Kapsułki pamięci

Krzysztof Lubczyński
Kapsułki pamięci

Kapsułki

Piotr Tymochowicz

Nawet nie wiem, co się dziś dzieje z Piotrem Tymochowiczem, który miał swego czasu poważne kłopoty z prawem, ale dobrze pamiętam okres, gdy był celebrytą zapraszanym do telewizji. Uchodził za czołowego polskiego specjalistę od marketingu politycznego, dziś nazywanego „piarem”. Był polskim odpowiednikiem Jacquesa Séguéla, sławnego francuskiego mistrza w tej branży. Podobno to Tymochowicz wylansował Andrzeja Leppera. To był powód, dla którego poprosiłem go o wywiad, na co bez problemu się zgodził. Zaprosił mnie na jakiś odległy Żoliborz, ale ani do kawiarni ani do prywatnego mieszkania, lecz do jakiegoś biura, gdzie prowadził jakieś zebranie. Po spotkaniu uczestnicy zaczęli się rozchodzić, a Tymochowicz powiedział mi, że do rozmowy usiądziemy w hotelu „Sobieski”, gdzie z kimś jeszcze jest po mnie umówiony. Zaprosił mnie do swojego wypasionego wozu i gdy do niego wsiadłem na przednim siedzeniu obok kierowcy, pojawił się drugi pasażer, który usiadł za mną, na tylnym siedzeniu. Gdy obejrzałem się, aby się z nim przywitać i gdy wyciągnęliśmy do siebie dłonie, rozpoznałem w nim (mam „fotograficzną” pamięć do twarzy), głośną postać skazanego za makabryczne morderstwo, połączone z ucięciem głowy, po kilku latach odsiadki ułaskawionego, Sławomira S. Sławomir S. stał się też pierwowzorem jednej z głównych postaci głośnego filmu Krzysztofa Krauze „Dług”, opartego na tej głośnej kryminalnej historii. Uścisk jego dłoni wywołał we mnie pewnego rodzaju, osobliwe zaciekawienie, jako że była to ręka mordercy. Dla jasności: nie miało to nic wspólnego z jakimś „oporem moralnym”, który uważam za kabotynizm. Po prostu zagrała moja wyobraźnia – swoiste upodobanie do niesamowitości i dreszczyku. Wyobraźnia, żywiąca się fantazjami i skojarzeniami czerpanymi z filmów, wywołała we mnie rozmaite asocjacje w trakcie dość długiej w końcu trasy z Żoliborza na plac Zawiszy na Ochocie, gdy za swoją szyją miałem wspomnianego Sławomira. Tymochowicz i Sławomir S. przez całą drogę rozmawiali jak dobrzy znajomi, ja do rozmowy się nie włączałem. Po dojechaniu do „Sobieskiego” Sławomir S. pożegnał się z nami i ponownie uścisnęliśmy sobie ręce. Za pierwszym i za drugim uściskiem moją uwagę zwrócił chłód jego lekko wilgotnej dłoni, mimo że była to letnia pora. Z Tymochowiczem weszliśmy do hotelowej kawiarni i usiedliśmy przy stoliku. Mój rozmówca zamówił dla siebie ogromny puchar wielosmakowych lodów, obłożonych obficie owocami, tak zwanymi tropikalnymi, wiórkami czekoladowymi i ciasteczkami, oblanych polewą czekoladową, coś w rodzaju tortu lodowego. Ja nie złożyłem żadnego zamówienia i przystąpiliśmy do rozmowy. Tymochowicz odpowiadając na moje pytania, jednocześnie z apetytem i entuzjazmem łakomego dziecka pochłaniał barwną górę lodowo-owocową. Patrzyłem na te jego lody i przyszły mi do głowy jakieś dziwaczne skojarzenia, lokujące się między barwami i smakami tych lodów, a niedawno poznaną postacią Sławomira S. i chłodem jego dłoni. Skojarzenia groteskowo-makabryczne zdecydowanie w stylu hardcore.

Piotr Dejmek
Przeglądając kiedyś program telewizyjny zauważyłem zapowiedzianą w TVP 2 emisję filmu „O dwóch takich co ukradli księżyc” reżysera o królewskim nazwisku Jan Batory, z braćmi Kaczyńskimi w rolach tytułowych. Emisja nie doszła do skutku. Zdziwiło mnie to, bo choć był rok 2006 i pierwsze rządy PiS, to nie sądziłem, że ten często pokazywany w telewizjach film może być dla kogokolwiek kontrowersyjny. Napisałem więc krótki złośliwy komentarzyk z sugestią, że dyrekcja TVP 2 wykazała się tchórzliwą nadgorliwością. Nazajutrz, ledwo zdążyłem osadzić się przed kompem przy moim redakcyjnym stoliku w „Trybunie”, gdy zadzwoniono z sekretariatu dyrektora TVP 2. Po sprawdzeniu moich personaliów sekretarka rzekła: „Łączę pana z dyrektorem Dejmkiem”. Nazwisko mnie zelektryzowało. Po pierwsze dlatego, że bardzo ceniłem (nie ja jeden) jego ojca, Kazimierza Dejmka, wielkiego, już wtedy nieżyjącego człowieka teatru, owianego legendą inscenizatora sławnych „Dziadów” w Teatrze Narodowym, których zdjęcie z afisza sprowokowało wydarzenia marca 1968 roku. Także dlatego, że znałem jako widz Piotra Dejmka, aktora (m.in. ze „Szpitala Przemienienia” Edwarda Żebrowskiego i z serialu „Komediantka”), a nadto nie miałem pojęcia, iż jest on dyrektorem TVP 2. Mając w pamięci znany, „twardy” sposób wysławiania się jego ojca, spodziewałem się i z jego strony jakiejś pyskówki. Tymczasem dyrektor, młody Dejmek przywitał mnie uprzejmie i zaprosił na rozmowę na Woronicza, dając delikatnie do zrozumienia, że żywi w stosunku do „Trybuny” co najmniej życzliwe zainteresowanie. Następnego dnia pojawiłem się w jego gabinecie. Z miejsca wyjaśnił mi przyczyny zdjęcia filmu tego dnia z anteny. Niestety nie pomnę treści jego argumentacji, ale pamiętam, że okazała się dla mnie przekonująca i raczej czysto techniczna. Przy okazji podjąłem temat jego ojca, jego działalności teatralnej i politycznych losów (jako prawdziwie ideowy socjalista był przez kilka lat ministrem kultury i sztuki w rządzie SLD-PSL). Rozmawiało się nam, na różne skądinąd tematy, tak dobrze, że zaprosił mnie na ponowne spotkanie, wykorzystując jako pretekst zapowiedź, że chciałby mi sprezentować jakiś podarunek. Kiedy ponownie pojawiłem się na umówione spotkanie, wręczył mi płytę z telewizyjnym filmem z cyklu „opowieści niezwykłych”, „Mistrzem tańca” w reżyserii Jerzego Gruzy. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że rozmawialiśmy o tym cyklu, a ja wyraziłem żal, że brak mi kilku filmów z tego cyklu swoim zbiorze. Dejmek zapamiętał to i sprezentował mi kopię z telewizyjnego archiwum. Ten bardzo miły gest potwierdził po chwili propozycją, abyśmy zwracali się do siebie po imieniu (był tylko minimalnie starszy ode mnie). Później rozmawialiśmy z Piotrem jeszcze kilka razy, ale ostatnie spotkanie mną wstrząsnęło. Było to przed wieczorem poświęconym Kazimierzowi Dejmkowi, w siedzibie „Agory” przy Czerskiej. Piotr mówił metalicznym głosem jak z syntezatora. W jego szyi był otwór opatrzony rurką trachetomijną, był bowiem ciężko chory na nowotwór krtani. Niestety, wkrótce umarł, ledwo przekroczywszy pięćdziesiątkę. Bardzo żałuję.

Józef de Visconti
W zimową, śnieżną niedzielę 1996 roku wybrałem się, jako dziennikarz „Dziennika Wschodniego” w Lublinie na tamtejszy, lokalny zjazd Unii Wolności, który odbywał się w budynku lubelskiego MPWiK przy Alejach Zygmuntowskich. Kręcąc się po wypełnionych przybyłymi kuluarach, zajrzałem do listy delegatów i moją uwagę przyciągnęło jedno nazwisko: brzmiało ono Józef Chellali de Visconti. Skąd w zimowym Lublinie nazwisko, które nosił sławny reżyser filmowy Luchino Visconti, wielkie nazwisko arystokracji włoskiej, do tego kojarzące się z gorącą Sycylią? Poprosiłem znajomego działacza o wskazanie mi owego Viscontiego. Poprowadził mnie do niego i poznaliśmy się. Był to młody, dwudziestokilkuletni człowiek i trzeba przyznać, że wyglądem zewnętrznym południowego Włocha idealnie wpisywał się w brzmienie swojego nazwiska: kruczoczarne włosy, czarne, błyszczące oczy przy bladej cerze i wysokiej, szczupłej sylwetce. Zapytałem, jakie więzi łączą go ze słynnym arystokratycznym rodem włoskim. Odpowiedział, że jego ojciec jest z rodu Viscontich, ale matka Polką i że bywał kilkakrotnie w rodzinnym pałacu na Sycylii. Uznałem to spotkanie za dziennikarską gratkę i poprosiłem go o wywiad. Spotkaliśmy się kilka dni później. Od razu uderzyła mnie jego nieskazitelna uprzejmość i kultura w sposobie bycia. Opowiedział mi sporo ciekawych, nieraz anegdotycznie brzmiących historyjek z jego pobytów u rodziny ojca, w szczególności dotyczących specyficznych obyczajów tego rodu, które zresztą budziły w nim krytycyzm i dystans. Józef de Visconti, choć studiował medycynę, interesował się polityką i to zaprowadziło go do działalności politycznej w lubelskiej UW. Gdy wspomniałem, że jako dziennikarz przeprowadzam od czasu do czasu wywiady z politykami i że jestem umówiony z Mieczysławem F. Rakowskim, Visconti, zeletryzowało go to i powiedział, że fascynuje go ta postać, że czyta kolejne tomy jego dzienników i chętnie by go poznał. Zaproponowałem więc, by wybrał się ze mną do Warszawy i wtedy Rakowskiego pozna. Na wywiad z MFR umówiony byłem w kawiarni hotelu „Polonia” przy Alejach Jerozolimskich. Gdy przedstawiłem mu Viscontiego, on z kolei zareagował dziennikarskim zainteresowaniem i nie tylko wypytał go o to i owo, ale zaproponował, żeby towarzyszył nam przy wywiadzie. Przeprowadziłem więc wywiad z MFR w obecności Viscontiego, który z uwagą nam się przysłuchiwał. MFR, wiedząc już, że nasz młody znajomy debiutuje w polityce, zaproponował mnie i jemu napisanie czegoś do miesięcznika „Dziś”, który naówczas redagował. Tak zaczęła się moja kilkunastoletnia współpraca z „Dziś”, a co do Viscontiego, to mam wrażenie, że jeden jego tekst opublikowano, ale mogę się mylić. Na tym jednak poprzestał, w polityce nie pozostał, więc nie było i nie ma ma w Sejmie posła ani Senacie senatora RP z Viscontich rodem.

Autokorekta
W świątecznym wydaniu „Dziennika Trybuna”, w tekście kolejnego odcinka kapsułek „Pamięci” napisałem omyłkowo, że Maria Rydlowa była wnuczką Lucjana Rydla, pierwowzoru postaci „Pana Młodego” z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. W rzeczywistości była żoną wnuka Lucjana Rydla. Za omyłkę przepraszam.

Krzysztof Lubczyński

Poprzedni

Sadurski na Trzech Króli

Następny

Fejk niusy