Kapsułki pamięci

Jerzy Nasierowski
Gdy w latach 1995-2005 byłem w zespole redakcyjnym najpierw miesięcznika, a później kwartalnika „Bez dogmatu”, z pismem współpracował także Jurek. Był już wtedy poza aktorstwem i namiętnie oddawał się pisaniu. Napisał i wydał kilka tomów wspomnień z więzienia, gdzie znalazł się na początku lat siedemdziesiątych po głośnym procesie o zabójstwo i rabunek dokonane przez niego wraz ze swoim kochankiem na Starówce warszawskiej.
Czas odsiadki skrócił mu Roman Bratny, który poproszony o pomoc przez Krzysztofa Zanussiego, oczarowanego pisarstwem Jurka, przemyconym zza krat, użył swoich towarzyskich kontaktów na szczytach władzy, a konkretnie u generała Czesława Kiszczaka. Mieszkałem wtedy jeszcze w rodowitym Lublinie i co najmniej raz w miesiącu przyjeżdżałem na kolegia redakcyjne do Warszawy. Zazwyczaj nocowałem wtedy u Jurka w jego lokum na Nowym Świecie.
Jurek miał obsesję na punkcie zachowania młodego wyglądu, ćwiczył intensywnie, dbał o cerę, co sprawiało, że mimo dojrzałego wieku (miał już w tym okresie po sześćdziesiątce) nie wyglądał na swoje lata, na co miała wpływ także jego nieco cherubinowa blond uroda. Jurek przyjechał z kolei do Lublina na operację plastyczną, którą opłaciła mu jedna z ważnych telewizji w zamian za możliwość sfilmowania jej i wtedy zanocował u mnie. Jesienią 1995 roku pojechaliśmy razem, w ramach szerszej grupy, na doroczny, kilkudniowy zjazd Humanistische Deutsche Verband (Niemieckiego Związku Humanistycznego) do Berlina, a w naszej grupie był także Piotr Gadzinowski, z którym przewędrowałem wiele godzin po stolicy Niemiec. Podczas któregoś ze śniadań hotelowych siadłem przy stole z Jurkiem i z pewnym profesorem filozofii, starszym od Jurka zaledwie o cztery lata, ale wyglądającym bardzo sędziwie. Gdy profesor snuł w pewnym momencie wspomnienia z czasów powstania warszawskiego, Jurek odwzajemnił mu się wspomnieniem z handlowych wizyt z matką w getcie warszawskim. Profesor spojrzał na niego ze zdumieniem. Zapytał Jurka, czy ten nie zmyśla, bo wygląda na człowieka urodzonego już po wojnie.
Operacje i starania Jurka dały więc, niczym eliksir młodości, oczekiwany przez niego efekt. Z Jurkiem od 20 lat nie mam kontaktu, nie ukazują się jego książki, gdzieś dla mnie zniknął. Od czasu do czasu oglądam go tylko w dość często powtarzanym filmie telewizyjnym „Błękitny pokój” nakręconym przez Janusza Majewskiego, gdzie Jurek zagrał w parze z Polą Raksą. Widuję go też w „Godzinie pąsowej róży” Hanny Bielińskiej, gdzie zagrał u boku Elżbiety Czyżewskiej.
Barbara Stanosz
Była nieformalną redaktorką naczelną wspomnianego wyżej wolnomyślicielsko-racjonalistycznego miesięcznika, a później kwartalnika „Bez dogmatu”.
Spotykaliśmy się na kolegiach w redakcyjnym pokoiku przy ulicy Twardej 18. Barbara była profesorką filozofii i specjalizowała się w logice języka. Była bardzo uczona i miała umysł ostry jak brzytwa. Była nie tyle antyklerykałką, ile namiętnym wrogiem religii. Uważała ją za „obelgę dla rozumu ludzkiego” i fakt, że religia w ogóle istnieje był dla niej niebywale skandaliczny, nie mogła się pogodzić z taką aberracją. Wręcz płonęła żarem antyreligijnym.
Nawet ja, także ateista, byłem daleki od aż tak namiętnej niechęci do religii. Mimo swojego antyfideizmu Barbara nie była hedonistką, żyła po spartańsku, ascetycznie, jedyną jej przyjemnością natury fizycznej były papierosy, których dziennie spalała jakieś trzy paczki, a jadała jak wróbelek. Szkoda, że nie dożyła czasów, w których Kościół katolicki w Polsce chwieje się w posadach z powodu afer pedofilskich, arogancji, chciwości oraz innych nadużyć, a młodzież w większości odwróciła się od niego. Wtedy, ćwierć wieku temu, było to trudne do wyobrażenia.
Kościół był na fali wznoszącej, miał papieża Wojtyłę, religię w szkołach, zakaz aborcji i wszelakie przywileje finansowe. Istniał wprawdzie popularny tygodnik „Nie”, ale to zasadniczo nie zmieniało układu sił. Gdy spotykaliśmy się w redakcyjnym pokoiku, miałem poczucie, że niszowe (1000 egzemplarzy nakładu), teoretyczne, chłodne pismo nie ma nawet szans konkurować z satyrycznym pismem antyklerykalnym opartym na społecznym konkrecie.
Miałem też poczucie, że jesteśmy niszowym kręgiem bez praktycznego znaczenia wobec walca politycznego klerykalizmu. Czy cieszyłaby ją obecna sytuacja? Chyba nie, bo była bardzo wymagająca i sam fakt, że Kościół ciągle trwa, a ciągle wielu ludzi chodzi na nabożeństwa, był dla niej „zgorszeniem i głupstwem”, skandalem. Barbara była bardzo uczona i przenikliwa, ale pomyliła się w jednej ze swoich prognoz, którą opublikowała w „Gazecie Wyborczej”, tuż po wprowadzeniu zakazu aborcji w styczniu 1993 roku.
Stwierdziła wtedy pesymistycznie, że Kościół wychowa sobie posłuszne jego władzy pokolenia i to utrwali się, spetryfikuje na długie dziesięciolecia, może nawet na zawsze.
Nie przewidziała (nikt nie przewidział) w tym tekście antyklerykalnego buntu młodzieży z lat 2016 – 2020, fali laicyzacji, ale też trudno było wtedy o to, bo o wielu okropnościach kościelnych nie wiedzieliśmy. Mimo to żałuję, że już jej nie ma i nie mogę jej zapytać, co o tym wszystkim myśli.
Jan Baszkiewicz
To od lektury jego biografii Robespierre’a zaczęła się moja fascynacja historią Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Była tak silna, że zapragnąłem Profesora poznać.
Był wyrafinowanym intelektualistą o silnym zmyśle ironii, poczucia humoru i bajecznym erudytą. W jego sposobie bycia i mówienia, w typie poczucia humoru było coś francuskiego, wykwintnego w dawnym stylu. Umysł miał – nazwę to tak – wolteriański. Umówiony, zapukałem do jego wypieszczonego, pełnego książek warszawskiego mieszkania przy Świętojerskiej, nieopodal Starego Miasta.
Po dłuższej rozmowie zaprosił mnie na obiad do „Bazyliszka” i zaczął opowiadać o rewolucjonistach francuskich, o jakobinach i innych tak plastycznie i barwnie, jakby byli jego starymi znajomymi. Przez szereg lat korespondowaliśmy, a ja czytałem jego kolejne książki: „Dantona”, „Rewolucję Francuską 1789-1794”, „Francuzów 1789-1794. Studium świadomości rewolucyjnej” i inne.
Do końca życia był konsekwentnym człowiekiem lewicy, a lewicowość traktował integralnie. Gdy ja w latach osiemdziesiątych patrzyłem na ruch „Solidarności” z boku, ale z różnych powodów nie bez pewnej sympatii (choć daleko od entuzjazmu) profesor otworzył mi oczy na wiele spraw w tej mierze.
Ale i on, tak przenikliwy analityk życia politycznego (zawsze przez pryzmat historii) pomylił się w prognozie co do przyszłości. Nasze wspomniane spotkanie miało miejsce w czerwcu 1980 roku, na kilka tygodni przed wydarzeniami sierpniowymi na Wybrzeżu.
Kiedy go wtedy zapytałem czy przewiduje wybuch protestów, powiedział, że nie, bo „obecne społeczeństwo to worek kartofli”.
Od lat, gdy słyszę, jak ktoś autorytatywnie mówi, że coś się zdarzy albo nie zdarzy, przypominają mi się słowa profesora Baszkiewicza.