raczej zakopany – bo co to był za pogrzeb – to jeden spośród sześciu milionów zamordowanych przez zdziczałych i nieludzkich Niemców. Musiał zginąć, bo na drodze swej ucieczki do lasu spotkał mordercę, człowieka upadłego, pozbawionego człowieczeństwa. Musiał zginąć tylko dlatego, że był żydowskiej narodowości. Teraz, już dziesiątki lat po wojnie, hitlerowscy oprawcy oskarżani o zbrodnie wojenne tłumaczą się, że tylko wykonywali rozkazy. Ten zabójca, gdyby miał w sobie chociaż trochę ludzkiego sumienia, mógł uciekającego nie zauważyć. Był jednak porażony rasistowską teorią ras ludzkich, więc musiał zabić. Ten młody człowiek mógł przecież żyć jeszcze długie lata, tak jak wielu Żydów ukrywanych przez polskie rodziny, mimo że tylko w Polsce za pomoc Żydom karano śmiercią.

O tej wielkiej zbrodni zagłady niemal całego narodu trzeba pamiętać i mówić kolejnym pokoleniom ludzi na całym świecie. Nie wolno nam tego zapominać, trzeba o tym nieustannie mówić i pisać. Szczególnie tym społecznościom, w których wciąż daje o sobie znać antyludzkie zjawisko antysemityzmu, nienawiści do naszych braci. Ten wspaniały naród, tak brutalnie potraktowany przez historię, wciąż musi się bronić przed atakami nienawiści.

Czy Hitler był lewakiem

Prawa strona polskiej sceny politycznej od zawsze próbowała oczernić lewicę w taki sposób by odstraszyć od marksizmu jak najwięcej osób. Nam, „lewakom” (używając prawicowej terminologii) zarzucano już odpowiedzialność za wszelkie zbrodnie tego świata.

 

Obecnie lewicę masowo obarcza się za całe zło tego świata. W przestrzeni króluje wręcz hasło „precz z komuną” i to pomimo tego, że nijak nie pasuje do omawianej sytuacji. Jest też pewna postać, którą prawica usilnie stara się przypisać do ideologii socjalistycznej. Mało tego! Chcą zeń uczynić kontynuatora myśli samego Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Tą osobą jest Adolf Hitler.
Jakkolwiek irracjonalnie to nie brzmi, to właśnie największy zbrodniarz globu, którym skrycie (bądź też nie) fascynują się skrajne środowiska narodowe, stał się persona non grata politycznego dyskursu. Żadna ze stron nie chce przyznać, że Adolf Hitler był zwolennikiem którejś z opcji politycznych. I nietrudno się temu dziwić. Mówimy w końcu o człowieku, który jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi i zbrodnie dokonywane w imię pseudonaukowej teorii dowodzącej wyższości rasy aryjskiej nad pozostałymi. Wszystkim, którzy nie należeli do obozu aryjskiego, stale groziła śmierć. Na szczęście czasy II wojny światowej, a tym samym Adolfa Hitlera, nieodwracalnie już minęły. Mimo to jego postać nadal budzi wiele kontrowersji, rodzi spory i skłania ku dyskusji. Wokół lidera III Rzeszy urósł pewnego rodzaju kult, który sprawia, że 72 lata po jego śmierci, nadal jest on obecny w publicznej debacie.
Fakt ten nie mógł przejść obojętnie obok prawicowych polityków i ich sympatyków. Z tego powodu jesteśmy od pewnego czasu zalewani twierdzeniami o rzekomej „lewicowości” Hitlera i „socjalistyczności” programu NSDAP. To zjawisko stało się tak powszechne, że w części społeczeństwa powoli urzeczywistniło się już postrzeganie Hitlera jako socjalisty.
By zacząć rozważania na temat tego mitu należałoby wpierw rozważyć jego pochodzenie. Na szczęście nie trzeba daleko szukać. Korzenie i zarazem podstawy tego mitu znajdziemy w nazwie partii, której Adolf Hitler przewodził. Nationalsozialistische Deutsche Arbeitpartei, po polsku – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników. W skrócie NSDAP. Na pierwszy rzut oka widzimy dwie, niepokojące frazy, które teoretycznie mogą świadczyć o socjalistycznym profilu tej organizacji. W nazwie występuje bowiem słowo „socjalistyczna” oraz „robotników”. Ta świadomość skłoniła wielu polskich, prawicowych działaczy do wynalezienia kolejnej „broni” przeciw lewicy. Tą „bronią” jest oczywiście postać Adolfa Hitlera: zbrodniarza, demagoga, dyktatora, a przy okazji „lewicowca-socjalisty”. Podporą tego argumentu miała też być czerwień na nazistowskiej fladze, która to właśnie miała oznaczać szeroko rozumiany socjalizm.
Niestety dla zwolenników kapitalizmu historyczne fakty mówią zupełnie co innego. Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników była socjalistyczna… Tylko z nazwy. Bo jak inaczej można nazwać twór polityczny który opowiadał się za uprzywilejowaniem jednych kosztem drugich? Hitler osiągnął mistrzostwo w sztuce populizmu i mistyfikacji – jako jedyny zdawał sobie sprawę z lewicowych nastrojów robotników, którzy w dwudziestoleciu międzywojennym mocno sympatyzowali z ideologią komunizmu. Sytuacja ta miała miejsce w całej Europie i w wielu zakątkach świata, lecz to właśnie w Niemczech powstała odpowiednia ideologia, która tę sytuację potrafiła wykorzystać i wyzyskać. Użycie słów „socjalistyczna” i „robotników” w nazwie założonej przez Hitlera partii miało na celu zwabienie elektoratu proletariackiego, czego konsekwencją było wygranie wyborów w 1933 roku. Cel ten został osiągnięty w całości i od tego momentu nastała najczarniejsza karta w historii ludzkości.
Pierwszym postanowieniem Hitlera, będącego już wtedy u władzy nazistowskich Niemiec, była delegalizacja partii komunistycznych, socjalistycznych oraz robotniczych. Ich działacze zostali zamknięci w więzieniach, a w późniejszym okresie istnienia III Rzeszy, zesłani do obozów. Dziwny krok jak na lidera partii rzekomo socjalistycznej.
To był jednak dopiero zwiastun tego co miało nastąpić już wkrótce. Po dojściu do władzy NSDAP zostały zlikwidowane związki zawodowe, obniżono pensje, a dzień pracy wydłużono. Wszystko w imię rozwoju potęgi nazistów. Wielu czołowych członków NSDAP, jak np. Hermann Goering czy Heinrich Himmler opowiadało się również za współpracą między kapitalistami, a partią nazistowską. Skończyło się to faktem, że wiele prywatnych przedsiębiorstw otwarcie finansowało partię Adolfa Hitlera, która bynajmniej nie zamierzała znieść prywatnej własności.
Sam Hitler wypowiadał się o własności prywatnej w sposób umiarkowanie pozytywny. Zaznaczał, że własność prywatna ma prawo bytu do momentu nie zaistnienia sprzeczności wobec interesu narodu. „Wódz” sam również odnosił się do nazwy swojej partii, tłumacząc, że wyraz „socjalizm” nie odnosi się do ideologii, a ma on oznaczać „poświęcenie się jednostki dla dobra narodu”. Każdy kto choć pobieżnie przestudiował dzieła Karola Marksa i Fryderyka Engelsa wie, że jest to interpretacja zupełnie obca zarówno dla klasyków marksizmu, jak i dla wszystkich późniejszych partii oraz organizacji o charakterze marksistowskim, które zawsze posiadały też internacjonalistyczny i wrogi rasizmowi/nacjonalizmowi charakter.
Przez cały okres działalności NSDAP cechowała się skrajnym antykomunizmem. Pogląd ten przybrał bardzo radykalną formę. Obok Żydów to właśnie komuniści byli najmocniej napiętnowani, szkalowani i stale oskarżani o niekorzystną sytuację Niemiec po I wojnie światowej. Dla wielu dzisiejszych prawicowców istotny jest również fakt zawarcia tymczasowego sojuszu między nazistowskimi Niemcami, a Związkiem Radzieckim. Osoby te zwykle wykazują znaczące braki w analizie wydarzeń historycznych i najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z kruchości i „chwilowości” jaką odznaczał się tamten pakt. Obie strony, niebędące jeszcze gotowe na otwarty konflikt, postanowiły porozumieć się, a następnie przygotować na nadchodzącą bitwę. Bitwę, która jak się potem okazało miała kluczowy wpływ dla losów całej wojny.
Potrzebne jest stałe podkreślanie fałszywości prawicowych argumentów dotyczących przynależności politycznej Adolfa Hitlera. Mit o jego rzekomej lewicowości jest o tyle niebezpieczny, że bezpośrednio godzi w dobro klasy robotniczej i jej programu. Jeśli pozwolimy na rozprzestrzenienie się tego typu kłamstw to kto odda głos na ugrupowania polityczne będące w bliskiej korelacji z przywódcą nazistowskich Niemiec? To oczywiście pytanie retoryczne – a faktycznymi odpowiedzialnymi za hitleryzm pozostają oczywiście kapitaliści i rządzone przez nich europejskie mocarstwa. Ze smutkiem stwierdzam niestety, że już teraz niektórzy młodzi lewicowcy ulegają tej propagandzie. Propagandzie, która na wielu płaszczyznach dorównuje tej geobbelsowskiej. Obowiązkiem nas – socjalistów – jest przedstawienie faktów zgodnie z historią. Pozostaje też mieć nadzieję, że sama klasa pracująca dostrzeże te kłamstwa, a kapitalistyczni propagandziści odpowiedzą kiedyś za swoje zniesławienia.

Annus mirabilis (rok cudów) 1968

To był żywiołowy protest młodego pokolenia przeciw dominującej formie kapitalizmu i wojnie w Indochinach.

Annus mirabilis – łacińskie określenie odnoszące się do roku, w którym nastąpiło wiele ważnych, a nawet wyjątkowych – godnych szczególnego upamiętnienia – wydarzeń zyskało na popularności dopiero w XVII stuleciu. Upowszechnili je angielski dramaturg Thomas Dekker i nadworny poeta dynastii Stuartów John Dryden. Ten ostatni podawał jako przykład rok 1666, gdy doszło do wielkiego pożaru Londynu, który miała zażegnać cudowna boska interwencja. Wtedy też flota angielska w dniu św. Jakuba rozbiła flotę holenderską, Izaak Newton zaś dokonał swoich wielkich odkryć, m.in. prawa grawitacji. Wreszcie zapis roku 1666 zawiera wszystkie liczby rzymskie w malejącym porządku: MDCLXVI.
Z czasem pojęcie to ulegało stopniowej dewaluacji. Coraz częściej zdarzało się coś nadzwyczajnego w różnych częściach kuli ziemskiej. Ale po II wojnie światowej nie było aż tak wielu lat obfitujących w wydarzenia lub procesy o wielkiej wadze dla dziesiątek, a nawet setek milionów ludzi.
Takim był np. rok 1989, gdy rozpoczęły się transformacje ustrojowe w Europie Środkowo-Wschodniej, które zaowocowały również zjednoczeniem Niemiec i końcem „zimnej wojny”, a przyczyniły się także do późniejszego rozpadu ZSRR. Ponadto miały miejsce tragiczne wydarzenia na placu Niebiańskiego Spokoju w stolicy Chin.
W tej liczbie bez wątpienia znajdują się też wydarzenia równo sprzed półwiecza – głównie w Europie (zwłaszcza we Francji i Republice Federalnej Niemiec), ale też w Stanach Zjednoczonych i Meksyku. Zostały one dziś trochę zapomniane i zabrakło m.in. więcej takich inicjatyw jak trwający obecnie przegląd filmów fabularnych
„Rok protestu 1968 w kinie europejskim”, aby przywołać tylko tę jedną, nader wartościową.

Sens i odmiany protestu

Mimo istnienia obszernej literatury przedmiotu nie ma pełnej zgody co do ujęcia tej kwestii. Daniel Cohn-Bendit (nazywany Dany le Rouge, Czerwony Dany) – jeden z liderów ruchu studenckiego, a później eurodeputowany zarówno z ramienia francuskich, jak i niemieckich Zielonych – w syntetycznym tekście „Nieuchwytne dziedzictwo roku 1968”, będącym wstępem do polskiego wydania książki „Maj ’68. Rewolta”, pisał: „Rok ’68 zmienił przede wszystkim tradycyjną kulturę, ciasny moralizm i zasady hierarchicznej władzy.
Odmienił życie społeczne, style życia, język, seks itd. Po to, aby stworzyć nową formę rebelii, ruch – mimo swej skali – trzymał się z dala od przemocy.
(…) Bunt był formą politycznej ekspresji, ale jego celem nie była władza polityczna jako taka. Egzystencjalne jądro tej rewolty uczyniło ją wręcz nieprzekładalną na język polityki. Pragnienie wolności, które niosło ruch, z konieczności wymyka się archaicznym stylom myślenia”. Pasowało to idealnie do przypadku Francji, ale niekoniecznie do wszystkich innych przypadków.
Zawirowania polityczne owego roku w naszej części Europy miały nieco inny charakter niż na zachodzie kontynentu, nie mówiąc o Ameryce Północnej. Tam był to żywiołowy protest głównie młodego pokolenia, szczególnie studentów, przeciw dominującej formie kapitalizmu, z silnym pierwiastkiem antywojennym. Wydarzenia marcowe 1968 r. w Polsce, których rocznicę tak niedawno w sposób godny obchodziliśmy nad Wisłą, potępiając szczególnie ewidentnie haniebną kampanię antysemicką, były w dużym stopniu pochodną wewnętrznych rozgrywek w kierownictwie PZPR. Z kolei o wiele bardziej burzliwe i dramatyczne procesy w Czechosłowacji, określane od stycznia 1968 r. – od momentu wyboru Alexandra Dubčeka na przywódcę partii komunistycznej – mianem Praskiej Wiosny, były głównie efektem tego, że ani Czesi, ani Słowacy nie mieli swojego antydogmatycznego Października ’56. Domagano się więc elementarnej liberalizacji politycznej.

Tekst ukazał się pierwotnie w tygodniku „Przegląd”. Publikujemy jego fragmenty dzięki uprzejmości autora. Całość do przeczytania w najnowszym „Przeglądzie”.