Flaczki tygodnia

Pan prezes Kaczyński został sługusem amerykańskich koncernów internetowych. Społecznym zapewne, wykonującym lokajskie usługi bezpłatnie. Chociaż wcale nie tak bezinteresownie.
W zamian za służbę u jaśnie panów Amerykanów pan prezes liczy na uzyskanie popularności i poparcia w wyborach przez młodych, w zamyśle głupich, polskich internautów.
„Od dzisiaj nie będziemy mówili o „piątce PiS”, będziemy mówili o „piątce plus””, ogłosił pan prezes podczas sobotniej konwencji swej partii w Gdańsku.
Najpierw przypomniał dyrektywę o prawach autorskich przyjętą na początku zeszłego tygodnia przez Parlament Europejski.
Potem ogłosił, że godzi ona w „wolność dzisiaj tak bardzo cenioną przez wszystkie pokolenia, a w szczególności przez młodsze pokolenie, wolność w Internecie”.
I na koniec zadeklarował, że „PiS dokona tego typu implementacji, że wolność będzie zachowana”.
Prezesowskie słowa to kolejny dowód, że polityka wyborcza PiS oparta jest na kłamstwach systematycznie wciskanych „ciemnemu ludowi”.
Oto pan prezes łaskawie obiecał swemu ludowi implementację unijnej dyrektywy. Jakież to piękne. Tylko zapomniał dodać, że taka implementacja, czyli przetworzenie zapisów unijnej dyrektywy w prawo krajowe, jest podstawowym obowiązkiem każdego rządu każdego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Żadnej łaski pan prezes i jego rząd obywatelom polskim nie robi. Za taką implementację parlamentarzyści i ministrowie PiS biorą pieniądze pochodzące z naszych podatków.
Podobnie nie może być łaską, ani nadzwyczajnym wydarzeniem, uroczyście ogłoszony zamiar, że rząd zwący się polskim przetworzy unijne przepisy zgodnie z polskim prawem i poszanowaniem polskich interesów. Przecież to psi obowiązek każdego polskiego rządu i każdego polskiego parlamentu. Oczekiwanie przez pana prezesa specjalnej nagrody za wykonywanie podstawowych, zawodowych obowiązków jest kuriozalne. To tak jakby za samą sprzedaż biletu w kolejowej kasie trzeba było dodatkowo nagradzać kasjera oddanym na niego głosem w plebiscycie „Miss PKP”.
Przegłosowana właśnie unijna dyrektywa o prawach autorskich wymusza na właścicieli internetowych portali zapłatę honorariów dla polskich artystów i dziennikarzy za korzystanie z ich dorobku.
Do tej pory, a ściślej do czasu przetworzenia unijnej dyrektywy w prawo krajowe, zagraniczni właściciele takich internetowych firm mogli bezkarnie okradać polskich artystów i dziennikarzy. W imię obłudnie rozumianej i lansowanej przez nich „wolności wypowiedzi w Internecie”.
Zadziwiające, że elity PiS odmieniające „polskość” przez wszystkie przypadki, codziennie publicznie deklarujące przywiązanie i dbałość o polską kulturę, apelujące o krzewienie polskości w każdym miejscu, o ochronę polskiej kultury na każdym polu, o codzienną walkę o polskość, zdecydowały się na tak antypolską postawę podczas głosowania w Parlamencie Europejskim. Głosując przeciwko dyrektywie poparły praktyki okradania twórców polskiej kultury przez zagraniczne koncerny.
Zdrada polskiej kultury przez elity polityczne PiS wynika z prostego, politycznego wyrachowania. Zagraniczne internetowe koncerny broniąc się przed koniecznością wypłaty honorariów dla twórców polskiej kultury przeprowadziły zręczną kampanię medialną. Manipulującą, oszukującą licznych internautów. Zagroziły wprowadzeniem mechanicznej cenzury w Internecie. Zagroziły, że w efekcie mechanicznej ochrony praw autorskich z Internetu znikną popularne satyryczne memy i inne formy działalności artystycznej wykorzystujące parodie cudzych dzieł.
Prawo autorskie pozwala na takie praktyki. Ale w prasie, radiu i telewizji, wszędzie poza Internetem, ewentualne sporne sprawy rozstrzygają ludzkie mózgi. Eksperci, którzy są w stanie odróżnić dozwoloną prawem satyrę i parodię od niedozwolonej kradzieży dokonywanej w innych celach.
W Internecie taką weryfikację mają przeprowadzać nieludzkie urządzenia korzystające ze sztucznej inteligencji. A ta nie jest jeszcze doskonała i nie zawsze potrafi odróżnić niuanse dozwolonej parodii od innego, już zakazanego użycia cudzej własności intelektualnej. To może grozić cenzurą w Internecie.
PiS w swojej retoryce propagandowej często sięga po antyintelektualne tony. Przeciwstawia kreowaną przez siebie na propagandowy użytek „kastę pazernych artystów” równie wykreowanej rzeszy „biednych, pragnących dostępu do bezpłatnej kultury” mas pracujących miast i wsi.
PiS zawsze budował swe kampanie wyborcze na szczuciu jednych grup społecznych przeciwko drugim. Dlatego kiedy PiS – owscy spece od propagandy wyborczej zorientowali się, że wielkie amerykańskie korporacje budujące społeczny sprzeciw wobec unijnej dyrektywy zyskują poparcie wśród młodych internautów, to postanowili przyłączyć się do tych korporacji. Zdecydowali się sprzedać długofalowe interesy polskiej kultury za chwilowe poparcie w tym roku wyborczym.
I ręka w rękę z amerykańskim i izraelskim kapitałem jęli tworzyć zjednoczony front działający na szkodę interesów polskiej kultury.
Zabawne jest to, że w swej obłudzie, kłamstwach kampanii wyborczych propagandziści PiS zwyczajnie zakiwali się. Pan prezes Kaczyński zapowiadając korzystną dla polskich internautów implementację dyrektywy unijnej, sam mimowolnie przyznał, że jednak można to prawo europejskie korzystnie zaadoptować. A zatem nie stanowiło ono aż takiego zagrożenia o jakim sam prezes wcześniej trąbił. To jednoznacznie dowodzi, że cały ten zgiełk jest jedynie zwykła propagandową rozgrywką dążącą do podgrzania emocji wyborców. Do szczucia młodych internautów na polskich twórców kultury, twórców i dziennikarzy na internautów. Do rozpalenia kolejnego pożaru społecznego. Aby potem deklarować, że będzie się go gasić.