Kapsułki pamięci

Niespotykanie spokojny człowiek
Z Józefem Tejchmą (rocznik 1927) po raz pierwszy spotkałem się z jego mieszkaniu przy ulicy Bonifraterskiej w Warszawie, latem 2003 roku, przy okazji wywiadu dla „Trybuny”. Zrobił na mnie wrażenie człowieka bardzo spokojnego, wręcz flegmatycznego, niespiesznego. Tejchma ma zwyczaj mówić bardzo powoli, z dużym namysłem, jakby ważąc każde zdanie. W pewnym momencie naszej rozmowy doszło do dość zabawnego qui pro quo. Choć ja wywodziłem się ze środowiska raczej nieprzychylnego PRL, to w rozmowie z Tejchmą PRL-u generalnie, choć nie bez krytycyzmu, broniłem. Mój gospodarz, choć był historycznym człowiekiem systemu, odnosił się do minionego ustroju dużo bardziej krytycznie ode mnie. Powiedziałem mu, że w „najśmielszych snach nie mógłbym sobie wyobrazić, że będę bronił PRL przed kimś takim jak on”. Kiedy to skonstatowałem, obaj serdecznie się z tego uśmialiśmy. Zanim Tejchma został ministrem kultury PRL, do dziś bardzo dobrze wspominanym przez niejednego twórcę starszej generacji jako partyjny „liberał”, człowiek rozsądny, umiarkowany i rozumiejący wymogi kultury był m.in., jako jeszcze relatywnie młody działacz, jednym z bliskich współpracowników Władysława Gomułki. I – jak mówią przekazy – to właśnie on został do niego posłany ze specjalną misją w grudniu 1970 roku, aby przekonać I Sekretarza KC PZPR do ustąpienia. Poznawszy Józefa Tejchmę i mając okazję rozmawiania z nim kilka razy, nie dziwię się temu. Jego spokojna, koncyliacyjna osobowość była po temu bardzo odpowiednia. Pana Józefa spotykałem później szereg razy na spotkaniach literackich w staromiejskim „Klubie Księgarza”, czyli u Janka Rodzenia. Niestety, pandemia zamroziła wszystko i już dawno nie było okazji do uściśnięcia dłoni. Czasy swojej działalności politycznej opisał w dwóch interesujących zbiorach zapisków.
Ideowiec
Ze Stanisławem Kociołkiem (1933-2015) spotkałem się w siedzibie redakcji miesięcznika „Dziś”, w 1999 roku, czyli miał wtedy nieco ponad sześćdziesiątkę. Otaczała go zawsze opinia żarliwego, ideowego komunisty, a w sprężystej mowie jego ciała było coś, co tę opinię odzwierciedlało. Swój ideowy komunizm Kociołek podkreślał stylem mówienia, pełnym twardej, dynamicznej pasji, tonem pewnym, nieco apodyktycznym, odrobinę kaznodziejskim, co podkreślał ostrą, wyrazistą, inteligencką przy tym, a nie proletariacką intonacją i staranną, aktorską niemal dykcją. Było w jego zachowaniu i fizjonomii coś ostrego, twardego, jakby nawet drapieżnego. To nie był „ciepły miś”. Nie wiem, ale podejrzewam, że na ogół nie był z tego powodu lubiany. Kiedy wszedłem do pokoju, w którym Kociołek na mnie czekał, stał odwrócony twarzą do okna. Usłyszawszy moje słowa powitania odwrócił się do mnie nieco teatralnym gestem, znanym mi z filmów i teatru. Rozmawialiśmy około półtorej godziny. Od razu, na wstępie, zaznaczył, że zgodził się na niezobowiązujące spotkanie, ale nie na wywiad do publikacji. Pytałem go o rozmaite sprawy, o Gomułkę, o grudzień 1970 i o wiele różnych kwestii. Odpowiadał spokojnie, spójnie, metodycznie, ale czujnie, nieufnie i dość wymijająco. Jakieś dziesięć lat później zaproponowałem mu, korzystając z uprzejmego pośrednictwa ministra Mieczysława Wojtczaka, wywiad-rzekę, biograficzny, poświęcony calemu jego życiu, ale także jako możliwość swobodnego, bez nacisku, przedstawienia jego własnego punktu widzenia na rolę, jaką odegrał w grudniu 1970 i na zakres jego odpowiedzialności, oczywiście odnośnie tragicznych wydarzeń w Gdyni. Jednak – uwikłany w proces sądowy w tej sprawie – nie zdecydował się na to i kilkakrotnie konsekwentnie odmawiał. Nic mi też nie wiadomo, by pozostawił po sobie pamiętniki. Zmarł w październiku 2015 roku. I tak oto kolejna ważna postać Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej odeszła do historii nie pozostawiając po sobie należytego świadectwa swojego życia.
Ten drugi generał
W kwietniu 2009 roku odbyłem, jako wywiad dla „Trybuny”, długą rozmowę z generałem Czesławem Kiszczakiem (1925 – 2015) w jego wyłożonym boazerią pokoju w domu przy ulicy Oszczepników na Mokotowie. Generał był „numerem dwa” stanu wojennego i lat osiemdziesiątych, a przy tym jeden z architektów Okrągłego Stołu. W tzw. obejściu łączył szczyptę kostyczności, kanciastości w stylu wojskowym, z cechami nieco jowialnego, sympatycznego szlachciury-gawędziarza. Bardzo już przecież starszy pan emanował śladami siły psychicznej i fizycznej, był inteligentnym rozmówcą, nie bez delikatnej nuty pyszałkowatości, leciutko műnchausenowskiej. Z treści rozmowy najbardziej utkwił mi w pamięci wątek, w którym Generał uczynił uwagę, że przez jego resort i przez jego ręce osobiście przechodziła w stanie wojennym i przez całą dekadę lat osiemdziesiątych, spora część zagranicznych pieniędzy przepływających z Zachodu dla „Solidarności”. Spotkałem się z opinią, że przesadzał. Bardzo obszerny wywiad ukazał się, co rzadkie w prasie codziennej, w dwu częściach. Sporo wiedzy o swojej biografii pomieścił Kiszczak w wywiadzie-rzece jakim z nim przeprowadzono, a który ukazał się na początku lat dziewięćdziesiątych.
Mr Olszowski
Ze Stefanem Olszowskim (rocznik 1931) spotkałem się w 2008 roku po ukazaniu się jego „How are you doing mr Olszowski” ukazującej jego życie w Stanach Zjednoczonych, w których mieszka już wiele lat. Przyjechał wtedy do Polski, a umówił mnie z nim mieszkający w kraju jego syn. Sam fakt mieszkania Olszowskiego w USA odbierałem jako swoisty paradoks, biorąc pod uwagę, że dla władz PRL, których był przez lata prominentnym członkiem, Stany Zjednoczone, wiodący kraj światowego kapitalizmu i imperializmu był przez dziesięciolecia „wrogiem numer jeden”. Spotkaliśmy się w kawiarni „Mozaika” przy ulicy Puławskiej w Warszawie, a przy rozmowie obecny był jego syn. Liczyłem, że uda mi się namówić Stefana Olszowskiego na odsłonięcia rąbka tajemnic najwyższych władz PRL w okresie, gdy był jej prominentnym działaczem. Niestety, starannie unikał tego tematu, podobnie jak wszelkich ocen personalnych, podobnie jak kiedyś Władysław Matwin. Jego pykniczna figura miała w sobie coś księżowskiego czy biskupiego. Powiedziałem mu, że słyszałem, jak kiedyś nazwał go „Stefanem kardynalem Olszowski”. Bardzo się ubawił.
Michał – taternik
1 lutego przyszłego roku upłynie pięć lat od śmierci Michała Jagiełło (1941-2016). Mogę powiedzieć, że byliśmy zaprzyjaźnieni, o co z Michałem nie było trudno, bo był człowiekiem bezpośrednim i serdecznym. Kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, nie mogłem się z tą wiadomością oswoić, bo zawsze wydawał mi się mocarny, ze swoją wysportowaną, żylastą, sprężystą sylwetką uformowaną na taternictwie, ze swoim orlim profilem „harnasia”, ze swoim wizerunkiem człowieka gór. Przegadaliśmy wiele godzin, pisałem o jego prozie i tej literackiej, jak „Studnia” czy „Hotel klasy lux”, jak i o tej dokumentalnej, poświęconej rozlicznym sprawom tatrzańskim, od tamtejszych legend do historii taternictwa, która była jego pasją, także w aspekcie teoretycznym i kronikarskim. Rozmawialiśmy też o PRL. Jak wiadomo Michał, będąc kierownikiem Wydziału Kultury w KC PZPR oddał, w geście protestu, legitymację partyjną 13 grudnia 1981 roku. Z rozmów z nim wnosiłem, że jego niegdysiejsze partyjne zaangażowanie bardzo mu doskwierało, mimo upływu czasu. Mam wrażenie, że męczyło go jakby poczucie winy, a był człowiekiem o dużej moralnej wrażliwości, a nawet być o moralnym przeczuleniu. Był na tym punkcie jakoś dziwnie przewrażliwiony i krytycznie reagował na każdą moją uwagę, którą uważał za aprobatywną wobec PRL. Uważałem jego samokrytycyzm za nieuzasadniony, a co najmniej przesadny. Podobno w ostatnich latach przed jego odejściem zaczęły krążyć wokół niego podejrzenia, nazwijmy to – „lustracyjne”. To też bardzo go bolało i mam hipotezę, że przyczyniło się do jego śmierci, która dopadła go w Zakopanem. I właśnie ze stolicą Tatr wiążę najmilsze wspomnienie o Michale. Zimą 2012 roku spędziliśmy wspólnie tydzień w domu jego przyjaciela, o ile dobrze pamiętam, gdzieś przy ulicy Strążyskiej. Zima była śnieżna, jak to w Zakopanem. Pamiętam, że wybraliśmy się, pod szarym niebem, na grzane piwo do karczmy „Regle”, pamiętam nasze spacery po zaśnieżonych szlakach, w baśniowej scenerii (niestety, w Zakopanem tylko sceneria jest baśniowa), rozmowy przy piwie i „koniaczku” w pustym, piętrowym domu. Ciepłe wspomnienia i jednocześnie gorzki żal, że Michała już nie ma.
Józef Dostojny
Jako rocznik 1946, Józef Oleksy należał do ostatniej generacji działaczy PZPR, tej która weszła w aktywne życie polityczne w latach osiemdziesiątych i która czynnie poparła demokratyczne przemiany 1989 roku. Poznałem go na początku 1997 roku, tuż po wywołaniu przez prawicę histerii związanej z tzw. „aferą Olina”, gdy pod koniec grudnia 1996 roku ówczesny minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski rzucił z trybuny sejmowej oskarżenie, że „pan Józef Oleksy był współpracownikiem rosyjskich służb wywiadowczych”, co zresztą lata później okazało się nieprawdą. Wybrałem się wtedy na ulicę Rozbrat, do siedziby SLD, aby przeprowadzić z Oleksym wywiad kilka tygodni po wybuchy afery i dymisji z funkcji premiera. Do gabinetu Oleksego wprowadził mnie jego ówczesny asystent Michał Tober. Kiedy wszedłem, siedział za biurkiem i wertował – co błyskawicznie zauważyłem okiem doświadczonego czytelnika – bajki La Fontaine’a. Oleksy miał w sobie coś królewskiego, jakiś rodzaj dostojeństwa, które słabo było przekazywane przez telewizyjne kamery. Był wyraźnie zmęczony, blady, jeszcze wyraźnie wstrząśnięty tym, co się stało. Mimo to jego dowcip perlił się jak zawsze, bo Oleksy to była wybitna inteligencja, jedna z tych, które objawiają się nawet wtedy, gdy jej posiadacz nie ma szczególnej okazji do popisu czy posługuje się ogólnikami. Inteligencja czasem tak działa, że emanuje jak tajemnicza materia, bywa, że „pozaobjawowo”.