Kapsułki pamięci

Led Zeppelin
Teraz kapsułka innego gatunku. Ostatnimi czasy wracam sentymentalnie do muzyki mojej młodości, słuchanej w czasach licealnych na prywatkach i dyskotekach. Led Zeppelin, Deep Purple, Rolling Stones, Bob Dylan, Janis Joplin, Black Sabath i wiele innych. W tamtych czasach, a były to lata siedemdziesiąte, słuchałem jej chętnie, ale nie powiem bym był jakimś jej krańcowo fanatycznym fanem. Jednak upływ czasu i sentymenty zrobiły swoje i podniosły rangę tej muzyki w mojej emocjonalnej pamięci. Bardzo ciekawe jest swoją drogą zjawisko polegające na tym, że ta muzyka pozostała jakby muzyką dwóch generacji, urodzonych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, że nie została ona podjęta i rozwijana przez kolejne generacje w kolejnych mutacjach. W swojej dynamicznej wspaniałości zastygła jakby piękny owad w bursztynie. Owszem, są młodzi wykonawcy, którzy ją grają i młodzi odbiorcy, którzy jej słuchają, ale to dzieje się na zasadzie imitacji, względnie fascynacji nieco archiwalnej, ciekawostki, vintage’u. Organicznie przylega ta muzyka jedynie do dzisiejszych siedemdziesięcio- i sześćdziesięciolatków, bo tylko oni przeżywali ją, gdy powstawała jako znak klimatu duchowego, psychologicznego czasów ich (czyli też mojej) młodości. Zupełnie niedawno, stojąc na czerwonych światłach przed przejściem przez jezdnię przy ulicy Puławskiej, tuż przy wejściu do parku Królikarnia, usłyszałem z wnętrza jednego z aut (szyba była opuszczona) głośne, superdynamiczne, hardrockowe dźwięki jednego z najwspanialszych dzieł tego nurtu, „Whole lotta love” grupy Led Zeppelin. Kierowca kiwał się w takt dynamiki, rytmu tego utworu, poruszał ustami i w pewnym momencie ruszył z piskiem opon, uwożąc mi „Whole lotta love” sprzed nosa. W okamgnieniu zobaczyłem, że to siwy starszy pan sześćdziesiąt plus. Jak ten czas szybko upływa. Jeszcze, wydawałoby się, tak niedawno była to tzw. muzyka młodzieżowa, słuchana przez licealistów i studentów, a tu ani się obejrzeliśmy, jak dziś jest muzyką starszych panów i pań, którzy słuchając jej zadają sobie pytanie, „gdzie się podziały tamte prywatki, niezapomniane”.
Kapsułka duża jak balon o wielobarwnym PRL
Kolega Andrzej Dryszel zainspirował mnie swoimi wspomnieniami z lat dzieciństwa i młodości, do których z kolei zainspirowała go Joanna Czartoryska swoimi „opowiadaniami nostalgicznymi” „Każdy miał swój PRL”. Roczniki urodzenia ojców naszej trójki podobne:1925-1927, ale poza tym raczej różnice sposobów życia niż podobieństwa (co dodatkowo uzasadnia sens tytułu), choć czas PRL ten sam i to samo pokolenie. Zatem pozwalam sobie dorzucić i moje trzy grosze. Moja rodzina ani żyła ani w aż tak trudnych warunkach jak Andrzeja, ani, z drugiej strony, nie korzystała z nomenklaturowych przywilejów, o jakich opowiada autorka. W moim przypadku to skromna inteligencja pracująca – lekarz i farmaceutka. Żadnych kokosów, ale poziom życia raczej godziwy, jak na PRL i jak na tamte czasy. Ani chleb z cebulą, ani z cukrem i wodą, ani nomenklaturowe, PZPR-owskie czy „służbowe” korzyści. Inna sprawa, że co do kanapek, to dostawałem do szkoły takowe z szynką lub baleronem, ale jako tzw. chroniczny niejadek zostawiałem je pod ławką lub wyrzucałem do kosza, i tak całymi latami, bo patologicznie nie lubiłem jeść. Jedzenie było zmorą mojego dzieciństwa, więc narzekania na wszelakie niedobory w tej dziedzinie zwyczajnie nie rozumiałem. Gdy jako trzynastolatek (1970) usłyszałem, że stoczniowcy w Trójmieście zbuntowali się przeciwko podwyżkom cen żywności, nie wiedziałem o co im biega. Przecież zamiast dać się za to zabić, powinni się cieszyć, że będą mogli jeść mniej (sic!). Auto prywatne, mieliśmy jako jedni z nielicznych w dzielnicy. Był to warburg 312 standard, produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej (fabryka w Eisenach). Cały blok zazdrościł nam auta oraz wycieczek krajowych i zagranicznych (Bułgaria, Rumunia, a potem nawet raz Turcja, czyli kraj kapitalistyczny), a mnie kosztownych zabawek, ale dla mnie to było raczej upokarzające, bo chciałem być „równym” ferajnie z podwórka, a nie być „paniczykiem” z „dobrobytu”. Wypisz wymaluj syndrom pokazany przez Marka Twaina w powieści „Książę i żebrak”. Dlatego trochę nadrabiałem dystans chuliganieniem (plucie, palenie, wulgaryzmy, wybijanie szyb). Co do religii, to rodzina była katolicka, więc kryć się nie było powodu. Ciągali mnie co niedziela na nudną jak cholera MYSZĘ świętą i inne nabożeństwa, dzięki czemu do dziś znam na pamięć liturgię MYSZY świętej i mnóstwo religijnych pieśni. Dajcie mi ornat i kielich a odstawię wam mszę jak malowanie nawet za jedno piwo. Pod Paryżem mieszkam u przyjaciela księdza, który nie może wyjść z podziwu, że tak dobrze znam jego zawodową dziedzinę. Odpowiedź: „Katolickie wychowanie”! Ale religijności z tego nie wyniosłem, wręcz przeciwnie co powinno być przestrogą dla Czarnka i Skrzydlewskiego od „ugruntowywania cnót niewieścich”, acz do dziś pozostało mi z tego czasu, na zasadzie proustowskiej „magdalenki”, zamiłowanie do imitacyjnych form „katolickich” w seksie. Andrzej cytuje w pewnym momencie sformułowanie pani Czartoryskiej, że „ukształtował ją strach”. Domyślam się, że chodzi jej prawdopodobnie o strach, respekt przed władzą, od którego nie byli też wolni ludzie związani z partyjną nomenklaturą, ale to dopiero zrozumiałem po latach. Andrzejowi i mnie było to raczej obce, bo nasze środowiska życiowe były od władzy bardzo dalekie, a poza tym dla nas chłopaków jakaś tam władza to była abstrakcja, to był Gomułka w telewizji. Abstrakcja może poza Milicją Obywatelską z białymi pałkami, której jednak trochę się baliśmy. Większy był jednak lęk przed dostaniem „w dziób”, „w ryj” od jakiegoś silniejszego i agresywnego obywatela dzielnicy. Brało się w dziób i czasem się w dziób dawało. Kawały „polityczne” się opowiadało i słuchało. Haratało się w gumową przeważnie gałę nożną, chodziło się do kina najczęściej na westerny, filmy przygodowe, kryminalne, na francuski „płaszcz i szpadę”. Największymi atrakcjami kinowymi były mordobicie, strzelanina i całowanie się, czyli „uderzanie w ślinę”, oczywiście aktorów, a nie nas, dzieciarnianej widowni. Do tej pory potrafię ze szczegółami i na emocji opowiedzieć najlepsze sceny z „Rio Bravo”, „Siedmiu wspaniałych” czy „Vera Cruz”. W narracji Andrzeja pobrzmiewa resentyment wynikający z poczucia, że w PRLowskiej rzeczywistości jego rodzina należała nie do „równiejszych”, lecz tylko do „równych”, a równiejsza bywała, jak napisał, „tzw. inteligencja”, nie tylko partyjna nomenklatura. Coś w tym jest, bo ja wyrzucałem kanapki z szynką a mój kolega, syn samotnej sprzątaczki, jadał tylko „kartofle” z „chudą” śmietaną, stąd, jak twierdził inny mój kolega, był „gruby”, dziś wiemy że to bzdura. Posiadanie odbiornika telewizyjnego było w moim bloku częstsze niż posiadanie auta, ale ojciec mój szarpnął się nie na „zwykłego” „beryla”, „szmaragda” czy „wisłę”, ale na 19calowego „stadiona” produkcji NRD. Oglądałem w nim m.in. „Jacka i Agatkę”, „Przygody Gąski Balbinki”, seriale „Bonanza”, „Hrabia Monte Christo”, „Świętego”, „Barona”, którego mało kto dziś pamięta, a także „Konkurs pięciu milionów”, prowadzony przez redaktora Marka Grota czy „Sylwetki X Muzy” prowadzone z Poznania przez redaktora Czesława Radomińskiego, superuprzejmego uprzejmością rodem z CK Krakowa czasów Franciszka Józefa. Nawiasem mówiąc, redaktor Radomiński był byłym oficerem wywiadu Armii Krajowej, jest więc kłamstwem katolicko-solidarnościowej propagandy, że wszyscy akowcy byli prześladowani, Nawiasem mówiąc, mój nauczyciel historii w Szkole Podstawowej nr 25 w Lublinie imienia Władysława Broniewskiego w Lublinie, pan Zenon Zwolak, należał, jak się dowiedziałem po latach z filmu dokumentalnego o „wyklętych”, do oddziału „Lalka” Franczaka”, jako nieletni „syn pułku”. Skoro więc temu człowiekowi „komunistyczne” kuratorium powierzyło uczenie historii młodzieży , to co tu mówić o „totalitaryzmie”, bo przecież SB musiała znać jego przeszłość. Długo można by tak wspominać, ale na pewno widać z tego, że rzeczywiście, jak brzmi tytuł tomu opowiadań Joanny Czartoryskiej, „każdy miał swój PRL” i że był to czas wielokształtny, wielobarwny i niejednoznaczny.