Zimne ognie u Arnolfa Recenzja

…albo pochwała warsztatu

 

Najlepszym sprawdzianem jakości pracy teatru są spektakle, które oglądane po latach od premiery nie tracą świeżości. Nie wychodzą z nich szwy, koło zamachowe akcji działa bez zgrzytów, a kontakt z widownią rodzi się od pierwszej chwili. Taka właśnie jest „Szkoła żon” Moliera w inscenizacji Janusza Wiśniewskiego na malej scenie Teatru Powszechnego w Łodzi. Premiera spektaklu odbyła się cztery lata temu.

Teatrzyk Janusza Wiśniewskiego wygląda znajomo. Jednak na małej scenie łódzkiego Teatru Powszechnego zamiast jego ulubionego pudełka budy jarmarcznej mamy do czynienia z estradą otoczoną z trzech stron rzędami krzeseł na widowni – od frontu kilka długich rzędów, po bokach po trzy krótkie zestawy krzeseł.

Horyzont tworzy ciemna zastawka zwieńczona lampkami z jednym pośrodku wejściem-wyjściem i dwoma drewnianymi szafami z podciętymi po boku nogami. Aktorzy wchodzić będą także po bokach szaf, a wychodzić (niektórzy) nawet przez szafę, a także drzwiami do foyer. Estradę okalają u dołu lampki, to wyraźna pozostałość po budzie jarmarcznej. Na scenie stół z sutą zastawą, przygotowany do biesiadowania.

Przygasa światło i na dobry początek spektakl rozpoczynają jarmarczne efekty. Po kolei zapalają się ukryte na stole zimne ognie – błyskają gwiazdeczki-łątki, zaraz gasną z cichym sykiem, czuć lekki diabelski swąd. Pokaz mija szybko i zza środkowych drzwi wychylają się dwie siostrzyczki w kornetach przypominające makijażem kościotrupy albo diablice w przebraniu. Obiegają przestrzeń, myszkują, lustrują teren zastawionej już pułapki. Zaraz obywać się tu będzie polowanie na żonę, na posag, na ofiary grasującej śmierci.

W tym spektaklu Śmiercią jest bystry rudzielec, chłopak o świdrujących oczkach (znakomity w tej roli Jakub Firewicz), wiecznie spragniony jadła i napoju. Kiedy zasiada razem z biesiadnikami przy stole, nie może się nasycić, wciąż zmienia położenie stołu, jakby przystępował do następnej uczty, i wciąż pochłania nowe talerze jadła. Ale przede wszystkim spragniony jest kolejnej ofiary, jego głód jest głodem wampira, który niesie zagładę ludziom i światu. To Śmierć-entuzjasta swojej roboty, któremu zadawanie cierpień innym przynosi nieopisaną radość.

Nie trzeba nawet dodawać, że takich postaci jak Śmierć czy demoniczne paryżanki albo młodzi żołnierze na przepustce, szukający łatwej przygody (wśród których kryje się Horacy, konkurent Arnolfa do ręki Anusi) u Moliera nie ma. Janusz Wiśniewski zaludnia scenę wytworami swojej imaginacji, tworzy całe grupy bywalców paryskich tawern. Krążą tu nauczycielki muzyki, jakaś naguska, jakaś porzucona kobieta z wózkiem, wspomniane siostrzyczki, wojskowi. Ale nie ma pary służących zajmujących ważne miejsce w intrydze Molierowskiej. Służący bowiem (u Moliera) najpierw umożliwiają, a potem utrudniają schadzki Anusi z Horacym. Wiśniewski z ich obecności rezygnuje, cały ciężar walki o serce Anusi składając w ręce Arnolfa, który wychowuje sobie od lat przyszłą żonę wedle staroświeckich i bardzo patriarchalnych zasad. I oto już zwierza się Chryzaldowi, przyjacielowi, ze swego misternie przygotowanego planu: wkrótce weźmie zapłatę za trudy i pojmie za żonę swoją wychowanicę. Jaką? A taką:

Słowem, niech będzie z wszelkich rozumów obrana,
I dosyć będzie umieć mojej przyszłej żonie
Modlić się, kochać męża i prząść na wrzecionie.

Chryzald jednak sieje wątpliwości:

O żonie więc idiotce ty marzysz tak czule?

Chryzald (Dymitr Chołówko, nagrodzony przez łódzkich krytyków za tę rolę) nie wygląda apetycznie przy starannie ubranym, wyfrakowanym Arnolfie (Jan W. Poradowski), przypominającym nowobogackich z „Ziemi obiecanej” Reymonta (jesteśmy przecież w Łodzi). Chryzald ma podejrzaną powierzchowność, znoszone stroje, a przede wszystkim budzącą niesmak chustkę przewiązaną na szczęce. Cierpi katusze, które mu sprawia ból zęba – dolegliwość nieprzewidziana przez Moliera, ale wprowadzona przez reżysera, aby Chryzalda przywiązać do ziemi, uczynić postacią bliską rzeczywistości w przeciwieństwie do Arnolfa, który szybuje myślami ponad światem i wyobraża sobie świat na obraz i podobieństwo swych marzeń. A potem koszmarów. Bo kiedy okaże się, że Horacy (Damian Kulec), syn jego przyjaciela próbuje mu sprzątnąć sprzed nosa Anusię, budzi się w nim duch zemsty – w rojeniach gotów jest zabić Horacego, a usłużna Śmierć z rozkoszą podaje mu pistolet. Zobaczymy nawet tę scenę domniemanego zabójstwa. I choć to tylko majaki Arnolfa, to w ten sposób reżyser odsłania otchłanie zła, jakie otwierają się w człowieku, kiedy zawładnie nim ślepa namiętność.

Reżyser nie zapomina o Chryzaldzie i jego cierpieniach. Z odsieczą przybywa Śmierć jako diaboliczny dentysta. Przybywa z wielkim wiadrem, przeprowadza stomatologiczną diagnozę za pomocą szczypiec i dokonuje widowiskowej ekstrakcji. Wyrwany ząb z łomotem ląduje w wiadrze, które uradowana Śmierć z dumą unosi ze sceny. To jeszcze jedna z wielu scen-widziadeł, które tworzą dwuznaczne tło „Szkoły żon”, wydobywając z komedii Moliera jej dramatyczną podszewkę. Odnaleźć ją można w monologu Arnolfa, przygniecionego wiarołomstwem Anusi i przeczuciem straty, jaka może go wkrótce spotkać – u Moliera, zgodnie z teatralną konwencją, Arnolf zwierza się z tych wewnętrznych rozterek widzom, jest z nimi sam na sam. W spektaklu Wiśniewskiego monolog ten staje się spowiedzią, wyznaniem kierowanym do jednej z rozwiązłych Paryżanek o diabelskim wejrzeniu.

Nie przypadkiem. Bo choć wszystko kończy się tak, jak zaplanował Molier, to jednak tylko na pozór. Wprawdzie wielki manipulator Arnolf zostanie okpiony, ale czy Anusia wygrywa swój los? Kim jest Horacy? To nic dobrego. Czaruś, młodzian z przyklejonym wiecznie uśmiechem (jak celnie zauważył Łukasz Kaczyński w swojej recenzji: „Damian Kulec gra głównie uśmiechem, który nie chce zejść mu z twarzy – choć to nuży, trafnie buduje postać o lichej refleksyjności”) jest też niezłym graczem. Chętnie wyciąga ręce po pieniądze, po posag, gotów zresztą z Anusi zrezygnować, jeśli ojciec tak nakaże (jest grzeczny, bo uwiązany u ojcowskiej kieszeni). A co oferuje Anusi? Czy jego uczucie odbiega daleko od szybkich związków jego kompanów, którzy nawet wśród publiczności wymownymi spojrzeniami szukają przelotnego romansu. Grupa żołnierzy na przepustce, która przemyka się po scenie kilka razy w charakterystycznym rytmie końskiej przejażdżki, a na nieco dłużej zasiada na krzesłach po lewej stronie sceny, to świadomi swojej tężyzny fizycznej młodzieńcy. W ich głowach siedzi tylko polowanie na uciechy i demonstrowana próżność. Horacy do nich należy i nie wiadomo, jaki los czeka Anusię. Arnolf chciał uczynić z niej żonę na modłę swoich niedzisiejszych wyobrażeń, ale okazało się, że darzy ją autentycznym uczuciem. Horacy być może też, ale nie wygląda to zbyt poważnie. Kto wie, może wszyscy wychodzą z tej „Szkoły żon” przegrani: Anusia nieprzygotowana do prawdziwego życia, Horacy przypadkiem obdarowany żoną i pokaźnym posagiem, choć nie wiadomo, czy już chciał się żenić, i Arnolf pozbawiony oblubienicy i złudzeń.

Wszystko to wydarzyło się w ciągu jednej godziny. Janusz Wiśniewski pozostaje niezmiennie wierny swojej zasadzie skrótu – bezwzględnie wyrzuca wszystko to, co nie pasuje mu do koncepcji całości, a dodaje inne elementy. Nieomylnie poczynione skróty zachowały przejrzystość akcji sztuki, eliminując poboczne i mało zajmujące fragmenty, jak choćby nużące lekcje powinności małżeńskich.

Oglądałem ten spektakl cztery lata (z górą) po premierze. Powinien się trochę „rozeschnąć”, a tymczasem wygląda krzepko, a nawet sprawia wrażenie skutecznie podtrzymywanej świeżości. Teatr Powszechny trzyma to cacko Wiśniewskiego w swoim repertuarze i potrafi go oferować publiczności. Byłem na spektaklu przedpołudniowym, adresowanym do młodzieży szkolnej – rozpoczynał się o godzinie 11.00 Do teatru nadciągnęły klasy pod kierunkiem nauczycieli. Kierownik widowni płynnie rozsadził ich na sali.

Ileż to się w ostatnich latach nasłuchałem legend o cierpieniach młodych i starych, wojskowych i rolników, związkowców i młodzieżowców, milicjantów i oficjantów ciągniętych za włosy do teatrów w ramach rozmaitych akcji prowadzonych w latach PRL-u. Na szczęście nie wszyscy ulegli temu czarnemu PR-owi i potrafią (przynajmniej w łódzkim Teatrze Powszechnym) korzystać z narzędzi przyciągania publiczności do teatru.

Oprócz tzw. publiczności zorganizowanej było na widowni kilkanaścioro „dobrowolnych” dorosłych. Nie pogryźli się. Tego samego dnia aktorów czekał jeszcze jeden spektakl „Szkoły żon” – dla seniorów. Aktorzy grali (mówię o przedpołudniówce, ale jestem pewien, że i wieczorem było podobnie), nie szczędząc sił, dokładnie trzymając się partytury, ze starannością, jaka zawsze przystoi teatrowi, a w spektaklach Wiśniewskiego jest niezbędnym warunkiem powodzenia. Miałem wrażenie jakbym uczestniczył w premierze.

 

SZKOŁA ŻON Moliera, reżyseria, opracowanie tekstu, scenografia, kostiumy Janusz Wiśniewski, muzyka Jerzy Satanowski, choreografia Emil Orzechowski, charakteryzacja Dorota Sobak, Teatr Powszechny w Łodzi, spektakl w dniu 11 grudnia 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *