Kapsułki pamięci

Nie wątpię, że czytelnicy moich „kapsułek pamięci” trafnie odczytują moje intencje i nie posądzają mnie, broń Boże, o jakąś mitomanię. Nie wątpię, że odbierają je tak, jak należy – jako kpinki z siebie samego i jako figlarne, paradoksalne „gierki” historycznej wyobraźni, nieco szalone, „odjechane” asocjacje rodzące się w głowie kogoś, kto jest zafascynowany historią, a któremu los (na szczęście) powierzył rolę jedynie skromnego obserwatora. Uczyniwszy dla pewności tę uwagę, pozwalam sobie zaserwować P.T. Czytelnikom kolejną porcyjkę moich nie tyle może „kapsułek”, ile subiektywnych figlików historycznej wyobraźni.
Oko w oko z Kiereńskim
Mój dużo starszy i niestety już nieżyjący przemiły kolega, pisarz, Olek Minkowski, autor pół setki powieści dla młodzieży (m.in. „Kosmicznego sekretu Lutego” (1967) czy „Nasturcji i lwa” (1969), a także popularnej, także dzięki telewizyjnemu serialowi „Szaleństwo Majki Skowron” (1972), napisał swego czasu wspomnienia ze swojego stypendialnego pobytu w USA w latach 60-tych. Opisał w nim epizod spotkania z sędziwym już wtedy, będącym u schyłku życia, Aleksandrem Kiereńskim, premierem Rządu Tymczasowego w 1917, który został obalony przez bolszewików Lenina. Olek opisał to nawet w trybie przygody romansowej, w której niespodziewanie dla siebie stał się rywalem staruszka Kiereńskiego, u schyłku jego życia, które zakończyło się w 1970 roku. Nie będę post fatum wyręczał Olka. Odsyłam do jego frapujących wspomnień p.t. „W niełasce u Pana Boga” (2006), gdzie opisał to spotkanie szczegółowo. Olek poznał tę historyczną postać, ja poznałem Olka. Przyznam, że fakt ten, jako miłośnika historii działa na moją wyobraźnię. Mam „optyczne” wrażenie, że od Kiereńskiego dzieli odległość „na wyciągniecie ręki”
Kolega Baczyńskiego
Rok później, w kwietniu 1977 roku, tuż przed maturą, uczestniczyłem, jako uczeń V Liceum Ogólnokształcącego w Lublinie im. Marii Curie-Skłodowskiej, w zawodach centralnych Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Zawody toczyły się w dwóch miejscach – w Pałacu Staszica czyli gmachu Polskiej Akademii Nauk oraz budynku narożnym, u zbiegu Alei Ujazdowskich i placyku, na którym stoi dziś pomnik Witosa. Część pisemna polegała na napisaniu pracy na jeden przedstawionych do wyboru tematów. Ja wybrałem temat o funkcjach arcydzieła i kiczu w literaturze i moja praca spotkała się z uznaniem i wyróżnieniem. Następnego dnia odbył się olimpijski egzamin ustny, który z powodu mojego onieśmielenia dostojeństwem profesorskiej komisji poszedł mi nieco gorzej. Jednym z członków komisji, który zadał mi pytanie o podobieństwa między formą dramatu i nowelą, był nieduży, drobnej postury pan z haczykowatym czerwonym nosem, Stanisław Marczak-Oborski, kolega konspiracyjny między innymi Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy poetów z kręgu „Sztuki i Narodu”. W ten sposób poznałem człowieka, który znał poetę, którego śmierć w Powstaniu Warszawskim 4 sierpnia 1944 w Pałacu Blanka przy Placu Teatralnym Kazimierz Wyka określił jako „Śmierć Słowackiego”.
Koniak u Axera
W ramach tego samego pobytu w Warszawie wraz lubelską reprezentacją polonistyczną olimpijską było w programie wyjście, 19 kwietnia 1977 roku, do Teatru Współczesnego na premierę „Kordiana” Juliusza Słowackiego w reżyserii dyrektora teatru Erwina Axera. Przyszliśmy tam, wraz z nauczycielkami, lubelscy uczniowie-olimpijczycy. Po wejściu do teatru przy Mokotowskiej 13, na korytarzu foyer zauważyłem od razu członka Biura Politycznego i sekretarza KC PZPR, naówczas być może I sekretarza KW w Warszawie Józefa Kępę, w konwersacji z dyrektorem Axerem. Nie pamiętam czy przed spektaklem, czy w przerwie czy po jego zakończeniu zostaliśmy zaproszeni, w ramach zapewne uzgodnionego spotkania, do gabinetu dyrektora Erwina Axera. Po latach dowiedziałem się, że był on synem słynnego adwokata Maurycego Axera, obrońcy Rity Gorgonowej w jej procesie sądowym o zabójstwo. I że, urodzony w Wiedniu w roku 1917, spędził w tym mieście dzieciństwo i kawał młodości. Axer zrobił na mnie wrażenie jako niebywale wytworny, finezyjny mężczyzna, wtedy równo 60-letni, w eleganckiej marynarce i jedwabnym golfie. Poczęstował nas odrobiną koniaku w kryształowych kieliszkach i czekoladowymi gwiazdkami z eleganckiego naczynia. Pytał nas o plany co do studiów. Ja zadałem mu niezbyt mądre pytanie, dlaczego w Teatrze Współczesnym wystawił „Kordiana”, dramat przecież stary i „klasyczny”. Znać z tego, że nie miałem wtedy jeszcze nawet bladego pojęcia o tym, co znaczy „współczesność” w teatrze. Axer odpowiedział elegancko i lakonicznie, że „klasykę też trzeba wystawiać”. W trakcie rozmowy do gabinetu weszła scenografka Ewa Starowieyska, piękna i wytworna pani w długiej sukni, paląca papierosa w długiej szklanej lufce, która wyglądała jak dama z młodopolskiego portretu. W pewnym momencie w drzwiach stanął, oparłszy się o futrynę, aktor Ryszard Barycz, odziany w sceniczny, błękitny w kolorze kontusz (grał w tym przedstawieniu) i dał mi się odznaczyć plastikową odznaką noworocznej edycji Olimpiady, którą wpiąłem mu w klapę.
Przygoda w Burgas („Daughter of darkness”)
A teraz przygoda w wydźwięku niepoprawna obyczajowo, z uwagi na nośny w naszych czasach aspekt „gejowski”, aspekt aktywności ruchów wokół LGBT. Dlatego podkreślam z całą mocą, że jest ona odzwierciedleniem świadomości sprzed 48 lat i że przedstawiłem ją w duchu tamtych czasów, bez zastosowania dzisiejszych korekt, uwzględniających nowe widzenie „tematu”.
W sierpniu 1972 roku, gdy miałem lat 15, uczestniczyłem, na peryferiach czarnomorskiej miejscowości Burgas, na terytorium Bułgarskiej Republiki Ludowej, w tańczonej, pitej i macanej prywatce u bułgarskich pedałów, Toniego i Zdrawko, którzy przedstawili się jako dziennikarze telewizji w Sofii. Piliśmy wódkę jarzębiak, jedliśmy arbuza, wafelki i tańczyliśmy zarówno do muzyki powolnej, jak i do ówczesnego przeboju, „Daughter of darkness” w wykonaniu Toma Jonesa. A było to tak. Kolega Wojtek zaprosił mnie na trzytygodniowy pobyt w Bułgarii, zorganizowany przez zakład pracy jego matki. Po podróży przez Czechosłowację, Węgry i Rumunię dotarliśmy do celu i zainstalowaliśmy się w namiotach na kampingu Krajmorie, niedaleko Burgas i Sozopolu. Pewnego dnia wybraliśmy się we dwóch, żeby odwiedzić te dawne kolonie greckie, rzeczywiście przypominające wyglądem stare greckie miasteczka. W pewnym momencie, gdy znużeni tęgim upałem, zatrzymaliśmy się na niewielkim placu miasteczka Burgas, podeszło do nas dwóch mężczyzn, których wieku wtedy nie potrafiłem ocenić, ale przypuszczam, że byli mniej więcej między 35-tką a 40-tką, w każdym razie z perspektywy mojej młodości wydawali mi się starzy jak Troja, zwłaszcza Toni o zniszczonej, jakby przepitej twarzy długich, ciemnych, zmierzwionych włosach. Zagadnęli nas przyjaźnie, skąd jesteśmy, a gdy dowiedzieli się, że z Polski, jeden powiedział, że w Polsce studiował, drugi – że miał żonę Polkę. Po krótkiej gadce-szmatce zaproponowali nam wspólne spotkanie w ich domu, oczywiście przy alkoholu. Z młodzieńczą lekkomyślną skwapliwością przyjęliśmy zaproszenie, po czym wsiedliśmy do błękitnego, zdezelowanego, starego „opla kapitana” z rozprutymi siedzeniami, z których wyłaziły sprężyny i ruszyliśmy wąskimi uliczkami Burgas, przy czym kierujący wozem Zdrawko rozganiał stare wałęsające się baby okrzykiem „sio”. Trasy oczywiście nie pamiętam, bo nie mam pamięci fotograficznej, choć utrwaliło mi się, że dotarliśmy na dalekie przedmieście, na jakąś zamiejską, rozpaloną słońcem równinę, po czym weszliśmy do skromnego, szarego domku jednorodzinnego. Przechodząc korytarzami zauważyłem, że w pokojach, w rozgrzebanych łóżkach przebywają młodzi mężczyźni w stroju niedbałem, rozchełstani, jakby świeżo przebudzeni, o dość błędnym wzroku, choć było już popołudnie. W niewielkim pokoju, do którego nas wprowadzono zaczęła się impreza. Na stole stanęła butelka kupionego przez nas jarzębiaku. Gospodarze przynieśli misę z pokrojonym arbuzem, szklane naczynie z jakimś jogurtem i jeszcze jakiś alkohol. Zaczęliśmy konsumpcję przy jakichś gadkach-szmatkach. Włączono muzykę z gramofonu, z płyt winylowych. Głównie jakiś pop, z którego zapamiętałem jedynie „Daughter of darkness” w wykonaniu Toma Jonesa, w którego takt chyba nawet tańczyliśmy, podobnie jak w tak jakiejś także wolnej muzyki. Nasi gospodarze poprosili nas do tańca. Wojtka – Zdrawko, mnie – Toni. Po chwili zauważyłem, że Wojtek jest przez Zdrawka przytulany i obcałowywany, co więcej, nie tylko chętnie się tym karesom poddaje, ale i je czule oddaje. Wojtek zawsze był zmysłowy, cielesny, pieszczoch. Ja – nie, więc gdy i mnie zaczął nadmiernie emablować Toni, delikatnie się opierałem. W przerwach między tańcami zasiadaliśmy do stołu i piliśmy jarzębiak z lodem przez słomkę, co jak później się dowiedziałem służy szybszemu upiciu się, bo tym sposobem alkohol wchłania się najskuteczniej, najszybciej, bo przez błony śluzowe języka i jamy ustnej. Spotkanie trwało może dwie-trzy godziny i w pewnym momencie uznaliśmy, że trzeba się ewakuować. Nasi gospodarze niezbyt chętnie się z nami żegnali, zachęcali do zostania, odniosłem nawet wrażenie z ich mowy ciała, że mogła kluć im się w głowach myśl o zatrzymaniu nas siłą, co przez moment wywołało we mnie pewien niepokój. Wypuścili nas dopiero po tym, jak obiecaliśmy im, że spotkamy się z nimi ponownie następnego dnia. Pożegnanie z ich strony było maślane, ściskali nas, całowali, przyciskając się do nas spoconymi, ziejącymi alkoholem pyskami. Słabo pamiętam jak dotarliśmy do szosy prowadzącej do Krajmorie. Na autobus do Burgas zaczekaliśmy leżąc w przydrożnym rowie. Oczekiwany wehikuł przyjechał bardzo zatłoczony, pełen spoconych wieśniaków. Do Krajmorie dotarliśmy już grubo po zmierzchu, prawie nocą. Następnego dnia opowiedzieliśmy o naszej przygodzie doświadczonemu mężczyźnie, panu Wiesiowi. Powiedział, że „to pedały”. Gdy wyraziłem swa wątpliwość, pytając, czy to jednak nie wampiry, żachnął się: „A skąd. Jakie wampiry? Pedały!”. Pan Wiesio, bitny lubelak, sugerował nawet przez chwilę, żeby „im wpierdolić”, ale mu przeszło. Tak powziąłem wiedzę o istnieniu pedałów, czyli zjawiska homoseksualizmu. O wampirach wiedziałem dużo wcześniej. Toni i Zdrawko przyjechali następnego dnia o umówionej godzinie pod bramę kampingu. Obserwowaliśmy ich ukryci w pobliskich krzakach do momentu aż odjechali. Z perspektywy niemal 50 lat, wspominam opisane prawdziwe zdarzenie z pewnym zadziwieniem, że tak niewiele wiedziałem o tym jak my ludzie jesteśmy różnorodni. Nie mam też wątpliwości, że współcześni nastolatkowie taką wiedzę już mają. Inne czasy po prostu…