
„Jeśli to czytacie, to znaczy, że właśnie trafiłem do aresztu zatrzymany przez policję w ramach kolejnego wystąpienia Ostatniego Pokolenia. Z całą pewnością dostanę kryminalne zarzuty i według wszelkiego prawdopodobieństwa zostanę skazany.”
To napisał Paweł Kasprzak. W Polsce Ludowej działacz NSZZ „Solidarność”, współzałożyciel Niezależnego Zrzeszenia Studentów, ruchu „Wolność i Pokój”. W III RP współzałożyciel i jeden z liderów ruchu Obywatele RP, ostatnio wspiera młodzieżowy ruch Ostatnie Pokolenie.
Napisał to przed swą kolejną „protestówką”. Zaplanowaną w 45 rocznicę „Porozumień sierpniowych”. Podpisanych w 1980 roku przez władze PRL i Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Pozwalających na legalizację pierwszego niezależnego związku zawodowego „Solidarnością” zwanego.
Teraz Kasprzak prowokacyjnie oblał czerwoną farbą święte dla wszystkich „solidaruchów” relikwie. Muzealną dziś Bramę dawnej Stoczni Gdańskiej im. Lenina i tablicę z tekstem 21 postulatów spisanych przez strajkujących robotników. Takiego „Dekalogu” tworzącego się wtedy związku zawodowego.
„Oczywiście przyjmuję te konsekwencje i nie skarżę się na swój los – żadna krzywda mnie nie spotyka, a jedynie coś, na co sam się zdecydowałem. Niczyjej głowy bym nie zawracał tą drobną przecież dolegliwością, gdyby nie fakt, że popełniłem zbrodnię znacznie większą niż samo tylko „zniszczenie mienia”. Dla wielu ludzi Pokolenia Sierpnia dokonałem właśnie aktu profanacji ważnego dla nas wszystkich symbolu. Brama Stoczni, ze wszystkimi tymi znakami „Solidarność” z tekstem 21 postulatów – oblaliśmy ją farbą. Wiedząc, że to Was zaboli. Chcemy, żeby zabolało, bo z bólem patrzymy na świat, o którym z rocznicowych okazji z niesłychaną wprost hipokryzją mówi się, że zrodził go nasz sierpniowy zryw. Do pokolenia Sierpnia sam należę. Brama nr 2 jest i dla mnie symbolem bezcennym. Sierpień to idea i czas, który ukształtował polską historię i każdego z nas. Mnie również. W Sierpniu i po nim żyłem w Polsce z marzeń, to jest najpiękniejsze z moich wspomnień. Jeśli ktoś z nas myśli jednak, że swoje zrobiliśmy, że przyszedł czas nagród, odznaczeń i oficjalnej celebry w rocznice, to jest w błędzie” – wyjaśnia motywy swego czynu Paweł Kasprzak.
Szybko został on po swej akcji złapany. Fachowo zglebowany, czyli powalony na ziemie, przygwożdżony do niej regulaminowym policyjnym butem.
Zdjęcie twarzy sześćdziesięcioletniego weterana walki o „wolną Polskę” trzymanej pod policyjnym butem tejże Polski, może stać się kolejną „ikoną” burzliwej historii „Solidarności”.
Pała bohaterom
Należę, podobnie jak Paweł Kasprzak, do „pokolenia Solidarności”. Latem 1980 roku byłem studentem politologii i dziennikarstwa. I lewakiem tak radykalnym, że rok wcześniej zablokowano mi wstąpienie do ówczesnej PZRP.
Sympatyzowałem z powstającą „Solidarnością” do wiosny 1981 roku. Trzeba przypomnieć, że zarejestrowany jesienią 1980 roku związek zawodowy NSZZ „Solidarność” był jednocześnie opozycyjnym ruchem społecznym. Początkowo o lewicowych charakterze.
Szybko do tego wielkiego okrętu jęły przyczepiać się mnożące się ruchy katolickie i nacjonalistyczne, nawet faszyzujące. Chytrzy „reformatorzy”, którzy rugowali postulowany przez strajkujących „socjalizm z ludzką twarzą”. Sącząc im wizje przyjaznego „wolnego rynku”. Polskich sklepów pełnych zachodnich towarów, dostępnych na każdą kieszeń i utrzymania pełnego zatrudnienia.
Działo się tak przede wszystkim w prowincjonalnej Polsce, w której ciągle żyłem, gdzie ówczesna opozycyjna, KORowska „lewica laicka” była słabą i mentalnie obcą. Gdzie nową „Solidarność” zasilali weterani przedwojennej endecji, spierniczali piłsudczycy, zwolennicy intronizacji Chrystusa Króla na przywrócony polski tron. Wspierali ich podobni im ideowo księża katoliccy. Razem formowali ideowo kadry „niezależnego” związku.
Już wtedy „Solidarność” dzieliła się i Polskę na „zdrową, narodową i katolicką, swojską prowincję oraz kosmopolityczną, obcą salonową Warszawkę. Obejmującą swymi zażydzonymi mackami także Gdańsk, Wrocław, Poznań, Szczecin nawet.
Na dwa polskie polityczne plemiona. Jeszcze solidarnie współdziałające w czasie walki z wrażymi „komuchami”. Ale z biegiem lat „komuchy” powymierały, albo zajęły się umieraniem, i dawny podział „Solidaruchy” kontra „komuchy” stał się nieatrakcyjnym politycznie.
Dziś tamten wewnętrzny, solidarnościowy podział utrwalił się i powiększył nawet. Mamy plemię narodowo-katolickich Polaków, zwykle ant elitarnych i anty metropolitarnych. I drugie plemię wielkomiejskich, proeuropejskich Polaków preferujących świeckie państwo oraz eksponujących swe demokratyczne wartości. Nie zawsze w życiu praktykowane.
Oba plemiona swą zdolność do sprawowania rządów dusz i portfeli Polaków uzasadniają swym solidarnościowym rodowodem. Posiadaniem ethosu tamtej wspaniałej „Solidarności”, która obaliła w Polsce „komunizm” i Berliński Mur w Europie. Wolność, solidarność i demokrację sobie i światu przyniosła.
Ale oba solidarnościowe plemiona od lat świętują święte dla siebie solidarnościowe rocznice osobno. Solidarnie nie zapraszają się na nie.
Nadal żyjący liderzy solidarnościowego ruchu też wspólnie rocznic nie obchodzą. Bo każde z solidarnościowych plemion akceptuje tylko niektórych historycznych liderów tego prodemokratycznego ruchu. Zaprasza i propaguje jedynie tych uznanych za swoich. Ci nie swoi, zwłaszcza ci kolaborujący z wrogim, choć też solidarnościowym, plemieniem, są konsekwentnie w mediach plugawieni i wymazywani z wspólnej, polskiej historii.
Podobnie było w stalinowskiej Rosji Radzieckiej. Tam podpadnięci stalinowskiej władzy towarzysze Trocki, Bucharin, Jagoda, Jeżow po splugawieniu ich przez usłużnych władzy historyków też byli konsekwentnie wymazywani ze zdjęć, kart historii. Na koniec mordowani.
W Polsce jeszcze splugawionych liderów nie mordują.
Batyr na nowe czasy
Ale jedyny powszechnie znany na świecie przywódca „Solidarności” Lech Wałęsa został już wystarczająco splugawiony przez politycznych przyjaciół prezydenta Nawrockiego.
Tegorocznej rocznicy Wałęsa w Polsce nie świętował. Ten 82-letni, schorowany polityk wyjechał do USA i Kanady. Dorabiać tam płatnymi wykładami do swej niepowalającej prezydenckiej emerytury. Gdyby elektryk Wałęsa nie zrobił w 1980 roku politycznego spięcia, które „obaliło socjalizm”, to jako emerytowany stoczniowiec pewne nie musiałby pracować na emigracji.
W tym roku najważniejszym bohaterem rocznicowych obchodów w prawicowych mediach był „syn robotnika ze stoczni i członka „Solidarności” prezydent Karol Nawrocki. Nowy Mateusz Birkut, nowy Batyr na nowe czasy.
On to celnie zauważył, że tamte porozumienia były „wejściem na drogę powrotną do tego, aby Polska była Polską”. I to dzisiejszym Polakom ma wystarczyć.
Za to stary solidaruch Kasprzyk ciągle pyta i jątrzy: „Pamiętacie hutników strajkujących o pensje pielęgniarek i oferujących im wywalczone dla siebie podwyżki – bo pielęgniarkom żyło się gorzej, a strajkować nie mogły? Pomyśleć o takiej solidarności w Polsce dzisiaj byłoby przecież szaleństwem!
Co stało się z tym, co w Sierpniu i długo po nim było wartością największą, ze zwykłą ludzką solidarnością?
Żaden z nas nie przeszedłby obojętnie – wtedy, w Sierpniu – obok dzisiejszych wielkich nierówności społecznych, przecież nieporównanie większych niż wtedy. Żaden z nas nie patrzyłby bezczynnie i nikt z nas nie pochwaliłby „chłopców w mundurach” odpowiedzialnych za śmierć niewinnych ludzi na polskiej granicy.
Żaden z nas nie milczałby wobec odradzającego się faszyzmu i jego triumfalnego marszu przez Polskę. Nikt z nas nie pochwaliłby antysemityzmu. Zakłamywania historii. Kłamstw w życiu publicznym. Dziś wszyscy to właśnie widzimy. A tylko bardzo nieliczni z nas się buntują.”
Niestety brawurowa protestówka wiecznego zadymiarza Pawła Kasprzyka zakończyła się chwilową klapą. Nie dlatego, że policja interweniowała szybciej i profesjonalniej niż dawne ZOMO.
Protest solidarnościowego weterana solidarnie olały, poza „Gazetą Wyborczą”, wszystkie większe krajowe media. Nawet te z solidarnościowymi rodowodami, nawet te reklamujące się jako „wolne”.
Każdy kto kiedyś robił zadymy i protestówki wie, że największą klęską jest ich medialna, społeczna anonimowość. Kiedy opinia publiczna o proteście nie dowie się albo zabije go zimną obojętnością.
PS. Więcej w Tygodnik NIE









