O kulcie zbrodniarza

Z prof. Olegiem Łatyszonkiem, historykiem z Uniwersytetu w Białymstoku, o „żołnierzach wyklętych” rozmawia Przemysław Prekiel.

 

Kim jest Romuald Rajs ps. „Bury” dla białoruskiej mniejszości w Polsce?

Romuald Rajs „Bury” to sprawdza największej zbrodni na Białorusinach dokonanej po II wojnie światowej na tym terenie. Wcześniej większych dokonywali tylko Niemcy. „Bury” w kilka dni zamordował ponad 80 osób, w tym wiele kobiet i dzieci. Dlatego jest dla Białorusinów symbolem prześladowcy.

 

Czy pamięć o tragicznych wydarzeniach na Podlasiu, już wojnie, jest nadal żywa?

Pamięć ta przygasała, lecz rozbudziło ją na nowo unieważnienie w 1995 r. wyroku sądu wojskowego skazującego „Burego” na karę śmierci. Równie ważne znaczenie miało też ujawnienie miejsca pochówku 30 białoruskich wozaków zamordowanych przez „Burego”. Do tego czasu rodziny nie wiedziały na pewno, co się z nimi stało. Wiele rodzin bardzo długo oczekiwało ich powrotu.

 

Panie profesorze, czy sprawy „Burego” nie przypomniała również kilka lat temu popularna pisarka Katarzyna Bonda i jej książka „Okularnik”. Tę książkę zadedykowała swojej babci, która padła ofiarą pacyfikacji wsi prawosławnych na Podlasiu w 1946 roku.

Jestem Pani Bondzie głęboko wdzięczny za to, że napisała o tej tragedii. Dzięki temu mnóstwo polskich czytelników dowiedziało się o istnieniu w Polsce Białorusinów i ich powojennej tragedii. Ale w tym czasie na Podlasiu sprawa była już znana.

 

Od kilku lat w Hajnówce odbywa się Marsz Żołnierzy Wyklętych, organizowany przez skrajną prawicę. Jak odbierają to mieszkańcy Hajnówki?

Nie mogę wypowiadać się w imieniu mieszkańców Hajnówki. O ile wiem, wielu Białorusinów odbiera to jako próbę ich zastraszenia. Na pewno jest to pokaz szowinistycznej buty i pogardy dla ofiar. Przecież jego uczestnicy skandują „Bury, Bury nasz bohater” w miasteczku, w którym mieszkają krewni ofiar jego zbrodni i potomkowie tych, co przeżyli. Poza tym wydaje mi się, że nie tylko w Białorusinach, lecz także w miejscowych Polakach marsz ten budzi obawy o zrujnowanie dobrego współżycia obu narodowości.

 

Skrajna prawica do dziś uważa, że prawosławne wsie na Podlasiu były oparciem dla komunistycznej władzy. Czy rzeczywiście tak było?

Trzeba pamiętać o tym, że sanacyjna Polska była krajem autorytarnym, wolnych wyborów w niej nie było, a przywódcy opozycji siedzieli w Berezie. Tylko wolne wybory mogłyby dać przynajmniej przybliżony obraz społecznego poparcia dla poszczególnych nurtów politycznych, a takich nie przeprowadzano. Tymczasem za przejaw skomunizowania uchodziło nawet domaganie się języka białoruskiego w szkole. Po wojnie sytuacja długo była niejasna, miejscowe władze komunistyczne opowiadały się za „repatriacją” ludności białoruskiej do ZSRR, terenie rządziło antykomunistyczne podziemie. Wobec tego ludzie nie garnęli się do działalności politycznej, chociaż część Białorusinów, tak jak i Polaków, władzę komunistyczną poparła. Z punktu widzenia Białorusinów była to władza polska i jako takiej jej się podporządkowali.

 

Kim były ofiary „Burego”? Ludzie przypadkowi czy jakoś zaangażowanie?

Tutaj można z całą pewnością stwierdzić, że były to ofiary w ogromnej większości w politykę nie zaangażowane. „Bury” palił białoruskie wsie i mordował ich ludność kierując się wyłącznie kryterium etnicznym i wyznaniowym. Celem było zastraszenie i wypędzenie Białorusinów do ZSRR. Sam „Bury” jasno powiedział w czasie procesu, że otrzymał rozkaz spalenia tych wsi „zasadniczo biorąc na podstawie faktu, że ludność ta nie repatriowała się do Związku Radzieckiego”. Tak więc nie była to pacyfikacja, lecz czystka etniczna.

 

Białostocki oddział IPN przyznał w swoim śledztwie, że działalność „Burego” nosi znamiona ludobójstwa. Co się zatem stało, że znalazł się on na sztandarach prawicy?

Jak rozumiem, chodzi o to, że „Bury” dowodził jednym z nielicznych dużych oddziałów podziemia antykomunistycznego, a legenda wojny potrzebuje bohaterskich walk, a nie strzelania zza węgła. Być może jest jeszcze jeden powód, chociaż ukryty w podświadomości, a przynajmniej publicznie nie wyartykułowany – zabijając Białorusinów „Bury” zabijał obcych, podczas gdy inni żołnierze wyklęci zabijali Polaków. Jednakże najważniejsza przyczyna wynika z samej istoty kultu „żołnierzy wyklętych”. Ponieważ mamy do czynienia z kultem, jego przedmiot ma charakter sakralny. Jako żołnierz wyklęty „Bury” musi być nieskalanie czysty i wszelkie racjonalne argumenty, że było inaczej, muszą być odrzucone.

 

Czy Pana zdaniem kult „żołnierzy wyklętych” z czasem nie osłabnie?

W pewnych środowiskach na pewno utrzyma się długo. Niemniej jednak wraz z upływem czasu pewne sprawy coraz mniej ludzi poruszają. Na ogół żywe emocje budzą tylko te wydarzenia, których uczestnicy jeszcze żyją, a tych już dzisiaj jest niewielu. Wiele zależy również od tego, kto będzie sprawował rządy w Polsce. Chociaż do kultu „żołnierzy wyklętych” przyłożyła rękę także Platforma Obywatelska, nie wydaje mi się, by obecnie była w jego rozwoju zainteresowana.

 

Czy zbrodnie dokonane przez „Burego” i jego żołnierzy rzutują jakoś na relacje Polaków i Białorusinów na Podlasiu?

Jeszcze raz chcę podkreślić, że chodzi tu nie tyle o historyczne zaszłości, co o współczesny kult „Burego” i „żołnierzy wyklętych”. Ten kult natrafia na opór społeczeństwa także i w polskich okolicach Podlasia, gdzie żołnierze ci działali i ich wyczyny są pamiętane. Na pomniku żołnierzy wyklętych w miejscowości Poświętne ktoś napisał „mordercy” i zamazał nazwisko „Burego”. A tam Białorusinów nie ma. Niemniej jednak jest rzeczą oczywistą, że ten kult zatruwa stosunki polsko-białoruskie zarówno na Podlasiu, jak i szerzej, w wymiarze międzynarodowym, wywołując protesty nie tylko na Białorusi, lecz także w Rosji. A żyjemy w bardzo niebezpiecznym miejscu i czasie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *