Był niebywałą osobowością

Bażanci czyli bikiniarze byli przez władzę ludową i ZMP mocno tępieni, jako nosiciele kapitalistycznych obyczajów, kapitalistycznego stylu życia. Były całe kampanie propagandowe przeciwko bikiniarzom. Można to do dziś zobaczyć na archiwalnych wydaniach Polskiej Kroniki Filmowej – z Alfredem Andrysem, „Alfą”, przyjacielem Zbigniewa Cybulskiego, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Zanim będzie o Zbigniewie Cybulskim, najpierw trochę o Panu, bo Pan też ma bogatą i ciekawą biografię. Urodzony w Chorzowie, „Synek ze Starego Chorzowa”, jak o Panu napisano, niespecjalnie pieszczony przez życie, pracował Pan już jako chłopak. Potem trzy lata służby wojskowej w marynarce na Helu, praca w charakterze ślusarza, studia inżynierskie na wydziale metalurgicznym AGH w Krakowie, kłopoty z prawem powodowane przez krewki i bitny temperament, poznanie Zbyszka Cybulskiego i wielu innych osób ze świata artystycznego, statystowanie w filmie, a potem bogata działalność zawodowa, biznesowa, działalność na rzecz kultury i środowisk twórczych. To tylko pokrótce i nie wszystko, co o Panu można powiedzieć…
Rzeczywiście nie miałem nudnego życia. Jeszcze w szkole podstawowej w Chorzowie mówiłem śląską gwarą, co wzbudziło niechęć mojej polonistki. Mimo to zagrałem w szkolnych przedstawieniach teatralnych, między innymi w „Janku Muzykancie”. Także w podstawówce założyłem Związek Zjadaczy Kompotu…
To brzmi jak z powieści Edmunda Niziurskiego…
Założyłem go na znak protestu przeciwko likwidacji tradycyjnego harcerstwa skautingowego.
I co z tym kompotem?
Jedliśmy go na lekcjach rosyjskiego, w tylnych ławkach.
Po szkole podstawowej zahaczył Pan nawet o Niższe Seminarium Duchowne świętego Jacka w Katowicach. Był Pan tam ponad rok, czyli sporo. Autor wspomnienia o Panu zastanawiał się, czy to Pan zrezygnował czy z Pana zrezygnowano. Jak to było? Był Pan też bażantem, bikiniarzem…
Tak, ale to już w technikum. Chodziłem w wąskich spodniach, marynarce z samodziału, nosiłem kolorowe krawaty i skarpetki, buty na słoninie. No i plerezę na głowie, czyli specjalne, takie kogucie uczesanie. Przypomnijmy, że bażanci czyli bikiniarze byli przez władzę ludową i ZMP mocno tępieni, jako nosiciele kapitalistycznych obyczajów, kapitalistycznego stylu życia. Były całe kampanie propagandowe przeciwko bikiniarzom. Można to do dziś zobaczyć na archiwalnych wydaniach Polskiej Kroniki Filmowej. A oni w odpowiedzi na to śpiewali: „Bikiniarze, to są ludzie tacy, którzy mają w dupie dyscyplinę pracy. Boogie-woogie, boogie-woogie, boogie-woogie dżez”.”
Po ukończeniu technikum w 1955 roku dostał Pan nakaz pracy w chorzowskich Azotach jako ślusarz. I zamierzał Pan na tym poprzestać…
Tak, bo bardzo dobrze zarabiałem jako przedstawiciel arystokracji robotniczej i ani mi w głowie było studiowanie. Jednak po roku odezwała się we mnie ambicja i zdałem egzaminy na Politechnikę Gliwicką….
Z której szybko Pana wyrzucono…
Tak, bo upomniałem się o kolegę, który nie otrzymał zaliczenia. Adiunkt, do którego skierowałem swoje obiekcje opieprzył mnie i krzyknął: „Siadaj gówniarzu”, więc przywaliłem mu, kończąc tym samym karierę studencką w Gliwicach i rozpoczynając zaszczytną służbę wojskową, do której mnie rychło powołano. Bilet dostałem do marynarki wojennej i najpierw wylądowałem w Ustce, a potem na Helu, jako hydroakustyk na ścigaczach. Tam na Helu odezwał się we mnie bakcyl teatralny złapany w podstawówce. Z dyrektorką tamtejszej biblioteki założyłem więc teatr. Skombinowałem ze Śląska sztukę, produkcyjniaka, którą na Helu wyreżyserowałem i zagrałem w niej, mając już za sobą trening na planie filmowym u Janusza Kidawy. Na jednym z urlopów z wojska pojechałem z kolegą do Krakowa. Tam poznałem dziewczynę, która namawiała mnie żebym podjął studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Nazywała się Ewa Demarczyk i w przyszłości miała stać się słynną pieśniarką z Piwnicy pod Baranami. Na AGH zdałem i dostałem się. Tam ożywiła się we mnie potrzeba działania społecznego i stałem się działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich, w którym doszedłem do dość wysokich funkcji. Podpisywałem nawet umowy w ówczesnymi ministrami, Górnictwa – Janem Mitręgą i Przemysłu – Franciszkiem Kaimem, na wypożyczanie autokarów na wycieczki zagraniczne ZSP i w ogóle prowadziłem rozległą działalność, między innymi hotelarską.
Po ukończeniu studiów, obronie dyplomu szykował się Pan do wyprowadzki do Bielska Białej i wtedy przydarzyła się Panu przygoda z „Jowitą”, filmem według powieści Stanisława Dygata, który w 1966 roku kręcił w Krakowie Janusz Morgenstern.
Tam bliżej poznałem Zbyszka Cybulskiego, którego znałem jeszcze z okresu służby na Helu, bo jeździłem na przepustki do Gdańska, gdzie wtedy działał i ze Szczecina, gdzie grał w marynistycznym filmie przygodowym „Cała naprzód” Stanisława Lenartowicza, a gdzie ja latem prowadziłem hotel studencki, konkretnie w Świnoujściu. Nasza przyjaźń rozkwitła jednak w Krakowie, w okresie kręcenia „Jowity”, w której grali m.in. właśnie Zbyszek, Basia Kwiatkowska-Lass, późniejsza zona Romana Polańskiego, Daniel Olbrychski, Kalina Jędrusik.
W „Jowicie” zagrał Pan epizod w scenie bójki z udziałem Arensa-Olbrychskiego…
I bójka, ale prawdziwa, doprowadziła mnie do tego epizodu. A było tak. Pewnej nocy wyprowadzałem z Hotelu Francuskiego przy Sławkowskiej dziewczynę kolegi. Na Rynku zatrzymał nas do wylegitymowania milicjant i nagle ni stąd ni zowąd uderzył mnie pałką. Oddałem mu aż upadł na chodnik. Skończyło się na zatrzymaniu mnie na posterunku. Nazajutrz rano, przed wyprowadzeniem mnie na przesłuchanie, major milicji mówi do mnie: „My was aktorów tak lubimy, a wy nas bijecie”. Okazało się, że na wieść o zatrzymaniu mnie, na posterunek przyjechał Zbyszek i nagadał milicji, że jestem aktorem i że jestem potrzebny na planie „Jowity”. Zbajerował ich tak, że załatwił z nimi wypuszczenie mnie warunkowo na czas zdjęć. W tej sytuacji nie pozostało Morgensternowi nic innego, jak dać mi rólkę w tym filmie. W tej scenie jesteśmy
A Pan z czasem skoncentrował się na zajęciach zawodowych i w końcu, jak to kiedyś mówiono, „poszedł Pan w dyrektory”…
Byłem dyrektorem ZREMB, potem dyrektorem generalnym i zastępcą ministra oświaty, stworzyłem program wyrównania dysproporcji edukacyjnych dla UNESCO, odwojowałem pieniądze odebrane szkolnym stołówkom. Następie kierowałem firmami zagranicznymi, byłem w prezydium Konfederacji Pracodawców Polskich, byłem dyrektorem Towarzystwa Ubezpieczeń Warta, wiceprezesem Polskiego Związku Bokserskiego. Od lat jestem też prezesem Fundacji Przyjaciół Skolimowa, gdzie jest Dom Aktora Weterana
Na jednym z portali internetowych, pod informacją poświęconą wznowieniu książki „Cybulski we wspomnieniach”, jakaś młoda osoba napisała, że wszyscy piszą, że zginął pod kołami pociągu, ale ona nie wie jak to się stało, jaki był przebieg tego zdarzenia. Pan, najbliższy przyjaciel Zbigniewa Cybulskiego, świadek tego momentu i jego uczestnik, szereg razy opowiadał i pisał o tej chwili w prasie, ale jak się okazuje, młodzi, zainteresowani ludzie mają trudności z dotarciem do tych treści. Może zatem warto wrócić do tego, co na pozór znane?
Wielokrotnie o tym opowiadałem. Moje wspomnienie można znaleźć w różnych źródłach, w tym w znanej książce wspomnieniowej „Cześć starenia. Cybulski we wspomnieniach”. Wspomnę więc tylko pokrótce. Zbyszek grał we Wrocławiu w filmie „Morderca zostawia ślad” Aleksandra Ścibora-Rylskiego. W przeddzień tragedii, wieczorem 6 stycznia 1967 byliśmy na kolacji u reżysera Stanisława Lenartowicza, u którego kilka lat wcześniej Zbyszek zagrał w świetnej komedii „Giuseppe w Warszawie” objawiając wielki talent komediowy i w „Cała naprzód”. 7 stycznia rano, gdy byliśmy wytwórni wrocławskiej, gdzie realizowano zdjęcia, Zbyszek otrzymał telefon z propozycją zagrania Kowalskiego w amerykańskim spektaklu telewizyjnym według „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennesee Williamsa, za honorarium w wysokości stu tysięcy dolarów. Ta perspektywa wprowadziła Zbyszka w stan euforii. Wieczorem spotkaliśmy się w klubie „U Twórców” na wrocławskim Starym Mieście. Byli także Agnieszka Osiecka, Katarzyna Gaertner, krytyk Ludwik Flaszen. Nazajutrz Zbyszek musiał jechać do Warszawy na próbę. Wczesnym rankiem znaleźliśmy się więc na wrocławskim dworcu, ale spóźnieni – pociąg do Warszawy już ruszał. Wskoczyłem do wagonu i pociągnąłem za hamulec, aby zatrzymać pociąg. Zbyszek, wskakując, zsunął się między stopień wagonu a peron i został uderzony przez schody wagonu. Kiedy go wyciągnięto na peron, powtarzał: „Alfa, nie zostawiaj mnie samego”. Kilka godzin później zmarł. Jechałem z jego trumną do Katowic, gdzie jego pogrzeb zgromadził tłumy, w tym mnóstwo artystów. Obok mnie były Iga Cembrzyńska i Kalina Jędrusik. Przemawiał nad trumną Gustaw Holoubek. W 2007 roku odsłonięto na jego grobie płaskorzeźbę.
Pan po pogrzebie znalazł w Warszawie, zaproszony do pomieszkania przez Stanisława Dygata i Kaliny Jędrusik do ich mieszkania przy ulicy Joliot Curie…
Zaopiekowali się mną, bo po śmierci Zbyszka byłem podłamany psychicznie. Udało mi się jakoś, przy pomocy zdolnej prawniczki z Krakowa Rut Buczyńskiej wybrnąć ze sprawy o pobicie milicjanta. W końcu zostałem uniewinniony, o czym dowiedziałem się na weselu Daniela Olbrychskiego i Moniki Dzienisiewicz.
Jakim człowiekiem pozostał w Pan pamięci Zbigniew Cybulski?
O tym także wielokrotnie mówiłem i pisałem. Był nie tylko niebywałą osobowością ludzką i aktorską, ale bardzo dobrym szczerym człowiekiem. Był poza tym niesłychanie skromny, pełen kompleksów, miał dość słabą konstrukcję psychiczną. Świadczy o tym między innymi takie oto zdarzenie. Kiedy dowiedział się, że Wojciech Has będzie kręcił „Lalkę”, bardzo zapragnął zagrać Wokulskiego. Ale mimo, że był sławnym aktorem, legendarnym Maćkiem z „Popiołu i diamentu” Wajdy i mimo, że w roli Alfonsa van Worden dużym stopniu uratował Hasowi „Rękopis znaleziony w Saragossie”, po nieudanym eksperymencie z aktorem francuskim, to nie miał śmiałości wprost zwrócić się do niego o tę rolę. W Krakowie, gdzie grał w „Jowicie” Morgensterna, wiedząc gdzie Has mieszka i gdzie chodzi na spacery z psem, przychodził w to miejsce codziennie, licząc na „przypadkowe” spotkanie z nim i na poruszenie nurtującej go kwestii. Do spotkania jednak nie doszło, a Zbyszek nie zdecydował się zwrócić do Hasa wprost i Wokulskiego nie zagrał.
Jaki był w kontakcie z ludźmi?
Bardzo żywiołowy, spontaniczny, szczery, czasem gwałtowny, ale i autoironiczny. Mówił bardzo ciekawie, barwnie, z pasją.
Czy razi Pana, gdy mówiący i piszący o Zbigniewie Cybulskim wyrażają się o nim per „Zbyszek”, choć zazwyczaj nie tylko nie wiedzieli go na oczy, a niejednokrotnie urodzili się po jego śmierci?
Najbardziej razi mnie inflacja pseudowspomnień jego niby-znajomych i niby-przyjaciół, którzy niejednokrotnie opowiadali niestworzone rzeczy.
Dziękuję za rozmowę.
(wywiad nieautoryzowany)