Ten przerażający, wspaniały P.K. Dick

Krzysztof Lubczyński
Ten przerażający, wspaniały P.K. Dick

Już sama tylko lista tytułów powieści i opowiadań Philipa K. Dicka (1928-1982) wraz z listą ich polskich przekładów i wydań, zajmuje w wikipedii ponad dwadzieścia stron. Pisał od 1953 roku, ale sławę (lecz jeszcze nie sukces finansowy, osiągnięty dopiero pod koniec życia) przyniosła mu dopiero powieść „Człowiek z Wysokiego Zamku” (1961). Był jednym z najpłodniejszych i najpoczytniejszych pisarzy w dziejach literatury, porównywalnym z takimi żyjącymi kolegami i koleżankami po profesji, jak Stephen King czy J.K. Rowling. Pozostaje też do dziś jednym z najbardziej inspirujących autorów prozy fantastyczno-naukowej, uważanym także za wybitnego kontynuatora, w ramach gatunku science fiction, stylu weird fiction, odznaczającego się atmosferą upiorną, dziwaczną, niesamowitą, a tym samym kontynuatorem takich autorów jak Ambrose Bierce, Howard P. Lovecraft czy Walter de la Mare (polskim mistrzem tego gatunku był Stefan Grabiński).

To na motywach jego prozy powstał w 1982 roku słynny „Blade Runner”, znany w Polsce pod tytułem „Łowcy androidów”, zekranizowany w 1982 roku przez Ridleya Scotta, który otworzył nową epokę w dziejach kina popularnego. To od niego wywodzą się takie pojęcia jak „Władca umysłów” czy „Pamięć absolutna”, będące także tytułami sławnych i kasowych ekranizacji jego powieści. Siła inspiracyjna tego pisarza o sylwetce i biografii hardcorowej (alkoholizm, liczne dziwactwa, podejrzenia o narkomanię i chorobę psychiczną, czy do jego legendy należący motyw niewiary w istnienie Stanisława Lema, którego uważał za akronim (LEM) grupy pisarzy komunistycznych mających cele dywersyjne w stosunku do USA, czego skutkiem było złożenie donosu do FBI) była i ciągle pozostaje ogromna, z wpływem na teatr włącznie. Ursula le Guin nazywała go „amerykańskim Szekspirem”, ktoś inny – „amerykańskim Borgesem”, a polski autor i znawca gatunku Lech Jęczmyk – „amerykańskim Dostojewskim”. Powstało też pojęcie „dickian” (dickianizmu) określające jego styl oraz legion autorów-naśladowców. Jedni uważali go za pisarza mieszczącego się jednoznacznie w tradycjach klasycznego gatunku s.f., inni za twórcę postmodernistycznego, jedni za użytkowego autora niesamowitych fabuł dla masowej publiczności, inni za pisarza-filozofa-psychologa-antropologa. Pasjonowała go natura rzeczywistości, natura człowieka i jego stosunek do religii. Z tego powodu niektórzy uważali, że forma gatunku s.f. jest jedynie maską użytą przez Dicka.
Tom „Opowiadania najlepsze” poznańskiego wydawnictwa „Rebis” z kapitalną ilustracją na okładce, autorstwa Igora Morskiego, zawiera 19 utworów. Posłowie autorstwa samego Dicka pokazuje, jakim był fascynatem gatunku, jak bardzo był zanurzony, zaangażowany intelektualnie i emocjonalnie w swoje pisanie, które stało się formą jego życia. Poza uwagami o gatunkowej przewadze formy opowiadania nad powieścią, formułuje w nim uwagi o swojej prozie, a nawet, co rzadkie u pisarzy i nieco ekscentryczne, sam podsuwa czytelnikowi nieszablonowe interpretacje swoich nowel. Na przykład o pierwszym w kolejności w tomie opowiadaniu „Gdzie kryje się wub” napisał tak: „Pierwsze opowiadanie, które opublikowałem w najbardziej zresztą koszmarnym ze wszystkich groszowych czasopism, jakie wówczas można było dostać w stoiskach, „Planet Stories”. Kiedy przyniosłem cztery egzemplarze do sklepu z płytami, w którym pracowałem, właściciel spojrzał z niekłamanym przerażeniem najpierw na mnie, potem na czasopisma i zapytał: „Phil, czytasz takie rzeczy?”. Musiałem przyznać, że nie tylko czytam. Również piszę”. O opowiadaniu „Roog” napisał, że „je uwielbia”, a o „Fałszywym człowieku”, że jest „cholernie nowatorskie”. O „wariancie drugim” – że jest w nim „mój naczelny temat – kto jest człowiekiem, a kto jedynie z pozoru przypomina (udaje) człowieka”. Odnosząc się do „Wypłaty” zwraca uwagę na to, że „zdarzają się w naszym życiu chwile, kiedy posiadanie dwucentówki na rozmowę telefoniczną stanowi między życiem a śmiercią” (czyż nie przypomina się „Filozofia przypadku” Lema?), i gdy drobne i pozornie bezużyteczne przedmioty (…) nabierają poważniejszego znaczenia”. Interesującą uwagę czyni na marginesie opowiadania „Kolonia”, pisząc o „ponurym spisku przedmiotów przeciw ludziom” i że „w zakończeniu opowieści zawarł ostateczny triumf zdradzieckich przedmiotów nad niewinnymi ludźmi”. Pisana w maju 1976 roku uwaga wydaje się szczególnie przenikliwa i profetyczna wobec dzisiejszych spekulacji na temat tego, co może nam przynieść sztuczna inteligencja. „Śniadanie o zmierzchu” wprost streszcza w jednym zdaniu: „Siedzisz w swoim domu, a nagle żołnierze wyważają drzwi i przekonują cię, że oto znalazłeś się w samym środku III wojny światowej”. I ta uwaga, poczyniona w jednym z relatywnie najspokojniejszych lat XX wieku pokazuje siłę niespokojnej wyobraźni Dicka. „Kopia ojca” dotyka dwoistości natury ludzkiej („Doktor Jekyll i pan Hyde” R.L. Stevensona?). Świadectwem niebywałej wręcz wyobraźni Dicka jest taka oto uwaga na temat opowiadania „Serwisant”: „Nigdy nie wydawało mi się, że to jakiś szczękający metalem potwór będzie kroczył po Piątej Avenue pożerając Nowy Jork; zawsze obawiałem się mojego własnego odbiornika telewizyjnego albo żelazka czy tostera, który w prywatnym zaciszu mojego mieszkania, kiedy wokół nie będzie nikogo, kto mógłby przyjść z pomocą, oznajmią mi, że skończyło się, a oto jest lista reguł, których muszę odtąd przestrzegać”. Czyż to nie prefiguracja rozmaitych dzisiejszych filmów o „transformersach i tym podobnych tworach, godna podziwu tym bardziej, że sformułowana 45 lat temu, gdy tego typu kino nikomu jeszcze się nie śniło. „Autofab” to jedno z najwcześniejszych ostrzeżeń ekologicznych, czyli rzecz z dzisiejszego naszego punktu widzenia prorocza. W „Elektrycznej mrówce” Dicka zastanawiał się, „do jakiego stopnia to, co nazywamy rzeczywistością, naprawdę istnieje poza naszymi głowami?” (odzywa się XVIII-wieczny biskup-filozof George Berkeley). Autor tekstu o opowiadaniach Dicka John Brunner („Rzeczywistość Philipa K. Dicka”) napisał o nim, że to pisarz „par excellence”, czyli taki, który potrafił sprawić, że opisywane przezeń światy wydają się realne. Mogą być absurdalne, nielogiczne, niewiarygodne … ale nie sposób przekonać się o tym, póki nie skończy się czytać”. Zwraca też uwagę na fizyczną, wizualną okropność otaczającego nas świata. „Nie jest to przyjemny ani pociągający świat”.
Pisarstwo Dicka dalece przekracza granice, formy, style, motywy gatunku science fiction. Jeśliby szukać dla niego współczesnego, gatunkowego odpowiednika, to na pewno można by wskazać Stephena Kinga, ale być może – paradoksalnie – tym odpowiednikiem, „Dickiem naszych czasów” można by określić w większym stopniu Michela Houellebecqa. Co prawda nie uprawia on literatury s.f., nie napisał ani jednego utworu w tym gatunku, lecz obu tych pisarzy, reprezentujących różne pokolenia, łączy kilka co najmniej wspólnych cech czy podobieństw. Obaj pomieścili swoje wizje i opowieści, swoje niepokoje egzystencjalne, cywilizacyjne, moralne w przestrzeni popularnych gatunków literackich – Dick w ramach science fiction, fantastyki, Houellebecq w ramach mixu gatunkowego zlepionego z konwencji powieści kryminalnej, obyczajowej, erotycznej itp. Obaj wyrażają niepokoje współczesnej nam epoki, do której rok śmierci Dicka, 1982, w końcu trzeba zaliczyć, choć wiele się zmieniło. Obaj są „ekspresjonistami”, wyrażającymi się w sposób mocny, jaskrawy, gwałtowny, często paradoksalny, sarkastycznty, bez estetycznego pardonu. Obaj są praktycznymi filozofami w literaturze, filozofami w najbardziej pojemnym tego słowa znaczeniu.
Wspomniany John Brunner napisał: „Ze wszystkich powieści, którymi raczyłem ludzi, aby ich nawrócić na czytanie s.f., największy sukces odniosły dwie: „Ziemia trwa” George R. Stewarta oraz „Człowiek z Wysokiego Zamku” Philippa K. Dicka. Dick jest tak dobry w spełnianiu tego zadania, że potrafi przedrzeć się przez ograniczenia wiążące każdą duszę”.
O twórczość Philipa K, Dicka dotąd jedynie sporadycznie się ocierałem. Po lekturze „Opowiadań najlepszych” i autoegzegezy samego pisarza, nawróciłem się na czytanie, nie wiem czy s.f. w ogólności, ale na prozę Dicka na pewno.
Philip K. Dick – „Opowiadania najlepsze”, przekł. Jan Karłowski, Tomasz Oljasz, Janusz Szczepański, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2021, str. 533, ISBN 978-83-8188-337-5

Poprzedni

Sadurski na dzień dobry

Następny

Na orbicie Borgesa