Panie Warzecha, posuń się pan trochę

Nie jesteś Pan na tej planecie, ani w tym mieście, sam.

 

Publicysta znany ze swojej niekłamanej sympatii do producentów futer, cierpi na łamach „WP Opinie” (nie idź tą drogą, Wirtualna Polsko) z powodu dekretu cesarza despoty Heroda Trzaskowskiego, który to w roku pańskim 2018 odwołał sylwestrowy pokaz fajerwerków w Warszawie, co świadczyć ma o jego chęci poniżenia gatunku ludzkiego i „zrównania go ze zwierzętami”.
Łukasz Warzecha swoim zwyczajem wchodzi w rolę stojącej pod krzyżem płaczki, zawodzącej co kilka miesięcy rzewny refren „kiedyś to kurła było!”. Kiedyś, kiedy lewactwo jeszcze nie rządziło światem (tak tak, ta część PiS, która opowiada się za respektowaniem praw zwierząt to też według pana Warzechy lewactwo), najważniejsze było to, co „tradycyjne”. Zwierzęta zdychały, zamiast umierać, były usypiane zamiast poddawane eutanazji, a niedźwiadki skakały w cyrkach przez płonące obręcze, żeby „człowiek mógł mieć z tego przyjemność”, przy czym nie należy zapominać, że były „podatne na tresurę” i „same dobrze się przy tym bawiły”. Nie, to nie jest reductio ad absurdum, on to wszystko naprawdę napisał!

Zabawne, że w sezonie wiosenno-letnim podobnie płakał nad opresyjnym zakazem klapsów, które przecież „nie są przemocą”. W sezonie zimowym używa podobnej alarmistycznej retoryki szantażu: zabijają nas! Bez klapsów rodzice nie będą w stanie normalnie wychowywać swoich dzieci! Bez fajerwerków sylwestrowych ludzkość czeka zagłada i wszechogarniająca zookracja, dyktat Burka, co zerwie się z łańcucha i porżnie piłą swego pana niczym Jakub Szela. „Owszem, można powiedzieć, że bez fajerwerków można się obyć. Ale tak można uzasadnić niemal każde ograniczenie – bo obyć się można niemal bez wszystkiego. Bez trzymania w domu kanarka czy chomika także. Jeśli przyjmiemy ten sposób myślenia, powinniśmy właściwie wrócić do epoki kamienia łupanego, bo i bez prądu się obędziemy”.

I, uwaga, to nie koniec zwierzęcej apokalipsy: „Nie łudźmy się jednak: działacze na tym nie poprzestaną. To równia pochyła. Po cyrkach przyjdzie czas na fokaria, bo przecież foki powinny żyć w morzu, a nie ku uciesze dzieci i dorosłych bawić się piłką w basenie. Potem okaże się, że nie wolno trzymać w domu żółwia, rybek w akwarium czy papugi, a jeśli trzyma się psa, to nie wolno go tresować, bo go to stresuje”.

Bo wiecie, w naszym małym, konserwatywnym kapitalizmie jest przecież tak świetnie. Tylko lewackie nadpobudliwe dzieciaki prują się nie wiedzieć o co: „Działacze nigdy nie ustaną w eskalacji swoich postulatów. To typowe dla wszelkiego rodzaju aktywistów: zawodowi antyfaszyści nigdy nie przyznają, że faszyzmu nie ma, zawodowi ekolodzy – że przyroda jest należycie chroniona, zawodowi związkowcy – że pracownicy mają się dobrze, a zawodowi aktywiści prozwierzęcy – że zwierzęta mają się dobrze”.

Mam jednak dla Pana Łukasza na koniec dwa zdania pokrzepienia: po pierwsze – niech Pan głęboko oddycha. Kiedyś też wielu ludziom nie mieściło się w głowie, że kobiety będą nosić spodnie i dostawać Noble z fizyki, a ludzie z czarną skórą głosować w wyborach. Druga rzecz, że Trzaskowski nie ma mimo wszystko władzy porównywalnej do Heroda i z pewnością w Warszawie znajdzie się mnóstwo takich jak Pan tradycjonalistów, którzy przez całego Sylwestra będą napierdalać kanonady bez wytchnienia, nawet jeżeli ich własne dzieci będą kulić się przy tym ze strachu. Bo tradycja taka.

Redakcji Wirtualnej Polski i temu, kto zdecydował o publikacji felietonu Łukasza Warzechy, nie mam nic do powiedzenia. Niech wam czytelnicy sami uświadomią, jaki to wstyd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *