Kapsułki pamięci

Wieńczysław Gliński
Z panem Wieńczysławem, wybitnym aktorem spędziłem w połowie lat dwutysięcznych w jego mieszkaniu na warszawskiej Saskiej Kępie wiele godzin, rozłożonych na kilka spotkań. Jako urodzony w roku 1921 (zm. 2008) człowiek o bogatej i dramatycznej biografii (m.in. więzień niemieckich obozów koncentracyjnych) miał ogromnie wiele do opowiadania. Oczywiście nie tylko o swoich doświadczeniach okupacyjnych, wojennych, ale także o pracy aktorskiej i życiu towarzyskim w środowisku artystycznym. Jego aktorskie emploi był bardzo bogaty, bo z jednej strony znakomicie wcielał się n.p. w postacie o profilu lekkim, wesołym, „salonowym”, nawet komediowym, z drugiej doskonale kreował postacie dramatyczne, a nawet o zakroju tragicznym, n.p. „Zadrę” w „Kanale” Andrzeja Wajdy. Jako gawędziarz pan Wieńczysław był wspaniały. Był tzw. czarującym causerem, opowiadał barwnie, z rozmachem, jakby z sarmackim kolorytem. Pewnego razu zagadaliśmy się przy czerwonym winie długo w noc, a że wypiliśmy go obaj sporo, więc w pewnym momencie pan Wieńczysław błogo zasnął. W tej sytuacji okryłem go kocem i wymknąłem się z mieszkania na deszczową ulicę, po zasygnalizowaniu tego komuś z rodziny, kto akurat był w domu obecny. Pan Wieńczysław zwykł urządzać swoje urodziny z rozmachem nader bujnym. Zapraszał mnóstwo gości i serwował bufet z prawdziwie królewską hojnością. W obsługiwaniu gości pomagali mu dwaj jego sympatyczni wnukowie, z którymi bawił się w trochę teatralną grę w stylu „pan i jego lokaje”, klaskaniem i wołaniem („lokaje, moi lokaje!”) wzywając ich aby troszczyli się o potrzeby gości. Nie zapomnę zwłaszcza pierwszych urodzin pana Wieńczysława, na których miałem zaszczyt być gościem (maj 2004 roku). Przypadła mi wtedy w udziale gratka obserwowania „spektaklu”, który nazwałbym Spektaklem Wielkich Wejść. Przyszedłem trochę wcześniej z myślą, że i ja może przydam się jako pomoc domowa w przygotowaniu „imprezy”. Okazało się jednak, że mogę spokojnie usiąść i obserwować przychodzących gości. W bocznym przedpokoju natknąłem się na pana Ignacego Gogolewskiego palącego papierosa, a przy tym czyniącego to z dystynkcją właściwą mu w przypadku każdej czynności. Po pewnym czasie ujrzałem wchodzących kolejno: wspaniałą aktorkę, panią Barbarę Horawiankę i wybitnego reżysera, pana Stanisława Różewicza. Usiedli na kanapie i oddali się rozmowie. Niedługo później przyszedł pan Stanisław Mikulski, który dołączył do rozmowy. Czułem się jak na widowni teatru obserwując scenę zapełniającą się znakomitymi postaciami. Jednak najlepsza część tego widowiska miała miejsce przeszło godzinę później, gdy przybył pan Wiesław Michnikowski. Mieszkanie pana Wieńczysława było już wtedy wypełnione gośćmi i gdy usłyszeli oni, że idzie tak znakomity i popularny gość, ustawili się szpalerem, witając go oklaskami, niczym wchodzącego monarchę. A on witał wszystkich „hurtowo”, kłaniając się z czarującym uśmiechem i wołając: „Witam wszystkich państwa, razem i każdego z osobna”. Po czym podszedł do Stanisława Mikulskiego z pytaniem: „Stasiu, czy pamiętasz, jak mnie pytałeś, czy zostać aktorem?”. „Pamiętam, Wiesiu, ale to było 55 lat temu” – zawołał pan Mikulski i z wysokości swojego wzrostu pocałował starszego, filigranowego kolegę w czoło. Uwielbiałem poczucie humoru pana Wieńczysława. Podczas wspomnianych urodzin byłem świadkiem, jak zadał jakąś zagadkę panu Stanisławowi Różewiczowi. Uzyskawszy zadowalającą odpowiedź zawołał: „Brawo! Wygrałeś główną rolę w filmie „Złodziej z Bagdadu”!
Jan Englert
Już podczas naszego pierwszego spotkania (w letnie, słoneczne południe 2004 roku) w jego gabinecie przy warszawskim placu Teatralnym, zauważyłem, że pod dystyngowaną już i mocno dojrzałą powierzchownością dyrektora (wtedy i do dziś) Teatru Narodowego skrywa się energiczny, nieco figlarny, skłonny do złośliwej ironii (i autoironii) chłopiec (o „oszronionej” czuprynie), co podkreśla zawsze także jego szczupła, sportowa, choć niewysoka sylwetka. Powiedział kiedyś, że stąd bierze się jego problem z graniem postaci tragicznych. Sam o sobie (z właściwą sobie wspomnianą autoironią i dystansem do siebie) powiedział – brzmiało to mniej więcej tak – że „bęcwał Englert położył rolę króla Leara, bo nie potrafił ukryć przed widzami, że jego tragiczna postać starca ma mocne nogi sportowca”. Ciekawy był natomiast jako Łatka w „Dożywociu” w Teatrze Narodowym we własnej reżyserii. Ta postać w teatralnej tradycji to zazwyczaj grzybowaty „dziadyga” i tak tę postać grali n.p. Jacek Woszczerowicz czy Tadeusz Łomnicki. Englert zagrał Łatkę w sile wieku, nieco zaniedbanego w stroju, ale bezwzględnego człowieka interesu, nie „starego dziwaka”. Z ekspresyjnych cech aktorskiego emploi Jana Englerta bardzo lubię jego „łobuzerskość”, pełną wdzięku „arogancję”, jego charakterystyczny śmiech, nagły, ostry, wybuchający znienacka oraz jego krzyk w złości. Rozmówcą jest świetnym, precyzyjnie i klarownie formułującym wypowiedzi. Ma w sobie coś z lekka onieśmielającego (badawcze, nieco chłodne spojrzenie), łączy w sobie rys wytwornej światowości z chłopięcością i mimo, że rok urodzenia (1943) czyni go już starszym panem, nigdy go tak nie postrzegam. W zachowaniu jest zdystansowany, sygnalizuje rezerwę, nie ma w nim nic jowialnego, żadnych egzaltacji z jego strony rozmówca nie może się spodziewać. Mimo to, kiedy po raz kolejny spotykaliśmy się przy jakiejś okazji (n.p. na planach realizacji Teatru Telewizji) zawsze mimiką i odrobinę prywatnym tonem, z jakim wypowiadał słowo „cześć”, dawał do zrozumienia, że mnie pamięta, że poznaje. To szczególnie miłe ze strony człowieka tak trzymającego dystans. Wspomniałem, że Jan Englert nie najlepiej sprawdza się w rolach wymagających ekspresji uczuć. Gdy w telewizyjnym spektaklu „Beatrix Cenci” Juliusza Słowackiego w reżyserii Gustawa Holoubka (1973) zagrał zakochanego w tytułowej bohaterce malarza Gianniego Gianni, to pomimo dobrej techniki był nieprzekonywujący w okazywaniu burzy uczuć i rozpaczy. Natomiast był wręcz stworzony do tytułowej roli w także telewizyjnym „Don Juanie” Moliera w reżyserii Zygmunta Hübnera (1974), która jest moją ulubioną spośród wszystkich znanych mi ról Jana Englerta. Znakomicie oddał w niej całą inteligencję, „pańską” dezynwolturę i cynizm tej postaci. Powiedziałem mu to. I oto ku mojemu zaskoczeniu stwierdził, że ta właśnie rola ściągnęła na niego najwięcej – mówiąc językiem dzisiejszym – „hejtu” i że byli i tacy, którzy nawoływali wtedy, by go wyrzucić z zawodu. Zapytałem o przyczynę takich reakcji. Odpowiedział, że mówiono, iż „zagrał źle” i eksponował „skrajny cynizm”. Co do mnie, to aktorstwo Jana Englerta uwielbiam. Lubię taki koloryt ekspresji. Żeby wyrazić mu za nie swoją wdzięczność przyniosłem (aby poprosić o dedykację) na jego spotkanie z młodzieżą artystyczną na terenie wytwórni filmowej przy ulicy Chełmskiej (jeśli dobrze pamiętam w 2019 roku) książkę z kadrem z „Kanału” Andrzeja Wajdy, gdzie 13-letni bodaj wtedy Janek wystąpił w malutkim epizodziku „Zefira”. Pan Englert wziął książkę w dłoń i pokazał ten kadr uczestnikom spotkania, którzy już zaczęli wstawać z krzeseł po zakończonym spotkaniu. A do mnie powiedział półgłosem: „Na pana zawsze można liczyć”. I łobuzersko, schodząc z lekka z dystansu – puścił do mnie „oko”.
Jerzy Gruza
W Jerzym Gruzie (1932-2020) zawsze podobało mi się połączenie subtelnego artysty o świetnym guście literackim (był rewelacyjnym reżyserem Teatru Telewizji, autorem kilkunastu wspaniałych spektakli, na czele z fenomenalną realizacją „Mieszczanina szlachcicem” Moliera z Bogumiłem Kobielą w roli tytułowej, 1969) z – nazwę to tak – „kalibanowym” sposobem bycia. Gruza, warszawiak z urodzenia, lubił stylizować się na warszawskiego „andrusa”, nonszalanckiego, nieco szorstkiego, potrafiącego być „złośliwym” i „niemiłym”, jakby zawsze niezadowolonego, „skwaszonego”, sarkastycznego, ale czuło się, że to stylizacja i na tym pokazaniu „szwów” polegał właśnie jego wdzięk. Podobnie jak Jan Englert nie miał nic z „brata-łaty”, ale dystansował się w inny sposób, grając nieco „obcesową arogancję”. Wywiad z nim przeprowadziłem w kawiarni „Czytelnika” przy Wiejskiej w roku 2003. Na pytania odpowiadał w swoim charakterystycznym stylu „od niechcenia”, który bardzo lubiłem. Po raz ostatni zamieniłem z nim kilka zdań na pogrzebie Romana Kłosowskiego w czerwcu 2018 roku, pytając go o jedną z telewizyjnych realizacji sprzed wielu lat. Godzinę wcześniej, stojąc w tłumie, wysłuchałem jego wspomnienia o zmarłym aktorze wygłoszone w domu przedpogrzebowym na Powązkach d. Wojskowych. Wygłoszone z „twarzą pokerzysty”, było tak zabawne, że mimo smutnych okoliczności sala rozbrzmiewała słabo tłumionym śmiechem.