Koronacyjny krach polityki globalnej USA (część II)

Tragedię pandemii należy rozpatrywać jako zjawisko samoistne, ale, lepiej, w kontekście globalnym. W tym celu nie trzeba być politykiem, dyplomatą czy politologiem, żeby dostrzegać pogarszającą i komplikującą się coraz bardziej sytuację międzynarodową – i to pod każdym względem.

Uznałem za stosowne przeanalizować nieco szerzej powojenną ewolucję stosunków amerykańsko – chińskich nie tylko z uwagi na ich wielkie znaczenie globalne, lecz także po to, aby – poprzez tę soczewkę – uwidocznić niesamowite meandry, niekonsekwencje i najzwyklejsze, wręcz niezrozumiałe, błędy makro i miscalculations w polityce USA, odnoszące się również do wielu innych krajów, łącznie z naszym (np. fiasko amerykańskiego planu Sachsa/Balcerowicza). Jest to polityka nieefektywna i bardzo kosztowna, gdyż za poważne błędy, nieprzemyślane posunięcia i futurystyczne miscalculations trzeba srogo płacić. Niektórzy decydenci amerykańscy zdają się nie pamiętać, że 420.500 obywateli amerykańskich (w tym 12.500 cywilów) oddało swe życie, w słusznej sprawie, podczas II wojny światowej i że koszty udziału USA w tej wojnie przekroczyły 300 mld USD (obecnych; 431 mld USD ówczesnych) – dane ze źródeł Kongresu USA 1/. Owoce tego zwycięstwa zostały zaprzepaszczone w dużej mierze w wyniku kolejnych porażek militarnych USA w świecie i ich poronionej polityki globalnej.
Hard power:
Powracamy do głównego wątku rozważań zaczynając od stwierdzenia, iż główny historyczny błąd strategiczny USA polega również na preferowaniu rozwiązań siłowych (Hard Power) zamiast rozwiązań pokojowych (Soft Power) – w dążeniu do dominacji, hegemonii i Pax Americana. W Waszyngtonie doszli bowiem do przekonania, iż tylko siłą uda się skłonić inne państwa i narody do zaakceptowania owych „ideałów”. Znaczy to, że nie są one dostatecznie atrakcyjne i przekonujące dla innych. Np. jak je zrealizować w Arabii Saudyjskiej, będącej, do niedawna, potulnym sojusznikiem USA, ale już rewidującym swe stosunki z nimi? Co gorsza, również siłą nie można nikomu narzucić ww. „ideałów”, jak świadczy o tym bolesny przykład Kuby, Chile, Jugosławii, Libii, Egiptu, Iraku, Syrii, Afganistanu, a nawet Polski i in. W świetle tego, marzenie o „amerykanizacji” Rosji, Indii, Chin, Iranu czy nawet Unii Europejskiej graniczy wręcz z kosmicznym absurdem.
Wielce wymowny w tym kontekście jest casus Iranu, w którym USA usadowiły kiedyś cesarza Mohammada Rezę Shaha Pahlaviego i wpompowały około 5 mld USD (ówczesnych) w armię imperialną. Miało to stanowić gwarancję dla interesów naftowych USA w rejonie Zatoki Perskiej i dla bezpieczeństwa Izraela. Ale w Stanach nie przewidziano, że cesarz może zostać obalony. Protesty społeczne przeciwko niemu trwały od października 1977 r. Wreszcie, cesarz opuścił Iran w dniu 16 I 1979 r. i wyemigrował do Egiptu. Tam też został pochowany. Dokonała się I rewolucja islamska i zdobycie władzy przez fundamentalistów, którzy przejęli również armię imperialną i uzbrojenie amerykańskie. Ale młodzież i strażnicy rewolucji islamskiej protestowali nadal – tym razem przeciwko Ameryce. M.in. okupowali oni ambasadę USA w Teheranie i wzięli 52 zakładników, których przetrzymywali przez 444 dni.
Celem ich uwolnienia, Prezydent Jimmy Carter wydał rozkaz przeprowadzenia operacji „Eagle Claw” („Orli Szpon”). Wprawdzie oddziały specjalne wylądowały na pustyni irańskiej, dnia 24 IV 1980 r., ale ich misja zakończyła się nazajutrz totalnym i kompromitującym niepowodzeniem wskutek błędów i niedociągnięć taktyczno – technicznych (m.in. śmigłowiec US Air Force zderzył się z samolotem tankującym podczas burzy piaskowej. Piloci zginęli). J. Carter przegrał kolejne wybory. Irańczycy oddali zakładników Amerykanom dnia 20 stycznia 1981 r., dokładnie w dniu zaprzysiężenia nowego Prezydenta Ronalda Reagana. Jednak, od tamtej pory Stany boczyły i boczą się dalej na Iran, atakowały go ostro w propagandzie, nakładały sankcje, blokowały konta bankowe, nie importowały ropy naftowej i gazu, groziły uderzeniem w irańskie reaktory nuklearne itp. Względna normalizacja nastąpiła dopiero po zawarciu porozumienia ws. irańskiego programu nuklearnego, dnia 14 VII 2015 r., ale Prezydent D. Trump zerwał to porozumienie. Poza ww. wojną koreańską i wietnamską, historia post jałtańska zna jeszcze wiele innych awantur wojennych w wydaniu amerykańskim. Jest chyba źdźbło prawdy w ironicznych porzekadłach, iż „każdy Prezydent USA musi mieć swoją wojenkę” oraz że „USA nie mogą się obyć bez wroga”. Niektóre z incydentów i sytuacji konfliktowych były bardzo groźne, kryły w sobie ryzyko wybuchu wielkiej wojny. Np.,: – kryzys berliński (4 VI – 9 XI 1961 r.), kiedy władze radzieckie zarządziły blokadę miasta, aby powstrzymać odpływ ludności z Berlina Wschodniego. W odpowiedzi, Amerykanie zorganizowali zaopatrzeniowy most powietrzny. Potem, rozpoczęto budowę „muru berlińskiego”; – kryzys kubański (1962 r.), związany z radziecką próbą przetransportowania i zainstalowania na Kubie rakiet wymierzonych przeciwko USA. Jednak, mimo kolosalnego napięcia, Nikita Chruszczow i John F. Kennedy znaleźli rozwiązanie kompromisowe. Rakiety zostały wycofane. Bardzo groźne i brzemienne w potencjalne konsekwencje były także kolejne wojny na Bliskim Wschodzie, starcia wokół Tajwanu, czy bombardowanie Jugosławii przez lotnictwo USA/NATO (24 III – 10 VI 1999 r.), w czasie wojny w Kosowie. Wówczas to, zbombardowano nawet, chyba nie przez przypadek, gmach ambasady ChRL w Belgradzie oraz doprowadzono do rozczłonkowania pięknej i zasobnej naonczas Jugosławii na kawałki. Komu ona przeszkadzała?
Jednak polityka US Hard Power dała najbardziej negatywnie znać o sobie w następujących przypadkach: – wojna w Zatoce Perskiej (1990 r. – 1991 r.) kosztowała podatników amerykańskich ponad 61 mld USD i przyniosła nijakie rezultaty (może poza wypróbowaniem, na polu walki inteligentnych broni nowych generacji, tzw. smart weapons); – wojna w Afganistanie (2001 r. – praktycznie do dziś). Dotychczasowe koszty: ponad 1,5 bln USD. Suma ta może wzrosnąć do 5 bln USD, jeśli uwzględni się koszty ubezpieczenia żołnierzy, leczenia rannych i psychicznie chorych oraz odszkodowań dla rodzin zmarłych; awantura afgańska US Army urasta do rangi tragicznego symbolu niepowodzenia strategii Hard Power i polityki „z pozycji siły”; – podobnie jak wojna iracka (2003 r. – praktycznie, do dziś), wywołana pod fałszywym pretekstem posiadania broni masowej zagłady przez Saddama Husseina. Dotychczasowy koszt: ponad 800 mld USD; oraz setki tysięcy zabitych i rannych w ww. przypadkach. Donald Trump ocenia, że agresja amerykańska w Iraku przyczyniła się do… powstania Państwa Islamskiego. Fakt, że wojny te są tak przewlekłe świadczy o tym, że założone cele nie zostały osiągnięte i że strategia US Hard Power ponosi fiasko.
Szczególnym przypadkiem niepowodzenia USA w ramach tej strategii jest casus ukraiński i syryjski. Kiedy trwał II majdan (tzw. Euromajdan) w Kijowie, zapoczątkowany dnia 21 XI 2013 r., pewnego razu, pod „osłoną” owego majdanu, okręty VI floty US Navy (śródziemnomorskiej) przepłynęły nielegalnie przez cieśniny czarnomorskie i skierowały się ku… rosyjskiej bazie morskiej w Sewastopolu. Cel tej misji był jasny: zajęcie owej bazy. Ale Cziernomorskij Fłot był szybszy i nie dopuścił do tego, po czym Rosja odzyskała Krym. USA udało się wszakże zainstalować proamerykańskie władze na Ukrainie i doprowadzić tamże do powszechnego bałaganu, który Leszek Balcerowicz i Michaił Saakaszwili, ówcześni doradcy rządowi, mogli jedynie pogłębić.
Przypadek syryjski jest znacznie bardziej skomplikowany i niebezpieczny. W wyniku tzw. wojny sześciodniowej, w 1967 r., Izrael zajął, m.in., syryjskie Wzgórza Golan. Okupacja trwa do tej pory. Wystarczy tylko spojrzeć ze szczytu tych Wzgórz, by zrozumieć ich strategiczne znaczenie. W dole rozpościera się biblijne Jezioro Galilejskie, którego życiodajna woda przesyłana jest rurociągami na pola i sady izraelskie. Poza wszystkim, Syria ma priorytetowe znaczenie i położenie strategiczne na mapie Bliskiego Wschodu, także w kontekście państwa islamskiego. Obok Iranu, chyba Syria jest teraz największym wrogiem Izraela, a Izrael – Syrii. USA bronią więc Izraela, co zrozumiałe. W danym przypadku, Stany chciały powtórzyć w Syrii to, co zrobiły w Libii (zabójstwo Muammara Qaddafiego i ustanowienie władzy proamerykańskiej) oraz w Iraku (zabójstwo Saddama Husseina i ustanowienie władzy proamerykańskiej). O ile w poprzednich przypadkach świat przyglądał się dość biernie wyczynom amerykańskim, o tyle w odniesieniu do Syrii i – wcześniej – do Ukrainy, Rosja powiedziała: „stop” i wysłała tam swoje siły zbrojne. Bombardowania rosyjskie w Syrii zaczęły się dnia 30 IX 2015 r. Władza Baszira el-Asada i on sam zostali uratowani, póki co. Amerykanie zdębieli, bo – najwyraźniej – tego się nie spodziewali. To kolejny krach ich Hard Power Policy.
De facto, w Syrii trwa więc bezpośrednia zbrojna konfrontacja sił rosyjskich (z udziałem wojsk prorządowych) i sił amerykańskich (z udziałem armijek antyrządowych), Turków, Kurdów, terrorystów, islamistów i in. Niebywały galimatias polityczno – strategiczny. Jego końca nie widać. Tymczasowe zawieszenia broni kończą się, zazwyczaj, wznowieniem działań bojowych. ONZ jest bezsilna. Niewymowne są cierpienia ludności cywilnej. Ze źródeł ONZ i Ligi Arabskiej wynika, że liczba zabitych Syryjczyków przekroczyła już 400.000 osób, w tym 15.000 dzieci. Liczba obywateli, którzy musieli opuścić swe domostwa i szukać schronienia w innych regionach kraju = 6 mln; zaś liczba uchodźców syryjskich = ponad 5 mln osób. Bezradni Europejczycy znają ich gehennę, niejako, z autopsji. Koszty tej wojny są astronomiczne. Po stronie rosyjskiej: 3 mln USD dziennie (łącznie już ponad 500 mln USD); zaś po stronie amerykańskiej – cztery razy więcej, na dzień i ogólnie. Oto konkretne „wyniki” kolejnej poronionej US Hard Power Policy. Ale czy pozycja USA na Bliskim Wschodzie i w skali globalnej oraz bezpieczeństwo Izraela zostały umocnione? Raczej, wręcz przeciwnie. Ponadto, wojna w Syrii stanowi dziś najpoważniejsze zarzewie nie tylko szerszego starcia amerykańsko – rosyjskiego, lecz również wybuchu III wojny światowej. Jakby Stanom było za mało wojen prowadzonych przez nie w wielu państwach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, US Navy i Air Force atakuje ostatnio Jemen.
I wreszcie, ułomności i nieadekwatność analizowanej polityki i strategii globalnej US widoczne są jaskrawo również przez pryzmat ich wojny z terroryzmem („War on Terror”). Terroryzm jest stary jak świat. Nie zaczynając od „Adama i Ewy”, godzi się przypomnieć, iż za jego protoplastów uważa się żydowskie ugrupowanie Sicarii (Nożownicy), którzy, w 1 wieku n.e., sztyletami mordowali w Judei tamtejszych kolaborantów ówczesnych władz rzymskich. Zaś, w naszych czasach, za punkt zwrotny w ewolucji terroryzmu i walki z nim uważa się atak samolotowy na wieżowce World Trade Center, w Nowym Jorku, dnia 11 IX 2001 r. Zresztą, okoliczności tej tragedii nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca, w związku z czym ludzie gubią się w domysłach, w teoriach spiskowych i w spekulacjach. Tom Brokaw, bezpośredni świadek wydarzeń, stwierdził wówczas, że „terroryści wypowiedzieli wojnę Ameryce” („terrorists have declared war on America”). Słowom tym nadano znaczny rozgłos w USA i na całym świecie. Wkrótce potem, dnia 16 IX 2016 r., Prezydent George W. Bush proklamował, po raz pierwszy, Global War on Terror. Z natury rzeczy, wojna ta została wkomponowana w US Hard Power Strategy w skali światowej. Podejście władz amerykańskich do tej kwestii uległo zmianie nieco później. W 2013 r., Prezydent Barack Obama uznał, mianowicie, że kategoria Global War on Terror jest zbyt ogólna i wszystkoistyczna oraz że w walce z terroryzmem należy koncentrować się na konkretnych celach, obiektach i ludziach, zagrażających Ameryce. Zaczęło się, m.in., polowanie na przywódców terrorystów, głównie przy pomocy oddziałów specjalnych i dronów (np. zabicie Osamy bin Ladena, w dniu 2 V 2011 r. oraz imama Abu Bakra al-Baghdadiego, w dniu 27 X 2019 r.). Irak zajmuje smutne I miejsce na liście państw o największej liczbie ataków terrorystycznych.
Jednakowoż, wojna USA (i innych państw) z terroryzmem nie przynosi pożądanych efektów. Wręcz przeciwnie, przyczyniła się ona do znacznego rozszerzenia tej zmory XXI wieku. Tzn., że metodologia i efektywność tej wojny jest niewłaściwa. Od 2000 r. do dziś liczba ataków i zamachów terrorystycznych na świecie zwiększyła się przeszło dziesięciokrotnie, osiągając, łącznie, liczbę ponad 70.000 ataków i 150.000 zabitych oraz straty materialne rzędu 60 mld USD. Rekordowe liczby ataków zanotowano w następujących latach: 2006 r. – 14.371; 2007 r. – 14.414; 2014 r. – 13.482; 2015 r. 11.774 (i ponad 50.000 zabitych); do połowy 2016 r. – ponad 1.400 ataków i 12.000 zabitych 2/. Liczby rannych i okaleczonych są, z reguły, kilkunastokrotnie większe.
Kolejna miscalculation amerykańska polega więc na zwalczaniu, głównie, skutków (a nie przyczyn: wojny, bieda, poniżenie, głód i in.) terroryzmu oraz na stosowaniu, w odpowiedzi, terroryzmu państwowego. Tymczasem, nawet najpotężniejsza US Army nie będzie w stanie wygrać z terroryzmem, który jest przeciwnikiem nieuchwytnym, nieobliczalnym i działającym z zaskoczenia przy pomocy prostych acz coraz bardziej wyrafinowanych metod zabijania. Ponadto, błąd Ameryki (i Zachodu) polega na zrażeniu sobie całego Islamu, a nie tylko fundamentalistycznych i fanatycznych terrorystów. Źródła islamskie podają, iż, w okresie od 1990 do dziś „Zachód zabił ponad 4 mln muzułmanów”. Proszę bardzo!
Siła i słabość usa :
najpierw o sile. Generalnie, gdyby sporządzić bilans plusów i minusów USA, jako wielkiego mocarstwa globalnego, to uzyskamy obraz „słonia na glinianych nogach”. Bowiem, żeby prowadzić optymalną i efektywną politykę globalną, USA powinny dysponować odpowiednim potencjałem materialnym i moralnym, teoretycznym i praktycznym oraz realnym programem działania długofalowego i środkami jego realizacji. Tymczasem jednak, nie dysponują one żadnym z tych składników w odpowiedniej wielkości i o odpowiedniej jakości (oczywiście, z wyjątkiem sił zbrojnych, o czym poniżej). Bez wątpienia, siły zbrojne, są największym atutem USA w grze globalnej, stosunkowo nieźle dopasowanym do celów i charakteru Hard Power. Kolejny paradoks amerykański, w kontekście międzynarodowym, polega więc na przepaści (dysproporcji) między wygórowanymi ambicjami dominacyjnymi a niedostatecznymi możliwościami ich realizacji. Np. zamiast programu, działa się w sposób chaotyczny, od przypadku, do przypadku. Nawet, jeśli jakieś plany są, to brakuje ich dopasowania do obecnych i do przyszłych realiów globalnych (np. zmiany układu sił i in.).
Amerykańskie siły zbrojne liczą, pod bronią, łącznie 1.300.300 żołnierzy i oficerów oraz 811.000 rezerwistów. Wojska lądowe (the Army): 475.000 żołnierzy i oficerów służbie czynnej, 540.000 rezerwistów i członków gwardii narodowej, 5.000 samolotów i około 9.000 czołgów różnych typów; Marynarka wojenna (the US Navy): 329.000 marynarzy i oficerów, 430 okrętów wojennych, w tym 19 lotniskowców, 1 – w rezerwie, 3 – w budowie i 16(!) planowanych oraz 3.700 samolotów bojowych. Wojska lotnicze (the US Air Force): 333.772 osób, 5.137 samolotów bojowych, 450 międzykontynentalnych rakiet balistycznych (ICBM = Intercontinental Ballistic Missiles) i 63 satelity; potencjał nuklearny: 6.970 głowic (ładunków nuklearnych), 800 rakiet balistycznych i samolotów zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej oraz 180 taktycznych bomb nuklearnych (tzw. pola walki) rozmieszczonych w Europie (!). Ponadto, 800 baz wojskowych USA rozmieszczonych w 150 krajach świata; np. w RFN stacjonują nadal 52.000 żołnierzy i oficerów amerykańskich, w Japonii – 36.00, w Korei Płd. – 29.000 i parę tysięcy w Polsce. Bez wątpienia, jest to największy potencjał militarny świata, którego lekceważyć nie należy. Ale co z tego, skoro USA przegrały wiele wojen (Korea, Wietnam) a innych wygrywać nie potrafią (Afganistan, Libia, Irak, Syria, terroryści itp.)?!

Jeszcze do niedawna, gospodarka była drugim potężnym atutem materialnym w polityce globalnej USA, ale ostatnio traci ona na znaczeniu, jest coraz mniej konkurencyjna i efektywna bowiem nadal produkuje dość dobrze, ale drogo. Jest to tym dziwniejsze, iż USA odgrywają wiodącą rolę w świecie w zakresie innowacyjności i postępu naukowo – technicznego. Powodów tego jest wiele, jak np.: – kryzys globalny (od 2007 r.), który Amerykanie sami sobie (i innym) sprokurowali i który bardzo silnie uderzył również w gospodarkę USA; – rozwój gospodarczy Chin i innych państw oraz konkurencja ze strony Unii Europejskiej; – wzrost cen wielu surowców niezbędnych w produkcji amerykańskiej; – niedowład powojennego światowego systemu ekonomiczno-finansowego, którego kurczowo trzyma się gospodarka USA i in. Pandemia i nowy kryzys gospodarczy pogorszy ten stan rzeczy.
Np., dług zagraniczny wynosi ponad 20 bln USD. Ale to nie wszystkie długi. Trzeba do nich dodać jeszcze zadłużenie producentów, konsumentów i długi ukryte, stanowiące, z reguły, trzy/czterokrotną wartość długu publicznego. Tak więc, łączne zadłużenie społeczeństwa i państwa amerykańskiego szacowane jest na około 190 bln USD (!), co oznacza ok. dziesięciokrotną wartość PKB. Od dawna, USA (podobnie jak Polska) żyją na kredyt, który kiedyś trzeba będzie spłacić. Ale kiedy, czym i jak? Oto jest pytanie oraz wielki problem USA i całego świata; oto są owe główne „gliniane nogi” słonia amerykańskiego. Bez przesady i realistycznie trzeba więc stwierdzić, iż ewentualne dążenie do wyplątania się z tego olbrzymiego zadłużenia może popychać niektóre siły w USA do awantur wojennych.
Teraz o najważniejszych słabościach. Za główną z mnich trzeba uznać anachroniczny i niewydajny system (ustrój) w USA: neoliberalizm, neokonserwatyzm, fetysz wolnego rynku, niby demokracja, państwo policyjne, brak optymalnej alternatywy opozycyjnej wobec prawie tożsamych partii rządzących, jedna po drugiej itp. Natura tego systemu jest tego rodzaju, że nawet, jeśli to wielkie mocarstwo dopracuje się poważnych wyników na określonym etapie swego rozwoju, to – po pewnym czasie – system generuje kryzys, który niszczy i pożera owoce rozwoju. Tak było w przypadku I kryzysu globalnego (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku), jak również II kryzysu globalnego (od 2007 r. do dziś). Bolesne doświadczenia amerykańskie dowodzą, iż „niewidzialna ręka rynku” nie jest w stanie rozwiązywać nabrzmiewających problemów społeczno-gospodarczych (vide: casus walki z pandemią), w wyniku czego, w obliczu kryzysu, władza musi uciekać się do metod interwencjonizmu państwowego (np. ratowanie firm „zbyt dużych, żeby splajtowały”, drukowanie papierowych dolarów bez pokrycia, zamówienia wojskowe itp.). W USA toczy się wiele dyskusji systemowych, ale nie pojawiła się jeszcze całościowa, realistyczna i coraz bardziej niezbędna koncepcja, która byłaby alternatywą wobec przestarzałego ustroju. Dodajmy, że jego elementem jest także Global Hard Power Policy.
Inna słabość wynika z tego, co kiedyś stanowiło o sile USA, czyli z wielonarodowości i z pluralizmu kulturowego. Społeczeństwo amerykańskie jest niebywałym zlepkiem złożonym z niegdysiejszych uchodźców i azylantów, z przedstawicieli prawie wszystkich narodowości i grup etnicznych świata (dzisiaj medale olimpijskie zdobywają dla USA prawie wyłącznie czarnoskórzy sportowcy, potomkowie niewolników). Ww. słabość jest już poważnym czynnikiem rozsadzającym Stany od wewnątrz i, po części, z zewnątrz. Nasilają się konflikty na tle rasowym, etnicznym, religijnym, ksenofobicznym i ekonomicznym. Słynne zawołanie alterglobalistów amerykańskich: „1 proc. bogatych a 99 proc. ubogich” nie jest odległe od prawdy.
Właśnie wśród czarnoskórych mieszkańców nowojorskiego Harlemu, jeszcze w czasach studenckich, zauważyłem, chyba najsilniejsze w świecie, przejawy antysemityzmu. Liczba ludności USA wynosi ponad 322 mln. Obecnie już prawie 40 proc. tego społeczeństwa amerykańskiego mówi po hiszpańsku. Polish Americans jest około 9,5 mln (3 proc. ogółu ludności), Żydów wyznających judaizm jest 5,7 mln, a muzułmanów – około 7 mln (2,15 proc. ), z tym że ich liczebność dość szybko wzrasta. Muzułmanie z USA boleją nad tym, że wojska amerykańskie mordują ich braci w wierze w wielu krajach islamskich. Nie pozostaje to bez wpływu na podnoszenie poziomu radykalizacji w tej społeczności. W sumie, postępuje coraz wyraźniejsza dezintegracja społeczeństwa amerykańskiego.
Globalizacja – deglobalizacja :
trwająca do niedawna IV globalizacja była ważnym instrumentem w polityce i w strategii USA w skali światowej. Pod pojęciem globalizacji należy rozumieć proces integracji między państwami i narodami, polegający na wymianie ludzi, dóbr intelektualnych i kulturalnych oraz idei, wyrobów, usług, kapitału, inwestycji itp. Wyróżniamy 3 główne rodzaje globalizacji: polityczną, ekonomiczną i społeczną (szczególnie kulturalną). W II połowie XX i na początku XXI wieku, rozwojowi globalizacji sprzyjał imponujący postęp w zakresie znoszenia barier granicznych, środków transportu i łączności. W czasach nowożytnych, rozróżniamy, chronologicznie, cztery kolejne globalizacje: 1. post wiedeńska (po zakończeniu wojen napoleońskich i po kongresie wiedeńskim w 1815 r.), 2. post wersalska (po zakończeniu I wojny światowej i po traktatach pokojowych z 1918 r. i n.), 3. post jałtańska (po zakończeniu II wojny światowej i po zawarciu zmowy jałtańsko – poczdamskiej) i 4. post berlińska (po upadku muru berlińskiego i systemu dwubiegunowego w świecie, na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku).
Ten ostatni etap globalizacji był maksymalnie manipulowany i wykorzystywany przez USA – dla ich własnych celów i dochodów, z użyciem instytucji międzynarodowych zdominowanych przez Stany, szczególnie MFW i Banku Światowego. Zwłaszcza, amerykańskie (i zachodnie – w ogólności) koncerny wielonarodowe (tzw. multinationals) i monopole panoszyły się w świecie, zarabiając duże pieniądze pod pretekstem globalizacji. Etap ten zakończył się wraz z początkiem II wielkiego kryzysu globalnego, tzn. od roku 2007. Można powiedzieć, iż oznaczało to również kres IV globalizacji, po której powstała próżnia, którą trzeba będzie wypełnić nowym ładem międzynarodowym. Powrotu do starych praktyk globalizacyjnych i dyskryminacyjnych (preferowania bogatych i poniewierania biednych) być nie powinno. Tworzy się bowiem nowy wielobiegunowy układ sił na świecie. Nie wykluczam, że pandemia ma powstrzymać budowanie tego układu.
Z procesem globalizacji należy też kojarzyć dekolonizację, która doprowadziła do upadku imperiów kolonialnych i do zwiększenia liczby suwerennych państw narodowych (nation states) od 50 (przed dekolonizacją) do 192 – pod koniec XX wieku. Proces ten rozpoczął się od rozpadu imperium hiszpańskiego, jeszcze w XIX wieku. Następnie, po I wojnie światowej, rozczłonkowaniu i likwidacji uległy imperia kolonialne: niemieckie, austrowęgierskie, otomańskie i rosyjskie; a po II wojnie światowej: brytyjskie, francuskie, holenderskie, japońskie, portugalskie, belgijskie i włoskie; zaś po „zimnej wojnie” – „imperium radzieckie”. Teraz kolej na „imperium amerykańskie”. Tak więc, nie tylko poszczególne globalizacje, ale również kolonizacja zakończyła się klęską i niepowodzeniem kolonizatorów, którzy jednak zarobili na tym niemało kosztem wielkich ofiar, wyrzeczeń, rabunku i strat narodów oraz krajów kolonizowanych (wyzyskiwanych).
Najprawdopodobniej, droga do nowego ładu światowego i do systemu wielobiegunowego prowadzić będzie przez deglobalizację. Proces ten już faktycznie trwa w mikro skali oraz w sposób jeszcze nie skoordynowany i nie kontrolowany przez nikogo. Główną siłą motoryczną w tym procesie są Chiny oraz ich sojusznicy i partnerzy z BRICS, z ASEAN i in. Definicję deglobalizacji sformułować można następująco: jest to koncepcja określająca nową formułę i innowacyjną organizację gospodarstwa światowego. Uwzględnia ona intensyfikację powiązań międzyludzkich w świecie, ale stara się uwolnić je spod rygorów oraz dyktatu neoliberalizmu, globalizacji finansowej i wolnego rynku. Ma to być organizacja sprawiedliwa, humanistyczna i ekologiczna (czyli zrównoważony rozwój). Taryfy i opłaty celne powinny być określane stosownie do kosztów społecznych i ekologicznych produkcji towarów i usług, przy czym zakłady produkcyjne trzeba odpowiednio przemieścić (tzw. reterytorializacja).
Jednym z głównych promotorów deglobalizacji jest Walden Bello, człowiek lewicy, filipiński profesor socjologii i administracji publicznej, absolwent, m.in., Uniwersytetu Manilskiego i Princeton, wykładowca na wielu uniwersytetach amerykańskich i autor licznych publikacji na analizowane tematy 3/. W. Bello sformułował 14 zasad deglobalizacji, spośród których na podkreślenie zasługują następujące: – produkować, przede wszystkim, na rynek krajowy, a nie na eksport; – wprowadzić cła ochronne dla rynku krajowego, aby przeciwstawić się ekspansji wielkich koncernów i subsydiom państwowym sztucznie obniżającym ceny wyrobów tych koncernów; – położyć większy nacisk na jakość pracy i życia, a nie na sam wzrost gospodarczy (PKB); – zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii w produkcji krajowej i światowej; – zapewnić równość płci w życiu politycznym i społeczno – gospodarczym; podejmować decyzje strategiczne nie via wolny rynek i technokratów lecz metodami demokratycznymi; – zwiększyć kontrolę społeczną nad sektorem prywatnym; – wprowadzić gospodarkę mieszaną („mixed economy”), uwzględniającą wszystkie formy własności; – zlikwidować MFW i Bank Światowy oraz utworzyć nowe instytucje finansowe nie na zasadach wolnego rynku i obiegu kapitału lecz współpracy i partnerstwa itp.
Prof. W. Bello uważa też, iż deglobalizacja nie oznacza cofnięcia wstecz świata, szczególnie gospodarstwa światowego, lecz zmierza do wypracowania alternatywy wobec zachowawczych projektów Światowej Organizacji Handlu. Podkreśla on, iż promotorzy dotychczasowej globalizacji doprowadzili ją (i siebie) do takiego stadium, że „starają się zarządzać czymś, czym zarządzać już się nie da…”). Kluczową sprawą jest również zmniejszenie luki rozwojowej między Północą a Południem, bogatymi a biednymi itp. Profesor krytykuje ostro koncepcje tzw. „szczęśliwej globalizacji”, która – rzekomo – mogłaby doprowadzić do postępu cywilizacyjnego w krajach Południa. W tym duchu, deglobalizacja ma służyć rozwojowi gospodarek krajowych, regionalnych i kontynentalnych, a nie ich degradowaniu oraz takiej restrukturyzacji gospodarstwa światowego i systemu politycznego, aby sprzyjał on odpowiednio sprawom ekonomicznym. Należy też położyć kres dominacji koncernów wielonarodowych, ich patologii pieniądza i żądzy zysku oraz lepiej zaspokajać potrzeby poszczególnych ludzi i całych społeczności. Trudno odmówić słuszności postulatom prof. W. Bello oraz zawartym w nich propozycjom ws. optymalizacji, racjonalizacji, zwiększenia efektywności, humanizacji polityki i gospodarki światowej oraz zrównoważonego rozwoju.
Uwagi końcowe :
Chcę wierzyć, że przedstawiona powyżej analiza ewolucji polityki globalnej USA i faktografia jej dotycząca, jako szeroki kontekst pandemii, upoważnia do stwierdzenia, iż poniosła ona totalne fiasko, mimo ogromnych nakładów i starań tego mocarstwa przez całe dziesięciolecia. Przykłady niepowodzeń można by mnożyć dalej, np.: osłabienie pozycji USA w Afryce, wyrywanie się Ameryki Południowej spod kurateli Waszyngtonu, a nawet coraz większe „nieposłuszeństwo” UE, także W. Brytanii, w stosunku do „silniejszego brata”. W każdym razie, żaden z głównych globalnych celów długofalowych i strategicznych USA nie został osiągnięty. Nie doczekaliśmy się ich panowania nad światem oraz uniwersalizacji modelu amerykańskiego i raczej nigdy nie doczekamy się już tego. Przyznaje to wielu Amerykanów, a wśród nich Prezydent Donald Trump, który wzywa do rewizji, do uelastycznienia i do modernizacji polityki globalnej USA oraz stwierdza, że mocarstwo to nie powinno już być „żandarmem/policjantem świata” 4/. Trudno o lepsze i o bardziej wymowne potwierdzenie, iż dotychczasowa polityka tej „żandarmerii” skończyła się niepowodzeniem. Model amerykański nie został urzeczywistniony w 100 proc. w żadnym z państw świata.
W świetle pandemii i obecnej sytuacji międzynarodowej, przed USA staje alternatywa natury zasadniczej: 1. albo ich dotychczasowa nierealistyczna polityka globalna będzie nadal kontynuowana, co doprowadziłoby do dalszego pogorszenia pozycji USA w świecie oraz do niebezpiecznego zaostrzenia stosunków międzynarodowych – w związku z amerykańskim dążeniem do osiągnięcia celów nieosiągalnych; 2. albo też Stany Zjednoczone zdecydują się na radykalne zreformowanie (wręcz odwrócenie) tej polityki, odstąpienie od dominacji, od hegemonizmu, od filozofii i praktyki Hard Power na rzecz Soft Power oraz na konstruktywne budowanie Nowego Świata wespół z innymi mocarstwami i państwami, co będzie z korzyścią także dla samych USA? Sadzę wszelako, iż proces dojrzewania państwa, społeczeństwa i establishmentu amerykańskiego do nowatorskich rozwiązań będzie jednak możliwy, ale dość powolny. Szkoda, bowiem w staraniach o przeobrażenie świata i o rozwiązywanie jego palących problemów, czynnik czasu odgrywa kluczową rolę.
Spodziewam się także, że reszta świata uwzględniać będzie w coraz większym zakresie nieuchronne metamorfozy dokonujące się w polityce globalnej (kontynentalnej, regionalnej i in.) USA oraz dostosowywać się będzie elastycznie do tych przemian. Naturalnie, powinny nastąpić zmiany podejścia innych państw do kwestii sojuszu i współpracy z USA. Bowiem, do tej pory, sojusze tego rodzaju i „gwarancje bezpieczeństwa” ze strony Stanów Zjednoczonych korzystały nieomalże z preferencji monopolistycznych i atrybutów wyłączności. Powiadano: jeśli USA cię nie obronią, to nikt inny cię nie obroni i jeśli USA cię będą bronić, to nikt inny cię nie zaatakuje. To czysta fantazja i pobożne życzenia. Teoretycznie, Stany Zjednoczone miałyby tak liczne grono państw i narodów do obrony, iż – w praktyce – żadnego z nich odpowiednio obronić by nie zdołały.
Proces wprowadzania zmian w podejściu licznych państw do USA i do polityki sojuszów z nimi jest w toku już od dłuższego czasu. Widać to nawet w przypadku najwierniejszych sojuszników: W. Brytanii, Francji, Niemiec, Kanady, Meksyku, Arabii Saudyjskiej, Izraela, Pakistanu, Turcji, Australii i in. oraz Indii, Unii Europejskiej, Brazylii, Wenezueli, czy Kuby, z którą USA bezproduktywnie zamroziły swe stosunki na okres 1961 – 2015 r. (embargo, blokada, dyskryminacja, groźby interwencji itp.). W trwającym procesie przeobrażeń, poszczególne państwa dążą, głównie, do wielobiegunowej i do pluralistycznej polityki sojuszów, odchodząc od monopolu amerykańskiego w tej mierze. W wyniku dotychczasowej pandemii państwo i społeczeństwo amerykańskie poniosło już kolosalne straty ludzkie, materialne i prestiżowe. Współczujemy – w nadziei na pozytywny renesans tego mocarstwa, dla jego i światowego dobra!
Najwyższy czas, aby stosowne zmiany i przeobrażenia jakościowe nastąpiły także w polityce zagranicznej RP, głównie w kwestii sojuszów. Przez cały dotychczasowy okres transformacji, władze polskie trzymały się kurczowo „klamki amerykańskiej”, były nader posłuszne i potulne wobec nowego „starszego brata”, a Polska niewiele korzystała na tym (raczej dopłacała do tego interesu). Co gorsza, przereklamowane gwarancje bezpieczeństwa dla RP ze strony USA i NATO mogą okazać się absolutnie iluzoryczne, w przypadku poważniejszego zagrożenia. Słowem, stosunki RP – US wymagają gruntownego przewartościowania, racjonalizacji, optymalizacji i partnerskiego rozwoju, stosownie do wymagań naszych czasów. Dobrze więc, że obecne władze RP dynamizują współpracę z Chinami, z Indiami, z państwami ASEAN, z Afryką i in., zmierzają do większej efektywności funkcjonowania ociężałego molocha UE oraz rozwijają współdziałanie w układzie regionalnym. Zdecydowanej normalizacji, uzdrowienia i poprawy wymagają jeszcze stosunki Rzeczypospolitej Polskiej z Federacją Rosyjską (Niemcy to potrafią). Trzeba Rosję traktować, z umiarem i ze wzajemnością, nie jako wroga i rywala lecz jako sąsiada, przyjaciela i partnera. Bowiem, bez tego, polityka RP na arenie międzynarodowej byłaby sparaliżowana w niemałym stopniu. Tego Polsce życzyć nie należy.
Odnośniki:
1/. Wydatki wojskowe Chin wynoszą 188 mld USD, a USA – 640 mld USD; PKB ChRL szacowane jest na 21 bln USD, a USA na 18,6 bln USD (w kategoriach PPP = Purchasing Power Parity, parytet siły nabywczej);
2/. Z kolei, amerykańska organizacja pozarządowa (laureat nagrody Nobla) – Lekarze na rzecz Odpowiedzialności Społecznej (Physicians for Social Responsibility), z siedzibą w Waszyngtonie, szacuje liczbę zabitych w dotychczasowych atakach terrorystycznych na ponad 2 mln osób;
3/. Np.: książka „Pomysły deglobalizacyjne w odniesieniu do nowej gospodarki światowej” („Deglobalization Ideas for New World Economy”, 1 VI 2004 r., Wydawnictwo Zed Books);
4/. Por. wypowiedź D. Trumpa w programie telewizji Fox News, z dnia 1 X 2015 r.