W krainie rusofobii

Lech Wałęsa znowu błysną – tym razem udzielając wywiadu rosyjskiemu „Sputnikowi”.

 

Polskie media ograniczają się do cytowania wybranych fragmentów wywiadu, komentatorzy, niezależnie czy z lewa czy z prawa są na ogół zgodni: „Wałęsa chciał zaistnieć”, „Wałęsa przegrał” itp. Niezawodni trolle i w tej sytuacji potwierdzili swoją czujność nie szczędząc byłemu prezydentowi inwektyw i innych internetowych ekskrementów. Tymczasem Lech Wałęsa, oczywiście na swój sposób, nie bez zbędnego egocentryzmu, podniósł jeden z najważniejszych współcześnie dla Polski problemów: problem relacji z Rosją.
Publiczne podpisywanie się w dzisiejszych czasach pod tezą Wałęsy, że Polsce bliżej jest do Moskwy niż do Nowego Jorku graniczy z politycznym samobójstwem, albo też tą granicę już przekracza. Polski mainstream zdominowany jest bez reszty przez tezę o śmiertelnym zagrożeniu dla Polski, jakie płynie ze wschodu i każda inna optyka nieuchronnie spotka się z zarzutem zdrady polskiej racji stanu.
Czy jednak ten mainstream zgodny jest z poglądem większości Polaków? Co ważniejsze: czy jest zgodny z polskim interesem narodowym? Na te właśnie pytania próbuje odpowiedzieć Wałęsa – i chwała mu za to.
Żyjemy w czasach, w których odwoływanie się do opinii publicznej w ważnych sprawach ma miejsce wcale, albo dopiero po tym, jak tą opinię się odpowiednio ukształtuje. Jeszcze w 2011 r. 44 % Polaków, wbrew 12 lat zmasowanej agitacji publicystów, polityków, mediów, pozytywnie oceniało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, przy 34% ocen negatywnych. Szermujący hasłami polskiego interesu narodowego za nic mieli opinię większości Polaków w tym względzie, uporczywie „młotkując” gdzie tylko popadnie jedynie słuszną tezę. 44% Polaków zostało zlekceważonych. Oczywiście metoda ta, wsparta naturalnymi procesami demograficznymi przyniesie kiedyś tak pożądany efekt, jakim będzie ogłoszenie, że większość Polaków wprowadzenie stanu wojennego ocenia negatywnie. Kiedyś.
Podobnie jest z kwestią relacji polsko–rosyjskich. Nie są to relacje łatwe ani proste, ale patrząc na Europę, nie są też jakimś ewenementem. Z tą różnicą, że Europa postanowiła ze swojej historii wyciągnąć zupełnie inne wnioski niż Polska, a właściwie polskie elity. Europa postanowiła tradycyjny kurs konfrontacyjny w wewnątrzeuropejskich stosunkach zmienić na kurs współpracy, wznosząc się ponad historyczne zaszłości. Polskie elity tą drogą nie poszły.
W 1999 r., w zastępstwie Prezesa NIK, uczestniczyłem w roboczym spotkaniu prezesów najwyższych organów kontrolnych państw aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej w Europejskim Trybunale Obrachunkowym w Luksemburgu. Grono w sumie około 10 osób, język roboczy angielski, bez tłumaczy. Okazało się jednak, że koledzy z niektórych NOK mają trudności w porozumiewaniu się tym językiem i dla nich jedynym wspólnym był język rosyjski. Pomagałem im więc w czasie spotkania jak mogłem. W przerwie podszedł do mnie Prezes ETO, prof. B. Friedmann, znany niemiecki polityk CSU i zagadnął:
– Widzę, że znasz język rosyjski.
– Trochę, – odpowiedziałem.
Friedmann zamyślił się i rzekł:
– Wy, Polacy macie dobrze. Wy znacie język i kulturę Rosji. Wam łatwo się z nimi porozumieć, a my musimy wszystkiego uczyć się od podstaw. Polska może odegrać bardzo ważną rolę w relacjach pomiędzy Unią i Rosją.
Polska miała swoje pięć minut, aby stać się rzeczywistym pomostem pomiędzy Unią i Rosją. Tych pięciu minut nie wykorzystała, stając twardo i zdecydowanie na antyrosyjskich pozycjach. Czy musiał prezydent Polski, Lech Kaczyński, nawoływać do konfrontacji z Rosją na wiecu w Tbilisi w 2008 r. dokładnie w chwili, gdy prezydenci Francji i Niemiec lecieli do Moskwy, aby w imieniu Unii Europejskiej szukać możliwości politycznego rozwiązania konfliktu rosyjsko – gruzińskiego? Miejsce Prezydenta Polski powinno być wówczas w samolocie do Moskwy, a nie w samolocie do Tbilisi.
Zawsze byli w Polsce rusożercy, tak samo jak polakożercy w Rosji. Nigdy jednak nie stanowili większości tych społeczeństw, które nie tylko z uwagi na poczucie słowiańskiej wspólnoty, ale również w imię zdrowego rozsądku, mówiącego, że z sąsiadami należy dobrze żyć, że przyjaciół należy szukać jak najbliżej a nie jak najdalej, pozytywnie odnosiły się i odnoszą do siebie. Należy więc postawić retoryczne pytanie: czyje interesy reprezentują polskie elity nakręcające antyrosyjskie nastroje, histerię wręcz, propagujące wątpliwe tezy o rosyjskim zagrożeniu, deprecjonując wszystko co choć trochę pachnie Rosją. Z pewnością nie interesy Polski i z pewnością nie interesy Unii Europejskiej. Odpowiedź na to pytanie jest oczywista: jedynym beneficjentem polskiej polityki w tym względzie są Stany Zjednoczone.
Jednym z pytań czekających na odpowiedź jest natomiast to, skąd bierze się ten konsekwentny antyrosyjski kurs USA. Reagan wygrał ekonomiczną i polityczną wojnę z ZSRR. Kampanię Reagana uzasadniano walką ideologiczną i odpowiedzialnością USA za światową liberalną demokrację. Dzisiaj po komunistycznej Rosji nie ma śladu, USA same odwróciły się od zasad liberalnego handlu nasilając gospodarczy interwencjonizm i szantaż w stosunkach międzynarodowych a i gwiazda amerykańskiej demokracji ostatnio przyblakła. Dlaczego więc Rosja nadal – jak za czasów Reagana – dekretowana jest jako „imperium zła”? Jakie cele strategiczne kryją się za tak konsekwentną postawą Wielkiego Brata?
Jeżeli Rosja sama w sobie jest wrogiem dla Stanów Zjednoczonych to oczywiście wszelki antyrosyjskie nastroje wokół rosyjskich granic są Białemu Domowi na rękę. A że CIA ma w tym obszarze ogromne doświadczenie i potrafi skutecznie kształtować takie nastroje, to dowiodła już wielokrotnie w przeszłości w różnych częściach świata, w tym i w Polsce. Jeżeli po lekturze „Zwycięstwo. Tajna historia świata lat osiemdziesiątych. CIA i Solidarność” P.Schweizera ktoś miał jeszcze wątpliwości co do agenturalnego charakteru NSZZ „Solidarność”, to powinien się ich ostatecznie wyzbyć po przeczytaniu najnowszego opracowania na ten temat: „A cover action. Reagan, the CIA and cold war struggle in Poland” S.G. Jonesa. Nie są zresztą Stany odkrywcze w takiej polityce. Starorzymska strategia „dziel i rządź”, skłócania „cywilizowanych” plemion afrykańskich czy amerykańskich, wykorzystywania lokalnych waśni dla własnych korzyści, była standardem również nowożytnych państw kolonialnych. Czy Polska nadal jest ślepym narzędziem Stanów Zjednoczonych w ich grze przeciwko Rosji? Polska nie jest formalnie kolonią USA, chociaż brutalna ingerencja ich nowego ambasadora w proces legislacyjny w Polsce, „zapraszanie” do konsultowania w ambasadzie projektów przyszłych ustaw „abyśmy mieli pewność, że przyniosą one wszystkim korzyść”, błaganie niemal polskiego prezydenta o stałe bazy wojskowe USA , przyznanie ponoć armii amerykańskiej prawa do swobodnego poruszania się po Polsce, wszystko to skłania do refleksji nad stopniem naszej realnej suwerenności.
Hasło Trumpa „America first!” nie jest – jak pokazuje każdy dzień – czczym zawołaniem. Znaczy ono dokładnie to, że liczą się tylko interesy Ameryki – tylko Ameryki, nikogo innego. Strategiczny sojusz z takim partnerem jest nazbyt ryzykowny, żeby nie powiedzieć nierozsądny. Polska płaci za niego nie tylko gospodarczym uzależnieniem się od USA, ale również pogorszeniem stosunków ze swoimi najbliższymi sąsiadami: z Unią Europejską i oczywiście z Rosją.
Przed nami ważne, przedwyborcze debaty o naszych sprawach wewnętrznych, ale też i o Unii Europejskiej i o polskiej polityce zagranicznej. Byłoby dobrze, aby wśród spraw, do których odnosić się będą ugrupowania polityczne była również sprawa perspektywy stosunków polsko – rosyjskich. Jeżeli tak się stanie, będzie to wielkim sukcesem Lecha Wałęsy.

 

Tekst ukazał się na blogu „Wołania na puszczy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *