Mistrz magii i codzienności

Postać i głos Gustawa Holoubka, to zjawisko, które towarzyszyło życiu kilku pokoleń, nie tylko zamiłowanych odbiorców teatru i filmu. Był indywidualnością niebywałą, z niczym nieporównywalną, niepowtarzalną. Szukam w pamięci momentu, kiedy ujrzałem i usłyszałem go po raz pierwszy. To był jego Wit Stwosz w „Historii żółtej ciżemki”, którą obejrzałem w 1961 roku, w zamierzchłym czasie wczesnego dzieciństwa, a kilka lat później pierwsze telewizyjne emisje „Klubu profesora Tutki”.

To także pamięć poniedziałkowego wieczoru marcowego 1973, gdy osobiście, jako reżyser zapraszał na telewizyjny spektakl tragedii Juliusza Słowackiego „Beatrix Cenci”, ubrany w marynarkę i golf, w charakterystyczny dla siebie, nosowy i wibrujący sposób przeciągając głoski, gdy wymawiał tytuł: „Beatriksssssss Cennnci”.
I gdy jakby w transie wygłaszał legendarny monolog Konrada w dejmkowskich „Dziadach” w Narodowym u schyłku 1967 roku. I gdy z charakterystyczną modulacją wygłaszał kwestie don Pedro Velasqueza i doktora Gotarda w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” i „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha J. Hasa. I gdy pierwszy raz widziałem go na scenie, w roli Żebraka w „Elektrze” Jeana Giraudoux, na gościnnym występie warszawskiego Teatru Dramatycznego u „Osterwy” w Lublinie w 1973 roku. Były setki takich spotkań. Kazimierz Kutz powiedział o nim: „Nie musiał grać, wystarczy że był i wszyscy padali na kolana.
Magnetyzował. Nie było w nim żadnej sztuczności. Nawet jego piękny głos i słynna pauza były niewykoncypowane, tylko naturalne”. Jego anonimowy krytyk, który określił jego aktorstwo jako „manierę z dobrą dykcją” nazwał go „nie aktorem, lecz personą wokół której nawarstwiła się legenda” i w tym sformułowaniu jest przecież jakaś szczypta trafności. Bibliografia publikacji poświęconych Holoubkowi zajmuje w książce kilkanaście stron. Wśród nich jest kilka pozycji o walorach monograficznych, choć dalekich od kompletności („Holoubek. Rozmowy” Małgorzaty Terleckiej-Resknis, „Gustaw Holoubek, czyli filozof bycia” Piotra Łopuszańskiego, wspomnienia Magdy Zawadzkiej „Gucio i ja”). „Gustaw.
Opowieść o Holoubku” Zofii Turowskiej najbardziej zbliża się do pełności monograficznej, choć jej nie osiąga, zwłaszcza nie jest kompletną syntezą aktorskich dokonań artysty, potraktowanych, bez wątpienia z konieczności, wybiórczo. Natomiast bieg życia Holoubka podany jest w miarę wyczerpująco. Turowska rozpisała jego życie na dwanaście (tuzin) „scen”: najpierwszą, krakowską, katowicką, walki, filmową, kibica i pasjonata, teatralną, polityczną, przyjaźni oraz bliskich znajomości, prywatną, poza sceną i pożegnania.
To sceny-płaszczyzny, a może warstwy jego życia – chłopaka z krakowskiego Zwierzyńca, żołnierza i jeńca wojennego 1939, fascynującego artysty, uczuciowego mężczyzny, uwodziciela, brydżysty i gracza w kości, bywalca legendarnego stolika w kawiarni „Czytelnika”, wielbionego kumpla i przyjaciela, działacza środowiskowego i posła, duchowego guru, namiętnego anegdociarza i dowcipnisia, dyrektora teatru, ojca i męża, filozofa życia, kogoś na kształt inteligenckiej wersji Colasa Breugnon, pierwowzoru jednej z postaci powieści „Miazga” Jerzego Andrzejewskiego. Ludzie często nie lubią ludzi sprawiających wrażenie doskonałych, dużo większych od nich, a tymczasem Holoubek, z tym jego naturalnym arystokratyzmem ducha, był powszechnie kochany.
Być może ludzie kochali w nim to, co zwykle niedościgłe, jakiś pozór, formę czarodziejskiej nierealności. Mogli go kochać i podziwiać, bo był w osobliwy sposób postacią – fizycznie i duchowo – jakby nie z tego świata, jakby tworem wyobraźni, postacią z baśni, a nie realnym człowiekiem, choć – paradoksalnie – był też, jako urodzony epikurejczyk, mistrzem codzienności, potrafiącym czynić ją przyjemną dla siebie i dla innych.
Zofia Turowska wszystko to bardzo pięknie opisała.
Zofia Turowska – „Gustaw. Opowieść o Holoubku”, Marginesy, Warszawa 2021, str. 413, ISBN 978-83-66335-37-0