Uwagi reżysera plus własna wyobraźnia

Z MARCINEM DOROCIŃSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Marcin Dorociński – ur. 22 czerwca 1973 w Milanówku, jeden z najpopularniejszych i najbardziej wziętych aktorów średniego już pokolenia. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie (1997). Rola podkomisarza Sławomira „Despero’ Desperskiego w kryminalnym filmie sensacyjnym Patryka Vegi PitBull (2005) przyniosła mu nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego i nagrodę Jantar’2005 za najlepszą rolę męską na Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” w Koszalinie. Za rolę gangstera Fabiana ‚Fabio’ Sawickiego w filmie Macieja Wojtyszki Ogród Luizy (2007) został uhonorowany nagrodą na 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zagrał też m.in. Lulka w „Przedwiośniu” w reż. F. Bajona (2001), komisarza Wilka w „Vinci” w reż. J. Machulskiego (2004), Anioła Zła we „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” w reż. M. Koterskiego, „Wydrę w „Obławie” (2012), policjanta w „Drogówce” w reż. W. Smarzowskiego (2012), a także m.in. tytułową rolę w filmie „Jack Strong” Władysława Pasikowskiego (2014 ).

 

 

W 2005 roku był Pan laureatem najbardziej prestiżowej nagrody dla młodych aktorów – Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Czy to dla Pana już odległa przeszłość, czy nadal bieżące zobowiązanie?

Jest to już trochę odległe, bo minęło już osiem lat, a poza tym staram się nie oglądać za siebie. Lubię na te figurkę popatrzeć dla przywołania przyjemnych wspomnień chociaż uważam, że filmów nie robi się dla nagród.

 

Co jest najważniejsze?

Każdy film to spotkanie z fascynującymi ludźmi. Gdy myślę o tej nagrodzie, to myślę głównie o „Pitbullu”, bo za niego dostałem tę nagrodę. To był moment przełomowy w moim życiu. Spotkałem kilka bardzo dla mnie ważnych osób, którym wiele zawdzięczam.

 

Nie pochodzi Pan z rodziny ani zamożnej ani o tradycjach artystycznych. Imał się Pan różnych zajęć, był Pan sprzedawcą, ochroniarzem, kelnerem Co Pana popchnęło w stronę aktorstwa?

W technikum w Grodzisku Mazowieckim zostałem wciągnięty do udziału w szkolnych akademiach. Zainspirowała mnie nauczycielka historii pani Izabela Kust i pani Ewa Różbicka, która przygotowywała grupkę młodzieży do egzaminu do szkoły aktorskiej, a także jeden z moich przyjaciół.

 

Zagrał Pan w bardzo wielu serialach, w wielu filmach. Należy Pan do najpopularniejszych i najbardziej wziętych aktorów polskich, niedługo widzowie zobaczą Pana w roli pułkownika Kuklińskiego. Wspomina Pan czasem okres po studiach, kiedy grał „po bożemu” klasykę w teatrach?

Czasem wspominam. Na początku to była prawie sama klasyka. Moją rolą dyplomową w warszawskiej Akademii Teatralnej był Kreon w „Antygonie” Sofoklesa.

 

Za którą nagrodzono Pana na festiwalu szkół teatralnych. Debiutował Pan w 1997 roku w Teatrze Dramatycznym, jeszcze wtedy bardzo renomowanym, jako Lucencjo w „Poskromieniu złośnicy” Szekspira…

Tak, w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Miłe wspomnienie. Potem był jeszcze Antinous w „Powrocie Odysa” Wyspiańskiego w reżyserii Krystiana Lupy i kapitan Macheath w „Operze żebraczej” Vaclava Havla. Jak widać, bardzo wysoka literacka półka.

 

Potem były już same teksty współczesne. Naliczyłem, że od tamtego czasu, czyli dokładnie od 10 lat, zagrał Pan zaledwie osiem ról, z tym, że ostatnią w ubiegłym roku, w „Marylin Mongoł” Nikołaja Kolady w Teatrze Ateneum w reżyserii Bogusława Lindy. Czas pochłonął Panu film i seriale?

Tak. Pochłonęły mnie maksymalnie. Sam się sobie dziwię, że znalazłem czas na kilka ról teatralnych. Także w Teatrze Telewizji…

 

…w którym zadebiutował Pan w 1996 roku w wielkiej klasyce i to bardzo starej daty, bo jako Rodrygo w „Cydzie” Wyspiańskiego w reżyserii Krystyny Jandy.

Pięć lat później pani Krystyna zaprosiła mnie do roli Topolnickiego w „Klubie kawalerów” Michała Bałuckiego, też w Teatrze Telewizji. Potem kilka ról w realizacjach tekstów współczesnych, ostatnio w zeszłym roku jako Selznick w „Księżycu i magnoliach” w reżyserii Macieja Wojtyszki.

 

Zadebiutował Pan w filmie w 1996 roku, jeszcze bez obecności w czołówce, w głośnej, skandalizującej „Szamance” Andrzeja Żuławskiego…

To maleńka rólka studenta, drobna wprawka zawodowa. Widocznie wyglądałem na studenta, bo w tym samym roku wystąpiłem jako student w moim debiutanckim serialu „Dom”.

 

W chwilę potem była „Ekstradycja 3”, gdzie Pana jeszcze mało znane nazwisko pojawiło się jako „Dorosiński”, przez „s” a potem „Rodzina zastępcza”, w „Sforze”, „Fala zbrodni”, „Na dobre i na złe” i mniejsze czy większe zadania w innych serialach. Ostatnio zagrał Pan w „Głębokiej wodzie”. To nietypowy serial, mało celebrycki, nie o gangsterach, policjantach ani o klasie średniej, ale o ludziach pokrzywdzonych przez los i ich opiekunach, także nie należących do warstwy uprzywilejowanej.

Magda Łazarkiewicz zaprosiła mnie do współpracy w serialu o sprawach trudnych i wartych pokazania. Myślę, że taki serial jest potrzebny, bo opowiada o zwykłych ludziach, o ich życiu nie zawsze ładnym, kolorowy, wesołym i dostatnim, częściej trudnym, nieraz dramatycznym.

 

Takie role postaci mało efektownych, bez poloru, rzadko przysparzają popularności aktorom, którzy są pokazywani przez media jako ludzie celebryckiego sukcesu…

Ja nie mam o aktorach w Polsce, czy o sobie przekonania, że wszyscy są pełni poloru, barwni na co dzień. Zawsze jest tak, że na próbach omawia się charakter danej postaci. Zawsze jest korzystniej dla aktora, gdy zna prawdziwe problemy życiowe. Wtedy łatwiej o osiągnięcie autentyzmu roli. To akurat nie jest dla mnie trudne. Moje życie na przykład, zwłaszcza kiedyś, dalekie było od jakiegokolwiek poloru.

 

W serialu pojawiło się kilka aktorek średniego i starszego pokolenia, m.in. Teresa Budzisz-Krzyżanowska czy dawno nie widziana Marta Klubowicz

Pani Teresa Budzisz-Krzyżanowską była moją profesorką w szkole. Spotkać świetnego aktora i wspaniałego człowieka w pracy, to wielkie szczęście. Ja miewam to szczęście, żeby spotykać takich ludzi. Zawsze można się czegoś nauczyć. Kilku takich ludzi bardzo mi pomogło.

 

Jest Pan laureatem kilku nagród indywidualnych. „Głęboka woda” zdobyła natomiast kilka nagród, w tym Nagrodę Prix Italia dla najlepszego serialu telewizyjnego. Jak Pan to odebrał?

Skoro praca została doceniona, to oznacza, że warto było to robić. To wielki sukces wszystkich, którzy pracowali przy tym serialu i pracują teraz przy drugiej części. Największe podziękowania i słowa pochwały powinny iść do Magdy Łazarkiewicz, która od samego początku wierzyła w ten projekt i choć jej nie było łatwo to wierzyła, że warto taki serial robić. Serial, który nie jest mega błyszczący, tylko mówi o sprawach trudnych. Pochylamy się tu nad prostymi ludźmi i jest to nie do przecenienia.

 

Zagrał Pan jedną z głównych ról w serialu sensacyjnym, polsko-brytyjskiej koprodukcji „Szpiedzy w Warszawie”. Jak do tego doszło?

Zaproszono mnie na zdjęcia próbne. Przeczytałem scenariusz i stwierdziłem, że to rzeczywiście bardzo ciekawa propozycja. Po zdjęcia próbnych zatelefonowali do mnie z informacją, że to ja będę grał pułkownika Pakulskiego.

 

Pomogła Panu pamięć lektur książek czy obejrzanych filmów o tematyce szpiegowskiej?

Nie, ponieważ, przyznam się, że nie jestem ani miłośnikiem tematyki, ani czytelnikiem czy widzem takiej produkcji. Na dobra sprawę zetknąłem się z nią bliżej po raz pierwszy właśnie czytając ten scenariusz.

 

Czym się różni praca w filmie realizowanym polskimi siłami, od takiej produkcji z udziałem BBC?

Nie różni się jakiś specjalny sposób. Poza tym spora część ekipy składała się z Polaków. Na przykład szefem pionu kamerowego był Polak. Znałem mnóstwo ludzi z poprzednich realizacji, więc nie czułem się obco, nieswojo. Jedyna bariera, to była właściwie bariera językowa, która jest jednak do pokonania. W swoim życiu pracowałem już za granicą, więc i tutaj nie czułem się jakoś obco.

 

Pana bohater chodzi w szykownym mundurze przedwojennym, ma gustowny wąsik. Uzyskanie aktorskiego efektu takiej staromodności przedwojennej było trudne?

Wiele rzeczy było napisanych w scenariuszu i dużo czasu spędziliśmy z panią reżyser na opowiedzeniu sobie, jaki to jest człowiek. Natomiast samo noszenie munduru wymusza odpowiednie zachowania – na przykład nie można się garbić za bardzo, ale to ciekawe doświadczenie nosić taki stary mundur.

 

Nieco wcześniej doceniono Pana role w dwóch filmach kinowym, w „Rewersie” Borysa Lankosza i w „Róży” Wojciecha Smarzowskiego. Czy może Pan powiedzieć coś o atmosferze pracy na planie, która wytworzyła tę niezwykłą siłę gry wszystkich aktorów?

Myślę, że to zasługa Wojtka Smarzowskiego, który jest świetnym reżyserem i ciekawą osobowością. Jest bardzo szczery w stosunku do widza i nie myśli za niego. Wojtek tak bardzo szanuje wszystkich, z którymi pracuje, że tworzy się niebywała więź ludzi, którzy pracują nad filmem. „Różę” kręciliśmy w siedlisku pod Olsztynem i było trochę tak, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Niezwykłe przeżycie. Być może i to się przyczyniło do tego, że ta historia nie pozostała widzom obojętna.

 

Jest Pan chwalony za umiejętność osiągania dyskretnymi środkami na ekranie autentyczności w tworzeniu bardzo odległych społecznie i psychologicznie postaci. Wspominaliśmy o pułkowniku w „Szpiegach”, a w „Rewersie” był Pan bardzo wiarygodny, w najdrobniejszych odruchach, jako funkcjonariusz UB. Jak Pan to robi?

Nie umiem tego wytłumaczyć. Uwagi reżysera plus własna wyobraźnia, tyle potrafię powiedzieć.

 

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *