Kapsułki pamięci

Kontynuuję swoje kapsułkowe wspominki. Nie są notkami biograficznymi o charakterze encyklopedycznym, z informacjami o datach czy najważniejszych pełnionych funkcjach. Są zapisem subiektywnych wrażeń.

Pan Włodzimierz
Z Włodzimierzem Sokorskim spotkałem się w jego mieszkaniu przy Alei Róż w grudniu 1995 roku. Ciągle był pełen swady, jowialny, czarujący, elokwentny, opowiadający chętnie o wszystkim, o polityce, komunizmie, kulturze, kobietach.
Już na wstępie ten łysy jak kolano blisko dziewięćdziesięcioletni (rocznik 1908) pan poczęstował mnie solidną szklanką whisky, co od razu wprowadziło naszą rozmowę na wysoki poziom temperatury i dynamiki. Sam też wypił z lubością swoją porcję trunku, powodując kaszel, który przywołał z sąsiedniego pokoju dużo młodszą małżonkę.
Wspominki przedwojenne mojego gospodarza splatały się z powojennymi, z czasami gdy w latach 1956-1972 był szefem Radiokomitetu. Materiału do zadawania pytań mi nie brakowało, bo czerpałem je z kilku książek, wywiadów-rzek z Sokorskim, a także z opublikowanych przez niego w 1990 roku obszernych wspomnień z całego życia. W pewną konfuzję wprowadziły mnie jednak jego fantazje o UFO, które pojawiły się w końcowej fazie spotkania.
Byli tacy, którzy sceptycznie i z niedowierzaniem reagowali na otaczający go – i tworzony przez jego samego – nimb uwodziciela i kobieciarza. Byli i tacy, którzy wątpili w prawdziwość jego relacji o nocnym spotkaniu ze Stalinem. Tę część jego opowieści wykorzystałem w tytule relacji ze spotkania, którą opublikowałem („Piłem wódkę ze Stalinem”) w jednej z gazet.
„Młody sekretarz” w starości poznany
Nazwisko Władysława Matwina znałem z artykułów wspomnieniowych, z syntez i z podręcznikowych rozdziałów o Październiku 1956, jako jednego z tzw. młodych sekretarzy włączonych w proces antystalinowskiego fermentu, obok Jerzego Albrechta i Jerzego Morawskiego.
Znałem tylko nazwisko, bez wizerunków, bez fotografii, czyli właściwie samo brzmienie, dźwięk i kilka suchych faktów. Nawet nie wiedziałem czy Władysław Matwin w ogóle jeszcze żyje, było to właściwie poza ówczesnym horyzontem mojej uwagi.
I oto na promocji książki Teresy Torańskiej „Oni” która odbyła się na początku 2005 roku w jednej z sal w gmachu byłego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Warszawie zobaczyłem drobnego, bardzo starszego pana, powitanego jako jeden z uczestników spotkania, ale nie jeden z bohaterów edycji, bo mimo wieloletniej rozmowy z dziennikarką nie zgodził się na publikację. Gdyby go nie przedstawiono publiczności, nigdy bym się o jego obecności nie dowiedział. Oczywiście podszedłem do niego po promocji i poprosiłem o spotkanie, bodaj jako publicysta miesięcznika „Dziś”.
Zgodził się chętnie, przy czym emanował staromodną, serdeczną uprzejmością. Niewiele później zadzwoniłem do niego na podany numer telefonu i zostałem zaproszony do obszernego mieszkania przy Alei Róż, pod któryś z adresów starych, przedwojennych kamienic, gdzie od czasów powojennych mieszkali dygnitarze partyjno-rządowi, wydaje mi się, że w tej samej, w której gościłem u Włodzimierza Sokorskiego, pod numerem czwartym lub szóstym. Pan Władysław, wtedy blisko dziewięćdziesięcioletni (rocznik 1916) przyjął mnie serdecznie, z szerokim uśmiechem, kawą i ciastem, które własnoręcznie przyniósł na tacy.
Przez krótki fragment naszego spotkania pojawiła się jego żona, mocno od gospodarza młodsza Niemka (nazwiska nie pomnę), którą przedstawił jako tłumaczkę literatury niemieckiej. W rozmowie najbardziej interesowały mnie polityczne wspomnienia Matwina, jako bardzo młodego przedwojennego komunisty i ciągle jeszcze relatywnie młodego sekretarza partii w latach 50-tych. Sporo mi o tym opowiedział, w tym o aresztowaniu przez polską „defę” czyli kontrwywiad w 1936 roku, a później, po zwolnieniu, o tym jak schronił się w Czechosłowacji.
Pytałem go także o odegraną przez niego rolę w 1956 roku, ale w obu przypadkach był, jak na człowieka z tak bogatą biografią, bardzo skąpy w narracji. Martwiło mnie to, bo właśnie tymi wspomnieniami byłem najbardziej zainteresowany, przy czym bardziej ich klimatem, prywatnymi wrażeniami i odczuciami, niż suchymi faktami znanymi z syntez i podręczników.
Spisałem skrupulatnie wszystko, ale mój rozmówca bardziej niż wspomnieniami historycznymi bardziej zainteresowany był czynieniem dywagacji n.p. o polskich zasobach kopalin naturalnych, o perspektywach polskiego przemysłu i tym podobnych kwestiach, które przedstawiał z pasją, posługując się (był z wykształcenia matematykiem) rozmaitymi, opatrzonymi danymi liczbowymi wykresami graficznymi. Mnie akurat ta część narracji Matwina mało interesowała, więc potraktowałem ją w moim zapisie bardzo skrótowo.
Po pewnym czasie umówiliśmy się na ponowne spotkanie, na które przyniosłem zapis poprzedniej rozmowy do wspólnego przepracowania. Ku mojemu rozczarowaniu, po macoszemu potraktował całą część historyczno-wspomnieniową, a akcent położył na swoją futurologię gospodarczą wspomaganą modelami matematycznymi. Dla mnie Władysław Matwin był przede wszystkim ciekawą postacią polskiego ruchu komunistycznego, a nie jakimś ekspertem gospodarczym.
Ten jego rys, który nakazywał mu milczenie lub daleko idącą wstrzemięźliwość we wspomnieniach był trudny do zrozumienia i z trudnością szukałem dla niej wyjaśnienie.
Pierwotnie myślałem, że jego dystans do dziennikarki związanej z ruchem solidarnościowym motywowany jest względami ideowymi i że publicyście związanym z lewicą okaże większą „hojność”, ale pomyliłem się. To, co mogłem, pomieściłem w nieautoryzowanym zapisie wywiadu („Byłem komunistą z innej bajki”) w książce „Bigos polski” (2013). Niestety, Władysław Matwin nie pozostawił po sobie pamiętników, co oznacza wielką stratę z uwagi na jego bogaty życiorys, więc pozostał tylko ten wywiad i powyższa garstka wspomnienia w moim skrajnie subiektywnym i dość pokracznym zapisie.
Nie pozostawił ich zresztą także bohater moich poprzednich kapsułek, Kazimierz Barcikowski. W przywołanym tomie „Bigos polski” pomieszczony został zapis tej rozmowy pod tytułem „Człowiek szczecińskiego Sierpnia”.
Król życia
Był jednym z najbliższych współpracowników Władysława Gomułki, złośliwi nazywali go jednym z „paladynów”. Kiedy spotkał się ze mną w swoim mieszkaniu przy Świętojerskiej w 2007 roku miał 90 lat, ale dawało się zauważyć na jego twarzy rysy dawnej męskiej urody. Czuło się, że musiał mieć kiedyś coś z „króla życia”, była w nim jakaś pewność siebie i dezynwoltura.
Mniej więcej w okresie kiedy się spotkaliśmy przeczytałem w jednej z prawicowych gazet krótki wywiad z nim. Ubrany był w czerwoną, bajerowaną koszulę, „puszył” się swoją sportową limuzyną, a także opowiadał o swoim związku z artystką Magdaleną Abakanowicz.
Wyraźnie dawało się wyczuć, że „robi sobie jaja” ze swojego młodego rozmówcy, który próbował go odpytywać z „grzechów komunistycznych”. Ze mną rozmawiał zupełnie na serio, sporo mi opowiedział, choć nie odmówił sobie podkreślenia, że regularnie chadza na pływalnię. Witalizm miał we krwi. Wyszedł z tego tekst wywiadu zatytułowany „Pamiętniki, które nie powstaną”.
I rzeczywiście nie powstały, więc ich namiastką musi pozostać ów wywiad, który także został pomieszczony w moim, wspomnianym zbiorze „Bigos polski”.
Nazwisko jak dźwięk werbla
Profesor Andrzej Werblan kończy w tym roku 96 lat. Gdy w PRL przywoływano jego nazwisko, brzmiało ono dla mnie bardzo dźwięcznie i – co oczywiste – kojarzyło mi się z dźwiękami werbla. Był jednym z czołowych działaczy PZPR, członkiem najwyższych władz partii, zawiadował m.in. Wydziałem Nauki KC PZPR, ale to przede wszystkim intelektualista człowiek nauki, uczony, intelektualista i ze swoją pracą naukową przede wszystkim się identyfikujący.
Powierzchowność i sposób bycia Profesora, w tym jego wschodni akcent kojarzą się z dobrodusznością, ale to przenikliwy myśliciel, komentator zjawisk politycznych i historycznych. W 2006 roku, przeprowadziłem z nim wywiad z okazji 50 rocznicy Października 1956, w których uczestniczył jako 32-letni młody pracownik KC towarzyszący najważniejszym protagonistom po stronie władz PZPR z Józefem Cyrankiewiczem i Edwardem Ochabem (dokumentuje to jedna z fotografii pomieszczonych w książce Wiesława Władyki poświęconej tym wydarzeniom).
Wywiad ukazał się w „Trybunie” opatrzony krótką notką biograficzną. Zapamiętałem, że Profesor miał za złe, że położyłem w niej akcent na jego rolę polityczną, a nie na dokonania naukowe.
Ja jednak uważam, że profesorów historii jest bez liku, a takich inteligentnych, światłych działaczy jak Werblan niewielu, a już sam taki Werblan tylko jeden, niepowtarzalny. Nie zmienia to faktu, że jego niewielka książka „Stalinizm polski” pozostaje jedną z najlepszych prac poświęconych temu tematowi, podobnie jak znakomite, krytyczne opracowanie pamiętników Władysława Gomułki.