Tuż przed ciszą wyborczą, kiedy wszyscy kandydaci i ich apologeci oraz adwersarze będą próbowali do maksimum wykorzystać ostatnią kampanijną prostą, ja nie zamierzam zagrzewać do boju ani próbować bawić się we wróżkę z magiczną kulą. Zresztą, nie trzeba mieć specjalnie rozbudowanych profetycznych zdolności, żeby przewidzieć, że Sejm weźmie PiS, Senat nie wiadomo kto, a Lewica będzie miała trzeci wynik, co Państwa i mnie najbardziej chyba interesuje. Śmiem twierdzić, że wynik Lewicy będzie lepszy, niż ten sondażowy i dystans do Platformy nie będzie zbyt wielki. Pytanie, czy w przyszłym Sejmie będzie za to na tyle dużo przestrzeni, żeby cokolwiek z Platformą razem stworzyć. I czy w ogóle warto?

Mój kolega z kapeli na K. wokalista Kazimnierz, opowiedział mi niedawno historię sprzed lat. Dawno temu, kiedy był świeżo po wydaniu z grupą El Doopa (w której zresztą też razem występowaliśmy) płyty „A pudle?”, zaczepił go na ulicy pewien pan. Powiedział, że jego żona, radna Warszawy, bardzo zasromała się nad tekstem do utworu „Prohibicja”, w którym to piosenkarz-autor zawarł prześmiewcze słowa o tym, że „(…) Warszawscy radni to totalna bandyterka (…)” i że „(…) Radny kradnie, a całe miasto na dnie!”. Pan zaczepiający prosił Kazimnierza, żeby spotkał się z jego żoną-radną, ponieważ ta chce osobiście mu wyjaśnić, że nie jest tak, jak piosenkarz myśli, i że radni warszawscy są z gruntu rzeczy zupełnie inni, niż on śpiewa o nich w piosence. A jak nazwisko małżonki-zapytał Kazimnierz. Małgorzata Kidawa-Błońska-odparł małżonek. Ostatecznie do spotkania nie doszło. Kazik nie specjalnie miał na nie chęć, terminy się nie zgrały i nie usłyszał niestety, co do powiedzenia o stołecznym samorządzie miała ówczesna radna, a dziś, kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera. Przytaczam Państwu tę historię po to, ponieważ, w moim mniemaniu, dobrze oddaje myślenie opozycyjnej Obywatelskiej Platformy o polityce, sposobie jej prowadzenia i nadawania tonu publicznemu dyskursowi.
Przy całej, nieskrywanej sympatii dla lewicowej myśli i sposobu postrzegania świata, to nie SLD, Razem i Wiosna mogły odgrywać rolę głównego recenzenta władzy i to nie Lewica miała szansę na pokazanie Polakom tego, że życie bez PiS-u jest w tym kraju możliwe. Przez ostatnie 4 lata na opozycji rządziła Platforma. Niestety, robiła to na tyle nieudolnie, że nie wiadomo do dziś, co tak naprawdę chciała zaproponować Polakom, oprócz straszenia PiS-em i Kaczyńskim. Nie było w myśli platformianej żadnej akcji, ponieważ zawsze cechowała ją reaktywność. Żadnych propozycji progresywnych, jeno sama reakcja na to, co mówił i robił PiS. Ciągle tylko krytyczna szkoła i takaż sama filozofia. Jak w historii z piosenką. Rana warszawska czuje, że powinna zabrać głos, kiedy artysta zabrał głos tydzień wcześniej.
Platforma miała środki, czas oraz przestrzeń publiczną, żeby spróbować choćby postarać się o własną wizję Polski. Na początku żywota w opozycji nawet próbowała; inicjowała spotkania, aktywizowała Instytut Obywatelski, ale po paru nieudanych próbach stwierdziła, że to wszystko na nic i że należy wrócić do starej, sprawdzonej metody straszenia ludzi Kaczyńskim. I do sposobu zarządzani partią i jej ludźmi, jak pionkami na planszy do „Chińczyka” – patrz: taśmy Neumanna. To, w jaki sposób zaprzepaściła swoją szansę i roztrwoniła społeczne zaufanie, dziś, w przeddzień wyborów, może być dla Lewicy nauczką odbieraną w dwójnasób. Po pierwsze, żeby zamiast straszyć wyborców kim lub czymkolwiek, spróbować dać im wybór; roztoczyć przed nimi wizję innego, niż pisowski, czarno-biały świat. Nie hamletyzować jak Platforma, nie być jak Nike, która się waha, bo taka była od zawsze PO. Chciała być pro i chce nadal, a na twarz kampanii obiera sobie Lecha Wałęsę, który ciągnie ją na dno z całą siłą swoich dyrdymałów, gdzie jeden jest gorszy od drugiego.
Druga przestroga tyczy się przyszłej bytności Lewicy w Sejmie; gdyby przypadkiem stało się tak, że zaistniałaby szansa, żeby stworzyć szeroką koalicję i odsunąć PiS od władzy, warto zastanowić się kilkukrotnie, czy ubijanie z Platformą czego innego niż mucha w toalecie, jest dla Lewicy do zaakceptowania. I czy przypadkiem, przy próbie tłumaczenia ewentualnej kolacji wyborcom dobrem Polski i historyczną powinnością, gdzieś tam, między oczami a ustami, nie wynicowuje się liderom Lewicy drewniany nos. Wchodzenie w układy z Platformą Schetyny i Neumanna grozi utratą życia lub zdrowia, a już na pewno ludzi. Proszę o tym pamiętać.
Tymczasem, ja biorę lejce na reset i jadę w Karkonosze, połazić trochę po górach. Tyle dla siebie i dla bliskich mogę dzisiaj zrobić. W poniedziałek może nas co prawda boleć głowa, ale na szczęście w górach kac przechodzi równie szybko, jak się pojawia. Przynajmniej dotychczas tak było.
Jarek Ważny